Separatyści ogłosili jednostronne zawieszenie broni. Widocznie czarnoziemy nie podeschły stosownie do ataku na Kijów


„Z naszej strony spokój”. Rebelianci ogłaszają jednostronne zawieszenie broni w Donbasie

apa, PAP
14.04.2015 10:33

Rebelianci walczący na wschodzie Ukrainy z siłami rządowymi poinformowali, że zarządzili jednostronne zawieszenie broni w rejonie konfliktu.

Rebelianci walczący na wschodzie Ukrainy z siłami rządowymi poinformowali, że zarządzili jednostronne zawieszenie broni w rejonie konfliktu. (MARKO DJURICA / REUTERS / REUTERS)

Rebelianci walczący na wschodzie Ukrainy z siłami rządowymi poinformowali, że zarządzili jednostronne zawieszenie broni w rejonie konfliktu. To reakcja na apel m.in. Rosji o utrzymanie kruchego rozejmu.
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej

– Z naszej strony panuje spokój – powiedział cytowany przez rosyjską agencję Interfax przedstawiciel rebeliantów Władysław Dejnego. Według agencji dpa jest to reakcja na apel ministrów spraw zagranicznych tzw. czwórki normandzkiej, czyli Rosji, Ukrainy, Francji i Niemiec – Siergieja Ławrowa, Pawła Klimkina, Laurenta Fabiusa, Franka-Waltera Steinmeiera – o utrzymanie obowiązującego od lutego rozejmu. Ławrow dodatkowo potępił naruszanie zawieszenia broni przez obie strony konfliktu.

A jednak wymiana ognia?

Tymczasem agencja AP podaje, że na obrzeżach kontrolowanego przez separatystów Doniecka w poniedziałek wieczorem i we wtorek rano słychać było odgłosy wymiany ognia; walki mają koncentrować się wokół terenu donieckiego lotniska, a także miejscowości Szyrokyne nad Morzem Azowskim. Według rebelianckiej agencji prasowej w nocnych starciach z siłami rządowymi zginął jeden bojownik, a pięciu zostało rannych.

Po zakończonym w nocy z poniedziałku na wtorek ponadczterogodzinnym spotkaniu w Berlinie ministrowie wezwali do natychmiastowego wstrzymania podejmowanych od nowa walk, wzmocnienia misji obserwatorów OBWE i dalszego wycofywania ciężkiej broni. Przyjęte oświadczenie zawiera ponadto postulat szybkiego utworzenia grup roboczych, które mają przygotować polityczne rozwiązanie konfliktu na Ukrainie.

Czytaj: Kto opłacał rebelię w Donbasie?

Zgodnie z zawartymi 12 lutego w Mińsku porozumieniami pokojowymi na wschodzie Ukrainy od 15 lutego miało obowiązywać zawieszenie broni. Następnie z obu stron linii walk w ciągu 14 dni miało być wycofane ciężkie uzbrojenie i wytyczona strefa buforowa o szerokości od 50 do 70 km. Termin ten nie został dotrzymany, jednak później strony konfliktu informowały o wycofaniu ciężkiej broni.

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75477,17750111,_Z_naszej_strony_spokoj___Rebelianci_oglaszaja_jednostronne.html#ixzz3XHEHagUE

Więdną jądrowe możliwości rządu. I nie pomogą wody Wisły kiedy rządowy budżet jest obwisły


NIK: Zużycie prądu będzie rosnąć. Elektrownia jądrowa zagrożona opóźnieniem

NIK: Zużycie prądu będzie rosnąć. Elektrownia jądrowa zagrożona opóźnieniem (fot. sxc.hu)NIK: Zużycie prądu będzie rosnąć. Elektrownia jądrowa zagrożona opóźnieniem (fot. sxc.hu)
W Polsce – w latach 2009–2014 – bieżące dostawy energii elektrycznej zabezpieczone były na poziomie adekwatnym do zapotrzebowania. Moc obecnie funkcjonujących źródeł wytwórczych zainstalowanych w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym wynosi ok. 38 GW, przy maksymalnym zapotrzebowaniu ok. 28 GW.

Według prognoz, maksymalne zapotrzebowanie na moc będzie wzrastać do około 40 GW w 2035 r. i 41-42 GW w kolejnych 15 latach. Wzrastać będzie także zapotrzebowanie na energię elektryczną z ok. 159 TWh w 2015 r. do 230 TWh w 2030 r. W perspektywie do 2050 r., z istniejących obecnie zasobów mocy wytwórczych funkcjonować będą jednostki wytwarzające zaledwie 5 GW mocy (głównie elektrownie wodne). Pozyskiwanie energii elektrycznej po roku 2035 będzie więc możliwe tylko z bloków, które dopiero powstaną.

W latach 2020-2035 powinna nastąpić likwidacja bloków wytwórczych wybudowanych w latach 70-tych XX. Obecnie wytwórcy energii deklarują, że w latach 2014-2028 podejmą się budowy nowych źródeł o mocy 10,5 GW, za ok. 54 mld zł oraz modernizacji istniejących źródeł, która wymaga nakładów na poziomie ok. 12 mld zł.

Elektrownia jądrowa zagrożona opóźnieniem

Długoterminowe prognozy i bilanse mocy zakładają rozpoczęcie od 2025 r. dostarczania energii elektrycznej z elektrowni jądrowej. Założenie to, jest zdaniem NIK obarczone wysokim ryzykiem kolejnego opóźnienia (pierwotnie zakładano, że będzie to rok 2020).

Na bezpieczeństwo energetyczne, w dłuższym horyzoncie czasowym, negatywnie wpływa brak instrumentów systemowych, za pomocą których organy Państwa mogą oddziaływać na zachowania wytwórców energii. W latach 2010-2014 przedsiębiorcy zrezygnowali z budowy 10 nowych jednostek wytwarzających energię, planowanych do przyłączenia do krajowej sieci – z powodu zbyt dużego ryzyka regulacyjnego i cenowego.

Minister gospodarki nie opracował polityki energetycznej Polski

Minister gospodarki, wbrew obowiązkowi wynikającemu z Prawa energetycznego, nie opracował w wymaganym terminie Polityki energetycznej Polski. Minister Gospodarki nie przygotował również Programu działań wykonawczych na lata po 2012 r. stanowiącego część Polityki energetycznej.

Minister Gospodarki, Prezes Urzędu Regulacji Energetyki oraz spółka Polskie Sieci Elektroenergetyczne prawidłowo natomiast monitorowali dostawy energii elektrycznej, analizowali plany wytwórców i oceniali bezpieczeństwo dostaw. Dzięki rzetelnemu monitoringowi i analizie funkcjonowania sieci zdiagnozowano, że istnieje ryzyko występowania okresowych niedoborów rezerw mocy w szczytach zapotrzebowania w latach 2015 – 2018. NIK oceniła jako celowe działania zaradcze podejmowane przez PSE, dotyczące ograniczenia ryzyka wystąpienia okresowych niedoborów mocy w krótkim okresie.

NIK

Nawet jak zakablujesz własną mamusię to nie ma gwarancji, że policja potrafi poprawnie i skutecznie wykorzystać twój donos


Dziewięciolatek doniósł na swoją matkę na policję. Bał się, że wsiądzie pijana za kierownicę

MT
14.04.2015 10:48

Policja

Policja (TOMASZ SZAMBELAN)

Chłopiec widział, jak matka pije w parku alkohol. Poprosił więc przechodniów, żeby zadzwonili na policję. Zanim funkcjonariusze znaleźli kobietę, siedziała już za kółkiem – z prawie trzema promilami we krwi.

Policja w Rybniku odebrała nietypowe zgłoszenie. Kobieta, która zadzwoniła, powiedziała, że zaczepił ją na ulicy 9-letni chłopiec, który powiedział, że boi się jechać ze swoją mamą samochodem, bo ta piła w parku alkohol – pisze portal tvn24.pl. Kiedy policjanci dojechali na miejsce, chłopiec był sam. Powiedział, że jego mama odjechała już samochodem, z dwójką młodszego rodzeństwa. Funkcjonariusze musieli jakiś czas szukać kobiety.

– Policjanci szukali 34-latki w barach, pubach, niestety bez skutku. Dopiero po kilkudziesięciu minutach funkcjonariusze drogówki zatrzymali do kontroli mercedesa, którym kierowała nieodpowiedzialna mieszkanka Rybnika – mówi w rozmowie z TVNrzeczniczka Komendy Miejskiej Policji w Rybniku Aleksandra Nowara.

Badanie wykazało, że kobieta miała prawie 3 promile alkoholu w wydychanym powietrzu. Co więcej, okazało się, że ma zakaz prowadzenia pojazdów obowiązujący do 2016 roku. Odpowie więc nie tylko za jazdę po alkoholu, ale też za złamanie sądowego zakazu. Jak pisze tvn24.pl, o sprawie powiadomiono też sąd rodzinny.

Prokuratura nie wiedziała, że nie ma właściwości do zajmowania się molestowaniem seksualnym


Wtorek, 14 kwietnia 2015

PR-okuratura i Durczokgate

Kamil Durczok ma od wczoraj nowych PR-owców. Jakiś czas temu prasa opisywała, że były dziennikarz TVN oraz jego żona wynajęli profesjonalną agencję PR-ową w celu ratowania jego wizerunku, który legł w gruzach po ujawnieniu przez „Wprost” przypadków mobbingu i molestowania w stacji. Wówczas, jak pamiętamy, działania PR-owców nie przyniosły rezultatów.
Teraz jednak Durczok niespodziewanie zyskał nowych sprzymierzeńców, a właściwie speców od wizerunku w postaci prokuratury i posłusznych jej (a może po prostu bezrefleksyjnych) dziennikarzy.

„Postępowanie sprawdzające dotyczące molestowania seksualnego w spółce TVN zakończone zostało odmową wszczęcia postępowania karnego, mając na uwadze, że nie zostały wypełnione znamiona żadnego czynu zabronionego” – napisała Małgorzata Szeroczyńska, rzeczniczka mokotowskiej prokuratury.

Dla opinii publicznej to sygnał, że Durczok jest niewinny, cała sprawa molestowania wymyślona przez „Wprost”, TVN niepotrzebnie rozstał się z szefem „Faktów”.

Wszystko jak w Radiu Erywań – niby prawda, a jednak kłamstwo. Otóż po pierwsze, prokuratura nie mogła wszcząć postępowania karnego w sprawie molestowania seksualnego, bo przestępstwa o nazwie „molestowanie seksualne” w ogóle w polskim Kodeksie Karnym nie ma. Molestowanie dotyczy prawa pracy, trudno, by zajmował się nim prokurator. Przypomnijmy: według art. 183a § 6. Kodeksu pracy, molestowaniem seksualnym jest każde nieakceptowane zachowanie o charakterze seksualnym lub odnoszące się do płci pracownika, którego celem lub skutkiem jest naruszenie godności lub poniżenie albo upokorzenie pracownika”. Właśnie o takich przypadkach pisaliśmy we „Wprost” w kontekście Kamila Durczoka. Były to niestosowne propozycje, naciski, presja – słowem to wszystko, czego nie powinien się dopuszczać szef w stosunku do swojej podwładnej. Tyle że prokuraturze nic do tego – takimi sprawami sąd pracy zajmuje się z powództwa ofiary.

Kiedy natomiast wkracza prokurator? W myśl obecnego prawa, dopiero wtedy, gdy ktoś kogoś zgwałci albo – wykorzystując stosunek zależności – doprowadzi do obcowania płciowego lub „innej czynności seksualnej”. Na przykład (przepraszam za dosadność) każe jej się masturbować, a sam na to patrzy.

Tyle że nikt nigdy nie zarzucał Durczokowi, że swoje ofiary gwałcił czy w inny sposób zmuszał do czynności seksualnych! Molestowanie seksualne zawarte w kodeksie pracy dotyczy czegoś zupełnie innego.

Wypowiedź prokuratury (podobnie jak wszystkie inspirowane nią publikacje) nie wnoszą więc do opisanej przez „Wprost” sprawy molestowania niczego nowego. Szczerze mówiąc, nie jestem pewien, czy prokuratura w ogóle powinna się sprawą dziennikarza TVN zajmować. Przecież ani w naszych artykułach, ani w innych denuncjacjach na ten temat nie było sugestii, że dopuszczał się on seksualnych napaści na swoje pracownice! Ta nadgorliwość prokuratury niewątpliwie jednak służy Durczokowi – teraz łatwiej mu będzie powtarzać swoje głodne kawałki o tym, jak bardzo jest niewinny i jak skrzywdziły go media.

Zastanawiam się tylko, dlaczego organy ścigania działają jak PR-owska komórka Durczoka. I dlaczego w ten sam sposób się zachowują dziennikarze bezrefleksyjnie cytujący panią rzeczniczkę.

Swoją drogą, tuż po naszych publikacjach politycy zapowiadali wprowadzenie do Kodeksu Karnego przepisów zakazujących molestowania seksualnego. Najwyraźniej o tym zapomnieli, bo jakoś do tego słusznego postulatu nikt już nie wraca.

Dlaczego wbrew polskiemu narodowi uszatą władzę „pogięło” antyrosyjską ksenofobią?


 

Plac Zamkowy w Warszawie

Warszawa: Klincz rusofobii

© Fotolia/ drummond79
POLSKA

16:45 13.04.2015(zaktualizowano 16:39 13.04.2015) Krótki link
Zofia Bąbczyńska-Jelonek
1355868

Relacje polsko-rosyjskie zakleszczyły się w okowach rusofobii i pokrętnej polityki historycznej, wykreowanej przez rządzących i realizowanej na różnych poziomach życia publicznego. Znamię rusofobii, charakterystyczne dla obecnych władz w Polsce, przyjęło monstrualne rozmiary i zainfekowało także stosunki unijno-rosyjskie.

Dyktat przeinaczania

Mord w Katyniu był największą zbrodnią XX w., dowodzi polski prezydent. Obóz w Auschwitz wyzwalali Ukraińcy, uważa szef polskiej dyplomacji. Reżim Putina jest zdolny do używania siły w polityce zagranicznej, straszy dyrektor Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia. Zaufanie świata do systemu politycznego Rosji było bardzo słabe przed morderstwem Niemcowa. A po nim jest jeszcze słabsze, zapewnia b. polski premier, obecnie szef Rady Europejskiej.

Mówiący powyższe opinie mają wspólną cechę: są politykami, z wykształcenia historykami, nastawionymi negatywnie do Rosji i jej prezydenta.

Polacy historię traktują wybiorczo i partykularnie. Naginają lub przeinaczają fakty, odrzucają ze zbiorowej świadomości to, co nie wygodne dla partykularnych interesów politycznych lub kreowanego wizerunku Polski, jako dumnego kraju o szlachetnym narodzie, na którego ze wszech stron czychają wrogowie.Do wiedzy historycznej Polacy mają nonszalancki stosunek. Trudno z takim nastawieniem budować obecnie w Polsce zręby dialogu z Rosją.

By poprawić relacje, rząd polski w porozumieniu rządem rosyjskim, cztery lata temu powołał Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia. W Rosji powstała analogiczna placówka. Bogdan Zdrojewski, ówczesny minister kultury, ogłosił konkurs na stanowisko dyrektora. Konkurs wygrał jego pełnomocnik ds. Centrum.

Dr Sławomir Dębski, historyk i politolog, w pierwszych dniach września 2011 r. odebrał nominację z rąk swego byłego pryncypała. Wcześniej, w latach 2007-10 był dyrektorem Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, m.in. redaktorem naczelnym rosyjskojęzycznego kwartalnika „Jewropa”. Jest też autorem  monografii „Między Berlinem i Moskwą. Stosunki Niemiecko-Sowieckie 1939 – 1941”, której już sam tytuł mówi o jego nastawieniu do Rosji. Używanie rusycyzmu „sowiecki” zamiast „radziecki”, jest w Polsce postrzegane jako wyraz krytyki Rosji i wyrażenie pogardy wobec ZSRR.

Czy to jest odpowiedni człowiek na tym stanowisku? Ośmielam się twierdzić, że nie.

 

Rusofob na straży pojednania i porozumienia z Rosją

Sławomir Dębski chętnie udziela się mediom i w swoich wypowiedziach nie odbiega od ogólnego nurtu krytyki Rosji we wszystkim. I tego, co istniało w rosyjskiej historii, i tego, co Rosja robi obecnie.

W styczniu w wywiadzie dla I Programu Polskiego Radia, pytany o interpretację działań Armii Czerwonej w II wojnie światowej, stwierdził: „Armia Czerwona w Związku Sowieckim rzeczywiście wypychała Niemców, którzy dokonali agresji. Zatem była armią wyzwoleńczą. Donald Tusk we wrześniu 2009 roku, powołując się na węgierskiego publicystę dobrze to ujął: chodzi o to, że wrażliwość narodów Europy Środkowej jest następująca: Armia Czerwona przyniosła oswobodzenie od nazizmu, natomiast nie przyniosła wolności. Bo żołnierze Armii Czerwonej sami wolności nie mieli.”W tym samym wywiadzie dr Dębski mówił, że traktowanie w Donbasie wziętych do niewoli żołnierzy z rządowej armii ukraińskiej, świadczy o tym, że na wschodniej Ukrainie nie ma powstańców (separatystów), lecz są … bandyci. „Ci bandyci zachowują siłę do walki dzięki wsparciu z Rosji – dostają amunicję, uzbrojenie, kiedy trzeba i są w opałach – żołnierzy”, — dowodził.

Ale to nie koniec „rewelacji” dyrektora rządowego centrum, powołanego do dialogu i porozumienia z Rosją. Na zapowiedź uznania przez ukraiński parlament Rosji, jako agresora, dr Dębski stwierdził, że ta decyzja „przybliży uznanie relacji między Rosja a Ukrainą za stan wojny”.

No cóż, marzyć o wojnie między Rosją a Ukrainą każdy może… Ale, czy powinno to być publiczne marzenia szefa Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia?

 

Dębski o Krymie

O tym, że dr Dębski jest głęboko zaangażowany w konflikt ukraiński i jest rzecznikiem rządu kijowskiego, upatrującego wszystkie swoje nieszczęścia w Rosji, świadczy m.in. jego wywiad dla portalu Wirtualna Polska z 17 marca br. w którym zajmuje się Krymem. Z satysfakcją, choć nie zawsze zgodnie z prawdą, wylicza kłopoty, jakie przez Rosję dotykają półwysep i wylicza: rosyjski inwestor, jak się tam zadomowi, to będzie mógł prosperować wyłącznie w Rosji, a jak nawiąże kontakt z inwestorem zachodnim, to grożą mu i jego kooperantom sankcje i zamrożenie kont. Wg Międzynarodowej Agencji Ruchu Lotniczego niebo nad Krymem należy do jurysdykcji ukraińskiej. Do portów na Krymie nie może zawinąć żaden zachodni statek, bo będzie miał kłopoty, itp. „Więc to ma swoje poważne konsekwencje dla rozwoju i przyszłości półwyspu”, — stwierdza dr Dębski.

Szef Centrum ma też pomysły, co zrobić z obecnie rosyjskim Krymem. Na łamach rosyjskich „Wiedomosti” zaproponował Ukrainie zrzeczenia się Krymu na rzecz Rosji, oczywiście nie za darmo. Jak to nie wypali, to wspólne rosyjsko-ukraińskie zarządzanie półwyspem, a potem wspólnie przeprowadzone referendum. Trzecim sposobem na Krym byłoby ustanowienie nad półwyspem przez 20 lat ONZ-owskiej Rady Powierniczej. Dr Dębski uważa, że „innej drogi nie ma”, a każdy z jego wariantów „prowadziłoby do zniesienia sankcji i zakończenia okupacji”.

Putin – opium dla plebsuWielki kłopot sprawia dr. Dębskiemu prezydent Putin i jego popularność w Rosji. Uważa, że badania przeprowadzone przez Ogólnorosyjskie Centrum Opinii Publicznej (WCIOM) są bałamutne i nie oddają prawdy, bo ludzie w Rosji boją się mówić, co na serio myślą, a autorytet władzy Putina „przed kryzysem wokół Ukrainy wyraźnie spadał. Owszem, dzięki tej szowinistycznej euforii, jaką wzbudził operacją na Krymie jego notowania niewątpliwie wzrosły”.
Potwierdzające wysokie notowania Putina w Rosji — badania wykonane przez niezależne Centrum Lewady – dr Dębski kwituje stwierdzeniem: „Jeżeli cały aparat państwa jest zaangażowany do tego, aby tłumić inne opinie, a za ich wyrażanie można zostać zabitym, jak w przypadku Borysa Niemcowa, to w takim społeczeństwie wyniki badania opinii publicznej trzeba wziąć w nawias”.

Relacje coraz gorsze

Budowanie pozytywnych relacji z sąsiadem, wobec którego, z rządowych i prezydenckich pozycji kierowane są nieustannie mniej lub bardziej wydumane pretensje — jest trudno. Opierać je na jednostronnie traktowanej historii – jeszcze trudniej. Postawienie historyka z cechami rusofoba na stanowisku dyrektora rządowej placówki, mającej na celu dialog i porozumienie z Rosją, niweczą ten zamiar w zarodku.

Co ciekawe, przeprowadzone na zlecenia zarówno Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu, jak i analogicznej placówki w Rosji (opublikowane w tym roku), badania opinii publicznej dot. postrzegania transgranicznego sąsiada w obu krajach — potwierdzają te trudności.Łukasz Mazurkiewicz z firmy ARC Rynek i Opinie, która dokonała analizy i sporządziła raport ze zleconych przez Centrum badań, zwraca uwagę, że o ile wyniki poprzednich identycznych badań, z końca 2012 r. dawały obraz „małej stabilizacji” w relacjach polsko-rosyjskich, to badania z grudnia 2014 r. przynoszą zupełnie odmienne rezultaty, „które określić można jako głęboki regres”. Wpłynęły na to wydarzenia na Ukrainie i przekaz o nich, jaki dociera do Polaków.

„Dramatyczne wydarzenia roku 2014 na Ukrainie stworzyły całkowicie nowy kontekst stosunków rosyjsko-polskich. Dwa kraje znalazły się po przeciwnych stronach barykady”, – stwierdza w podobnym tonie Walerij Fiodorow z WCIOM, komentując badania, które WCIOM przeprowadził w Rosji. Jego zdaniem na pierwszy plan we wzajemnych relacjach wysunęły się już wcześniej „licznie występujące przykłady niezadowolenia, krytyki, oskarżeń i konfrontacji, słowem, siły wzajemnego odpychania, podczas gdy siły przyciągania wyraźnie osłabły i nic nie wskazuje, by miało się to zmienić”. Konflikt w sprawie Ukrainy między Rosją i Zachodem, za którego ważną część Polska się uważa, „przyćmił i pozbawił wartości podjęte przez przywódców obu państw w latach 2011–2013 próby zbliżenia”.

Jeszcze dwa lata temu „były podstawy, by patrzeć na przyszłość relacji polsko-rosyjskich jako na proces stopniowego osłabiania stereotypów i zrzucania ciężkiego bagażu historii. Współgrało to z prowadzoną wówczas polityką polskich władz, nastawioną na pragmatyczne kształtowanie relacji z Federacją Rosyjską, mimo częstych różnic stanowisk i interesów obu państw” stwierdza Łukasz Mazurkiewicz.

Niestety, polskie władze zmieniły nastawienie i cały dorobek poszedł na marne…
Nie tylko z powodu ciężkiego kryzysu społecznego na Ukrainie, mediom opisującym propagandowo i jednostronnie te wydarzenia, ale dzięki takim ludziom, jak dr Dębski, który zamiast pracować nad pojednaniem i porozumieniem z Rosją – angażuje się w ukraińskie awantury przeciwko Rosji.

Tymczasem z dnia na dzień obnaża się prawdziwe oblicze Ukrainy, targanej bezsensowną wojną domową, bezlitosną rywalizacją oligarchów o wpływy i widmem bankructwa. Coraz więcej krajów unijnych przeciera oczy ze zdumienia i coraz trudniej w łonie UE zapanować nad jednomyślnością ocen wobec Rosji i roli UE w konflikcie społecznym na Ukrainie.

Dla Sławomira Dębskiego, ten, kto to wszystko dostrzega, jest po prostu „pożytecznym idiotą Kremla, którego należy ignorować”.
Czyżby panie Dębski?
Zofia Bąbczyńska-Jelonek, publicystka polska

Czytaj więcej: http://pl.sputniknews.com/polska/20150413/244503.html#ixzz3XGf7T2V5

Rusofobiczna histeria polsko-uszatych banderofilów


kremlin ru.jpeg

Od ponad dwóch tygodni niektóre media, z „Gazetą Wyborczą” i „Gazetą Polską” na czele rozpętują histerię wokół przewidywanego na koniec kwietnia przejazdu przez Polskę rosyjskiego klubu motocyklowego „Nocne Wilki”. Ich celem jest Berlin i uczczenie 70. rocznicy zwycięstwa nad III Rzeszą.

Sztucznie podsycana kampania ma na celu zablokowanie tego przejazdu. Biorąc pod uwagę ścisłe związki GW i GP ze środowiskami banderowskimi w Polsce i na Ukrainie jest wysoce prawdopodobne, że całą akcję wymyślili Ukraińcy w Polsce, nazywani przez wielu internautów V kolumną. Banderowskie szczucie na Rosję, wciąganie Polaków do tej zabawy oraz ciągłe prowokacje – są widoczne gołym okiem. Zablokowanie „Nocnych Wilków” ma być też odwetem za nie wpuszczenie do Polski rowerowego rajdu szlakiem Stepana Bandery. Banderowskie prowokacje mają czynne wsparcie niektórych mediów, przecież nie na darmo red. Tomasz Sakiewicz z „Gazety Polskiej” otrzymał od Służby Bezpeky Ukrainy order zasługi. Już jednak nawet czytelnicy „Gazety Wyborczej” mają dosyć, o czym świadczą liczne wpisy na jej forum. Poniżej garść z nich:

„W dzień wizyty prezydenta Komorowskiego na Ukrainie tamtejszy parlament uchwalił rezolucję stwierdzającą, że UPA walczyła o wolność Ukrainy. Tak więc rzezie Polaków na Wołyniu i w Galicji Wschodniej nie były niczym innym, jak walką o „wolną Ukrainę”. Rezolucja ta nie wywołała najmniejszego sprzeciwu ze strony polskich władz, a nasz prezydent wygłosił nawet mowę pochwalną w Radzie Najwyższej w Kijowie. Mordy na Polakach, nie mające precedensu w swoim okrucieństwie nie stanowią tematu godnego polskiej polityki historycznej. Wspieranie pogrobowców banderowskich bandytów może się dla Polski skończyć tragicznie”.

„Podniecacie się przejazdem motocyklistów, którzy, czegokolwiek by nie napisać o ich przywódcy – jadą świętować zwycięstwo nad Hitlerem. To Wam się nie podoba. Ale po ostatnich decyzjach parlamentu Ukrainy uznających UPA za bohaterów ojczyzny, wypada się przygotować na to, że niebawem odwiedzi nas więcej motocyklistów. Tylko będą mili tryzuby na flagach i przyjadą oddać cześć mordercom z UPA. Wtedy mam nadzieję również zaprotestujecie. Nie piszę tym razem do ukraińskiej V kolumny z tego forum”.

„A ja bym chciał by sobie spokojnie i bezproblemowo przejechali. Mało tego. Mam nawet taką fantazję, by zachowali pozytywne wrażenia z naszego kraju. Ale czarno to widzę. Nie po to politycy wraz mediami nakręcają spiralę rusofobii, by teraz jakaś zorganizowana grupa motocyklistów z Rosji przejechała sobie przez nasz kraj. Obawiam się, że grupy kiboli, nacjonalistów i nawiedzonych świrów wywołają skandal, których konsekwencje poniosą Polacy, którym zdarzy się być w Rosji , teraz albo w najbliższym czasie. Do części Polaków nie dociera, że władza, jeśli udzieliła komuś wizy ma mu obowiązek zapewnić bezpieczeństwo”.

„Szanowni dziennikarze. W ramach ekspiacji za permanentne podburzanie biednych Polaków do antyrosyjskości może byście wystosowali jakiś zdroworozsądkowy apel o powstrzymanie niezdrowych emocji, zanim sytuacja wymknie się spod kontroli?”

„Już nam minister spraw zagranicznych wyszykuje jakąś zadymę , bo podobno wg jego historycznego wykształcenia i mniemania Berlin zdobywali Ukraińcy i dlatego wpuści do Polski rajd z tryzubami na czapkach i flagach”.

„Rozumiem, że naszych motocyklistów jadących do Smoleńska i Katynia Rosjanie po takich zapowiedziach będą witali chlebem i solą. Najwyraźniej michnikowcy grają na konflikt pomiędzy Polakami i Rosjanami”.

„Spokojnie! Nie podgrzewajcie atmosfery! Nasi motocykliści też jeżdżą na rajdy katyńskie. Chcecie dać ruskim pretekst? Jak mają wizy i nie łamią prawa, to mogą przejechać. Ich poglądy nas nie interesują. Żyjemy w demokratycznym kraju”.

„Ciągle odnoszę wrażenie, że GW wie znacznie więcej na temat poczynań i zamiarów ruskich motocyklistów niż oni sami. Proszę odwiedzić ich stronę internetową www.nwrussia.info. Owszem, jak się doszukać to jest tam wzmianka o planowanej eskapadzie, ale raczej nie wygląda ona jak wypowiedzenie Polsce wojny. Za to reakcja polskich oszołomów, podjudzanych przez GW, wygląda już jak wojna. Zastanawiam się co GW chce z tego mieć?”

„Cenisz dobre dziennikarstwo?” nie czytaj GW. Skoro motocykliści dostaną wizy, to czemu nie mieliby przejechać przez nasz terytorium, nasi jeżdżą do Katynia i jakoś Rosjanie nie szczują nikogo na nasze grupy. Dziennikarzyny, przestańcie szczuć nas na Rosjan, są ważniejsze problemy w Polsce niż przejazd grupy motocyklistów”.

„Rusofobiczne durnie mogą zaszkodzić Rajdowi Katyńskiemu”.

„Jakieś Wilki gówno mnie obchodzą, mogą sobie jechać byleby nie prowokacyjnie bo prowokacji mamy dość od judeobanderowców ostatnio gdy tuż po przemówieniu Komorowskiego w parlamencie kijowskim uchwalili rezolucję sławiącą UPA lokując Gajowemu w pysk”.

„Co lepsze: przejazd „Nocnych wilków” Putina przez Polskę czy panoszenie się krypto faszystów ukraińskich ubranych w pro-europejskie piórka i upamiętnianie przez nich UPA?”

„Ale dlaczego Polska wpuszcza faszystowską bojówkę, której członkowie chełpią się tym, że mordują ludzi w Donbasie?”

Fot. kremlin.ru

Piasecki łamie hr. Komorowskiego na diabelskim kole smoleńskim


Komorowski: Kardynalne błędy prokuratury

27 minut temu

– Chcę zaprosić prokuratora generalnego na rozmowę do mnie, żeby wyjaśnić, skąd się biorą niespójności, jeśli chodzi o politykę informacyjną – mówi w Kontrwywiadzie RMF FM prezydent Bronisław Komorowski pytany o to, czy państwo zdało egzamin ws. katastrofy smoleńskiej. – To, co jest widoczne gołym okiem, to są kardynalne błędy prokuratury w zakresie polityki informacyjnej – sprzeczne i niekonsekwentne sygnały” – dodaje prezydent.

Bronisław Komorowski /Michał Dukaczewski /RMF
Bronisław Komorowski
/Michał Dukaczewski /RMF

Pytany o zamach odpowiada, że „bardzo łatwo jest zachwiać ludzką pewnością tego, że sprawy są wyjaśnione”. – Wtedy, kiedy rozum śpi, budzą się polityczne upiory. Niektóre środowiska polityczne stale starają się zakwestionować werdykt polskiej komisji państwowej – ocenia gość RMF FM. Prezydent dodaje, że po katastrofie smoleńskiej „dokonano pełnego przeglądu, wprowadzenia dyscypliny w każdym obszarze sił powietrznych”. „Szkoda, że nie zostało to wprowadzone przed katastrofą” – mówi prezydent.

Konrad Piasecki: Panie prezydencie, jeśli państwo – jak pan mówi – zdało po 10 kwietnia egzamin, to na jaką go zdało ocenę?


Bronisław Komorowski: – Państwo polskie, a w szczególności konstytucja się w pełni sprawdziły, jeśli chodzi o ustabilizowanie państwa po dramatycznej katastrofie i po utracie liczących się nie tylko osób, ale w ogóle możliwości kierowania liczącymi się instytucjami państwa. Mam w tym swój poważny udział – to się przejawiło m.in. nie tylko w szybkim zastąpieniu – z mocy właśnie konstytucji właśnie – prezydenta, który zginął, ale także szybkim wejściu w proces nowych wyborów. To oznaczało również np. decyzje personalne, kadrowe w stosunku do szefa Banku Centralnego i praktycznie wszystkich najważniejszych dowódców wojskowych.

Ale to nie jest tak, że sama katastrofa i to, gdzie dzisiaj po niej jesteśmy dowodzi tego, że jeśli ta ocena jest jakakolwiek, to jest to ocena niedostateczna?

– Proszę pana, to że doszło do katastrofy to rzeczywiście wymaga głębokiej analizy od strony także umiejętności kierowania państwem, a przynajmniej niektórymi agendami państwa. Mam na myśli odpowiedzialnych za organizację wizyty prezydenta w Rosji oraz odpowiedzialnych za stan 36. pułku lotniczego….

Ale to gdzie dzisiaj jest śledztwo? Gdzie dzisiaj są skrzynki?

– …Ale od tego do twierdzenia, że państwo polskiej jako całość nie potrafiło się zachować w sytuacji kryzysu, jakim były efekty, skutki katastrofy, jest ogromna droga.

A nie ma pan przekonania, że i premier w Smoleńsku i wielu z nas tak naprawdę zachowaliśmy się bardziej jak żałobnicy niż jak twardzi gracze? Tzn. premier, gdy stanął vis-a-vis Putina okazało się, że ma przed sobą cynicznego gracza, a on był tym, który raczej opłakiwał ofiary niż twardo z nim negocjował.

– Ja pamiętam zarzuty do mnie kierowane, że za mało płaczę i że zajmuję się przesadnie samym państwem, podejmowaniem decyzji. Było oczekiwanie, też ze strony dziennikarzy, że będę okazywał emocje. Ja wtedy wychodziłem z założenia, że właśnie jedni mogą sobie łatwiej pozwolić na okazywanie emocji, bo one są zrozumiałe i oczywiste, ale niektórzy muszą stabilizować państwo i na tym się trzeba było koncentrować.

A nie jest tak, że tych, którzy okazywali emocje, Putin cynicznie ograł?

– Ja nie widzę tutaj jakiś sukcesów prezydenta Putina.

Sposób śledztwa, sposób jego prowadzenia. To, że Rosjanie do dzisiaj mają wrak i czarne skrzynki to nie jest nasza klęska?

– My też zakończyliśmy dochodzenie komisji badającej wypadki lotnicze i zostało to już dokończone dawno temu. Zajęliśmy stanowisko jednoznacznie wskazujące także na mankamenty w systemie rosyjskim. To, że Rosjanie wydali swój werdykt też jest oczywistością. Dzisiaj trwa śledztwo prokuratorskie już nie dotyczące badania przyczyn katastrofy, ale odpowiedzialności poszczególnych osób i prokuratura wysunęła oskarżenia również pod adresem urzędników rosyjskich, którzy byli odpowiedzialni za system nadzoru lotu i kierowania lotniskiem.

Ale wśród Polaków panuje jednak potężna niepewność. W zamach co prawda wierzy ok. 20 proc. ludzi, ale na pytanie co się stało – nie wiemy.

– Ja uważam, że wiemy.

Sondaże mówią co innego.

– Bardzo łatwo jest zachwiać ludzką pewnością tego, że sprawy są wyjaśnione. Ale jeszcze raz przypomnę – komisja państwowa zakończyła prace bardzo dawno temu, nad rozstrzygnięciem kwestii, jak doszło do wypadku, dlaczego doszło do wypadku. Dzisiaj trwa już tylko śledztwo prokuratorskie, które ma odpowiedzieć na pytanie, kto jest za to odpowiedzialny, kto jest winien. Chodzi o to, żeby wyeliminować tego rodzaju ryzyka na przyszłość. ale jeszcze raz powiem: bardzo łatwo jest zachwiać pewnością Polaków, że sprawy są wyjaśnione, bo zawsze pozostanie jakaś doza niepewności, bo i przecież nie wszystkie szczegóły tzw., komisja Millera mogła w sposób jednoznaczny zdefiniować, bo tu przecież nie ma świadków tego wszystkiego. Są pośrednie dowody i pośrednie wskazówki. W moim przekonaniu jednak jest po prostu podatna część ludzi na zjawisko ograniczenia zdolności do racjonalnego myślenia w sytuacji kryzysu głębokiego. Powiedziałem to już raz. Powiem tak: naprawdę wtedy, kiedy rozum śpi, a łatwo jest uśpić rozum w takich sytuacjach pełnych emocji, budzą się polityczne upiory. To niektóre środowiska polityczne stale starają się zakwestionować werdykt polskiej komisji państwowej badającej wypadki, a za chwilę będą także chwiały werdyktem prokuratury. Niestety, prokuratura sama trochę w tym pomaga, bo to, co jest widoczne gołym okiem, to są absolutnie kardynalne błędy prokuratury w zakresie polityki informacyjnej – sprzeczne sygnały, niekonsekwentne. To jest rzeczywiście problem, dlatego m.in. chcę zaprosić prokuratora generalnego na rozmowę do mnie. Prokuratura jest w pełni niezależna, więc może być to tylko zaproszenie na rozmowę.

Ale chce pan przyspieszyć to śledztwo? Wymóc na nim przyspieszenie?

– Nie – żeby wyjaśnić, skąd się biorą te niespójności, jeśli chodzi przynajmniej o politykę informacyjną prokuratury. Ona ma ogromne znaczenie dla budowania braku pewności Polaków, że sprawy są ostatecznie wyjaśnione, nazwane, zdefiniowane.

A jeśli chodzi o wyciąganie konsekwencji personalnych – pańskim zdaniem poszło to tak, jak iść powinno?

– Mogę powiedzieć, że po objęciu odpowiedzialności za państwo, jedną z moich pierwszych decyzji było powołanie nowego dowódcy sił powietrznych, pana gen. Majewskiego. On w tym obszarze, w sposób bardzo twardy, ale bardzo fachowy wprowadził absolutny porządek. To dotyczy nie tylko zresztą 36. pułku. Proszę zauważyć, że od tego czasu, odpukajmy w niemalowane drewno, nie wydarzył się żaden wypadek w wojsku…

… tak, ale ja bardziej pytam o ten awans szefa Biura Ochrony Rządu…

– … a to dla mnie decydująca sprawa – czy są decyzje personalne, które gwarantują naprawę sił lotniczych.

Może dlatego, że zlikwidowano 36. pułk i dzisiaj to czarterowane samoloty wożą VIP-ów.

– Nie tylko. Dokonano pełnego przeglądu procedur. Wprowadzono bardzo zdecydowaną dyscyplinę w każdym obszarze sił powietrznych. To można było zrobić, szkoda, że nie zostało to wprowadzone przed katastrofą.

Ale pytam o te awanse personalne – szef BOR-u na generała, szef kancelarii premiera w Madrycie, ówczesny szef MON-u zostaje senatorem. Tak powinno to wyglądać?

– Nie rozumiem, o co pan pyta.

Czy nie jest tak, że po takiej katastrofie te wszystkie osoby powinny przynajmniej zadeklarować, że podają się do dymisji i odchodzą ze swoich stanowisk?

– Jeżeli pan chce powiedzieć, że odejście z funkcji ministerialnej na ambasadorską, to jest awans – to ja się z panem nie zgadzam.

Ale odejście po trzech latach po katastrofie, odejście po półtora roku w przypadku szefa MON-u.

– Ale pan przedstawił przed chwilą zarzut, że ktoś został ambasadorem – więc jeszcze raz powtarzam – to nie jest awans i proszę tak tego nie przedstawiać.

To była kara.

– Proszę tak tego nie przedstawiać. Jeśli chodzi o szefa BOR-u, to powinno być raczej pytanie do ministra spraw wewnętrznych, który wtedy o to wnioskował. Znowu – według mnie – musi być stosowana twarda zasada sprawiedliwej oceny osób. Nie może być tak, że za wszystkie mankamenty procedur kształtowanych przez lata odpowiada jedna osoba. A tam – w wojsku i w BOR-ze – zjawiska negatywne narastały przez całe lata i trudno oskarżać jedną, konkretną osobę.

To żeby skończyć wątek smoleński – część rodzin, także tych, które zgodziły się, czy apelowały do pana o pomnik w okolicach Krakowskiego Przedmieścia, zaczyna się z tego wycofywać. Mówią, że jednak wolałyby pomnik światła przed Pałacem Prezydenckim. Pan jest w stanie z nimi negocjować?

– Nie, nie, bo ja działam przecież na wniosek rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej.

Ale one dzisiaj mają poczucie, że to wszystko spadło na nie.

– … nie, spadło na miasto. Na miasto stołeczne Warszawa.

Miasto wyznaczyło takie miejsce, które mało komu się podoba.

– Nie podejmuję się negocjowania czegoś, co jest nie do wynegocjowania. Niestety, tak głęboko nastąpiły podziały tak głębokie, że o pełnej zgodności rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej mowy być nie może przez długie lata. Więc ja reaguję na prośbę tych, którzy się do mnie zwrócili. A zwrócili się ci, którzy uznają, że ważne jest to, żeby złapać w porę szansę w ogóle na powstanie pomnika adresowanego do pamięci wszystkich ofiar katastrofy.

Zgoda na podwyżki podatków, zgoda na podniesienie wieku emerytalnego, zgoda na przejęcie środków OFE. Czy pan żałuje któregoś z tych swoich kroków i podpisów pod ustawami?

– Proszę mnie rozliczać z tego, co jest moją inicjatywą, a nie to, co jest przedmiotem działania rządu.

Ale to, co jest pańskim podpisem to jest pańska odpowiedzialność, panie prezydencie.

– Nie, nie. Prezydent nie jest od tego, żeby sypać piasek w tryby machiny rządowej. Prezydent nie jest od tego, żeby wsadzać kij w szprychy. Tak było! Za poprzednich prezydentów tak bywało! Otóż rolą prezydenta jest wpływać na to, aby rozwiązania proponowane przez rząd były lepsze. Albo uzdalniały różne inne wrażliwości. I tak działałem i tak działam.

A czy nie jest tak, że już dzisiaj ma pan poczucie, że ta ustawa emerytalna jednak nie jest takim sukcesem?

– I tak działałem konsekwentnie w zgodzie z tym, o czym mówiłem, że należy dążyć do tego, żeby ludzie mieli maksymalny wybór w kwestiach emerytur, dlatego jest w ustawie wprowadzony na wniosek kancelarii prezydenta, rozwiązanie tak zwanej emerytury częściowej. To jest wybór. Teraz trwają prace nad trzecim filarem, który jest adresowany do ludzi mniej zamożnych również. To też będzie wybór. I trzecie: to jest trwają prace, i one będą zakończone, nad uelastycznieniem systemu tak, aby mógł decydować nie tylko wiek emerytalny…

W momencie przechodzenia na emeryturę…

– … ale również staż pracy, bo chodzi o bardziej sprawiedliwe rozwiązanie.

Ale tego można było wymagać od rządu na etapie prac sejmowych nad ta ustawą.

– To jest inna ustawa jeśli chodzi o trzeci filar. To nie jest ta sama ustawa. To jest konsekwentne działanie, bo z drugiej strony zostawienie systemu emerytalnego niezreformowanego byłoby przecież gwarancją, że emerytury by spadały, jeśli chodzi o ich realną wartość. Więc jeśli ktoś proponuje dzisiaj, aby nic nie zrobić z emeryturami, albo żeby wrócić do poprzedniego systemu, po prostu nie wie, o czym mówi, albo się naigrywa z tak zwanego prostego człowieka. Bo przecież powrót do poprzedniego systemu jest niemożliwy ze względu na wyrok Trybunału Konstytucyjnego.

Czyli nie ma takiego zapisu, przepisu ustawy, która, gdyby jeszcze raz znalazła się na pańskim biurku, to nie zyskałaby podpisu albo by pan próbował na rządzie wymóc jej zmianę?

– Ja tylko doprowadziłem do liczących się zmian, ale reforma systemu emerytalnego była konieczna, bo była podyktowana troską o emerytów, aby ich emerytury nie uległy zmniejszeniu. I ktoś, kto dzisiaj o tym zapomina, to po prostu kłamie.

Pański kontrkandydat kłamie w tej sprawie?

– W moim przekonaniu jego sztab uprawia kłamliwą politykę, kłamliwą kampanię negatywną oskarżając bezpodstawnie, oskarżając zamykaniem oczu na to, co rzeczywiście zrobiłem w tej sprawie.

To niech pan stanie oko w oko z Andrzejem Dudą podczas debaty i mu to wszystko powie.

– Być może taka możliwość będzie przed druga turą wyborów.

A może przed pierwszą niech pan to zrobi? Może wyborcom się taka debata dwóch najpoważniejszych kandydatów – bo widać po sondażach, jaki to będzie pojedynek, że to będzie pojedynek w gruncie rzeczy Komorowski-Duda, w którym mało kto będzie się liczył, może warto, żeby wyborcy to usłyszeli już przed pierwszą turą?

– Nie sądzę, żeby cokolwiek zmieniło się w stosunku do wcześniejszych wyborów, kiedy inni prezydenci dyskutujący zawsze ze swoim głównym kontrkandydatem przed drugą turą. Ona nie jest zła, jest podyktowana między innymi tym, żeby debata była czytelna, bo musi być wiadomo, kto jest głównym kontrkandydatem.

Ale dzisiaj pan z sondaży tego nie widzi?

– Nie tylko z sondaży. Tylko z faktu, że jest ten jeden jedyny.

Czyli przed pierwszą turą debaty nie będzie? I pan w niej udziału nie weźmie?

– Pewnie będzie, tylko chodzi o formę tej debaty. Ja z panem też rozmawiam w tej chwili na tematy wyborcze i za pana pośrednictwem kontaktuję się z opinią publiczną. W tego rodzaju programach będę bardzo często występował, ale debata, która by miała polegać, że dziesięciu kontrkandydatów strzela do bramki prezydenta przez godzinę – mając zresztą do czasu pewnie pięć minut każdy – według niej nie stwarza szansy na żadną pogłębioną wymianę myśli, poglądów, na ujawnienie swoich zamiarów, swoich programów. To jest też kwestia szacunku do wyborcy, aby mówić o sprawach istotnych w sposób bardziej pogłębiony, a nie taki naskórkowy i czysto wyborczy.

Gdyby pan wygrał panie prezydencie, w pierwszej czy w drugiej turze, zmieni pan coś mniej czy bardziej radykalnie w swojej prezydenturze?

– Mówiłem o tym, będę zresztą jutro mówił, bo jutro będzie prezentacja materiału dotyczącego pięciu lat mijających mojej prezydentury, ale będzie też mowa o tym, co ma być w następnych w ramach planu pracy.

Ma pan już jakiś nowy obraz?

– Ależ oczywiście, to ma być między innymi rozwinięcie programu o dodatkowy, bardzo istotny element strategii państwa, jakim jest dobry start dla młodych ludzi. To jest zadanie tak ważne, jak w poprzedniej kadencji było zadanie ‚dobry klimat dla rodziny’.

Ale rozumiem nadal Belweder, nadal to samo otoczenie i nadal ten sam polityczny styl?

– Nie sądzę, aby Belweder mieścił się w kategorii pojęć „strategia państwa polskiego”. A prezydent ma się zajmować strategią państwa.

Nie, nie. W kategoriach prezydentura i to w jaki sposób jest wykonywane.

– No więc na tym polega pewna delikatna różnica – ja chcę mówić o strategii państwa, a niektórzy chcą mówić o, tak powiem, didaskaliach.

A jest coś, co w ramach tej strategii przez następnych pięć lat chciałby pan osiągnąć? Taki cel na 2020 rok?

– Tak, tak, oczywiście. Oprócz tych celów, które są w trakcie realizacji, jak dobry klimat dla rodziny, rozwiązania prorodzinne pozwalające na przełamanie kryzysu demograficznego, jak uzyskanie, podtrzymanie konkurencyjności polskiej gospodarki, to także będą działanie na rzecz dobrego startu młodego pokolenia w życie dorosłe – w każdym wymiarze, osobistym, rodzicielskim, także zawodowym czy biznesowym.

RMF

 

Kaliska mniejszość elitarna w „chołdzie i bulu wykówa rzydowską torzsamość ószatą”


Onet
12 kwi, 09:29

„W chołdzie ofiarom katastrofy”. Kompromitujący błąd na tablicy w ostrowskim kościele

Kom­pro­mi­tu­ją­cy błąd na ta­bli­cy upa­mięt­nia­ją­cej ofia­ry ka­ta­stro­fy smo­leń­skiej w pa­ra­fii św. An­to­nie­go w Ostro­wie Wiel­ko­pol­skim. Ta­bli­ca za­wi­sła w ko­ście­le w pią­tek. Kiedy za­uwa­żo­no, że za­miast „hołdu” wy­ku­to „chołd” – nad­pro­gra­mo­wą li­te­rę za­kle­jo­no czar­ną taśmą.

OSTRÓW WLKP. ROCZNICA KATASTROFY TABLICA PAMIĄTKOWA (tablica z błędem ortograficznym)3 slajdy

Foto: Tomasz Wojtasik / PAP
  • OSTRÓW WLKP. ROCZNICA KATASTROFY TABLICA PAMIĄTKOWA (tablica z błędem ortograficznym)
  • OSTRÓW WLKP. ROCZNICA KATASTROFY TABLICA PAMIĄTKOWA (tablica z błędem ortograficznym)
  • OSTRÓW WLKP. ROCZNICA KATASTROFY TABLICA PAMIĄTKOWA (tablica z błędem ortograficznym)

To nie pierw­szy taki przy­pa­dek – w ze­szłym roku, rów­nież w Wiel­ko­pol­sce, błędy po­peł­nio­no na ta­bli­cy w Ka­li­szu, po­świę­co­nej ży­dow­skiej mniej­szo­ści w mie­ście – tam błędy zo­sta­ły już po­pra­wio­ne.

(MP)

Urwipołeć Arłukowicz powinien zdrowo beknąć za umożliwianie wywozu leków z Polski


Leków brakuje, a resort pozwala lepiej zarabiać tym, którzy wywożą je z kraju. „Trzeba być frajerem, żeby tu sprzedawać”

Michał Janczura
14.04.2015 06:52
W aptekach brakuje niektórych leków

W aptekach brakuje niektórych leków (Przemysław Skrzydło / AG)

Ministerstwo Zdrowia zezwala hurtowniom farmaceutycznym nie stosować jednego z przepisów ustawy refundacyjnej – wynika z dokumentów, do których dotarło TOK FM. Dzięki temu wywóz leków z Polski jest dla hurtowni o wiele bardziej opłacalny niż dostarczanie ich do polskich aptek. Zdaniem wielu ekspertów interpretacja MZ jest sprzeczna z przepisami. A efekt? W polskich aptekach po prostu brakuje niektórych leków.
Przedstawiamy dziś pierwszą część ustaleń dziennikarskiego śledztwa dotyczącego sprzedaży leków w Polsce i ich wywozu za granicę. Kolejne ustalenia już niebawem w TOK FM i na tokfm.pl.

– Trzeba być frajerem, żeby sprzedawać nowoczesne leki w kraju – mówi nam jeden z hurtowników. Nasz rozmówca pokazuje wyliczenie: na sprzedaży opakowania popularnej insuliny w aptece w kraju można zarobić kilka złotych. Wywożąc ten sam lek kilka kilometrów za granicę i sprzedając tam – nawet kilkaset.

Rachunek wydaje się prosty, a efekty, niestety, są już dobrze znane: od lat w aptekach są problemy z dostaniem kilkudziesięciu nowoczesnych leków, a farmaceuci jednym tchem wymieniają substancje, które są momentami po prostu nie do dostania: insulina, leki stosowane w onkologii, leki przeciwzakrzepowe. Taką samą listę dostajemy w niemal każdej aptece.

Przepis a interpretacja

Leki w Polsce są w wielu przypadkach zdecydowanie tańsze niż na Zachodzie, stąd ich wywóz stał się dla wielu podmiotów złotym biznesem, wartym miliony złotych. I teneksport jest jak najbardziej w Polsce legalny. Więc w czym problem? W eksporcie leków znajdujących się na liście refundacyjnej. A wszystko rozbija się o przepisy i ich interpretację. Z jednej strony Ministerstwo od lat publicznie zapowiadało zmiany w ustawie farmaceutycznej, które mają ukrócić wywóz najbardziej potrzebnych leków, ale z drugiej strony, „po cichu”, tak interpretuje niektóre przepisy, że hurtownicy dostarczający leki do polskich aptek są w znacznie gorszej sytuacji niż ci wywożący je z kraju.

Dlaczego „po cichu”? Kontrowersyjnych interpretacji ministerstwo nigdy nie opublikowało. Znane były jedynie tym hurtowniom, które zwróciły się z zapytaniem do resortu.

Przyjrzyjmy się więc przepisom

Ustawa refundacyjna nie pozostawia wątpliwości – hurtownie na każdym sprzedanym opakowaniu leku mogą zarobić 5 procent, bo marża na te leki jest sztywna. Ani grosza mniej, ani więcej. Z drugiej strony ustawa farmaceutyczna, która dotyczy wszystkich leków, jasno wskazuje, że ich wywóz za granicę to obrót hurtowy. Nie widać więc prawnego powodu, dla którego eksporterzy mają być traktowani inaczej niż ci, którzy dostarczają leki na polski rynek.

I tu tkwi sedno problemu – gdyż zastępcy dyrektora departamentu lekowego w Ministerstwie Zdrowia – Grzegorz Bartolik i Wojciech Giermaziak – na początku 2012 roku – w odpowiedzi na pytania hurtowni farmaceutycznych – wysyłali do nich interpretację przepisów, która sprawia, że te mogą zarabiać kokosy na eksporcie.Dotarliśmy do tych pism. Jasno z nich wynika, że według dyrektorów z MZ hurtownie przy eksporcie nie muszą stosować sztywnej marży, która obowiązuje, gdy sprzedają lek do polskich aptek. Pod taką interpretacją podpisał się też dyrektor departamentu lekowego Artur Fałek, który wysłał ją do Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego.

– Nie rozumiem tej interpretacji przepisów – komentuje mecenas Paulina Kieszkowska-Knapik. – Prawo jasno to wszystko reguluje. Nieważne, czy przepisy o sztywnych marżach są sensowne. Jeżeli są w ustawie, to powinno się je stosować do wszystkich – dodaje. Przedstawiciele stowarzyszenia eksporterów równoległych, które zrzesza kilka hurtowni wywożących leki z Polski, podkreślają, że to, co robią, jest zgodne z prawem i jest czymś normalnym w Europie. Bronią oczywiście interpretacji ministerstwa i przyznają, że gdyby zrównać marże na leki wywożone z tymi krajowymi, to przestałoby się to opłacać.

Zdanie dyrektora ważniejsze niż ustawa?

O analizę przepisów poprosiliśmy kilku prawników. Wszyscy są zgodni co do jednego: nigdzie w przepisach nie ma słowa o tym, by 5-procentowe marże nie dotyczyły leków refundowanych, wywożonych z kraju.

Zaznaczmy, że za naruszenie 5-procentowych marż grożą ogromne kary, ale musiałoby je nakładać Ministerstwo Zdrowia. Trudno sobie jednak wyobrazić, by resort karał za coś, na co „po cichu” zezwalał przedsiębiorcom. Pytaliśmy w ministerstwie, ile kar nałożyło. Ani jednej – czytamy w odpowiedzi.

Resort idzie w zaparte i broni swoich interpretacji, ale od wysokiego rangą urzędnika w ministerstwie słyszymy, że „mleko się rozlało” już kilka lat temu i teraz trzeba sobie z tym radzić. Każdy sobie z tego zdaje sprawę, bo zmiana interpretacji wymagałaby ściągania wielomilionowych kar z hurtowników, a w konsekwencji doprowadziłaby do ich bankructwa.

Dokładna instrukcja z ministerstwa

W pismach, do których dotarliśmy, urzędnicy ministerstwa instruują hurtowników, co zrobić, by uniknąć ewentualnych problemów przy wywożeniu leków i późniejszym rozliczaniu. Np. napisać na fakturze, że określona ilość leków jest przeznaczona na wywóz. Problem w tym, że przepisy tej kwestii też nigdzie nie regulują. – Jak ja sobie napiszę na fakturze, że chcę płacić mniejszy podatek, to będzie to miało jakieś znaczenie? Przecież takie dopiski na fakturze nie mogą mieć mocy prawnej – mówi Paulina Kieszkowska-Knapik. Warto dodać, że wicedyrektor departamentu z MZ instruował hurtowników, by z takich samych adnotacji korzystali, sprzedając leki również pomiędzy hurtowniami na terenie Polski.

Ale to nie wszystko – z tej interpretacji zaczęli korzystać także aptekarze. Dotarliśmy do faktury sprzedaży leku z hurtowni do apteki z dopiskiem „leki przeznaczone na wywóz” – to znaczy, że hurtownia mogła narzucić znacznie wyższą marżę na sprzedaż leków takiej aptece. Czyli więcej zarobić. Sprawa wyszła na jaw tylko dlatego, że apteka brała udział także w nielegalnym obrocie lekami i już jest zamknięta. Kto, gdzie i jak używa sformułowania „leki przeznaczone na wywóz” – tego nie wiadomo.

Cicha zgoda i złoty biznes

Osoba, która współpracowała z ministerstwem przy tworzeniu ustawy refundacyjnej, twierdzi, że najgorsze w tej sytuacji jest rządzenie poprzez wydawanie opinii, interpretacji i komunikatów. – Zdanie urzędnika może zmienić zupełnie sens ustawy. Tylko z tą ustawą refundacyjną działo się tak wiele razy od momentu, gdy tylko ją uchwalono – mówi nasz informator. Dodaje, że w wielu przypadkach interpretacje są wręcz sprzeczne z ustawą.

Prawnicy od lat zwracają uwagę, że takie metody są niedopuszczalne, a mecenas Łukasz Sławatyniec przypomina, że ministerstwo ma zawsze możliwość zmiany przepisów, tak by nowelizacja ustawy zawierała już rozstrzygnięcia tego, co wywołuje problemy w interpretacji. Niestety, mimo wielu nowelizacji ustawy refundacyjnej i ustawy farmaceutycznej o eksporcie leków refundowanych nie napisano ani słowa. To oznacza, że od trzech lat jedyną podstawą prawną tego eksportu są opinie z ministerstwa.

Jak to działa i dlaczego się opłaca? Załóżmy, że lek został wpisany na listę leków refundowanych i ministerstwo wynegocjowało z firmą cenę 100 złotych. Z taką ceną opakowanie dostaje się do obrotu. Hurtownik – jeżeli chce sprzedać ten lek do polskiej apteki – musi naliczyć sobie 5-procentową marżę. Nie może być ona ani mniejsza, ani większa. Za złamanie tego przepisu musiałby zapłacić wartość faktury i sporą część swojego rocznego dochodu. Jeżeli jednak ta sama hurtownia, ten sam lek zakupiony u tego samego producenta zechce wywieźć z kraju, to może nałożyć dowolną marżę i zarobić wielokrotnie więcej.

Efekt? Hurtownie nakładają marże nawet kilkadziesiąt razy wyższe od tych, które obowiązują w obrocie na terenie Polski, a i tak bez problemu znajdują nabywców np. w Niemczech czy krajach skandynawskich. Dotarliśmy do zamówienia jednej z zagranicznych hurtowni, która jasno pokazuje, które leki są pożądane na Zachodzie i jaka jest skala zamówień.

Co na to ministerstwo?

W żadnym z pism, do których dotarliśmy, nie ma wzmianki o podstawie prawnej, na której decyzja dyrektorów by się opierała, a tam, gdzie rzekomo jest – resort podaje tylko ustawę refundacyjną. Pytanie w tej sprawie zadała szefowa łódzkiej izby aptekarskiej. We wniosku złożonym w ministerstwie wprost zapytała o podstawę prawną, ale w wiadomości zwrotnej, którą otrzymała, ministerstwo ogólnikowo odpowiedziało, że taką podstawą jest ustawa.

Zapytaliśmy też o sprawę wiceministra Igora Radziewicza-Winnickiego. Ten problemu nie widzi, bo – jego zdaniem – jest wyraźna różnica między lekami na liście refundacyjnej a lekami faktycznie zrefundowanymi. Czyli: jeżeli państwo do jakiegoś leku nie dopłaciło, to ustawa refundacyjna nie powinna mieć do niego zastosowania. Ale gdyby zgodzić się z Radziewiczem-Winnickim, to oznaczałoby, że w hurtowniach i aptekach w Polsce też nie trzeba bezwzględnie stosować sztywnych marż. Ale to nie wszystko – pojawia się kolejny absurd, ponieważ… dotarliśmy do opinii wydanej przez urzędników ministerstwa, którzy twierdzą, że sztywne marże muszą być stosowane w Polsce – bez względu na to, czy państwo do leku dopłaca czy nie. Czyli że wiceminister racji nie ma.

Kolejny argument ministerstwa dotyczy prawa Unii Europejskiej. – Nie możemy stawiać podmiotów funkcjonujących po dwóch różnych stronach granicy na różnych warunkach – mówi Igor Radziewicz-Winnicki. Tyle że obecnie przez chaos interpretacyjny właśnie mamy do czynienia z sytuacją, że przedsiębiorcy mają różne warunki. Ten sprzedający na polski rynek może zarobić 5 procent (a jeżeli złamie przepis, grożą mu olbrzymie kary), a ten eksportujący nawet dwieście czy trzysta procent. – Unia Europejska zabrania dyskryminować, ale nie mówi, że mamy kogoś faworyzować – punktuje Paulina Kieszkowska-Knapik i dodaje, że tak się dziś właśnie dzieje.

Nikt nie wie, ile to jest warte

Już w 2013 roku pisaliśmy o tym, jaka jest skala wywozu leków z Polski. Od tamtej chwili nikt nie sprawdzał, jak wygląda sytuacja. Nikt nie dysponuje też rzetelnymi informacjami na temat skali legalnego i nielegalnego wywozu leków. Wiadomo jednak, że jest to biznes wyjątkowo opłacalny. Mówi się, że rocznie wyjeżdżają leki warte miliardy złotych.

Sprawą udało nam się zainteresować parlamentarzystów z komisji zdrowia z różnych opcji politycznych. Wszyscy jednym głosem przyznają, że o istnieniu takich interpretacji nie słyszeli. Twierdzą, że muszą sprawę przeanalizować, by móc się nią zająć.

Wasza Wysokość, niech wyzwie pan tę angielską gnidę na pistolety


Farage nie będzie się pojedynkował z polskim księciem. „Nie mam szabli”

WB, PAP
14.04.2015 07:51
Książę Żyliński wyzywa na pojedynek brytyjskiego polityka

Książę Żyliński wyzywa na pojedynek brytyjskiego polityka (Fot. za YouTube)

Książę Jan Żyliński wyzwał na pojedynek brytyjskiego polityka, lidera Partii Nacjonalistów Brytyjskich. Nigel Farage słynie z antypolskich wypowiedzi. – Nie mam szabli i nie chcę wprowadzać przemocy do kampanii wyborczej – powiedział Farage, gdy dotarła do niego informacja o wyzwaniu.

Chcesz zadać swoje pytanie kandydatom na prezydenta? Jeśli tak, dołącz do akcji Gazeta.pl i MamPrawoWiedziec.pl. To Twój Głos. Pytaj.

Polityk uważa, ze człowiek z rodziny o tak długim rodowodzie jak Żyliński musi zgodzić się z tym, że emigracja młodych Polaków do Wielkiej Brytanii to „tragedia dla Polski”.

Farage odrzucił wyzwanie, ponieważ „nie chce wprowadzać przemocy do kampanii wyborczej”. Jednocześnie stwierdził, że nie ma szabli, ale „gdyby trzeba było, na pewno jakaś by się znalazła”.

„To szabla mojego ojca”

Jan Żyliński opublikował film, w którym wyzywał na pojedynek brytyjskiego polityka za obrażanie Polaków mieszkających i pracujących w Wielkiej Brytanii.

– Mój ojciec, rotmistrz Andrzej Żyliński, był bohaterem II wojny światowej. To szabla mojego ojca, w moich żyłach płynie jego krew. Uświadomiłem sobie, że moim obowiązkiem jest stanąć w obronie moich rodaków tutaj, w Wielkiej Brytanii – mówił arystokrata o polskich korzeniach, który urodził się i żyje w Londynie. – Mam dość dyskryminowania Polaków w tym kraju – dodaje. – Najbardziej idiotycznym przykładem, o którym słyszałem, było obwinianie przez Nigela Farage’a emigrantów o spowodowanie korka. Wystarczy już tego, panie Farage! Dość! – dodał Żyliński.

Pojedynek o świcie w Hyde Parku. Lub w telewizji

Książę wyzwał przywódcę Partii Nacjonalistów Brytyjskich na pojedynek. – Liczę, że pan się zgodzi – mówił. Pojedynek miał się odbyć o świcie w Hyde Parku i „rozwiązać tę sprawę w tradycyjny sposób, jak polski arystokrata i angielski gentleman uczyniliby w XVIII wieku”.

Żyliński dawał jednak politykowi szansę na wyjście z twarzą, jeśli z jakichś powodów nie odpowiadałaby mu propozycja pojedynku (np. „jego szabla jest zardzewiała”), i proponował „pojedynek słowny w studio telewizyjnym w przedbiegu wyborów”.

Farage nie tylko Polaków obraża – dostaje się również muzułmanom czy karmiącym kobietom.

„Jestem po prostu Janek”

Korzenie arystokratycznej rodziny księcia Jana Żylińskiego sięgają XIII wieku. Książę urodził się i mieszka w Londynie, jest historykiem. Jest synem polskiego emigranta i polskiej ziemianki. – Zawsze wiedziałem, że jestem kimś wyjątkowym, choćby dlatego, że byłem Polakiem urodzonym w Anglii. Poza tym, cała ta generalicja dookoła. Na imieninach babci co drugi mężczyzna był ministrem, hrabią albo generałem. Od urodzenia czułem się jak młody John Kennedy. Ale ja jestem po prostu Janek – mówił w rozmowie z Polskim Radiem książę Jan Żyliński.

To z jego inicjatywy w Kałuszynie został odsłonięty pomnik Złotego Ułana.

Miller ostro krytykuje antysowiecką hucpę i umiłowanie banderowskich władz przez uszate elity dystansujące się od polskiej racji stanu


POLSKIE RADIO - HISTORIE DOBRZE OPOWIADANE OD 90 LAT

„Wilki” Putina w Polsce? Szef SLD zabrał głos

Jedynka
14.04.2015

Szef SLD Leszek Miller uważa, że powinna być reakcja władz Polski na uchwałę ukraińskiego parlamentu gloryfikującą UPA

Szef SLD Leszek Miller uważa, że powinna być reakcja władz Polski na uchwałę ukraińskiego parlamentu gloryfikującą UPA, foto: Polskie Radio/Wojciech Kusiński

Szef SLD Leszek Miller nie widzi nic złego w tym, że motocykliści z „Nocnych Wilków” jednoznacznie wspierający politykę Władimira Putina przyjadą do Polski. Pod koniec kwietnia Rosjanie chcą wyruszyć do Berlina, by w ten sposób uczcić pokonanie hitlerowskich Niemiec.

Zdaniem Millera, nie ma powodów, by Polska zamknęła granice dla „wilków” Putina. – Ci motocykliści jadą do Niemiec nie po to, by czcić Hitlera tylko, by uczcić jego klęskę. Mam nadzieje, że w Polsce dalej uważamy klęskę hitlerowskich Niemiec za powód do radości i dumy. Tym bardziej, że obok radzieckich sztandarów jedynym był sztandar biało-czerwony – tłumaczył gość radiowej Jedynki.

„Wilki” Putina przejadą przez Polskę? „Nie może być na to naszej zgody” >>>
Szef SLD wyjaśniał też, co w tej sytuacji powinny zrobić władze Polski. Jakich argumentów użył? Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy.
Leszek Miller ostro wypowiedział się także na temat polityki władz Ukrainy. Skrytykował brak reakcji Warszawy na przyjętą przez ukraiński parlament uchwałę uznającą żołnierzy UPA za bojowników o wolność i niezależność tego kraju. Doszło do tego w dniu wizyty prezydenta Bronisława Komorowskiego w Kijowie. Jak mówił szef SLD była to „jawna prowokacja” wobec Polski.

O jakim komuniźmie mowa na Ukrainie kiedy tam rządzą żydowscy oligarchowie obnoszący się z banderowskim tryzubem


Sierp i młot jak swastyka. Czy Ukrainie grozi rozpad?

Wczoraj, 13 kwietnia (17:45)

Ukraiński parlament uznał reżim komunistyczny za przestępczy, zabronił używania komunistycznych symboli i uczcił wszystkich, którzy walczyli o niepodległość Ukrainy. Krytycy Kijowa ostrzegają przed rozpadem kraju.

Czy Ukrainie grozi rozpad? /AFP
Czy Ukrainie grozi rozpad?
/AFP

Po zmianie władzy w Kijowie w lutym 2014 r. nowa większość w parlamencie zlikwidowała kontrowersyjną ustawę dot. języka, pozwalającą m.in. na używanie w ukraińskich urzędach jęz. rosyjskiego. Zadziałało to jak przysłowiowa kropla oliwy dodana do ognia. Prorosyjscy separatyści i ich mocodawcy wykorzystali tę ustawę jako argument przeciwko rządowi w Kijowie. W konsekwencji doszło do większego pogłębienia podziału społeczeństwa na obóz proukraiński oraz prorosyjski. Podobne działanie mogą mieć trzy nowe ustawy, które w miniony czwartek (9.04.15) uchwaliła Rada Najwyższa Ukrainy.

Sierp i młot pod groźbą kary

Jedna z nich uznała „komunistyczny reżim totalitarny” lat 1917-1991 za system przestępczy. A użycie radzieckiej symboliki – sierpa i młota – podobnie jak „komunistycznej propagandy”, grozi karą.

Druga ustawa dotyczy uczczenia wszystkich osób i organizacji paramilitarnych, które politycznie, a także przy użyciu broni uczestniczyły w walkach o wolność i niezależność Ukrainy w XX wieku. Ustawa obejmuje m.in. członków Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów oraz Ukraińskiej Powstańczej Armii. Na Ukrainie są one uznawane przede wszystkim za walczące z władzą radziecką i III Rzeszą. W Polsce kojarzone są natomiast ze zbrodniami dokonanymi na ludności polskiej w czasie i tuż po zakończeniu II wojny światowej. Ci z bojowników, którzy jeszcze żyją, mogą liczyć w przyszłości na pomoc finansową ze strony państwa oraz inne udogodnienia.

Na mocy trzeciej ustawy 8 maja dzień zakończenia II wojny światowej parlament uznał za „Dzień pamięci i pojednania na cześć wszystkich ofiar” . Data ta ma bardziej zbliżyć Ukrainę do zachodniej tradycji czczenia pamięci. Jednocześnie 9 maja ustalony za radzieckich czasów Dniem Zwycięstwa nad Nazizmem w II wojnie światowej będzie nadal świętem narodowym.

Ostrzeżenie przed rozpadem

Krytyka pod adresem podjętych przez parlament decyzji nie dała na siebie zbyt długo czekać. Szczególnie prorosyjscy separatyści we Wschodniej Ukrainie zaatakowali ostro nowe ustawy. Oleksandr Zacharczenko, przywódca separatystycznej tzw. „Donieckiej Republiki Ludowej” określił je mianem farsy. Ukraiński rząd „uruchomił procesy, od których nie ma już powrotu i które doprowadzą do rozpadu kraju” – cytuje słowa Zacharaczenki jedna z donieckich agencji informacyjnych. Także prorosyjski Blok Opozycyjny w parlamencie ukraińskim ostrzega przed „rozpadem ukraińskiego społeczeństwa”. Natomiast rosyjscy politycy uznali postawienie symboliki komunistycznej na równi z nazistowską za „przejaw cynizmu”.

Dla odmiany prawicowi populiści przyjęli nowe ustawy z uznaniem. Słowem „brawo”, skomentowała je na swym blogu Irina Farion z nacjonalistycznej partii „Swoboda”. Farion pochwala, że Ukraina odchodzi od komunistycznych wzorców, co zainicjowała już wcześniej właśnie „Swoboda”. Partia ta nie jest obecnie reprezentowana w ukraińskim parlamencie.

Goodbye Lenin

Podzielone są na ten temat zdania obserwatorów na Ukrainie. Kijowski dziennikarz i publicysta Serhij Rudenko popiera działania parlamentu. – To, co wydarzyło się 9 kwietnia 2015 r. powinno było wydarzyć się już w 1991 roku – stwierdził w rozmowie z DW. Komunistyczna Partia Ukrainy cofnęła państwo o dwie dekady w czasy sowieckie i przybliżyła je bardziej do Rosji. W obliczu najnowszych wydarzeń na Krymie i we wschodniej Ukrainie byłoby absurdem dalej to tolerować. Według Rudenki dobrze się stało, że postanowiono zmienić dotychczasowe nazwy ulic, miast czy wsi, które nadano na cześć Lenina lub innych komunistów.

Natomiast krytycy ustaw zarzucają władzom, że nie doprowadziły uprzednio do publicznej debaty na ten wyjątkowo trudny temat. Politolog i badacz prawicowego ekstremizmu Anton Szechowcow uznał nowe ustawy za „populistyczne i bezsensowne”. Przy tym powołuje się on na wyniki sondażu opinii publicznej, według których uczczenie ukraińskich nacjonalistów z II wojny światowej podzieliło kraj na dwie części: w 2013 r. 52 procent respondentów opowiedziało się przeciw uznaniu ukraińskich nacjonalistów za wojowników o wolność. Tylko jedna trzecia ankietowanych była za. Dzisiaj różnica ta może okazać się mniejsza, jednak linia podziału przebiega niezmiennie między wschodem a zachodem Ukrainy.

„Łotwa i Litwa wzorem”

Wprowadzenie ustaw ma działanie bomby zapalającej, która zagraża jedności narodu, szczególnie ważnej w obliczu militarnego zagrożenia – ostrzega Anton Szechowcow.

Jednocześnie droga, którą obrała Ukraina nie jest całkiem nowa. Kraje bałtyckie, Łotwa i Litwa, kiedyś republiki radzieckie, dzisiaj członkowie UE oraz NATO, już lata temu zabroniły sowieckiej symboliki. Gdy tymczasem prozachodni prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko nadał w 2010 r. dwom przywódcom ukraińskich nacjonalistów – Stepanowi Banderze i Romanowi Szuchewyczowi – tytuł Bohatera Ukrainy. Dopiero kolejny prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz unieważnił to nadanie.

Roman Gonczarenko/ oprac. Aleksandra Jarecka, Redakcja Polska Deutsche Welle

Czytaj więcej na http://fakty.interia.pl/raporty/raport-zamieszki-na-ukrainie/aktualnosci/news-sierp-i-mlot-jak-swastyka-czy-ukrainie-grozi-rozpad,nId,1716002#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome

Czy urzędowe miernoty dopuszczą Kalatę do zusowskiego koryta?


Kalata w ZUS? Od entuzjazmu do niepokoju

Leszek Kostrzewski, Piotr Miączyński
13.04.2015 , aktualizacja: 13.04.2015 16:38
Leszek Kostrzewski, Piotr Miączyński

Leszek Kostrzewski, Piotr Miączyński

Katarzyna Kalata, 31-letnia błyskotliwa i charyzmatyczna kobieta, która jako jedyna zdała test pisemny w konkursie na prezesa ZUS, prezesem może nie zostać.
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej
Nawet gdy zda wtorkowy (14 kwietnia) egzamin ustny. I mimo szaleńczego poparcia w internecie głównie za pośrednictwem forów i mediów społecznościowych spod znaku Facebooka i Twittera.

•  Wreszcie ktoś odważny, kto nie boi się nikogo i niczego •  Właśnie kogoś takiego potrzeba nam do ZUS-u, bo tą instytucję trzeba totalnie zreformować •  Brawo. Podziwiam Pani szczerość i determinację.

To tylko kilka wpisów pod naszymi artykułami.

Kalata na tle zachowawczych i zajętych głównie sobą biurokratów jawi się jak szeryf, który może zaprowadzić porządek w jednej z największych instytucji publicznych w kraju. Podkreśla, że jest sporym ryzykiem dla polityków. „Nie wiem, jakie trupy znajdę w szafie ZUS. Ale jak znajdę, to je ujawnię. Brudów na siebie nie będę brała”.

Zapowiada, że pogoni urzędników do pracy, poprawi procedury w ZUS. „Z firmami trzeba współpracować, a nie na każdym kroku karać”. Jest też pewna swoich kompetencji. Teoretycznych (doktorat z ubezpieczeń społecznych ) i praktycznych – jako szef firmy doradczej na co dzień w imieniu swoich klientów współpracuje z ZUS.

Społeczeństwu to się podoba, bo wiele osób uważa Zakład za nieludzką instytucję, której jedynym celem jest wyrwać od nas składki.

O ile wśród internautów podobnego rodzaju deklaracje wzbudzają entuzjazm, o tyle w rządzie postać do niedawna anonimowej Kalaty budzi popłoch.

Przedstawiciel rządu nr 1: – Zastanawiam się, czy jej zachowanie nie można by uznać za formę nacisków na komisję konkursową. Skoro komisja nie wybierze kogoś, kto mówi, że wyjmie trupy z szafy ZUS, to znaczy że komisja ma coś do ukrycia.

Przedstawiciel nr 2: – Obserwuję konkursy na publiczne posady od ponad 20 lat i nigdy z czymś takim się nie spotkałem. Poważni kandydaci do czasu wyborów milczą z marsową miną. Nie chcą decydentów do siebie zrażać. A ta pani bryluje w mediach, udziela wywiadów i ostro krytykuje instytucję, którą ma zarządzać. O co tu właściwie chodzi?

O co? Być może o to, że Kalata jest realistką i zdaje sobie sprawę, że ma niewielkie szanse na wybór. Wie, że stanowisko prezesa ZUS to synekura zależna od łaski polityków. Dlatego nikt z większym od niej doświadczeniem nie kandydował.

Jesienią są wybory parlamentarne i w razie zmiany warty zmieni się też prezes. Po co więc rezygnować z pracy i kandydować na funkcję, którą można już po kilku miesiącach stracić?

Stanowisko prezesa ZUS nie jest kadencyjne. Jego los zależy od premiera. Konkurs musi być ogłoszony, ale w żaden sposób nie wiąże szefa rządu. Jeżeli uzna, że wygrał nieodpowiednikandydat, premier może ogłosić kolejny konkurs. Kalata próbuje więc wykorzystać swoje 5 minut na arenie publicznej.

– Być może zdaje sobie sprawę, że nie wygra, ale przynajmniej chce być rozpoznawalna. Stąd ta medialna aktywność. Rozpoznawalność może jej pomóc, choćby w późniejszych kontaktach biznesowych – słyszymy od specjalisty od public relation.

Niezależnie jednak od tego, czym się Kalata kieruje, jej medialna kampania ma też pozytywne strony.

Dlaczego? Bo zwraca uwagę (przy aplauzie opinii publicznej) na bolączki Zakładu, na których rozwiązaniu powinni się skupić wszyscy przyszli szefowie ZUS.

Związki zawodowe mówią o mobbingu oraz dyskryminacji załogi. Zakład cierpi jednak na inną bolączkę, która zżera całą administrację publiczną, czyli niemożność wymiany kadr i powiązania pensji z efektami pracy. Można tu pracować marnie, a i tak nikt takiej osoby nie zwolni. Można być pracownikiem wybitnym, a i tak nie przełoży się to na dużo wyższe zarobki.

Kalata mówi też o tym, że Zakład powinien przede wszystkim skończyć z absurdalną interpretacją przepisów. Obecnie to najbardziej zraża do niego Polaków.

Jeden przykład: mieszkanka Warszawy przyjęła z domu dziecka na wychowanie 5-latkę. Po jakimś czasie wystąpiła do ZUS o wypłatę zasiłku macierzyńskiego. ZUS odmówił, bo uznał że macierzyński trzeba brać „niezwłocznie”. Według urzędników urlop jest po to, aby nawiązała się więź między matką a dzieckiem, ta zaś może się wytworzyć jedynie zaraz po przyjęciu dziecka na wychowanie. Jeśli weźmiemy urlop później, to więź już jest i urlop nie ma sensu. Nie ma więc potrzeby przyznawania go Polkom. Kobieta dostała zasiłek dopiero bo długiej batalii w sądzie.

Read more: http://wyborcza.biz/biznes/1,100897,17747847,Kalata_w_ZUS__Od_entuzjazmu_do_niepokoju.html#ixzz3XGGUP6Zf

Kiedy Premierzyca zakończy liczne afery parabankowe mając do dyspozycji cały aparat ścigania i sprawiedliwości


Większa ochrona klientów firm finansowych. Deklaracja premier

Większa ochrona klientów firm finansowych. Deklaracja premierPremier Kopacz zapowiedziała wzmocnienie praw klientów firm finansowych © ponsulak – Fotolia.com

Na ochronę konsumentów na rynku finansowym rząd przeznaczył z rezerwy budżetowej blisko 5 milionów złotych – poinformowała premier Ewa Kopacz. Rząd chce również wprowadzić przepisy poprawiające pozycję konsumentów na rynku finansowym, w tym szczególnie osób które wykupują tzw. polisolokaty.

Premier Ewa Kopacz, podczas uroczystości z okazji 25-lecia Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, zapowiedziała wzmocnienie praw osób korzystających z usług finansowych.

– Pomimo swojej rosnącej wiedzy i możliwości organizowania się, konsumenci, zwłaszcza osoby starsze, są często nadal najsłabszymi uczestnikami rynku – powiedziała szefowa rządu. Zwróciła uwagę, że wprowadzające w błąd reklamy, „superokazje”, które okazują się pułapkami finansowymi lub nieuczciwe zapisy w umowach, „są ciemną stroną sukcesu gospodarczego”.

Ewa Kopacz zapowiedziała wprowadzenie między innymi przepisów zabraniających oferowania konsumentom usług finansowych nie odpowiadających ich potrzebom oraz oferowanie ich w sposób nieadekwatny do ich charakteru. Wzmocnione mają być uprawnienia UOKiK. Urząd będzie mógł wydać decyzje tymczasowe, zawieszające sprzedaż produktu finansowego jeszcze w trakcie trwania postępowania w sprawie naruszenia zbiorowych interesów konsumentów. UOKiK będzie mógł też uczestniczyć w indywidualnych lub zbiorowych sprawach cywilnych przed sądami powszechnymi, co powinno pomóc w szybszym rozstrzyganiu sporów.

Rząd zajmie się również kwestią tak zwanych polisolokat. Projekt ustawy o działalności ubezpieczeniowej i reasekuracyjnej wprowadzi możliwość odstąpienia od umowy na polisolokatę w rok po jej zawarciu, ograniczy również wysokość opłaty za likwidację polisy przed ustalonym terminem. Rząd chce ponadto wzmocnienia pozycji Rzecznika Ubezpieczonych, a także wprowadzenia obowiązku analizy potrzeb i możliwości klienta, wraz z zapewnieniem mu rzetelnych informacji.

Rząd pracuje również nad uregulowaniem działalności firm udzielających pożyczek poza sektorem bankowym. Przewidują one m.in. ograniczenie pozaodsetkowych kosztów kredytu konsumenckiego, przeciwdziałanie tak zwanemu „rolowaniu pożyczek” czy wprowadzenie limitu odsetek karnych oraz odsetek od odsetek.

Solidarnościowy system produkuje bałwanów, którym do łopaty niepotrzebny jest dyplom


Studia są passe. Młodzi wybierają pracę
Tylko w ciągu czterech lat liczba studentów spadła o ok. 400 tys. osób. Do młodzieży dotarło, że dyplom nie jest gwarancją sukcesu – informuje „Dziennik Gazeta Prawna”.

Ostatnie dane GUS pokazują, że obecnie w szkołach wyższych kształci się zaledwie 1,469 mln osób. Tymczasem z prognoz Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego wynika, że liczba studentów miała spaść poniżej 1,5 mln dopiero w roku akademickim 2016/2017.

O tym, że liczba chętnych do studiowania spada, świadczą także statystyki rekrutacyjne. W ostatnich dwóch latach liczba 19-latków zmniejszyła się o 8,8 proc., podczas gdy liczba kandydatów na studia spadła o 15,6 proc.

– Od kilku lat w mediach mówi się o bezrobotnych absolwentach, bezużyteczności dyplomu licencjata czy magistra. Teraz teza ta zbiera swoje żniwa. Młodzi zamiast zdobywać tytuły, wolą się kształcić w konkretnych zawodach albo od razu podjąć pracę – uważa Paweł Zygarłowski, prezes Centrum Rozwoju Szkół Wyższych TEB Akademia.

Leszek robi Bronka w leszczynowy orzeszek


Leszek Miller: prezydent podpisał konwencję jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki
– Szkoda, że kampania wyborcza jest tak rzadko. Można by wiele zaległych spraw rozwiązać – powiedział Leszek Miller w TVP Info. W ten sposób szef SLD skomentował podpisanie przez Bronisława Komorowskiego ustawy o ratyfikacji konwencji antyprzemocowej. Jego zdaniem prezydent pozbył się zastrzeżeń co do konwencji „jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki”. – Ta różdżka nazywa się kampania wyborcza – ocenił.

Leszek MillerLeszek Miller (

)

Prezydent podpisał w poniedziałek konwencję Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. W siedzibie Fundacji Centrum Praw Kobiet podkreślił, że w tej kwestii nie można kierować się kalkulacją polityczną, ale trzeba stać po stronie osób krzywdzonych i słabszych.

– Nie wyobrażam sobie sytuacji takiej, w której Polska mogłaby być krajem, który tej konwencji nie ratyfikuje. To byłaby hańba międzynarodowa – podkreślił Komorowski. Zaznaczył zarazem, że konwencja jest zgodna z konstytucją.

Zdaniem Leszka Millera Komorowski, podpisując konwencję antyprzemocową, zrobił to, czego rząd PO „nie miał odwagi skończyć”. – Nagle okazało się, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zastrzeżenia pana prezydenta ustały – powiedział szef SLD. – Ta różdżka nazywa się kampania wyborcza – dodał.

Według polityka decyzja Komorowskiego była podyktowana wynikiem badań opinii publicznej, które wskazują, że większość potencjalnego elektoratu chciała podpisania tej ustawy przez prezydenta. – Z tego punktu widzenia szkoda, że kampania wyborcza odbywa się tak rzadko. Bo gdyby odbywała się częściej, to wiele spraw, które zalegają miesiącami i latami, można by rozwiązać – ocenił Miller.

Szef SLD zaproponował, by Komorowski podjął stosowne kroki także w innych sprawach. – Skoro pan prezydent tak daleko się posunął, to my proponujemy dalsze rozwiązania. Na przykład żeby wystąpił z inicjatywą cofnięcia podwyższenia wieku emerytalnego. Albo podniesienia płacy minimalnej, bo polska przeciętna płaca godzinowa jest trzy razy mniejsza niż w UE. Albo podniesienia najniższych emerytur – wyliczał.

Kontrowersyjna konwencja

Konwencja antyprzemocowa wzbudza w Polsce liczne kontrowersje. Jej przeciwnicy – m.in. przedstawiciele Kościoła i prawej strony sceny politycznej – podnoszą argumenty o jej niekonstytucyjności. Obawiają się, że uderzy ona w tradycyjnie rozumianą rodzinę, a także polską tradycję i religię.

Obawy budzą głównie zapisy o konieczności wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji oraz innych praktyk opartych na idei niższości kobiet lub na stereotypowych rolach kobiet i mężczyzn oraz o tym, że kultura, zwyczaje, religia, tradycja lub tzw. „honor” nie mogą być uznawane za usprawiedliwiające akty przemocy.

W 2012 roku Prezydium Konwencji Rady Europy zwracało uwagę na to, że konwencja wprowadza definicję płci jako „społecznie skonstruowane role, zachowania i cechy, które dane społeczeństwo uznaje za właściwe dla kobiet i mężczyzn”, i zakłada, że płeć można wybierać.

Zobacz także wideo: Spór o konwencję antyprzemocową

Mobbing i bałagan u Arłukowicza a może i molestowanie znalazłoby się…


 

MOBBING W MINISTERSTWIE ZDROWIA

Przez moich szefów leczę się psychiatrycznie

Wioletta Drożdż, była specjalistka w MZ

Damian Burzykowski / newspix.pl

Wioletta Drożdż, była specjalistka w MZ walczy w sądzie o przywrócenie do pracy.
Bartosz Arłukowicz, minister zdrowia
Marcin Antoniak, dyrektor generalny ministerstwa zdrowia
Edyta Kramek, szefowa Departamentu Nauki i Szkolnictwa Wyższego
Wioletta Drożdż
Joanna Koczaj-Dyrda
Wioletta Drożdż
Bartosz Arłukowicz, minister zdrowia
Marcin Antoniak, dyrektor generalny ministerstwa zdrowia
Edyta Kramek, szefowa Departamentu Nauki i Szkolnictwa Wyższego
Wioletta Drożdż
Joanna Koczaj-Dyrda
Wioletta Drożdż
Bartosz Arłukowicz, minister zdrowia
Marcin Antoniak, dyrektor generalny ministerstwa zdrowia
Edyta Kramek, szefowa Departamentu Nauki i Szkolnictwa Wyższego
Wioletta Drożdż
Joanna Koczaj-Dyrda
Wioletta Drożdż

Kolejne historie szykanowanych urzędników potwierdzają ustalenia śledztwa Faktu i TVN Uwaga! o mobbingu stosowanym wobec urzędników Ministerstwa Zdrowia. Potwierdzają też informacje, które dostaliśmy od pracownicy MZ Joanny Koczaj-Dyrdy i podaliśmy we wczorajszej publikacji. To ona ujawniła ohydny proceder. Pracownicy zgodnie oskarżają dyrektora generalnego Marcina Antoniaka i dwie szefowe departamentów.

– Leczę się psychiatrycznie, a ze stresu nabawiłam się cukrzycy – przyznaje Wioletta Drożdż (51 l.). Byłych przełożonych oskarżyła o mobbing i w Sądzie Pracy walczy o przywrócenie na posadę. Przełożona Edyta Kramek, szefowa ministerialnego departamentu nauki i szkolnictwa wyższego, prześladowała ją miesiącami. Drożdż pracowała w resorcie od 7 lat, a szefowie wystawiali jej świetne oceny.

Nowa szefowa, namaszczona przez dyrektora generalnego Marcina Antoniaka, protegowanego Bartosza Arłukowicza (44 l.), postanowiła zniszczyć jej życie.

– Nagle okazało się, że się do niczego nie nadaję. Kramek wymieniła wszystkich naczelników na osoby, które nie mają żadnej wiedzy, ale są wierne i poddańcze. Razem z podległą jej naczelnik wzywały mnie do gabinetu dwa, trzy razy i tłumaczyły mi, jak nic nie potrafię – mówi Drożdż i opisuje, co przesądziło o jej zwolnieniu. – Moje obowiązki przekazano innym pracownikom, ja siedziałam sama w pokoju nad pustym biurkiem 8 godzin dziennie, a gdy wychodziłam, wszyscy ode mnie się odsuwali, bo bali się gniewu Kramek – wspomina. Wszystko to działo się za wiedzą i zgodą Antoniaka!

– Gdy zgłaszałam mu mobbing, próbował zrobić ze mnie paranoiczkę. Już po moim zwolnieniu i po tym, jak wpłynęło do ministerstwa zawiadomienie, że złożyłam wniosek do sądu, Antoniak zaproponował Kramek, żeby została przewodniczącą komisji antymobbingowej – opowiada Drożdż. Co ma w tej sprawie do powiedzenia ministerstwo?Nie odpowiedziało nam na pytania. Ale coś się zaczyna dziać. Wczoraj Joannę Koczaj-Dyrdę wezwano do Kancelarii Premiera i poinformowano, że w resorcie będzie kontrola.

Wioletta Drożdż (49 l.) i Marzena Drewniacka (46 l.) Joanna Koczaj-Dyrda (43 l.) to trzy ofiary mobbingu w Ministerstwie Zdrowia, które przerwały milczenie i ujawniły skandaliczne praktyki dyrektorek departamentów i dyrektora generalnego ministerstwa Marcina Antoniaka (37 l.).

– Przeszłam w resorcie wszystkie szczeble kariery, byłam bardzo związana z tą instytucją i dumna z tego, że tu pracuję. Na koniec pokazano mi, że nic nie znaczę – mówi Marzena Drewniacka, która przez mobbing odeszła z pracy w ministerstwie po przeszło 20 latach pracy! Choć Drewniacka i inni zdesperowani pracownicy zwracali się o pomoc do Kancelarii Premiera, posłów i szefów Służby Cywilnej – nie zareagował nikt! W śledztwie prowadzonym wspólnie z Faktem TVN Uwaga! dotarła też do szefa sejmowej komisji zdrowia Tomasza Latosa (51 l.) z PiS, do którego poszkodowani przez Antoniaka i jego protegowaną Justynę Mieszalską przychodzili po pomoc. – Zrobiłem takie niewielkie śledztwo, może trzeba było zrobić więcej – przyznaje Latos, ale jego tłumaczenia brzmią skandalicznie. – Może źle odczytałem intencje tych osób, myślałem, że poza poskarżeniem się i informacją te osoby nie chcą wracać do pracy w resorcie – twierdzi poseł.

>>>Mobbing w resorcie Arłukowicza

>>>Szok i tragedia! Dwa miliony Polaków w kolejce do lekarza!

>>>Owsiak ofiarą WOŚP, czyli co tak naprawdę odkrył dziennikarz WPROST ?

Radosław Gruca

Prokuratura zbada czy kant jest zgodny z prawem. Alleluja


SKOK do prokuratury

Bianka Mikołajewska
14.04.2015 01:00
Grzegorz Bierecki i Adam Jedliński

Grzegorz Bierecki i Adam Jedliński (SŁAWOMIR KAMIŃSKI)

Prokuratura zbada, czy przejęcie majątku fundacji związanej ze SKOK-ami przez spółkę, której głównym udziałowcem jest Grzegorz Bierecki, było zgodne z prawem
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej
O wszczęciu śledztwa poinformowała wczoraj Prokuratura Apelacyjna w Gdańsku.

Sprawa dotyczy Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych. Założyła ją w 1990 r. Światowa Rada Związków Kredytowych. Przez 20 lat w jej zarządzie zasiadali Grzegorz Bierecki, jego brat Jarosław (obecnie radny PiS w sejmiku pomorskim) i Adam Jedliński (prawnik, przyjaciel Lecha Kaczyńskiego). Pierwszym przewodniczącym rady Fundacji był Lech Kaczyński.

Według pierwotnych założeń Fundacja miała wspierać organizacyjnie i finansowo Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe, szybko jednak pieniądze zaczęły płynąć w drugą stronę. Kasa Krajowa SKOK, która do 2012 r. sprawowała nadzór nad wszystkimi Kasami działającymi w Polsce, zobowiązała je do współpracy z Fundacją. Prezesem Krajowej SKOK był wówczas Grzegorz Bierecki, a szefem rady nadzorczej – Jedliński.

Kasy przez wiele lat musiały płacić Fundacji za korzystanie z logo, szkolenia pracowników i członków władz, wynajem lokali itd. Dzięki temu jej majątek szybko rósł. W 1990 r. Światowa Rada Związków Kredytowych przekazała na jej działalność zaledwie 70 tys. dol. W 2010 r. Fundacja dysponowała już majątkiem wartym 77 mln zł! Niespodziewanie podjęto wtedy decyzję o likwidacji Fundacji, a jej pieniądze, nieruchomości i udziały w spółkach przejęła prywatna spółka SIN, której wspólnikami są bracia Biereccy i Jedliński. Sprawę ujawnił w 2011 r. tygodnik „Polityka”.

Kilka tygodni temu Komisja Nadzoru Finansowego, która obecnie nadzoruje Kasy, skierowała do premier Ewy Kopacz oraz szefów CBA i ABW pismo z informacją o przejęciu majątku Fundacji przez SIN. Według KNF majątek Fundacji nie powinien trafić do prywatnej spółki, lecz do tzw. Funduszu Stabilizacyjnego, z którego zasilane są Kasy borykające się z kłopotami finansowymi. Z raportów publikowanych wcześniej przez KNF wynika, że tylko co piąta Kasa jest w dobrej sytuacji finansowej, a pozostałe mają większe lub mniejsze problemy. Dwie Kasy, w najgorszym położeniu, ogłosiły upadłość, a Bankowy Fundusz Gwarancyjny musiał wypłacić ich klientom ponad 3 mld zł.

Jak poinformował wczoraj rzecznik gdańskiej prokuratury Mariusz Marciniak, to właśnie pismo KNF do szefów służb specjalnych było podstawą wszczęcia śledztwa dotyczącego majątku Fundacji. Prokuratorzy przeprowadzili już wstępne czynności w tej sprawie. Jak wyjaśniał Marciniak, dalsze działania, m.in. powołanie biegłych i przesłuchanie świadków, można podjąć dopiero teraz – po oficjalnym wszczęciu śledztwa.

Śledczy sprawdzą, czy „w celu osiągnięcia korzyści majątkowej nie doszło do nadużycia uprawnień w zakresie zarządzania majątkiem Fundacji (…) i wyrządzenia tej Fundacji szkody majątkowej w wielkich rozmiarach”. Czyli czy członkowie władz Fundacji nie popełnili przestępstwa opisanego w art. 296 kk, w paragrafach 2 i 3. Przestępstwo to jest zagrożone karą pozbawienia wolności do 10 lat.

Grzegorz Bierecki oświadczył wczoraj, że z zadowoleniem przyjmuje decyzję prokuratury. I że liczy na szybkie, rzetelne śledztwo, które oczyści go z pomówień.

W marcu, gdy „Wprost” i „Wyborcza” upubliczniły treść pisma KNF ws. Fundacji, Bierecki został zawieszony w prawach członka Klubu Parlamentarnego PiS. Szef klubu Mariusz Błaszczak mówił, że zawieszenie potrwa do czasu, aż senator wyjaśni sprawę.

Parę dni później Bierecki wydał oświadczenie, w którym pisał, że „wszystkie zarzuty podnoszone w tych artykułach [„Wprost” i „Wyborczej”] to kłamstwa”. Że nagłośnienie sprawy to „brudna kampania wyborcza”, a „rzeczywistym celem brutalnego ataku są PiS oraz kandydat tej partii na prezydenta – Andrzej Duda”.

Ten ostatni jako prawnik w kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego odpowiadał za skierowanie w 2009 r. do Trybunału Konstytucyjnego ustawy oddającej KNF nadzór nad Kasami. Dzięki temu Bierecki zyskał czas, by przekształcić Fundację w SIN.

Senator PiS zapewniał niedawno, że Fundacja została zlikwidowana, bo zakończyła swą misję. A jej „środki nigdy nie były (…) środkami spółdzielców” i zostały przekazane prywatnej spółce zgodnie z prawem. Później – w wywiadzie dla TVP Info – zmodyfikował wyjaśnienia. Twierdził, że spółka SIN kontynuuje działalność Fundacji, a jej wspólnicy są tylko „powiernikami” majątku.

Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75478,17749287,SKOK_do_prokuratury.html#ixzz3XGA1talL

Merkel przekręca się na Islam


PAP
wczoraj 20:34

Wilders do Merkel: islam nie należy do Niemiec

Przy­wód­ca ho­len­der­skiej an­ty­imi­gra­cyj­nej i is­la­mo­fo­bicz­nej Par­tii na rzecz Wol­no­ści (PVV) Geert Wil­ders we­zwał w Dreź­nie kanc­lerz An­ge­lę Mer­kel do wy­co­fa­nia się z jej wcze­śniej­szej wy­po­wie­dzi, że islam na­le­ży do Nie­miec.

Protest Pegidy w Dreźnie

Foto: PAPProtest Pegidy w Dreźnie

– Pani kanc­lerz, mam dla pani wia­do­mość. Więk­szość pani na­ro­du uważa, że islam nie na­le­ży do Nie­miec – po­wie­dział Wil­ders na wiecu w sto­li­cy Sak­so­nii. – Mamy dość po­li­tycz­nej po­praw­no­ści i is­la­mi­za­cji na­szych kra­jów – dodał ho­len­der­ski po­pu­li­sta.

Przy oka­zji wi­zy­ty pre­mie­ra Tur­cji Ah­me­ta Da­vu­to­glu w Ber­li­nie w stycz­niu Mer­kel po­wie­dzia­ła, że islam na­le­ży do Nie­miec. Kanc­lerz po­wtó­rzy­ła słowa wy­po­wie­dzia­ne wcze­śniej przez ów­cze­sne­go pre­zy­den­ta Chri­stia­na Wulf­fa, który jako pierw­szy uznał islam za in­te­gral­ną część nie­miec­kiej rze­czy­wi­sto­ści.

Wil­ders był głów­nym mówcą pod­czas an­ty­islam­skiej de­mon­stra­cji zor­ga­ni­zo­wa­nej przez ruch spo­łecz­ny Pe­gi­da. We­dług po­li­cji w wiecu uczest­ni­czy­ło 10 tys. osób. Te­le­wi­zja pu­blicz­na ZDF osza­co­wa­ła licz­bę de­mon­stran­tów na 15 tys. Dzia­ła­cze Pe­gi­dy za­po­wia­da­li udział 30 tys. osób.

Wi­zy­ta Wil­der­sa miała zmo­bi­li­zo­wać sym­pa­ty­ków Pe­gi­dy do udzia­łu w de­mon­stra­cji. Na prze­ło­mie roku w co­ty­go­dnio­wych mar­szach uczest­ni­czy­ło ponad 20 tys. kry­ty­ków is­la­mu. Ostat­nio licz­ba uczest­ni­ków spa­dła do kilku ty­się­cy.

Po­rząd­ku w mie­ście strze­gło 1000 po­li­cjan­tów. W tym samym cza­sie na ulice Dre­zna wy­szli też prze­ciw­ni­cy Pe­gi­dy. Ich de­mon­stra­cja pod ha­słem „Wie­lość za­miast pro­stac­twa” zgro­ma­dzi­ła kilka ty­się­cy osób.

Pe­gi­da (co jest skró­tem nie­miec­kiej nazwy Pa­trio­tycz­ni Eu­ro­pej­czy­cy prze­ciw­ko Is­la­mi­za­cji Za­cho­du) or­ga­ni­zu­je od je­sie­ni ubie­głe­go roku w Dreź­nie co­ty­go­dnio­we de­mon­stra­cje, któ­rych hasła kie­ru­ją się prze­ciw­ko nad­mier­nym ja­ko­by wpły­wom mu­zuł­ma­nów na życie spo­łecz­ne w Niem­czech i rze­ko­me­mu to­le­ro­wa­niu przez wła­dze tego zja­wi­ska.

De­mon­stra­cje or­ga­ni­zo­wa­ne przez Pe­gi­dę li­czy­ły po­cząt­ko­wo nie wię­cej niż kil­ku­set uczest­ni­ków; z cza­sem prze­kształ­ci­ły się w duże de­mon­stra­cje z udzia­łem nie tylko miesz­kań­ców Dre­zna, ale też osób z in­nych czę­ści Nie­miec, nie­za­do­wo­lo­nych z po­li­ty­ki rządu wobec imi­gran­tów.

Na­pływ ucie­ki­nie­rów wzbu­dza duże emo­cje wśród miesz­kań­ców Nie­miec. W ze­szłym roku o azyl w Niem­czech wy­stą­pi­ło ponad 200 tys. ob­co­kra­jow­ców; w tym roku ich licz­ba ma się zwięk­szyć do 300 tys.

Drez­deń­skim de­mon­stra­cjom, a także po­dob­nym pro­te­stom or­ga­ni­zo­wa­nym na mniej­szą skalę w in­nych nie­miec­kich mia­stach przez lo­kal­ne od­ga­łę­zie­nia Pe­gi­dy to­wa­rzy­szą za każ­dym kontr­de­mon­stra­cje, któ­rych uczest­ni­cy dają wyraz po­par­ciu dla de­mo­kra­cji i to­le­ran­cji.

Te­le­wi­zja pu­blicz­na ARD ostrze­gła w ko­men­ta­rzu w głów­nym wy­da­niu wia­do­mo­ści w po­nie­dzia­łek wie­czo­rem, że Dre­zno może stać się eu­ro­pej­skim ośrod­kiem or­ga­ni­za­cji skraj­nie pra­wi­co­wych.

(RC)

Naiwny Bambosz liczył, że Car Rosji popełznie do niego niczym do Canossy


USA zaniepokojone decyzją Rosji ws. dostaw broni dla Iranu
Sekretarz stanu USA John Kerry w rozmowie z szefem MSZ Rosji Siergiejem Ławrowem wyraził zaniepokojenie z powodu anulowania przez władze rosyjskie zakazu dostarczania Iranowi systemów obrony przeciwrakietowej S-300 – przekazał Biały Dom.

Także Pentagon w wydanym oświadczeniu skrytykował decyzję Rosji. – Nasz sprzeciw wobec tego rodzaju transakcji jest znany od dawna. Uważamy, że w niczym nie pomagają – powiedział przedstawiciel ministerstwa obrony pułkownik Steven Warren.

Departament Stanu ocenił, że anulowanie zakazu nie spowoduje wyłomu w jednolitym froncie prezentowanym przez światowe mocarstwa w prowadzonych z Iranem rozmowach o irańskim programie nuklearnym.

Rzecznik Białego Domu Josh Earnest powiedział też, że decyzja Rosji o wymianie z Iranem ropy za towary może stać w sprzeczności z sankcjami gospodarczymi nałożonymi na ten kraj przez USA i inne państwa Zachodu.

Barack Obama: historyczne porozumienie z Iranem

Służby prasowe Kremla podały wcześniej, że prezydent Władimir Putin podpisał dekret, na mocy którego anulował zakaz dostarczenia Iranowi rosyjskich systemów obrony przeciwrakietowej S-300.

Ławrow ocenił, że nie ma już konieczności utrzymywania dobrowolnego rosyjskiego embarga na przekazanie Iranowi rosyjskich systemów.

Decyzja ta zapadła w czasie, gdy światowe mocarstwa – wśród nich Rosja – zawarły z Iranem ramowe porozumienie dotyczące jego programu nuklearnego. Jest ona sygnałem, że Moskwa może zyskać „przewagę na starcie” w wyścigu o korzyści z ewentualnego cofnięcia sankcji wobec Teheranu – pisze agencja Reutera.

W styczniu br. Rosja i Iran podpisały porozumienie o rozszerzeniu współpracy wojskowej. Przewiduje ono m.in. rozszerzenie współpracy w dziedzinie zwalczania terroryzmu i wymianę personelu wojskowego w celach szkoleniowych. Jest też mowa o planach częstszych wizyt okrętów. Rosja przez długi czas była głównym dostawcą broni dla Iranu.

Zobacz także wideo: Obama o historycznym porozumieniu z Iranem

REKLAMA. Dzięki reklamie oglądasz wszystko za darmo
REKLAMA
-00:03

Previous Older Entries Next Newer Entries

%d bloggers like this: