Andrew Korybko: Zachód udowadnia, że ma za nic lojalność Polski


Andrew Korybko: Zachód udowadnia, że ma za nic lojalność Polski

Polska, jeden z najbardziej lojalnych członków UE, została pchnięta sztyletem w plecy przez Brukselę po tym, jak blok zainicjował przeciwko niej karną procedurę w ramach Artykułu 7. – udowadniając, że wieloletnia, niezachwiana lojalność Warszawy wobec Zachodu była bezwartościowa przez cały czas, dając tym samym Polakom powód do ponownego rozważenia, czy nadszedł czas, aby próbowali przywrócić Polsce dawno utracony status mocarstwa w Europie.

Wielu Polaków było zszokowanych słysząc, że Bruksela zaczęła proces wprowadzania sankcji przeciwko ich ojczyźnie – nawet pomimo tego, że wszyscy wiedzieli, iż jest to bardzo prawdopodobny scenariusz. Od wielu miesięcy bowiem UE ostrzegała Polskę, że nie będzie tolerować reform wymiaru sprawiedliwości PiS, uznając je za „antydemokratyczne” pomimo tych samych, przewidywanych zmian, które już obowiązują w wielu krajach Europy Zachodniej. PiS chce tylko, aby sędziowie czuli odpowiedzialność przed ludźmi, zamiast „kryć” siebie nawzajem – w ten sposób łamiąc kliki sięgające swymi korzeniami ery komunistycznej, które wciąż kontrolują sądy w kraju. Jest to kluczowe w nowoczesnym kontekście, ponieważ PiS podąża za ideologią eurorealizmu, dążąc do zwiększania suwerenności Polski w UE. Jednak wizja większej niezależności Polski stoi w bezpośredniej sprzeczności z europejską hegemonistyczną ideologią euroliberalizmu – która zamiast tego chce, by wszystkie państwa członkowskie były podporządkowane niewybieralnej biurokracji w Brukseli.

Eurorealizm kontra euroliberalizm

Sprawa jest ważna dla Polski, ponieważ poprzedni rząd Platformy Obywatelskiej (PO) wraz z sojusznikami „uporządkowali” sądy przed odejściem od władzy, już po tym, jak obecnie rządzące PiS wygrało większość wyborczą w 2015 roku, co było już samo w sobie bezprecedensowym wydarzeniem w historii postkomunistycznej Polski. Byłym liderem PO jest obecny przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk, a on i jego organizacja są popularnie uznawani za pełnomocników Niemiec w Polsce. Z drugiej strony PiS jest sprzymierzony z partią Fidesz premiera Węgier Wiktora Orbana, z którą dzieli wiarę w konserwatywną ideologię eurorealizmu. Od dawna europejski euroliberalizm znajdował się na szczycie w Europie od zakończenia zimnej wojny, ale globalna recesja gospodarcza w 2008 r.  i kryzys migracyjny w 2015 r. wywołały ruchy oddolne w całej Europie Środkowej i Wschodniej, które można zinterpretować jako wyraz nagłego wzrostu nastrojów eurorealistycznych.

Węgry, kraj niewielki i bez dostępu do morza, nie jest w stanie wymusić zmian w skali całego bloku UE, jednak Polska jako jego większy partner z Grupy Wyszechradzkiej ma dużo większe na to szanse, dlatego też Budapeszt przekazał Warszawie ideową pałeczkę lidera „Intermarium” (Inicjatywy Trzech Mórz). Niemcy czują się zagrożone partnerstwem strategicznym Polski i Węgier, wyczuwają też, że zwykli obywatele krajów Europy Środkowo-Wschodniej, dotychczas pozostający pod ich wpływem, uwalniają się odeń. Patrzą na tych ludzi z przerażeniem, gdy odrzucają oni niebezpieczny euroliberalizm zagrażający ich tożsamościom narodowym, zastępując go paradygmatem eurorealizmu, który obiecuje je chronić. Najpotężniejszym przejawem tego trendu w praktyce jest niepodważalna odmowa przyjęcia przez Polskę i Węgry nawet jednego przymusowo osiedlonego uchodźcy – podczas gdy Czechy przyjęły zaledwie kilkunastu z nich. Z tego powodu Bruksela grozi sankcjami wszystkim trzem wymienionym krajom – czyniąc to w imieniu Berlina.

Motyw imigrantów

Mając to na uwadze, wielu ludzi uważa, że art. 7 został wszczęty przeciwko Polsce w celu ukarania jej za najpotężniejszy i najbardziej otwarty sprzeciw spośród państw-członków „Inicjatywy Trzech Mórz” przeciwko przymusowemu systemowi relokacji migrantów w UE, a kwestia reform sądownictwa to jedynie wygodna wymówka. Unia chce uczynić przykład z Polski po tym, jak została całkowicie upokorzona przez nowego premiera Mateusza Morawieckiego, który obiecał na początku tego miesiąca, że ponownie uczyni Europę chrześcijańską, odrzucając w ten sposób „wartości” bloku. „Kolorowa rewolucja” KOD nie zdołała obalić rządu po prawie dwóch latach, a jeśli cokolwiek osiągnęła, to przyniosło skutek odwrotny do zamierzonego, ponieważ władze i ich zwolennicy ujawnili związki ruchu kierowanego przez PO z Niemcami i Georgem Sorosem – co jedynie wzmocniło pozycję PiS wewnątrz kraju.

Polska kontrofensywa

Teraz, aby Polska mogła w pełni uwolnić swój regionalny potencjał przywództwa, należy zreformować sądownictwo i uniemożliwić wszelkie „przewroty konstytucyjne”, mające na celu zablokowanie planów PiS w zakresie realizacji jego historycznego mandatu wyborczego, co właśnie zrobił prezydent Andrzej Duda zaraz po ogłoszeniu uruchomienia przez UE wobec Polski Artykułu 7. Udowadniając, że Polska nie będzie zastraszana, prezydent Duda wyzywająco podpisał najbardziej „kontrowersyjne” akty prawne, które wcześniej wstrzymywał – tym samym stawiając kraj na drodze „bez odwrotu”. Warszawa ma formalnie trzy miesiące, by odpowiedzieć na obawy Brukseli dotyczące „zagrożenia demokracji”, ale jest wysoce nieprawdopodobne, by prezydent cofnął swój ruch. Dlatego kolejnym krokiem eurokratów jest uzyskanie poparcia co najmniej 22 państw spośród 28 członków UE, aby wydano oficjalne „ostrzeżenie” dla Warszawy, zanim spróbują odebrać jej uprawnienia do głosowania w ramach bloku. Ta bezprecedensowa kara nie może być jednak wdrożona bez jednogłośnego porozumienia, a Węgry przysięgły jej się sprzeciwić, mimo że taki krok stawia premiera Orbána przed groźbą kolorowej rewolucji (wspieranej przez Niemcy) przed przyszłorocznymi wyborami.

Od społecznych kompleksów do geopolitycznych kontekstów

Wyjaśniwszy okoliczności, w których po raz pierwszy w historii UE pojawia się realne ryzyko zastosowania Artykułu 7., należy opisać reakcje, które ten bezprecedensowy fakt wzbudził w Polsce. Jej społeczeństwo jest pełne kompleksów ze względu na swoją historię, a najważniejszym z nich jest instynktowne unikanie odpowiedzialności za wszystkie swoje godne ubolewania doświadczenia na przestrzeni wieków. Jedną z form, która to przyjmuje, jest koncepcja „rosyjskiej winy”, zgodnie z którą wschodni sąsiad cywilizacyjny Polski występuje zawsze jako wcielona groźba, wiecznie knująca, by podważyć fundamenty państwowości polskiej – ponosząc tym samym winę za wszystko, co złego dzieje się w Polsce. USA umiejętnie zmanipulowały tę głęboko zakorzenioną cechę polskiego społeczeństwa, aby przyśpieszyć włączenie tego kraju w struktury NATO, by wykorzystać go jako trampolinę przeciwko Rosji – co przyznaje administracja Trumpa w Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, gdzie napisano, że „europejscy sojusznicy” i partnerzy Waszyngtonu „zwiększają [jego] zasięg strategiczny, zapewniając dostęp do praw bazowania i przelotów dla operacji globalnych „.

Jeśli chodzi o inne przejawy tego kompleksu socjologicznego, niemal wszyscy Polacy uczynili pojęcie „zachodniej zdrady” nieodłączną częścią swojej narodowej tożsamości, po tym gdy alianci zachodni zdradzili Polskę, zostawiając ją samą we wrześniu 1939 roku, pomimo obietnicy ochrony w razie ataku Hitlera. Do tamtej pory Polacy mieli naiwnie ufny pogląd na Zachód, który był niczym innym, jak radykalną ideologiczną reakcją na równie skrajne pojęcie „rosyjskiej winy”. Jednak ten „niewinny” wizerunek całkowicie legł w gruzach, gdy Wielka Brytania i Francja odmówiły pomocy, skazując Polskę na wieloletnią nazistowska okupację. Hitlerowi pozwolono zabrać się do pracy nad realizacją jego „Ostatecznego rozwiązania”, ostatecznie doprowadzając do śmierci około piątej części przedwojennej ludności Polski, w osławionych obozach Auschwitz-Birkenau i Treblince.

Chociaż Polacy nigdy nie zapomnieli, ile wycierpieli z powodu zdrady Zachodu, wkrótce znaleźli sposoby, aby „przebaczyć” lub przynajmniej usprawiedliwić swoich sojuszników – z powodu komunizmu narzuconego przez ZSRR, który na nowo rozpalił wielowiekową koncepcję „rosyjskiej winy”, całkowicie unieważniając wszelką niechęć Polaków do Zachodu. Polacy byli więc bardziej niż chętni do zrzucenia sowieckich rządów i z dumą stali się pierwszym niekomunistycznym krajem w bloku wschodnim po rozmowach Okrągłego Stołu w 1989 roku, oraz późniejszych wyborach, które umożliwiły społeczeństwu całkowite otwarcie się na Zachód i wdrożenie zmian instytucjonalnych państwa w duchu zachodnim. Jednak przez cały ten czas, emocjonalnie nastawieni Polacy w ogóle nie postrzegali żadnego z ich dwóch kompleksów jako uwarunkowanych geopolityką, zamiast tego woleli postrzegać je przez soczewki emocjonalne. Gdyby myśleli w bardziej „chłodny” sposób, nie byliby tak zszokowani obecną sytuacją, gdy Zachód zdradził ich po raz drugi, grożąc sankcjami Polsce.

Prawdziwa zdrada Zachodu

Kompleksy „rosyjskiej winy” i „zachodniej zdrady”, które przenikają całe społeczeństwo polskie, wynikają z geopolityki, a nie z wrodzonej nienawiści Rosjan czy obywateli Zachodu wobec Polaków. To nie jest usprawiedliwianie tego, co się wydarzyło, ale jedynie próba wyjaśnienia sytuacji we właściwym kontekście – czego nie można o powiedzieć o tym, co UE zrobiła właśnie Polsce. Sankcjonując swojego największego, najbardziej lojalnego i całkowicie oddanego postkomunistycznego sojusznika, Zachód tym razem naprawdę zdradził Polskę. Polacy zostali w pewien sposób „zaprogramowani” na to, by sądzić, że Rosjanie są „źli”, a ich zachodni partnerzy „dobrzy”, ale polityczne uprzedzenia są teraz obalane z powodu wykorzystania przez Brukselę Artykułu 7. Chociaż od dawna pewne podejrzenia ciążyły na Zachodzie, to „pierwsza zachodnia zdrada” zostały w dużym stopniu przykryta „Rosyjską Winą”, jak wcześniej wyjaśniono. Polacy mogliby „oczekiwać” czegoś podobnego od Rosji, ale wielu z nich nigdy nie sądziło, że to ich zachodni „przyjaciele” będą nastawać na suwerenność ich ojczyzny.

Polska i jej społeczeństwo uczyniły wszystko co w ich mocy, by zintegrować się z Zachodem – demonstrując przy tym coś, co można dokładnie scharakteryzować jako kompleks niższości, który rozwinął się w reakcji na wyższość, którą tradycyjnie odczuwali wobec Rosjan. Polacy odegrali kluczową rolę w demontażu komunizmu i bloku wschodniego, przyczyniając się do rozpadu Związku Radzieckiego w swój własny geopolityczny sposób, ale zamiast być „nagradzani” przez Zachód są teraz karani. Większość Polaków rozumie, bez względu na to, czy przyznają się, czy nie, że ich partnerstwo ze Stanami Zjednoczonymi wynika głównie ze wspólnej antyrosyjskiej polityki zagranicznej obu państw, a zakup systemów antyrakietowych „Patriot” jest w gruncie rzeczy łapówką, aby utrzymać Waszyngton po stronie Warszawy podczas jej potyczki z Brukselą. Dotychczas przytłaczająca większość Polaków w pewnym stopniu uważała, że ​​ich relacje z Europą Zachodnią są „bardziej szczere”, choć ta iluzja została teraz całkowicie rozproszona u wszystkich (może z wyjątkiem najbardziej dogmatycznych, rewolucyjnie nastawionych euroliberałów) – przez prawdziwą Zachodnią Zdradę, która właśnie miała miejsce.

Na drodze do statusu mocarstwowego

Nie jest przesadą stwierdzenie, że Polacy są narodem patriotycznym, a ich historyczna opowieść przesiąkła ideą, że ich kraj jest nieustannie oblegany z zagranicy. Ta mentalność tłumaczy, dlaczego większość społeczeństwa wspiera rząd PiS, odrzucający projekt Brukseli, aby przymusowo przesiedlić cywilizacyjnie odmiennych imigrantów do ich ojczyzny. Natomiast reformy sądownictwa, choć początkowo wydawały się dużo bardziej polaryzujące społeczeństwo, to fakt, że doprowadziły one do bezpośredniego, utrzymanego w protekcjonalnym tonie ataku zagranicy na polskie władze sprawił, że większość „umiarkowanych” członków opozycji krajowej wyłamała się z szeregów „kolorowych rewolucjonistów”, w celu obrony kraju przed tak jednoznaczną, asymetryczną ofensywą przeciwko niemu. To jedna rzecz dla osoby, która została wprowadzona w błąd, kiedy myślała, że ​​bierze udział w „Solidarności swoich czasów” i „podążaniu śladami swoich rodziców”, a zupełnie inna, by kontynuować uczestnictwo w zewnętrznie kierowanym ruchu – który objawił się w końcu jako piąta kolumna, usiłująca obalić rząd w imieniu Niemiec po tym, jak Bruksela wydała deklarację wojny hybrydowej przeciwko Polsce.

Nie ma znaczenia, czy oni nienawidzą PiS i tego, co reprezentuje, czy nie – kiedy naród jest atakowany, Polacy tradycyjnie jednoczą się ponad podziałami – a w przypadkach, gdy zniekształcone przez wpływy obce wewnętrzne podziały nie pozwalają na to, tracą swoją niepodległość. Choć należy przyjąć za pewnik, że znaczna część Polaków (zwłaszcza młodzieży) mogła zostać poddana praniu mózgu przez ideologię euroliberalną w ciągu ostatniego ćwierćwiecza, to jednak charakterystyczne dla tego kraju cechy cywilizacyjne tradycjonalizmu, konserwatyzmu, a zwłaszcza patriotyzmu, nadal istnieją – szeroko obecne w społeczeństwie. Oznacza to, że ​​większość Polaków prawdopodobnie zjednoczy się w proteście przeciwko zewnętrznemu wrogowi, jakim stały się zachodnie elity polityczne UE. Nie oznacza to, że Polacy są „antyzachodni”, ale po prostu, że są przeciwko totalitaryzmowi podobnemu do sowieckiego, do którego UE się upodobniła. Zamiast opuszczać instytucje unijne i zachodnie, chcą je zreformować poprzez „Inicjatywę Trzech Mórz”, aby bardziej szanowano narodową suwerenność i inne wartości – co do których Polacy wcześniej myśleli (błędnie), że będą mogli reprezentować je w ramach Unii – jednak oszukano ich.

Długo oczekiwany przez Polskę historyczny moment nadszedł wreszcie i kraj rozpoczyna trudną kampanię, mającą na celu przywrócenie jej statusu mocarstwa w Europie, stając się ideowym światłem na kontynencie. Warszawa sprawuje prymat przywódcy w przestrzeni Europy Środkowej i Wschodniej, dzielnie sprzeciwiając się zastraszaniu przez Berlin i Brukselę, a ostatnia – i tym razem, bezdyskusyjnie prawdziwa – Zachodnia Zdrada była czerwoną linią, którą trzeba było przekroczyć, aby wzmocnić poparcie społeczeństwa dla tych idei. Coraz bardziej nerwowa demoliberalna mniejszość w kraju jest mocno nastawiona na wprowadzanie w błąd innych, przedstawiając ostatnie wydarzenia jako skutki „błędu” rządu PiS, mając na celu zmniejszenie zaufania doń społeczeństwa i wewnętrzną destabilizację Polski – która wciąż jeszcze nie uwolniła siebie i regionu od ekonomicznych łańcuchów kurateli Niemiec. Nikt nie powinien więc oczekiwać, że to, co Polska stara się zrobić będzie łatwe, lub że przyniesie natychmiastowe rezultaty. Faktem, na którym wszyscy powinni się skupić, jest to, że Warszawa przekroczyła Rubikon w swoich stosunkach z Brukselą, i że już nigdy nic nie będzie takie samo między nimi.

Andrew Korybko

Oryginalny artykuł (w j. angielskim) opublikował „Oriental Review”.  Tłumaczenie za zgodą Autora.


Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.