USA: Soros i Obama obwinieni o organizację Majdanu


 

19:51 24 LUTY 2017

 

Zdaniem aktywistów do zamachu stanu w Ukrainie przyczynili się miliarder George Soros i członkowie administracji Baracka Obamy

USA: Soros i Obama obwinieni o organizację Majdanu

© AP Photo/ Tim Ireland

ŚWIAT

14:51 24.02.2017(zaktualizowano 16:01 24.02.2017) Krótki link

291594982

W kilku amerykańskich miastach międzynarodowy Instytut Schillera zorganizował akcje, w trakcie których rozdawano Amerykanom ulotki, by zapoznać ich z „realną sytuacją w Ukrainie” – poinformował portal Ruchu LaRouche związany z instytutem.

Akcja została zorganizowana z okazji 3. rocznicy Euromajdanu. Zdaniem aktywistów do zamachu stanu w Ukrainie przyczynili się miliarder George Soros i członkowie administracji Baracka Obamy. Uważają oni również, że obecne działania skierowane przeciwko prezydentowi Donaldowi Trumpowi mogą doprowadzić do nowej kolorowej rewolucji, ale tym razem w Stanach Zjednoczonych.

Akcja otrzymała nazwę Dzień Prawdy.

„Ruch LaRouche przeprowadza na Manhattanie Dzień Prawdy i apeluje do Amerykanów, by nie usprawiedliwiali kolorowej rewolucji Sorosa/Obamy w Ukrainie w 2013 roku”.

​Ulotki, opatrzone hasłem „Ci sami ludzie, którzy kłamali nam na temat Ukrainy, kłamią na temat Trumpa? Z tego samego powodu?”, opublikowano na stronie internetowej ruchu.

Lider ruchu, działacz polityczny i filozof Lyndon LaRouche powiedział we wtorek, że w wyniku zamachu stanu w Kijowie trzy lata temu do władzy doszli „naziści”, których popierali Soros i Obama.

Gwiazdor PO łkał nad losem sędziów


niezalezna.pl - strefa wolnego słowa

24 lutego 2017

 

Gwiazdor PO łkał nad losem sędziów. Wtedy wyszedł minister Jaki i… WIDEO

 

Dodano: 24.02.2017 [18:36]

Gwiazdor PO łkał nad losem sędziów. Wtedy wyszedł minister Jaki i... WIDEO - niezalezna.pl

foto: sejm.gov.pl

Podczas debaty o rządowym projekcie ustawy o zmianie ustawy dotyczącej ustroju sądów powszechnych doszło do ciekawej wymiany zdań pomiędzy posłem Platformy Obywatelskiej Borysem Budką a wiceministrem sprawiedliwości Patrykiem Jaki.
Były szef resortu sprawiedliwości w rządzie Ewy Kopacz Borys Budka bronił status quo w wymiarze sprawiedliwości, zarzucając rządzącym manipulację, oraz że „emanują kłamstwami dotyczącymi wymiaru sprawiedliwości”. Atakując reformę sądownictwa poseł PO argumentował: „To jest skok na państwo, to jest państwo PiS. Które próbuje kolejny element władzy publicznej podporządkować partyjnym funkcjonariuszom. A robią to osoby, dla których pogarda, manipulacja jest jedyną formą działania w tym parlamencie”.
Na te zarzuty posła PO zdecydowanie odpowiedział Patryk Jaki.

Z logiką to jest ciężko u pana, panie pośle. Problem z polskimi sędziami polega na tym, że jeżeli oni popełnili oczywiste przestępstwo lub zachowali się w sposób absolutnie skandaliczny, to karą za takie zachowanie było najczęściej przeniesienie z jednego do drugiego sądu. (…) Chcę powiedzieć, że różnica z parlamentarzystami, jest taka, że przykład m.in który pan podał skończył się tak, że taki czy inny senator nie znalazł się na listach i już nie został wybrany. To jest ta różnica. Jeżeli wprowadzicie takie same kryteria w stosunku do sędziów… Brawo

powiedział Patryk Jaki.

Problem polega na tym, że jeżeli jeden czy drugi poseł zachowa się w sposób skandaliczny, zawsze raz na cztery lata ocenią go wyborcy. A sędziów ocenia korporacja – mówił wiceminister.

Chcę panu powiedzieć, jak sędziów ocenia korporacja. Mimo że mieliśmy do czynienia z gigantycznymi skandalami dotyczącymi sądownictwa: pijanymi sędziami, sędziami, którzy bili żony, sędziami, którzy kradli kiełbasy, pendrivy, sędziami, którzy byli na telefon… zgadnijcie ilu z nich korporacja wyrzuciła ze swojego grona w przeciągu ostatnich 10 lat… dziewięciu!!!

– zaznaczył.
Patryk Jaki przypomniał też posłowi PO jakie podejmował decyzje, kiedy sprawował funkcję ministra Sprawiedliwości:

Jeżeli chcecie się zmierzyć w uczciwej debacie na temat dorobku za waszych czasów w wymiarze sprawiedliwości, to chce powiedzieć, że to dokładnie sprawdziliśmy. Przemawiający przede mną ten wykształcony minister sprawiedliwości (Borys Budka – przyp. red.) zasłynął jedną rzeczą. Dzień przed odejściem z urzędu podniósł stawki dla adwokatów o sto procent. Jeżeli tak dla was wygląda wymiar sprawiedliwości, to serdecznie gratuluje. Stracili na tym ludzie, a zyskała korporacja. Wy jesteście tu po to, aby bronić interesów korporacji, a my, żeby bronić zwykłych ludzi

– powiedział Jaki.

Autor: Marek Nowicki

Źródło: sejm.gov.pl, niezalezna.pl

Polski Ambasador w Kijowie bagatelizuje gloryfikację Bandery na Ukrainie


źr: Kurier Galicyjski

Polski Ambasador w Kijowie bagatelizuje gloryfikację Bandery na Ukrainie

Dodane przez Lipinski

Opublikowano: Piątek, 24 lutego 2017 o godz. 16:04:04

„Ukraina i Polska powinny myśleć o przyszłości, a kwestia Stepana Bandery to przeszłość” – mówił ukraińskim dziennikarzom Jan Piekło.

 

Odpowiadając na pytania ukraińskich dziennikarzy o to, jak można rozumieć niedawną wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, w której stwierdził on, że Ukraina z Banderą do Europy nie wejdzie, Piekło stwierdził:

– To historia. Historia jest ważna dla Polaków i dla Ukraińców. Ale jest też przyszłość, a przyszłość jest ważniejsza. Musimy myśleć o przyszłość. Kaczyński też myśli o przyszłości. Wielu już, na pewno, zapomniało, jak on podczas Rewolucji Godności był na Majdanie i krzyczał „Sława Ukrainie!”. To jaskrawy przykład tego jest nastawiony proukraińska, a nie odwrotnie – powiedział Jan Piekło.

Polski ambasador wyraził przekonanie, że gloryfikacja Stepana Bandery na pewno nie wpłynie na relacje obu państw.

Wypowiedź ambasadora wydaje się stać w sprzeczności z deklaracjami polskiego MSZ. Pod koniec grudnia ubiegłego roku informowaliśmy o wypowiedzi ministra Witolda Waszczykowskiego, w której zapowiedział on, że jeśli na Ukrainie dojdzie do świętowania rocznicy utworzenia Ukraińskiej Armii Powstańczej może się okazać, że z Polski nikt tam nie pojedzie.

Czytaj również: Jan Piekło – zobacz kogo PiS zrobił ambasadorem na Ukrainie

kresy.pl/ zaxid.net / liga.net/ 

Kto skorzysta na konflikcie Polaków z Białorusinami?


logo Polonia Christiana

DZISIAJ JEST

PIĄTEK 24 LUTY

 

Michał Wałach

Kto skorzysta na konflikcie Polaków z Białorusinami?

Data publikacji: 2017-02-24 07:00

Data aktualizacji: 2017-02-24 16:16:00

Kto skorzysta na konflikcie Polaków z Białorusinami?

Białoruś należy do tej wąskiej grupy państw, z którymi nie dzielą nas poważne zaszłości historyczne, co w międzynarodowych relacjach jest wartością. Mimo tego od kilku lat regularnie przed 1 marca eksponowany jest wątek pogromów, jakich mieli dopuścić się Żołnierze Wyklęci na przedstawicielach białoruskiej mniejszości w Polsce, a spór podgrzewają wszyscy w niego zaangażowani. Niewykluczone, że jesteśmy świadkami celowo kreowanej wrogości między narodami, gdyż korzyści z niej płynące może odnieść tylko jeden ośrodek.

Wątek „Burego” w sposób naturalny budzi skrajne emocje zarówno wśród Polaków jak i Białorusinów. Postać nie jest tak jednoznaczna, jak chociażby rotmistrz Pilecki, generał „Nil”, sanitariuszka „Inka” czy jej dowódca „Łupaszka”. Nie dziwi więc fakt, że nienawidzące antykomunistycznego podziemia niepodległościowego środowiska lewackie „używają” kapitana Romualda Rajsa niczym bata na środowiska patriotyczne i narodowe, wytykając im, że wzorują się na człowieku, który miał dopuszczać się zbrodni.

Z kolei część zafascynowanego Wyklętymi środowiska niepodległościowego nie pozostaje dłużna i uparcie obstaje przy bezwarunkowym bohaterstwie, a wręcz „heroiczności cnót” kapitana Rajsa. Jakby nie rozumieli, że w sprawie pamięci historycznej społeczeństw nie mniej istotne od faktów są wyobrażenia, mity i stereotypy, a te mniejszość białoruska w Polsce ma o „Burym” jak najgorsze. Niezależnie od tego jak wiele w tym autentycznej pamięci o czynach dowódcy Pogotowia Akcji Specjalnej NZW, a ile komunistycznej propagandy.

Część żyjącej w Polsce mniejszości białoruskiej nadal ma też bardzo pozytywny stosunek do spadku po PRL. Widać to chociażby po komunistycznych patronach szkół w tych miejscowościach Podlasia, które są zamieszkałe przez Białorusinów czy ich niechęci nie tylko do kontrowersyjnego „Burego”, ale również do postaci krystalicznych, takich jak chociażby „Inka”. Wszystko to jest pokłosiem dekad polityki komunistów, który umiejętnie wykorzystali tę mniejszość do utwierdzenia swego panowania na Podlasiu. Środowiska patriotyczne powinny podjąć teraz namysł, jak w pełni przywrócić Rzeczypospolitej tych, których przodkowie mieli pod paznokciami sympatię do komunizmu, a nawet kolaborację z czerwonym najeźdźcą. Wszak Białorusini żyjący dziś w Polsce nie pomagali NKWD.

Formalnie narastające na Podlasiu napięcie to wewnętrzna sprawa Polski, gdyż zarówno narodowcy jak i mniejszość białoruska to obywatele Rzeczpospolitej. Nikt jednak nie łudzi się, że radykalny wzrost złych emocji nie odbije się na relacjach między Warszawą a Mińskiem. Państwa, nawet te z komunistyczną przeszłością, nabrały już silnych cech narodowych i rozpatrują politykę zagraniczną także przez pryzmat swoich rodaków. Tymczasem pod oknami i cerkwiami współplemieńców „Baćki” – Łukaszenki maszerują wrogie wobec nich grupy polskich nacjonalistów czczących osobę oskarżaną o zbrodnie na Białorusinach.

Białoruś zaś jawi się w coraz bardziej napiętej geopolitycznej układance jako jeden z nielicznych potencjalnych sojuszników Rzeczpospolitej. Co więcej, administracja Łukaszenki odnotowuje poważne napięcia w relacjach z Rosją i spoglądając na Warszawę poszukuje sojuszników.

Nie sposób nie zapytać, dlaczego właśnie teraz do obiegu powraca jeden z nielicznych wątków, jaki może podzielić Polaków i Białorusinów? Traci na tym zarówno Warszawa jak i Mińsk, a podgrzewanie historycznego sporu wokół postaci aktywnej w latach 40. XX wieku jest na rękę tylko Kremlowi.

Chociaż nie sposób zaakceptować żadnej zbrodni ani krzywdy wyrządzanej cywilom w czasie wojny, to wątek wciąż nie w pełni poznanych okoliczności wydarzeń z powojennego Podlasia jest (przynajmniej na razie, i niech tak zostanie) w relacjach polsko-białoruskich marginesem. To sprawa zupełnie innego kalibru niż kwestia zbrodni UPA i kultu Bandery na Ukrainie, szczególnie, że reżim Łukaszenki, inaczej niż rządzący w Kijowie, nie bierze sobie na sztandary wątków antypolskich, a eksponowanie przez Białoruś komunizmu ma raczej znamiona folkloru niż realnego zachwytu nad Stalinem czy Berią.

Część polskich narodowców biorących na sztandary „Burego” robi na złość lewakom i swoim białoruskim sąsiadom, których przodkowie wspierali budowę nad Wisłą sowietskoj własti. Nie należy jednak do odpowiedzialnych postawa celowej eskalacji konfliktu wewnętrznego, który może odbić się na relacjach z coraz bardziej przychylną i potrzebną nam mińską administracją, szczególnie, że lewa strona zapowiada odpowiedź – w mediach pojawiają się doniesienia o zamiarach anarchistycznych bojówek. „Wsparcie Hajnówki” planuje Antifa. Czym może skończyć się spotkanie narodowców i „antyfaszystów” – łatwo przewidzieć. Walki, zamieszki, a może nawet rozlew krwi w związku z napięciami między Polakami a anarchistami „broniącymi” białoruskiej mniejszości stworzy w relacjach Warszawy i Mińska oraz stosunkach na Podlasiu niepowetowane straty i trudne do przezwyciężenia szkody. Międzynarodowy wymiar video-relacji zagranicznych mediów z płonącej za sprawą „faszystów” Hajnówki również jest jasny i utwierdzi jedynie obraz Polski jako „zagłębia ksenofobii” i – a jakże – antysemityzmu.

Niestety na razie nie wiemy, czy eskalowanie konfliktu wokół „Burego” jest inicjatywą oddolną i stymulowaną przez wewnętrzny polski konflikt między lewakami i robiącą im na złość grupą narodowców, czy też obserwujemy na naszym terenie obcą prowokację, w której grę wpisują się polskie środowiska polityczne. Nauczeni doświadczeniem Zachodu musimy jednak pamiętać, że udział Kremla w europejskiej polityce polega często na eskalowaniu napięć między poszczególnymi narodami przy wykorzystaniu grup radykałów po różnych stronach.

Na tle uparcie broniących „Burego” polskich narodowców, pozytywnie wypada jeden z nich – poseł Adam Andruszkiewicz. Parlamentarzysta z Podlasia pytany przez „Wyborczą” stwierdził, że nie weźmie udziału w II Marszu Żołnierzy Wyklętych w Hajnówce gdyż… „zajęty jest budowaniem współpracy z Białorusią”.

Niestety, tej rozwagi nie ma wielu innych jego kolegów. Na uwagę zasługuje fakt, że ich antybiałoruskiej (a co za tym idzie – prorosyjskiej) postawie towarzyszy deklarowana powszechnie w środowiskach narodowych sympatia do… Łukaszenki. Tymczasem ewentualne konsekwencje konfliktu między Polakami a Białorusinami, zwłaszcza w kontekście problemu ukraińskiego, poniosą nie tylko narodowcy, ale cały naród i polska polityka zagraniczna. Bo skoro raczej nie na Niemców, Czechów, Słowaków, Ukraińców i Litwinów to na kogo spośród naszych sąsiadów, jeśli nie na Białorusinów, będziemy mogli liczyć w obliczu realnego geopolitycznego zagrożenia?


Michał Wałach

Read more: http://www.pch24.pl/kto-skorzysta-na-konflikcie-polakow-z-bialorusinami-,49713,i.html#ixzz4Zd2SPSsV

Co się dzieje w Rosji i na Ukrainie – 23.02.2017.



 

24 lutego 2017

NEon24.pl

 

1049 postów17889 komentarzy2578632 odsłon

Zygmunt Białas

 

ŚWIAT 23.02.2017 11:4414 komentarzy

Co się dzieje w Rosji i na Ukrainie – 23.02.2017.

 

Władze FR mówiły od początku: „Tak, są tam rosyjscy żołnierze, ale my ich tam nie posłaliśmy. I nie możemy zabronić rosyjskim żołnierzom, którzy już nie są w armii rosyjskiej, by pomagali swoim rodzinom w Donbasie”.

Całość notki zamieszczam w pierwszym komentarzu.

Zygmunt Białas.

 

PRZECZYTAJ TAKŻE
KOMENTACo się dzieje w Rosji i na Ukrainie – 23.02.2017 – całość notki:
  • Podobno w świecie fizyki i w ogóle nauki najgorsze są półprawdy. To są wypowiedzi i twierdzenia, których celem jest nie skłamać, ale i prawdy nie powiedzieć – pisze pani Tiamat. – Najlepszym przykładem są te wszystkie półprawdy na temat Rosji, które mają służyć szkalowaniu rosyjskiego narodu i wybranych przez nich władz. Kiedyś Zachód upierał się, że Sowieci są wstrętni, bo nie mają zachodniej demokracji. Rosja ma teraz zachodnią demokracje, ale okazuje się, że Rosjanie nie mają prawa mieć u siebie kapitalistów. Więc żeby tę Rosję oszpecić i mieć ciągle powody do nieuczciwych pomówien i oszczerstw, opowiada się o Rosji półprawdy.
    Jedną z takich jest „aneksja” Krymu. Co głupsi wierzą, że Rosja najechała na Krym i zmusila do przyłączenia się do Rosji. A przecież Rosja nie musiała najeżdżać na Krym, bo juz tam byla. Od 300 lat. Czego nie chcą opowiedzieć kłamcy „krymscy”, to że od czasu, gdy Ukraina stworzyła się przy pomocy Rothshildów jako „panstwo”, Rosjanie odnajmowali Sewastopol i dzierżawili cały teren przybrzeżny na utrzymanie Floty Czarnomorskiej. Płacili ogromne pieniądze za tę dzierżawę. Oligarchowie, którzy w imieniu Wierchownej Rady pobierali te pieniądze, okradali naród ukraiński, bo pakowali pieniądze na Kajmany i do Panamy. Zastanawia mnie, dlaczego ogromna ilość obecnych speców od Ukrainy nie interesowała się Ukrainą właściwie aż do 2008 roku.
    A ilosc speców od Donbasu znacznie wzrosła w 2014 roku. A ja pamiętam wielu Ukraińców z Zachodniej Ukrainy, którzy studiowali w Odessie i bywali na wakacjach na Krymie – gdzie w armii ukraińskiej, która też była na Krymie – mieli swoich krewnych. I ci krewni, którzy grali w karty i pili wódkę z rosyjskimi żołnierzami, bardzo narzekali na warunki w armii ukraińskiej. Dlatego wielu ‚dożywiało się’ u Rosjan. Pamiętam, jak Ukraińcy narzekali, że rosyjscy żołnierze mają znacznie lepsze warunki niz wojsko ukraińskie. Bo prawda jest taka, że rządy państwa ukraińskiego w ogóle nie dbały o armię. Każdy Ukrainiec z tego okresu to potwierdzi. Potwierdzają to i teraz.
    Przy całej pomocy Zachodu armia ukraińska jest niedożywiona i licho umundurowana. I jest podle traktowana. Dlatego tylu ukraińskich żołnierzy uciekło do Rosji. Niektórzy wrócili do Donbasu i walczą przeciwko Ukrom. Jeszcze inni uciekli z armii i tworzą bandy przestępcze w całej Ukrainie. No więc prawda jest taka, że Rosjanie w rzeczywistości stanowili „arystokrację” na Krymie. I dlatego po drugim referendum na Krymie 18 tysięcy ukraińskich żołnierzy przeszło do Rosjan. A takze wiele tysięcy berkutów, których mordowano na majdanie. I to jest główny powód, dla którego ani jeden strzał nie padł i ani jedna szyba nie poleciała w czasie tej „aneksji”. Bo zarówno rosyjskie wojsko, jak i ukraińskie plus 600 obserwatorów z ONZ, USA, Unii i Azji pilnowalo, żeby ludzie mogli głosować bez obawy o swoje zycie.
    Co głupsi wierzą, że rosyjskie czołgi wjechały na Ukrainę. Nie musiały. Już tam byly. Kiedy rozpadł się Związek Radziecki, ośrodek przemysłu zbrojeniowego ZSRR w Donbasie dostał się Ukrainie. Razem z rosyjskojęzyczną kadrą techniczną i militarną.
    Prawdą jest, że i Rosjanie walczą w Donbasie przeciwko armii ukraińskiej. Tylko całkiem niezorientowani albo złośliwi nie chcą przyznać, że do 2013 roku nie było granicy między Rosją a Ukrainą. Rodziny mieszkały i pracowały po obu stronach granicy. Było zupełnie naturalne studiowanie w Rostowie i wracanie na noc do domu na Ukrainie. Właściwie państwa zachodnie, w tym niedouczeni Polacy, nie zdają sobie sprawy z silnych więzi rodzinnych i kulturowych między oboma krajami – Rosją i Ukrainą. Rothshildom się zdawało, że uda się je łatwo rozdzielić.
    Dlatego okropną prowokacją był zakaz Wierchownej Rady mówienia przez Rosjan… po rosyjsku. Kijów byl ośrodkiem Rusi Kijowskiej i kultury rosyjskiej. A tu nagle wszystkim kazali ‚szprechać’ w nowo powstałym języku ukraińskim, który w ogóle nie istniał jako język narodowy do 1911 roku. Nie mieli nawet podręczników ani gramatyki spisanej.
    No więc prawdą jest, że Rosjanie pomagają swoim krewnym i przyjaciołom w Doniecku. Są tam nawet rosyjscy oficerowie i w ogóle zawodowi wojskowi. Są tacy, którzy niegdyś za czasów sowieckich pracowali w zakładach zbrojeniowych Donbasu. Zachód oskarża Rosję o inwazję na Ukrainę, co jest nieprawdą. No, może pół-prawdą. Bo Rosjanie tam są. Administracja Putina i sam Putin mówili od początku: „Tak, są tam rosyjscy żołnierze, ale my ich tam nie posłaliśmy. I nie możemy zabronić rosyjskim żołnierzom, którzy już nie są w armii rosyjskiej, by pomagali swoim rodzinom w Donbasie. Nigdy nie było takiego zakazu po 1991 roku i nie mamy teraz powodu, żeby nagle wprowadzac taki zakaz teraz”.
    Prawda jest taka, że junta może rządzić Ukrainą, ale nie Rosją. Dlatego w wywiadzie dla BBC Dmitrij Pieskow, rzecznik rządu Federacji Rosyjskiej, przyznał, iż wie o tym, że Rosjanie pomagają w Donbasie: „No bo co mamy zrobić? – Nie możemy namawiać mieszkańców Donbasu, żeby się dali zabić”. Przy czym rząd rosyjski cały czas podkreśla, że nie organizuje żadnej militarnej pomocy dla Ukrainy.
    Tylko dureń albo zachodni dziennikarz może zadac pytanie, skąd się wzięły rosyjskie czołgi na Ukrainie. Przecież zawsze tam były. Teraz nawet zupa sie wylała, bo okazało się, że armia ukraińska używa w Donbasie BUK-i, którymi zestrzeliła malezyjski samolot, a wypierała się, że nie posiada systemu BUK. – Ma. I strzela. Do dronów OBWE. Aliści Pieskow poradził ciekawskim dziennikarzom, by zapytali w Kijowie, skąd Donbas ma czołgi – „Ukraińcy powinni wiedzieć, bo to przecież ciągle ich terytorium”.
    „Myślę – mówi Pieskow – że możecie zapytać równie dobrze Moskwy, jak i Kijowa, skąd się wzięły te czołgi. Ja, niestety, nie mam dostatecznej informacji. Mogę tylko powiedzieć, że oczywiście te czołgi nie pochodzą z Rosji. To jest ciagle terytorium Ukrainy. I ta część Ukrainy nie jest pod kontrolą Ukrainy. Dlatego równie dobrze powinniście zapytać rząd w Kijowie, co jest powodem tej dziwnej sytuacji”.
    Pieskow podkreślił również, że władze rosyjskie nie wysyłają żadnych ochotników do Donbasu. Ci ludzie sami tam jeżdżą z własnej nieprzymuszonej woli: „Nie wysyłamy żadnych ochotników do Donbasu. Naturalnie, iż wiemy, że nasi obywatele pojechali na Ukrainę dobrowolnie, żeby pomóc bronić mieszkańców Donbasu przed agresją armii ukrainskiej”.
    * * * * * * *
    A teraz proszę zobaczyć, co jeszcze mają Ukry na składzie, a do czego nie chcieli się przyznać: system obronny BUK, którym zestrzelili malezyjski samolot. Kłamstwo ukraińskie właśnie się wydało. 31 stycznia część ogona rakiety, wystrzelonej z BUK-a z Awdjejewki, spadła na osiedle mieszkaniowe Makjejewki. Część rakiety spadła prosto na prywatną posesję i się zapaliła. Pracownicy Ministerstwa Pogotowia w Donieckiej Republice Ludowej przybyli na miejsce – na wezwanie mieszkańców – i ugasili ogień.
    „Rosyjskie Wiadomosci” zaś zadają pytanie: „Skąd się wziął na Ukrainie ten zestaw obronny BUK, skoro Kijów zapewniał, że Ukry nigdy takiego systemu obronnego nie mieli?” – Celem tej rakiety był bezzałogowy pojazd powietrzny OBWE (dron?), który pełni rolę obserwatorium i rejestruje morderczą działalność armii ukraińskiej. Naturalnie, że Ukry próbowały zniszczyć tego drona, by nie było dowodu na oskarżenie Kijowa o zbrodnie wojenne. Teraz zobaczymy, jak Ukry będą tłumaczyć obecność systemu BUK w Awdjejewce, a przecież zapewniali, że takiego systemu nie posiadają.
    Kiev BUK missile hits Makeevka: Ukraine’s Malaysian Boeing lie is now exposed (VIDEO) – Fort Russ, http://www.fort-russ.com/2017/02/kiev-buk-missile-hits-makeevka-ukraines.html
    Opracowała: Tiamat

Czy Akcja "Wisła" była koniecznością?


 

rmf24 - Strona główna

RMF 24

Opinie

 

  • Czy Akcja „Wisła” była koniecznością?

    Wczoraj, 23 lutego (20:16)

    Za cierpienia Ukraińców odpowiedzialne są tak władze komunistyczne, narzucone przez Moskwę, jak i struktury UPA, które pod dowództwem Romana Szuchewycza i Mirosława Onyszkiewicza, rozpętały piekło na ziemi.

    Łopienka - to nieistniejąca obecnie wieś z połowy XVI wieku. Na skutek deportacji do ZSRR oraz „akcji Wisła” została całkowicie wysiedlona /Jerzy Ochoński   /PAP

    Łopienka – to nieistniejąca obecnie wieś z połowy XVI wieku. Na skutek deportacji do ZSRR oraz „akcji Wisła” została całkowicie wysiedlona/Jerzy Ochoński /PAP

    Za dwa miesiące minie 70. rocznica operacji wojskowej (zwanej powszechnie akcją), przeprowadzonej pod kryptonimem „Wisła” przez rząd komunistyczny w Warszawie. Rocznica ta budzi duże emocje, bo historycy i politycy różnią się w ocenie tych wydarzeń. Przypomnę tylko najważniejsze fakty.

    Na konferencji międzynarodowej, która w lutym 1945 roku odbyła się w Jałcie na Krymie, alianci zachodni, Anglicy i Amerykanie, zdradzili Polskę. Nie tylko oddali ją jako łup wojenny krwawemu Stalinowi, ale i zgodzili się na odrąbanie od niej siedmiu województw, tworzących Kresy Wschodnie. W wyniku tej decyzji polska ludność kresowa została przymusowo wysiedlona na tzw. Ziemie Odzyskane. Jak na ironię wysiedlenie to nazwano „repatriację”, czyli powrotem do ojczyzny. W rzeczywistości była to ekspatriacja, czyli wypędzenie z ojczyzny. Oczywiście nikt Polaków o zdanie w tej kwestii nie pytał.

    W podobny sposób z Polski południowo-wschodniej przesiedlono na tereny wcielone do ZSRR prawie 500 000 Ukraińców. Działania te znacznie osłabiły ludobójcze akcje Ukraińskiej Powstańczej Armii. Jednak nadal jej liczne bazy funkcjonowały we wschodnich częściach województw rzeszowskiego i lubelskiego. Tereny te, leżące na zachód od linii Curzona i z tego względu nazywane „Zakierzonią”, według planów ruchu banderowskiego miały stać się zalążkiem nowego państwa ukraińskiego. Napady na tamtejsze wioski i miasteczka przynosiły krwawe żniwo, nie mniejsze niż na Wołyniu i Podolu. Zagrożenie to dostrzegało polskie podziemie antykomunistyczne, które nadzwyczaj rzadko zawierało doraźnie sojusze z banderowcami. Takim wyjątkiem był np. atak na Hrubieszów w 1946 r. O wiele częściej zwalczało ukraińskie oddziały, broniąc Polaków przed eksterminacją. Z kolei rząd komunistyczny, całkowicie zależny od Moskwy, podjął decyzję o rozprawieniu się z banderowskim podziemiem poprzez kolejne przesiedlenia. Metoda ta, inspirowana i akceptowana przez władze radzieckie, była drastyczna, ale dalsza walka z fanatykami spod znaku Romana Szuchewycza ps. „Taras Czuprynka, komendanta głównego UPA, oraz Mirosława Onyszkiewicza ps. „Orest”, dowódcy kureni i sotni w Polsce, mogła przeciągnąć się na długie lata i co za tym idzie przynieść zagładę tysiącom niewinnych cywili, tak Polaków, jak i Ukraińców i Łemków.

    Plany całej operacji opracował gen. Stefan Mossor, który przed wojną był dowódcą 6. Pułku Strzelców Konnych im. Hetmana Stanisława Żółkiewskiego w Żółkwi. Oczywiście zabójstwo gen. Karola Świerczewskiego w dniu 28 marca 1945 . pod Baligrodem przez jedną z sotni UPA było tylko pretekstem. Akcja Wisła” trwała od kwietnia do lipca 1947 r., choć dodatkowe przesiedlenia miały miejsce jeszcze w latach następnych. Objęła ona 140 000 Ukraińców, których przymusowo, w eskorcie wojska i milicji, przesiedlone na teren ówczesnych województw olsztyńskiego, koszalińskiego, zielonogórskiego i wrocławskiego. Położyło to ostateczny kres działalności UPA w Polsce.

    Najtrafniej wydarzenia te oceniła dr Lucyna Kulińska z Krakowa:

    „Operacja „Wisła” miała przyzwolenie moralne i akceptację społeczeństwa polskiego jako jedyny skuteczny środek do zakończenia dalszego przelewu polskiej krwi. Akcję tę należy uznać za realizowanie na tych terenach polskiej racji stanu i działanie konieczne. Odpowiedzialność za to, że do niej doszło, spada na zbrodniczą ideologię OUN-UPA i jej wykonawców […]. Nie wolno mylić przyczyny ze skutkiem. Zrzucanie na Polskę wtedy i dzisiaj winy za to, że wreszcie skutecznie obroniła swoich obywateli i okrojone terytorium, należy uznać za nadużycie.”

    Szczupłość miejsca nie pozwala mi na rozwinięcie wszystkich wątków. Dlatego też wszystkich zainteresowanych odsyłam do publikacji ukraińskiego historyka (zmarłego w Toronto) Wiktora Poliszczuka oraz polskich badaczy i historyków, w tym zwłaszcza Ewy Siemaszko, prof. Czesława Partacza, dr Andrzeja Zapałowskiego i wspomnianej Lucyny Kulińskiej. Do sprawy powrócę przed samą rocznicą.

    Tadeusz Isakowicz-Zaleski

    RMF FM

  • Tadeusz Isakowicz-Zaleski

    Tadeusz Isakowicz-Zaleski

    • Polski duchowny katolicki, publicysta, działacz społeczny, historyk Kościoła, działacz opozycji antykomunistycznej w okresie PRL.
      Teksty publikowane w dziale BLOGI RMF 24 są prywatnymi opiniami autorów

Nadchodzi nowa armia Putina


Telewizja Republika.pl


Nadchodzi nowa armia Putina

 

Tomasz Sakiewicz

12:42 24 lutego 2017

Rosyjski minister obrony Siergiej Szojgu oznajmił, że w Rosji utworzono wojska do „operacji informacyjnych”. Tworzenie specjalnych oddziałów do walki informacyjnej nie jest niczym nowym ani nadzwyczajnym, szczególnie w Rosji. Takie struktury istnieją tam od dawna i atakują media oraz społeczeństwa na Zachodzie – pisze Tomasz Sakiewicz w „Gazecie Polskiej Codziennie”.

Władimir Władimirowicz Putin wprost zresztą ogłosił, że te oddziały mają za cel zwalczanie agresji informacyjnej ze strony Zachodu. Zwalczaniem tego, czym sam się zajmuje i co doprowadził w Rosji do perfekcji. Być może chodzi właśnie o odwrócenie uwagi od działań podejmowanych przez Kreml i pokazanie, że agresor jest tak naprawdę ofiarą. Istnieje jeszcze bardziej komiczne – już typowe dla starych czasów wytłumaczenie.

Pogarszający się poziom życia wywoła na pewno wiele nieprzychylnych komentarzy wokół ekipy tego satrapy. Wystarczy pokazać, że pojawiające się głosy niezadowolenia to przejaw wojny informacyjnej Zachodu i krytyka zaraz zniknie. Pewne jest jednak jedno, i to potwierdza się każdego dnia – na wojnie Putin strzela nie tylko słowami.

 

Źródło: TELEWIZJA REPUBLIKA

Adam Danek: Gdzie są patrioci Ukrainy?


 

Xportal.plInformacje, Idea, Polityka24.02.2017

Adam Danek: Gdzie są patrioci Ukrainy?

24 lutego 2017 12:10

Najbardziej niepokojącym aspektem stanu spraw na dzisiejszej Ukrainie jest niemal całkowita nieobecność rdzennych sił patriotycznych na scenie politycznej tego, bądź co bądź, wielkiego państwa. W kraju, gdzie w polityce brakuje samorodnych patriotów, z konieczności rządzi „partia zagranicy” i staje się on zewnątrzsterowny (skąd my to znamy?). Wybuch wojny w Donbasie obok najbardziej oczywistych nieszczęść przyniósł Ukrainie również tę szkodę, że wyssał z niej znaczną część sił patriotycznych, które znalazły się za linią frontu lub zgoła na emigracji i straciły wpływ na życie kraju. To zresztą jeden z wielu powodów, dla jakich kontynuacja wojny przynosi korzyści obcym rękom gospodarującym dziś w ukraińskiej stolicy. Sami Ukraińcy powinni wreszcie położyć kres patologicznej sytuacji, w której ich interes narodowy trafniej niż rząd w Kijowie artykułuje nawet Komitet Ocalenia Ukrainy z siedzibą w Moskwie.

Dobrze życzę naszym wschodnim sąsiadom. Chcę przyjaźni polsko-ukraińskiej. Naprawdę tak jest, choć może zdziwi to osoby przyzwyczajone do mojej konsekwentnej krytyki rządów „EuroMajdanu”. Nie uważam bynajmniej, że Ukraina musi koniecznie wejść w skład „ruskiego świata”, jakkolwiek nawet taki scenariusz byłby dla niej lepszy, niż stanie się częścią McŚwiata, co spotkało między innymi Polskę. Fundamentalne kłamstwo propagandy, jaką nas, Polaków, obstrzeliwują nasze władze i media od 2013 r., polega na utożsamieniu życzliwości dla Ukraińców z poparciem dla „EuroMajdanu” i jego rządów. Te ostatnie krytykowałem od samego początku również dlatego, że nie reprezentują one narodu ukraińskiego ani ukraińskiej racji stanu, tylko są wyznaczoną przez zagranicę komisją koordynującą przyspieszoną kolonizację Ukrainy przez obcy (zachodni) kapitał. Rządom Leonida Kuczmy czy Wiktora Janukowycza można zarzucić wiele, lecz mimo wszystko były to rządy ukraińskie, a nie komisaryczni plenipotenci cudzoziemskich korporacji i ambasad, ukrywający swój kosmopolityzm za krzykliwymi banderowskimi maskami.

Kilka lat temu napisałem artykuł o „idei chocimskiej” jako symbolu współpracy polsko-ukraińskiej. Ale powstał on w czasach, gdy nad Dnieprem rządził Janukowycz, a nie wynajęci lokaje Zachodu. Sojusz Polski z Ukrainą miałby sens, gdyby Ukraina była państwem pozablokowym i autentycznie niezależnym, nie współsługą Zachodu, bo wtedy zwiększałby on również niezależność Polski. Jeśli jednak podstawą i spoiwem sojuszu polsko-ukraińskiego miałaby być antyrosyjskość, jak tego chcą dzisiejsi politycy z Warszawy i Kijowa, to nie ma on żadnej treści ani żadnego sensu, gdyż wrogie stosunki z Rosją nie leżą w interesie ani Polski, ani Ukrainy.

W początkach rządów „EuroMajdanu” Anne Applebaum obwieściła na łamach „Gazety Wyborczej”, że dzisiaj Ukraina potrzebuje nacjonalizmu. Można się z tym zgodzić, ponieważ wszystkie narody potrzebują dzisiaj nacjonalizmu, który poderwie je do walki przeciw globalizacji, reprezentowanej (nawet pod względem plemiennym) między innymi przez panią Applebaum i „Gazetę Wyborczą”. Ale dlaczego archetypicznymi postaciami owego nacjonalizmu muszą być akurat antypolscy Stepan Bandera i Roman Szuchewycz, a nie propolski generał Pawło Szandruk – ostatni dowódca SS-Galizien, czy protestujący przeciw mordom na polskiej ludności Taras Bulba-Borowec’, założyciel „pierwszej UPA”? Dlaczego za historycznego nosiciela ukraińskiej idei narodowej ma być uznawana akurat UPA, która masowo mordowała nie tylko Polaków, ale i Ukraińców, a nie Ukraińskie Zjednoczenie Narodowo-Demokratyczne (UNDO), którego przywódca Wasyl Mudry w latach 1935-1939 był wicemarszałkiem polskiego Sejmu? Czy naprawdę musi to być nacjonalizm szowinistyczny, wykluczający rosyjskojęzyczną część narodu i ufundowany na historycznej (Polska) lub aktualnej (Rosja) nienawiści do sąsiadów? Środowiska banderowskie na Ukrainie próbują nam wmówić, że to jedyna możliwa postać ukraińskiego nacjonalizmu, a powtarzają po nich operujące w Polsce „czarno-czerwone ludziki” pokroju Jerzego Targalskiego, Kazimierza Wóycickiego, Pawła Kowala czy Jana Piekło (nomen omen). Tymczasem ukraiński nacjonalizm bynajmniej nie musi mieć charakteru banderowskiego, co przyznają nawet działacze ruchu Azow (jakkolwiek prezentowany przez nich neonazizm nie stanowi przekonującej alternatywy dla banderyzmu). Z kolei budowanie idei państwowej na wspominaniu „Majdanu”, całe to trąbienie o „Rewolucji Godności” i „Niebiańskiej Sotni”, trąci jeszcze większą groteską, niż polskie budowanie idei państwowej na wspominaniu „Solidarności”. Dokładnie z tych samych powodów: bo tłuści aktorzy i beneficjenci tamtych wydarzeń żyją, mają się świetnie, są czynni w polityce i w sposób dla każdego widoczny szkodzą swojemu krajowi. A po pewnym czasie na jaw wyjdzie szokująca prawda, że podobnie jak w przypadku „Solidarności” większość uczestników „Majdanu” była przypadkową zbieraniną ludzi, zaś postaci zasługujących na pamięć narodu trafiło się wśród nich tyle, co kot napłakał.

Á propos szkodzenia – rządy „EuroMajdanu” rozpoczęły się zapowiedziami stworzenia nowego ładu gospodarczego, który zbliży Ukrainę do Zachodu. I co? W charakterze głównego doradcy do spraw ekonomicznych zaprosili Leszka Balcerowicza, światowej sławy eksperta od tego, jak za bezcen wyprzedać gospodarkę w obce ręce. Zaprosili również amerykańskiego guru liberalnej ekonomii Arthura Laffera. Ten rozpoczął pobyt w Kijowie, arogancko rzucając do gospodarzy: „Będziecie musieli robić to, co w Europie robiono sto lat temu, a nie co robi się dzisiaj.” Gdyby obecne ukraińskie władze rzeczywiście stały na straży narodowej godności, to po tej wypowiedzi anulowałyby dalszy program wizyty i nakazałyby natychmiast opuścić terytorium swojego państwa jankeskiemu burakowi, który nie umie nawet okazywać elementarnej kultury osobistej zapraszającym go na własny koszt. Gdyby zachodnioukraińscy nacjonaliści naprawdę bronili honoru swojego narodu, to poszliby na wykład tego pana i obrzucili go jajami albo wywlekli z sali i wrzucili do śmietnika (jak robili z politykami dawnej Partii Regionów). Nasi wschodni sąsiedzi dokonaliby lepszego wyboru, zapraszając zamiast Balcerowicza i Laffera polskich ekonomistów takich jak Andrzej Karpiński czy Witold Kieżun, którzy mogliby wiele opowiedzieć o tym, jak i dlaczego nie robić prywatyzacji (wyprzedaży) majątku państwowego, tylko wykorzystać go do zrealizowania lepszej strategii rozwoju. Liberalny kapitalizm, z jego darwinizmem społecznym, pochwałą egoizmu i usprawiedliwianiem wyzysku, jest też sprzeczny z chrześcijańskimi (prawosławnymi i unickimi) korzeniami Ukrainy i trzeba o tym głośno przypominać.

Rdzenny ukraiński ruch patriotyczny powinien zatem programowo odrzucać prywatyzację i liberalizację gospodarki oraz pozostałe zalecenia „konsensusu waszyngtońskiego”, opowiadać się natomiast za wywłaszczeniem oligarchów, nacjonalizacją ich majątków i pozbawieniem ich obywatelstwa (jak postąpiła Gruzja z amerykańskim kondotierem Micheilem Saakaszwilim). A także za odebraniem obywatelstwa Ukrainy wszystkim obcokrajowcom z USA, Polski, Litwy, Gruzji i Bóg wie skąd jeszcze, którym naprędce porozdawały je małpie rządy „EuroMajdanu”.

Ruch ten powinien zarazem podkreślać historyczną odrębność i oryginalność kulturową Ukrainy, wartość rodzimego dziedzictwa. Smutny polski przykład niech pokazuje Ukraińcom, iż westernizacja jest drogą donikąd i należy ją odrzucić, tym bardziej, że obecnie Zachód dąży do narzucenia ich krajowi stosunków neokolonialnych, jak wcześniej uczynił to z Polską. Na płaszczyźnie polityki zagranicznej odpowiada temu program uniezależnienia Ukrainy od ośrodków zewnętrznych na Wschodzie i Zachodzie: utrzymania statusu pozablokowego, odrzucenia upokarzających starań o członkostwo w NATO i UE, natychmiastowego wypowiedzenia umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Ukraina na arenie międzynarodowej powinna budować samodzielną podmiotowość polityczną, co dla państw o takim potencjale niewątpliwie jest możliwe, o ile obierze ono raczej „chińską” niż zachodniacką drogę rozwoju.

Dziś, gdy Ukraina znalazła się w kryzysie, autentyczny ruch patriotyczny w tym kraju powinien opowiadać się przeciw demokratyzacji ustroju, a za wzmocnieniem przywództwa państwowego na wzór Francji pod rządami generała de Gaulle’a i Białorusi pod rządami Alaksandra Łukaszenki. Wzmocnieniu kompetencji głowy państwa (wzorowanym na reformie konstytucyjnej de Gaulle’a z 1958 r., również będącej odpowiedzią na kryzys państwa pogrążonego w wojnie) powinna towarzyszyć zmiana jej tytułu z prezydenta na hetmana, co już w okresie międzywojennym postulował ukraiński konserwatysta Wacław Lipiński, vel Wjaczesław Łypyns’kyj. Nawiasem mówiąc, również w Polsce republikańska głowa państwa powinna nosić tytuł nie prezydenta, lecz Naczelnika, a w Chorwacji – bana lub poglavnika (1).

Rolę rdzennego ruchu patriotycznego, łączącego w sobie pozytywny nacjonalizm, antyliberalizm ekonomiczny oraz ideę silnego przywództwa państwowego mógłby odegrać na Ukrainie chrześcijański i narodowy socjalizm – ale z pewnością nie bezbożny neonazizm importowany z Zachodu przez ruch Azow. Stworzenie takiego ruchu pozostaje dla obywateli największego państwa Europy Środkowo-Wschodniej dopiero zadaniem do wykonania. Jedynym czynnym obecnie na ukraińskiej scenie politycznej ugrupowaniem, jakie znam, spełniającym częściowo powyższe postulaty jest Ukraiński Wybór, kierowany przez Wiktora Medwedczuka, niegdysiejszą prawą rękę prezydenta Leonida Kuczmy.

Taki ruch miałby szansę dokonać wielkiego dzieła likwidacji wojny w Donbasie – zakończenia jej rzeczywistym narodowym pojednaniem, a nie upokarzającym podziałem na zwycięzców i pobitych albo nawet krwawą, barbarzyńską pacyfikacją i czystką w stylu Wołynia.

Jeżeli jednak nad Dnieprem nie narodzi się rdzenny ruch patriotyczny, nie manipulowany przez Zachód, jeżeli wojna prowadzona w interesie sił globalizmu będzie toczyć się dalej, to Ukraina pod rządami obcego kapitału ulegnie regresowi cywilizacyjnemu i stopniowo zamieni się na powrót w „dzikie pola”, z których wyemigruje w końcu każdy, kto będzie mógł, nawet młodzi banderowcy. Ci ostatni zapewne wyemigrują do „Zakerzonia”. Polskie ugrupowania patriotyczne powinny brać to pod uwagę i z jednej strony lobbować konsekwentnie za zablokowaniem ukraińskiej imigracji do Polski, z drugiej zaś strony wspierać rdzenne ruchy patriotyczne na Ukrainie, a nie pacynki Zachodu z Azowa i Prawego Sektora, wyhodowane do nakręcania bezmyślnej wojny.

Adam Danek

1. Wydaje się dziwne, że za swoich rządów w Chorwacji generał Franjo Tuđman, historyk-apologeta ustaszy, nie zmienił tytulatury głowy państwa z prezydenta na poglavnika.

Znaleźli kij na Schulza


 

Deutsche Welle

 

POLITYKA

Martin Schulz nie komentuje zarzutów o nadużycia

Zarzuty wobec Martina Schulza, kandydata SPD na kanclerza dotyczą okresu, kiedy był przewodniczącym PE.

Europäisches Parlament in Straßburg - Abschiedsrede Präsident Martin Schulz (Reuters/V. Kessler)

Europejski Urząd ds. Zwalczania Nadużyć (OLAF) ma zbadać, czy w czasie, kiedy niemiecki socjaldemokrata pełnił funkcję przewodniczącego Parlamentu Europejskiego doszło do nadużyć. – Eksperci sprawdzają doniesienia mediów o podejrzeniach pod adresem Martina Schulza dotyczących awansowania i wynagradzania pracowników byłego szefa PE, aby stwierdzić, czy uzasadniają one wszczęcie oficjalnej procedury wyjaśniającej – poinformowała w czwartek (23.02.2017) rzeczniczka OLAF-a. Do wszczęcia dochodzenia potrzebne są wystarczające dowody na nieprawidłowości i korupcję lub inne działania sprzeczne z prawem obciążające budżet UE – zaznaczyła.

O zarzutach stawianych pod adresem obecnego kandydata SPD na kanclerza donosił najpierw tygodnik „Stern”. Przedtem „Der Spiegel” informował, że Schulz wstawiał się osobiście, jako przewodniczący PE za zatrudnieniem na korzystnych warunkach jego zaufanego pracownika Markusa Engelsa. Ponadto w październiku 2015 Schulz miał też zapewnić lukratywne warunki na rozwijanie kariery innym pracownikom.

REDAKCJA POLECA

CDU puszczają nerwy. Schaeuble porównuje Schulza z Trumpem

Chadeckiemu ministrowi finansów Wolfgangowi Schaeublemu nie podoba się styl walki wyborczej SPD. Jej liderowi Schulzowi zarzuca trumpowskie metody. (10.02.2017)

Polityk, który może zdetronizować Merkel, wygrywa w sondażach

Niemieccy pracodawcy naciskają na Schulza

Wg administracji Parlamentu Europejskiego Schulz nie dopuścił się żadnych nadużyć. Lecz ta opinia nie jest wiążąca dla niezależnego, unijnego Urzędu ds. Zwalczania Nadużyć. Sam Martin Schulz nie chce się odnosić do stawianych mu zarzutów.

Tymczasem Komisja Kontroli Budżetowej PE też bada zarzuty wobec niemieckiego socjaldemokraty. Wg. informacji niemieckiej agencji prasowej DPA wysłano administracji unijnego parlamentu katalog pytań z prośbą o odpowiedź na nie. Komisja pyta m.in. o to, dlaczego przynajmniej jednemu z pracowników gabinetu Schulza przyznano dopłaty do wynagrodzenia w wysokości 1300 do 2200 euro, podczas gdy zwyczajowa stawka wynosi ok. 500 euro. Administracja ma czas na dostarczenie odpowiedzi parlamentarnej Komisji Kontroli Budżetowej do 3 marca.

61-letni Martin Schulz był w latach 2012 do początku 2017 r. przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Pod koniec stycznia 2017 r. został mianowany przez SPD kandydatem na kanclerza.

DPA/Barbara Cöllen

PK: BRYTYJSKIE LABORATORIUM ZBADA, CZY W TU-154M BYŁY MATERIAŁY WYBUCHOWE


INTERIA.PLFakty

 

PK: BRYTYJSKIE LABORATORIUM ZBADA, CZY W TU-154M BYŁY MATERIAŁY WYBUCHOWE

KATASTROFA SMOLEŃSKA

51 minut temu

Prokuratura Krajowa zawarła umowę z brytyjskim Forensic Explosives Laboratory (FEL) na wykonanie analizy śladów materiałów wybuchowych w próbkach pobranych w ramach śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej – poinformowała w piątek PK.

Wrak 1u-154 M /Stefan Maszewski /Reporter

Wrak 1u-154 M /Stefan Maszewski /Reporter

„Prokuratura Krajowa zawarła umowę z FEL na wykonanie analizy śladów materiałów wybuchowych w próbkach pobranych w ramach toczącego się śledztwa w sprawie katastrofy samolotu TU-154 M Nr 101” – poinformowano.

„FEL nie dokona oceny, ani nie zaproponuje opinii, która dotyczy przyczyn katastrofy. Wykona i złoży opinię dotyczącą analizy śladów materiałów wybuchowych. Prace FEL wynikające z niniejszej umowy mają rutynowy charakter naukowego wsparcia” – podkreślono.

Zarzuty dla dwóch kontrolerów lotów ze Smoleńska

Śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej przez sześć lat prowadziła Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie. Postawiła ona zarzuty dwóm kontrolerom lotów ze Smoleńska (dotychczas nie zdołano im ich przedstawić) oraz dwóm oficerom rozwiązanego po katastrofie 36 specjalnego pułku lotnictwa transportowego, który zajmował się transportem najważniejszych osób w państwie. Wiosną 2016 roku, po reformie prokuratury, której częścią była likwidacja prokuratury wojskowej, śledztwo przejęła Prokuratura Krajowa.

Na zlecenie prokuratury wojskowej opinię dotyczącą kwestii ewentualnych pozostałości materiałów wybuchowych sporządzili biegli z Zakładu Fizykochemii Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Policji. Przesłali oni dokument prokuraturze wojskowej w grudniu 2013 r., a na początku 2014 r. uzupełnili go odpowiedziami na dodatkowe pytania śledczych.

Biegli nie znaleźli śladów po wybuchu. „W konkluzji opinii fizykochemicznej biegli z CLKP ustalili m.in., iż w poddanych analizie próbkach pobranych podczas sekcji ekshumowanych zwłok oraz z powierzchni wytypowanych miejsc i elementów szczątków samolotu nie ujawniono śladów pozostałości materiałów wybuchowych oraz substancji będących produktami ich degradacji” – ogłosiła wówczas prokuratura.

Sprawa badania próbek z wraku stała się głośna

Sprawa badania próbek z wraku stała się głośna, gdy w październiku 2012 r. „Rzeczpospolita” napisała, że śledczy jesienią 2012 r. na wraku samolotu znaleźli ślady trotylu i nitrogliceryny. Prokuratura wojskowa wielokrotnie wskazywała, że wyświetlenie się napisu TNT na detektorze używanym przez ekspertów podczas pobierania próbek z wraku nie jest równoznaczne ze stwierdzeniem obecności trotylu.

Badanie katastrofy smoleńskiej w Polsce przeprowadziła Komisja Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, którą kierował ówczesny szef MSWiA Jerzy Miller. W opublikowanym w lipcu 2011 roku raporcie komisja Millera stwierdziła, że przyczyną katastrofy samolotu było zejście poniżej minimalnej wysokości zniżania, a konsekwencji zderzenie samolotu z drzewami, prowadzące do stopniowego niszczenia konstrukcji maszyny. Komisja podkreślała, że ani rejestratory dźwięku, ani parametrów lotu nie potwierdzają tezy o wybuchu na pokładzie samolotu.

Ustalenia komisji Millera kwestionował obecny szef MON

Ustalenia komisji Millera kwestionował obecny szef MON Antoni Macierewicz i kierowany przez niego zespół parlamentarny ds. katastrofy smoleńskiej złożony z posłów i senatorów PiS. W lutym 2016 r. szef MON powołał podkomisję do ponownego zbadania katastrofy. Działa ona w ramach KBWLLP.

W skład podkomisji weszła część ekspertów, którzy współpracowali z zespołem. Zdaniem podkomisji, której szef dr Wacław Berczyński zapewniał, że nie przyjmuje ona żadnych wstępnych założeń ani hipotez w sprawie przyczyn katastrofy, na komisję Millera wywierano nacisk, by jej ustalenia pokrywały się z rosyjskim raportem MAK. Członkowie komisji Millera temu zaprzeczają.

Ostatni, opublikowany w kwietniu 2015 roku, raport kierowanego przez Macierewicza zespołu parlamentarnego zawierał tezę, że prawdopodobną przyczyną katastrofy była seria wybuchów m.in. na lewym skrzydle, w kadłubie i prezydenckiej salonce.

10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku w katastrofie Tu-154M zginęło 96 osób, w tym prezydent Lech Kaczyński i jego małżonka.

PAP

Poseł Jarosław Krajewski oskarża Donalda Tuska ws. Amber Gold


 

WP.PLStrona główna serwisu

 

Magdalena Nałęcz

oprac.Magdalena Nałęcz

akt. 24.02.2017, 15:56

 

Poseł Jarosław Krajewski oskarża Donalda Tuska ws. Amber Gold

  • Donald Tusk miał szereg narzędzi, żeby przerwać przestępczą działalność Amber Gold – powiedział w RDC poseł PiS Jarosław Krajewski i dodał, że gdyby administracja rządowa wsparła pracę Komisji Nadzoru Finansowego nad tą sprawą, nie byłoby tylu poszkodowanych.

Jarosław KrajewskiJarosław Krajewski (

Wikimedia Commons / Adrian Grycuk

)

Jarosław Krajewski podkreślił, że do końca 2011 r. zajmująca się sprawą Amber Gold Komisja Nadzoru Finansowego była swoich działaniach „osamotniona”. W ocenie polityka, będącego członkiem komisji śledczej ds. Amber Gold, z dotychczasowych przesłuchań pracowników KNF wynika, że nie otrzymali żadnego wsparcia ze strony innych organizacji rządowych.
– Jeżeli Donald Tusk stwierdził po wybuchu afery, że premier polskiego rządu, mający dużą władzę polityczną, nie ma możliwości i nie powinien ingerować w decyzje ludzi, kiedy chcą lokować swoje oszczędności, to pokazuje to filozofię rządzenia PO – skomentował Krajewski.
Polityk podkreślił, że „prawidłowa” reakcja państwa pozwoliłaby na zatrzymanie osób zaangażowanych w proceder jeszcze w 2010 r. – Wtedy liczba poszkodowanych byłaby na poziomie kilkuset osób i dużo łatwiej byłoby mówić o odzyskaniu środków, które wpłynęły do Amber Gold – stwierdził.

Krajewski uznał, że sprawa przedsiębiorstwa założonego przez Macieja Plichtę jest „kwintesencją teoretycznego państwa Platformy Obywatelskiej”.

Zobacz też: Tusk: komisja ds. Amber Gold jest elementem polity…

Tusk: komisja ds. Amber Gold jest elementem politycznej walki

00:05 / 00:33

LQ

RDC

Kultura w Superstacji


WP Show

Obraził dziennikarzy TVP, teraz został zawieszony. Z anteny Superstacji znikają kolejne programy

Superstacja zawiesiła bezterminowo w obowiązkach Jakuba Wątłego. Z anteny stacji zniknęły także prowadzone przez dziennikarza programy: „Krzywe zwierciadło” i „Suma tygodnia”.

 

Obraził dziennikarzy TVP, teraz został zawieszony. Z anteny Superstacji znikają kolejne programy

(kadr z programu)

W jednym z odcinków „Krzywego zwierciadła” w Superstacji prowadzący, Jakub Wątły, nazwał w swoim programie dziennikarzy telewizji publicznej „brudnymi, śmierdzącymi gnidami z rynsztoka, jedzącymi odchody”. TVP natychmiast potępiło takie zachowanie i zapowiedziało podjęcie kroków prawnych.

Zarówno Zarząd główny Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, jak i Zarząd Stowarzyszenia Dziennikarzy RP nie zamierzali przemilczeć sprawy. Potępili zachowanie Wątłego i domagali się wyciągnięcia surowych konsekwencji. Ale to nie wszystko. Do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji trafiło również kilka skarg na prowadzącego „Krzywe zwierciadło” oraz list otwarty zarządu SDP skierowany do Zygmunta Solorza-Żaka. W przesłanych wnioskach pojawiły się zarzuty, że „dziennikarz posłużył się mową nienawiści i naruszył dobre obyczaje, m.in. poprzez wulgarne określenia”. Zaapelowano też, aby na Superstaję nałożyć karę finansową lub odebrać jej koncesję, a samego Jakuba Wątłego – zwolnić.

 

Zanim jednak Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji podejmie ostateczną decyzję w tej sprawie, Superstacja sama postanowiła ukarać swojego pracownika. Zarząd stacji postanowił bezterminowo zawiesić w obowiązkach swojego dziennikarza i usunąć z ramówki dwa prowadzone przez niego programy: „Krzywe zwierciadło” i „Suma tygodnia”.

  • Wszystkie programy prowadzone przez Kubę Wątłego są tymczasowo zawieszone i nie produkujemy nowych odcinków. Nie ma konkretnej daty ich odwieszenia. Taka jest decyzja zarządu – powiedziała Ramona Lenartowicz, sekretarz programowa Superstacji, w rozmowie z serwisem wirtualnemedia.pl.

Przypomnijmy, że to już druga sytuacja w ostatnim czasie, gdy w telewizji doszło do zawieszenia pracownika. Na początku lutego br. od programu „Studio Polska” w TVP Info został odsunięty Maciej Pawlicki, po tym, jak w wydaniu programu z 28 stycznia podał zmyśloną informację, jakoby „przewodniczący partii Nowoczesna – poseł Ryszard P.” został zatrzymany pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Rosji. Zaraz potem zaznaczył, że to nieprawda mająca pokazywać, jak rozpowszechniane są fałszywe wiadomości. Jego prowokacja została ostro skrytykowana przez Nowoczesną, a w efekcie władze TVP zdecydowały, że musi on pożegnać się z programem.

Przekop przez Mierzeję Wiślaną. Sejm przyjął ustawę


wp.plmoney.pl

 

  • Przekop przez Mierzeję Wiślaną. Sejm przyjął ustawę

    FOT. GERARD/REPORTER

    Budowę nowej drogi wodnej łączącej Zatokę Gdańską z Zalewem Wiślanym poprzez wykonanie przekopu przez Mierzeję Wiślaną zakłada przyjęta w piątek przez Sejm ustawa. Za głosowało 401 posłów, przeciw było dziewięciu, a 18 wstrzymało się od głosu. Teraz zajmie się nią Senat.

    Przygotowana przez rząd ustawa o inwestycjach w zakresie budowy drogi wodnej łączącej Zalew Wiślany z Zatoką Gdańską zakłada, że budowa nowego szlaku wodnego ma się rozpocząć w 2018 r., a zakończyć w 2022 r. Jej koszt wyniesie ok. 880 mln zł, ma być finansowana ze środków państwa.

    Według proponowanych rozwiązań, kanał żeglugowy przez Mierzeję Wiślaną będzie miał 1,3 km długości i 5 metrów głębokości. Ma umożliwić wpływanie do portu w Elblągu jednostek o parametrach morskich, tj. zanurzeniu do 4 m, długości 100 m, szerokości 20 m.

    Jeszcze w środę, gdy Sejm rozpatrywał sprawozdanie komisji gospodarki morskiej z prac nad ustawą o nowej drodze wodnej, wiceminister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Grzegorz Witkowski przekonywał, że budowa kanału przez Mierzeję Wiślaną będzie nie tylko inwestycją ważną dla Elbląga, ale i Polski Wschodniej oraz wschodnich sąsiadów – Białorusi czy Ukrainy.

    – Port w Elblągu po wykonaniu kanału żeglugowego przez Mierzeję ma stać się piątym portem pełnomorskim w Polsce, po Szczecinie, Świnoujściu, Gdyni i Gdańsku. Wszyscy na tym skorzystamy. Jeśli Federacja Rosyjska będzie chciała, także na tym skorzysta – mówił wiceminister Witkowski.

    Jak podkreślił wiceszef resortu gospodarki morskiej, pod uwagę wciąż są brane 4 lokalizacje przekopu, a jego umiejscowienie wskaże firma, która przygotuje dokumentację projektową inwestycji. Podał, że we wtorek Urząd Morski w Gdyni podpisał umowę z konsorcjum firm trójmiejskich na wykonanie takiego projektu. Za 5,2 mln zł konsorcjum w ciągu 18 miesięcy ma przygotować dokumentację dotyczącą decyzji środowiskowej oraz lokalizacji kanału, a także przeprowadzić konsultacje.

    Poseł PiS Jerzy Wilk podkreślał, że budowa nowej drogi wodnej łączącej Zatokę Gdańską z Zalewem Wiślanym wynika z nadrzędnego interesu publicznego, jakim jest zapewnienie bezpieczeństwa w regionie i swobodnego dostępu do portów zlokalizowanych nad Zalewem Wiślanym. Mówił, że inwestycja – według analiz zleconych przez Urząd Morski w Gdyni – stworzy około 3 tys. miejsc pracy początkowo przy realizacji, a następnie przy obsłudze kanału i pogłębianiu torów wodnych. Powstaną również nowe miejsca pracy w portach i marinach w Elblągu, Suchaczu, Tolkmicku, Fromborku, Stegnie, Sztutowie i Krynicy Morskiej.

    Poseł PO Tadeusz Aziewicz mówił, że inwestycja budzi emocje i jest różnie oceniana w klubie PO. Jak wskazał, pojawiały się nowe uzasadnienia dla inwestycji: początkowo mówiono o zapewnieniu bezpieczeństwa, a potem wskazywano na możliwości wykorzystania magazynów w Elblągu. Dodał, że źle się stało, iż zlekceważono ostrzeżenia ekologów, którzy są przeciwni inwestycji.

    Poseł Kukiz’15 Andrzej Kobylarz ocenił, że planowana rządowa inwestycja przyczyni się do bardziej sprawiedliwej dystrybucji środków budżetowych pobudzających lokalną gospodarkę. Przypomniał, że mieszkańcy Elbląga i okolic muszą emigrować za pracą, bo proponowane warunki płac na miejscu są słabe. Wyraził także przekonanie, że przekop powstanie w wyniku dialogu z mieszkańcami Krynicy Morskiej i wszyscy mieszkańcy regionu będą czerpać korzyści z planowanej inwestycji.

    Poseł Nowoczesnej Mirosław Pampuch przypomniał, że na modernizację portu w Elblągu wydano w ostatnich latach duże kwoty ze środków unijnych. Dzięki temu powstały terminale towarowy i pasażerski, punkt odpraw graniczny jak i basen jachtowy. „Niestety infrastruktura wobec chimerycznych działań Federacji Rosyjskiej, limitującej dostęp do Zalewu Wiślanego przez cieśninę Pilawską, nie jest w pełni wykorzystana”- mówił. Zaznaczył, że inwestycja nie może być realizowana kosztem przyrody.

    O zachowanie równowagi w przyrodzie i respektowanie interesów lokalnych społeczności apelował poseł PSL Kazimierz Kotowski. Przyznał, że kanał żeglugowy to ważne i znaczące gospodarczo, społecznie i militarnie przedsięwzięcie, ale także wyzwanie dla budżetu.

    Przeciwny inwestycji jest Stefan Niesiołowski z koła Europejskich Demokratów. Argumentował, że Mierzeja jest obszarem, na którym znajdują się ptasie rezerwaty, które z chwilą rozpoczęcia przekopu będą zagrożone. Dodał, że inwestycja jest nieracjonalna pod względem kosztów i zysków, ponieważ port w Elblągu jest odbiorcą towarów z portu w Kaliningradzie i nawet po wykopaniu kanału nic w tej mierze się nie zmieni.

    Posłanka Małgorzata Zwiercan z koła Wolni i Solidarni uznała budowę kanału za „inwestycję ważną z uwagi na bezpieczeństwa Polski zarówno w kontekście ewentualnego ataku terrorystycznego, jak i bezpieczeństwa w kontekście użycia jednostek ratownictwa morskiego SAR”.

    Od lat samorządowcy z Warmii i Mazur, szczególnie władze Elbląga zabiegają o przekopanie Mierzei Wiślanej i utworzenie kanału żeglugowego. Przeciwni są natomiast mieszkańcy Krynicy Morskiej, a także ekolodzy, którzy wskazują na potrzebę ochrony cennych siedlisk.

    Zalew Wiślany jest częścią Morza Bałtyckiego, a konkretnie Zatoki Gdańskiej. Od Zatoki odcina go niemal zupełnie – poza połączeniem poprzez Cieśninę Piławską – Mierzeja Wiślana.

    Port Elbląg jest największym portem Zalewu Wiślanego i najbliższym unijnym portem, obsługującym przewozy do Kaliningradu i Bałtyjska. Leży 40 km od granicy z rosyjskim obwodem kaliningradzkim, a jedyny bezpośredni dostęp do Morza Bałtyckiego możliwy jest przez Cieśninę Pilawską.

    Polub WP money na Faceboku:

    inwestycje, pap, gospodarka, sejm, rosja, żegluga, mgmiż

    PAP

  • "GW": CHMIELNA 70 WRÓCI DO MIASTA


     

    ​”GW”: CHMIELNA 70 WRÓCI DO MIASTA

    AFERA REPRYWATYZACYJNA W WARSZAWIE

    Poniedziałek, 20 lutego (12:45)

    Warta 160 milionów działka przy dawnym adresie Chmielna 70 wróci w ręce miasta – informuje „Gazeta Wyborcza”.

    Działka przy dawnej Chmielnej 70 /Stefan Maszewski /Reporter

    Działka przy dawnej Chmielnej 70 /Stefan Maszewski /Reporter

    Przypomnijmy, że działka została zreprywatyzowana w 2012 roku. Sprawą zajmuje się prokuratura i CBA.

     

     

    W odpowiedzi na te działania obecni właściciele działki postanowili się jej zrzec. W oświadczeniu twierdzą, że o spłaceniu roszczeń do działki przez władze PRL nie wiedzieli.

    „Skoro teraz chcą oddać teren, to my go oczywiście bierzemy. Ale najpierw chcemy dokładnie przeanalizować akt notarialny zawarty przez właścicieli” – powiedział „Gazecie Wyborczej” wiceprezydent Warszawy Witold Pahl.

    Właścicielem działki przed wywłaszczeniem był obywatel Danii, który otrzymał odszkodowanie w wysokości 35 tys. duńskich koron.

    Mimo to w 2012 roku, za sprawą m.in. adwokata Roberta N., w posiadanie Chmielnej 70 – na drodze reprywatyzacji – weszli Grzegorz Majewski, Marzena K. i Janusz Piecyk.

    Adwokat Robert N. i urzędniczka Marzena K. znajdują się wśród oskarżonych w tzw. aferze reprywatyzacyjnej. N. zarzuca się m.in. korupcję, a K. podanie nieprawdy w oświadczeniu majątkowym.

    INTERIA.PL

    Nie będzie Timmermans pouczał co Polska ma reformować na swoim podwórku


    WP.PLStrona główna serwisu

     

     

    Natalia Durman

    oprac.Natalia Durman

    akt. 24.02.2017, 07:26

     

    Beata Kempa uderza we Fransa Timmermansa. Seria epitetów

    • Frans Timmermans ma chyba jakieś osobiste uprzedzenia w stosunku do Polski (…) Myślę, że on wydał Polsce wojnę dyplomatyczną, to jest jasne już i jawne – stwierdziła na antenie TVP INFO szefowa KPRM. I przestrzegła: – Naprawdę powinien ważyć słowa w tym zakresie (…) My wiemy lepiej, co na naszym podwórku należy zreformować i posprzątać. Dostało się też KE i jej „wydumanym analizom”.

    PAP / Radek Pietruszka

    Wypowiedź ma związek z przekazaną Komisji Europejskiej analizą dotyczącą praworządności w Polsce. Polskie MSZ poinformowało w czwartek, że resort wezwał do złożenia wyjaśnień dyrektora przedstawicielstwa KE w Polsce, Marka Prawdę.
    „Po pierwsze, zmiany ustrojowe dotyczące Krajowej Rady Sądownictwa są przedstawione w niej pobieżnie, bez należytego zrelacjonowania stanowiska, także wyrażanego publicznie, przez Ministra Sprawiedliwości” – napisano w komunikacie resortu.
    Po drugie, podkreślono, że – w ocenie MSZ – część dokumentu, która odnosi się do „rzekomych prześladowań sędziów protestujących przeciwko planowanym reformom, ma charakter jednoznacznie paszkwilancki”.

    „Wydumane” analizy? Tak sądzi Kempa
    Do sprawy odniosła się w czwartek wieczorem w TVP Info szefowa KPRM. Jej zdaniem informacje zawarte w analizie przedstawicielstwa KE są „tak naprawdę wydumane”.
    – Jeżeli są tego typu szykany i groźby powinny być zgłoszone do polskiej prokuratury ze strony sędziów. Sędziowie powinni najlepiej wiedzieć jaka jest procedura w tym zakresie i powinny w tej sprawie być zebrane dowody. Tym bardziej jeżeli są stawiane przed tak poważnym organem jakim jest Komisja Europejska – podkreśliła minister.

    Zastanawiała się też nad wiarygodnością analizy. W jej ocenie dyrektor przedstawicielstwa KE w Polsce powinien wyjaśnić wątpliwości szefowi MSZ. – To jest oczywiste – podkreśliła.
    Ostro o Timmermansie
    Kempa wyraziła też opinię, że przedstawiona KE analiza może podgrzać atmosferę wokół naszego kraju, gdyż – jak mówiła – wiceszef Komisji Europejskiej Frans Timmermans „ma chyba jakieś osobiste uprzedzenia w stosunku do Polski, bo to nie jest obiektywne stawiania spraw”. Odniosła się przy tym do niedawnej Konferencji Bezpieczeństwa, która odbyła się w Monachium.
    – Człowiek, w którego kraju nawet nie ma Trybunału Konstytucyjnego (…) mówi tutaj o iluzji, jeśli chodzi o przestrzeganie prawa w Polsce. Pan Timmermans jest uprzedzony do Polski. Myślę, że błyskawicznie będzie starał się wykorzystać ten wątpliwy raport – uważa Kempa.
    – Myślę, że on wydał Polsce wojnę dyplomatyczną, to jest jasne już i jawne. Jeszcze nie ma konkretnych projektów ustaw, a pan Timmermans już mówi o tym, że coś ogranicza niezawisłość sądownictwa – dodała.

    Deklaracja Kempy. „Nie cofniemy się”
    Zwróciła też uwagę, że część sędziów w Polsce jest zdania, iż sądownictwo powinno zostać zreformowane. Jak dodała domaga się tego część społeczeństwa, na co wskazują sondaże.
    – My przed tą reformą i przed takimi groźbami absolutnie się nie cofniemy, bo na to umówiliśmy się z polskim społeczeństwem przed wyborami podczas kampanii wyborczej – powiedziała szefowa kancelarii premiera. – Trzeba reformować polski wymiar sprawiedliwości i PiS będzie tego dokonywać – zadeklarowała.

    PAP/WP

    ŚLEDZTWO WS. DZIAŁEK NA SASKIEJ KĘPIE PRZENIESIONE


     

    ŚLEDZTWO WS. DZIAŁEK NA SASKIEJ KĘPIE PRZENIESIONE

    POLSKA

    Dzisiaj, 24 lutego (08:37)

    Prokuratura Okręgowa w Tarnobrzegu będzie kontynuować śledztwo ws. domniemanego przyjęcia korzyści majątkowej przez stołecznych urzędników ws. planu zagospodarowania działek na Saskiej Kępie oraz ws. reaktywacji spółki „Nowe Dzielnice”. Akta sprawy dotarły już do tarnobrzeskiej prokuratury.

    (zdjęcie ilustracyjne) /Marian Zubrzycki /Agencja FORUM

    (zdjęcie ilustracyjne) /Marian Zubrzycki /Agencja FORUM

    Dotychczas śledztwo w tej sprawie prowadziła Prokuratura Regionalna w Warszawie. Przekazanie śledztwa do PO w Tarnobrzegu zapowiedział Prokurator Krajowy Bogdan Święczkowski.

    Mówił on niedawno, że sprawy, w których chodzi o spółki reaktywowane w celu przejmowania nieruchomości, będą trafiać do „prokuratury, które prowadziła sprawę reaktywacji spółki Giesche, przejmującej nieruchomości na terenie Śląska”.

    Uzasadniał to doświadczeniem tamtejszych prokuratorów i funkcjonariuszy ABW „znających metodologią działania grup przestępczych w tym zakresie”. Akt oskarżenia ws. działań reaktywacji spółki Giesche do sądu skierowała właśnie Prokuratura Okręgowa w Tarnobrzegu.

    Szef Prokuratury Okręgowej w Tarnobrzegu Janusz Woźnik powiedział PAP, że do prowadzenia śledztwa zostanie powołany dwuosobowy zespół prokuratorów.

    Dopytywany o szczegóły odpowiedział, że w pierwszej kolejności muszą oni zapoznać się z dokumentami sprawy. Wyjawił, że materiał jest obszerny – akta sprawy liczą ponad 70 tomów.

    „Pierwsze informacje będą podawane po zapoznaniu się z aktami sprawy i wyznaczeniu dalszych kierunków prowadzonego postępowania” – powiedział Woźnik.

    Śledztwo ws. działek na Saskiej Kępie wszczęto w styczniu br. z zawiadomienia stołecznego radnego Jana Śpiewaka, lidera stowarzyszenia Miasto Jest Nasze. Dotyczy ono próby przejęcia 32 ha nieruchomości na Saskiej Kępie, na której jeden z deweloperów chciał wybudować nową dzielnicę mieszkaniową. Według Śpiewaka administracja prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz miała podejmować kroki w celu przekazania terenu deweloperowi i wówczas – jak podejrzewa stowarzyszenie – mogło dojść do wręczenia korzyści w wysokości 2,5 mln zł.

    Media informowały, że radny o możliwej korupcji dowiedział się z wpisu na blogu.

    Prokurator Krajowy podkreślał, że w ramach tego postępowania prokuratura będzie badać przede wszystkim przejmowanie przez jedną z reaktywowanych spółek nieruchomości na terenie Warszawy. Dodał, że takie działania prowadzone przez reaktywowane firmy i mające przestępczy charakter, miały już miejsce i dotyczą różnych nieruchomości na terenie Polski.

    „Śledztwo dotyczy reaktywacji, a także próby przejęcia gruntów. Fakt ewentualnego wręczenia korzyści majątkowej funkcjonariuszom publicznym jest elementem następczym działania poprzedniego, czyli próby przejęcia gruntu. To są elementy ze sobą ściśle związane” – dodał.

    Podstawą śledztwa są artykuły Kodeksu karnego, dotyczące przyjmowania i udzielania osobom pełniącym funkcje publiczne korzyści znacznej wartości. Do korupcji miało dojść, jak wynika z zawiadomienia, w 2008 r. Grozi za to do 12 lat więzienia.

    Chodzi o teren ogrodów działkowych przy Saskiej Kępie w rejonie ul. Kinowej, al. Stanów Zjednoczonych oraz al. Waszyngtona. Sprawa ma związek z reaktywacją spółki „Nowe Dzielnice” S.A.; jak pisała m.in. „Rzeczpospolita” spółkę założono w latach 20. ubiegłego wieku. Należała w całości do belgijskiej firmy. Przed wojną posiadała ok. 100 ha ziemi na Kamionku i planowała tam budowę osiedla podobnego do Saskiej Kępy; po II wojnie światowej grunty zostały znacjonalizowane dekretem Bieruta.

    Spółkę „Nowe Dzielnice” reaktywowano pod koniec lat 90.; 25 października 1999 r. wystąpiła do Urzędu Dzielnicy Warszawa-Centrum o wszczęcie postępowania w sprawie zwrotu nieruchomości położonej na terenie dzielnicy Warszawa Praga-Południe, a następnie – 8 grudnia 2000 r. – zbyła prawa i roszczenia do działek spółce „Projekt S”. Jak mówił Śpiewak, reaktywowane przedsiębiorstwo domagało się zwrotu nieruchomości, chociaż otrzymało rekompensatę od państwa polskiego jeszcze w PRL, w 1975 roku.

    Media pisały, że w 2003 r. Marek Kolarski, wtedy szef Biura Gospodarowania Nieruchomościami miał wydać decyzję zwrotową i teren o wartości co najmniej miliarda złotych oddać za pół miliona złotych w użytkowanie wieczyste prywatnej firmie. Ówczesny prezydent Lech Kaczyński odmówił podpisania aktu notarialnego; zdymisjonował Kolarskiego i zawiadomił prokuraturę. W 2006 r. prezydenturę w Warszawie objęła Hanna Gronkiewicz-Waltz.

    Sprawa nadal toczyła się przed sądami administracyjnymi, przez kolejnych kilka lat zapadały wyroki korzystne na zmianę raz dla spółki, raz dla miasta. Według MJN w 2009 r. Naczelny Sąd Administracyjny przypieczętował uchylenie decyzji z września 2003 r. ustanawiającej prawo do użytkowania wieczystego terenu, miasto jednak miało podejmować kroki w celu oddania nieruchomości fikcyjnie reaktywowanej spółce, a jednocześnie – mimo apeli strony społecznej i mieszkańców – nie chciało uchwalić planu zagospodarowania terenu, który uniemożliwiłby zabudowanie terenów zielonych.

    Wyrok unieważniający umowę przejęcia roszczeń przez spółkę „Projekt S” zapadł w listopadzie 2016 r. w Sądzie Okręgowym w Warszawie.

    Gronkiewicz-Waltz podawała, że decyzję o zwrocie reaktywowanej spółce nieruchomości, podjęto z upoważnienia ówczesnego prezydenta stolicy Lecha Kaczyńskiego. „Przez ostatnie 10 lat trwało postępowanie sądowe o odzyskanie tych gruntów i jednoczesne niepłacenie odszkodowania. Doszło do tego w XI 2016 r.” – napisała. W oświadczeniu dla prasy napisała, że rozważa „podjęcie koniecznych kroków prawnych mających na celu ochronę swych dóbr prawnych”.

    PAP

    Minister w roli Pana Boga


     

     

    RADZIWIŁŁ O PIGUŁCE „DZIEŃ PO”: POTRZEBNA REFLEKSJA

    POLSKA

    Dzisiaj, 24 lutego (09:20)

    Hormony to leki silnie działające; nikt nie chce zabronić ich stosowania, ale tak jak w przypadku innych silnie działających leków, potrzebna jest refleksja i informacja od lekarza – powiedział w piątek minister zdrowia Konstanty Radziwiłł.

    Minister zdrowia Konstanty Radziwiłł /Tomasz Urbanek /East News

    Minister zdrowia Konstanty Radziwiłł /Tomasz Urbanek /East News

    Minister zdrowia był pytany w TVP Info o kwestię stosowania pigułki antykoncepcyjnej „dzień po”. Temat ten wywołała czwartkowa wypowiedź ministra w Radiu Zet, że nie przepisałby takiej tabletki nawet zgwałconej pacjentce, korzystając w takim przypadku z klauzuli sumienia. W TVP Info został zapytany, czy wypowiedź na temat tabletki „przykryła” reformę sieci szpitali.

    REKLAMA

    „Dyskusja, która dotyczy służby zdrowia jest mało merytoryczna, to fakt. Może dlatego, że ustawy, które przygotowujemy, zwłaszcza te systemowe, to ustawy trudne i rzeczywiście łatwiej dyskutować o rzeczach, które są zupełnie na boku” – ocenił minister zdrowia.

    Przypomniał, że dokument, który ma wprowadzić regulację dotyczącą pigułki „dzień po” to „ustawa przede wszystkim o ratunkowym dostępie do technologii medycznych, czyli ustawa o tym jak umożliwić ludziom z rzadkimi, nietypowymi przebiegami chorób, leczenie, które dotychczas nie było możliwe”. „Tego jakoś ci dyskutanci nie zauważają” – zaznaczył Radziwiłł.

    „To nie jest regularny sposób na antykoncepcję, nawet, jeśli ktoś uważa, że tego typu działania w ogóle są dopuszczalne, bo niektórzy uważają, że nie są dopuszczalne. Z całą pewnością różnego rodzaju sposoby regulacji płodności są dostępne, także różne produkty antykoncepcyjne i gdyby ktoś traktował tabletkę ‚dzień po’ jako sposób na zapobieganie ciąży, który powinien być stosowany przez wszystkie kobiety i w sposób niemalże ciągły, to nie tylko się myli, ale taki sąd byłby niezwykle szkodliwy i niebezpieczny dla zdrowia kobiet” – powiedział Radziwiłł.

    Dodał, że „jest to produkt, który – jeśli w ogóle – powinien być stosowany tylko naprawdę w zupełnie wyjątkowych sytuacjach”.

    Zgodnie z charakterystyką tabletek ellaOne, lek ten przede wszystkim zapobiega owulacji bądź ją opóźnia. Ponadto może on uniemożliwić zagnieżdżenie się embrionu w błonie śluzowej macicy. Tabletki – jak poinformowano w charakterystyce – nie powinny być stosowane przez kobiety podejrzewające, że są w ciąży, choć nawet wtedy przyjęcie ellaOne nie prowadzi do przerwania ciąży.

    14 lutego rząd przyjął projekt, zgodnie z którym hormonalne leki antykoncepcyjne (np. pigułki ellaOne) będą mogły być sprzedawane jedynie na receptę.  Według przepisów przygotowanych przez Ministerstwo Zdrowia hormonalne środki antykoncepcyjne do stosowania wewnętrznego będą mogły być sprzedawane jedynie na receptę. Oznacza to, że na receptę będą także pigułki ellaOne (tzw. antykoncepcji awaryjnej), które osoby powyżej 15. roku życia od 2015 r. mogły kupić bez recepty

    Projekt ma też umożliwić dostęp do niestandardowej terapii w sytuacjach zagrożenia zdrowia i życia; zakłada też wprowadzenie procedury ratunkowego dostępu do technologii lekowych w sytuacji, gdy u ciężko chorego pacjenta wyczerpano już wszystkie możliwe dostępne technologie medyczne finansowane ze środków publicznych, a zastosowanie nowej terapii jest uzasadnione i wynika ze wskazań aktualnej wiedzy medycznej.

    PAP

    Nie udało się Platformie utrącić Ministra Rolnictwa


    INTERIA

     

    ​SEJM ODRZUCIŁ WNIOSEK O UCHYLENIE IMMUNITETU MINISTROWI ROLNICTWA

    POLSKA

    Dzisiaj, 24 lutego (10:41) Aktualizacja: Dzisiaj, 24 lutego (11:19)

    Sejm odrzucił w piątek wniosek o uchylenie immunitetu poselskiego ministrowi rolnictwa Krzysztofowi Jurgielowi. Sprawa dotyczy pozwu, który przeciwko ministrowi złożył były szef stadniny koni w Janowie Podlaskim Marek Trela.

    Krzysztof Jurgiel /Piotr Kamionka /Reporter

    Krzysztof Jurgiel /Piotr Kamionka /Reporter

    Przeciwko uchyleniu immunitetu ministrowi rolnictwa głosowało 241 posłów, za było 172, wstrzymało się od głosu 18. Większość bezwzględna konieczna do uchylenia immunitetu wynosiła 231.

    Marek Trela w grudniu ubiegłego roku złożył pozew przeciwko Krzysztofowi Jurgielowi. Wieloletni prezes stadniny koni w Janowie zarzucił ministrowi rolnictwa naruszenie art. 212 Kodeksu karnego, który mówi: „Kto pomawia inną osobę (…) o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności”. Kara może być surowsza, nawet do roku więzienia, w sytuacji, gdy sprawca dopuszcza się tego za pośrednictwem mediów, a tak – zdaniem Treli – było w tym przypadku.

    Chodzi o wypowiedź Jurgiela z 13 kwietnia 2016 roku na temat powodów odwołania szefów stadnin w Janowie i Michałowie, która padła podczas prac komisji sejmowej. „Za złodziejstwo zwolniłem, nie za niefachowość” – tak Jurgiel mówił wtedy o powodach zwolnienia kierownictwa stadniny koni w Janowie Podlaskim. Dodał, że nie będzie trzymał „facetów, którzy z działalności na majątku państwowym organizują sobie lekkie życie”.

    Na początku lutego sejmowa komisja regulaminowa opowiedziała się przeciwko uchyleniu Jurgielowi immunitetu poselskiego.

    Marek Trela, były szef stadniny w Michałowie Jerzy Białobok oraz główna specjalistka ds. hodowli koni w Agencji Nieruchomości Rolnych Anna Stojanowska zostali odwołani ze stanowisk w lutym ubiegłego roku. Decyzja ta spotkała się z oburzeniem koniarzy w kraju i za granicą, wiele krytycznych głosów padło też ze strony polityków opozycji i mediów. W przypadku prezesa z Janowa szef Agencji Nieruchomości Rolnych skierował zawiadomienie do prokuratury, które dotyczyło niegospodarności w stadninie, jednak dotąd zarzuty te nie zostały potwierdzone. 

    PO: Minister Jurgiel powinien natychmiast zrzec się immunitetu

    Minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel powinien natychmiast zrzec się immunitetu; powinien mieć odwagę, by bronić swoich racji przed sądem – uważają posłowie PO. 

    „Jeżeli minister Jurgiel ma odwagę niszczyć polskie stadniny, ma odwagę oskarżać bezpodstawnie ludzi o to, że są złodziejami, to powinien mieć również odwagę i odrobinę honoru, żeby swoich racji przed sądem bronić, a nie chować się za immunitetem” – powiedziała w piątek na konferencji prasowej w Sejmie posłanka PO Joanna Kluzik-Rostkowska.

    „Ciekawa jestem, czy minister Jurgiel pokusi się o jakąś refleksję, bo oprócz tego, że pomówił szefa stadniny i w tej chwili chowa się za immunitetem, to doprowadził do sytuacji, w której Marek Trela zostawiał tę stadninę, w której kasie było dwa mln zł, a teraz w tej kasie jest minus dwa mln zł” – mówiła Kluzik-Rostkowska.

    Poseł Platformy Michał Szczerba dodał, że „minister Jurgiel nie może chować się dzisiaj za drzewem, którego za chwile nie będzie, bo zostanie wycięte w oparciu o +lex Szyszko+”, a powinien – jak stwierdził – natychmiast z tego immunitetu zrezygnować i „poddać tę sprawę rozpatrzeniu przez niezależny i cały czas niezawisły sąd”.

    PAP

    KRASNODĘBSKI: TUSKA TRUDNO POPIERAĆ ZE WZGLĘDÓW MORALNYCH


     

    KRASNODĘBSKI: TUSKA TRUDNO POPIERAĆ ZE WZGLĘDÓW MORALNYCH

    POLSKA

    Dzisiaj, 24 lutego (09:47)

    „Kwestia przyszłości Donalda Tuska jest zupełnie drugorzędna. Pierwszorzędna jest kwestia instytucjonalna. Osoby są wtórne” – powiedział w Porannej rozmowie RMF FM europoseł PiS Zdzisław Krasnodębski. „Tusk wyraźnie pokazuje, że to stanowisko (szefa Rady Europejskiej – przyp. red.) nie jest potrzebne. Nie ma żadnego większego znaczenia” – dodał.

    Zdzisław Krasnodębski /Kamil Młodawski, RMF FM

    Zdzisław Krasnodębski /Kamil Młodawski, RMF FM

    Robert Mazurek, RMF FM: Porozmawiamy najpierw o wakacjach, ale nie o tych, co się zbliżają, tylko o tych, które były. Jarosław Kaczyński spotkał się z Angelą Merkel. To było tajemnicze spotkanie, pan przy nim majstrował, pan brał udział, pan umawiał.

     

    Zdzisław Krasnodębski: Spotkanie nie było tajemnicze, tylko nie było oficjalne. Wcale nie odbyło się wtedy, kiedy łowił szczupaki, jak donosiła „Gazeta Wyborcza”. „Gazeta Wyborcza” często nie mając informacji wdaje się w fantazje…

    Oczywiście nie łowił szczupaków, bo w morzu nie pływają szczupaki, to oczywiste.

    Ale żadnych ryb nie łowił, bo to było w zupełnie innym miesiącu. To nie było w sierpniu, tylko w lipcu. Przyjechał z Warszawy, a nie z wybrzeża.

    A gdzie było to spotkanie?

    Pod Berlinem.

    W NRD?

    Było tam, gdzie jest okręg wyborczy Angeli Merkel, bo to było spotkanie przywódców dwóch czołowych partii politycznych i konserwatywnych…

    Jak słyszę słowo „przywódców” to powinni mieć takie czapki jak Breżniew z Honeckerem.

    Są partie polityczne demokratyczne i są ich liderzy. Angela Merkel jest przewodniczącą CDU, z okręgu Meklemburg i Pomorza Przedniego, więc spotkała się z prezesem partii rządzącej, dużej, konserwatywnej.

    A gdzie było to spotkanie?

    To jest taki zamek, nazywa się Meseberg pod Berlinem, właśnie w Meklemburgii. Nie, to chyba jest jeszcze Brandenburgia, przepraszam…

    Jak doszło w ogóle do zorganizowania tego spotkania? Czyj to był pomysł?

    To jest rzecz naturalna, że się wybitni i tak doświadczeni politycy – jak Angela Merkel i Jarosław Kaczyński – spotykają. Wie pan, nie znam dokładnie genezy, więc nie będę wchodził w szczegóły.

    Nie, ale pan brał udział w rozmowach wcześniej.

    Rozmowy się zresztą toczą. Ja biorę też udział w rozmowach między tymi dwoma spotkaniami, jak również teraz. Nieustannie rozmawiamy z kolegami niemieckimi, kontaktujemy się…

    Czyli jak rozumiem, wysłannicy Jarosława Kaczyńskiego cały czas rozmawiają z wysłannikami Angeli Merkel?

    Na tym też polega polityka, że ludzie muszą ze sobą rozmawiać, muszą się z sobą komunikować, muszą wymieniać pomysły, prowadzić dialog…

    Ja wiedziałem, że pan jest ważny człowiek, ale nie sądziłem, że pan jest tajnym posłańcem Jarosława Kaczyńskiej do damy rządzącej Niemcami.

    Nie, nie jestem tajnym posłańcem…

    No nie, teraz już jawnym.

    …natomiast jestem europosłem. Jestem w jakimś sensie w tych sprawach niemieckich, uchodzę za człowieka dosyć kompetentnego i w związku z tym prezes czasami mnie o różne rzeczy prosi, a ja mu staram się doradzić w tych kwestiach.

    Panie profesorze, a to nie jest czasem przypadkiem takie drobne wotum nieufności – nie chcę mówić, że policzek – wobec Beaty Szydło? Jednak pani kanclerz Niemiec powinna spotkać się z panią premier.

    Spotykała się już wielokrotnie. Merkel była w Warszawie w czasie NATO…

    Ale do zameczku nie zaprosiła.

    …była wizyta Beaty Szydło w Berlinie. Obie panie myślę, że się bardzo dobrze rozumieją. Podczas tej ostatniej wizyty było najpierw spotkanie z Beatą Szydło, potem było spotkanie z panią premier w Belwederze…

    A co Jarosław Kaczyński ustalił z Angelą Merkel w sprawie Donalda Tuska, w sprawie jego przyszłości?

    Oczywiście ta kwestia jest, jak pan redaktor wie, zupełnie drugorzędna.

    Donald Tusk by się z tym nie zgodził.

    No tak, jest osobiście zainteresowany. Myślę, ze pierwszorzędna jest jednak kwestia instytucjonalna, no wszyscy chodziliśmy na zajęcia z politologii, mieliśmy socjologię. Wiemy jak ważne są instytucje…

    „Na Tusku ciążą zarzuty. Przynajmniej polityczne” RMF

    Tak, i pan proponuje – i to jest ciekawe, bo to ważny głos – zlikwidować instytucje, to znaczy pan pozbyłby się problemu Tuska w ten sposób, że zlikwidowałby pan stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej.

    No tak, ale tu nie chodzi o Donalda Tuska…

    Tak, dlatego, że tego teraz już się nie da zrobić.

    Nie, tu chodzi o reformę Unii. Można się zastanowić, czy jest to stanowisko potrzebne. To się o tyle ta propozycja wiąże z Donaldem Tuskiem, że on dokładnie pokazuję, że bardzo wyraźnie pokazuję, że to stanowisko nie jest potrzebne, panie redaktorze.

    Dlaczego?

    Bo nie ma żadnego większego znaczenia. Przygotowuje szczyty Rady Europejskiej, które można przygotowywać w inny sposób. Tam zresztą 7 tysięcy ludzi bodajże pracuje w urzędzie. W zasadzie te funkcje mogłaby wykonywać prezydencja, zresztą Donald Tusk…

    Prezydencja, czyli kraj, który co jakiś czas na pół roku przewodzi formalnie, tak?

    Tak jest rotacyjnie. Co pół roku, teraz jest Malta, przedtem była Słowacja. To jest zresztą bardziej zgodne z ideą europejską.

    Dobrze, ale to porozmawiamy o tym. Tak naprawdę, tak czy owak szybko nie dojdzie do likwidacji tego stanowiska, jeżeli ktokolwiek je zechce likwidować, a mam wrażenie, że Europa raczej mnoży stanowiska, niż likwiduje…

    I to chcemy zmienić właśnie.

    Dobrze. A to w takim razie jednak spytajmy: co dalej z Donaldem Tuskiem? Czy będzie na kolejną kadencję szefem Rady Europejskiej?

    W tej chwili sprawa jest otwarta. Wiadomo, że z Polski wychodzą sygnały, że nie bylibyśmy skłonni popierać tej kandydatury. Jak wiadomo decyduje jednak większość kwalifikowana, ale jest „gentlemen’s agreement”, że w gruncie rzeczy będzie zgoda ogółu. On ma poparcie niektórych krajów Grupy Wyszehradzkiej, ale też się wahają…

    No dobrze, ale jeżeli nie Tusk, to kto? Macie lepszego kandydata?

    Ja myślę, że do takich stanowisk, panie redaktorze, na pewno kandydat się znajdzie i…

    Pytam, w czym oni są lepsi od Donalda Tuska. Od Polaka w końcu. Jarosław Kaczyński zawsze mówił, że jest zasada, że na ważnych stanowiskach europejskich zawsze popieramy Polaka. Zasada przestała obowiązywać, tak?

    Nie, zasada nie przestała obowiązywać. Niestety, na Donaldzie Tusku po pierwsze ciążą na nim jednak zarzuty, przynajmniej polityczne, i ja się tutaj całkowicie z tym zgadzam i to jest ten powód, dla którego trudno jest go popierać ze względów, również powiedziałbym moralnych.

    Wróćmy na podwórko polskie, zostawmy na moment Europę. W czym pan dostrzega symptomy „dobrej zmiany”, panie profesorze? To jest jakakolwiek „dobra zmiana”?

    Ja myślę, że tak. Oczywiście już nie chcę powtarzać tego wszystkiego, co dziesięć razy powtarzano, że 500+, polityka społeczna, jednak polityka gospodarcza…

    A ja tak sobie myślę – pamięta pan, cały czas opozycja mówi o pakiecie demokratycznym w Sejmie. Ja wiem, że pan nie jest w Sejmie, tylko w Parlamencie Europejskim, ale pakietu demokratycznego nie ma. Mało tego, nawet kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego nie wysłuchuje się w komisjach. Przecież to jest jakiś absurd, że ambasador w Tiranie musi być przesłuchany przez komisję, a znacznie ważniejszy kandydat na sędziego Trybunału – nie.

    Ja rozumiem też te zarzuty czasami, czy krytyka rządów PiS, że się mówi o tym, że nie zrealizowaliśmy postulatu szerszego udziału obywateli, instytucji…

    Ja mówię teraz o opozycji, o pakiecie demokratycznym.

    O opozycji. No niestety – jak pan wie – opozycję mamy totalną. I to jest ten problem z opozycją. 

    Krasnodębski: Opozycja chce zmienić swoją rolę przez ulicę i zagranicę

     

    „Opozycja nie spełnia swojej roli, ponieważ jest opozycją totalną” RMF

    „Opozycja nie spełnia swojej roli, ponieważ jest opozycją totalną – postanowiła zmienić swoją rolę przez ulicę i zagranicę” – mówił w internetowej części Porannej rozmowy w RMF FM prof. Zdzisław Krasnodębski. Poseł PiS do Parlamentu Europejskiego porównywał okres, gdy jego partia nie dzierżyła sterów państwa do obecnego. „To jest trudne zadanie, po trzeba samemu wymyślać poprawki, rząd nam wówczas nie bardzo pomagał. To jest ciężka, żmudna praca niedoceniana często przez wyborców. Ale to jest obowiązek. Psi obowiązek partii opozycyjnej” – mówił. Dodał, że w tamtym czasie „organizowali seminaria, kongresy, budowali swój program”. „Niech to robi opozycja. Ja chętnie opozycji pomogę, udzielę różnych rad” – zadeklarował polityk.

    Robert Mazurek pytał też o to, czy ważnym tematem jest nadanie specjalnych uprawnień Bartłomiejowi Misiewiczowi. „Bardzo często jedynym sprawnym działającym gabinetem jest gabinet polityczny ministra i jego współpracownicy. Więc państwo istnieje tylko teoretycznie, a żeby istniało praktycznie, trzeba na przykład zmienić rzeszę urzędników, czego nie może zmienić, bo jesteśmy związani ustawami” – mówił Krasnodębski. 

    RMF FM

    Pomysł Donalda Trumpa budzi trwogę Putina, który już leży plackiem


     

    WP.PLStrona główna serwisu

     

    Natalia Durman

    oprac.Natalia Durman

    akt. 24.02.2017, 10:59

     

    Pomysł Donalda Trumpa budzi trwogę. Rosja zaczyna bać

    Gospodarz Białego Domu chce, by Stany Zjednoczone posiadały największy na świecie arsenał nuklearny. Wypowiedź Trumpa wzbudziła zaniepokojenie Rosji. Dziennik „Moskiewski Komsomolec” napisał na swojej stronie internetowej, że pomysły prezydenta Stanów Zjednoczonych na „uczynienie Ameryki znowu wielką” budzą trwogę.

    AFP

    Słowa Trumpa padły w wywiadzie dla agencji Reutera. Trump powiedział między innymi, że jeżeli inne kraje dysponują arsenałem nuklearnym i w wielu przypadkach starają się go zwiększyć, Stany Zjednoczone muszą na to reagować i mieć z tego powodu największy tego typu arsenał na świecie. Dodał, że nie chciałby, żeby ktokolwiek dysponował taką bronią, ale przy tym zaznaczył, że w obecnych realiach jest to niemożliwe.
    – Nie będziemy w tyle za żadnym państwem, nawet sojuszniczym; nie będziemy w tyle w kwestii potencjału nuklearnego – mówił amerykański przywódca.
    Umowa z Moskwą niekorzystna?

     

    Media przypominają o zawartym w 2010 roku układzie Start Dwa między Waszyngtonem a Moskwą. Zdaniem prezydenta Trumpa to kolejna niekorzystna dla USA umowa. Na jej podstawie oba kraje zobowiązały się do redukcji rakiet dalekiego zasięgu.
    Donald Trump jednocześnie jest zaniepokojony rozmieszczeniem przez Rosję nowych pocisków manewrujących. Prezydent uważa, że to naruszenie dwustronnych ustaleń z 1987 roku.
    Zapytany, czy planuje poruszyć tę kwestię w rozmowie z prezydentem Rosji Władimirem Putinem, odpowiedział, że zrobi to, „jeśli i kiedy” się z nim spotka. Podkreślił, że dotychczas nie zaplanowano żadnego spotkania.

     

     

    Co na to Rosja?
    Szef senackiej komisji spraw zagranicznych Konstantin Kosaczow ostrzega, że wypowiedzi Trumpa, krytykujące rosyjsko-amerykańskie porozumienie o redukcji broni strategicznej, należą do najbardziej niepokojących zapowiedzi, które do tej pory wygłosił prezydent Stanów Zjednoczonych.
    Kosaczow proponuje, aby konsultacje Moskwy i Waszyngtonu w tej sprawie odbyły się jak najszybciej. Rosyjski polityk nie wyklucza, że będzie to jeden z głównych tematów, przygotowywanego spotkania Donalda Trumpa z Władimirem Putinem.
    W opinii rosyjskiego polityka, „świat wróci do nienajlepszego okresu zimnej wojny lat 1950 – 1960”.
    Tak mówił przed objęciem urzędu

    W grudniu Trump jako prezydent elekt mówił, że USA powinny w bardzo dużym stopniu zwiększyć swój potencjał nuklearny. Jednak w wywiadzie, którego udzielił w połowie stycznia, oznajmił, że arsenały atomowe powinny „być bardzo znacząco” zmniejszone.
    Agencja Reutera zaznacza, że czwartkowa wypowiedź prezydenta jest jego pierwszą na ten temat od czasu objęcia urzędu 20 stycznia br.

    IAR/PAP/WP