A kto im zgotował ten los?


Newsweek.pl

 

 

Pobudka skoro świt, potem 19 godzin roboty. Tak żyją w Polsce gastarbeiterzy ze Wschodu

Data publikacji: 10.05.2017, 07:30Ostatnia aktualizacja: 10.05.2017, 08:03

Rysunek

fot. Piotr Chatkowski  /  źródło: Newsweek

Marta Tomaszkiewicz

MARTA TOMASZKIEWICZ

Praca jest najczęściej nudna, wyczerpująca, taka, której nie chcą Polacy.

Jedzenie? Chińskie zupki w proszku. Spanie? Łóżko w tanim hostelu. Rozrywka polega na liczeniu. Ile się już zarobiło i kiedy będzie można z tym dobrem wpaść do domu, pochwalić się przed bliskimi.

Dla większości Polaków przybysze ze Wschodu są niewidzialni.

– Żyjemy obok. Staramy się nikomu nie wchodzić w drogę. Mówisz po ukraińsku, rosyjsku czy białorusku? Nieważne, tutaj jesteś po prostu Ruski. Czasem cię zapytają: „Skąd?”. Rosjan przeważnie nienawidzą, Ukraińców albo lubią, albo nie. Najbardziej opłaca się mówić, że jesteś z Białorusi – śmieje się Jewgienij, ukraiński budowlaniec.

Poranek

Sania, ubrany w czerwoną sportową kurtkę, czeka przed kasami na dworcu Warszawa Wileńska na swoją brygadę. Jeszcze nie ma siódmej, a brygada od dwóch godzin na nogach. Zaczęli od owsianki w hostelu. Potem mycie i biegiem na tramwaj. Jadą 40 minut. Metrem byłoby szybciej, ale z dwoma przesiadkami.

Brygada Sani pracuje na polskich budowach od pół roku. Okrzepli, mają stałą robotę, niezłe stawki. Ale gadamy o tym, jak było na początku.

A początki są przeważnie fatalne. Myrosława Keryk, socjolog, szefowa ukraińskiej fundacji Nasz Wybór w Warszawie, która pomaga Ukraińcom, wie z doświadczenia, że niemal każdy gastarbeiter został oszukany na początku swojej pracy. – Nieznajomość języka, zagubienie, strach, niepewność – to powoduje, że łatwo stać się ofiarą – mówi.

Rosjan przeważnie nienawidzą, Ukraińców albo lubią, albo nie. Najbardziej opłaca się mówić, że jesteś z Białorusi – śmieje się Jewgienij.

Takich historii można usłyszeć dziesiątki. Hanna, dziennikarka portali internetowych z zachodniej Ukrainy, która od kilku lat przyjeżdża na parę miesięcy do Polski, tak zapamiętała pierwsze kroki:

 

– Codziennie wstawaliśmy o 4 godzinie. O 5 przyjeżdżał po nas autokar. Od 7 zaczynaliśmy pracę. Niektórzy pracowali nawet po cztery doby z rzędu. Nie wracali do hostelu, kładli się na chwilę i znowu do pracy. Robotę załatwił pan Waldek. Nigdy nie było problemów z wypłatą. Płacił 120 zł za dzień pracy. Potem kazał czekać na wypłatę tydzień, dwa. Niektórym kończyły się wizy i musieli wracać na Ukrainę bez pieniędzy. Obliczyliśmy, że jest nam wszystkim winien ok. 50 tys. zł. Ludzie się bali iść na policję, pracowaliśmy nielegalnie – wspomina.

CZYTAJ TAKŻE

Pomnik Polaków w Hucie Pieniackiej na Ukrainie został wysadzony WIĘCEJ ❯

Ukraińsko-polska droga przez mękę. „Czekanie na granicy jest upokarzające” WIĘCEJ ❯

Ostrzał z granatnika. Nieznani sprawcy zaatakowali polski konsulat w Łucku WIĘCEJ ❯

Rusłan, któremu w Polsce powiodło się dobrze („Polacy są bardzo przyjaźni, a w agencji reklamowej, w której jestem zatrudniony, mam umowę o pracę i dobre warunki”), opowiada historię kolegi: polska firma obiecała mu konkretną dniówkę. – Gdy już dotarł do Polski, okazało się, że wcześniej miałby pracować przez pół roku na okresie próbnym za kwotę, za którą trudno się utrzymać. Nie zgodził się i został bezrobotnym, w efekcie wrócił na Ukrainę.

Pytam Sanię, jak było z nimi.

– Oczywiście nas oszukali. Kilka tygodni pracowaliśmy za darmo.

– Polak?

– Skąd! Białorusin, mój rodak!

Tymczasem brygada Sani wmaszerowuje na dworzec. Najpierw idzie Szary. Facet przed czterdziestką. Milczący. Zawsze kilka kroków przed wszystkimi. Trzęsie go, trudno powiedzieć, czy bardziej z zimna, czy z kaca. Dalej Żenia i Kaz. Młodzi – razem nie mają 50. Gęby im się nie zamykają. Żenia to murarz. Kaz elektryk i przeszkolony desantowiec. Gdyby brygadzie przyszło się bić o swoje, Kaz stanie w pierwszej linii.

Wszyscy ubrani czyściutko i modnie: bluzy z kapturami, sportowe butki, pikowane kurteczki. Jakby chcieli wtopić się w tłum. Nie być brygadą ze Wschodu, ale zwykłymi przechodniami.

Na końcu idzie Tato – wystrojony jak stróż w Boże Ciało. W dłoni gazeta. Spodnie od garnituru w kancik, czarne mokasyny, kurtka skóropodobna. Jest stary, nie nadąża za brygadą.

Wstyd

Wiadomo, że rządzi Sania. Spogląda na zegarek z dezaprobatą i brygada wie, że zaliczyła siedem minut spóźnienia.

33-letni brygadzista najmniej ze wszystkich wygląda na murarza. Słucha soulu i dobrego rocka. Czasem głośno myśli, co zrobić ze swoim życiem. Wie, że zostanie w Polsce, ale co dalej? Ustatkować się, ożenić? Żyć chwilą jak dotąd? Jedno i drugie uda mu się bez kłopotów – wysoki, przystojny, często zamyślony, przechodzące obok kobiety zwracają na niego uwagę.

– Dobra, idziemy! – mówi cicho.

Brygada potulnie wsiada do pociągu podmiejskiego. Trzy przystanki, 13 minut do Zielonki. Potem dokładnie 21 minut z buta na budowę.

W życiu gastarbeitera najważniejsza jest praca. Kiedy jej brakuje, obecność w Polsce zupełnie się nie tłumaczy, a na dodatek sporo kosztuje. Najtańsze spanie po 10 zł za noc. Do tego jedzenie, przejazdy, wiza. Albo masz pracę, albo wracaj, skąd przyjechałeś, ale jak tu wracać z pustymi rękami?

Dzień przed spotkaniem z brygadą rozmawiałem o tym w modnej kawiarni z Tatianą, która przyjechała z Zaporoża. Dobrze ubrana, mówi świetnie po polsku, niczym nie odróżnia się od innych dziewcząt w jej wieku spacerujących po ulicach Warszawy.

– Najpierw trafiłam do starszej pani. Miałam u niej mieszkać, sprzątać, gotować i dostawać 500 zł miesięcznie. Myślałam, że w wolnym czasie będę mogła uczyć języka, pomyśleć o jakiejś uczelni. Okazało się, że nic z tego. Pani, u której pracowałam, wymagała ciągłej obecności. W końcu przestała mi płacić: „Nie znajdziesz nigdzie lepszych warunków, nikogo, kto by cię trzymał za darmo”. Spakowałam się i wróciłam do rodziców do Zaporoża. Po jakimś czasie znów ruszyłam do Polski. Tym razem trafiłam do ubojni i przetwórni drobiu. Potwornie ciężka praca. Temperatura około 3 stopni. Ręce puchną. Praca codziennie, do późna. Czasami na sen było ledwie kilka godzin. Nie masz prawa chorować, nie masz prawa nie przyjść do pracy. Ale pomyślałam, że muszę znieść wszystko. Nie mogę znów wrócić i powiedzieć, że poniosłam klęskę. To byłby straszny wstyd.