Afery są efektem neoliberalnej polityki państwa


OnetWiadomości

 

Onet

dzisiaj 08:38

Beata Siemieniako: nie da się mówić o aferze reprywatyzacyjnej, nie mówiąc o dramacie lokatorów

Mateusz Zimmerman 

dziennikarz i publicysta

 

Tak zawana afera reprywatyzacyjna nie wybuchła po tym, jak znaleziono zwęglone zwłoki Jolanty Brzeskiej na Kabatach, ale po ujawnieniu, że zreprywatyzowano kawałek parkingu w centrum Warszawy wart 160 mln złotych. Do wyobraźni polskiej opinii publicznej bardziej trafia wizja „przekrętów” na gigantyczne pieniądze niż dramaty dziesiątek tysięcy lokatorów z mieszkań komunalnych – mówi prawniczka Beata Siemieniako w rozmowie z Onetem.

 

Afera reprywatyzacyjna dotyczyła nieruchomości w Warszawie, ale proceder dotyczył również innych miastFoto: OnetAfera reprywatyzacyjna dotyczyła nieruchomości w Warszawie, ale proceder dotyczył również innych miast

  • Afera reprywatyzacyjna to nie tylko „przekręty”, ale efekt neoliberalnej polityki państwa – twierdzi prawniczka współpracująca z organizacjami lokatorskimi
  • Według Beaty Siemieniako komisja weryfikacyjna ds. warszawskiej reprywatyzacji w wielu przypadkach będzie zmuszona „rozłożyć ręce”, a efekty jej pracy będą „rozczarowujące”
  • Rozmówczyni Onetu uważa, że PiS podczas prac nad nowelizacją ustawy o ochronie praw lokatorów zmarnowało szansę, aby chronić emerytów i rencistów przed drastycznymi podwyżkami czynszów
Beata Siemieniako – prawniczka (absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego i Cardiff Law School), aktywistka, współzałożycielka i członkini Sekcji Praw Człowieka przy Okręgowej Radzie Adwokackiej w Warszawie. Publikowała m.in. w "Krytyce Politycznej", "Kulturze Liberalnej", "Młodej Palestrze" i "Codzienniku Feministycznym". Pracuje nad książką (premiera zaplanowana na jesień br.) na temat związków pomiędzy neoliberalną polityką mieszkaniową i aferą reprywatyzacyjną. Od 2014 roku nieodpłatnie udziela porad prawnych w Komitecie Obrony Praw Lokatorów.

Mateusz Zimmerman: Przesunęła pani naszą rozmowę o godzinę – w międzyczasie dowiedziałem się, że z ważnego powodu.

Beata Siemieniako: Na ogół w Komitecie Obrony Praw Lokatorów staramy się zajmować takimi sprawami z wyprzedzeniem, ale czasem zdarzają się przypadki niecierpiące zwłoki i trzeba działać natychmiast.

Interweniowała pani w sprawie matki trojga niepełnosprawnych dzieci z Żyrardowa. Mogę zapytać o szczegóły?

Rodzina miała być wyeksmitowana na ulicę z lokalu własnościowego – długi za mieszkanie narosły do wysokości 20 tys. zł. Nie było oficjalnego zawiadomienia o eksmisji, ale komornik przyszedł do tej kobiety i powiedział, że do piątku ma dobrowolnie opuścić lokal, bo inaczej następnego dnia ją eksmituje i – tu polegam na jej relacji – ona trafi do baraku na Okęciu, a jej dzieci do domu dziecka.

Następnego dnia, czyli w Wielką Sobotę – dobrze rozumiem?

Tak.

I co się w takiej sytuacji robi?

Złożyliśmy do sądu wniosek o zawieszenie egzekucji, a także o przyznanie tej rodzinie prawa do lokalu socjalnego, bo powinna je otrzymać.

Ostatecznie okazało się, że do tej eksmisji przed świętami nie dojdzie, choć tak czy inaczej, nie wykluczam skargi na komornika. Nie dość, że prawdopodobnie groził dłużnikowi bez żadnej podstawy, co jest przekroczeniem uprawnień, to jeszcze kiedy do niego zadzwoniłam, aby się zorientować w sprawie, żądał ode mnie numeru PESEL czy adresu i straszył „zgłoszeniem sprawy na policję”.

Typowa sprawa?

Jeśli chodzi o zachowanie komornika – jednak nie, bo tu było ono skandaliczne i sprzeczne z prawem. Jeśli chodzi o interwencje „na wczoraj” – w jakimś sensie typowa: w ostatniej chwili dała nam znać koleżanka eksmitowanej i tylko dlatego mogliśmy coś jeszcze zrobić. Ludzie najbardziej potrzebujący pomocy sami zwlekają do ostatniej chwili, by o nią poprosić, a czasem nie robią tego w ogóle.

Dlaczego zwlekają?

Ze wstydu. Ludzie, którzy w spiralę zadłużenia wpadli bez własnej winy – nie są przecież przestępcami – po prostu się wstydzą. Na ogół mierzą się z sytuacją, która przerasta ich możliwości.

Ktoś nagle zachorował i był zmuszony płacić krocie za leczenie, więc nie płacił za czynsz. Ktoś ma niepełnosprawne dzieci i wychowuje je samotnie, więc nie może pracować na dobrze płatny cały etat. Ktoś inny jest na emeryturze i nie bardzo może się przekwalifikować, zakładać firmę czy szukać dodatkowych źródeł dochodu.

Skoro mowa o emerytach: często to są ludzie, którzy przez całe życie robili wszystko, żeby „być w porządku”: płacili podatki, odkładali na czarną godzinę, płacili czynsz w terminie. Nagle się okazuje, że ktoś im narzuca czynsz, który jest np. dwa razy wyższy niż ich emerytura – a tak się zazwyczaj dzieje w zreprywatyzowanych kamienicach.

Na końcu tej drogi jest eksmisja. Gorzej znoszą to mężczyźni – w tradycyjnym modelu rodziny to oni na ogół zapewniali rodzinie dach nad głową, po czym, już kiedy są na emeryturze, ktoś ich tego dachu pozbawia. To są sprawy nie do przeskoczenia. Mam wrażenie, że kobietom łatwiej jest o tym mówić, prosić o pomoc. O ile oczywiście wiedzą, gdzie jej szukać.

(…) często to są ludzie, którzy przez całe życie robili wszystko, żeby „być w porządku”: płacili podatki, odkładali na czarną godzinę, płacili czynsz w terminie. Nagle się okazuje, że ktoś im narzuca czynsz, który jest np. dwa razy wyższy niż ich emerytura – a tak się zazwyczaj dzieje w zreprywatyzowanych kamienicach.Beata Siemieniako

W ciągu ostatniego roku reprywatyzacja stała się tematem dla mediów. Wreszcie – można powiedzieć, ale mam jednak wrażenie, że to zainteresowanie jest cokolwiek jednostronne.

Podzielam to wrażenie. Sporo można usłyszeć i przeczytać o kupcach roszczeń, przejmowaniu nieruchomości „na kuratora z Karaibów”, wyciekach informacji z warszawskiego Biura Gospodarki Nieruchomościami. Dobrze, że ktoś się wreszcie zabrał za piętnowanie nadużyć i że publicznie się o tym rozmawia – latami nawet o to nie można było się doprosić.

Musimy jednak pamiętać, że tzw. afera reprywatyzacyjna nie wybuchła po tym, jak znaleziono zwęglone zwłoki Jolanty Brzeskiej na Kabatach, ale po ujawnieniu, że zreprywatyzowano kawałek parkingu w centrum Warszawy wart 160 mln zł. Do wyobraźni polskiej opinii publicznej bardziej trafia wizja przekrętów na gigantyczne pieniądze niż dramaty dziesiątek tysięcy lokatorów z mieszkań komunalnych.

Spróbuje mi pani wyjaśnić, dlaczego tak jest?

Polskie lata 90. wytresowały nas do kultu prawa własności. Jest on powszechny, a więc panuje nie tylko wśród ludzi, którzy uważają się za klasę średnią albo do niej aspirują.

W tym modelu własność jest święta, a każdy ma radzić sobie sam. Lokatorzy komunalni z tego punktu widzenia są „gorsi”, bo zajmują lub zajmowali mieszkanie, które nie stanowi ich własności. Łatwo przykleić im taką łatkę, że przez lata najmu komunalnego żyli w zasadzie na cudzy koszt – co oczywiście nie jest prawdą.

Lokatorzy komunalni słyszeli taką narrację: „trzeba było sobie wykupić mieszkanie, a jak nie wykupiłeś, to masz problem” – jeśli byli starsi. A jeśli młodsi: „wynocha, weź kredyt i kup sobie mieszkanie”. Nawet tzw. frankowicze mogli i mogą liczyć na więcej zrozumienia – właśnie dlatego że kupowanie mieszkania na kredyt jest dążeniem do osiągnięcia własności.

Ilu lokatorów w Polsce padło ofiarą reprywatyzacji? – pytam o to, ilu musiało opuścić mieszkania, które wraz z rodzinami zajmowali przez wiele lat.

W samej Warszawie zapewne kilkadziesiąt tysięcy ludzi – a przecież zjawisko dotyczy nie tylko stolicy, ale również Poznania, Łodzi, Krakowa czy Trójmiasta.

Nie da się ustalić dokładnych liczb. Pewna część lokatorów nie została przecież eksmitowana, ale wyprowadziła się pod naciskiem, którego częścią były drastyczne podwyżki czynszów. Inni wyprowadzali się z pozoru dobrowolnie, bo na podstawie „ugody” z nowym właścicielem – tyle że w istocie chodziło o to, aby wyprowadzili się jak najszybciej, za to bez narastającego zadłużenia z tytułu czynszu.

To się nadal dzieje?

Oczywiście. Wprawdzie zwroty kamienic zostały nieco ograniczone przez małą ustawę reprywatyzacyjną [uchwalona w sierpniu 2016 r. – przyp. MZ], ale w samej Warszawie nadal czeka na zwrot 58 kamienic, co do których zapadły już urzędnicze decyzje. A więc następne kilka tysięcy ludzi będzie musiało szukać dachu nad głową.

Wielu ludzi, których reprywatyzacja nigdy nie dotknęła, ciągle nie do końca rozumie położenie lokatorów komunalnych – i wobec gminy, która zarządzała nieruchomością, i wobec właściciela, który ją odzyskuje. Opowie mi pani o punkcie widzenia właśnie lokatora?

Wyjaśnijmy, że przekazanie zreprywatyzowanej kamienicy w ręce właściciela umożliwia tzw. decyzja zwrotowa. Lokatorzy takich kamienic właściwie w żaden sposób nie dowiadywali się, że tego typu sprawa się toczy, a jeśli już, to szeptano o tym pokątnie – a to dlatego, że miasto, nie tylko w Warszawie, nie uważało ich za stronę.

Z formalnego punktu widzenia umowy najmu komunalnego po prostu przechodziły na prywatnego właściciela. Nikt przy tym nie organizował dla mieszkańców żadnego spotkania informacyjnego – choćby po to, aby im powiedzieć, czy dotychczasowe umowy najmu wciąż obowiązują, jakie mają prawa i czego mogą się spodziewać. O tym, że zostali wrzuceni na wolny rynek najmu, dowiadywali się na ogół z pierwszego pisma informującego o podwyżce czynszu.

Reprywatyzacja w Warszawie. Ratusz wskazuje kolejne „śpiochy” do wybudzenia

    Zobacz więcej

    Uzasadnionej czy nie?

    Tu dochodzimy do nieuchronnego konfliktu interesów. W ręce właściciela kamienica trafia z reguły w stanie od dawna nieremontowanym – miasto, wiedząc o roszczeniach, nie inwestowało w nią przecież publicznych pieniędzy. Konieczny jest więc remont i z reguły oznacza to poważną inwestycję, więc właściciel oczekuje, że koszty, które będzie musiał ponieść, zwrócą się dzięki podwyżce czynszów. Tyle że lokatorzy najczęściej nie są w stanie znieść ciężarów tych podwyżek.

    Czy winą właścicieli jest to, że chcą zarabiać na odzyskanej nieruchomości albo przynajmniej do niej nie dokładać?

    Właściciele robią to, na co państwo i prawo im pozwala. Z tego względu uważam, że za tę sytuację w większym stopniu odpowiada samorząd. Zwrot kamienic w naturze, z lokatorami w pakiecie – to jest kwestia wyboru pewnej polityki. Kwestię ochrony przed podwyżkami czynszów państwo też zaniedbało.

    Ustawa o ochronie praw lokatorów określa przecież te kwestie.

    Dalece niewystarczająco. Dzisiaj ciągle nic nie chroni np. emeryta czy rencisty przed podwyżką, która przekracza jego możliwości finansowe. PiS zmarnowało szansę, żeby zająć się tą kwestią podczas prac nad nowelizacją ustawy.

    Zapisana jest w niej formuła „godziwego zysku”, który przysługuje właścicielowi – niezwykle ogólna. Generalnie właściciel ma bardzo szerokie możliwości podwyższania czynszu. Może to robić raz na pół roku – bywa to kwestia dobrego uzasadnienia „na papierze”. Natomiast lokatorzy mają bardzo ograniczone środki ochrony przed podwyżką.

    Można ją zaskarżyć w sądzie, ale to często skomplikowane postępowanie cywilne: potrzebna jest pomoc prawnika, czasem trzeba powołać biegłego, a za to także trzeba zapłacić. Niektórzy lokatorzy są uparci, w takich sytuacjach walczą z zasady, ale to mniejsza część – większość się poddaje. A w razie trzymiesięcznej zwłoki w opłacaniu czynszu lokatora można eksmitować. Podwyżki pozostają więc najskuteczniejszą metodą, żeby zmusić niechcianego lokatora do opuszczenia mieszkania.

    Właściciele robią to, na co państwo i prawo im pozwala. Z tego względu uważam, że za tę sytuację w większym stopniu odpowiada samorząd. Zwrot kamienic w naturze, z lokatorami w pakiecie – to jest kwestia wyboru pewnej polityki.Beata Siemieniako

    Często z wyhodowanymi długami. Może mi pani wyjaśnić ten mechanizm?

    Osoba, której grozi eksmisja z powodu nieregulowania podwyższanego czynszu, może się ubiegać o przydział lokalu komunalnego. Jeśli okaże się, że kwalifikuje się do jego otrzymania, to trafia do olbrzymiej kolejki oczekujących – takich lokali jest po prostu za mało w stosunku do potrzeb. Co jednak najistotniejsze: w trakcie oczekiwania na lokal komunalny nic nie „zamraża” podwyżek czynszu, który po wypowiedzeniu staje się tzw. odszkodowaniem za bezumowne korzystanie z lokalu.

    Lokatora nie stać, więc nie płaci, a dług narasta, często do rozmiarów niespłacalnych. W taką spiralę zadłużenia wpadła np. Ewa Andruszkiewicz – o tej sprawie było ostatnio bardzo głośno; pokazuje ona zresztą, że problemy lokatora niekoniecznie kończą się wraz z eksmisją.

    Natomiast jeśli już dojdzie do eksmisji, sąd może zdecydować o przyznaniu prawa do lokalu socjalnego. Ale może je otrzymać tylko taki emeryt, który kwalifikuje się do otrzymania pomocy socjalnej. Emerytka otrzymująca 1400 zł świadczenia już takiego lokalu nie dostanie, co oznacza eksmisję na bruk.

    Powiedziała pani, że najskuteczniejszym środkiem „eksmisyjnym” są podwyżki. Czy to znaczy, że lokatorów przestali prześladować tzw. czyściciele kamienic?

    Nie powiedziałabym. Spotkałam się ostatnio z działaczką lokatorską z Krakowa i dowiedziałam się, że ona i inni lokatorzy znajdują w skrzynkach pocztowych wstęgi z napisem „Ostatnie pożegnanie”. W Warszawie prowadzimy sprawę dotyczącą mieszkania na Nowogrodzkiej – pewnej pani kilka razy zalewano łazienkę, chociaż nikt nad nią nie mieszka. „Remont” tego nie tłumaczy, tak jak i nieustannego wiercenia w ścianach.

    Generalnie czyściciele zrobili się nieco mniej zuchwali. Nadal mamy natomiast do czynienia z działaniami balansującymi na granicy prawa. Kiedy właściciel albo ktoś działający na jego zlecenie nachodzi lokatorkę i pyta: „Jak zdrowie? A kiedy się pani wyprowadzi?” – to jest to działanie bez wątpienia osaczające, ale nie tak jednoznaczne do oceny, jak np. wysypywanie pod czyimiś drzwiami robactwa. Zapewne ma znaczenie fakt, że w ubiegłym roku przestępstwo nękania lokatorów pojawiło się wreszcie w kodeksie karnym.

    Takie zmiany należy odczytywać jako elementy szerszej „zmiany klimatu”?

    Proszę zauważyć, że PiS jest pierwszą partią, która zaczęła mówić o lokatorach jako o poszkodowanych w procesie reprywatyzacji. Już tylko to jest dla środowiska lokatorskiego istotne, bo przez lata władza lekceważyła je całkowicie.

    To się przejawiało w różny sposób. Właściciel budynku montował z dnia na dzień bramkę, która uniemożliwiała lokatorowi wejście do jego własnego mieszkania, a policja przyjeżdżała na miejsce i mówiła, że nic nie może zrobić, bo „prawo własności” i trzeba iść do sądu. Lokatorzy składali zawiadomienie o nękaniu, a prokuratura odmawiała wszczęcia postępowania. Zdarzało się, że przedstawicieli organizacji lokatorskich nie wpuszczano na sesje Rady Warszawy.

    Nic dziwnego, że nawet drobne przejawy zainteresowania ze strony polityków budzą u lokatorów nadzieje – choćby na to, że zostaną ukarani czyściciele kamienic, którzy ich przez lata gnębili. Dzisiaj np. łatwiej już wszcząć sprawę o nękanie. A nowelizacja ustawy o prokuraturze, do której skądinąd można mieć wiele słusznych zastrzeżeń, pozwala skutecznie interweniować u prokuratora nadrzędnego, jeśli „niżej” odmówiono lokatorowi wszczęcia postępowania w takiej sprawie.

    Co pani w tym kontekście sądzi na temat komisji weryfikacyjnej ds. warszawskiej reprywatyzacji?

    Z pewnością jest to ciało nadzwyczajne i nieco dziwaczne, jeśli chodzi o łączenie różnych funkcji i uprawnień. Komisja będzie mogła m.in. uchylać decyzje reprywatyzacyjne, wykreślać/zarządzać wpisami w księgach wieczystych czy nakazać zwrot wynagrodzenia za sprzedaż nienależnie zwróconej nieruchomości.

    A te uprawnienia są zgodne z konstytucją, podziałem władzy etc.?

    Przynajmniej niektóre zarzuty dotyczące niekonstytucyjności komisji są zasadne. Natomiast warto podkreślić, że redukowanie tego zagadnienia do języka prawa nie załatwia sprawy. Inaczej mówiąc: trzeba zrozumieć oczekiwanie lokatorów, aby w ich sprawie ktoś zaczął działać „nadzwyczajnie”, bo „zwyczajne” działanie państwa, czy raczej jego bezczynność, kojarzy im się wyłącznie z poczuciem krzywdy.

    Uważam je za uzasadnione, natomiast nie sądzę, aby efekty działania komisji miały być spektakularne czy choćby satysfakcjonujące – ani dla lokatorów, ani dla tej części opinii publicznej, która czeka na wyjaśnienie tzw. afery reprywatyzacyjnej. Spodziewam się raczej rozczarowania.

    Dlaczego?

    Bo to ciało jest raczej „komisją badania wypadków” reprywatyzacyjnych i to tylko na terenie Warszawy. Skupi się z pewnością na sprawach, w których prawdopodobieństwo „przekrętu” jest wysokie: fałszywe dokumenty, kupno roszczeń po nieproporcjonalnie niskiej cenie, ustalanie kuratorów osób mających 120 lat, skorumpowani urzędnicy itd. Ale takie wątki pojawiają się w mniejszości spraw.

    Kiedy CBA wkroczyło z audytem do warszawskiego samorządu i badało 50 podejrzanych decyzji zwrotowych, to tylko w 12 z nich zaszło podejrzenie wydania decyzji niezgodnie z prawem. Ledwie w trzech przypadkach zawiadomiono prokuraturę – gdyby było ich więcej, to CBA przy dzisiejszym układzie politycznym nie zmarnowałoby okazji, aby je nagłośnić.

    Z „Białej księgi” reprywatyzacji, którą opublikował warszawski ratusz, wynika, że zjawisko kupowania roszczeń przez osoby trzecie dotyczy zaledwie 12 proc. wszystkich decyzji zwrotowych, jakie wydano w latach 2002-2016.

    To oznacza, że…?

    …że w blisko 90 proc. przypadków z roszczeniami występowali spadkobiercy właścicieli lub ich przedstawiciele. Nie chcę przez to powiedzieć, że lokatorzy ze zreprywatyzowanych w taki sposób kamienic nie doznali szkody czy krzywdy – oznacza to jednak, że w wielu takich przypadkach komisja weryfikacyjna rozłoży ręce.

    Do czego pani zmierza? Że afery reprywatyzacyjnej w istocie nie ma? Że ma ona niewielki zasięg?

    Chcę powiedzieć, że mamy problem z jej zdefiniowaniem. Nie ulega już dziś wątpliwości, że w kwestii reprywatyzacji istniały patologiczne powiązania ludzi mających dostęp do władzy i wiedzy – ale nie da się tego sprowadzić do aspektu kryminalnego. Ta afera jest pokłosiem polskiego modelu rozliczenia się z rzeczywistością po 1989 roku.

    Nazwałabym go neoliberalnym. Cechuje go wspomniany kult prawa własności. III RP przyjęła założenie, że właściciele nieruchomości w wyniku zawirowań dziejowych ponieśli wyjątkowe szkody i akurat im i ich spadkobiercom trzeba je możliwie najpełniej wyrównać. Z tego wziął się model, w którym państwo oddaje nieruchomości w naturze albo wypłaca gigantyczne odszkodowanie.

    Dla tego modelu nie było alternatywy?

    Poważne dyskusje na ten temat prowadzono w latach 90., ale jednak ustawy reprywatyzacyjnej nie uchwalono do dzisiaj. Natomiast także dzisiaj widać, że państwo przez zaniechania zrzeka się odpowiedzialności za los najsłabszych obywateli. Tak należy odczytać przekazywanie sporej części zasobu mieszkaniowego w ręce prywatne razem z lokatorami i uznanie, że to, co się z nimi stanie, nie jest już problemem państwa.

    W pracach nad nowelizacją ustawy o ochronie praw lokatorów proponowano jeszcze niedawno, aby lokale komunalne były przyznawane na okres od roku do 5 lat, a nie na czas nieokreślony. To jest odpowiednik „uśmieciowienia” rynku pracy, na którym umowy o pracę zastępuje się umowami-zleceniami.

    W marcu napisała pani w „Krytyce Politycznej”, że politycy nic nie zrobili, aby kolejna emerytka nie podzieliła losu Jolanty Brzeskiej. Nie za ostre to słowa?

    Nie chodziło mi oczywiście o samo zabójstwo Jolanty Brzeskiej, ale o to, co przechodziła przez kilka lat przed swoją śmiercią. Ciągle mamy do czynienia z realiami, w których ludzie, uczciwie przepracowawszy całe życie, na starość tracą dach nad głową. Wielu nie ochroniło nawet to, że ich rodzice odbudowywali tę konkretną kamienicę po wojnie własnoręcznie i dlatego otrzymali w niej przydział na mieszkanie.

    W Polsce takie rzeczy działy się i dzieją często zgodnie z prawem. O aferze reprywatyzacyjnej nie da się mówić, nie mówiąc o tym jej aspekcie.

     

     

    (kb)

    Onet Wiadomości

    Źródło: Onet