Poroszenko stara się jak może i produkuje nie tylko czekoladę


Rosyjski ból głowy amerykańskich wojskowych


Wojskowi oglądają silos rakiety „Topol-M”

Podziemne „Satany”: Rosja nie zrezygnuje z silosowych pocisków nuklearnych

© AP Photo /
ŚWIAT

Krótki link
Nikołaj Protopopow
4591

Głównym argumentem szturmowym Wojsk Rakietowych Przeznaczenia Strategicznego Rosji od ponad 40 lat pozostają ciężkie pociski balistyczne R-36M „Wojewoda” (według klasyfikacji NATO SS-18 Satan).

Ukryte w ufortyfikowanych podziemnych silosach 200-tonowe międzykontynentalne pociski balistyczne są główną przyczyną bólu głowy amerykańskich specjalistów od obrony przeciwrakietowej. Nie da się ich zniszczyć nawet prewencyjnym uderzeniem nuklearnym w obszarze bazowania.

System rakietowy „Iskander”
© SPUTNIK . MIKHAIL VOSKRESENSKIY

Wojska Rakietowe Przeznaczenia Strategicznego Rosji są gotowe do jednoczesnego wystrzału kilkudziesięciu pocisków R-36M. Każdy wyposażony jest w dziesięć rozdzielających się głowic bojowych z indywidualnym naprowadzaniem na cel i może zrzucić na terytorium wroga ładunek termojądrowy o mocy od pięciu do ośmiu megaton. Oprócz prawdziwych głowic „Satan” przenosi wiele fałszywych, lekkich i ciężkich bloków, które dezinformują systemy obrony przeciwrakietowej wroga podczas zbliżania się głowic do celów.Silos kompleksu strategicznego „Wojewoda” jest jeszcze bardziej skomplikowaną konstrukcją. Po raz pierwszy na świecie wykorzystano schemat tak zwanego startu granatnikowego. Generator gazu na paliwo stałe tworzy zwiększone ciśnienie w dolnej części zbiornika transportowo-nośnego i wypycha 200-tonową rakietę na wysokość około 20 metrów. Następnie uruchamia się silnik pierwszego stopnia, a pocisk obejmuje kurs bojowy.

Silosy dla pocisków jądrowych są zwykle „wiercone” w gęstym gruncie. Wewnątrz cylindra zawieszony jest kontener transportowo-rozruchowy z wyposażeniem bojowym i systemami kontroli. Cel: w przypadku deformacji szybu pocisk nie zostanie uszkodzony i będzie mógł wyjść bez przeszkód. W momencie wystrzału system amortyzacji jest sztywno blokowany.

Po zawarciu Traktatu o redukcji strategicznych broni ofensywnych (START) Rosja zniszczyła setki silosów z ciężkimi pociskami. Zostały one zatopione wodą, zalane betonem, a same pociski zostały zutylizowane. Teraz na uzbrojeniu Wojsk Rakietowych Przeznaczenia Strategicznego jest około 50 rakiet R-36M „Wojewoda” i kilkadziesiąt UR-100. Ponadto w arsenale są silosowe modyfikacje lekkich „Topolów-M”.W ostatnich latach Wojska Rakietowe Przeznaczenia Strategicznego stawiają na mobilne lub naziemne systemy — lądowe systemy rakietowe „Jars”. Uważa się, że mobilność zapewnia wysoką przeżywalność — systemy rakietowe są zamaskowane i nieustannie są w ruchu, a dzięki dużej mobilności mogą obyć się bez dróg.

Jednak nikt nie zamierza całkowicie rezygnować ze stacjonarnych wyrzutni silosowych — wraz z lądowymi systemami rakietowymi wojska rakietowe otrzymają również silosowe wersje „Jarsów”. Ponadto w najbliższych latach dyżur bojowy obejmie następca „Wojewody” — ciężki kompleks nowej generacji RS-28 „Sarmat”. Jego zasięg przekracza 11 tysięcy kilometrów, pocisk może przenosić od dziesięciu do 15 wielokrotnych głowic o mocy do 750 kiloton każda. Silosy nowych pocisków będą maksymalnie zabezpieczone fizycznie — w celu pełnego zniszczenia jednego silosu potrzeba co najmniej siedmiu uderzeń jądrowych o wysokiej precyzji.

Łukaszenka przyznał status uchodźcy politycznego tytanowi ukraińskiej rusofobii


Nieśmiałe przywracanie do łask sponiewieranej prawdy


Polska Rzeczywiście Ludowa

Polska Rzeczywiście Ludowa

Awans społeczny w PRL szedł dwiema ścieżkami. Z jednej strony, był to awans ze wsi do miasta, do przemysłu, a z drugiej – awans oświatowy

Prof. Dariusz Jarosz

Co się zdarzyło w Polsce po roku 1945? Czy to była wielka rewolucja społeczna? Jak to określić?
– Kiedyś prof. Tadeusz Łepkowski, znakomity historyk, twierdził, że w latach 1945-1946 zderzyły się dwie rewolucje: niepodległościowo-demokratyczna i komunistyczna. Ta druga zwyciężyła, bez wątpienia dzięki radzieckim bagnetom. Ale nie tylko. Wszak w Polsce pod koniec wojny narastały nastroje lewicowe, co widać chociażby w dokumentach AK, w tużpowojennej publicystyce. Przy czym wielu historyków dopowiada, że te przemiany rewolucyjne zaczęły się już w okresie II wojny. Zniknęli Żydzi, a wraz z nimi ich majątki. Wszystko, co zostało po nich, posłużyło bardzo silnej zmianie, która miała charakter rewolucji, oczywiście…

Sztetl został zasiedlony.
– Przez polski żywioł. Ludowy. I w związku z tym poziom życia tych ludzi się zmienił.

Do domków biedoty wprowadziła się jeszcze większa biedota.
– Dzisiaj, na 100-lecie niepodległości, będziemy pod pewnym przymusem pokazywać, jaka piękna była II Rzeczpospolita. Wszystkich zwolenników takich tez odsyłam do „Pamiętników chłopów” z 1935 r., które pokazują, jak zacofany był to kraj w sensie społecznym. Bohaterowie opisują swoje warunki życia. To wstrząsająca lektura, zwłaszcza dla ludzi młodych, dla których obecny świat jest czymś, co było zawsze.

Takie wsie, z takimi warunkami życia, z przeludnieniem, były na początku Polski Ludowej.
– Są badania z lat 50. Instytutu Budownictwa Mieszkaniowego. Oni badali nowe osiedla, które zaczęły wtedy powstawać w Mielcu, Stalowej Woli, Nowej Hucie. Są tam opisy hoteli robotniczych w Nowej Hucie… Że w jednej sali jest kilkadziesiąt osób, są dwie umywalki z zimną wodą. A potem pytano tych ludzi, jak oni to oceniają. Odpowiedź brzmiała: bardzo dobrze! W porównaniu z tym, co mieli u siebie na wsi, to, co nam się wydaje koszmarnymi warunkami życia, dla nich koszmarne nie było. Dla nich to był awans. I dlatego tak trudno nam dziś zrozumieć lata 50. Nie mamy tamtych doświadczeń.

Nie wiemy, jak w 14 osób można było żyć w dwuizbowej, drewnianej chałupie z glinianą polepą.
– Wielu chłopców, którzy z tych wsi spod Krakowa czy Rzeszowa szli przede wszystkim do Nowej Huty, wychodziło właśnie z takich warunków życia, gdzie w jednej chałupie nie wystarczało miejsc do spania. Spali w stodole, w komórce… I to są tego typu warunki, przeniesione z II Rzeczypospolitej. Oczywiście wieś wielkopolska była inna, ale mówimy o pewnej średniej.

Czyli industrializacja na wielką skalę to świadomy plan wyrwania Polski z tej nędzy?
– To był plan bardzo celowy. Są teorie mówiące, że to, co zdarzyło się w latach 50., było próbą siłowej, centralnie zaplanowanej modernizacji Polski, jako jednego z wielu na świecie obszarów peryferyjnych. Grzegorz Wójtowicz kiedyś zbadał tzw. produkt na osobę w Polsce od roku 1000 w stosunku do Europy Zachodniej. Oczywiście porównywać te wszystkie lata niemal nie sposób. Ale co mu wyszło? Że w 1950 r. w Polsce na statystycznego mieszkańca przypadało 54% dochodu przeciętnego mieszkańca Europy Zachodniej. W 1938 r. było to 50%, w 1978 – 48%, a w 1989 – 36%! Zgoda, że wskaźnik z 1950 r. to efekt stosowania w dużej mierze metod represyjnych w gospodarce, a postępujące od lat 70. zacofanie wobec Zachodu to głównie skutek zmiany filozofii gospodarowania – coraz bardziej liczyła się produkcja komputerów, a nie stali. Ale nawet przy tych zastrzeżeniach mówienie o tym jest dziś niepoprawne.

Projektowi modernizacji towarzyszył projekt awansu społecznego milionów.
– Awans społeczny w PRL szedł dwiema podstawowymi ścieżkami. Z jednej strony, był to awans do miasta i przede wszystkim do przemysłu, a z drugiej – awans oświatowy, przez szkołę. Jeżeli chodzi o ten pierwszy, był plan sześcioletni – industrializacji, szczególnie rozwoju przemysłu środków produkcji: ciężkiego i metalowego. To przedsięwzięcie potrzebowało mnóstwo siły roboczej. Są takie teksty propagandowe z lat 1949-1950, które mówią o tym, że wszyscy zbędni na wsi, młodzież, kobiety, powinni zasilić przemysł, bo tworzymy Polskę, jakiej nigdy nie było, Polskę wielkiego awansu, mocną gospodarczo.

Trudno stwierdzić, czy te teksty były skuteczne, ale faktem jest, że wieś się ruszyła.
– Jeżeli bada się migracje ze wsi do miasta, widać, że są dwa okresy w historii Polski, kiedy to wychodźstwo i awans z tym związany były najintensywniejsze. Otóż w latach 1951-1955 ze wsi do miasta przeniosło się na stałe ponad 1,8 mln osób. Podobna wielkość została uzyskana w Polsce w latach 1976-1980. Wszystko pośrodku było mniejsze. Duże, ale sporo mniejsze. Zwłaszcza migracja lat 50. jest interesująca. To jest migracja chłopska. Ona wchodzi w miasto z całym swoim kapitałem kulturowym, bardzo ograniczonym.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 29/2018, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.


Prof. dr hab. Dariusz Jarosz pracuje w Zakładzie Badań nad Dziejami Polski po 1945 roku IH PAN. Koncentruje się na dziejach społecznych PRL. Habilitował się w 1999 r. na podstawie rozprawy „Polityka władz komunistycznych w Polsce w latach 1948-1956 a chłopi”. Tytuł profesora nauk humanistycznych uzyskał w 2003 r.

Rzeczowa analiza sytuacji politycznej na Ukrainie


Wołyń – coraz dalej od prawdy

Wołyń – coraz dalej od prawdy

To nigdy nie powinno się zdarzyć. Ludobójstwo Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej jest jedną z najtragiczniejszych kart w historii. I jedyną, która nawet po 75 latach nie została oceniona i osądzona przez państwo sprawców. Mimo niezbitych dowodów, tysięcy bezimiennych grobów i świadków zbrodni państwo ukraińskie po zmianie ustroju i władzy jest coraz dalej od prawdy. Nie tylko nie chce rozliczyć zbrodni UPA i OUN, ale wręcz tworzy z ich przywódców i oddziałów podstawę państwowego kultu. To chyba jedyny przypadek we współczesnym świecie, kiedy ze sprawców ludobójstwa robi się bohaterów, na tych nacjonalistach i szowinistach buduje wzorce patriotyczne dla młodzieży. Na szczęście tak bezczelnej operacji na historii własnego państwa nie da się skutecznie przeprowadzić. Także ta próba ukraińskich władz i tamtejszego IPN zakończy się moralnym kacem i odrzuceniem przez samych Ukraińców. Bo prędzej czy później trafi do nich prawda o tamtych ponurych czasach. Prawda o ludobójstwie jest już nie do ukrycia. A martwiącym się o relacje Polaków z narodem ukraińskim dedykuję słowa nieżyjącego już płk. Jana Niewińskiego, byłego komendanta placówki AK i Polskiej Samoobrony Kresowej we wsi Rybcza na Wołyniu: „To nie Ukraińcy dopuścili się zbrodni na Polakach, tylko OUN-UPA, która oprócz ok. 150 tys. Polaków wymordowała też ok. 80 tys. swoich rodaków”.

Popierając bezwarunkowo i często bezrozumnie wydarzenia na Majdanie, polscy politycy mają swoją cegiełkę w odbudowie ukraińskiego nacjonalizmu i szowinizmu. Jeśli nie wiedzieli, do kogo wówczas przemawiali i kogo popierali, to w najlepszym razie okazali się durniami. A jeśli wiedzieli, kogo reprezentuje Prawy Sektor, i celowo przymykali oko, to mają dowód, jak szybko cyniczna hipokryzja skutkuje nieszczęściami. I to dla własnego państwa. Stawiam więc pytanie o odpowiedzialność polskich majdanowców za to, co popierani przez nich politycy ukraińscy robią. Czy politycy nie widzą związku między tym, co mówili, a tym, co robi ekipa Wiatrowycza? Czy zostało im tylko bezradne przyglądanie się blokadzie wszelkich prac poszukiwawczych, brakowi ekshumacji, a nawet skromnych prac porządkowych? Słuchanie coraz butniejszych żądań ukraińskiego IPN i przyglądanie się coraz liczniejszym symbolom kultu zbrodniarzy?

Smutny jest ten bilans. Zwłaszcza dla krewnych ofiar, którzy są coraz dalej od znalezienia grobów bliskic

O, już mamy „grupę uderzeniową” a za chwilę zaserwują nam”dywizję napadu chemicznego”


Austria podejmuje kwestię cywilizowania religijnego uboju zwierząt


%d blogerów lubi to: