Holenderskie rozliczanie Polski z praworządności


RMF: HOLANDIA GROZI POLSCE KONSEKWENCJAMI ZA NIEPRZESTRZEGANIE PRAWORZĄDNOŚCI

Holenderski minister sprawiedliwości Sander Dekker opublikował na oficjalnej, rządowej stronie internetowej, krytyczny raport z pobytu w Polsce.

Poinformował, że przeprowadził „twardą” rozmowę z ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobro, wyrażając poważne zaniepokojenie pogarszającym się stanem praworządności w Polsce. Holenderski polityk zapowiedział, że jego kraj nie będzie przyglądał się temu z boku.

W komunikacie znalazło się kilka mocnych stwierdzeń. Holenderski minister stwierdził m.in. że „byłoby dobrze, gdyby takie kraje jak Polska otrzymywały wsparcie finansowe tylko wtedy, gdy przestrzegają podstawowych zasad praworządności”. To „sugestia” przed zbliżającymi się negocjacjami w sprawie unijnego budżetu. I jednocześnie zapowiedź poparcia dla uzależnienia płatności od przestrzegania praworządności.

Sander Dekker zagroził także konsekwencjami we współpracy polsko-holenderskiej. „Reformy (sądownicze – przyp. red.) w Polsce mają także bezpośrednie konsekwencje dla Holandii” – czytamy w komunikacie.

Zdaniem ministra sprawiedliwości Holandii – w związku z utratą zaufania do polskiego wymiaru sprawiedliwości – może się zmniejszyć liczba ekstradycji do Polski poszukiwanych osób. Dekker zapowiedział także, „że nie będzie się wahać podejmować środków na  szczeblu europejskim”. Nie sprecyzował jednak o jakie środki chodzi. Zasugerował także wspieranie opozycji.

Sander Dekker podczas swojego pobytu w Polsce spotkał się m.in. z I prezes SN Małgorzatą Gersdorf, przedstawicielami Komisji Europejskiej oraz z przedstawicielami organizacji pozarządowych.

Katarzyna Szymańska-Borginon

Właśnie nastąpił przełom na Ukrainie


Sputnik Polska

16:57 02 WRZESIEŃ 2019

 

 

Widok na starą część miasta Lwów

Lwów: polska szkoła obrzucona kamieniami (foto)

© Sputnik . Paweł Pałamarczuk
ŚWIAT

Krótki link
2411

Do nieprzyjemnego incydentu doszło podczas rozpoczęcia roku szkolnego w polskiej szkole we Lwowie. Budynek został obrzucony kamieniami. Mer miasta mówi o akcie chuligaństwa lub świadomej prowokacji.

Informacje o incydencie pojawiły się na oficjalnym portalu merostwa Lwowa. Do ataku doszło w szkole nr 24 im. Marii Konopnickiej, w której prowadzone są lekcje w języku polskim. Atak został zdecydowani epotępiony przez miejscowe władze.

Podkreślono, że atak nastąpił z budynku naprzeciwko. „Rzucali różnymi przedmiotami, najprawdopodobniej były to kamienie” – poinformowano. Zaznaczono, że na szczęście w wyniku incydentu nikt nie ucierpiał. Mer Lwowa Andriej Sadowyj zaapelował do organów ścigania o podjęcie natychmiastowej reakcji na zaistniałą sytuację.

​Mer Lwowa skomentował incydent, który miał miejsce w szkole nr 24. Zauważył, że w tej chwili nie wiadomo, jakie dokładnie przedmioty zostały rzucone podczas uroczystości szkolnych w budynek. Istnieją informacje, że mogą to być gumowe kamienie. Organy ścigania prowadzą obecnie inspekcję. Dodał, że może to być akt chuligaństwa lub celowa prowokacja.

Mer odbył rozmowę telefoniczną z szefem SBU w obwodzie lwowskim oraz szefem departamentu policji z żądaniem natychmiastowej reakcji na wydarzenia.

Teraz wraz z policjantami przeprowadzana jest inspekcja terenu w celu znalezienia osób, które naruszyły prawo i porządek. Tych ludzi należy znaleźć i pociągnąć do odpowiedzialności – powiedział Andriej Sadowyj.

Zadzwoniłem do szefa SBU, szefa policji, zmobilizował wszystkich do znalezienia osoby, która to zrobiła. Trzeba to sprawdzić. Nikt nie został ranny. Myślę, że może to być akt chuligaństwa lub celowa prowokacja. Staramy się teraz tego dowiedzieć – wyjasnił Sadowy.

Tarcia na linii Polska-Ukraina

W ostatnich latach pojawiły się napięcia w relacjach między Kijowem a Warszawą, głównie na tle dyskusji o wydarzeniach związanych z pamięcią historyczną. Warszawa potępia stanowisko Kijowa w sprawie gloryfikacji Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów – Ukraińskiej Powstańczej Armii (OUN-UPA*) i krytykuje regularne akty wandalizmu na polskich miejscach pamięci na Ukrainie.

Wiosną w Polsce weszło w życie prawo, które wprowadziło odpowiedzialność karną za propagandę „ideologii Bandery” i negowanie rzezi na Wołyniu. Kijów uznał, że te przepisy są wymierzone w Ukraińców.

Punktem kulminacyjnym wydarzeń z 1943 roku, zwanych Rzezią Wołyńską, jest 11 lipca – tego dnia ukraińscy nacjonaliści zaatakowali w tym samym czasie około 150 polskich wiosek. Polscy historycy uważają Rzeź Wołyńską za ludobójstwo i czystkę etniczną i mówią o śmierci, według różnych źródeł, od 100 tysięcy do 130 tysięcy osób.

Podczas ostatniej wizyty Zełenskiego w Polsce Andrzej Duda osobiście poprosił go o pomoc w przeprowadzeniu ekshumacji ofiar rzezi na Wołyniu. Wcześniej prezydent Polski powiedział, że ekshumacje są warunkiem normalizacji polsko-ukraińskich stosunków. Kierownictwo Polski od dawna chce przeprowadzić ekshumacje ofiar rzezi wołyńskiej na Ukrainie, ale nie otrzymało na to zgody ukraińskich władz.

Reset stosunków polsko-ukraińskich

Uroczystości z okazji powstania UPA w Ukrainie
© SPUTNIK . PAWEŁ PAŁAMARCZUK

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski przyjechał do Polski, żeby wziąć udział w obchodach 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Jak później powiedział wizyta w Polsce była wręcz przełomowa.Pod patronatem Zełenskiego i prezydenta Dudy zostanie przywrócona grupa robocza, do zadań której będzie należało „wyzerowanie” wzajemnych roszczeń.

Rezultaty pierwszego dnia mojej wizyty w Polsce opisałbym nie jako odwilż, ale jako przełom. Ruszyliśmy z miejsca proces przywrócenia historycznej sprawiedliwości: pod moim i Andrzeja Dudy patronatem zostanie reaktywowana grupa robocza do spraw, powiedzmy, „wyzerowania” wzajemnych roszczeń. Przede wszystkim wspólne ekspedycje zajmą się poszukiwaniami i ponownymi pochówkami w kraju poległych polskich i ukraińskich żołnierzy i cywilów – napisał Zełenski w Facebooku.

Jak podkreślił, Ukraina i Polska będą wspólnie dbać o pomniki i groby Ukraińców w Polsce i Polaków na Ukrainie. Prezydent Ukrainy zaproponował też budowę pomnika pojednania na granicy państwowej.

 

Bóle i żale „Haretza”w obliczu odporu polskiej prawdy


HAARETZ: W ROCZNICĘ WYBUCHU WOJNY POLACY ZNIEKSZTAŁCILI HISTORIĘ

​Rząd w Warszawie zdołał przeforsować własną narrację na temat wojny, koncentrującej się na cierpieniach Polaków, oraz przekonać do niej USA i Niemcy – pisze w poniedziałek izraelski „Haaretz”, oceniając, że podczas obchodów 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej „Polacy zapomnieli o Żydach”.

„Prawicowy, nacjonalistyczny rząd Polski może świętować wielkie zwycięstwo. W długiej wojnie o ‚kulturę pamięci’, którą za cel obrał sobie po dojściu do władzy w 2015 roku, wczoraj (tj. w niedzielę 1 września – red.) zdobył ostatni bastion. Po tym, jak Izrael uznał polską narrację – podkreślającą cierpienie narodu polskiego i umniejszającą jego rolę w zadawaniu cierpienia innemu narodowi – teraz także Niemcy i Stany Zjednoczone zostały przekonane o słuszności polskiego postulatu” – ocenia komentator „Haaretza” Ofer Aderet w poniedziałkowym artykule.

Publicysta pisze, że podczas serii uroczystości i zgromadzeń „wszyscy przemawiający – od polskiego prezydenta Andrzeja Dudy po prezydenta Niemiec Franka-Waltera Steinmeiera i wiceprezydenta USA Mike’a Pence’a – mówili o polskich ofiarach i polskim cierpieniu”.

„Przedstawicieli narodu polskiego opisywano jako bohaterów i bojowników o wolność, którzy ryzykowali życiem dla całego kontynentu europejskiego i płacili najwyższą cenę w wojnie przeciwko Niemcom: ich kraj przestał istnieć jako niezależny podmiot, ich miasta zostały zniszczone, a trzy miliony ich ludzi, chrześcijan, zapłaciły życiem. (…) „Ale Żydzi – grupa, która w drugiej wojnie światowej zapłaciła najwyższą cenę – byli niemal całkowicie nieobecni w przemówieniach, zgromadzeniach, uroczystościach i marszach” – podkreśla Aderet.

Reflektory na Polskę

Komentator wskazuje, że prezydent Duda „jednym zdaniem” wspomniał wprawdzie o żydowskich obywatelach Polski więzionych w gettach i wysyłanych do obozów zagłady, ale przedstawił to jako „część ‚terroru’, który stał się losem ‚całego’ polskiego narodu”.

Zdaniem publicysty organizatorzy rocznicowych obchodów i przemawiające podczas nich osobistości „mogli mieć poczucie, że kalendarz jest wypchany dniami upamiętniającymi żydowski Holokaust i że nadszedł czas, by światło reflektorów skierować teraz na cierpienia przedstawicieli polskiego narodu”.

„Można zrozumieć polską potrzebę i chęć przepracowania tego cierpienia (…), nie ulega ono wątpliwości. Powinniśmy jednak być wściekli, że cierpienie Żydów – których 6 mln zamordowano podczas wojny, z czego połowę stanowili polscy obywatele – nie odbiło się echem w państwowych i oficjalnych obchodach w Polsce, ale zostało w nich skonsumowane, jak gdyby nigdy nie miało miejsca” – uważa Aderet.

Historyczne zniekształcenie

Publicysta „Haaretza” spekuluje, że organizatorzy i mówcy „nie chcieli otwierać puszki Pandory”, bo „jakakolwiek wzmianka o cierpieniu Żydów podczas Holokaustu wymagałaby od nich zmierzenia się z drażliwą i złożoną kwestią roli, jaką polscy obywatele odegrali w nazistowskich zbrodniach”. Jak dodaje, takich Polaków było „wielu według polskich i izraelskich historyków, niewielu według polskiego rządu i innych polskich historyków”.

Ostatecznie jednak – zdaniem Adereta – zorganizowanie państwowych uroczystości z udziałem zagranicznych gości dla uczczenia wydarzenia tej rangi co wybuch drugiej wojny światowej bez odniesienia się do żydowskich ofiar to „historyczne zniekształcenie”.

W opinii publicysty odpowiedzialność za obecną sytuację ponosi także rząd Izraela. Wskazuje, że rząd Benjamina Netanjahu podpisał izraelsko-polską deklarację, „zrównującą antysemityzm z ‚antypolonizmem'”, oraz pozwolił, by sprawa ucichła, zamiast nalegać na debatę o historycznych kwestiach spornych. Przypomina przy okazji, że władze izraelskie do dziś nie ujawniły nazwisk badaczy odpowiedzialnych za sformułowanie tekstu deklaracji.

Jako jeden z powodów takiego stanowiska Izraela komentator „Haaretza” wskazuje politykę zagraniczną państwa żydowskiego. Zaznacza, że „polityka ta podkopuje (…) pamięć o ofiarach Holokaustu”.

W przeddzień przełomowej wizyty


Stanisław Michalkiewicz

 

W przeddzień wizyty Rewizora

Komentarz    tygodnik „Goniec” (Toronto)    1 września 2019

Wakacje się kończą, a na początek okresu powakacyjnego przypada 80 rocznica wybuchu II wojny światowej. Może w innej sytuacji nie wywołałaby ona aż takiego rezonansu, bo wiadomo, że dzisiaj przyjaźnimy się z Niemcami, w czym przoduje Wolne Miasto Gdańsk pod dyrekcją pani prezydent Dulkiewicz, która z tej okazji zaplanowała „radosny pochód”.

Nawiasem mówiąc, ta formuła trochę przypomina zarzut pewnego niemieckiego publicysty, który podczas II wojny światowej zarzucał Anglikom, że swoje imperium zbudowali podstępem, zdradą i fałszem, podczas gdy Niemcy swoje tworzą metodą „radosnej wojny”.

Oczywiście radosny pochód to jeszcze nie wojna ale tak czy owak od czegoś radosnego trzeba zacząć, tym bardziej, że 8 października przypada 80 rocznica dekretu Adolfa Hitlera o wcieleniu Wolnego Miasta Gdańska do Rzeszy, a – jak powtarzał Bolesław Piasecki – jeśli coś istnieje, to znaczy, że jest możliwe.

Wprawdzie legalność przyłączenia Wolnego Miasta Gdańska do Rzeszy również i dzisiaj budzi wiele wzruszających wątpliwości, podobnie jak przynależność Wolnego Miasta Gdańska do Polski – ale po co rozdrapywać stare rany?

Więc ta 80 rocznica może nie wywołałaby takiego rezonansu, gdyby nie zapowiedź wizyty w Warszawie amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa, któremu towarzystwa będzie dotrzymywał niemiecki prezydent Walter Steinmeier, no i oczywiście tubylczy prezydent Andrzej Duda, który najwyraźniej musiał sobie przypomnieć starą rzymską zasadę, że tres faciunt collegium, co się wykłada, że trójka tworzy zespół, zgodnie zresztą z inną rzymską zasadą, że omne trinum perfectum, co z kolei oznacza, że wszystko co potrójne jest doskonałe.

Dlatego być może zimny ruski czekista Putin zaproszony nie został – i słusznie – bo Zwiazek Sowiecki 1 września, kiedy to Niemcy za Polskę napadły, to jeszcze nic nie zrobił, zaś Armia Czerwona „wkroczyła” do Polski dopiero 17 września. Ale 17 września to już wszelki ślad po prezydencie Trumpie wystygnie, więc nie ma po co zimnego czekisty do Warszawy zapraszać.

Rozwodzę się nad tym specjalnie obszernie, żeby pokazać całą finezję, jaka towarzyszy naszej dyplomacji, dzięki czemu z każdej sytuacji wychodzimy obronnie – jak to się śpiewało w piosence bardzo popularnej za moich czasów w kołach wojskowych. Za to na sojuszników możemy liczyć w każdej sytuacji, więc naszej dyplomacji w sukurs przyszedł izraelski prezydent Reuven Rivlin, który zimnego ruskiego czekistę Putina zaprosił do Oświęcimia, jakby już występując w roli gospodarza miejsca.

Wszystko to być może, bo 75 rocznica zajęcia przez Armię Czerwoną obozu Auschwitz przypada dopiero 27 stycznia przyszłego roku. Kto wie, jak do tego czasu będzie wyglądała realizacja żydowskich roszczeń majątkowych przez Polskę? Być może ktoś to wie, więc dlaczego na przykład nie pan prezydent Rivlin, który z pewnością nie bez kozery wystąpił tu w roli gospodarza?

Jestem pewien, że prezydent Trump nie będzie szczędził nam komplementów, że mianowicie jesteśmy „małym, ale bardzo dzielnym narodem” – jak w swoim czasie w nowojorskiej siedzibie ONZ strażnik przywitał przedstawiciela UNESCO. Być może nawet obieca, że zrobi, co w jego mocy, by znieść wizy dla obywateli polskich – bo pani Żorżeta też już nam to obiecała – ale obawiam się, że sprawa ustawy nr 447 JUST zostanie pominięta milczeniem.

Prezydent Donald Trump nie ma bowiem żadnego interesu, by nie pytany miał w tej sprawie się wypowiadać, a z kolei prezydent Duda na pewno się na taką samowolkę nie odważy, czego dowody złożył podczas dwóch swoich wizyt w Białym Domu. W tej sytuacji nic nie zakłóci pomyślego przebiegu wizyty Dostojnego Gościa – bo chyba prezydent Steinmeier też nie będzie tego tematu poruszał?

Nie oznacza to, że prezydent Trump podczas swego pobytu w Polsce będzie zbijał bąki. Co to, to nie, choćby dlatego, że oto właśnie szajka 23 byłych polskich dyplomatów napisała do niego list zwracając mu uwagę, iż przyjeżdża do kraju „w którym praworządność nie jest już respektowana (…) prawa człowieka są ograniczane, a nasilające się represje wobec przeciwników politycznych i różnych mniejszości, zarówno etnicznych, religijnych, jak i seksualnych, są tolerowane nie tylko przez rząd, ale nawet przez niego inspirowane.

Przypomina to do złudzenia suplikę Konfederacji Targowickiej do Katarzyny przeciwko królowi Stanisławowi Augustowi, w których czytamy m.in.: „same prawa rozkazywały przy królach obieralnych obywatel cieszył się wolnością. Tym byliśmy. Wielka Monarchini, dziś straciliśmy i nie pozostaje nam nic innego, jak umrzeć, albo powrócić do stanu dawnego.

Szkoda, że szajka 23 byłych ambasadorów nie dopisała do swego listu konkluzji wieńczącej manifest Sewetyna Rzewuskiego z 14 maja 1992 roku: „Z tych powodów Sejm niniejszy za Sejm gwałtu i za illegalny” – zmieniając tylko słowo „Sejm” na słowo „Rząd”. Warto podać nazwiska sygnatariuszy tego listu, żeby prawdziwa niecnota nie pozostała bez nagrody. Oto one: Jan Barcz, Iwo Byczewski, Maria Krzysztof Byrski, Mieczysław Cieniuch, Tadeusz Diem, Grzegorz Dziemidowicz. Urszula Gacek, Adam W. Jelonek, Maciej Klimczak, Tomasz Knothe, Maciej Kozłowski (TW „Witold”), Maciej Koźmiński, Andrzej Krawczyk, Andrzej Krzeczunowicz, Henryk Lipszyc, Piotr Łukasiewicz, Jerzy Maria Nowak, Piotr Nowina-Konopka, Agnieszka Magdziak-Miszewska, Piotr Ogrodziński, Ryszard Schnepf, Grażyna Sikorska i Wojciech Tomaszewski.

Ciekawe jestem, co prezydent Trump powie na takie dictum? Możliwe, że zachowa się tak samo, jak Katarzyna, która dla uciśnionych przez despotyzm, zwłaszcza w wydaniu Stanisława Augusta, zawsze miała czułe serce. Taki manifest może być mu nawet na rękę w obliczu „śmiałych kroków”, których podjęcie wobec Polski zaleciło sekretarzowi Pompeo 88 senatorów.

Te „śmiałe kroki” mają skłonić rządców naszego bantustanu do przeforsowania „kompleksowego ustawodawstwa”, które żydowskim roszczeniom nadal pozory legalności i otworzy drogę do okupacji Polski. W takiej sytuacji każdy kolaborant się przyda, a tu zgłasza się 23-osobowa szajka, która w dodatku z niejednego komina wygartywała.

Nie sądzę bowiem, by im poradził, że skoro nie będą mogli „powrócić do stanu dawnego”, to nie pozostaje im nic innego, jak „umrzeć”, najlepiej w trybie samoobsługowym. Inna sprawa, że w takim przypadku dziury w niebie z pewnością by nie było, a kto wie, czy świat, uwolniony od tylu osobistości, z których każda reprezentuje tak poważny ciężar gatunkowy, nie odetchnąłby z ulgą?

Nie jest jednak wykluczone, że Donald Trump zrobi z tego listu użytek toaletowy, bo jego sygnatariusze z właściwym sobie taktem nie zauważyli słonia w menażerii. Chodzi o to, ze wybór Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych był zwycięstwem demokracji spontanicznej nad demokracją kierowaną.

W demokracji kierowanej obywatele, znaczy się – suwerenowie – głosują, jakże by inaczej – ale zgodnie ze wskazówkami Pani Wychowawczyni, podczas gdy w demokracji spontanicznej, głosują, jak chcą.

Niewątpliwie szajka 23 byłych ambasadorów skupia zwolenników demokracji kierowanej, podobnie jak szajka „byłych współpracowników Tadeusza Mazowieckiego”. I jedni i drudzy nie mogą przeboleć, że niektórzy suwerenowie nie posłuchali Guwernantki, podobnie jak zwolennicy demokracji kierowanej w Stanach Zjednoczonych, którzy przez całą kadencję próbowali Donalda Trumpa podsrywać.

Ale o to mniejsza, bo od losu zawiedzionych dzierżycieli praw nabytych do przewodzenia narodowi, ważniejsze są następstwa ustawy nr 447 JUST, które zostaną nam objawione najpóźniej w październiku, kiedy pan Pompeo będzie Kongresowi składał sprawozdanie. Jakie jest stanowisko Senatu, to już wiemy i z tej strony żadnej wyrozumiałości, ani nawet zrozumienia Polska spodziewać się nie może, a obawiam się, że i Izba Reprezentantów zachowa się podobnie, bo w przeciwnym razie całe masy dzieci zaczną sobie przypominać, jak to przed 40 laty były molestowane. I pomyśleć, że od czegoś takiego zależą losy całych narodów!

 

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Pewien psycholog przeniósł saperów z Tczewa do Niska


niewygodne.info.pl

  

     MON za PO usunął z Tczewa batalion saperów, mimo strategicznych mostów na Wiśle! Saperów przeniesiono 450 km dalej

poniedziałek, 2.09.2019 r.

foto: mapy.geoportal.gov.pl

Tczew to miasto w województwie pomorskim stanowiące ważny węzeł komunikacyjny dla całej Polski północnej. Krzyżuje się tam droga krajowa nr 22 (Berlin – Kaliningrad) z 91 (Śląsk – Bałtyk) oraz autostradą A1, jak również kolejowa magistrala węglowa nr 131 z linią kolejową 203. Wisłę na wysokości Tczewa przecinają dwa ważne mosty: lisewski oraz knybawski, a 20 km na północ – most na trasie S7. Właśnie z tego powodu w Tczewie przez wiele lat stacjonował Batalion Saperów. Wszystko uległo zmianie w 2011 r., kiedy MON nagle dyslokował Batalion na Podkarpacie (!).

16. Tczewski Batalion Saperów formalnie powstał w 1945 roku. Początkowo działał jako 47. Batalion Saperów i jego głównym zadaniem było rozminowanie terenów województwa gdańskiego. W pierwszych latach po wojnie żołnierze tego batalionu wykryli i unieszkodliwili ponad 700 tys. min i innych niewybuchów, rozminowali 28 mostów, 200 km dróg i ulic, sprawdzili ponad 300 ha ziemi ornej, łąk i lasów. W trakcie tych działań batalion stracił 9 żołnierzy, a kilku zostało rannych.

W 1951 roku Batalion został na stałe ulokowany w garnizonie w Tczewie. Miasto to już przed wojną uchodziło za kluczowy węzeł komunikacyjny, gdzie przecinały się główne szlaki drogowe oraz kolejowe. Co istotne – Wisłę na wysokości Tczewa przecinały również dwa ważne mosty: lisewski oraz knybawski. Choćby z tego powodu decyzja o stałym ulokowaniu saperów w tym mieście była jak najbardziej racjonalna. W 1992 roku batalion przyjął dziedzictwo tradycji przedwojennego 16. Batalionu Saperów wchodzącego w skład 16. Pomorskiej Dywizji Piechoty i przyjął nazwę 16. Tczewskiego Batalionu Saperów.

Pod koniec 2007 roku władzę w Polsce przejmuje Platforma Obywatelska, a ministrem obrony narodowej zostaje historyk Bogdan Klich. Pod jego kierownictwem MON przyjmuje „Program rozwoju sił zbrojnych do 2012 roku”, którego celem miało być m.in. „przeformowanie części jednostek, tak aby podnieść efektywność wykorzystania bazy koszarowej oraz szkoleniowej”.

W efekcie powyższego minister Klich podjął decyzję nr Z-28/Org./P1 z dnia 10 marca 2011 r. (która została przekuta w rozkaz Dowódcy Wojsk Lądowych nr PF-16/Org. z dnia 14 kwietnia 2011 r.) o tym, że 16. Tczewski Batalion Saperów zostanie podporządkowany dowódcy 21. Brygady Strzelców Podhalańskich, a sama jednostka zostanie dyslokowana do oddalonego o 450 km Niska w województwie podkarpackim. Saperzy ostatecznie opuścili Tczew 1 października 2011 r.


 

Powstaje pytanie: czy usunięcie batalionu saperów z Tczewa – miasta strategicznego pod względem komunikacyjnym dla całej Polski północnej, w którego okolicach ulokowane są trzy ważne przeprawy drogowo-kolejowe przez Wisłę – rzeczywiście przyczyniło się do „podniesienia wykorzystania bazy koszarowej”? Czym kierował się Bogdan Klich, kiedy podejmował decyzję o tym, aby dyslokować 16. Tczewski Batalion Saperów do oddalonego o 450 km Niska?

Źródła informacji:
> Tczew: Saperzy przenoszą się do Niska (DziennikBaltycki.pl)
> 16 Tczewski Batalion Saperów (Wikipedia)
> Wieslaw (Twitter.com)

Udostępnij ten tekst na swoim 

niewygodne.info.pl

blog niewygodny dla establishmentu III RP

Rugowanie w Watykanie Kościoła JPII


„Dlaczego wśród nowych kardynałów nie ma znowu Polaków?”. Przygnębiająca refleksja Terlikowskiego

Dodano 68 15 92 7668
Kolejne konklawe będzie teologicznie zdominowane przez zwolenników głębokiej zmiany. Reforma, a może trzeba powiedzieć wprost „nowa reformacja” się w Kościele umacnia – uważa publicysta tygodnika „Do Rzeczy” Tomasz Terlikowski.

„Dlaczego wśród nowych kardynałów nie ma (znowu) Polaków? Dlaczego Kościół, który – w porównaniu z wieloma wspólnotami na Zachodzie, także tymi, z których pochodzą nowi kardynałowie – ma się nieźle i jest żywy nie ma nowych kardynałów, a tradycyjne stolice kardynalskie w Polsce pozostają bez kardynałów?” – zastanawia się na Facebooku Tomasz Terlikowski. W ocenie publicysty, powodem takiego stanu rzaczy są konserwatywne, tradycyjne i wojtyliańskie poglądy naszych hierarchów. „Franciszek od dawna pokazuje, że takich hierarchów na kardynałów mianuje niechętnie” – wskazuje.

Jako przykład Terlikowski podaje sytuacje w USA. „Widać to doskonale w Stanach Zjednoczonych, gdzie niemal wszyscy najważniejsi arcybiskupi o poglądach postępowych i liberalnych są już kardynałami, a ci o poglądach konserwatywnych nimi nie są” – zauważa. „Kamienim probierczym jest tu stosunek do Komunii świętej dla rozwodników w nowych związkach. Kardynałami są tylko ci, którzy są za takim rozwiązaniem. Najlepszym tego przykładem jest arcybiskup Charles Chaput OFMCap., który mimo że ma pełne seminarium, ludzie go uwielbiają, a do tego jest arcybiskupem Filadelfii (a to oznacza, że jego diecezja związana jest z kapeluszem kardynalskim) nadal nie jest kardynałem. Jest nim natomiast znany ze swoich prohomoseksualnych wypowiedzi, nieprzychylnym okiem spoglądający na mocną obronę życia kardynał Blaise Cupich” – pisze publicysta.

Tomasz Terlikowski uważa, że właśnie ta sprawa uderza także w polskich hierarchów. „Kościół w naszym kraju nie przyjął wystarczająco entuzjastycznie zmiany zawartej w ‚Amoris laetitiia’ (sam papież mówi, że duszpasterskiej, ale zdaniem wielu teologów w istocie dogmatycznej) dotyczącej Komunii świętej dla rozwodników, inaczej niż w sporej części Kościoła na Zachodzie nie zgodził się na to. Jakby tego było mało Kościół w Polsce za często nadal odwołuje się do św. Jana Pawła II, a to nie jest mile widziane w Stolicy Apostolskiej. W takiej sytuacji trudno się spodziewać kreowania Polaków na kardynałów. Polski Kościół widziany z Rzymu jest zbyt konserwatywny. A papież Franciszek nie jest Janem Pawłem II, który na kardynałów mianował także reprezentantów inne linii w Kościele. niż swoja. Obecny Ojciec święty wiele mówi o decentralizacji i dialogu, jednak jego polityka nominacji niewiele ma wspólnego z tymi słowami” – czytamy.

Co z tego wynika dla Kościoła? Terlikowski pisze, że będzie to skutkowało tym, iż kolejne konklawe będzie teologicznie zdominowane przez zwolenników głębokiej zmiany. „Reforma, a może trzeba powiedzieć wprost „nowa reformacja” się w Kościele umacnia” – ocenia publicysta.

/ Źródło: Facebook
/ api

Niemiecka pacyfikacja mazowieckiej wsi


Zbrodnie Wehrmachtu. Pacyfikacja wsi Lipniak-Majorat na Mazowszu

© prawy.pl

2 września 1944 r., w odwecie za partyzancką działalność i niepowodzenia na froncie, oddziały Wehrmachtu wymordowały 448 Polaków – mieszkańców wsi Lipniak-Majorat i sąsiednich miejscowości. W gronie ofiar znalazło się wiele kobiet i dzieci.

Znajdujące się na terenach powiatu ostrowskiego struktury Armii Krajowej działały przede wszystkim w lasach Puszczy Białej. Pod koniec lipca 1944 r. rozpoczęto tam przygotowania do akcji „Burza”. Miejscowe struktury konspiracyjne przekształcono wówczas w III batalion 13. pułku piechoty AK.

W sierpniu 1944 r. oddziały AK prowadzące aktywne działania bojowe w rejonie puszczy dokonały szereg akcji dywersyjnych oraz urządzały zasadzki na wycofujące się w kierunku zachodnim oddziały nieprzyjaciela. Pod koniec miesiąca doszło do polsko-niemieckiego starcia pod Pecynką, największej bitwy partyzanckiej stoczonej przez oddziały AK na tamtych terenach.

W odwecie za partyzanckie ataki i poniesione straty Niemcy rozpoczęli rozprawę z lokalną ludnością – mieszkańcami gminy Długosiodło oraz uciekinierami szukającymi w puszczy schronienia przed działaniami frontowymi. 31 sierpnia w miejscowościach Małaszek i Plewki rozstrzelano w sumie ok. 40 osób.

Do największej zbrodni doszło w miejscowości Lipniak-Majorat 2 września 1944 r. Niemcy rozpoczęli akcję od ostrzelania z pojazdów opancerzonych pobliskich lasów, następnie przez wieś i okoliczne pola przeszła obława. Schwytanych Polaków skoncentrowano w kilku punktach wsi. Wszystkim zatrzymanym, także kobietom i dzieciom, zarzucono współpracę z partyzantami.

Większość mieszkańców wsi rozstrzelano ogniem broni maszynowej nad trzema zbiorowymi mogiłami. Egzekucje mniejszych grup przeprowadzano też na pobliskich polach i zagajnikach. Zwłoki zasypywano ziemią, część rannych zakopano żywcem.

Na podstawie ekshumacji przeprowadzonych po wojnie ustalono, że z rąk niemieckich poniosło śmierć 448 Polaków. Zidentyfikowano 129 ofiar, w tym 55 dzieci poniżej 18. roku życia.

W 1972 r. na jednej ze zbiorowych mogił w Lipniaku-Majoracie odsłonięto pamiątkowy głaz. Obok ustawiono 16 betonowych krzyży zgromadzonych w czterech kwaterach.

Autor: Paweł Brojek
Źródło: Mieczysław Bartniczak: Lipniak Majorat oskarża i przypomina. 2 IX 1944. Ostrołęka: Wojewódzki Komitet Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Ostrołęce, 1989

%d blogerów lubi to: