Chłodzenie tematu śmierci w Hurghadzie


niezalezna.pl - strefa wolnego słowa

 

23 czerwca 2017

 

Co ze sprawą zagadkowej śmierci Magdaleny Żuk? Prokuratura zabrała głos

 

Dodano: 23.06.2017 [15:18]

​Co ze sprawą zagadkowej śmierci Magdaleny Żuk? Prokuratura zabrała głos - niezalezna.pl

foto: facebook.com/ Magdalena Żuk

W związku z licznymi zapytaniami mediów o aktualny stan śledztwa w sprawie mającego zaistnieć w Hurghadzie, na terenie Arabskiej Republiki Egiptu zabójstwa Magdaleny Ż., tj. czynu z art. 148 § 1 kk., Prokuratura Okręgowa w Jeleniej Górze informuje, iż prowadzący postępowanie oczekują na przekład z języka arabskiego dokumentów uzyskanych w drodze międzynarodowej pomocy prawnej od władz Egiptu – poinformowano w komunikacie. 
Jak podkreśla prokuratura, „dopiero po zapoznaniu się z tłumaczeniem wspomnianych dokumentów będzie można ocenić, czy stanowią one realizację wszystkich wniosków o pomoc prawną, a jeżeli tak, zostaną one przekazane biegłym z Zakładu Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, którzy zapoznają się z nimi przed wydaniem opinii z sekcji zwłok Magdaleny Ż. przeprowadzonej w Polsce”. 

Niezależnie od powyższego sukcesywnie gromadzony jest materiał dowodowy, dotychczas przesłuchano ponad 100 świadków, a także zabezpieczono szereg dokumentów, w tym elektronicznych. Na bieżąco weryfikowane są wszystkie przyjęte wersje śledcze

– dodano w komunikacie.
Zaznaczono też, że kolejne informacje na ten temat zostaną udzielone „po uzyskaniu wyników zleconych badań wraz z opinią biegłych w przedmiocie przyczyn zgonu Magdaleny Żuk”.
27-letnia Magdalena Żuk 25 kwietnia poleciała na wycieczkę do kurortu Marsa-Alam. Po dwóch dniach partnera kobiety, który miał z nią kontakt telefoniczny, zaniepokoiło jej zachowanie; zaplanował jej wcześniejszy powrót do kraju. Ze względu na pogarszający się stan zdrowia kobieta trafiła do szpitala. W tym samym czasie do Egiptu przyjechał jej znajomy, aby zabrać ją do Polski. W szpitalu dowiedział się, że kobieta nie żyje. Zmarła w wyniku obrażeń odniesionych wskutek upadku z pierwszego lub drugiego piętra szpitala w Marsa-Alam, gdzie przebywała.

Autor: plkŹródło: niezalezna.pl, PAP

Drukuj

DZIAŁ: POLSKA

Ślepy tor filobanderowskiej polityki Polski


Kresy - Portal Społeczności Kresowej

Robert Winnicki. Fot. facebook

WINNICKI DLA KRESÓW.PL: ŁATWE OBYWATELSTWO DLA IMIGRANTÓW Z UKRAINY TO ŚLEPY TOR, NALEŻY SIĘ TEMU PRZECIWSTAWIĆ

 

23 czerwca 2017|0 Komentarze|w Europa Zachodnia, gospodarka, polityka, Polska, społeczeństwo, Ukraina, Wydarzenia |PrzezMarek Trojan

W rozmowie z Kresami.pl poseł Robert Winnicki, lider Ruchu Narodowego, krytykuje liberalne propozycje m.in. wicepremiera Gowina ws. proukraińskiej polityki migracyjnej. „To ślepy tor. Takie myślenie przyniesie nam wiele problemów, jeśli zostanie wdrożone”.

Wicepremier Jarosław Gowin stwierdził niedawno, że Polska powinna otworzyć się na imigrantów ze Wschodu, głównie z Ukrainy, włącznie z ułatwianiem im otrzymania polskiego obywatelstwa. Po to, by zatrzymać w Polsce tych, którzy już przyjechali, a także zachęcić kolejne osoby do przyjazdu. Z kolei były wicenaczelny „Rzeczpospolitej” Andrzej Talaga postulował wdrożenie „rewolucyjnej, proukraińskiej polityki migracyjnej.

– Niestety, w wypowiedziach Jarosława Gowina i Andrzeja Talagi przebijają dwie fatalne tendencje, które można zauważyć w polskiej debacie publicznej – mówi Kresom.pl poseł Robert Winnicki.

– Po pierwsze, skrajnie uproszczone, zmitologizowane i tak naprawdę nieprawdziwe odwoływanie się do I Rzeczpospolitej i pewnego mitu, który w tym temacie funkcjonuje. Jeśli spojrzymy na dużą społeczność ukraińską w Polsce, to miejmy na uwadze znacznie bliższe nam czasy II RP. I raczej na te, bardziej świeże problemy, które wówczas mieliśmy. One są bardziej aktualne i to na nie należy patrzeć, a nie na mitologię czasów, które minęły setki lat temu uważa prezes Ruchu Narodowego.

 

Winnicki wskazuje też na drugi trend, czyli skrajnie liberalne podejście m.in. do kwestii ekonomicznych. Które jego zdaniem reprezentuje m.in. Jarosław Gowin. – Według takich osób ważne jest, żeby była tania siła robocza, bo to rozwiąże problemy naszej gospodarki. To również nie jest prawda – podkreśla poseł.

– Moim zdaniem, polska gospodarka powinna transformować w kierunku gospodarki opartej o dobrze wykwalifikowanego i dobrze opłacanego pracownika – twierdzi poseł. – Tutaj powinniśmy rozwijać się bardziej w kierunku modelu niemieckiego. Tzn. taki, w którym pracodawcy dbają o pracowników, a jednocześnie mają dzięki temu zyski i oferują produkty wysokiej jakości po dobrych cenach.

Przeczytaj: Ukraińskie zagrożenie – źródła i skutki imigracji zarobkowej

 

Proukraińska polityka imigracyjna to ślepy tor

 

– Jeżeli chcemy zatrzymać tutaj naszych ukraińskich pracowników, ale także młodych naukowców, to powinniśmy otworzyć dla nich drogę do stosunkowo szybkiego uzyskiwania obywatelstwa polskiego. Jeżeli Polacy w Wielkiej Brytanii mogą uzyskiwać obywatelstwo po pięciu latach pobytu na terenie wysp brytyjskich, to wydaje mi się, że analogiczne rozwiązanie powinniśmy wprowadzić w Polsce w odniesieniu do Ukraińców – podkreślał wcześniej wicepremier Gowin.

Później w podobnym tonie wypowiedział się na łamach „Rzeczpospolitej” jej były wicenaczelny, Andrzej Talaga:

– Czas na rewolucyjną, proukraińską politykę imigracyjną. Warto otworzyć na Ukraińców nie tylko plantacje truskawek, ale uczelnie, zarządy firm, a nawet armię.

Przeczytaj: Talaga w „Rzeczpospolitej”: otwórzmy nasze uczelnie i armię na Ukraińców

Takie koncepcje, jakie przedstawiają Gowin czy Talaga, są gospodarczo nieuzasadnione. Oni w ogóle nie biorą pod uwagę problemów, jakie wynikają z bardzo dużej liczby obcokrajowców osiedlających się w państwie. To bardzo krótkowzroczna polityka. Tymczasem, myśląc o tym, że ludzie z europejskiego kręgu kulturowego emigrowali, emigrują i będą emigrować do Polski, co dziś dotyczy przede wszystkim Ukraińców, musimy myśleć o tym, jak w długiej perspektywie integrować i asymilować tych ludzi z państwem i narodem polskim stwierdził Winnicki.

PRZECZYTAJ: Dr Cezary Mech dla Kresów.pl: Ukraińcy obniżają Polakom wynagrodzenia i zmuszają ich do emigracji

Zdaniem lidera Ruchu Narodowego, przyspieszone nadawanie polskiego obywatelstwa odniesie przeciwny skutek. – Jeśli nie postawimy warunków czasowych, kulturowych czy językowych, to stanie się coś wręcz przeciwnego. Będziemy mieli obywateli słabo zintegrowanych z naszym narodem i naszą kulturą.

– Uważam, że to ślepy tor. Nie jest on aż tak fatalny, jak polityka migracyjna państw na zachodzie Europy, bo dotyczy ludzi z naszego kręgu kulturowego, ale to nie znaczy, że myślenie, które reprezentują Andrzej Talaga i Jarosław Gowin nie przyniesie nam problemów. Ono przyniesie nam wiele problemów, jeśli zostanie wdrożone. Należy się temu zdecydowanie przeciwstawić – podsumowuje Winnicki.

Groźne konsekwencje zabójczej polityki

Wcześniej w rozmowie z Kresami.pl socjolog dr Robert Wyszyński (UW) zwracał uwagę na groźne konsekwencje propozycji masowego nadawania imigrantom z Ukrainy polskiego obywatelstwa. Zaznacza m.in., że jeśli się zmobilizują, w polskim Sejmie może znaleźć się nawet ponad 30 ukraińskich posłów.

Przeczytaj: Dr Wyszyński dla Kresów.pl: dawanie obywatelstwa imigrantom z Ukrainy to droga do ukraińskiej partii w Sejmie

Z kolei zdaniem dr Cezarego Mecha, ekonomisty i byłego wiceministra finansów, projekt ściągania Ukraińców i nadawania im obywatelstwa jest zabójczy . – Cały ten projekt proponowany m.in. przez wicepremiera Gowina jest błędny i szkodliwy – mówił Kresom.pl dr Cezary Mech. – Naszym zadaniem powinno być sprowadzenie Polaków-emigrantów, nie inicjowanie kolejnej fali emigracji. Ściąganie milionów imigrantów mając miliony pracujących za granicą jest zabójczą polityką.

Kresy.pl

Zadziwiająca obrona krzewienia pedofilii


 

Prosto z mostu

 

Rosja ma wypłacić 50 tys. euro rekompensaty bo zakazała propagowania homoseksualizmu wśród nieletnich

PAP/EPA/ANTONIO PEDRO SANTOS

Europejski Trybunał Praw Człowieka orzekł we wtorek, że rosyjskie prawo zakazujące propagowania homoseksualizmu wśród nieletnich narusza zasadę wolności słowa i dyskryminuje osoby homoseksualne. Rosja ma wypłacić poszkodowanym ok. 50 tys. euro rekompensaty.

Skarga została wniesiona do Trybunału przez trzech rosyjskich obrońców praw osób homoseksualnych, m.in. z organizacji GayRussia. Mężczyźni zwrócili się do ETPCz po tym, jak wielokrotnie byli zatrzymywani i karani za „szerzenie homoseksualnej propagandy”. Ich zdaniem ustawa zakazująca propagowania homoseksualizmu wśród nieletnich wprowadzona w Rosji w 2013 roku narusza wolność słowa i łamie zakaz dyskryminacji zagwarantowany przez Europejską konwencję praw człowieka.

Jeden ze skarżących, Nikołaj Aleksiejew, stwierdził, że orzeczenie jest ogromnym zwycięstwem dla osób LGBT w Rosji. „Udało nam się udowodnić na drodze sądowej, że poprzez wdrożenie tego prawa rosyjskie władze naruszyły swoje międzynarodowe zobowiązania wynikające z europejskiej konwencji” – dodał. „Cel ustawy, jej sformułowanie i sposób jej zastosowana w przypadku skarżących były dyskryminujące i nie służyły dobru interesu publicznego” – orzekł trybunał.

Trybunał odrzucił postulat rosyjskich władz, które twierdziły, że „regulowanie debaty publicznej dotyczącej kwestii LGBT może być uzasadnione ze względu na ochronę moralności”.

„W rzeczywistości przez wdrożenie takiej ustawy władze wzmocniły piętno i uprzedzenia oraz wsparły homofobię, co jest niezgodne z pojęciem równości, pluralizmu i tolerancji właściwymi dla demokratycznego społeczeństwa” – orzekł trybunał.

Rosyjskie ministerstwo sprawiedliwości nie zgadza się z zarzutami o naruszenie przez Rosję konwencji i zapowiedziało złożenie w ciągu trzech miesięcy apelacji od wyroku trybunału. Ustawa „nie jest niezgodne z międzynarodowymi praktykami; jej celem była wyłącznie ochrona moralności i zdrowia dzieci” – oświadczyło ministerstwo.

Zdaniem obrońców praw człowieka ustawa ta jest tak restrykcyjna i niejasna, że skutecznie zniechęca do wszelkiego wyrażania publicznie poparcia dla praw mniejszości seksualnych. Obrońcy praw człowieka twierdzą też, że ustawę stosowano w celu zastraszenia społeczności LGBT w Rosji.

Ustawa zakazująca „propagowania nietradycyjnych relacji seksualnych wśród nieletnich” przewiduje kary finansowe, które w przypadku osób fizycznych wynoszą maksymalnie 100 tys. rubli (ponad 6 tys. zł), a w przypadku osób prawnych – 1 mln rubli (ok. 64 tys. zł).

"Reklamowanie polskiego biznesu nie podoba się środowiskom lewicowym"


TELEWIZJA REPUBLIKA.pl

Kostrzewa: „Reklamowanie polskiego biznesu nie podoba się środowiskom lewicowym”

 

PP16:05 23 czerwca 2017

Telewizja Republika

– Przykładów takiej lewicowej antyreklamy, która de facto staje się dobrą reklamą jest również woda Staropolanka, która nawołuje do patriotyzmu konsumpcyjnego, wspierając akcje patriotyczne, co środowiskom lewicowym się nie podoba – mówiła w Telewizji Republika Weronika Kostrzewa, dziennikarz Radia Plus i TVP Info

– Rzeczywiście wczoraj pojawiła się informacja o Cisowiance, która wspomaga organizację antyaborcyjną. I bardzo dobrze. Człowiek musi wypić koło 3 litrów wody dziennie, więc w upały z jakimi mamy do czynienia, dobrze jest się raczyć taką wodą – zachęcała W. Kostrzewa

– Przykładów takiej lewicowej antyreklamy, która de facto staje się dobrą reklamą jest również woda Staropolanka, która nawołuje do patriotyzmu konsumpcyjnego, wspierając akcje patriotyczne – dodała

Gość TV Republika skomentował również słowa Adama Bodnara, RPO. Powiedziano również o jego ogólnej postawie w ramach prowadzenia urzędu:

 

– Temat holokaustu, wypominanie złej działalności jednostek jako marginesu nie może świadczyć o całym narodzie, społeczeństwie. RPO powinien podać się do dymisji, ale myślę, że ma swoją politykę, wedle której działa po swojemu. Przykładem jest brak obrony drukarza z Łodzi, który nie chciał drukować homo-lobbystom haseł homofilskich. Co innego, gdyby drukarz odmówił homoseksualistom nadruków pod hasłem „witaj wiosno” – takie hasło jest neutralne i nie godzi w niczyj światopogląd – wyjaśniała

W. Kostrzewa podsumowała pokrótce udział Michała Tuska na przesłuchaniu ws. Amber Gold i OLT Express: 

– Syn Tuska wypadł na swój sposób dobrze. Udawał, że nic nie wie, bronił się dobrze, choć słowa o „lipie” pokazują, że państwo zawiodło, w tym jego ojciec – Donald. 

Źródło: Telewizja Republika

Najbardziej prominentny więzień Putina


 

Deutsche Welle

 

Michaił Chodorkowski: władza Putina będzie się sypać

Rosji potrzebne są łagodne zmiany polityczne – powiedział Michaił Chodorkowski na konferencji Global Media Forum zorganizowanej przez Deutsche Welle w Bonn.

Mikhail Khodorkovsky: Media and civil society in Russia (DW/K. Danetzki)

Była to premiera nie tylko dla konferencji Global Media Forum (GMF), która w tym tygodniu odbyła się w Bonn, lecz także dla samego miasta. Michaił Chodorkowski po raz pierwszy przyjechał nad Ren, by wziąć udział w dorocznej konferencji, zorganizowanej już po raz dziesiąty przez DW. Podczas rozmowy, jaka odbywała się na wypełnionej po brzegi dawnej sali posiedzeń Bundestagu, chodziło o coś więcej niż tylko o zapowiedziany temat jego wystąpienia „Społeczeństwo obywatelskie i mass media”.

Krytyk Kremla i były rosyjski oligarcha opowiadał o tym, co jest dla niego inspiracją, o niezbędnych politycznych reformach w Rosji, o medialnych sukcesach Kremla i o, jego zdaniem, niedalekiej erozji władzy prezydenta Władimira Putina.

– Ja wciąż jestem jeszcze Michaiłem Chodorkowskim i mam nadzieję nim pozostać – powiedział 53-latek spokojnym głosem, odpowiadając na pytanie, jak on, jako niedawny najbardziej prominentny więzień Putina, postrzega Rosję i jej prezydenta. Był to jeden z niewielu momentów podczas półgodzinnej rozmowy, kiedy się uśmiechnął.

Russland Büro von Offenes Russland in Moskau (Getty Images/AFP/V. Maximov)

Biuro ruchu Otwarta Rosja było pod koniec kwietnia 2017 przeszukane przez policję

Dumny z Rosji

Chodorkowski uważany był swego czasu za najbogatszego człowieka w Rosji, zanim w roku 2003 nie został aresztowany, dwukrotnie skazany za przestępstwa gospodarcze i osadzony w więzieniu. Uważa się on za ofiarę rosyjskiego wymiaru sprawiedliwości. Prawie 10 lat spędził w łagrach, dopóki nie został niespodziewanie zwolniony w roku 2013. Od tego czasu żyje na Zachodzie i wspiera zainicjowany przez siebie ruch „Otwarta Rosja”.

Po tym jak odzyskał wolność, stracił zainteresowanie biznesem. Za to wraz z przyjaciółmi próbuje „pomóc swojemu krajowi w powrocie na demokratyczną drogę” – tak były oligarcha pojmuje swoją rolę opozycjonisty, i jak zaznaczył – nie ma zamiaru zostać prezydentem.

Szef rosyjskiej redakcji Deutsche Welle Ingo Mannteufel, prowadząc rozmowę pytał, co nim powoduje: patriotyzm czy chęć zemsty? – Kiedyś powiedziałbym, że patriotyzm – odpowiedział Chodorkowski. – Ale to pojęcie w dzisiejszej Rosji straciło swoje pierwotne znaczenie. Chcę żeby ludzie mogli być dumni z Rosji, ale do tego kraj ten musi się zmienić.

GMF - Russischer Einfluss auf Nachbarn (DW/I. Filatowa)

„Mam nadzieję, że nasi przyjaciele na Zachodzie potrafią rozróżniać między Kremlemi i Rosją” – Chodorkowski na podium z szefem rosyjskiej redakcji DW

Zmiana systemu w dwóch etapach

Jedno pojęcie przewijało się kilkakrotnie w jego wypowiedziach: zmiana systemu. Żeby Rosja stała się bardziej demokratyczna, system musiałby zmienić się z prezydencki na parlamentarny. Transformacja nastąpi zapewne w dwóch etapach: najpierw w system prezydialno-parlamentarny a potem w parlamentarny – wyjaśniał Chodorkowski swoją wizję, zaznaczając, że krajowi potrzebny jest silny rząd i niezależny wymiar sprawiedliwości.

– Polityczna zmiana powinna przebiegać możliwie najłagodniej i najlepiej odgórnie, czyli za sprawą kremlowskiego kierownictwa. Jego zdaniem obecny prezydent nie powinien kandydować do przyszłych wyborów w roku 2018, tylko powinien wyznaczyć swojego następcę, który przeforsowałby niezbędne polityczne reformy. Chodorkowski zastrzegał, że to tylko jego wyobrażenia idealnej sytuacji. Druga ewentualność to zwycięstwo Putina w roku 2018 i jego podanie się do dymisji w połowie kadencji i przekazanie władzy w ręce następcy. 

Ale także to jest tylko jego wyobrażeniem; za bardziej realistyczną – jak przyznał – uważa sytuację, kiedy zmiana władzy zostanie wymuszona oddolnie przez społeczne protesty. Tej wizji nie chciał w bońskiej rozmowie konkretyzować.

Putin to nie Rosja

Za swoje najważniejsze zadanie uważa on pokazanie Rosji, że istnieją jeszcze inne opcje niż Putin. Sterowane przez władze rosyjskie mass media bardzo efektywnie przedstawiają Putina jako rozwiązanie bez alternatywy.

 

Polityka małych kroków: Putin spotkał się z Gabrielem

Z okazji XXI Międzynarodowego Forum Ekonomicznego w Sankt Petersburgu szef niemieckiej dyplomacji spotkał się z prezydentem Rosji. W późniejszej prywatnej kolacji uczestniczył także b. kanclerz RFN Gerhard Schröder. (03.06.2017)

Rosyjscy hakerzy. „Artyści” Putina

Krytyk Kremla w szpitalu. Walczy o życie

Dlatego Chodorkowski z wielkim zadowoleniem powitał ostatnie protesty przeciwko korupcji, jakie miały miejsce w całej Rosji, zorganizowane przez opozycję.

Michaił Chodorkowski przypuszcza że władza Putina w najbliższych latach będzie się sypać. Będzie miał bowiem problem z lojalnością.

– Putin nie jest już najmłodszy i obecnemu aparatowi państwowemu nie może zagwarantować, że do końca życia będzie trzymał nad nim chroniącą rękę. W związku z tym aparat państwowy w następnych latach będzie szukał jakiejś alternatywy – sądzi Chodorkowski i zaznaczał, że „zmiany już się powoli zaczynają, tyle że będą one przebiegać dużo ostrzej”.

Na zakończenie spotkania w Bonn krytyk Kremla zaapelował do publiczności, by Rosji nie utożsamiała z Putinem. – Mam nadzieję, że nasi przyjaciele na Zachodzie potrafią rozróżniać między Kremlem i Rosją oraz między Putinem i rosyjskim narodem.

Roman Gonczarenko / Małgorzata Matzke

Zniewaga Macrona wobec V4


WPROST.pl

Czeskie media: Polska była gotowa odwołać spotkanie V4 z Macronem. Prezydent odpłacił zniewagą?

Dodano: dzisiaj 11:586 11114863

Emmanuel Macron z małżonką

Emmanuel Macron z małżonką / Źródło: Newspix.pl / Bohumil Vostal

Emmanuel Macron spóźnił się ponad 15 minut na spotkanie z liderami państw Grupy Wyszehradzkiej. Politolodzy dopatrują się w tym sygnału lekceważenia i wrogości wobec unijnych „rozłamowców”.

Ja informują w piątek czeskie media, strona polska dyskretnie rozpytywała sojuszników z Grupy Wyszehradzkiej o możliwość odwołania spotkania z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem. Wiadomość na ten temat na Twitterze opublikował m.in. Bohumil Vostal. Polscy dyplomaci mieli zareagować w ten sposób na krytyczne wypowiedzi Macrona wymierzone w kraje Europy Wschodniej, które traktują Unię Europejską „jak supermarket” i „podwójnie ją zdradziły” poprzez brak solidarności w sprawie relokacji uchodźców.

Doniesieniom czeskiej prasy stanowczo zaprzeczył rzecznik rządu Rafał Bochenek. „Nigdy nie było z naszej strony propozycji odwołania spotkania” – napisał na Twitterze. W podobny sposób do sprawy odniósł się wiceminister spraw zagranicznych Konrad Szymański. – Nigdy nie proponowaliśmy odwoływania tego spotkania – powiedział dziennikarzom.

Obserwuj

Kancelaria Premiera

@PremierRP

Min. K. Szymański w #Bruksela: Polska była organizatorem spotkania #V4 z prezydentem Francji i nigdy nie proponowała odwołania spotkania.

10:38 – 23 Jun 2017

  • 2222 podane dalej

  • 4545 polubień

  • Twitter Ads info and privacy

    Obserwuj

    Rafał Bochenek @RafalBochenek

    @TraczMichal Nigdy nie było z naszej strony propozycji odwołania spotkania.

    09:55 – 23 Jun 2017

  • 22 podane dalej

  • 55 polubień

  • Twitter Ads info and privacy

    Informacja o wątpliwościach V4 z pewnością dotarła do prezydenta Francji. I bez tego jednak jego 15-minutowe spóźnienie (nie miał wcześniej zaplanowanych spotkań) wydaje się wykalkulowanym gestem. W kontekście wcześniejszej mocnej krytyki m.in. Polski i Węgier, Macron poprzez swoje spóźnienie prezydent Francji mógł podkreślać swój negatywny stosunek do krajów, które kilkadziesiąt godzin wcześniej nazwał „zdrajcami” Europy.

    / Źródło: TVN24, RMF FM, Twitter

    wydarzenia kraj świat macron v4 grupa wyszehradzka czechy media spotkanieodwołanie polska unia europejska zdrajcy supermarket

    W nalotach amerykańskiej koalicji giną setki cywilów


     

    INTERIA.PLFaktySerwisyPoczta

     

     

    SYRIA: W CIĄGU MIESIĄCA W NALOTACH KOALICJI ZGINĘŁO 472 CYWILÓW

    WOJNA W SYRII

    Dzisiaj, 23 czerwca (13:54)

    W nalotach dowodzonej przez USA międzynarodowej koalicji antydżihadystycznej w ciągu ostatniego miesiąca zginęło w Syrii 472 cywilów, czyli dwukrotnie więcej niż w poprzednich 30 dniach – podało w piątek Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka.

    W Syrii nieustannie mają miejsce kolejne naloty /AFP

    W Syrii nieustannie mają miejsce kolejne naloty /AFP

    Według danych tej organizacji z siedzibą w Londynie, okres od 23 maja do 23 czerwca był miesiącem, w którym w nalotach koalicji zginęło najwięcej cywilów, licząc od momentu rozpoczęcia interwencji 23 września 2014 roku.

     

    Cywile ginęli w nalotach na prowincje Ar-Rakka i Dajr-az-Zaur, na północy i wschodzie Syrii. Wśród ofiar było 137 dzieci.

    Między 23 kwietnia a 23 maja zginęło 225 cywilów.

    Szef Obserwatorium Rami Abdel Rahman poinformował, że w sumie w operacjach koalicji od początku interwencji w Syrii zginęło 1953 cywilów, w tym 456 dzieci i 333 kobiety.

    Międzynarodowa koalicja prowadzi w Syrii i Iraku operację przeciwko Państwu Islamskiemu (IS). Interwencja to odpowiedź na ekspansję islamistów na Bliskim Wschodzie. W skład zbrojnego sojuszu weszły zarówno państwa zachodnie, jak i kraje arabskie. Naloty doprowadziły do znacznego zniszczenia potencjału bojowego Państwa Islamskiego na Bliskim Wschodzie oraz zahamowały ekspansję terytorialną samozwańczego kalifatu na terytorium Syrii i Iraku. Ich celem jest również wsparcie bojowe dla sojuszników, w tym głównie kurdyjskich ugrupowań militarnych i irackich sił bezpieczeństwa.

     

    Krzysztof Liedel o 6. rocznicy wybuchu konfliktu w Syrii INTERIA.PL

    Koalicja obecnie pomaga m.in. w ofensywie kurdyjsko-arabskich Syryjskich Sił Demokratycznych (SDF) oblegających miasto Ar-Rakka, które jest stolicą samozwańczego kalifatu.

    Wojna domowa w Syrii rozpoczęła się w marcu 2011 roku, kiedy pokojowe demonstracje antyrządowe przekształciły się w krwawe starcia z wojskiem i policją. Według danych agencji AFP, w wyniku trwającego już sześć lat konfliktu zbrojnego śmierć poniosło ponad 320 tys. ludzi; 11 mln Syryjczyków, czyli połowa ludności, zostało zmuszonych do opuszczenia swoich domów.

    PAP

     

    Dowiedz się więcej na temat: Syria

    Trump jednak spotka się z Kaczyńskim w Warszawie


    ONET.pl

    Wiadomości

     

    Trump jednak spotka się z Kaczyńskim w Warszawie

     

    BARTOSZ WĘGLARCZYK

    35 minut temu

    Skomentuj00

    Donald Trump i Jarosław KaczyńskiFoto: PAPDonald Trump i Jarosław Kaczyński

    Podczas wizyty w Warszawie prezydent USA będzie rozmawiać w cztery oczy z prezesem PiS-u – poinformowały źródła Onetu.

    Do spotkania, według źródeł amerykańskich, dojdzie w hotelu Marriot w Warszawie 6 lipca rano. Donald Trump spędzi tam noc po przylocie do Polski 5 lipca wieczorem. Według naszych informatorów, spotkanie będzie prowadzone w cztery oczy, tylko z udziałem tłumacza.

    Dopiero później, o godz. 9, Trump uda się na rozmowy z Andrzejem Dudą i liderami krajów szczytu Trójmorza, a o godz. 13 wygłosi na Placu Krasińskich przemówienie do Polaków.

    Prosto stamtąd odjedzie na lotnisko i odleci do Niemiec na szczyt G-7.

    W rozmowie z dziennikarzem Onetu Andrzejem Gajcym bliski współpracownik Jarosława Kaczyńskiego zaprzeczył, że spotkanie z Trumpem jest już zaplanowane, nie wykluczył jednak, że do niego dojdzie, „jeśli zgłosi się o to strona amerykańska”.

    Trump w Polsce. Warszawa obiecuje tłumy i euforię

      ZOBACZ WIĘCEJ

      PiS-owi – według Amerykanów – nie zależy na nagłośnieniu tego spotkania, by rozmowa z prezesem partii nie „przykryła” faktu, że gospodarzem wizyty jest prezydent Duda.

      Wśród osób towarzyszących Trumpowi będzie również Rudolph Giuliani, doradca prezydenta USA ds. cyberbezpieczeństwa. Dzień po wizycie weźmie udział w warszawskiej konferencji Atlantic Council, ale kluczowe podczas wizyty Trumpa spotkanie Giulianiego wydarzy się 6 lipca – były burmistrz Nowego Jorku spotka się z minister cyfryzacji Anną Streżyńską. Rozmowa będzie dotyczyła ewentualnego zakupu przez Polskę oprogramowania do cyberobrony.

       

      (do)

      Źródło: Onet

      BARTOSZ WĘGLARCZYKDziennika

      Fachowe prześwietlanie uczestników Obywatelskiego Ruchu Oporu


       

       

      Policja puka do drzwi uczestników obywatelskiego ruchu oporu

      Data publikacji: 23.06.2017, 07:30 Ostatnia aktualizacja: 23.06.2017, 12:31

      miesięcznica smoleńska smoleńsk Krakowskie Przedmieście

      fot. Jan A. Nicolas/dpa  /  źródło: PAP

       

      MT

      Blokowałeś miesięcznicę smoleńską albo marsz ONR? Spodziewaj się wezwania na policję w charakterze podejrzanego. Uczestnikom obywatelskiego ruchu oporu grozi wysoki mandat albo sprawa w sądzie.

      Bandyterka z ONR sobie maszeruje i to jest normalne, a wyrażania obywatelskiego sprzeciwu ma być karane? To pogrobowcy ludzi, którzy zburzyli to miasto! – mówi dziennikarz Hubert Orzechowski. Właśnie dostał wezwanie na policję, by złożyć zeznania w charakterze podejrzanego. Powód? 29 kwietnia brał udział w blokowaniu marszu członków Obozu Narodowo-Radykalnego. Orzechowskiemu grozi mandat w wysokości kilkuset złotych albo 14 dni aresztu. – Nie przyjmę mandatu, pójdę z tym do sądu – zapowiada.

      Podobne wezwania w trybie nakazowym dostali też uczestnicy, którzy 10 czerwca blokowali miesięcznicę smoleńską. W myśl ustawy PiS ich manifestacja była nielegalna. – Nie zgadzamy się z ustawą o zgromadzeniach, jest wadliwa i niekonstytucyjna – tłumaczy Agnieszka Markowska z Obywateli RP. – Nie zgłaszamy zgromadzeń w myśl ustawy, bo dla nas jej nie ma. To nasze nieposłuszeństwo obywatelskie – dodaje.

      W sumie 10 czerwca policja spisała 102 osoby, przedstawicieli Obywateli RP, KOD-u czy Strajku Kobiet, którzy protestowali na Krakowskim Przedmieściu. 11 aktywistów przyjęło mandat w wysokości 500 zł na miejscu, pozostali znajdują teraz w skrzynkach wezwania na przesłuchania, głównie na komendę przy ul. Dzielnej na Śródmieściu. – Przesłuchania mają odbywać się co 15 minut w najbliższy poniedziałek i środę – mówi Markowska.

      – Większość idzie z nastawieniem, że będzie odmawiała zeznań – mówi Klementyna Suchanow ze Strajku Kobiet. – Liczą się z tym, że sprawa trafi do sądu. Dalej wszystko będzie zależało od indywidualnych przypadków, nie da się zrobić z tego masowej sprawy: trzeba sprawdzić zdjęcia, to, czy ktoś blokował marsz, czy stawiał opór, jak się zachowywał. Niemniej jednak wszyscy dostajemy wezwania z tą samą sygnaturą, nie jesteśmy w tym wypadku traktowani indywidualnie – mówi.

       

      KLEMENTYNA SUCHANOW ZE STRAJKU KOBIETWiększość idzie z nastawieniem, że będzie odmawiała zeznań. Liczą się z tym, że sprawa trafi do sądu.

      Prawnicy radzą wezwanym, by gromadzili wszystkie dokumenty na piśmie i nie zgadzali się na wezwania telefoniczne czy informacje przekazywane przez rodzinę. Pismo trzeba odebrać w ciągu siedmiu. Kolejny tydzień jest na odwołanie. Przekroczenie tych terminów oznacza przyjęcie mandatu i nakaz zapłaty.

      – Sformułujemy odwołanie, podając argumenty, dlaczego byliśmy na Krakowskim Przedmieściu. I będziemy walczyć – zapowiada Markowska. Z jakim skutkiem? Jeszcze nie wiadomo – póki co nikt wyroku nakazowego nie dostał.

      Policja nie wypuszczała nas przez dwie godziny

      Jak wyglądały blokady, za które należy się kara? – Na początku to była gra z policjantami w kotka i myszkę – opowiada Orzechowski. – Widać było, że funkcjonariusze nie byli doświadczeni: część trasy przemarszu pozostawiali niedostępną, ale w innym miejscu można było spokojnie przejść. W końcu otoczyli nas kordonem i siłą zepchnęli na chodnik. Marsz ONR przeszedł, ale nas nie wypuścili jeszcze przez godzinę. Dopiero zaczęli nas wypuszczać pojedynczo, przy czym skrupulatnie spisywano nasze dane. Na pytanie dlaczego, powołali się na ustawę o zgromadzeniach i to, że jesteśmy tu nielegalnie – mówi. I dodaje: – To nie był pierwszy raz, kiedy blokowano marsz nacjonalistów. Ale choćby w 2010 czy w 2011 r. policja kierowała demonstrację inną trasą. To chyba pierwszy raz, kiedy siłą zdecydowano się zapewnić radykałom „spokojną” manifestację.

       

      Podobnie wyglądała blokada z 10 czerwca. – Koło godz. 20 policja zaczęła nas wynosić – opowiada Klementyna Suchanow. – Przez godzinę nikt się nami nie interesował, nikt nie zamierzał nas spisywać. Nawet się upominaliśmy, że skoro nas zatrzymali, to powinni tę sytuację zalegalizować. Nie było wiadomo, co my tam robimy. Policjanci byli młodzi, chyba niedługo po szkole w Szczytnie, nie potrafili udzielić nam żadnych odpowiedzi, nie znali nawet paragrafów ani formułek. Mamy wrażenie, że był rozkaz, by nas tam przetrzymywać jak najdłużej – opowiada. 

      I wyjaśnia, że członkinie Strajku Kobiet nie przyjechały do Warszawy, by blokować miesięcznicę – przynajmniej większość. Tego dnia miały uczestniczyć w legalnej manifestacji Obywateli Solidarnych w Akcji pod Kordegardą na Krakowskim Przedmieściu. Chciały tym sposobem wyrazić solidarność z dwiema kobietami, które zostały poturbowane przez tłum podczas majowej miesięcznicy smoleńskiej. Dzień przed manifestacją wojewoda anulował zgromadzenie. Sąd w ostatniej chwili uznał, że marsz może się odbyć, mimo to policja nie wpuściła organizatorów na miejsce.

      – Nie dość, że zmieniono prawo, które już utrudnia zgromadzenia, nie dość, że manifestacja została odwołana w ostatniej chwili, to jeszcze mimo decyzji sądu nie mogła się odbyć. To wszystkich zdenerwowało – mówi Suchanow. – Osoby, które stwierdziły, że zostały pozbawione prawa legalnego manifestowania, przyłączyły się do blokady Obywateli RP – dodaje.

      Jednak sami członkowie Obywateli RP od początku wiedzieli, jakie ryzyko wiąże się z blokadą. Jak mówi Agnieszka Markowska, każdy, kto chce dołączyć do fundacji, podpisuje oświadczenie, że jest gotowy ponieść prawne konsekwencje. – Świadomie łamiemy prawo, które zostało wadliwie ustanowione – mówi działaczka.

      Czy uczestnicy blokady złamali prawo?

      Kodeks wykroczeń zakazuje blokowania zgłoszonych wcześniej manifestacji, cykliczne zgromadzenie Marsz Pamięci, nazywany miesięcznicą smoleńską. Art. 52 par. 2 kodeksu wykroczeń głosi: „Kto przeszkadza lub usiłuje przeszkodzić w organizowaniu lub w przebiegu niezakazanego zgromadzenia, (…) podlega karze ograniczenia wolności albo grzywny”.

      Blokada nie podpada również pod przepisy o zgromadzeniach spontanicznych. Ustawa definiuje je jako „zgromadzenie, które odbywa się w związku z zaistniałym nagłym i niemożliwym do wcześniejszego przewidzenia wydarzeniem związanym ze sferą publiczną, którego odbycie w innym terminie byłoby niecelowe lub mało istotne z punktu widzenia debaty publicznej”. Jak pisze OKO.press, miesięcznica smoleńska nie była wydarzeniem niemożliwym do przewidzenia. Zgodnie z kodeksem nie można też zakłócać żadnych innych zgromadzeń.

      Sąd może jednak odstąpić od kary, jeśli powoła się wprost na zapisaną w Konstytucji wolność zgromadzeń. Na korzyść uczestników blokady działa i to, że policja bezpodstawnie przetrzymywała ich pod pretekstem legitymowania. Według kodeksu funkcjonariusze mogli wynieść blokujących, ale nie powinni zakazywać im dołączenia do marszu po spisaniu danych. Wbrew prawu utrudniali też dotarcie prawników do zatrzymanych. Aktywiści mogą się teraz ubiegać o odszkodowanie – informuje OKO.press.

       

      Rosyjskie okręty ostrzelały Kalifat rakietami Kalibr


       

      ROSYJSKIE OKRĘTY OSTRZELAŁY OBIEKTY PAŃSTWA ISLAMSKIEGO

      PAŃSTWO ISLAMSKIE

      Dzisiaj, 23 czerwca (07:55) Aktualizacja: Dzisiaj, 23 czerwca (09:23)

      Rosyjskie okręty znajdujące się we wschodniej części Morza Śródziemnego ostrzelały sześcioma pociskami manewrującymi Kalibr obiekty Państwa Islamskiego (IS) w syryjskiej prowincji Hama – poinformowało w piątek ministerstwo obrony Rosji.

      Szef rosyjskiego resortu obrony - Siergiej Szojgu /AFP

      Szef rosyjskiego resortu obrony – Siergiej Szojgu /AFP

      Atak przeprowadzono z fregat Admirał Essen i Admirał Grigorowicz oraz z okrętu podwodnego Krasnodar, który działał z zanurzenia – napisano w komunikacie resortu.

       

      Pociskami Kalibr ostrzelane zostały punkty dowodzenia IS i składy broni i amunicji bojowników; następnie pozostałości tych obiektów zostały zaatakowane przez rosyjskie samoloty.

      Ministerstwo obrony dodało, że o ostrzale rakietowym uprzedzone zostały dowództwa wojskowe Turcji i Izraela.

      Rosyjski resort twierdzi, że IS przerzuca w godzinach nocnych bojowników do prowincji Hama, by tworzyli tam punkty dowodzenia i składy broni. Pociski manewrujące Kalibr stosowane były przez Rosjan wielokrotnie w trakcie operacji w Syrii; po raz ostatni – pod koniec maja, gdy okręty ostrzelały pozycje IS w rejonie Palmiry.

      Według rosyjskich mediów pociski Kalibr są zdolne do rażenia celów na odległość 2600 kilometrów; podczas lotu stale zmieniają wysokość i kierunek, co utrudnia ich wykrycie przez systemy obrony przeciwrakietowej.

      Z Moskwy Anna Wróbel

      PAP

      Siarczysty policzek Poroszenki wymierzony polskim ukrainofilom


       

       

      Koniec złudzeń. Czas dokonać zdecydowanej reorientacji w naszej polityce wobec Ukrainy

      opublikowano: wczoraj · aktualizacja: wczoraj

      autor: PAP/EPAautor: PAP/EPA

       

      Nie da się ukryć, była to manifestacja. Po zniesieniu obowiązku wizowego przez Unię Europejską, prezydent Petro Poroszenko wszedł do Europy przez drzwi ustawione na granicy ze… Słowacją. Ta okolicznościowa feta symbolizowała – jak podkreślił – „ostateczne opuszczenie przez nasz kraj imperium rosyjskiego i powrót do rodziny narodów europejskich”. Wybór Słowacji na ten uroczysty akt nie był przypadkowy.

       

      Mówiąc bez ogródek, był to zamierzony policzek dla Polski, samozwańczego „adwokata” Ukrainy w jej drodze do Europy.

      W polsko-ukraińskich relacjach dzieje się źle. Dobrze nie działo się nigdy, także po przełomowych wydarzeniach na Majdanie, kijowskim Placu Niepodległości. Były gesty, były słowa, było rzekome zapoczątkowanie nowego rozdziału, zapewnienia o partnerstwie i przyjaźni, słowem: był blichtr i w gruncie rzeczy kicz pojednania.Bo, pozorom wbrew, Polska i Ukraina różniły się diametralnie już w punkcie wyjściowym.

      W naszej polityce przeważała opcja bezkrytycznego wstawiennictwa w dążeniach niepodległościowych Ukraińców, z naiwną podszewką, że sami dokonają rozrachunku z własną przeszłością, że może kiedyś nasi przywódcy, niczym kanclerz Niemiec Helmut Kohl i prezydent Francji François Mitterrand nad grobami poległych w bitwie pod Verdun, podadzą sobie ręce na Wołyniu. Tymczasem w wewnętrznej polityce Ukrainy rozpoczął się proces poszukiwania własnej tożsamości, scalania narodu, rozbudzania patriotyzmu, którego bohaterami stali się przywódcy zbrodniczych formacji UON-UPA. To nie mogło się udać. Tym bardziej, że po naszej stronie istniał i wciąż istnieje podział na „ukrainofilów” i „ukrainofobów”, czyli tych, którzy przymykali oko na tragiczną przeszłość w imię wyższych, politycznych „racji”, oraz tych rozpamiętujących rzeź wołyńską i inne, rozliczne krzywdy. O problemach tożsamościowych Ukraińców pisaliśmy już kilkanaście lat temu z Rogerem Boyesem w naszej książce pt. „Koniec Europy”, dziś pisze o nich w znakomitym eseju Piotr Skwieciński, pt. „Infantylizm i równia pochyła”, w aktualnym wydaniu tygodnika „wSieci” (polecam):

      To, co się dzieje w relacjach polsko-ukraińskich, jest dla Polaków lekcją realizmu. Gorzką i nieco brutalną, niemniej jednak potrzebną,

      brzmi lead tego tekstu. To prawda. W polskiej polityce wobec Ukrainy zwyciężał pierwiastek emocjonalny, wykładnia, jak to ujął w swym wystąpieniu podczas tzw. pomarańczowej rewolucji prezydent Aleksander Kwaśniewski, że „Rosja bez Ukrainy jest lepszym rozwiązaniem niż Rosja z Ukrainą”. Nasze naiwne misjonarstwo pozostawało w ostrej sprzeczności do gloryfikowanej na Ukrainie, „bohaterskiej” formacji UON-UPA, jako fundamentu i spoiwa w kształtowaniu poczucia patriotyzmu społeczeństwa. W efekcie mamy, co mamy, a czego dobitnym wyrazem jest uniemożliwienie polskiemu Instytutowi Pamięci Narodowej prac poszukiwawczych i ekshumacyjnych w miejscach kaźni na Ukrainie oraz legalizacji upamiętnień polskich ofiar ludobójstwa, de facto ukraińskiego i rosyjskiego, zaś ze strony Kijowa kategoryczne żądanie odbudowy notabene bezprawnie postawionego w 1994r. pomnika UPA w Hruszowicach na Podkarpaciu.

      Czytaj dalej na następnej stronie ==>

      12

      następna strona »

      Zdjęcie Piotr Cywiński

      autor: Piotr Cywiński

      Dziennikarz, publicysta, reporter i autor książek. Specjalizuje się w problematyce międzynarodowej. Wieloletni komentator parlamentarny, akredytowany w Bonn, Brukseli i Berlinie, autor licznych wywiadów z szefami rządów państw UE, Komisji Europejskiej i NATO, a także reportaży z krajów Europy, Azji i Afryki, w tym z terenów objętych wojną, m.in. z Bałkanów i Ruandy. W latach 1989-2011 pracował w tygodniku „Wprost”, następnie był komentatorem „Uważam Rze”. Opublikował książki „Sezon na Europę” i „Koniec Europy” (napisane wspólnie z Rogerem Boyesem z „The Times”). Publikuje także w opiniotwórczej prasie zagranicznej. Obecnie jest stałym publicystą-komentatorem tygodnika „Sieci” i portalu wPolityce.pl.

      Numer z lodówką jako zarzewiem ognia w wieżowcu jest raczej mało przekonywującym


       

       

      rmf24 - Strona główna

      • Scotland Yard ujawnił, co spowodowało pożar londyńskiego wieżowca

        Dzisiaj, 23 czerwca (12:39)

        Uszkodzona lodówka marki Hotpoint, model FF175BP, była przyczyną pożaru londyńskiego wieżowca Grenfell Tower, w którym zginęło co najmniej 79 osób – poinformowała w piątek londyńska policja. Wykluczono podpalenie. Nadinspektor Fiona McCormack powiedziała, że model ten nie będzie wycofywany i że producent przeprowadza kolejne testy.

        Uszkodzona lodówka marki Hotpoint, model FF175BP, była przyczyną pożaru londyńskiego wieżowca Grenfell Tower, w którym zginęło co najmniej 79 osób - poinformowała w piątek londyńska policja. Wykluczono podpalenie. Nadinspektor Fiona McCormack powiedziała, że model ten nie będzie wycofywany i że producent przeprowadza kolejne testy.

        Spalony wieżowiec Grenfell Tower/ANDY RAIN /PAP/EPA

        Rzeczniczka Scotland Yardu zaznaczyła, że pożar na pewno nie został wzniecony celowo. Jak dodała, prowadzący dochodzenie wysłuchali zapisu 600 rozmów telefonicznych, wykonanych do straży pożarnej i mieszkańców w chwili wybuchu pożaru.

        Niektóre z tych rozmów trwają więcej niż godzinę i są przerażające – powiedziała.

        Policja zaczęła już przesłuchiwać ludzi, których ewakuowano z wieżowca.

         

        Policja udostępniła nagrania z wnętrza Grenfell TowerStoryful/x-news

        Zalecono także zbadanie płytek izolacyjnych, którymi pokryty był budynek. Nie spełniają one standardów przeciwpożarowych. Jednym z możliwych, formalnych zarzutów, jakie postawione zostaną po zakończeniu dochodzenia, będzie oskarżenie winnych zaniedbań o zabójstwo.

        Izolacja z pianki, która wypełniała panele na fasadzie budynku wieżowca, była dla mieszkańców śmiertelnym zagrożeniem. Gdy budynek zaczął płonąć, do każdego mieszkania w wieżowcu mogła dotrzeć wystarczająca ilość cyjanowodoru, żeby zabić wszystkich ludzi, którzy znajdowali się w środku – opowiada prof. Richard Hull.

        Panele zainstalowano w ubiegłym roku podczas remontu wieżowca. Były łatwopalne i kosztowały zaledwie dwa funty mniej za metr kwadratowy, niż płyty ognioodporne.

        Ktoś podpisał dokumenty, które na to zezwoliły – mówią lokatorzy wieżowca, dodając, że winni takiej sytuacji powinni zostać osądzeni i trafić do więzienia.

        W brytyjskim systemie standardów przeciwpożarowych, zastosowane panele miały zerowy współczynnik odporności.

        W Wielkiej Brytanii zidentyfikowano 11 bloków mieszkalnych, w których zastosowano podobne zabezpieczenia jak w wieżowcu Grenfell Tower.

        (j.)

        Bogdan Frymorgen

        RMF FM

      Przekonywano nas, że komuna przepijała fundusze emerytalne. A co się dzieje dzisiaj?


       

      Przełącz na rozrywkę

      Przełącz na Dziennik

       

      Nie warto zawracać sobie głowy listem od ZUS. Symulacje mają niewiele wspólnego z rzeczywistością

       

      21.06.2017, 07:37 | Aktualizacja: 21.06.2017, 07:23

       

      Zakład Ubezpieczeń Społecznych ZUS

      Zakład Ubezpieczeń Społecznych ZUS / Shutterstock

      Grzegorz Osiecki

       

      Prognoza wysokości przyszłych emerytur wysyłana właśnie przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych może być mocno zaniżona.

      ZUS wysyła właśnie listy do 19 mln ubezpieczonych z informacją o ich koncie emerytalnym. Dla wielu z tych osób prognoza wysokości emerytury może okazać się szokiem. Dotyczy to osób w trakcie kariery zawodowej, którym do emerytury zostało jeszcze wiele lat. Druga grupa to ludzie, którzy składek nie płacili wcale lub płacili bardzo małe.

       

      List od ZUS zawiera informacje o stanie konta ubezpieczonego i odłożonych do tej pory składkach, a także o składkach, które wpłynęły w zeszłym roku, i o tym, kiedy dana osoba osiągnie wiek emerytalny. Towarzyszy temu przygotowana w czterech wariantach symulacja świadczenia. Dwa pierwsze to wyliczenie jego wysokości w momencie osiągnięcia wieku emerytalnego i w kolejnych pięciu latach. Modyfikacje polegają na założeniu, że od dziś do momentu przejścia na emeryturę składki są wpłacane tak jak obecnie, oraz że od momentu otrzymania listu do ZUS nie wpłynie żadna składka i emerytura zostania wyliczona z tego, co odłożyliśmy do tej pory.

      Te symulacje dotyczą tylko składek w ZUS. Dlatego dołączone do tego są kolejne dwa warianty. Pokazują one przewidywaną emeryturę w momencie osiągnięcia wieku emerytalnego, ale przy dodaniu składek zgromadzonych w otwartych funduszach emerytalnych.

      Problem w tym, że przygotowane przez Zakład symulacje mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Informacja w kilku miejscach jest zafałszowana, co może zawyżać lub zaniżać świadczenie.

      Czytaj więcej

      Robert Gwiazdowski: Co jest w ZUS-ie? Nic. W ZUS-ie nic nie ma

      Błąd pierwszy. System wyliczania emerytur został tak skonstruowany, że w większości zaniża prognozowaną wysokość emerytur. Można go traktować poważnie jedynie w przypadku osób tuż przed emeryturą. Jest tak, gdyż art. 50 ustawy o ZUS mówi, że wyliczając hipotetyczną emeryturę, ZUS ma się opierać na dotychczas zgromadzonych składkach i podzielić je przez średnie dalsze trwanie życia w momencie prognozowanego przejścia na emeryturę. Wariant drugi uzupełnia symulację o dodanie do niej prognozy wpłacanych składek emerytalnych stosownie do liczby pozostałych lat. Symulacja nie bierze natomiast pod uwagę przyszłej waloryzacji składek, zarówno tych już odłożonych, jak i tych, które będą wpłacone w przyszłości. A różnica może być znacząca. Waloryzacja składki w ZUS za 2016 r. to ponad 6 proc.

      Weźmy przykład kobiety, która nie pracuje, odłożyła w ZUS 300 tys. zł składki i zostało jej do emerytury pięć lat. Według wyliczeń Zakładu zgodnych z ustawą w momencie przejścia na emeryturę jej odłożona składka się nie zmieni. Ale gdyby waloryzacja składki w kolejnych latach była na takim poziomie jak w 2016 r., to jej oszczędności w ZUS urosną do 410,5 tys. zł. Bez waloryzacji emeryturę można szacować na 1140 zł miesięcznie. Z jej uwzględnieniem – 1526 zł. Gdyby waloryzacja okazała się o połowę niższa, to zgromadzona na koncie w ZUS kwota urośnie do 347 tys. zł, a emerytura wyniesie 1322 zł, czyli będzie wyższa o 16 proc.

      Te przykłady pokazują, jak przyjęta metoda symulacji zaniża świadczenie w przypadku tego samego punktu startowego i zaledwie pięciu lat waloryzacji albo jej braku. W przypadku dłuższych okresów, zafałszowanie może sięgać kilkudziesięciu procent.

      Na stronie internetowej ZUS są symulatory emerytur, które wyliczają świadczenie w bardziej realistyczny sposób. Ale w przypadku listownej informacji dla ubezpieczonych Zakład jest związany prawem.

      Czytaj więcej

      500+ dla emerytów. PiS zazdrości PO i myśli o seniorach. Albo o wyborach

      Jak wynika z rozmów zarówno z ZUS, jak i resortem rodziny i pracy, taki sposób wyliczania hipotetycznej emerytury wprowadzono z dwóch powodów. Po pierwsze chodziło o to, by opierał się na danych historycznych, bo trudno przewidywać waloryzację na dziesięciolecia. Może się zdarzyć, że będzie zerowa lub niewielka.

      Dodatkowym motywem miałoby być to, że niskie prognozowane świadczenie będzie dopingowało ludzi do pilnowania płacenia dodatkowych składek lub dodatkowego oszczędzania na starość. Tyle że czytając internetowe fora można odnieść wrażenie, że skutek jest przeciwny. U wielu osób widok listu z ZUS z niskim świadczeniem budzi raczej niechęć do płacenia składek i utrwala pogląd o możliwym bliskim bankructwie Zakładu (takie sugestie były wielokrotnie prostowane zarówno przez ZUS, jak i przez rząd).

      Dwa kolejne możliwe w symulacji błędy wynikają z nachodzących lub możliwych zmian przepisów.

      Błąd drugi. ZUS wysyłając informacje, opiera się na obecnym stanie prawnym, czyli ustawie wydłużającej wiek emerytalny. A on się za chwilę zmieni. Od października zostanie obniżony do 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn. Ten problem widać nawet na udostępnionej przez ZUS przykładowej korespondencji. Jej bohater ma przejść na emeryturę w wieku 67 lat, tyle że w rzeczywistości takie uprawnienie uzyska dwa lata wcześniej. W przypadku młodych kobiet pomyłka wynosi aż siedem lat.

      Ale uwaga: ten błąd w przeciwieństwie do poprzedniego podnosi wysokość emerytury w stosunku do tego, czego możemy się spodziewać w rzeczywistości. Zebrana w trakcie pracy zawodowej składka byłaby bowiem dzielona przez mniejszą liczbę miesięcy dalszego trwania życia.

      Błąd trzeci. Jeszcze nie ma pewności, czy został popełniony. Szykowane właśnie ustawy reformujące system emerytalny przewidują przekazanie 75 proc. kwoty zgromadzonej w OFE na konta w III filarze emerytalnym. Czyli automatycznie zmniejszona zostanie składka, która będzie podstawą do wyliczenia emerytury z ZUS. To zaś nieco obniży wysokość emerytury wypłacanej z ZUS (co zostanie zrekompensowane wypłatą z III filaru).

      Czytaj więcej

      Koniec OFE czy początek III filaru? Rząd rozpoczyna „operację emerytury”

       

       

      Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

      Transformacja o znamionach degradacji


       

       

       

      logo gazetaprawna.pl

      Biznes

       

      statystyki

      Sny o dymiących kominach. Nie ma co liczyć na wielki powrót przemysłu

      autor: Jakub Kapiszewski, Marek Chądzyński23.06.2017, 09:05; Aktualizacja: 23.06.2017, 09:29

       

      Przez lata transformacji nasza gospodarka odprzemysłowiała się w takim tempie jak na Zachodzie. Ale nie poszły za tym zmiany charakterystyczne dla krajów rozwiniętych, jak technologiczny postęp

      Przez lata transformacji nasza gospodarka odprzemysłowiała się w takim tempie jak na Zachodzie. Ale nie poszły za tym zmiany charakterystyczne dla krajów rozwiniętych, jak technologiczny postępźródło: ShutterStock

      Marzenie o powrocie fabryk, które dadzą wiele dobrych i stabilnych miejsc pracy, to mrzonka. Na wielki comeback przemysłu nie ma co liczyć, a na przyszłość musimy mieć z tyłu głowy, że nie z każdej fabryki należy się cieszyć.

      Co zmieniło się w zasadach wydawania świadectw pracy oraz tworzenia regulaminów

      To marzenie ma nawet swoją nazwę: reindustrializacja. Słowo, na które moda wybuchła po kryzysie finansowym, kiedy na Zachodzie pojawiła się tęsknota za „realną” gospodarką, tworzącą namacalną, realną wartość, będącą zarazem przeciwieństwem skompromitowanego sektora finansowego, który obraca wirtualnym pieniądzem.

       

      Sama idea nie jest zła. Przemysł ma dobroczynny wpływ na całą gospodarkę, chociażby przez fakt przeznaczania olbrzymich środków na badania i rozwój. Dowodów nie trzeba szukać daleko: Komisja Europejska co roku wydaje opracowanie poświęcone nakładom biznesu na badania i rozwój (EU Industrial R&D Investment Scoreboard). W pięćdziesiątce firm przeznaczających na ten cel największe środki próżno szukać banków czy sieci hotelarskich. Są za to koncerny motoryzacyjne, farmaceutyczne oraz działające w przemyśle elektromaszynowym (a także firmy tworzące oprogramowanie).

      Zobacz także:

      Co więcej, zakłady produkcyjne wymagają surowców i komponentów, w związku z czym każde miejsce pracy w fabryce tworzy wiele miejsc pracy poza nią. W ten sposób powstają – uwaga, inne modne słowo – ekosystemy, które po przekroczeniu pewnej masy krytycznej napędzają rozwój danej branży. No bo skoro w danym miejscu wokół firmy X z branży Y wyrósł już cały wianuszek kooperantów, to dlaczego nie miałaby z tego skorzystać także firma Z, również działająca w sektorze Y?

      Ale tak naprawdę marzenie o reindustrializacji w jej potocznym rozumieniu jest marzeniem o powrocie do rynku pracy, który jest w stanie wchłonąć sporą liczbę umiarkowanie wykształconych osób i zaoferować im relatywnie dobre płace. Do tego odwoływał się podczas kampanii wyborczej obecny prezydent Donald Trump, mówiąc o potrzebie stworzenia milionów miejsc pracy w amerykańskim przemyśle. Do tego nawiązywała również szefowa Frontu Narodowego Marine Le Pen, spotykając się tuż przed niedawnymi wyborami prezydenckimi we Francji z pracownikami przeznaczonych do zamknięcia zakładów Whirlpoola w Amiens.

      To marzenie jest silne, bo świat, do którego nawiązuje, istniał całkiem niedawno, a jego demontaż rozpoczął się zaledwie cztery dekady temu. Tylko w USA między 1980 a 2015 r. wyparowało 6 mln miejsc pracy w przemyśle. Hasło „reindustrializacja” sugeruje, że fabryki wrócą tam, skąd zniknęły. Problem polega na tym, że nie wrócą, bo nigdy tak naprawdę nie zniknęły, tylko przeszły w tym czasie radykalną i często nieodwracalną transformację.

      Szybciej, krócej, mniej (ludzi)

      U jej źródeł leży postęp techniczny, który umożliwił wydajniejszą produkcję. „Wydajniejszą” to poręczny skrót od „tyle samo, ale w krótszym czasie i z wykorzystaniem mniejszej siły roboczej”. Niesamowite jest, jak z perspektywy znad Wisły łatwo jest nam zapomnieć, że na Zachodzie przemiana ta dokonywała się, zanim zniknęła żelazna kurtyna – i na długo przed tym, jak zaczęliśmy mówić, że dzięki środkom unijnym nasz biznes będzie miał szansę dogonić Zachód.

      Przykład z sektora motoryzacyjnego. Już w 1983 r. „New York Times” donosił, że nowa fabryka Mazdy w japońskim Hofu (otwarta rok wcześniej) jest w stanie produkować 20 tys. kompletnych aut (do tego 7 tys. niekompletnych) miesięcznie przy zatrudnieniu 1,8 tys. ludzi pracujących na dwie zmiany po 900 osób. Dziennik porównał to z wydajnością przeciętnej fabryki aut w USA, takiej jak należący do Chryslera zakład przy Jefferson Avenue w Detroit (zburzony w 1990 r.), gdzie produkcja takiej samej liczby samochodów wymagała ponad dwukrotnie większej załogi – 4,7 tys. ludzi. Japoński producent osiągnął te parametry m.in. dzięki niespotykanej wówczas skali robotyzacji. Maździe udało się praktycznie całkowicie zautomatyzować proces montażu karoserii; „NYT” donosił, że ludzka interwencja potrzebna była tylko na początkowym i końcowym etapie procesu. Tłoczenie karoserii, składanie jej, spawanie – to była domena maszyn.

      Zobacz także:

      Ale postęp to nie tylko roboty. Równie ważne są innowacje procesowe, czyli taka organizacja linii produkcyjnej, aby montaż przebiegał w najbardziej optymalny sposób. O tej samej fabryce pisał w książce „Pracując dla Japończyków” Joseph Fucini: „Ruchy pracowników przypominały skrupulatnie przygotowaną choreografię, której celem jest wyeliminowanie zbędnych ruchów i oszczędność czasu. Pracownicy Mazdy nigdy nie musieli szukać narzędzi, ponieważ każde z nich leżało w ściśle określonym miejscu w pobliżu linii produkcyjnej. Nie musieli też czekać na zajęcie, tak jak ich koledzy w USA. Kiedy robotnik kończył montaż baku na paliwo, zabierał się za aplikację w podwoziu pianki izolującej kabinę przed hałasem; czynność kończył dokładnie w momencie, kiedy pojawiał się następny samochód do montażu”.

      W przeciwieństwie do amerykańskich zakładów, w których samochody przemieszczały się między kolejnymi etapami montażu po taśmie, w fabryce w Hofu karoserie śmigały ponad głowami pracowników na specjalnym wyciągu. Dzięki temu na podłodze w zakładzie panował porządek, a robotnicy mieli swobodę ruchów i łatwy dostęp do podwozia. Dodatkowo na etapie montażu baku paliwowego wyciąg przechylał auta o 30 stopni, aby w ten sposób jeszcze bardziej ułatwić pracę ludziom. Inżynierowie Mazdy wpadli również na pomysł, aby drzwi montować na możliwie jak najpóźniejszym etapie – dzięki temu robotnicy nie musieli krążyć naokoło nich w trakcie wyposażania wnętrza. Minimalizowało to też ryzyko, że zostaną zarysowane.

      Jeśli szukamy przykładów trochę bliższych geograficznie, to mieszanka innowacji technologicznych i procesowych znacząca na przestrzeni ponad dwóch dekad zwiększyła wydajność w górnictwie odkrywkowym. Według danych zebranych przez Biuro Analiz Sejmowych w 1991 r. kopalnia węgla brunatnego w Bełchatowie zatrudniała 11,2 tys. osób, a wydobycie wynosiło 35,2 mln ton. W 2015 r. przy odkrywce pracowało już tylko 5,2 tys. osób, ale wydobycie wyniosło 42,1 mln ton. Innowacje pozwoliły więc na znaczące zwiększenie wydajności – czyli zwiększenie urobku przy mniejszym zatrudnieniu.

      Technologia zmieniła zapotrzebowanie przemysłu na pracę, ale warto nadmienić, że nie wszędzie i nie zawsze w identycznym stopniu. Nawet w obrębie tych samych przedsiębiorstw różne zakłady produkcyjne charakteryzują się różnym stopniem automatyzacji, w zależności od potrzeb firmy i kosztów. Dla przykładu, o ile fabryki Mazdy w Japonii są praktycznie całkowicie zautomatyzowane na etapie montażu karoserii, o tyle w najnowszej fabryce koncernu w Meksyku tylko połowę zadań na tym etapie wykonują roboty. Resztę wykonują ludzie.

      Ktoś zwróci uwagę, że efekty takich optymalizacji bywają ukryte, bo dana firma może wciąż się rozwijać, a więc potrzebować pracowników, tyle że na innych stanowiskach. Doskonałym przykładem – akurat nie z przemysłu – jest wprowadzenie automatycznych centrali telefonicznych przez amerykańską firmę AT&T, co zrewolucjonizowało branżę telekomunikacyjną – nie trzeba już było ręcznie łączyć rozmów w centrali, a to wymagało zatrudnienia mnóstwa ludzi. Niemniej jednak amerykański gigant przez bardzo długi czas nie redukował zatrudnienia, tylko delegował pracowników do innych zadań. Utrata miejsc pracy może być również związana z utrzymującą się kiepską kondycją branży, jak w przypadku amerykańskiej motoryzacji – takie stanowiska są do odzyskania.

      Zobacz także:

      Twarda statystyka mówi jednak, że między 1980 a 2015 r. z USA wyparowało 6 mln miejsc pracy w przemyśle i ekonomiści są zdania, że za większość tej liczby odpowiadają właśnie przemiany technologiczne. Taką interpretację podpowiada chociażby to, że w międzyczasie wartość wytwarzanych przez przemysł dóbr wzrosła trzykrotnie. Wzrost wydajności podpowiada, że te miejsca pracy są nie do odratowania.

      Powrócić na macierzysty brzeg

      Niektórzy ekonomiści (m.in. David Autor) są zdania, że 1/4 tej liczby można wytłumaczyć przenoszeniem miejsc pracy za granicę, czyli offshoringiem. Przez wzgląd na rosnące koszty pracy, a także niektóre analizy – np. przeprowadzane przez Boston Consulting Group i mówiące o zbliżonym koszcie produkcji niektórych towarów w Chinach i USA – po drugiej stronie Atlantyku pojawiła się nadzieja na proces odwrotny, czyli onshoring (to również może być forma reindustrializacji). A więc czy miejsca pracy, które zniknęły, mogą wrócić?

      Tutaj także należy być sceptycznym, ale bardziej ze względów praktycznych. Postęp techniczny zmienił przemysł także pod innymi względami – między innymi takim, że produkcja przestała być zlokalizowana. Globalna łączność i rozwój transportu sprawiły, że zarządzanie łańcuchem dostaw o niespotykanej wcześniej rozpiętości stało się proste. Jeśli się to opłaca, to firmy nie mają powodów, żeby na siłę szukać surowców, materiałów i kooperantów w macierzy.

      Co więcej, może być to bardzo trudne, bo po wielu latach działalności za granicą firmy stają się tak związane z lokalnymi sieciami poddostawców, że trudno im się wyprowadzić. Przeniesienie produkcji oznaczałoby konieczność przeszczepienia całego ekosystemu (mowa zarówno o kooperantach, jak i odpowiednio wykwalifikowanej sile roboczej), którego w kraju macierzystym najpewniej już nie ma (jeśli wcześniej został przeniesiony za granicę), a ich odtworzenie po kilku dekadach jest niemożliwe – te kompetencje trzeba budować od nowa. Proszę sobie wyobrazić, gdyby w Polsce ktoś na serio chciał się zabrać do elektroniki – nie wystarczyłoby mu to, że kiedyś nad Wisłą działała Unitra. Ludzi do pracy musiałby z powodu upływu czasu wykształcić praktycznie od zera.

      Zobacz także:

      Otwarcie mówił zresztą o tym w październiku ubiegłego roku prezes Adidasa Kasper Rorsted. „Nasza produkcja w 90 proc. opiera się na Azji. Osobiście nie wierzę w to – i taka wiara jest kompletną iluzją – że produkcja na masową skalę może powrócić do Europy. (…) Z kolei jedyną, potencjalną korzyścią z uruchomienia produkcji w USA jest zainteresowanie polityczne, bo nie opłaca się to pod względem finansowym, a co więcej, tamtejszy rynek nie ma odpowiednich kompetencji. To samo dotyczy całej branży, nie mówię tylko w imieniu Adidasa”. Co ciekawe, prezes stwierdził, że zachętą do powrotu na Stary Kontynent nie jest też automatyzacja produkcji. Adidas co prawda planuje uruchomienie dwóch mocno zrobotyzowanych zakładów w Niemczech i w USA, ale będą one produkowały zaledwie po milionie par butów rocznie – kropla w morzu 360 mln par szytych przez całą firmę. „Pełna automatyzacja to kwestia 5–10 lat. Spośród mniej więcej 120 kroków, jakie są potrzebne do produkcji buta, kilka uparcie nie chce się jej poddać. Największym wyzwaniem jest stworzenie robota, który będzie sznurował buty. Nie żartuję. Dzisiaj jest to wyłącznie manualna robota. Nie istnieje jeszcze taka technologia” – dodał Rorsted.

      Innym powodem, dla którego firmy mogą z niechęcią patrzyć na reshoring, jest bliskość zakładów produkcyjnych względem nowych rynków zbytu. Dane przedsiębiorstwo mogło co prawda kiedyś przenieść produkcję do Chin, aby zaoszczędzić na kosztach pracy, ale teraz liczący 1,3 mld ludzi kraj mógł się stać znaczącym odbiorcą produktów. Tak jest w przypadku Adidasa, na którego wyroby popyt wzrósł w Państwie Środka w 2015 r. o 28 proc.

      Na drodze do powrotu miejsc pracy może stanąć jeszcze inna, dość fundamentalna zmiana w sposobie funkcjonowania przemysłu. Chodzi o to, na jakim etapie wytwarzania danego towaru dodawana jest do niego największa wartość? Ta, niestety, w wielu branżach nie powstaje na hali fabrycznej, ale w biurach projektantów czy inżynierów, działach reklamy i sekcjach sprzedaży. Foxconn zarabia potężne pieniądze na montażu produktów marki Apple, ale żadną miarą ich wartość – mająca przełożenie na cenę, jakiej koncern z Cupertino może żądać za swoje produkty – nie powstaje w południowych Chinach. Szacunki mówiły, że w przypadku pierwszych modeli iPada koszt produkcji wynosił 1,6 proc. finalnej ceny. Podobnie jest z markami odzieżowymi, które zlecają szycie swoich ubrań w Maroku, Turcji czy Bangladeszu. Wartość ich produktów nie powstaje w szwalniach, ale wykuwa się w kampaniach reklamowych, wyglądzie salonów sprzedaży i witryn sklepowych oraz na deskach kreślarskich projektantów.

      Zwłaszcza ten ostatni punkt jest trzeźwiący, bo każe się zastanowić, jakiego właściwie przemysłu chcemy. Możemy osiągnąć wspaniałe wskaźniki zatrudnienia w przemyśle lub wartości dodanej do PKB, ale wciąż nie poczuć, że nastąpiła reindustrializacja w takim wariancie, o jaki nam chodziło.

      Polska przemysłowa

      Z lotu ptaka przemysł w Polsce ma się całkiem nieźle. Jeśli mierzyć to tylko jego udziałem w wartości dodanej – czyli wartości dóbr i usług wytwarzanych w gospodarce po odjęciu kosztów tego wytworzenia – to przemysł w Polsce generuje większy jej odsetek niż średnio przemysł w całej Unii. Jego udział w wartości dodanej brutto to niespełna 25 proc., podczas gdy średnia dla UE (według stanu na 2013 r.) wynosi nieco ponad 19 proc. Ale też w Polsce przemysł nie odczuł tak mocno ostatniego kryzysu finansowego jak w innych krajach; w ciągu 10 lat (2003–2013) średni udział przemysłu w wartości dodanej brutto spadł. A u nas wzrósł. W czasie kryzysu był tylko jeden rok, kiedy wartość dodana w polskim przemyśle była niższa niż rok wcześniej, stało się tak w 2009 r., poza tym niemal przez cały ten okres rosła ona szybciej niż PKB. A udział przemysłu w wartości dodanej całej gospodarki oscylował wokół 25 proc.

      Ale można tę miarę potraktować nieco inaczej: jako wskaźnik gospodarczego zacofania. Jeszcze kilkanaście lat temu duży udział przemysłu w gospodarce był tak właśnie traktowany, na początku lat 90. ubiegłego wieku udział przemysłu w wartości dodanej sięgał 40 proc., nawet 50 proc., jeśli dodać do niego budownictwo. Eksperci nazywali to dystansem strukturalnym: oto gospodarki zachodnie coraz mocniej opierały się na usługach, proces deindustrializacji postępował w najlepsze, a u nas głównym motorem były przestarzałe technologicznie zakłady przemysłu ciężkiego. Taką strukturę nazywano zaburzoną, przemysł był przerośnięty, usługi i handel niedorozwinięte. Nijak nie przystawała ona do modelu uznawanego za optymalny – gospodarki opartej na wiedzy, gdzie to usługi dominują w wytwarzaniu PKB i odpowiadają za większość miejsc pracy.

      Transformacja ustrojowa wymusiła zmiany w tej strukturze w dość bolesny sposób. Tyle że były to zmiany instytucjonalnie narzucone, a nie wynikające z naturalnych procesów. Dezindustrializacja w Polsce odbyła się w sposób sztuczny. U nas nikt nie przenosił fabryk na inne rynki, a zmniejszanie liczby miejsc nie nastąpiło dlatego, że ludzi zastępowały maszyny. W początkowej fazie transformacji uwolniono rynek – co pobudziło np. rozwój handlu – ale jednocześnie zwinięto ochronny parasol znad firm państwowych. Przykład to urealnienie kosztów obsługi kredytów (również tych, które były już udzielone) przez drastyczne podniesienie oprocentowania. Głównym celem była walka z hiperinflacją, więc próbowano ograniczyć wzrost płac, wprowadzając specjalny podatek od wzrostu wynagrodzeń, i ograniczyć wydatki publiczne – co automatycznie oznaczało odcięcie przedsiębiorstw od państwowych kroplówek. Firmy pozbawiono od finansowania budżetowego. Produkcja, na którą nie było rynkowego popytu, musiała zostać ograniczona – przedsiębiorstwa przemysłowe niemal z dnia na dzień zostały rzucone na głęboką rynkową wodę.

      Spadek udziału przemysłu w wartości dodanej w statystykach z tamtego okresu rzeczywiście widoczny jest niemal z roku na rok: w 1990 r. sięgał 53 proc. (licząc razem z budownictwem), rok później już niespełna 42 proc., pod koniec dekady 31 proc. Równocześnie rosła rola usług: w 1990 r. ich udział w gospodarce wynosił 38,4 proc., by w ciągu następnych 10 lat wzrosnąć do 55 proc.

      Jednak ograniczenie roli przemysłu w gospodarce i zwiększenie znaczenia usług nie szło w parze z ich jakościową zmianą. Mieliśmy raczej gaszenie pożaru najprostszymi środkami. Skoro mamy duże bezrobocie, to ściągnijmy kapitał, który stworzy miejsca pracy, możliwie szybko i możliwie dużo. Najlepiej w regionach, które najbardziej ucierpiały na dostosowaniach. Nie wybrzydzajmy na to, co ten kapitał reprezentuje i jaki ma dla nas plan. Dajmy mu zachęty, najlepiej odpuśćmy podatki, bo to stosunkowo proste. Tak w 1994 r. powstały specjalne strefy ekonomiczne.

      SSE, czyli miejsce w łańcuchu wartości

      W założeniach powołanie specjalnych stref ekonomicznych brzmiało pięknie: miały być nie tylko lekarstwem na skokowo rosnące bezrobocie strukturalne w niektórych regionach, ale też sposobem na wyrwanie ich z cywilizacyjnej zapaści. Do stref miał trafiać określony typ inwestycji, tak by rozwijały się konkretne dziedziny działalności gospodarczej. W domyśle takie, które popchną gospodarkę w pożądanym kierunku, czyli innowacyjności, nowych technologii, wiedzy i tak dalej.

      Strefy wystartowały w 1994 r. i stopniowo zyskiwały popularność wśród inwestorów. Po 10 latach funkcjonowania wydano prawie 700 zezwoleń na działalność, po kolejnej dekadzie było ich już 1700. Według raportu firmy doradczej KPMG sprzed kilku lat skumulowana wartość inwestycji na terenie stref w 2004 r. wynosiła 19,9 mld zł, by w ciągu kolejnego dziesięciolecia wzrosnąć do poziomu 93,1 mld zł. W tym samym czasie liczba miejsc pracy wzrosła ponadtrzykrotnie z ok. 74,6 tys. osób do prawie 270 tys. Z tego punktu widzenia SSE odniosły sukces. Potwierdzają to badania, np. raport firmy doradczej EY na temat funkcjonowania stref. Podaje on, że działanie firm w strefach przełożyło się na niższe bezrobocie w danym regionie w porównaniu do miejsc, gdzie stref nie ma. A i zamożność mieszkańców też się zwiększyła. Według raportu tam, gdzie funkcjonują strefy, stopa bezrobocia jest przeciętnie niższa o 1,5 do 2,8 pkt proc. w przypadku podregionów oraz 2,3 do 2,9 pkt proc. w przypadku powiatów. Natomiast poziom PKB na głowę mieszkańca jest wyższy przeciętnie o ok. 1300 zł (do 2500 zł) niż w pozostałych podregionach, co oznacza wyższy wskaźnik PKB per capita o ok. 3,9 proc. (do 7,5 proc.) przeciętnego PKB per capita dla Polski niż w pozostałych podregionach.

      Ale z czasem funkcjonowanie SSE budziło coraz więcej kontrowersji, również wśród przedsiębiorców. Bo skoro podstawowy cel, jakim było zapobieżenie społecznej i gospodarczej degradacji, został osiągnięty – to czy jest sens utrzymywania stref w kolejnych latach. Niektórzy eksperci, jak Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Lewiatan, mówili nawet, że formuła SSE się wypaliła. I strefy stanowią nieuczciwą – bo dotowaną przez państwo – konkurencję dla reszty kraju.

      Spór wybuchł z całą mocą w 2013 r., gdy w rządzie PO-PSL starły się ze sobą dwa resorty: gospodarki i finansów. Pierwszy podtrzymywał, że SSE spełniają swoją funkcję, warto do nich dokładać, bo nowe miejsca pracy jak najbardziej powstają. A poza tym w kraju nie ma pomysłu, jak wspierać procesy inwestycyjne inaczej niż poprzez stosowanie ulg podatkowych. Likwidacja stref? Nie do pomyślenia. „Nie ma ich czym zastąpić” – pisał minister gospodarki w odpowiedzi na krytyczne uwagi ze strony MF.

      A ówczesny minister finansów bezlitośnie punktował SSE. I wytoczył najcięższe działa. Podnosił, że nie wiadomo tak naprawdę, jaki jest bilans funkcjonowania stref. To znaczy nie wiadomo, ile tak naprawdę kosztują i jakie niosą korzyści. Wypominał, że ulgi podatkowe dostają tak innowacyjne przedsiębiorstwa, jak i działające w Tarnobrzeskiej SSE Magielek, Magiel i Pralnia zajmujące się czyszczeniem odzieży czy Tryumf sp. z o.o. – producent medali i pucharów okolicznościowych. „W Słupskiej Specjalnej Strefie Ekonomicznej jednym z działających inwestorów jest Jeronimo Martins Dystrybucja, właściciel marketów sieci Biedronka”, grzmiał resort finansów. I wypominał zwolennikom SSE, że strefy zakładane są już w dużych miastach, gdzie poziom bezrobocia jest najniższy, oraz w regionach z dobrze rozwiniętą infrastrukturą. Wskazywał, że intencja powołania SSE, jaka przyświecała autorom koncepcji 20 lat wcześniej, nie jest wypełniana, bo udział zezwoleń spełniających kryterium innowacyjności i działalności badawczo-rozwojowej „nie jest satysfakcjonujący”.

      Jak się to skończyło? Strefy działają nadal. I będą działać przynajmniej do 2026 r.

      Wiślany low-tech

      No dobrze, ale może jednak w polskiej gospodarce zaszły jakieś procesy, które przybliżają nas do modelu opartego na wiedzy. Może jednak specjalne strefy ekonomiczne i sprzyjający innowacyjności klimat zrobiły choć trochę dobrego?

      Niestety, do nowoczesności daleko, jeśli przyjąć kryteria, jakimi gospodarkę opartą na wiedzy charakteryzuje Peter F. Drucker, jeden z największych autorytetów w dziedzinie zarządzania. Według Druckera GOW to taki ekonomiczny porządek, w którym najważniejszym zasobem jest wiedza, a nie praca czy kapitał. Gospodarka oparta na wiedzy napędzana jest w zasadzie przez przemysł wysokiej techniki z dominującym udziałem usług społeczeństwa informacyjnego, w którym wiedza i edukacja odgrywają kluczową rolę, i stanowi konkurencyjną przewagę. Profesor Elżbieta Skrzypek z UMCS w Lublinie w swoich badaniach sprzed kilku lat przywołuje kilka syntetycznych miar, które nie stawiają polskiej gospodarki w najlepszym świetle pod tym względem. Pierwsza to Knowledge Assessment Matrix (KAM) – coś w rodzaju indeksu, na który składają się aż 33 cząstkowe wskaźniki pokazujące nasycenie gospodarki wiedzą. Maksymalna wartość KAM może wynieść 10 pkt – żeby gospodarka została uznana za opartą na wiedzy, powinna uzyskać minimum 7 pkt. Polska dostała 5,7 pkt. Żeby porównać się z innymi krajami, można jeszcze użyć Knowledge Economy Index. Z zestawień robionych przez Bank Światowy wynika, że jesteśmy daleko nie tylko za krajami Europy Zachodniej, ale również państw naszego regionu. Wyprzedzają nas Czechy, Węgry, Estonia, Litwa i Łotwa. Inny, prostszy sposób określenia poziomu nowoczesności to zbadanie, ile osób pracuje w sektorach gospodarki wiedzy. Profesor Skrzypek podaje, że typowy dla GOW jest 12-proc. udział w ogólnym zatrudnieniu pracowników z tych właśnie sektorów. W Polsce wynosi on 9,3 proc.

      Ale nawet bez odwoływania się do tak skomplikowanych miar można dość prosto pokazać, że polski przemysł nie oferuje zbyt wysublimowanego produktu. Świadczą o tym dane GUS. Sprzedaż produktów nowych lub istotnie ulepszonych dawała w ostatnich 7–8 latach ok. 10 proc. całkowitego przychodu. Jeszcze gorzej wypada zestawienie pokazujące strukturę produkcji sprzedanej. Produkty wysokiej techniki miały w niej w 2015 r. (ostatnie dostępne dane) zaledwie 5,3 proc. Co gorsza, odsetek ten wyraźnie spadł w ciągu ostatnich 5 lat, bo jeszcze w 2010 r. wynosił 6,8 proc. Przeważa sprzedaż techniki średnio niskiej i niskiej, bo produkty z tych kategorii mają 66-proc. udział w sprzedaży. Z tych danych wynika, że w polskim przemyśle rządzi produkcja żywności z ponad 17-proc. udziałem. A to klasyczny przykład produktu niskiej techniki.

      MAGAZYN DGP

      MAGAZYN DGP

      źródło: Dziennik Gazeta Prawna

      To pokazuje, że przez lata transformacji nasza gospodarka odprzemysłowiała się w takim tempie jak na Zachodzie. Ale nie poszły za tym zmiany charakterystyczne dla krajów rozwiniętych, jak technologiczny postęp. Dlatego reindustrializacja w polskim wydaniu musi być rozumiana raczej w jej klasycznym znaczeniu: stopniowego przechodzenia od modelu kapitałochłonnego z dużym zapotrzebowaniem na pracę do opartego na wiedzy. Inaczej nie tylko możemy zapomnieć o odbudowie przemysłowej potęgi, ale zacząć zakładać, że w gospodarce przemysłu będzie coraz mniej. Trudno mu bowiem będzie konkurować cały czas niskim kosztem pracy. Chyba że zgodzimy się na wiecznie niskie zarobki.

       

      Jakub Kapiszewski

      inne teksty autora »

      Autor:

      Jakub Kapiszewski

      email jakub.kapiszewski@infor.pl

      Marek Chądzyński

      inne teksty autora »

      Autor:

      Marek Chądzyński

      Muitikulturalny Poznań ma sporo mniejszości narodowych o wyraźnie turystycznych skłonnościach


      epoznan.pl_pierwszy_portal_poznania

      Od piątku LOT lata z Poznania do Lwowa

      BS | 30 minut temu

      Od piątku LOT lata z Poznania do Lwowa

      fot. Ławica

      Zaledwie kilka dni temu informowaliśmy o uruchomieniu połączenia lotniczego z Poznania do Tel Awiwu, a w piątek odbył się inauguracyjny lot pomiędzy Poznaniem a Lwowem.

       

      O uruchomieniu przez LOT połączeń pomiędzy Lwowem a Poznaniem informowaliśmy pod koniec kwietnia na naszych łamach – Ukraina to dla LOT-u kluczowy rynek w Europie Środkowo-Wschodniej. Obserwujemy stale rosnący potencjał ruchu pasażerskiego z regionu, dlatego tym bardziej cieszymy się, że coraz więcej pasażerów z Ukrainy podróżujących do Polski i Europy wybiera LOT.

      Dzięki nowemu połączeniu z Poznania-Ławicy, chcemy iść o krok dalej i zaproponować pasażerom nie tylko szybkie i wygodne połączenie z Warszawą, ale także zapewnić im najwygodniejszą podróż bezpośrednio z i do Wielkopolski. Z drugiej strony, Lwów oprócz bogatego dorobku kulturowego i bliskiej Polakom historii posiada także atrakcyjne walory turystyczne – warto więc rozważyć kierunek jako propozycję na weekendowy wyjazd lub dłuższy letni wypoczynek – wyjaśniał wówczas Adrian Kubicki, Dyrektor Biura Komunikacji Korporacyjnej.

      Zgodnie z zapowiedziami loty będą wykonywane we wtorki i piątki samolotem Bombardier Q400. Samolot startuje z Poznania o godzinie 0:35 i ląduje we Lwowie o 2:55, a w drogę powrotną wyrusza o 4:15, aby wylądować o 4:55. Pierwszy lot odbył się w piątek, ale tym razem zabrakło tradycyjnego salutu wodnego, bo w czasie startu samolotu nad poznańskie lotnisko dotarła burza i opady deszczu.

      gallery photo

      fot. Ławica

      gallery photo

      fot. Ławica

      “Terenowe Wojska”nie będą inwigilować swojaków. A kogo?


       

      wPolityce.pl

       

      POLITYKA

      WOT stanowczo dementuje manipulacje medialne: „Zakres zadań nie obejmował, nie obejmuje i nie będzie nigdy obejmował śledzenia i inwigilowania obywateli”

      opublikowano: wczoraj

      autor: wPolityce.plautor: wPolityce.pl

       

      Zdecydowanie potępiamy prezentowane przez niektóre media tezy i opinie zbudowane wokół wyrwanych z kontekstu wypowiedzi dowódcy 1. Podlaskiej Brygady Obrony Terytorialnej płk. Sławomira Kocanowskiego.

       

      Wojska Obrony Terytorialnej jako część sił zbrojnych będą realizowały konstytucyjne zadania ochrony niepodległości państwa i niepodzielności jego terytorium oraz zapewnienia bezpieczeństwa i nienaruszalności jego granic.

      Zakres tych zadań nie obejmował, nie obejmuje i nie będzie nigdy obejmował śledzenia i inwigilowania obywateli.

      Informujemy, iż w zbiorze zadań realizowanych przez WOT znajdują się: obrona bezpośrednia, wsparcie wojskowe, wsparcie społeczeństwa i rozpoznanie. W ramach ostatniego z zadań realizowana będzie ocena: zagrożeń, skutków uderzeń, skażeń biologicznych, nuklearnych i radiologicznych, morale, stanu sanitarnego, a także sytuacji meteorologicznej i hydrologicznej. System rozpoznania WOT stanowi część składową systemu rozpoznania Sił Zbrojnych.

      Nawiązywanie, przez niektórych autorów interpretacji wypowiedzi pułkownika, do haniebnych postaw propagowanych przez aparat PRL, takich jak inwigilacja, donoszenie, kapusiostwo jest wyjątkowo niegodziwe i uderza w żołnierzy, którzy pełnią służbę w imię wartości jaką jest misja obrony i wspierania Polaków.

      ppłk Marek Pietrzak

      Rzecznik Prasowy

      Dowództwo Wojsk Obrony Terytorialnej

      Zdjęcie INBOX/ /LISTY

      autor: INBOX/ /LISTY

      Nadesłane przez czytelników portalu wPolityce.pl Piszcie do nas: redakcja@wpolityce.pl

      Sprawdzał pojemność swego samochodu


      TVN24 NA ŻYWO

      Niecodzienne zdarzenie zarejestrowały kamery miejskiego monitoringu w Wyszkowie.

       

      Do osobowego samochodu wsiadło 9 osób. Jedna, która nie mogła się zmieścić, wybrała bagażnik. Niebezpieczną podróż przerwali policjanci. Operator monitoringu miejskiego zauważył, że na jednej z ulic Wyszkowa grupa młodych ludzi wsiadała do osobowego audi.

      Co wzbudziło jego czujność? Do 5-osobowego pojazdu wsiadło aż 9 osób. Jedna pasażerka ulokowała się w bagażniku. Policja zatrzymała autokar. W środku dwa razy więcej dzieci niż miejsc Uwagę policjantów… czytaj dalej » Stracił prawo jazdy

      Nagranie pokazuje nie tylko lekceważące podejście do obowiązujących przepisów ruchu drogowego, ale przede wszystkim narażanie siebie i pasażerów na niebezpieczeństwo – podkreślają funkcjonariusze drogówki.

      Policjanci namierzyli i zatrzymali „przeludnione” audi. Za popełnione wykroczenie ukarali 19-letniego kierowcę mandatem i zabrali mu prawo jazdy. Zgodnie z obowiązującymi przepisami funkcjonariusz policji zatrzymuje prawo jazdy kierowcy, który przewozi od dwóch pasażerów więcej niż pozwala na to zapis w dowodzie rejestracyjnym pojazdu.

      Autor: kb//now /

      Źródło: policja.pl (http://www.tvn24.pl)

      Syn Bolka rąbnął świeczkę zapachową za 7 zlp


       

      Advertisement

      Przełącz na rozrywkę

      Przełącz na Dziennik

       

      Syn Wałęsy stanie przed sądem. Jest oskarżony o kradzież

      23.06.2017, 08:49

       

      Sławomir Wałęsa jest oskarżony o kradzież

      Sławomir Wałęsa jest oskarżony o kradzież / Shutterstock

      Sławomir Wałęsa jest oskarżony o kradzież, grozi mu do 30 dni aresztu. Wniosek o ukaranie syna byłego prezydenta skierowała do toruńskiego sądu policja.

       

      Sławomir Wałęsa został zatrzymany przez ochronę sklepu w kwietniu. Znaleziono przy nim świeczkę zapachową o wartości 7 zł. Zaraz po zdarzeniu tłumaczył się, że zakupił ją poprzedniego dnia – pisze „Super Express„.

       

      Jak informuje rzeczniczka prasowa toruńskiej policji, Wałęsa był dwukrotnie wzywany na przesłuchanie, jednak do tej pory się nie stawił. Kolejnym krokiem w tej sprawie było skierowanie akt sprawy do sądu.

      Syn byłego prezydenta mówi, że do tej pory nie otrzymał żadnego wezwania, poza tym wyjechał z Torunia na wakacje. – Świeczki nie ukradłem – dodaje.

      Synowi Lecha Wałęsy grozi maksymalnie do 30 dni aresztu i grzywna.

      Czytaj więcej

      Zagadkowa śmierć Przemysława Wałęsy. Rodzina nie chce ujawnić przyczyny zgonu

       

      Źródło: Super Express

      Tagi: sąd, Toruń, kradzież, Lech Wałęsa, syn prezydenta, Sławomir Wałęsa

      W owczej skórze szatan się objawił z ludzką twarzą?


       

      Advertisement

      Przełącz na rozrywkę

      Przełącz na Dziennik

       

      Na świat przyszło jagnię z „ludzką głową”. „To dzieło szatana”

      23.06.2017, 07:36

       

      Owce

      Owce / Shutterstock

      Owca urodziła martwe jagnię, którego głowa przypominała ludzką twarz.

      – Mieszkańcy wioski Lady Frere byli przerażeni, gdy dowiedzieli się, że w jednym z gospodarstw owca urodziła martwe jagnię, którego głowa przypomina twarz człowieka – informuje radio RMF FM powołując się na portal brytyjskiej gazety „Daily Mail”.

       

      Obserwuj

      Daily Mail Online

      @MailOnline

      Villagers left scared after South African sheep gives birth to ‚half-human half-beast’ creature http://dailym.ai/2twKj7i

      13:42 – 22 Jun 2017

      Photo published for South African sheep births 'half-human half-beast'

      South African sheep births ‚half-human half-beast’

      Many of the 4,000 residents and farmers of Lady Frere in Eastern Province, South Africa, were convinced that bestiality and witchcraft had led to the birth of the creature.

      dailymail.co.uk

    • 159159 podanych dalej

    • 6464 polubienia

    • Twitter Ads info and privacy

      Twierdzono, że to „dzieło szatana”. Na miejsce udała się specjalna grupa weterynarzy. Dokonali oni oględzin „pół człowieka, pół bestii”. Orzekli, że zdjęcie jest prawdziwe, „ale to nie człowiek, tylko zdeformowane martwe jagnię, zarażone przez wirus gorączki doliny Rift”.

      Wolna Europa szczytuje


      Polska

      Bruksela: Szczyt Unii Europejskiej w cieniu zagrożenia terrorystycznego

      Aleksandra Gersz AIP

      22 czerwca 2017 AKTUALIZACJA: 23 czerwca 2017 09:57

      Polska

      Bruksela: Szczyt Unii Europejskiej w cieniu zagrożenia terrorystycznego

      1/5

      przejdź do galerii

      ©AFP/EAST NEWS

      • Bruksela: Szczyt Unii Europejskiej w cieniu zagrożenia terrorystycznego
      • Bruksela: Szczyt Unii Europejskiej w cieniu zagrożenia terrorystycznego
      • Bruksela: Szczyt Unii Europejskiej w cieniu zagrożenia terrorystycznego
      • Przejdź do galerii

      Dwudniowy szczyt Unii Europejskiej w Brukseli jest poświęcony głównie militarnej współpracy, Brexitowi i imigrantom.

      Atmosfera jest jednak swobodna, mimo zagrożenia terrorystycznego.Liderzy państw członkowskich Unii Europejskiej w czwartek przylecieli do Brukseli na dwudniowy szczyt. Media mówią o swobodnej atmosferze i optymizmie, która dominuje w gronie unijnych przywódców. – To powrót Unii Europejskiej w roli rozwiązania, a nie problemu – mówił szef Rady Europejskiej Donald Tusk.

      Szczyt odbywa się jednak w cieniu zagrożenia terrorystycznego, które wzrosło po wtorkowym nieudanym zamachu bombowym na głównej stacji kolejowej w Brukseli, Brussel-Centraal.

      Napastnik, mężczyzna marokańskiego pochodzenia, zdetonował mały ładunek wybuchowy, szybko zainterweniowali jednak patrolujący dworzec żołnierze. Mężczyzna został zastrzelony, nikt postronny nie ucierpiał. Po tym zdarzeniu, a także ostatnich atakach w Londynie i Paryżu, w Brukseli zaostrzono środki bezpieczeństwa, a unijnego szczytu pilnuje setki policjantów oraz żołnierzy.
      CZYTAJ TEŻ: Belgia: Eksplozja na dworcu w Brukseli. Nieudany zamach, Osama Zariouh został zastrzelony [WIDEO]
      Głównymi tematami dwudniowego szczytu, na którym pojawi się jeszcze Theresa May, premier Wielkiej Brytanii, która rozpoczęła już z UE negocjacje w sprawie Brexitu, są: unijna współpraca w dziedzinie obronności, kryzys imigracyjny, przedłużenie sankcji nałożonych na Rosję, a także właśnie Brexit. Ta pierwsza kwestia była głównym punktem czwartkowej dyskusji – liderzy państw UE, wśród których jest polska premier Beata Szydło, rozmawiali pierwszego dnia podczas dwóch sesji roboczych: jednej późnym popołudniem, a drugiej – w nocy po wspólnej kolacji.
      CZYTAJ TEŻ: Szynkowski vel Sęk: Relokacja uchodźców? Przywódcy unijni są oderwani od rzeczywistości
      Chodzi o współpracę państw członkowskich w kwestii obronności. Odbywałaby się ona na podobnej zasadzie, według której funkcjonuje NATO – kraje UE połączyłyby siły, aby bronić sojuszników w obliczu ewentualnego zagrożenia. Militarna współpraca członków Unii Europejskiej ma jednak nie przeszkadzać działaniom NATO, ale funkcjonować oddzielnie. Szczegóły tej współpracy państwa UE miały omawiać właśnie w czwartek wieczorem.
      W kwestii obronności ważnym punktem są także działania antyterrorystyczne w obliczu zagrożenia ze strony tzw. Państwa Islamskiego w Europie. Do tej pory UE powzięła decyzje w kwestii m.in. dokładnego sprawdzania tożsamości osób, które przekraczają zewnętrzne granice Unii Europejskiej, nakładania surowych kar na ludzi zaangażowanych w rekrutację lub szkolenie dżihadystów, ulepszenia wymiany informacji między państwami unijnymi, a także ścisłej współpracy z państwami na Bliskim Wschodzie i w Afryce.
      Pierwszego dnia na wokandzie była oprócz tego Rosja, a dokładniej przedłużenie o pół roku nałożonych na nią sankcji gospodarczych. To z powodu militarnej interwencji Federacji Rosyjskiej na wschodniej Ukrainie. Głównym tematem był oczywiście także Brexit, który w ostatnich miesiącach jest jedną z najbardziej palących kwestii w unijnych instytucjach.
      Theresa May, która uczestniczyła w szczycie tylko pierwszego dnia, miała wieczorem zdać pozostałych 27 członkom UE raport z rozpoczętych już w poniedziałek negocjacji. Skupiać się on miał głównie na prawach obywateli UE żyjących na Wyspach (w tym Polaków). Unia Europejska jest zdeterminowana, aby ustabilizować sytuację 3,2 mln Europejczyków w Wielkiej Brytanii oraz 1,2 mln Brytyjczyków w UE. Jak podaje BBC, powołując się na dyplomatyczne źródło, mimo wcześniejszych wątpliwości brytyjski rząd ma zapewnić pozostałe kraje, że prawa unijnych imigrantów na Wyspach, w tym prawo do pracy i świadczeń socjalnych, mają być zachowane.
      Szczegółowe rozmowy na ten temat zostaną jednak zostawione delegacjom, które angażują się w negocjacje między Londynem a Brukselą. Już na początku negocjacji Wielka Brytania ustąpiła i zgodziła się, aby najpierw zajęto się warunkami Brexitu, a dopiero potem poruszono kwestię przyszłych relacji brytyjsko-unijnych – pisał „Politico”. Naciskała na to Bruksela.
      W czwartek w nocy liderzy państw UE – już bez May – mają także wstępnie zadecydować o losie po Brexicie siedzib dwóch instytucji, które obecnie mieszczą się w Londynie: Europejskiej Agencji Leków (EMA) i Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego (EBA). Jak podkreśla BBC, blisko 20 krajów walczy o przeniesienie ich na ich terytoria, a w rywalizacji przoduje Belgia – gospodarz większości unijnych instytucji. Jeśli liderzy UE dojdą do porozumienia w sprawie nowych siedzib EMA i EBA, już w październiku będzie mogło odbyć się oficjalne głosowanie.
      Z kolei w piątek, drugiego i ostatniego dnia szczytu, najważniejsza będzie kwestia imigrantów. Kryzys imigracyjny jest jednym z największych problemów, z którym zmaga się Wspólnota. Dyskusja ma być luźna i nie przewidywane są żadne ważne decyzje, a liderzy państw członkowskich mają rozmawiać m.in. o nowym prawie azylowym. Dotychczas UE zawarła porozumienie w sprawie obowiązkowej relokacji uchodźców. Sprzeciwiają się jej jednak Polska, Węgry, Austria i Czechy, a Komisja Europejska wszczęła już w tej sprawie postępowanie.

      WIDEO

      RUPTLY/x-news