Polscy rolnicy nie chcą płacić za proukraińskie i antypolskie decyzje unijne


wp.plmoney.pl

 

  • Bruksela chce pomóc Ukrainie. Polscy rolnicy nie chcą za to płacić i zapowiadają protesty

    FOT. LECH GAWUC/REPORTER

    Bruksela chce szerzej otworzyć polski i unijny rynek na produkty rolne z Ukrainy. Rolnicy i producenci żywności protestowali już przy poprzednich decyzjach lekko te drzwi uchylających. Teraz zapowiadają bardziej zdecydowane działania. – Zabije to naszych producentów pszenicy, rzepaku i kukurydzy. Jeśli nasz rząd tego nie powstrzyma, to znów dojdzie do najgorszego. Pójdziemy na granice i będziemy wysypywać pszenicę z wagonów – przestrzega Sławomir Izdebski przewodniczący OPZZ Rolników i Organizacji Rolniczych.

    Komisja handlu międzynarodowego przy Parlamencie Europejskim opowiedziała się w czwartek za zdecydowanie szerszym otwarciem rynku Wspólnoty na produkty rolne z Ukrainy. To co z całą pewnością odebrano z radością w Kijowie, mocno zaniepokoiło polskich producentów i rolników.

    Obecne stanowisko komisji handlu PE ma zmienić zasady obowiązującej od 2016 r. unijno-ukraińskiej umowy DCFTA, która częściowo już otworzyła rynek UE na produkty z tego kraju. Częściowo, bo to porozumienie zawiera znaczące ograniczenia, które mają chronić producentów ze Wspólnoty przed zalewem tańszych towarów ze wschodu. Najbardziej chronionym obszarem jest rolnictwo.

    Dlatego w DCFTA wprowadzono kontyngenty na bezcłowy eksport ukraińskiego zboża, wieprzowiny, wołowiny czy drobiu. Jednak już we wrześniu zeszłego roku KE zaproponowała zwiększenie tego importu, teraz komisja handlu zaopiniowała je pozytywnie. Dotyczyć to ma miedzy innymi: pszenicy, kukurydzy, jęczmienia i przetworów z pomidorów.

    Trudno konkurować z ukraińskim czarnoziemem

    – Rozumiemy intencje. Ukrainie trzeba pomóc, ale musimy też dbać o naszych producentów. Czekamy oczywiście na ostateczny kształt tego zwiększonego otwarcia na ukraińskie produkty. Jednak już sam trend bardzo nas niepokoi – mówi money.pl Andrzej Gantner, dyrektor Polskiej Federacji Producentów Żywności.

    O swoją przyszłość boją się również rolnicy, którzy w większym otwarciu na produkty z Ukrainy widzą potężne zagrożenie. – Musimy się bronić przed tym importem. Powszechnie wiadomo, że ich ziemia jest o niebo lepsza od naszej. Jak jeszcze zaczną wydajniej na niej produkować, to aż strach pomyśleć co się będzie działo – mówi Sławomir Izdebski przewodniczący OPZZ Rolników i Organizacji Rolniczych.

    Z potencjału ukraińskich czarnoziemów zdawali podobno sobie sprawę Niemcy, którzy podczas wojny mieli ją wagonami wywozić na zachód. Historycy nie są zgodni w ocenie tych pogłosek, ale o wywożeniu czarnoziemu z Ukrainy pisał, między innymi Norman Davies. Faktem jest jednak, że cały świat zdaje sobie sprawę z tego jak cenna to gleba, a na Ukrainie jej nie brakuje.

    Obecnie na Ukrainie ciągle obowiązuje do 2018 r. moratorium na sprzedaż ziemi zagranicznym inwestorom. Ostatnie szacunki wskazują, że blisko 3 mln hektarów jest na Ukrainie dzierżawionych przez zagraniczne firmy. Spora część z tego ma należeć do Chińczyków.

    Ukraińska prasa pisała też ostatnio, że na uboższym wschodzie Ukrainy kradzieże czarnoziemu nie należą do rzadkości. Obok biedaszybów i przemytu stały się jednym ze sposobów na przetrwanie ciężkich czasów.

    Polscy politycy pracujący w Brukseli po w czwartkowym posiedzeniu komisji handlu też przypominali, że Ukraina jest obecnie w bardzo trudnej politycznej i ekonomicznej sytuacji i trzeba ją wspierać. Eurodeputowany Jarosław Wałęsa argumentował, że aneksja Krymu, konflikt we wschodniej części kraju i ekonomiczne sankcje nałożone przez Rosję muszą spotkać się z właściwą odpowiedzią UE.

    Słodka fala zalewa Polskę

    Zaznaczył jednak, że Unia nie będzie wspierać wschodniego sąsiada bezwarunkowo. Dlatego w przyjętym tekście wprowadzenie tych preferencji handlowych uwarunkowano od wzmożenia walki z korupcją na Ukrainie. Polskich producentów takie postawienie sprawy jednak niespecjalnie uspokaja. Po wprowadzeniu w życie DCFTA w styczniu 2016 r. zawieszono cła na ukraińskie słodycze. Otwarcie rynku na te produkty pokazało jak trudno jest konkurować z Ukraińcami.

    – Ich słodkie produkty są nawet 40 proc. tańsze od naszych. Tę morderczą konkurencję najgorzej znoszą małe firmy. Więksi producenci straty na rynku krajowym odbijają sobie zwiększonym eksportem do UE. Skale problemu pokazuje 3-krotny wzrost importu słodyczy z Ukrainy – mówi money.pl Marek Przeździak, prezes Polbisco – Stowarzyszenia Polskich Producentów Wyrobów Czekoladowych i Cukierniczych.

    W jego ocenie sytuacja dla polskich producentów będzie się jeszcze pogarszać. Polbisco nie zdążyło jednak jeszcze oszacować strat dla branży w związku z otwarciem rynku. Ze względu na geograficzną bliskość, większość ukraińskiego eksportu trafia na polski rynek. Głównie dotyczy to podstawowych produktów z tego segmentu jak np. cukierki.

    – Ukraińcy wchodzą teraz ze swoim produktami do sieci sprzedaży i akceptują każde warunki, żeby tylko wejść na półki w hipermarketach. To, co za to zapłacą, zrównoważą sobie cenami, bo mają dużo niższe koszty od nas – zauważa Przeździak.

    Głównym graczem ze wschodu w tej batalii o rynek polskich słodkości, wart nawet 13 mld zł rocznie, jest firma Roshen, należący do prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki. W ocenie prezesa Polbisco, trudno konkurować z takim światowym gigantem posiadającym własne cukrownie. Co więcej ostatnie prognozy wskazują, że produkcja cukru na Ukrainie w tym roku może wzrosnąć nawet o kilkadziesiąt procent.

    Dodatkową przewagą Ukraińców jest jeszcze tańsza siła robocza, a także niższe ceny cukru. W UE to ostatnie jest ściśle regulowane na Ukrainie. Producenci zwracają uwagę także na inną rzecz. Nie sprzeciwialiby się tak głośno temu otwarciu, gdyby zasady były równe dla obu stron.

    Tymczasem polskich eksporterów słodyczy na Ukrainę cło obowiązuje, a w przypadku importu do Polski cło jest zawieszone. To jeszcze nie wszystko. – Nasi producenci muszą sprostać unijnym normom bezpieczeństwa i jakości żywności. Muszą przestrzegać bardzo restrykcyjnych warunków sanitarnych przy jej produkcji. Tymczasem na Ukrainę nikt nie jedzie i nie sprawdza zakładów – mówi Andrzej Gantner.

    Pomagajmy, ale z głową

    Nasz rozmówca jest również zdania, że to zaburza konkurencyjną równowagę. Bezcłowe kontyngenty i czasowe zawieszanie ceł, jak w przypadku słodyczy, przy funkcjonowaniu producentów w zupełnie różnych warunkach prawnych i rynkowych, wydaje się nie mieć wiele wspólnego z równowagą.

    – Jak sobie przypomnę, ile nasi producenci musieli spełnić warunków, ile przejść audytów żeby móc eksportować na rynek europejski. Zajęło nam to kilka lat i pochłonęło dużo energii i pieniędzy. Oczywiście Ukrainie trzeba pomóc, ale nie niszczmy przy tym naszych producentów – dodaje Gantner. Dodaje, że skala eksportu z Ukrainy nie powinna zaszkodzić naszemu eksportowi na rynki Wspólnoty. Na razie jest i będzie głównie problemem na naszym rynku.

    Jeszcze bardziej sceptycznie do większego otwarcia na produkty rolne z Ukrainy podchodzą rolniczy związkowcy. – Zabije to naszych producentów pszenicy, rzepaku i kukurydzy. Jeśli nasz rząd tego nie powstrzyma, to znów dojdzie do najgorszego i pójdziemy na granice wysypywać pszenicę z wagonów – mówi Sławomir Izdebski.

    Przewodniczący rolniczego OPZZ ostrzega, że dalsze otwieranie polskiego i unijnego rynku na ukraiński eksport może doprowadzić nawet do masowych protestów. Jak wtedy kiedy rolnicy ciągnikami blokowali Warszawę, sprzeciwiając się niedawno zniesionemu przez Ukrainę embargu na polskie mięso. Dotychczasowe straty polskich rolników związane z bezcłowymi kontyngentami trudno jest Izdebskiemu ocenić, ale jak wylicza wpłynęły one na znaczący spadek cen.

    – Nie jest przypadkiem, że nasi producenci przed kontyngentami sprzedawali pszenicę po 900 zł za tonę, a teraz muszą zadowolić się cenami w okolicy 600 zł. Podobne spadki widzimy też na kukurydzy. Jeżeli jeszcze zwiększymy import z Ukrainy, czeka nas katastrofa – dodaje Izdebski.

    Jednak oficjalne dane nie potwierdzają, by rzeczywiście ze spadkiem cen mogły mieć coś wspólnego dostawy z Ukrainy. Według Ministerstwa Finansów, w 2015 roku ogółem import zbóż do Polski wyniósł 1,2 mln ton. 170 tys. ton przyjechało do nas z Ukrainy. Po wprowadzeniu kontyngentów w 2016 roku do listopada import zbóż ogółem wyniósł 1,44 mln ton. Z Ukrainy trafiło do nas 186 tys. ton zboża.

    Zatem Ukraińcy odpowiadali tylko za 13 procent całego importu i jego ilościowy wzrost nie był znaczący. Głosowanie Parlamentu Europejskiego w tej sprawie zaplanowano na koniec maja. Potem jeszcze potrzebna będzie zgoda wszystkich państw członkowskich na nowe warunki umowy.

    Zapytaliśmy Ministerstwo Rolnictwa o polskie stanowisko w tej sprawie. MR odesłało nas z pytaniem do KPRM. Z kolei biuro prasowe KPRM raz jeszcze do ministerstwa. Nasze pytania zostały tym samym bez odpowiedzi.

    WP money

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s