A Polacy nie gęsi i swój język mają ale po angielsku gęgają


Newsweek.pl

 

Dziś wieczorem w Kijowie pierwszy z półfinałów 62. edycji Konkursu Piosenki Eurowizji

Data publikacji: 09.05.2017, 20:15Ostatnia aktualizacja: 09.05.2017, 20:38

Donatan, Cleo, eurowizja

fot. EPA/JOERG CARSTENSEN  /  źródło: PAP/ EPA

 

Trudno znaleźć międzynarodową imprezę muzyczną, która byłaby dla polskich fanów źródłem tylu narodowych dyskusji, kompleksów, kontrowersji i zawiedzionych oczekiwań. Na Ukrainie w tym roku reprezentować nas będzie Kasia Moś z piosenką „Flashlight”. Z tej okazji przywołujemy 7 innych polskich utworów, które skutecznie przypomną, dlaczego zamiast dobrej zabawy ten festiwal bywa dla Polaków częściej źródłem frustracji.

Edyta Górniak, „To nie ja!” (1994)

To ma być wtopa czy porażka – zapyta ktoś i będzie miał sporo racji. Polska trafiła na festiwal Eurowizji – zachodniej Unii Nadawców zrzeszającej publiczne stacje telewizyjne – w 1994 roku, gdy impreza ta organizowana była w Irlandii. Wcześniej nie miała tam wstępu, choć podobno w latach 70. czyniono podchody, aby na imprezie wystąpiła Anna Jantar. Nic z tego nie wyszło i pierwsza była dopiero wspomniana Górniak – reprezentantka już od kilku lat wolnego od komunizmu i aspirującego do struktur europejskich kraju. Choć była nieomal debiutantką, wypadła świetnie i zajęła 2. miejsce. Ale wszystko to mógł zaprzepaścić jeden drobny formalny błąd podczas próby do koncertu. Podziębiona Górniak zaśpiewała na nim angielską, łatwiejszą wersję tekstu. Kilka rywalizujących ekip złożyło protest – w tamtych latach według regulaminu konkursu każdy artysta musiał śpiewać w języku kraju, który reprezentował. Rzecz otarła się nawet o dyskwalifikację. Chwilę po sukcesie „To nie ja!” piosenka wywołała kolejne zamieszanie – izraelski wokalista Joni Namieri oskarżył autorów przeboju o splagiatowanie własnego numeru z lat 80. W ten sposób w beczce miodu wylądowała na samym wstępie spora łyżka dziegciu – niby prawie wygraliśmy, ale mogło też skończyć się wstydem i dyskwalifikacją.

Justyna Steczkowska, „Sama” (1995)

Chyba trochę za bardzo uwierzyliśmy w artystyczne ambicje Eurowizji oraz nasze własne możliwości. Ten koktajl nieco złudnych przekonań na temat polskiej rozrywki sprawił, że rok po Górniak wystawiliśmy na festiwal Justynę Steczkowską. Będąca wtedy na fali oryginalna wokalistka pojechała na finał z trudną kompozycją Wojciecha Waglewskiego i Mateusza Pospieszalskiego „Sama” i zajęła ledwie 18. pozycję na 23 startujące państwa. Po znakomitym wrażeniu, jakie 12 miesięcy wcześniej zrobiła Górniak, to była ambitna porażka wokalistki, która, jak się wydawało, do tej pory zamieniała w sukces wszystko, czego się tknęła.

 

Mieczysław Szcześniak, „Przytul mnie mocno” (1999)

Parę edycji festiwalu z końca ubiegłego wieku uświadomiło nam, że mimo wewnętrznego przekonania o świetnej scenie muzycznej i muzyce rozrywkowej, która uwolniona spod komunistycznego kieratu wreszcie bez przeszkód podbije cały kontynent, nikt w Europie nie czeka jakoś na polskie hity i nie pali się do oddawania głosów na naszych kandydatów w konkursie Eurowizji. Choć impreza nabierała coraz bardziej kiczowato-zabawowego charakteru, my zamiast się bawić cierpieliśmy kolejne upokorzenia. 15., 11., 17. miejsce – to były pozycje, na jakich widziała nas europejska publiczność. Wynik Mietka Szcześniaka był jednak szczególnym ciosem. Spokojny, melancholijny utwór „Przytul mnie mocno” napisany przez samego Seweryna Krajewskiego zdobył tylko 17. punktów i dał Polsce 18. miejsce. To zbyt mało, ale wedle regulaminu organizatorzy zaprosili dany kraj na następną edycję – kto trafił na sam dół zestawienia, musiał na rok ustąpić miejsca innemu pretendentowi. Po występie Szcześniaka powędrowaliśmy więc na przymusowy roczny urlop od Eurowizji.

Andrzej Piaseczny, „2 Long” (2001)

TVP tak bardzo przejęła się wcześniejszą prestiżową porażką, że zamiast kolejnego ambitnego artysty jak związany na co dzień ze sceną jazzową Szcześniak wracając na festiwal po rocznej przerwie postanowiła postawić tym razem na kogoś sprawdzonego w nowoczesnej muzyce komercyjnej. Finał odbywał się w Kopenhadze, a pojechał na niego Piasek – na dodatek z piosenką napisaną do spółki z Robertem Chojnackim. Ta spółka odniosła gigantyczny sukces albumem „Sax & Sex”, wydawało się że patent na hity ma w kieszeni. W stolicy Danii skoczna, utrzymana w tanecznym klimacie r’n’b piosenka „2 Long” jednak przepadła i zajęła dopiero 20. miejsce. Tak, dobrze pamiętamy jaki wtedy obowiązywał regulamin – za zajęcie tak niskiej pozycji znów na rok pożegnaliśmy się z festiwalem. Podobno wszystkiemu winien był kiepski sceniczny greps wokalisty – Piasek w pewnym momencie z niezrozumiałych powodów zrzucił z siebie na scenie futrzaną kurtkę. Dostał zresztą później w internetowym głosowaniu tytuł dla najgorzej ubranego artysty konkursu. No ale bądźmy poważni, gdy piosenka jest dobra, może jej zaszkodzić źle dobrana kurtka?

Ich Troje, „Keine Grenzen” (2003)

Czasami to festiwal i europejskie jury bywały źródłem frustracji polskiej publiczności. A czasami to my sami potrafimy sobie przy okazji festiwalu zorganizować małe polskie piekiełko. W 2003 Ich Troje byli absolutnym krajowym numerem 1. Przy okazji byli też ulubionym zespołem do bicia lokalnych krytyków. Wystawienie Ich Troje wzbudziło w niektórych mediach coś na kształt moralnej paniki – no bo jak to na takim festiwalu robić wizytówkę Polski akurat z takiej kapeli? Ale sama Eurowizja też się zmieniała, dryfowała w stronę beztroskiej telewizyjnej rozrywki, show i muzycznego jarmarku. W efekcie trochę wbrew oczekiwaniom sporej części publiczności „Keine Grenzen” osiągnęło 7. miejsce. Najlepszy wynik polskiego artysty od czasów „To nie ja!”.

Ivan i Delfin, „Czarna dziewczyna”, (2005)

Na przełomie wieków Eurowizja przeszła gigantyczną zmianę estetyczną. Zniknął ostatecznie nieco sztywny, pachnący naftaliną szacowny festiwal, na którym pierwsze sukcesy odnosili ABBA czy Celine Dion. Zmianę formuły wymusiła też rzeczywistość polityczna – na kontynencie pojawiło się wiele nowych państw, które zgłaszając swój akces do konkursu wnosili też do niego swój własny koloryt. Nagle na imprezie zaroiło się od artystów z Bałkanów czy Zakaukazia. Wśród nich Ivan i Delfin wydawali się niezłym strzałem. Tym bardziej że na festiwalu zapanowała akurat moda na przefiltrowaną przez nowe mody ludowszczyznę. Można było mieć nadzieję, że to nasze siermiężne połaczenie muzyki tanecznej i klimatów cygańskich będzie strzałem w dziesiątkę. Co jednak czasem sprawdzało się gdzie indziej, tym razem na scenie kompletnie nie zagrało.

Donatan i Cleo, „My Słowianie”, (2014)

Trudno nie odnieść wrażenia, że Eurowizja każe nam czasami przeglądać się w swoich kompleksach. Dlatego występu niektórych z polskich reprezentantów budziły nieomal ogólnonarodowe dyskusje. Gdy w 2008 reprezentowała nas Isis Gee, pewną część publiczności bardziej interesowały plotki o jej rzekomej operacji zmiany płci, niż artystyczna wartość jej piosenki. Dla odmiany przy okazji wyprawy na konkurs Donatana i Cleo spora część komentatorów najbardziej martwiła się o wizerunek, jaki na świecie stworzy ich przerysowana i seksistowska choreografia do piosenki. No i rzeczywiście o Donatanie w europejskich mediach trochę się z tego właśnie powodu mówiło. Ale spora grupa fanów doceniła ten numer – piosenka przedarła się w końcu z organizowanych od paru lat półfinałów do koncertu finałowego. Co niekoniecznie musi stać się udziałem na przykład reprezentującej nas w tym roku Moś – bukmacherzy nie dają jej na to większych szans. No więc jak, znów będziemy się napinać i zaciskać kciuki czy po prostu usiądziemy przed telewizorami, żeby się przez parę godzin po prostu dobrze bawić?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s