Michał Karnowski: Polacy pamiętają rządy Tuska


Jedynie prawda jest ciekawa

logo-info-w

Michał Karnowski: Polacy pamiętają rządy Tuska

19.04.2017

mkarnowski14091270x714Si

Michał Karnowski: Polacy pamiętają rządy Tuska

„Jedyny neon jaki nad tym wszystkim świeci to hasło: „żeby było tak jak było”. I rzeczywiście Donald Tusk symbolizuje to, co było, świetne czasy dla wąskiej grupy, eldorado dla uwłaszczonych grup” – mówił na antenie Radia Maryja Michał Karnowski.

Zdaniem Karnowskiego, porównywanie przyjazdu Donalda Tuska do Warszawy z przybyciem Lenina do Piotrogrodu, to „trafna i celna analogia”.

„To rzeczywiście dość trafna i celna analogia. Faktycznie to przypomina przyjazd siły zewnętrznej, która ma zrobić porządek, albo właśnie „nieporządek”, w jakiś sposób zepchnąć z kursu kraj, który jest w ten sposób impulsowany” — mówił Karnowski.

„Patrzę również na to, jako przejaw ogromnej słabości środowisk opozycyjnych w Polsce, które gdy przychodzi moment do rozmowy o jakiejś poważniejszej sprawie, to okazują się być całkowicie bezradne, niemające nic do powiedzenia. Jedyny neon jaki nad tym wszystkim świeci to hasło: „żeby było tak jak było”. I rzeczywiście Donald Tusk symbolizuje to, co było, świetne czasy dla wąskiej grupy, eldorado dla uwłaszczonych grup” – mówił.

Jak podkreślił publicysta „wSieci” i portalu wPolityce.pl, Polacy nie zapomnieli o rządach Tuska.

„Pamięć o tym, jakie to były rządy, jak bardzo lekceważono narodowy interes i wartości, jest mocna. Polacy nie dadzą sobie tej pamięci zabrać„ – stwierdził Karnowski.

„To jest polityk, który sprawnie gra taki luz i wartości otwartości, które mu maja przyświecać. Ale pamiętamy przecież czas rządów PO jako monopartii” – dodał.

Zdaniem Michała Karnowskiego należy zadawać w sprawie Tuska wiele pytań o przeszłość, zwłaszcza kwestię polskich stoczni.

„To także pytania w tej sprawie dotyczącej współpracy SKW za czasów Tuska i FSB, wywodzącej się jeszcze z KGB. Ta współpraca została zawarta w bardzo niejasnych okolicznościach, bez wiedzy szefa MON” – mówił.

„Dlaczego to zawarto po Smoleńsku? Dlaczego uznano, że z brutalną i agresywną Rosją demokratyczne państwo polskie musi współpracować na poziomie służb specjalnych? To bardzo poważne pytania. Tego śledztwa nie da się ruszyć dalej, bez przesłuchania Donalda Tuska” – zwrócił uwagę Karnowski.

ak

[fot. YouTube/Telewizja Republika]

Czytaj oryginalny artykuł na: http://www.stefczyk.info/publicystyka/opinie/michal-karnowski-polacy-pamietaja-rzady-tuska,19877432211#ixzz4eisuUzq9

Nie podoba im się przekop Mierzei Wiślanej


No i się zaczęło – będzie rosyjskie „niet” dla przekopu Mierzei Wiślanej. Za chwilę dołączą ekolodzy z Niemiec…
wpis z dnia 19/04/2017

Źródło: Urząd Morski

Przedstawiciele lokalnych władz, naukowcy oraz zieloni aktywiści z Ob. Kaliningradzkiego mają stworzyć specjalną grupę roboczą, której celem będzie „ocena ekologicznych skutków przekopu Mierzei Wiślanej”. Powołanie wspomnianej grupy jest pozorowane, bowiem ocena pomysłu uniezależnienia się portu w Elblągu od rosyjskiej cieśniny nie może być przez Rosjan postrzegana pozytywnie. Wszystko wskazuje zatem na to, że zieloni aktywiści z Polski otrzymają niebawem wsparcie zielonych aktywistów z Rosji, do których zapewne dołączą zieloni aktywiści z Niemiec.

r e k l a m y


Po tym jak zohydzanie polskich inwestycji groźnych dla zagranicy weszło u nas w fazę realizacji, do gry zaczęły wchodzić siły zewnętrzne. Zakładam, że już niebawem do środowiska Gazety Wyborczej (która swego czasu krzyczała z nagłówka, iż „Przekop Mierzei to niewybaczalny błąd”) oraz polskich ekologów dołączą różnego rodzaju aktywiści/naukowcy z Federacji Rosyjskiej oraz „zieloni” z Niemiec. Wszystkich połączy niechęć do przekopu Mierzei Wiślanej, którego głównym skutkiem będzie uniezależnienie się portu w Elblągu od Rosji oraz rozwój gospodarczy całego regionu.

 


Warto sobie uświadomić, że budowa przekopu przez Mierzeję Wiślaną wraz z rozbudowa portu w Świnoujściu oraz portu w Elblągu może stanowić silny cios dla niemieckiego sektora portów drobnicowych mocno skomunikowanych z transportem rzecznym. Nie bez znaczenia jest także utrata przez Rosjan kontroli nad tym co wpływa i wypływa do Zalewu Wiślanego. I właśnie dlatego uważam, iż efekty pracy powołanej przez Rosjan specjalnej grupy roboczej, która ma ocenić wpływ na środowisko planowanego przekopu, nie będą żadną niespodzianką i właściwie są już dziś ustalone. Chodzi tylko o to, aby nadać im silniejszego biegu poprzez raport powstały na bazie opinii wielu środowisk, których łączy niechęć do polskiej inwestycji.
W kontekście powyższego tym bardziej uważam, że w najbliższym czasie na nasz kraj spadnie prawdziwa plaga nawiedzonych ekologów, którzy wszelkimi możliwymi sposobami będą próbowali wstrzymać realizację przekopu Mierzei (wierząc przy tym, że działają dla dobra środowiska naturalnego, a nie dla dobra interesów niemieckich czy rosyjskich).

Źródło: Rosjanie chcą zbadać skutki przekopu Mierzei Wiślanej (gospodarkamorska.pl)

wpis z dnia 19/04/2017 

niewygodne.info.pl

blog niewygodny dla establishmentu III RP

Spłonął polski kościół na Syberii


KRESY.pl

Kościół w Białymstoku (Syberia). Źr. TVP Info/Gulag Museum

W ROSJI SPŁONĄŁ ZABYTKOWY POLSKI KOŚCIÓŁ

19 kwietnia 2017|0 Komentarze|w Polacy, religia, Rosja, Wydarzenia |Przez Krzysztof Janiga

Drewniany kościół w Białymstoku był jedyną taką budowlą na Zachodniej Syberii.

TVP Info powołując się na rosyjskie media podała, że w nocy z wtorku na środę spalił się zabytkowy drewniany kościół we wsi Białystok w obwodzie tomskim. Z budowli pozostały jedynie fundamenty.

Przedstawiciel miejscowej administracji nie znał przyczyn pożaru, jednak wykluczył podpalenie.

Kościół pw. św. Antoniego, zbudowany na początku XX wieku przez polskich osadników, był jedyną taką budowlą na Zachodniej Syberii. Druga taka budowla znajduje się w Wierszynie w obwodzie irkuckim.

W czasach sowieckich budynek kościoła służył za spichlerz. Po upadku ZSRR świątynia wróciła w ręce katolików, w 1998 roku odremontowany kościół został ponownie konsekrowany. Jak podaje TVP Info, 25% mieszkańców wsi posiada polskie korzenie.

CZYTAJ TAKŻE: Syberia – ziemia Polaków

Kresy.pl / TVP Info

Oto dlaczego żadna normalna matka już nigdy nie zagłosuje na PO


Telewizja Republika.pl

Oto dlaczego żadna normalna matka już nigdy nie zagłosuje na PO

 

Małgorzata Terlikowska

19:46 19 kwietnia 2017

Nie dość, że społecznie nie są szanowane, nazywane kurami domowymi, leniami i utrzymankami, to jeszcze pojawiają się pomysły, by odebrać im pieniądze z programu 500 plus – pisze Małgorzata Terlikowska.

Matki zawsze były na cenzurowanym, a te wielodzietne to już w ogóle. Albo traktowane jako życiowe nieudaczniczki, które nie wiedzą, jak się zabezpieczyć (to pani nie wie, ze są takie środki, że można mieć seks, a nie mieć dzieci – usłyszałam takie pytanie) albo ofiary patriarchatu, niemal siłą przymuszane do rodzenia dzieci (przecież wiadomo, że żadna zdroworozsądkowo myśląca kobieta nie wpadłaby na pomysł, żeby dobrowolnie urodzić gromadę dzieci) albo jako kury domowe, kobiety pozbawione ambicji, które może i dziecko urodzić potrafią (też mi sztuka), ale nic poza tym. I nie jest to przekoloryzowany opis. Od ponad dziesięciu lat nie pracuję etatowo, dopóki dzieci nie poszły do przedszkola, przemieszczałam się z gromadką i wiele komentarzy słyszałam. Na szczęście nie tylko tych negatywnych, ale te bolały najbardziej.

 

Dlatego informuję wszem i wobec, że nie zgadzam się na takie traktowanie kobiet, które wykonują bardzo ciężką, a przy tym najważniejszą pracę. Nie ma bowiem ważniejszego zadania niż wychowywanie drugiego człowieka. A żeby zrobić to dobrze, to czasem trzeba dokonać życiowego wyboru i na przykład zrezygnować z pracy. Nie każdy ma bowiem wolny zawód i może łączyć pracę z wychowaniem dzieci. W wielu przypadkach nieobecność mamy w domu to w warunkach warszawskich nawet 10, czy 12 godzin. I ja naprawdę się nie dziwię, że kobiety nie chcą być całymi dniami poza domem, a dzieci oglądać chwilę przed ich zaśnięciem. I niech nikt mnie nie przekonuje, że wszystko da się pogodzić, grunt to dobra organizacja. Jak słyszę to hasło, to nóż mi się w kieszeni otwiera.

Można zawsze wynająć nianię. Pewnie, że można. Tyle, że wynajęcie niani do kilkorga dzieci przerasta budżet zdecydowanej większości rodzin. Można oczywiście puścić dzieci do żłobków czy przedszkoli, tylko który pracodawca będzie tolerował wieczne zwolnienia? Przy kilkorgu dzieciach choroby ciągną się w nieskończoność. U nas zaczynały się w listopadzie, kończyły wraz z nadejściem wiosny, chyba że dopadła nas ospa i kolejny miesiąc był wyjęty z życiorysu.

Jeśli ktoś myśli, że mama w domu z dziećmi umiera z nudów, to też spieszę go wyprowadzić z tego błędu. Przy gromadce dzieci mama się nie nudzi (tata też nie, bo jest tyle rzeczy do zrobienia). Zapewniam. Nie ma czasu oglądać seriali, plotkować z koleżankami, siedzieć godzinami w internecie. Jeśli ktoś myśli, że mama w domu, ta wielodzietna, ale nie tylko, nic nie robi, to zapraszam. Zapewniam, że pracy jest tyle, że starczy dla wszystkich.

Nie piszę tego, by się nad sobą użalać. Bynajmniej. Na swoją dolę nie narzekam, choć bywają momenty, że mam ochotę zamknąć za sobą drzwi i uciec na koniec świata. Na szczęście taki stan szybko mija. Piszę to wszystko dlatego, że znów pojawiają się pomysły, by upokorzyć i ukarać kobiety, które wybrały macierzyństwo i chcą w czasie, kiedy te dzieci są małe, być z nimi w domu. Grzegorz Schetyna bowiem zapowiedział, że jeśli Platforma Obywatelska dojdzie do władzy, to programu 500 plus nie zlikwiduje, ale go nieco zmodyfikuje. Pieniądze miałyby iść tylko do tych, którzy pracują lub skutecznie poszukują pracy. Rozumiem więc, że rodzinom, w których jest kilkoro dzieci, a mama zawodowo nie pracuje, dodatek zostałby odebrany.

Przykre to słowa pod adresem kobiet, które wykonują bardzo ciężką i bardzo potrzebną pracę. Przykre tym bardziej, że płyną z ust polityka, który będąc przy władzy, dla rodzin nie zrobił nic. A miał szansę zrobić bardzo dużo. Ale nie ma tego złego… Jest szansa, że dzięki takim wypowiedziom wyborcy od Platformy się odwrócą.

Małgorzata Terlikowska

Źródło: malydziennik.pl

Szalony wzrost cen OC


WPROST.pl

Gospodarka

BIZNESGOSPODARKAWYDARZENIAKRAJ

OC w marcu było droższe o 45 proc. niż przed rokiem

Dodano: dzisiaj 13:041 07

Samochód, ubezpieczenie, wypadek (zdj. ilustracyjne)

Samochód, ubezpieczenie, wypadek (zdj. ilustracyjne) / Źródło: Fotolia / Monkey Business

W marcu ubezpieczenie OC było średnio o 45 proc. droższe niż 12 miesięcy wcześniej – wynika z analizy porównywarki OC/AC mfind.pl.

Eksperci porównywarki OC/AC mfind.pl w najnowszej analizie porównali ceny OC w pierwszych kwartałach 2016 i 2017 r. Okazuje się, że w marcu tego roku kierowcy za OC płacili średnio 1054 zł – o 326 zł więcej niż rok wcześniej. Oznacza to wzrost cen na poziomie 45 proc. Optymizmem może napawać fakt, że w I kwartale 2017 roku wzrost cen wyraźnie zwolnił. W marcu średnia stawka OC była wyższa zaledwie o 2 proc. niż w styczniu. W tym samym okresie zeszłego roku wzrost wyniósł aż 13 proc.

Jak wynika z analizy ponad 20 tys. kalkulacji wykonanych w kalkulatorze OC/AC mfind, w porównaniu do zeszłego roku najbardziej drastycznie wzrosły ceny w Warszawie – aż o 79 proc. Z wysokimi podwyżkami muszą się również liczyć kierowcy w Szczecinie, Opolu, Gorzowie Wielkopolskim, Bydgoszczy oraz Poznaniu.

W marcu największe powody do narzekań mieli kierowcy we Wrocławiu – średnia cena OC wyniosła tam aż 1439 zł. Niewiele lepiej jest w Szczecinie (1385 zł), Poznaniu (1316 zł) i Warszawie (1312 zł). Najtańszym OC w Polsce mogą się z kolei cieszyć mieszkańcy Rzeszowa, Opola i Kielc.

Ogromne podwyżki cen OC były związane m.in. z zakończeniem tzw. wojny cenowej, która przyniosła ubezpieczycielom ogromne straty. Niestety, w 2016 roku towarzystwa ponownie odnotowały w segmencie OC stratę na poziomie 1 mld zł.

/ Źródło: mfind.pl

Ukraińska obecność na polskim rynku pracy


OnetWiadomości

 

Onet

dzisiaj 09:00

Ukraińcy w Polsce – raport. Jak wygląda ich sytuacja na rynku pracy?

Do Polski coraz częściej przyjeżdżają obywatele Ukrainy, którzy szukają w naszym kraju pracy. Z informacji, które zdobyli nasi reporterzy, wynika, że w każdym regionie Polski liczba wniosków o pracę składanych przez obcokrajowców stale rośnie i głównie są to Ukraińcy. Niestety zdarzają się przypadki złego traktowania takich pracowników. Reporterzy Onetu informują, jak wygląda sytuacja obcokrajowców w polskich województwach.

 

Ukraińcy w Polsce. Jak wygląda ich sytuacja na rynku pracy?Foto: ShutterstockUkraińcy w Polsce. Jak wygląda ich sytuacja na rynku pracy?

  • Tylko w ubiegłym roku zarejestrowano ponad 1,2 mln oświadczeń na pracę dla Ukraińców
  • Nasi wschodni sąsiedzi będą przyjeżdżali do Polski, dopóki zarobki będą lepsze niż na Ukrainie. Wiele wskazuje na to, że taki stan utrzyma się jeszcze przez wiele lat
  • Najwięcej, bo ponad 90 proc. Ukraińców podejmuje się pracy fizycznej
  • Nielegalna praca może być ukarana deportacją z Polski

Warmia i Mazury

Przed świętami wielkanocnymi Warmińsko-Mazurski Oddział Straży Granicznej zdemaskował grupę osób zatrudniających na czarno kilkudziesięciu Ukraińców. Po sprowadzeniu do Polski umieszczano ich w siedzibach dwóch fabryk żywności niedaleko Nowego Miasta Lubawskiego, gdzie pracowali i spali w urągających standardom warunkach, o czym pisał nasz reporter Mikołaj Podolski.

 

To nie pierwszy tego typu przypadek w ostatnim okresie w województwie warmińsko-mazurskim. Ledwie kilka dni temu straż graniczna poinformowała o zatrzymaniu 59 obywateli Ukrainy oraz trzech Mołdawian, którzy pracowali nielegalnie w Elblągu i okolicach. Według wstępnych ustaleń pracodawca wprowadził ich w błąd, zapewniając o legalności zatrudnienia. Dlatego w tym przypadku cudzoziemcy nie będą ponosić odpowiedzialności. Ich polski szef trafi jednak pod sąd.

Warmińsko-Mazurskie jest województwem najbardziej dotkniętym bezrobociem, a mimo to często również tu do nielegalnych prac ściągani są Ukraińcy. – W tym roku mieliśmy już 35 tego typu kontroli, a w tamtym roku było ich 150. Zdecydowana większość z nich dotyczy Ukraińców i często zdarza się, że pracodawcy nie dopełniają wymaganych przez prawo formalności. A mowa tylko o naszym oddziale, do którego nie wlicza się przecież Elbląg i okolice, bo on podlega już pod Gdańsk. Z całą pewnością z roku na rok problem narasta – nie ukrywa Mirosława Aleksandrowicz, rzeczniczka warmińsko-mazurskiego oddziału SG.

Dolnośląskie

Ukraińcy do pracy bez wiz

    Zobacz więcej

    – W obecnych warunkach polityki migracyjnej bardzo ciężko oszacować konkretną liczbę obywateli Ukraińskich przebywających w Polsce. Podobnie jest na poziomie konkretnych regionów. Jest to spowodowane obowiązywaniem uproszczonych procedur oświadczeń o prace, które nie wymagają ewidencjonowania miejsca pobytu pracowników zza granicy. Jest to o tyle istotne, że właśnie na podstawie tej procedury przyjeżdża do naszego kraju najwięcej osób zza Buga – mówi w rozmowie z reporterem Onetu Tomaszem Pajączekiem Andrzej Kubisiak, dyrektor Zespołu Analiz w Work Service.

    – Tylko w ubiegłym roku zarejestrowano ponad 1,2 mln oświadczeń na pracę dla Ukraińców. Co więcej, mamy do czynienia również z osobami przebywającymi w szarej strefie, co dodatkowo utrudnia dokładne wyliczenia co do skali imigracji. Według różnych szacunków wynika, że w naszym kraju przybywa od 800 tys. do nawet miliona obywateli Ukrainy – dodaje.

    Lubelskie

    Według danych Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Lublinie w województwie lubelskim legalnie pracuje już ponad 75 tys. Ukraińców. W najbliższych latach trzeba spodziewać się, że ta liczba nie będzie malała, tylko rosła. Nasi wschodni sąsiedzi będą przyjeżdżali do Polski dopóki zarobki będą lepsze niż na Ukrainie. Wiele wskazuje na to, że taki stan utrzyma się jeszcze przez wiele lat. – Sporo osób zamierza ściągnąć tu swoją rodziną lub już to zrobiło – mówi w rozmowie z reporterem Onetu Sebastianem Białachem, Nikita, który pomaga rodakom znaleźć pracę w Polsce.

    Okazuje się, że Ukraińcy przyjeżdżają tutaj do każdej możliwej pracy. – Oczywiście najwięcej, bo ponad 90 proc. podejmuje się pracy fizycznej. Przeważnie są to spawacze, ślusarze czy budowlańcy. Ale przyjeżdżają też programiści, lekarze czy osoby do pomocy domowej i opieki nad seniorami – dodaje Nikita. Cudzoziemcy przyjeżdżający do Polski nie ukrywają, że głównie zależy im na dobrze płatnej pracy. Lubelski Urząd Wojewódzki tylko w 2016 roku wydał 2782 pozwoleń na pracę, głównie dla Ukraińców i Białorusinów.

    Podobnie sytuacja wygląda na lubelskich uczelniach. Tylko na Uniwersytecie Marii-Curie Skłodowskiej studiuje ponad tysiąc Ukraińców. Na wszystkich uniwersytetach jest to kilka tysięcy osób. Spora część z nich deklaruje podjęcie pracy w Polsce i być może pozostanie na stałe w naszym kraju. Zainteresowanie wykazują też deweloperzy, którzy liczą, że licznie przybywający cudzoziemcy będą kupować lub wynajmować mieszkania.

    Jeżeli trend się utrzyma, to za kilkadziesiąt lat w województwie lubelskim zamieszkają na stałe setki tysięcy Ukraińców. Nie bez znaczenia jest fakt, że Polska znajduje się w Unii Europejskiej i ciągle się rozwija. W przypadku Lublina wielokulturowość nie będzie problemem, ponieważ jest ona wpisana w historię miasta od wielu wieków. Już teraz na ulicach Lublina bardzo łatwo można usłyszeć obce języki, zwłaszcza ze wschodu.

    Świętokrzyskie

    Według danych Świętokrzyskiego Urzędu Wojewódzkiego, tylko w ciągu czterech lat ilość wniosków o wydanie zezwoleń na pracę cudzoziemców wzrosła prawie czterokrotnie, a wniosków o wydanie zezwolenia na pobyt czasowy ponad dwukrotnie, o czym informuje nasz reporter Piotr Rogoziński.

    Cudzoziemcy, a szczególnie obywatele Ukrainy, znajdują dziś zatrudnienie w wielu świętokrzyskich firmach. Pracują zarówno dla małych, jak i dużych przedsiębiorców i to w praktycznie każdej branży. O tym jak wielu obcokrajowców, na dłużej przyjeżdża do województwa świętokrzyskiego, świadczą dane ze Świętokrzyskiego Urzędu Wojewódzkiego.

    W zeszłym roku do ŚUW wpłynęło 1225 wniosków o pobyt czasowy, z czego blisko tysiąc złożyli obywatele Ukrainy. Co warto podkreślić to prawie dwa razy więcej niż w roku 2015. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku zezwoleń na pracę. W 2015 roku takich wniosków było 679 (594 od obywateli Ukrainy), a w 2016 roku już 1994 (1697 od obywateli Ukrainy).

    • W województwie świętokrzyskim w 2016 roku w porównaniu do roku 2013 ilość wniosków o wydanie zezwoleń na pracę cudzoziemców wzrosła o 385 proc., zaś wniosków o wydanie zezwolenia na pobyt czasowy o 223 proc. – mówi Onetowi Michał Gałczyński, zastępca dyrektora Wydziału Spraw Obywatelskich i Cudzoziemców Świętokrzyskiego Urzędu Wojewódzkiego. – Tendencja wzrostowa utrzymuje się nadal, w pierwszym kwartale 2017 roku obywatele państw trzecich złożyli o 55 proc, więcej wniosków dotyczących legalizacji pobytu niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Podobna sytuacja dotyczy zezwoleń na pracę. W pierwszym kwartale tego roku złożono o 206 proc. więcej wniosków o wydanie zezwolenia na pracę niż w pierwszym kwartale 2016 roku – dodaje.

    Pomorskie

    • Na Pomorzu mamy niedobrą sytuację, obywatele ze Wschodu długo czekają na dokumenty, pozwalające im na pracę. Dochodzi też do wielu nieprawidłowości, a często oszustwa zaczynają się już poza granicami Polski, na przykład na Ukrainie – mówią w rozmowie z reporterem Onetu Piotrem Olejarczykiem pracownicy gdańskiego Centrum Wsparcia Imigrantów i Imigrantek.

    W 2016 roku polskie firmy zadeklarowały chęć zatrudnienia 1,3 mln cudzoziemców, w tym ponad milion Ukraińców. Cudzoziemiec, który chce pracować legalnie w Polsce musi mieć odpowiednie dokumenty, niekiedy na ich wyrobienie czeka nawet rok. Przedstawiciele gdańskiego Centrum Wsparcia Imigrantów i Imigrantek podają różne przykłady nieuczciwego wykorzystywania obywateli ze Wschodu. W jednej z dużych firm na Pomorzu Ukraińcy mieli być karani „mandatem” w wysokości 300 złotych za używanie telefonu komórkowego. Ukraińskie firmy każą płacić sobie po kilkaset euro za oświadczenie, które rzekomo ma pozwolić ich klientom na legalną pracę w Polsce.

    Cudzoziemiec, który chce legalnie pracować w Polsce musi posiadać odpowiednie dokumenty. Mowa tutaj o karcie pobytu albo o zezwoleniu na pracę. – Na Pomorzu na kartę pobytu czeka się nawet rok, na zezwolenie – około pięciu miesięcy. Inspektorzy tłumaczą nam, że mają wielkie obciążenie. Niekiedy na jednego z nich przypada ponad 300 spraw – wyjaśnia Szawłowska.

    Niestety również i na Pomorzu nie brakuje sytuacji, że pracodawcy wykorzystują trudną sytuację cudzoziemców i zatrudniają takie osoby na czarno. – Mogą im płacić mniej, a czasem w ogóle nie dawać pensji. Zgłosił się do nas niedawno Ukrainiec, który pracował na budowie. Przez pięć miesięcy nie otrzymał żadnego wynagrodzenia. Takie sprawy są trudne, bo ci oszukani ludzie nie mają właściwie żadnych dowodów, że pracowali w danym miejscu. Jedyne co możemy zrobić jako instytucja to pisać do takich firm z prośbą o wypłatę zaległych pensji. Czy przekazaliśmy jakąś sprawę do sądu? Nie, nie przekazaliśmy. To naprawdę są trudne do udowodnienia sprawy – mówi Szawłowska.

    Zdarzają się również historie, gdzie pracodawca wynajmując lokale swoim pracownikom, maksymalnie tnie koszty, nie dbając właściwie o żadne standardy. – Jeden mały pokój, w nim śpi po ośmiu, dziesięciu robotników z Ukrainy. Bardzo kiepskie warunki. Dochodzą do nas też sygnały, że w jednej dużej firmie na Pomorzu Ukraińcy byli karani „mandatem” w wysokości 300 złotych w sytuacji, gdy rozmawiali przez telefon. Są pracodawcy, którzy każą sobie płacić za pomoc w wyrobieniu kart pobytu czy zezwoleń. Biorą za to po 1000 i więcej złotych z pensji cudzoziemców. U nas oczywiście taka pomoc jest bezpłatna – wylicza rozmówczyni Onetu.

    Na Pomorzu liczbę zatrudnianych obywateli ze Wschodu liczy się w tysiącach. Najczęściej pracują między innymi w branży budowlanej i branży stoczniowej. Według nieoficjalnych informacji, w Gdańsku może pracować nawet ponad 10 tysięcy obywateli Ukrainy. Oficjalne dane pokazują, że w Gdańsku w 2015 roku wydano ponad 11 tysięcy oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi. I jak informuje Powiatowy Urząd Pracy, liczba ta rośnie w bardzo szybkim tempie.

    Zachodniopomorskie

    Warszawa: PIP kontroluje budowę, na której strajkują Ukraińcy

      Zobacz więcej

      Tylko w województwie zachodniopomorskim legalnie pracuje obecnie ok. 57 tysięcy obywateli Ukrainy. Nieoficjalnie mówi się, że trzy razy tyle zatrudnionych jest niezgodnie z prawem. Dlaczego polskim firmom bardziej opłaca się zatrudniać obywateli Ukrainy niż Polaków? – Pracują ciężej często za mniejszą stawkę – mówią przedsiębiorcy w rozmowie z naszą reporterką Alicją Wirwicką.

      Jak alarmują specjaliści, na szczecińskim i zachodniopomorskim rynku pracy sytuacja jest bardzo trudna. Co zaskakujące, nie chodzi jednak o brak wakatów, a osób, które można zatrudnić. – W Zachodniopomorskiem zatrudnionych legalnie jest obecnie 57 tysięcy obywateli Ukrainy – mówi Dariusz Więcaszek, prezes Północnej Izby Gospodarczej. – Gdyby oni wyjechali dalej na zachód, sytuacja byłaby dramatyczna – dodaje.

      Obecnie w samym Szczecinie stopa bezrobocia wynosi 4,8 proc., a w samym Świnoujściu – jak oceniają specjaliści – brakuje ponad 3,5 tysiąca pracowników. To sprzyja zatrudnianiu cudzoziemców. Według nieoficjalnych danych w województwie zachodniopomorskim nielegalnie zatrudnionych jest ponad 150 tysięcy Ukraińców. Najczęściej są to zakłady przetwórstwa, produkcyjne, ale także małe firmy i sklepy. Tu, jak przyznają w anonimowej rozmowie przedsiębiorcy, częstym czynnikiem jest cena.

      • Przyjeżdżają z biedniejszego kraju do teoretycznie bogatszego. Stawki ich wynagrodzeń są znacznie mniejsze niż Polaków, a jednocześnie często pracują znacznie ciężej – mówi jeden z pracodawców. – Poza tym nasi specjaliści, jak m.in. spawacze wyjechali, a nie kształci się teraz w tych zawodach, więc trzeba szukać gdzie indziej – dodaje.

      Tylko w tym kwartale Morski Oddział Straży Granicznej, którego działania obejmują dwa województwa (zachodniopomorskie i pomorskie) skontrolowali 107 zakładów, w których ujawnili wykonywanie nielegalnej pracy przez 316 cudzoziemców, przede wszystkim właśnie Ukraińców.

      • Z kolei w 2016 roku funkcjonariusze przeprowadzili w sumie 402 kontrole legalności zatrudnienia, podczas których stwierdzili 1335 przypadków nielegalnego wykonywania przez nich pracy – mówi Onetowi kpt. SG Andrzej Juźwiak, rzecznik Komendanta Morskiego Oddziału Straży Granicznej w Gdańsku. – Nie było jednak w ostatnim czasie tak skrajnych przypadków, jak ten w województwie warmińsko-mazurskim – dodaje.

      Małopolskie

      W Krakowie przybywa sąsiadów zza wschodniej granicy. Język ukraiński jest coraz częściej słyszany na ulicach miasta i w miejskiej komunikacji. Trudno jest podać dokładną liczbę Ukraińców mieszkających w stolicy Małopolski. Wskazówką są oświadczenia pracodawców o zapotrzebowaniu na zatrudnienie obywateli za wschodniej granicy. Ich liczba z roku na rok stale rośnie. W tamtym roku liczba ta oscylowała w okolicy 20 tysięcy, o czym donosi nasz reporter Dawid Serafin.

      Ukraińcy pracują w wielu branżach. Są wśród nich programiści, pracownicy biurowi, robotnicy oraz opiekunki do dzieci. Dodatkowo do pracujących w Krakowie Ukraińców, trzeba zaliczyć jeszcze sporą grupę studentów za wschodniej granicy.

      Tymczasem tylko do końca listopada ubiegłego roku o pozwolenie na pracę w Krakowie starało się ponad 15 tysięcy cudzoziemców, w większości Ukraińców. Dla porównania w roku 2015 liczba ta wynosiła 7 tysięcy.

      Łódzkie

      „Lidove Noviny”: ukraińscy pracownicy wjeżdżają do Czech przez Polskę

        Zobacz więcej

        Obywatele Ukrainy stanowią więcej niż trzy czwarte cudzoziemców, zatrudnianych przez pracodawców w województwie łódzkim. Jak wynika z danych łodzkiego urzędu wojewódzkiego, wnioski o wydanie zezwolenia na pracę dotyczą w 80 procentach właśnie Ukraińców. W zeszłym roku ich liczba w województwie wzrosła o 15 procent. Obecnie, według szacunków wynosić może 25 tysięcy osób, z czego blisko pięć tysięcy to studenci, o czym informuje nasza reporterka Magdalena Gałczyńska.

        Ze względu na rosnącą liczbę sąsiadów zza wschodniej granicy, w połowie stycznia w Łodzi otwarto Konsulat Honorowy Ukrainy. Dzięki tej placówce, dziesiątej tego typu w Polsce Ukraińcy mogą liczyć na pomoc przy załatwianiu kart stałego pobytu, pomocy prawnej czy nauki języka polskiego.

        Pracujący w Łódzkiem Ukraińcy zatrudnienie znajdują głównie w transporcie – największa grupa to kierowcy. Pracę znajdują także w branży budowlanej oraz informatycznej.

        Część pracowników z Ukrainy wciąż bywa zatrudniana „na czarno”. W grudniu głośna stała się akcja CBŚP w kutnowskiej ubojni, w której pracowali nielegalnie zatrudnieni Ukraińcy.

        Śląskie

        W 2016 roku w województwie śląskim zarejestrowano 85,7 tys. oświadczeń na pracę cudzoziemca (wobec 34,3 tys. w 2015 roku), z czego 83,7 tys. dotyczyła obywateli Ukrainy. Jak podaje wojewódzki urząd pracy, liczba oświadczeń rosła już trzeci rok z rzędu, o czym informuje nasze reporter Paweł Pawlik.

        – Wśród podejmujących pracę w ramach trybu oświadczenia o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi wysoki był udział obywateli Ukrainy, którzy stanowili blisko 98 proc. – informuje Arkadiusz Kaczor, rzecznik prasowy Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Katowicach.

        Z danych zgromadzonych przez powiatowe urzędy pracy wynika, że w Śląskiem pracodawcy zatrudniają przede wszystkim mężczyzn (62,2 tys.) poniżej 40 roku życia (72 proc.). Tylko co czwarty pracownik był w przedziale wiekowym od 41 do 65 lat. Najczęściej pracodawcy oferowali pracę w ramach umowy zlecenia i zamierzali zatrudniać przez maksymalnie pół roku.

        Jeżeli chodzi o strukturę zawodową podejmujących pracę, to największą grupę stanowili pracownicy wykonujący proste, sezonowe prace (39 proc.). W następnej kolejności obcokrajowcy chcieli pracować jako robotnicy przemysłowi i rzemieślnicy (20 proc.) oraz pracownicy biurowi (16 proc.). Jak wynika z danych WUP, rzadko planowano zatrudnić obcokrajowców na stanowiskach kierowniczych lub w zawodach wymagających wyższego wykształcenia. Najwięcej oświadczeń pracodawców o chęci zatrudnienia obywateli Ukrainy w woj. śląskim zarejestrowano w Bielsku-Białej, Katowicach, Pszczynie, Częstochowie i Mysłowicach.

        Podlaskie

        Według danych z Wojewódzkiego Urzędu Pracy pracodawcy zgłosili w 2016 roku do zarejestrowania pond 8 tysięcy wniosków o zatrudnienie Ukraińców. To w myśl ustawy wystarczy, aby legalnie na pół roku zatrudnić w województwie podlaskim osoby posiadające obywatelstwo ukraińskie. O sytuacji na rynku pracy w tym regionie informuje nasz reporter Konrad Kruszewski.

        Aneta Niegierysz z WUP poinformowała Onet, że największe zapotrzebowanie było na pracowników zatrudnianych przy pracach prostych, na robotników i rzemieślników, operatorów i monterów maszyn i urządzeń oraz na rolników i ogrodników.

        Rzecznik prasowa podlaskiej straży granicznej Katarzyna Zdanowicz poinformowała nas, że funkcjonariusze w 2016 roku w województwie podlaskim wykryli 45 nielegalnie pracujących cudzoziemców, z czego 14 legitymowało się obywatelstwem ukraińskim. Zostali deportowani na Ukrainę. Zwróciła jednak uwagę na proceder wyłudzania przez cudzoziemców (również Ukraińców) wiz. – Mają wizy o pracę z poświadczeniem od pracodawcy polskiego – powiedziała – ale nie podejmują u na pracy, tylko jadą dalej do Zachodniej Europy. Takich przypadków zanotowano więcej niż zatrzymań Ukraińców pracujących na czarno.

         

         

        Kujawsko-Pomorskie

        Straż Graniczna w Bydgoszczy przeprowadziła w ubiegłym roku 77 kontroli firm i w przypadku 57 z nich stwierdzono naruszenia przepisów o zatrudnianiu cudzoziemców. Łącznie skontrolowano w nich 498 emigrantów i aż 85 proc. z nich stanowili Ukraińcy.

        • Z każdym rokiem odnotowujemy tendencje wzrostowe. Tylko w pierwszym kwartale 2017 roku funkcjonariusze skontrolowali 295 obywateli Ukrainy wykonujących pracę w województwie kujawsko–pomorskim, co stanowi ponad 87 proc. ogólnej liczby skontrolowanych cudzoziemców – mówi Dagmara Bielec-Janas, rzeczniczka Komendanta Nadwiślańskiego Oddziału Straży Granicznej. – Warto zaznaczyć, iż 92 wykonywało pracę nielegalnie – uzupełnia.

        Rzeczniczka dodaje, że zdarzają się sytuacje, gdy w jednym miejscu pracuje większa liczba Ukraińców – kilkanaście lub kilkadziesiąt osób. Fabryka niekiedy jest więc nie tylko miejscem ich pracy, ale też zamieszkania. Wtedy pograniczników w działaniach wspierają specjaliści do spraw handlu ludźmi, których zadaniem jest ocena zagrożenia.

        Wielkopolskie

        Według informacji Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Poznaniu liczba złożonych oświadczeń przez pracodawców, którzy chcą zatrudnić obywatela Ukrainy, rośnie z roku na rok. W 2016 roku było ich ponad 120 tysięcy. Przeważnie są to osoby w sile wieku, które później zajmują się głównie pracami prostymi, znajdują zajęcie w przemyśle oraz rolnictwie. Niestety, nie brakuje przypadków nielegalnych zatrudnień.

        Liczba składanych oświadczeń rośnie już od czterech lat. W 2013 rok pracodawcy chcący zatrudnić obywateli Ukrainy złożyli ich 10780, w 2014 roku 21028, w 2015 r. 57665, w ubiegłym roku ich liczba wzrosła do 123197 oświadczeń. Tylko w dwóch pierwszych miesiącach bieżącego roku takich oświadczeń, dotyczących Ukraińców, do urzędu pracy wpłynęło już ponad 27 tysięcy. – Porównując tegoroczny styczeń do ubiegłorocznego, nastąpił przeszło stuprocentowy wzrost – mówi Onetowi Bernadeta Ignasiak z Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Poznaniu.

        Na podstawie tych oświadczeń pracodawca może zatrudnić obcokrajowca na okres nie dłuższy niż sześć miesięcy w okresie do 12 miesięcy od złożenia pisma, bez konieczności uzyskania zezwolenia na pracę. Dotyczy to obywateli sześciu państw: Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji oraz Ukrainy. Zdecydowana większość oświadczeń dotyczy osób pochodzących z tego ostatniego państwa.

        W ubiegłym roku pracodawcy zgłaszali chęć zatrudnienia przede wszystkim mężczyzn, w wieku od 26 do 40 lat. – Głównie są to robotnicy do wykonywania prac prostych. W ubiegłym roku oświadczeń o chęć zatrudnienia takich pracowników było ponad 63 tys. – zdradza rozmówczyni Onetu. Następni byli robotnicy przemysłowi i rzemieślnicy – ponad 29 tysięcy oświadczeń. Ostatnią, tak dużą grupą, byli operatorzy i monterzy maszyn oraz urządzeń – ponad 14 tys. oświadczeń.

        Okazuje się, że nie wszyscy Ukraińcy są zatrudniani legalnie. – W 2016 r. na terenie służbowej odpowiedzialności Nadodrzańskiego Oddziału SG podczas prowadzonych działań w zakresie kontroli legalności wykonywania pracy przez cudzoziemców, prowadzenia przez nich działalności gospodarczej i powierzania im wykonywania pracy, stwierdzono nielegalne wykonywanie pracy przez 1006 obywateli Ukrainy – informuje Onet kpt. Rafał Potocki, rzecznik prasowy Nadodrzańskiego Oddziału Straży Granicznej, który działa na tenie woj. wielkopolskiego, lubuskiego i dolnośląskiego.

        Za nielegalne wykonywanie pracy grozi kara grzywny nie niższej niż tysiąć złotych. – Należy jednak wskazać, że w 2016 roku w Nadodrzańskim Oddziale SG w większości przypadków, funkcjonariusze nie kierowali wniosków do sądu o ukaranie, tylko pouczali obywateli Ukrainy – dodaje kpt. Potocki.

        Onet Wiadomości

        Źródło: Onet

        Polska chora na Rosję


         

        10:48 19 KWIECIEŃ 2017

         

        Polska chora na Rosję

        Polska chora na Rosję

        © Sputnik. Władimir Trefiłow

        OPINIE

        08:00 19.04.2017Krótki link

        Maciej Wiśniowski

        19768470

        W czasach, kiedy wszystkie bez wyjątku liczące się siły polityczne licytują się na nienawiść do Rosji, każda okazja, by przeciwstawić się stereotypowi, że narody polski i rosyjski nienawidzą się wzajemnie, jest na wagę złota.

        Z tym większa radością należy odnotować pojawienie się w księgarniach książki profesora Bronisława Łagowskiego „Polska chora na Rosję”. Pozycja ta jest istotna z kilku równorzędnych powodów. Na pewno ze względu na osobę Autora.

        Prof. Bronisław Łagowski jest uczonym niesłychanie ważnym na polskiej scenie naukowej. To naukowiec wybitny, niezależny i samodzielnie myślący, zawsze idący pod prąd modnych prądów intelektualnych lub pseudointelektualnych. Jego realistyczne podejście do opisywanej rzeczywistości imponuje i budzi szacunek. A także chyba, sądząc po reakcji polskiego środowiska naukowego, zazdrość. Poglądy prof. Łagowskiego łączą w sobie elementy liberalizmu, konserwatyzmu i świeckiej, lewicowej myśli społecznej.

        Bronisław Łagowski jest bodaj jedynym polskim uczonym tej rangi, którego poglądy na temat stosunków polsko-rosyjskich są tak, powiedziałbym, bezlitośnie logiczne i racjonalne właśnie.

        Walonki z symbolami Rosji

        © SPUTNIK. ALEKSEJ DANICZEW

        Rusofobia MADE IN POLAND. Część II

        Polacy, mający pretensje do bycia elitą intelektualną, z trudnością znoszą prawdę o swojej polityce wobec Rosji i innych wschodnich sąsiadach, tym bardziej, że prawda ta wyjątkowo boleśnie weryfikuje praktycznie wszystkie powstałe w tej dziedzinie teoretyczne koncepcje i działania.

        Nic zatem dziwnego, że Łagowski jest demonstracyjnie ignorowany i spychany na margines głównego nurtu publicznej dyskusji o sprawach dla Polski ważnych. To oczywista hańba dla polskiego życia intelektualnego (przyjmując, że takie zjawisko istnieje).

        Już sam tytuł książki dobrze oddaje istotę myśli, jakie Łagowski ma do przekazania czytelnikowi.

        Istotnie, Polska jest chora na Rosję. I to nie jest choroba, która dobrze rokuje.

        Jest nie tylko przewlekła, ale też wyniszczająca, a może być śmiertelna. Problem tylko w tym, że pacjent uważa, iż jest absolutnie zdrowy, a dobrego lekarza obok — brak.

        Owszem, są jakieś konowały, które próbują przekonać pacjenta, że nie dość, że nie umiera, to na dodatek idzie ku lepszemu. Kłamią oczywiście.

        Łagowski, z godnym pozazdroszczenia uporem pokazuje jednak, jak jest naprawdę: że rusofobia jest w nas nie dlatego, że ją wyssaliśmy z mlekiem matki, ale dlatego, że ktoś nas przekonał niemałym nakładem sił i środków, że powinna być immanentną cechą polskiej polityki zagranicznej.

        I tak od lat tkwimy w zaklętym kręgu nienawiści do Rosji. Żeby to jeszcze była sprawa głupich emocji, to jeszcze pół biedy. Emocje mają to do siebie, że z czasem się wypalają.

        Święto Niepodległości, 11 listopada 2014

        © AP PHOTO/ ALIK KEPLICZ

        Polska głęboka pogarda wobec Rosjan – półludzi

        Dziennikarz Rossiya Segodnya Leonid Swiridow

        © ZDJĘCIE: MAX LURIE

        MSZ Rosji: Warszawa łamie swoje zobowiązania prześladując rosyjskiego dziennikarza

        Świeto wojska polskiego, Warszawa 15 sierpnia 2015

        © AP PHOTO/ ALIK KEPLICZ

        Hej na koń, lance w dłoń, Moskala goń, goń, goń!

        W naszym zaś polskim grajdołku całe stada politologów, psychologów, polityków i dziennikarzy produkują od prawie 30 lat teoretyczne uzasadnienia do przeciwstawiania sobie Rosji i Polski. Mało tego, sączą niechęć w codziennych publikacjach i wypowiedziach. Nie ma od jakiegoś czasu tygodnia, żebyśmy nie dostali kolejnego „raportu o wojnie informacyjnej w polskim internecie”, w którym na podstawie analizy kilkunastu, góra kilkudziesięciu stron dowiadujemy się, że ta straszna Rosja próbuje wcisnąć nam swój, z gruntu kłamliwy, punkt widzenia. Nikłe są również szanse na przeczytanie tekstu o tematyce międzynarodowej, dowolnej, w którym jedynym punktem odniesienia autora jest Kreml — albo cieszymy się, że Rosji coś się nie udało, albo złościmy, że jednak tak. Reszta się nie liczy.

        Systematycznie podsycanie fobii robi swoje.

        Polacy jeszcze dwa lata temu w badaniu instytutu Pew Research zajęli pierwsze miejsce wśród narodów nie lubiących Rosji. Jeżeli wątpię dziś w trwałość tamtego badania, to miedzy innymi dlatego, że pojawiają się takie książki jak prof. Łagowskiego, że są grupy ludzi, którzy spontanicznie dbają i restaurują groby radzieckich żołnierzy, poległych za wolność Polski i że niekiedy obywatele ponad swoimi poglądami politycznymi potrafią przeciwstawić się próbom likwidacji czołgu-pomnika żołnierzy I Armii Wojska Polskiego, którzy razem z Armią Czerwoną wyzwalali Polskę.

        Można mieć nadzieję, że nie wszystko jeszcze stracone.

        Myliłby się ten, który pragnąłby umiejscowić Autora w szufladce „rusofil”. Wręcz przeciwnie, prof. Łagowski nie ukrywa swoich krytycznych uwag pod względem Rosji, jej państwowej administracji, przywódców. Ale nie przeszkadza mu to widzieć Rosji taką, jaką jest i jej roli w świecie.

        Autor nie boi się przywoływać nazwisk rosyjskich uczonych, których dzieła są i będą trwałym elementem światowego dziedzictwa kulturowego, wypowiadać się ze znawstwem o rosyjskich nurtach filozoficznych. Pewnie i dlatego, że jego przyjacielem jest inny wielki uczony polski, specjalizujący się w historii rosyjskiej myśli, prof. Andrzej Walicki.

        Anna Fotyga

        © AFP 2017/ GERARD CERLES

        Bardzo przepraszam

        Szczególnie imponuje w książce prof. Łagowskiego, jego, powiedziałbym, bezlitosna logika, każąca nazywać rzeczy po imieniu, niezależnie od tego, czy się to komuś podoba, czy nie.

        Polska, przekonuje Łagowski, jest tym, czym jest — niedużym państwem europejskim, które o tyle ma coś do powiedzenia, o ile wielcy gracze światowej sceny politycznej zechcą polskiego głosu wysłuchać. A w jej najgłębszym interesie leży współpraca i dobre sąsiedztwo z Rosją, ukierunkowane tak, by maksymalnie bronić swoich interesów narodowych i by wykorzystać to, do czego predestynuje nas miejsce w Europie — być pomostem między Europą Zachodnią a Rosją. Pomysły na Polskę, prezentowane najpierw przez ekipę Platformy Obywatelskiej, a obecnie Prawa i Sprawiedliwości, izolują nas spośród państw Europy Zachodniej nie dlatego, że one kochają Rosję, tylko dlatego, że nie chcą współpracować z państwem nieprzewidywalnym.

        To właśnie pokazuje Bronisław Łagowski.

        Jest jeszcze jedna rzecz, która pozwala zrozumieć próby przemilczenia poglądów autora książki „Polska chora na Rosję”. To obnażanie przez niego śmieszności, w którą grzęźniemy jako państwo, kiedy nadymamy się, przypisując sobie cechy, których nie mamy i mieć nie będziemy. Te wszystkie listy skierowane „do opinii światowej” czy pisane do „rządów państw europejskich” żądania, by inne państwa przyłączyły się do obrony naszych partykularnych interesów, Łagowski nakłuwa igłą ironii, która nie przysparza mu sympatii u tych, co swój patriotyzm widzą jako wznoszenie okrzyków i obnoszenie swojej miłości własnej.

        Marek Belka i Leonid Swiridow

        © SPUTNIK. JEWGIENIJ BIJATOW

        Marek Belka: „My, Polacy, kochamy Rosję i bardzo się boimy imperium”

        Agnieszka Wołk-Łaniewska w Moskwie

        © SPUTNIK. LEONID SWIRIDOW

        Między Macierewiczem i Łubianką

        Trzeba przyznać, że analiza polskiej polityki zagranicznej, prezentowana przez profesora Bronisława Łagowskiego potrafi być bezwzględna:

        „Problemem polskiej „polityki” wschodniej nie jest jej misyjność, ekshumowany prometeizm czy ciemny, irracjonalny napęd ani służalczość wobec Ameryki wyprzedzająca życzenia. Wszystko to można znieść. Najgorsze jest to, że tej „polityce” brakuje analizy rzeczywistości, odniesionej do realnego interesu narodowego. Tak jak przed wiekiem Polska kultywuje „rozmyślna ignorancję” w stosunku do Rosji (określenie Hercena). Niezdolność i niechęć zobaczenia faktów, takimi, jakie one są, nadmiar ocen, przewaga trybu postulatywnego nad opisem, zupełne pomijanie punktu widzenia drugiej strony, odrzucanie z góry racji, jakie druga strona mogłaby mieć za sobą; do tego dochodzi pyszałkowatość zwalniająca z obowiązku uzasadnienia pewników, jakie się rzekomo posiada itp. przywary moralne i intelektualne składające się na polską mentalność zbiorową i nadające karykaturalną treść „polityce” wschodniej. Ta „polityka” nas ośmieszy prędzej czy później i oby tylko na ośmieszeniu się skończyło”.

        Nie spodziewam się, że ktokolwiek z ludzi, którzy mają czy mogą mieć wpływ na kształt stosunków polsko-rosyjskich tę książkę przeczyta.

        Leszek Miller

        © SPUTNIK. LEONID SVIRIDOV

        Putin to skarb

        Oni przecież już wszystko wiedzą, a jakiekolwiek próby podważenia ich rusofobicznego aparatu pojęciowego traktują jako zamach na niezależność ich myślenia, nie zdając sobie sprawy, że ani to niezależne, ani myślenie.

        Mam jednak nadzieje, że książkę tę wezmą do ręki ludzie, którzy po prostu chcą wiedzieć więcej, którzy chcą samodzielnie wyrabiać sobie poglądy, którzy wreszcie zdają sobie sprawę, że nienawiść nie jest dobrym tworzywem do budowania relacji z jakimkolwiek państwem.

        Im będzie ich więcej, tym większe szanse na wyzdrowienie przez Polskę z antyrosyjskiej choroby.

        Maciej Wiśniowski, polski publicysta, Warszawa

        Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

        Wytyczne wywiadu zakazujące informowania o przyczynach katastrofy w Smoleńsku


        niezalezna.pl - strefa wolnego słowa

         

        19 kwietnia 2017

         

        „Gazeta Polska” UJAWNIA wstrząsające akta służb: Wywiad zakazał informowania o Smoleńsku

         

        Dodano: 19.04.2017 [08:42]

        „Gazeta Polska” UJAWNIA wstrząsające akta służb: Wywiad zakazał informowania o Smoleńsku - niezalezna.pl

        foto: fragm. okładki Gazety Polskiej 16(1236) z 2017 roku

        „Gazeta Polska” dotarła do dokumentów Służby Wywiadu Wojskowego z pierwszych dni po katastrofie smoleńskiej. Ich zawartość jest szokująca: wywiad zakazał przekazywania informacji na temat przyczyn tragedii, gdyż zaszkodziłoby to Rosji i wzmocniłoby opozycję.
        Kwiecień i maj 2010 r. były najważniejszymi miesiącami, jeśli chodzi o pozyskiwanie dowodów w sprawie katastrofy smoleńskiej. Wrak i jego elementy wciąż znajdowały się na miejscu tragedii, a do polskich służb i instytucji zgłaszali się informatorzy oraz świadkowie. Niestety – szansę tę zaprzepaszczono, i to świadomie.
        Ze strachu przed „polityczną katastrofą”
        Komu zależało na tym, by kluczowe informacje na temat przyczyn śmierci prezydenta RP i 95 innych pasażerów feralnego lotu nie dotarły do Polski? Jeszcze w pierwszych dniach po katastrofie smoleńskiej funkcjonariusze Służby Wywiadu Wojskowego pracowali bez większych zastrzeżeń. Do Warszawy spływały informacje mogące przyczynić się do wyjaśnienia tragedii – także te obciążające Rosjan. Ale już 16 kwietnia 2010 r. – w dniu, w którym Komitet Śledczy przy Prokuraturze Generalnej Rosji ogłosił, iż zakończono czynności procesowe na miejscu katastrofy – sytuacja się zmieniła. A relacje funkcjonariuszy SWW będących w Rosji zaczęły przypominać kremlowskie biuletyny.
        Właśnie 16 kwietnia 2010 r. w jednym z raportów SWW informowano, że według specjalnej rosyjskiej komisji rządowej kierowanej przez premiera Władimira Putina wykluczono niesprawność samolotu i wybuch na jego pokładzie. Przyczyną katastrofy smoleńskiej był błąd ludzki, czyli błąd pilotów – podkreślono w raporcie. A więc już sześć dni po tragedii bezkrytycznie przyjęto wersję Rosjan, którzy nie mieli żadnych podstaw – nawet teoretycznych – do formułowania takich tez!
        Skąd taka wolta? Częściową odpowiedź na to pytanie znajdujemy w raporcie SWW ze Smoleńska z dnia 18 kwietnia 2010 r. Stwierdzono tam, że „w razie uznania rosyjskiej winy dojdzie do politycznej katastrofy o międzynarodowych reperkusjach”, włącznie z konfliktem z Rosją. Zdaniem funkcjonariusza SWW „uznanie rosyjskiej winy” groziłoby też „podjęciem przez opozycję ataku na rząd Donalda Tuska”. Innymi słowy: polski wywiad zgodził się na tuszowanie prawdziwych przyczyn śmierci prezydenckiej delegacji, tłumacząc to troską o niepogorszenie stosunków z Rosją i strachem przed działaniami opozycji wobec rządu.
        Jeszcze bardziej porażający jest dokument SWW sporządzony następnego dnia, tym razem już w centrali w Warszawie, i rozesłany do wszystkich struktur tej instytucji. Informuje się w nim m.in., że do polskiego wywiadu wojskowego zgłosił się rosyjski pilot wojskowy, twierdzący, że katastrofa to wina Rosjan (świadka potraktowano jako prowokatora, chcącego zaszkodzić rosyjsko-polskiemu pojednaniu). Następnie pada wymowne zdanie: „zakazuje się przekazywania [do Polski – przyp. „GP”] jakichkolwiek informacji na temat przyczyn katastrofy”. Według naszych informacji na dokumencie z 19 kwietnia 2010 r. widnieje parafka szefa SWW gen. Radosława Kujawy.

        Więcej na ten temat w najnowszym numerze tygodnika „Gazeta Polska”:

        View image on Twitter

        View image on Twitter

        Follow

        Gazeta Polska @GPtygodnik

        UJAWNIAMY WSTRZĄSAJĄCE AKTA SŁUŻB
        Czytaj w nowym wydaniu Gazety Polskiej od środy 19.04. http://www.GazetaPolska.pl #GazetaPolska #smoleńsk

        2:35 PM – 18 Apr 2017

      • 6565 Retweets

      • 6868 likes

      • Autor: Grzegorz WierzchołowskiŹródło: Gazeta PolskaInne: Komisja Smoleńska

        Drukuj

        DZIAŁ: SMOLEŃSK

        Polski Rząd nie zapraszał imigrantów i niczego im nie obiecywał


         

        Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

         

        Kiedy Zachód uświadomi sobie że nie jest w stanie przyjąć wszystkich imigrantów?
        Written by krakauer, 19 kwietnia 2017, 4 komentarze

         Kiedy Zachód uświadomi sobie że nie jest w stanie przyjąć wszystkich imigrantów? W ostatnich dniach wyłowiono z Morza Śródziemnego tysiące ludzi, którzy ryzykowali życie, opłacając się przemytnikom (którzy opłacają się terrorystom), za przewiezienie do Europy. Działalność służb ratowniczych krajów europejskich, zachęca przemytników do coraz gorszych warunków przewożenia stłoczonych ludzi. Zdarzają się przypadki – częste – zatapiania pontonów i łodzi, w pobliżu statków Europejczyków, tylko po to żeby zmusić służby do ratowania ludzi z wody. Wiele osób w tym ginie, toną w morzu! Europa swoją głupią polityką przyzwala na ten dramat, równolegle ponosząc rosnące koszty społeczne i polityczne zwiększania się liczby nielegalnych imigrantów na kontynencie. Włochy, Niemcy, Austria, Francja – te kraje pękają w szwach, mają za dużo imigrantów. Inne kraje europejskie nie chcą się zgodzić na relokację nielegalnych imigrantów i innych uchodźców, zresztą trudno oczekiwać od tych ludzi, żeby zaakceptowali życie np. w Polsce lub na Słowacji, gdzie poziom życia jaki mogą im zaoferować państwowe socjale jest o wiele niższy, niż na Zachodzie.

        Poza ludzkich i humanitarnym wymiarem tej tragedii, który oczywiście musi być rozpatrywany na pierwszym miejscu, jest jeszcze kwestia czysto polityczna. Nielegalni imigranci stali się wyzwaniem politycznym, dla rządzących w Europie, jak również mają swoje ciążenie społeczno kulturowe i ekonomiczne, a na to wszystko jeszcze nakłada się kwestia bezpieczeństwa. Niestety wzrost ilości imigrantów doprowadził do zwiększenia zagrożenia terroryzmem oraz zwykłą przestępczością. Masowe napastowanie Kobiet w Niemczech z okazji Sylwestra, to przejaw tego, co się dzieje w warunkach zderzenia kultur i poczucia bezkarności w grupie. Niestety takich przypadków na Zachodzie jest coraz więcej, w Polsce także dochodzi do incydentów, gdzie w zderzeniu kultur dochodzi do brutalizacji i aktów np. z użyciem noża, ze strony przybyszów mordujących Polaka. To są fakty, nie da się im zaprzeczyć. W konsekwencji ludzie czują się zagrożeni.

        Skala zagrożeń ze strony nielegalnych imigrantów jest nie do przyjęcia. W Belgii i Francji wojsko jest na ulicach z bronią długą. Niektóre dzielnice Brukseli i chyba wszystkie przedmieścia Paryża – to już prawie Bejrut. Jeszcze nie jeżdżą półciężarówki wyładowane bojownikami z granatnikami w dłoniach, ale karabin maszynowy lub wspomniany granatnik w bagażniku lub na bocznym siedzeniu pod kurtką, nie jest już czymś zaskakującym dla służb porządkowych. Liczne zamachy z użyciem broni maszynowej i ładunków wybuchowych są tego dowodem.

        To zjawisko, to jest właśnie największy problem z jakim mamy do czynienia w Europie, władze nie mogą prowadzić polityki, w wyniku której zwykli ludzie będą bali się chodzić po ulicach, a nawet spać we własnych domach (do tego dochodzi w niektórych rejonach Niemiec, tak było we Francji w rejonie wlotu do Eurotunelu). To jest poroniona polityka afirmacji idei przyjmowania nielegalnych imigrantów, wbrew zdrowemu rozsądkowi i wbrew ich interesom. Wizja przyjęcia miliona ludzi i utrzymywania ich na socjalu – jest czymś poronionym, nienormalnym i chorym. Jaką propozycję pani Merkel ma dla setek tysięcy Afrykańczyków, Syryjczyków czy Afgańczyków? W Europie nie ma prac prostych, są rzadkością. Czy ci ludzie mają być skazani na wegetację w Europie? Jak maj czuć się mieszkańcy krajów europejskich, dla których nie ma na leczenie, a emerytury stają się luksusem, widząc codziennie jak idą do pracy – modlących się inno-kulturowych imigrantów? To przecież zrodzi poważne problemy społeczne i to na skalę jakiej sobie nie wyobrażamy.

        Czy jest jakaś granica, po której przekroczeniu państwa europejskie zdecydują się na użycie siły fizycznej do zabezpieczenia granic Europy? Przecież to jest jedyny sposób na to, żeby chronić wszystkie wartości, które czynią Europę – Europą! Nie chodzi o budowanie twierdzy i strzelanie do ludzi na granicy, chodzi o coś o wiele ważniejszego – świadomość dla wszystkich, że nawet jeżeli dostaną się do Europy, to nie będzie ich stać na życie na kontynencie, gdzie posiadanie dzieci jest rzadkim luksusem. Trzeba to zacząć uświadamiać i sobie i przyjezdnym, którzy – co się w wielu przypadkach na Zachodzie zdarza, są drugie pokolenie klientami systemu pomocy socjalnej. Czy o to chodzi?

        Jak przybędzie milion osób z Afryki – też dostaną mieszkania i pomoc socjalną? Kolejny milion także? Trzeci i czwarty również? Trzydziesty milion także? Będą swoją masą tworzyć nową społeczność, w imię nie drażnienia, której pozwoli się im na czerpanie z przywilejów, na które nie pracowali i nie będą pracować? Jaka będzie granica – dwa miliony, trzy miliony ludzi? Obcych kulturowo i zasilających grono sfrustrowanych obywateli drugiej kategorii w państwach zachodnich? Jeżeli nie będzie rozwiązany obecny stan spraw, to możemy liczyć kolejne miliony – do tego właśnie prowadzi głupia, nieodpowiedzialna, destrukcyjna i wyniszczająca polityka przyzwolenia na migrację bez szans na życie w naszych warunkach. Oczywiście o tych, którzy zginęli lub zostali zamordowani po drodze, się nie mówi – to wstydliwa sprawa dla Europy zachodniej.

        Kiedy Zachód uświadomi sobie że nie jest w stanie przyjąć wszystkich imigrantów – już może być za późno. Dlatego słuszną linię ma nasza władza, trzymając się postanowień konwencji z Dublina – ma pełne prawo odmawiać przymusowej relokacji ludzi, którzy przybyli do Europy nielegalnie. Nasz rząd tych ludzi nie zapraszał, nie jesteśmy im NIC WINNI. Należy bezwzględnie zaostrzyć kryteria przyznawania azylu, prawa do imigracji i osiedlania się. Bezpieczeństwo jest najważniejsze, musi być najwyższym priorytetem. Dotyczy to również importu wojny domowej ze Wschodu, to się musi skończyć, nie można pozwalać na tak dużą dyfuzję, nie mamy w tym interesu, a konsekwencje będziemy ponosić przez lata.

        Na Centralnym przepowiadają przyszłość rudemu


        środa, 19 kwietnia 2017 roku

         

        wPolityce.pl

         

        Gorąco na Centralnym przed przyjazdem Tuska. Zwolennicy i przeciwnicy przekrzykują się: „Będziesz siedział!” [ZDJĘCIA, WIDEO]

        opublikowano: 7 minut temu · aktualizacja: minutę temu

         

        Dziesiątki zwolenników i przeciwników Donalda Tuska zebrały się na Dworcu Centralnym w Warszawie, gdzie ma pojawić się były premier, który w środę będzie przesłuchiwany przez stołeczną prokuraturę. Tusk ma pojawić się na peronie ok. godziny 10:40.

        Na miejscu trwają przekrzykiwania i dyskusje obu grup. Pojawiły się też transparenty wyrażające poparcie i sprzeciw. Skandowane są takie hasła jak: „Będziesz siedział!”, „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę!”, „Precz z komuną!”, „Komuchy do Rosji” czy „Zdrajca! Zdrajca!”. Z drugiej strony odpowiedzi: „Donald Tusk!”, „Popieramy!”, „Misiewicze”!.

        WIDEO:

        Follow

        wPolityce.pl @wPolityce_pl

        Gorąco na Centralnym przed przyjazdem Tuska. Zwolennicy i przeciwnicy przekrzykują się: „Będziesz siedział!” [wideo] http://wpolityce.pl/polityka/336162-goraco-na-centralnym-przed-przyjazdem-tuska-zwolennicy-i-przeciwnicy-przekrzykuja-sie-bedziesz-siedzial-zdjecia …

        10:25 AM – 19 Apr 2017

      • 33 Retweets

      • 33 likes

      • Na miejscu zebrała się też grupa skupiona wokół Komitetu Obrony Demokracji z liderem Mateuszem Kijowskim na czele. Są posłowie Platformy Obywatelskiej, między innymi Michał Szczerba.

        Tusk w drodze do Warszawy. Były premier już robi z siebie męczennika: „Nie mam wątpliwości, że jest to element politycznej nagonki”. WIDEO

        View image on Twitter

        View image on Twitter

        Follow

        Michał Kolanko

        @michal_kolanko

        Zaczynają się pierwsze werbalne (póki co) starcia między zwolennikami a przeciwnikami Tuska

        10:05 AM – 19 Apr 2017 · Warsaw, Poland

      • 44 Retweets

      • 22 likes

      • Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk ma się stawić w środę w warszawskiej prokuraturze, gdzie będzie zeznawać jako świadek w śledztwie dotyczącym współpracy Służby Kontrwywiadu Wojskowego z rosyjską Federalną Służbą Bezpieczeństwa.

        Śledztwo, które prowadzi wydział wojskowy Prokuratury Okręgowej w Warszawie, dotyczy „przekroczenia uprawnień przez członków kierownictwa Służby Kontrwywiadu Wojskowego, wskutek podjęcia współpracy ze służbą obcego państwa bez wymaganej zgody prezesa Rady Ministrów”. Za przestępstwo przekroczenia uprawnień lub niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariusza publicznego grozi do trzech lat więzienia.

        svl

        Zdjęcie Zespół wPolityce.pl

        autor: Zespół wPolityce.pl

        Czekamy na Wasze maile z uwagami i komentarzami: redakcja@wpolityce.pl. Dołącz do naszej społeczności – Sieci Przyjaciół wPolityce.pl i tygodnika „wSieci” na siecPrzyjaciol.pl

        Putin złożył gratulacje Asadowi


        KEWSY.pl

        źr. OffGuardian

        PUTIN ZŁOŻYŁ GRATULACJE ASADOWI Z OKAZJI 71 ROCZNICY ODZYSKANIA NIEPODLEGŁOŚCI PRZEZ SYRIĘ

        18 kwietnia 2017|0 Komentarze|w Bliski Wschód, polityka, Rosja, Wydarzenia |Przez Michal Krupa

        Depesza gratulacyjna została upubliczniona przez biuro syryjskiego prezydenta.

        Biuro prezydenta Syrii podało na Twitterze, że – W telegramie przesłanym prezydentowi Asadowi, Putin potwierdził, że Rosja chce nadal wspierać pokojowe rozstrzygnięcie syryjskiego kryzysu za pomocą szerokiego dialogu narodowego. Putin odnotował również, że Rosja angażuje się w ochronę integralności terytorialnej Syrii i jej suwerenności. Putin wyraził również nadzieję, że przyjazne stosunki rosyjsko-syryjskie będą się nadal rozwijać.

        ZOBACZ RÓWNIEŻ: Syria: Według obserwatorów, w nalotach koalicji pod wodzą USA zginęli cywile

        Syryjczycy obchodzą święto niepodległości 17 kwietnia.

        Kresy.pl / Tass.com

        Wyznawcy kultu Bandery przebierają nóżkami do bomby atomowej


         

        10:19 19 KWIECIEŃ 2017

         

        Ukraiński wojskowy w rejonie Debalcewa w obwodzie donieckim. Zdjęcie archiwalne

        Pułkownik MSW Ukrainy: „Donbas i Krym trzeba zrównać z ziemią”

        © AP Photo/ Siergiej Chuzawkow

        ŚWIAT

        17:10 17.04.2017Krótki link

        162022767

        Pułkownik MSW Ukrainy Władimir Stiebliuk, biorący udział w działaniach wojennych w Donbasie, poinformował o braku możliwości rozwiązania konfliktu drogą dyplomatyczną.

        Budynek Ministerstwa Spraw Zagranicznych Ukrainy w Kijowie

        © SPUTNIK. GRIGORIY VASILENKO

        Krymianie w rosyjskim wojsku? Ukraina jest przeciw

        „Oni nas nienawidzą. My nienawidzimy ich. I póki co nie możemy tego zmienić. Zakończyć tę wojnę czyjąś decyzją lub drogą dyplomatyczną? To niemożliwe. Wyzwolić siłą? To oznacza kolosalną liczbę ofiar. Żeby wyzwolić okupowane terytoria Donbasu i Krymu należałoby dokonać czystki” — powiedziałStiebliuk w wywiadzie dla Online.ua.

        Jako sposób na dokonanie tej czystki pułkownik podał „zrównanie z ziemią” regionów. Jednocześnie Stiebliuk przyznał, że w takim wypadku świat nie zrozumiałby działań Ukrainy.

        „I nie mamy takiej siły, żeby potem móc się przeciwstawić i utrzymać odbite terytoria. Bo co byśmy otrzymali? Terytorium nienawiści? Przecież i tak je mamy” — powiedział Stiebliuk. Poinformował też, że mieszkańcom ŁRL i DRL „żyje się nieźle” — dostają emerytury, jako tako funkcjonuje przemysł.

        Kobieta z karabinem

        © FOTOLIA/ SGONIN

        ŁRL: w Donbasie walczą kobiety snajperzy z Polski i Litwy

        Wcześniej inny członek ATO — pułkownik Sił Zbrojnych Ukrainy dowodzący grupą operacyjno-taktyczną „Mariupol” Eduard Moskaliow oświadczył, że mieszkańcy Donbasu nienawidzą ukraińskiej armii.

        „Bywało tak, że, na przykład, kiedy weszliśmy do Debalcewa — ludzie bardzo nieprzyjaźnie nas witali. Wiecie, nigdy w życiu nie widziałem tak nienawistnych spojrzeń, że kiedy patrzysz, to aż cię przeszywa ta nienawiść w ich oczach” — opowiadał ukraiński pułkownik. Podzielił się również tym, że na początku zmuszał swoich podwładnych do strzelania.

        Trump wystraszył się Kim Dzong Una i zrobił z gęby cholewę


         

        MEDIA: ARMADA USA WYSŁANA W STRONĘ PŁW. KOREAŃSKIEGO POPŁYNĘŁA W DRUGIM KIERUNKU

        ŚWIAT

        43 minuty temu

        Wbrew zapowiedziom amerykańskie okręty z lotniskowcem USS Carl Vinson, które miały zmierzać w stronę Półwyspu Koreańskiego, popłynęły w drugim kierunku. Media amerykańskie i azjatyckie krytykują najnowsze informacje o położeniu armady USA.

        USS Carl Vinson /US DEPARTMENT OF DEFENSE /PAP/EPA

        USS Carl Vinson /US DEPARTMENT OF DEFENSE /PAP/EPA

        Dziesięć dni temu, po kolejnej północnokoreańskiej próbie rakietowej, Stany Zjednoczone oświadczyły, że wysyłają z Singapuru w kierunku Korei Północnej lotniskowiec USS Carl Vinson oraz kilka niszczycieli i krążowników rakietowych.

        REKLAMA

        Rzecznik dowództwa amerykańskich sił na Pacyfiku poinformował we wtorek, że wprawdzie 8 kwietnia lotniskowiec i towarzyszące mu okręty wypłynęły z Singapuru, ale nie w kierunku Korei Północnej, lecz Australii, by wziąć udział we wspólnych ćwiczeniach z marynarką wojenną tego kraju. Teraz jednak, jak podkreślił rzecznik, amerykańskie okręty zmierzają już w kierunku Półwyspu Koreańskiego.

        Dziennik „Washington Post” pisząc o sytuacji z okrętami powołuje się w środę na zdjęcie zamieszczone na portalu amerykańskiej marynarki wojennej 15 kwietnia, na którym lotniskowiec zmierzający według wcześniejszych zapowiedzi w stronę Półwyspu Koreańskiego sfotografowano w cieśninie Sunda między indonezyjskimi wyspami Sumatra i Jawa. Przez kolejne trzy dni, między 16 a 18 kwietnia japoński serwis gonavy.jp cytowany przez Reutersa informował o tym, że USS Carl Vinson znajduje się na Oceanie Indyjskim oddalając się od zapowiedzianego celu.

        „Wall Street Journal” w środowym komentarzu pisze o „fałszywej narracji w sprawie amerykańskiego lotniskowca”, która „wywołuje pośmiewisko w Azji”. Dziennik cytuje południowokoreańskiego kandydata ze sprawującej obecnie władzę Partii Wolności Korei, Hong Dzun Pio krytykującego takie zwodzenie Korei Płd. przez prezydenta USA Donalda Trumpa: „To, co Trump powiedział, było bardzo ważne dla bezpieczeństwa Korei Płd. Jeżeli było to kłamstwem, (…) Korea Płd. nie będzie ufać temu, co Trump powie”.

        „WP” powołuje się na komentarz chińskiego anglojęzycznego dziennika „Global Times”, który na swoim profilu w mediach społecznościowych określił Koreę Płd. jako „niemiło wykiwaną! Żaden z amerykańskich lotniskowców, na które Korea Płd. desperacko czeka, nie pojawił się!”.

        Południowokoreański dziennik „Korea Times” informuje, że nowa data spodziewanego pojawienia się u wybrzeży Półwyspu Koreańskiego grupy bojowej z lotniskowcem USS Carl Vinson to 25 kwietnia, rocznica założenia północnokoreańskiej armii.

        PAP

        Ostatnie podrygi przedwojennej struktury edukacyjnej


        OnetWiadomości

         

        Onet

        wczoraj 23:31

        Egzamin gimnazjalny 2017: dzisiaj część humanistyczna

        Egzamin gimnazjalny 2017 rozpocznie się od części humanistycznej. 19 kwietnia o godzinie 9 wszyscy uczniowie ostatnich klas gimnazjum rozpoczną zmagania z pierwszym tak poważnym testem w ich życiu. Po pierwszej części z zakresu wiedzy o społeczeństwie i historii przyjdzie czas na egzamin z języka polskiego, który rozpocznie się o 11.

         

        Egzamin gimnazjalny 2017: uczniowie zaczynają od testów humanistycznychFoto: Darek Delmanowicz / PAPEgzamin gimnazjalny 2017: uczniowie zaczynają od testów humanistycznych

        Egzamin gimnazjalny 2017 uczniowie rozpoczną od zmierzenia się z popularnym WOS-em i historią. Test będzie trwał 60 minut, po nim nastąpi godzinna przerwa.

        Egzamin gimnazjalny 2017: WOS, historia i język polski

        Po krótkim odpoczynku uczniowie wrócą na sale i przez kolejne 90 minut będą pisać egzamin gimnazjalny z języka polskiego. Tutaj uczniowie oprócz pytań zamkniętych będą musieli poradzić sobie także z kilkoma zadaniami otwartymi, w których sprawdzą swoje umiejętności pisania, wnioskowania i argumentacji.

        Przystąpienie do egzaminu jest warunkiem ukończenia edukacji na poziomie gimnazjum. Nie ma jednak żadnego dolnego progu, poniżej którego test zostaje niezaliczony. Ma on za zadanie sprawdzić wiedzę ucznia, jego predyspozycje i nakierować go na trudny wybór szkoły średniej – i jedynie z tej perspektywy punkty uzyskane na egzaminie gimnazjalnym mają wartość. Od ich ilości w dużej mierze zależy przyjęcie bądź odrzucenie kandydatury ucznia w czasie rekrutacji do szkół średnich.

        Egzamin gimnazjalny 2017: matematyka, przyroda i język obcy

        Jutro na egzaminie z wiedzy matematyczno-przyrodniczej uczniowie w pierwszym blokuznajdą zadania z nauk przyrodniczych – biologii, chemii, fizyki i geografii. W drugim bloku będą zadania z matematyki. Na rozwiązanie zadań z pierwszego bloku gimnazjaliści dostaną 60 minut (dyslektycy 80 minut), a z drugiego – 90 minut (dyslektycy 135 minut).

        W piątek egzamin z języka obcego przeprowadzany zostanie na dwóch poziomach. Najpierw będzie test na poziomie podstawowym. Na rozwiązanie zadań uczniowie będą mieli 60 minut (dyslektycy 80 minut). Po przerwie gimnazjaliści przystąpią do testu na poziomie rozszerzonym. Potrwa on 60 minut (dla dyslektyków 90 minut).

        Egzamin gimnazjalny zniknie po reformie edukacji

        Jeśli ostatecznie dojdzie do likwidacji gimnazjów, tegoroczny egzamin gimnazjalny będzie jednym z ostatnich w tej formie. Wiele wskazuje na to, że wzrośnie waga testu na koniec nauki na poziomie podstawowym.

         

         

        (bmp)

        Onet Wiadomości

        Źródło: Onet

        Chodzony z Tuskiem w roli głównej zapewne zakończony zostanie w stylu a la Bolek


        OnetWiadomości

         

        Onet

        dzisiaj 06:00

        Początek prokuratorskiego serialu Tuska

        Andrzej StankiewiczDziennikarz Onetu

        Prokuratura jest zdeterminowana, by postawić Donaldowi Tuskowi zarzuty za zawarcie umowy między polskim kontrwywiadem wojskowym a rosyjską FSB. Czy jej się to uda – wiele zależy od dzisiejszego przesłuchania Tuska w prokuraturze.

         

        "PiS poluje na Tuska w co najmniej czterech obszarach. Nade wszystko - w sprawie Smoleńska"Foto: AFP”PiS poluje na Tuska w co najmniej czterech obszarach. Nade wszystko – w sprawie Smoleńska”

        • Na Dworcu Centralnym stronnicy Donalda Tuska szykują mu gorące powitanie
        • Ale Tusk wraca w defensywie. To początek jego prokuratorskiego serialu, który potrwa najbliższych kilka lat
        • PiS poluje na Tuska w co najmniej czterech obszarach – Smoleńsk, Amber Gold, sprzedaż Ciechu firmie Jana Kulczyka oraz umowa polskiego kontrwywiadu wojskowego z rosyjską FSB
        • Tusk będzie dziś zeznawał w tej ostatniej sprawie. A to mało efektowne dla PiS paliwo polityczne

        Niektórzy chcą w tym widzieć analogię do wydarzeń sprzed niemal 99 lat. 10 listopada 1918 roku pociągiem z Berlina dotarł do Warszawy Józef Piłsudski. Na Dworcu Głównym witali go wówczas najwierniejsi wyznawcy, uznając go za symbol odzyskania niepodległości przez Polskę. Dziś na Dworzec Centralny w Warszawie przyjedzie pociągiem z Gdańska Donald Tusk. Też mają go witać najwierniejsi z wiernych, wierzący, że ta podróż to początek końca obecnej władzy.

        Tusk w defensywie

        Ale Tusk wraca w defensywie. Być może ten przyjazd to rzeczywiście symboliczny początek jego powrotu do krajowej polityki. Ale na pewno to początek jego prokuratorskiego serialu, który potrwa najbliższych kilka lat.

         

        PiS poluje na Tuska w co najmniej czterech obszarach. Nade wszystko – w sprawie Smoleńska, gdzie prokuratura doszukuje się jego „zdrady dyplomatycznej”, czyli jego rzekomego współdziałania z Rosjanami przeciw prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu.

        Druga sprawa to potencjalne niedopełnienie obowiązków przez Tuska w sprawie afery Amber Gold – jako szef rząd miał mieć wcześniej wiedzę, że to piramida finansowa. Obóz władzy powołał w tej sprawie komisję śledcza w Sejmie i chce przesłuchać nie tylko Tuska, ale także jego syna Michała, który pracował w liniach lotniczych OLT Express, stworzonych za pieniądze Amber Gold. Intencja jest jasna – wykazać, że Tusk starał się chronić syna, a nie dbał o klientów bursztynowo-złotej piramidy. – To jest oczywiste, że wiedział i nie zareagował. Tak zeznawał przed komisją śledczą choćby były prezes NBP Marek Belka. To jest przestępstwo urzędnicze art. 231 par. 1 kpk. – wyliczał w niedawnym wywiadzie dla Onetu szef PiS Jarosław Kaczyński.

        Trzeci wątek to potencjalna korupcja w rządzie Tuska przy sprzedaży chemicznego giganta Ciech firmie Jana Kulczyka. Chodzi przede wszystkim o podejrzane kontakty lobbystów Kulczyka w ówczesnym resorcie skarbu. Postępowanie w tej sprawie zostało wszczęte przez CBA jeszcze przed wyborami parlamentarnymi. – Przeprowadzono operację w najwyższym stopniu wątpliwą pod samym nosem premiera. Jeśli nie wiedział to znaczy, że kompletnie nie wypełniał funkcji premiera, a jeśli wiedział to mamy ten sam artykuł co przy Amber Gold – uważa Kaczyński.

        I wreszcie kwestia umowy między Służbą Kontrwywiadu Wojskowego a rosyjską Federalną Służbą Bezpieczeństwa, następczynią złowrogiej KGB. Sprawa jest ściśle tajna, ale – według ustaleń Onetu – punktem wyjścia są zastrzeżenia czysto proceduralne. Chodzi o to, że Tusk jako premier wyraził zgodę na zawarcie tej umowy bez kompletu wymaganych dokumentów. – Jeżeli nie dochowano elementarnych zasad ostrożności, to jest to już sprawa bardzo poważna. I do tego trzeba postawić w ogóle pytanie: po co ta współpraca była? – pyta Kaczyński.

        Kaczyński uderza w Tuska

        Pierwsza część wywiadu Jarosława Kaczyńskiego dla Onetu.

          Zobacz więcej

          Plan ciągania przed prokuraturę

          Najwyraźniej PiS nie ma precyzyjnego planu ciągania Tuska przed prokuraturę. Gdyby miał, to nie stawiałby na pierwszym planie akurat kwestii umowy między SKW a FSB – a Tusk zajechał koleją do stolicy właśnie po to, by zeznawać w tej sprawie. Śledztwo dotyczy niejawnej, skomplikowanej materii służb z wątkami globalnej polityki w tle. To mało efektowne politycznie paliwo.

          Rozmowy z Rosjanami w sprawie umowy zostały podjęte jesienią 2010 r., kilka miesięcy po Smoleńsku. – Nasi oficerowie pod fałszywymi nazwiskami byli wysyłani do Moskwy z polskimi ekspertami jeżdżącymi tam w sprawie katastrofy. Mieli ich ochraniać. I ustalili np., że Rosjanie robią w hotelowych pokojach regularne, fachowe, dyskretne przeszukania. Uznaliśmy, że najlepiej się porozumieć z FSB i wysyłać oficjalnie oficerów SKW do Moskwy, żeby takie numery się skończyły – opowiada były wysokiej rangi oficer SKW.

          Były też jednak także inne powody rozmów w sprawie współpracy. Ważyły się losy polskiego kontyngentu wojskowego w Afganistanie i jedną z rozważanych opcji było wycofanie sprzętu przez Rosję. Trzeci powód – to mały ruch graniczny z Kaliningradem. – Rosyjscy żołnierze po cywilu przyjeżdżali do Polski, a polscy – jeździli do Rosji. Chcieliśmy mieć kontakty z FSB na wypadek, gdyby któryś z ich lub z naszych ludzi się upił i awanturował albo coś ukradł – opowiada były członek kierownictwa SKW.

          Wyjście na Tuska

          Rozmowy z FSB nadzorował osobiście szef SKW gen. Janusz Nosek, który ze swymi ludźmi jeździł do Rosji i podejmował rosyjskich bezpieczniaków w Polsce. Gdy Tusk usunął go jesienią 2013 r. (po tym, jak SKW zarzuciło podejrzane kontakty z lobbystami gen. Waldemarowi Skrzypczakowi, wiceministrowi obrony) nowym szefem kontrwywiadu wojskowego został gen. Piotr Pytel. On także był zaangażowany w negocjacje z Rosjanami.

          Gdy PiS doszedł do władzy, nowy szef MON wyczyścił SKW do dna, usuwając wszystkich ludzi, których łączył z Noskiem lub Pytlem. Spacyfikował też stworzoną przez dawnych szefów SKW placówkę konsultacyjno-szkoleniową — Centrum Doskonałości Kontrwywiadu NATO. Wtedy też ruszyła kontrola kontaktów z FSB. Jesienią ubiegłego roku Nosek i Pytel usłyszeli zarzuty przekroczenia uprawnień. — Zarzuty są tak napisane, że widać wyraźnie, iż to ma być wyjście na Tuska — opowiadał nam wówczas jeden z byłych oficerów SKW, zaangażowanych w sprawę.

          Zabrakło jednego dokumentu

          Zgodnie z prawem do podjęcia kontaktów z obcą służbą specjalną Nosek potrzebował zgody premiera – i ją dostał. Szkopuł w tym, że Tusk nie zwrócił się o opinię w tej sprawie do ówczesnego szefa MON Tomasza Siemoniaka – a tak nakazuje prawo. – Ustawa mówi, że trzeba zasięgnąć opinii ministra obrony narodowej. Nie było takiego wniosku – przyznał niedawno Siemoniak w programie „Onet Opinie”. Przekonywał jednocześnie: – To drobne uchybienie formalne, za które odpowiada urzędnik, a nie premier.

          Ale to właśnie tu prokuratura wietrzy swej szansy na zarzuty niedopełnienia obowiązków i przekroczenia uprawnień dla Tuska.

          Taka linia prokuratury ma jednak sporo luk. Po pierwsze, trudno się spodziewać, że Siemoniak miał w sprawie współpracy z Rosjanami inne zdanie niż Tusk, co zresztą sam zeznał podczas przesłuchania w prokuraturze. – W tamtych okolicznościach rekomendowałbym premierowi wydanie zgody na współpracę – mówi Siemoniak.

          W dodatku – to po wtóre – opinia szefa MON nie jest dla premiera wiążąca. A co najistotniejsze, umowa z FSB nigdy nie weszła w życie – a zatem nie wywołała żadnych skutków. Była gotowa jesienią 2013 r., ale niedługo potem ruszył proeuropejski Majdan w Kijowie, a Rosja zajęła Krym i nastąpiło zamrożenie kontaktów.

          Giertych wchodzi do gry

          Politycznie ważny jest jeden jeszcze element. W swych działaniach od przejęcia władzy PiS samo nie wykazuje szczególnego umiłowania procedur, a zatem taki zarzut wobec Tuska wygląda na co najmniej naciągany. Wskazując na swego mecenasa w tej sprawie Romana Giertycha, Tusk pokazuje, że traktuje tę sprawę czysto politycznie. Nie chce ciszy i spokoju, chce giertychowego, awanturniczego prowadzenia sprawy. Zakłada, że prokuratura działa czysto politycznie i dokładnie w ten sam sposób odpowiada.

          Tuskowi na krajowym rynku sprawa umowy SKW-FSB nie zaszkodzi, chyba że PiS wyjdzie daleko poza zastrzeżenia formalne i potraktuję tę kwestię – wraz ze Smoleńskiem – jako element szerszego politycznego ataku na Tuska. Wówczas zarzut – przynajmniej polityczny – będzie brzmieć: zdrada interesów narodowych na rzecz Rosji.

           

           

          (NZ,ks)

          Onet Wiadomości

          Źródło: Onet

          Amerykańscy reprezentanci w końcu dostukali się do Dobrej Zmiany


          Forsal.pl

          Forsal.pl

           

          statystyki

          Przewodniczący Izby Reprezentantów USA odwiedzi Warszawę; rozmowy z prezydentem i premier

          18 kwietnia 2017, 17:08 | Aktualizacja: 18.04.2017, 17:30

           

          źródło:PAP

          Przewodniczący Izby Reprezentantów USA Paul Ryan podczas wizyty w piątek w Warszawie będzie rozmawiać z prezydentem Andrzejem Dudą i premier Beatą Szydło. Tematem spotkań będzie m.in. współpraca transatlantycka. Strona polska ma podnieść także kwestię wiz dla Polaków.

          Jak poinformował PAP rzecznik rządu Rafał Bochenek, w trakcie spotkania Ryana z szefową polskiego rządu omówione zostaną sprawy wspólnej polityki obronnej i współpracy w ramach NATO, m.in. w związku z trwającym procesem umacniania flanki wschodniej Sojuszu.

          „Polska podniesie również sprawę zniesienia wiz dla Polaków podróżujących do USA” – zapowiedział.

          Według rzecznika rządu tematem rozmów będzie również współpraca transatlantycka w dziedzinie gospodarczej, w tym w zakresie innowacji i start-upów oraz energetycznej.

          Szef gabinetu prezydenta Krzysztof Szczerski powiedział PAP, że rozmowa prezydenta Dudy z przewodniczącym Izby Reprezentantów i delegacją amerykańskich kongresmenów będzie dotyczyła planów legislacyjnych większości republikańskiej w Kongresie oraz międzynarodowej polityki USA.

          „Plan legislacyjny prezydenta Trumpa jest rozbudowany. Prezydent (Duda) będzie chciał dowiedzieć się tego, jakie są plany dotyczące prac Kongresu pod rządami obecnej większości” – powiedział Szczerski.

          Odnosząc się do polityk zagranicznej Stanów Zjednoczonych zaznaczył, że widać wyraźnie ewolucję polityki USA w kierunku zdecydowanej obecności tego kraju w polityce międzynarodowej w zakresie bezpieczeństwa.

          „Prezydent będzie zabiegał u kongresmenów o sprawy ważne z polskiego punktu widzenia: o wsparcie polityków amerykańskich dla obecności wojsk USA w Polsce i o kwestie polonijne w ramach relacji dwustronnych” – powiedział Szczerski.

          W zeszłym tygodniu prezydent Duda oficjalnie powitał w Polsce grupę batalionową, która wzmacnia wschodnią flankę Sojuszu. Obok Amerykanów, którzy są wiodącą nacją stacjonującej w Polsce jednostki, w skład wielonarodowej grupy batalionowej wchodzą żołnierze z Rumunii i Wielkiej Brytanii, do których dołączą żołnierze z Chorwacji. Wzmocnienie wschodniej flanki NATO w Polsce i krajach bałtyckich potwierdził szczyt NATO w Warszawie w 2016 r.

          Polscy obywatele wciąż potrzebują wiz, by udać się do USA, z kolei obywatele amerykańscy mogą podróżować bez wiz do wszystkich krajów UE. Ostatnio kwestię tę podjął Parlament Europejski w przyjętej rezolucji. Europarlament wezwał w niej do czasowego wprowadzenia przez UE wiz dla obywateli państw, które nie przestrzegają zasady wzajemności wizowej z Unią. Stany Zjednoczone to obecnie jedyne państwo trzecie, które nie respektuje zasady wzajemności wizowej z Unią.

          Ryan przyjeżdża do Europy na czele delegacji amerykańskich kongresmenów. Według agencji AP w planach delegacji znalazły się także wizyty w Wielkiej Brytanii, Norwegii i Estonii. Jak podkreśla agencja, celem podróży jest wzmocnienie więzi ekonomicznych i obronnych z partnerami NATO, którzy „ostrożnie spoglądają na Rosję”. (PAP)

          Wiodąca gazeta opozycji cienko przędzie


          WirtualneMedia.pl

            Cyfrowa prenumerata „Gazety Wyborczej” tańsza o 40 procent Telewizja Internet Prasa Reklama Radio PR Badania Technologie Biznes Kultura WIRTUALNEMEDIA.PL    /    WIADOMOŚCI    /    PRASA    /    WYNIKI SPRZEDAŻY PRASY Spadła sprzedaż „Gazety Wyborczej”, najwięcej straciły wydania wtorkowe 2017-04-17A A A KOMENTARZE: 23FORUMDRUKUJPOLEĆ Dokonane w październiku ub.r. zmiany w papierowych wydaniach „Gazety Wyborczej” nie zahamowały spadków sprzedaży dziennika. Najwięcej straciły wydania wtorkowe. – Czasy dla wydawców mamy trudne, jednocyfrowe spadki sprzedaży można obecnie uznać za sukces, a dwucyfrowe stają się normą – mówi portalowi Wirtualnemedia.pl Maciej Niepsuj, buying director w domu mediowym MullenLowe MediaHub. POLECAMY „W Sieci” i „Gazeta Polska” krytykują się ws. Misiewicza i Macierewicza: „ślizgacze” kontra „Partia Ludu Pisowskiego” Kim, Wieliński i Szubartowicz piszą list otwarty do dziennikarzy. Branża podzielona: „polityczny manifest, odcięci od koryta” Dziennikarze o podwyżkach dla zarządu Agory po zwolnieniach w „GW”: tak się nie robi czy korporacyjny standard? Dziennikarze zadowoleni z projektu zmiany prawa o autoryzacji: ułatwi pracę, ograniczy PRL-owski relikt Kadr z „Żywotu Briana” na okładce świątecznego wydania tygodnika. „Dzisiaj media prześcigają się w kreowaniu sensacji” Edyta Sidwa szefem digital w Marquard, Patrycja Lehr kieruje wydarzeniami specjalnymi Adam Michnik, fot. PAP/Tomasz Gzell RSS 0 0 0 23 0 ZAPISZ SIĘ DO NEWSLETTERA Od 17 października 2016 roku „Gazeta Wyborcza” ukazuje się w nowej formule wydawniczej. Wtedy też nastąpiła zmiana ceny poszczególnych wydań dziennika: w poniedziałki i piątki egzemplarz „GW” kosztuje 3,99 zł (wcześniej było to odpowiednio 2,90 zł i 3,40 zł), we wtorki, środy i czwartki – 2,99 zł (poprzednio: we wtorki i środy 2,90 zł, a w czwartki 3,40 zł), a wydanie weekendowe – 4,49 zł w Warszawie i 4,29 zł w pozostałych miastach (wcześniej było to 3,50 zł). Zmiany nastąpiły również w stałych dodatkach dołączanych do dziennika. Na poniedziałek (z czwartku) przeniesiony został „Duży Format”, ze środy na piątek – „Tylko Zdrowie”. Ponadto „GW” poniedziałkowe wydanie wzmocniła nowym 20-stronicowym tygodnikiem „Mój biznes. Ludzie, praca, innowacje”. Bez zmian w piątki ukazują się: „Gazeta Telewizyjna” i „Co Jest Grane 24”, a w soboty „Wysokie Obcasy” oraz „Magazyn Świąteczny”, który zyskał nową formułę. Zmalała sprzedaż wszystkich wydań, najwięcej straciły wtorkowe Średnia sprzedaż ogółem „Gazety Wyborczej” w pierwszych czterech pełnych miesiącach po zmianach – czyli od listopada 2016 roku do lutego 2017 roku – wynosiła 125 234 egz. W porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej wynik ten zmniejszył się o 19,72 proc.- pokazują dane Związku Kontroli Dystrybucji Prasy opracowane przez portal Wirtualnemedia.pl. – Niestety czasy dla wydawców mamy trudne, jednocyfrowe spadki sprzedaży można obecnie uznać za sukces, a dwucyfrowe stają się normą – komentuje dla Wirtualnemedia.pl Maciej Niepsuj, buying director w domu mediowym MullenLowe MediaHub. – Czytelnictwo druku spada tak z powodów ekonomicznych jak i politycznych związanych z wyraźnie zarysowanymi podziałami ideologicznymi w społeczeństwie – dodaje. Prasa„Gazeta Wyborcza” w Toruniu i Bydgoszczy bez dodatku „Co Jest Grane24” Z analizy danych sprzedaży „Gazety Wyborczej” w podziale na dni tygodnia wynika, że spadki nastąpiły w każdym wydaniu. Największą stratę, wynoszącą 31,81 proc., zanotowały wydania wtorkowe, a najmniejszą – piątkowe, których sprzedaż obniżyła się o 8,81 proc. O 29,34 proc. spadła sprzedaż „Gazety Wyborczej” w czwartki, o 23,61 proc. w środy, o 17,37 proc. w poniedziałki, a o 14,04 proc. w soboty. Warto również zwrócić uwagę na duże różnice sprzedaży dziennika w poszczególnych dniach, wynoszące nawet kilkadziesiąt procent względem uśrednionego wyniku. W badanym okresie najwyższą sprzedaż „GW” notowała w piątki (średnio 200 699 egz.), a najniższą – we wtorki (88 001 egz.). Ponadto to właśnie piątkowe wydania zanotowały najmniejszą stratę sprzedaży w ujęciu procentowym, a wtorkowe – największą. – Jeżeli chodzi o poszczególne dni tygodnia, to bardzo dobrze wypada zawsze mocne a dodatkowo wzmocnione jeszcze „Tylko zdrowiem” wydanie piątkowe, przyzwoicie sobotnie i poniedziałkowe, zaskakująco dobrze czwartkowe na przykładzie którego widać jak bardzo wrażliwi na cenę są nabywcy – to jedyny dzień którego nie dotknęły podwyżki cen, wtorkowe zdecydowanie najgorzej – komentuje buying director z MullenLowe MediaHub. Sprzedaż „Gazety Wyborczej” spadła również względem ostatnich czterech miesięcy poprzedzających zmiany. W porównaniu do okresu od czerwca do września 2016 roku średni wynik wszystkich wydań obniżył się o 8,01 proc. W tym ujęciu piątkowe wydania, jako jedyne, zanotowały wzrost – było to 2,80 proc. Natomiast najwięcej straciły wydania wtorkowe – 17,79 proc. PrasaWzrosną ceny reklam w „Gazecie Wyborczej” Należy dodać, że w ostatnich latach spada sprzedaż nie tylko „Gazety Wyborczej”, ale również innych ogólnopolskich dzienników. Na przykład większość z nich w 2016 roku zanotowała najniższe wyniki w historii. Pomimo spadku sprzedaży papierowych wydań „Gazety Wyborczej”, rośnie liczba płatnych subskrypcji cyfrowych tego dziennika. Na koniec ub.r. było to prawie 100 tys. użytkowników, podczas gdy rok wcześniej liczba ta wynosiła 77 tys. – Część potencjalnych czytelników przenosi się do online’u, co widać wyraźnie na przykładzie właśnie „GW” i 100 tys. subskrybentów wyborczej.pl – komentuje Niepsuj. PrasaJarosław Kurski: Krytycy ogłaszają pogrzeb „Gazety Wyborczej” co trzy dni. Jesteśmy tym już znudzeni Wydawca zapowiada, że na koniec br. chce mieć 110 tys. klientów subskrypcji cyfrowej „GW”. Jednocześnie zamierza skupić się na zwiększeniu średnich wpływów od tych użytkowników. – Na taką a nie inną sprzedaż „GW” ma również wpływ ograniczenie zakupów wydań papierowych przez spółki Skarbu Państwa – dodaje buying director z MullenLowe MediaHub. Ponad trzy miesiące temu wicenaczelny „Gazety Wyborczej” Jarosław Kurski i jej wydawca Jerzy Wójcik poinformowali, że dostają od czytelników informacje o problemach z kupieniem dziennika m.in. na niektórych stacjach benzynowych, pocztach i w sądach. Z kolei w lipcu ub.r. redaktor naczelny „Newsweeka” Tomasz Lis stwierdził, że zespół tygodnika dostaje sygnały, że na stacjach paliwowych Orlen „Newsweek” i „Gazeta Wyborcza” są dużo gorzej eksponowane, niż wcześniej. W zeszłym roku w redakcji „GW” nastąpiło wiele zmian personalnych, m in. w okresie od października do grudnia ub.r. w całej Agorze miały miejsce zwolnienia grupowe, które objęły 176 pracowników, głównie z zespołu „Gazety Wyborczej”. PrasaAdam Michnik: zmiana władzy straszliwie walnęła „Gazetę Wyborczą” po kieszeni, nie stać nas na oddziały regionalne i korespondentów Sprzedaż ogółem to suma sprzedaży egzemplarzowej wydań drukowanych, sprzedaży egzemplarzowej e-wydań oraz wszystkich form prenumeraty wydań drukowanych i prenumeraty e-wydań. Rozpowszechnianie płatne razem to suma sprzedaży egzemplarzowej wydań drukowanych, sprzedaży egzemplarzowej e-wydań, prenumeraty wydań drukowanych i prenumeraty e-wydań oraz innych płatnych form rozpowszechniania wydań drukowanych i innej płatnej dystrybucji e-wydań.

          Autor: Michał Kurdupski

          Wiecej informacji: Agora, Gazeta Wyborcza

          Czytaj więcej na: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/sprzedaz-gazety-wyborczej-ostro-w-dol#

          Wujek Sam bezkarnie doskonali swój arsenał jądrowy a Kim Dzong Un ma z kijem bambusowym latać


           

           

          USA: PIERWSZY LOTNICZY TEST NOWEJ BOMBY JĄDROWEJ

          ŚWIAT

          Wczoraj, 18 kwietnia (11:47)

          Pierwszy lotniczy test kwalifikacyjny nowej amerykańskiej bomby jądrowej B61-12 został przeprowadzony 14 marca na poligonie w stanie Nevada – poinformowało ministerstwo energetyki USA, któremu podlega produkcja broni nuklearnej.

          Pozbawioną materiału rozszczepialnego bombę zrzucono z myśliwca bombardującego F-16 / zdj. archiwalne /©123RF/PICSEL

          Pozbawioną materiału rozszczepialnego bombę zrzucono z myśliwca bombardującego F-16 / zdj. archiwalne /©123RF/PICSEL

          „Demonstracja pełnej skuteczności systemu”

          Według komunikatu wchodzącego w skład tego resortu Zarządu Państwowego Bezpieczeństwa Nuklearnego (NNSA), pozbawioną materiału rozszczepialnego bombę zrzucono z myśliwca wielozadaniowego F-16, a „test służył zbadaniu nienuklearnych funkcji bomby jak też zdolności samolotu do jej użycia”.

           

          Była to pierwsza z prób, których cała seria odbędzie się w ciągu najbliższych trzech lat w ramach kwalifikowania B61-12 do służby. Trzy lotnicze testy rozwojowe bomby przeprowadzono pomyślnie w 2015 roku.

          „Ta demonstracja pełnej skuteczności systemu w rzeczywistych warunkach zrzutu oznacza kolejne osiągnięcie programu wprowadzania na uzbrojenie B61-12. Pomyślny test dostarczył istotnych danych dla potwierdzenia, że bombę skonstruowano zgodnie z wymogami wojska. Odzwierciedla to trwałość działań USA na rzecz bezpieczeństwa narodowego oraz bezpieczeństwa naszych sojuszników i partnerów” – oświadczył współkierujący programami wojskowymi NNSA generał Michael Lutton. 

          Pierwsza bomba w marcu 2020 roku

          B61-12 zastąpi znajdujące się obecnie w lotniczym arsenale nuklearnym USA cztery wcześniejsze warianty bomby B61 oraz bombę B83 – ostatnią z zachowanych dotąd bomb o mocy wybuchu rzędu megatony. Przewiduje się, że pierwsza nowa bomba będzie gotowa w marcu 2020 roku, a cały program przezbrajania zostanie zrealizowany do roku 2024.

          Jak podaje NNSA, liczba amerykańskich lotniczych bomb jądrowych zmniejszy się przy tym o 53 proc., a ilość zawartego w nich materiału rozszczepialnego aż o 87 proc. – ale bez jakiegokolwiek uszczerbku dla militarnej wartości arsenału.
          B61-12 ma w porównaniu z wcześniejszymi wariantami mniejszą moc wybuchu, ale równoważy to jej system precyzyjnego naprowadzania na cel.

          PAP

          Gruzja przegrała wojne z Rosją i teraz może jej na imperialny pukiel skoczyć


           

           

          KONTROWERSYJNA WIZYTA SZEFA MSZ ROSJI

          ŚWIAT

          Wczoraj, 18 kwietnia (12:34)

          Minister spraw zagranicznych Gruzji Micheil Dżanelidze uznał we wtorek za naruszającą prawo międzynarodowe wizytę w Abchazji szefa rosyjskiej dyplomacji Siergieja Ławrowa. Nazwał ją też „prowokacyjnym posunięciem”.

          Siergiej Ławrow /PAP/EPA

          Siergiej Ławrow /PAP/EPA

          Abchazja jest separatystycznym regionem Gruzji; wraz z Osetią Płd. ogłosiła niepodległość po kilkudniowej wojnie rosyjsko-gruzińskiej z roku 2008.

           

          „Społeczność międzynarodowa jednoznacznie popiera suwerenność i integralność terytorialną Gruzji. Wizyta szefa rosyjskiego MSZ w Abchazji ignoruje prawo międzynarodowe, normy i zasady” – powiedział Dżanelidze dziennikarzom.

          Ławrow, który składa w Abchazji dwudniową wizytę, ma wziąć udział we wtorek w otwarciu w Suchumi nowego kompleksu ambasady Federacji Rosyjskiej w Abchazji; ma też przeprowadzić rozmowy z jej władzami. Rosja podpisała i ratyfikowała układ o sojuszu i partnerstwie strategicznym z obydwoma separatystycznymi regionami Gruzji. W ślad za nią oba samozwańcze państwa zostały uznane przez Wenezuelę, Nikaraguę i Nauru. Pozostałe kraje świata uznają obie republiki za część Gruzji. Sama Gruzja uważa Abchazję i Osetię Płd. za ziemie okupowane przez Rosję.

          Specjalny przedstawiciel Gruzji ds. kontaktów z Rosją Zurab Abaszydze powiedział, że wizyta Ławrowa jest „zamachem na suwerenność Gruzji” i „poważnym naruszeniem prawa międzynarodowego”.

          Rosyjska agencja RIA Nowosti pisze, że prezydent Gruzji Giorgi Margwelaszwili zwrócił się do społeczności międzynarodowej z prośbą o ostrą reakcję na wizytę Ławrowa w Abchazji, lecz jednocześnie wyraził gotowość do „rozpatrzenia na płaszczyźnie dyplomatycznej dowolnej kwestii” i zaapelował do strony rosyjskiej o konstruktywny dialog.

          PAP

          Uff, no kto to widział tak golić tłuste lokomotywy kapitalizmu-lepiej wprowadzić białoruski podatek dla bezrobotnych


          Puls Biznesu

           

          Eksperci krytykują podatek od przychodu

          Jarosław Królak

          email@KrolakJ

          wczoraj, 18-04-2017, 22:00

          Łatwy do uniknięcia i szkodliwy dla przedsiębiorców — tak eksperci oceniają pomysł podatku przychodowego.

          Dziś w Sejmie Parlamentarny Zespół na rzecz Wspierania Przedsiębiorczości i Patriotyzmu Ekonomicznego przedstawi koncepcję daleko idących zmian w systemie podatkowym i zusowskim. Pomysł składa się z trzech części: zastąpienia obecnego podatku dochodowego dla spółek (CIT) 1,5-procentowym podatkiem przychodowym, a płaconego przez przedsiębiorców 3,6-procentowego podatku PIT podatkiem przychodowym, ustalenie jednego podatku wysokości 25 proc. od całego funduszu płac i obniżenie do 550 zł miesięcznej składki na ZUS. Koncepcja powstała przy współpracy z Centrum im. Adama Smitha oraz Związkiem Przedsiębiorców i Pracodawców. Pilotuje ją Adam Abramowicz, poseł PiS.

          Zobacz więcej

          Adam Krzysztof Abramowicz, poseł PiSGrzegorz Kawecki

          — Propozycje posła przyczynią się do braku stabilizacji, zwiększą obawy firm i wpłyną negatywnie na inwestycje. Uważam, że wychodzenie z pomysłami, które nie są przygotowane i zaakceptowane przez rząd, jest nieodpowiedzialne. Wprowadzą ponownie do gospodarki chaos informacyjny — uważa Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, ekspert Konfederacji Lewiatan.

          Jej zdaniem, wprowadzenie podatku przychodowego zwiększyłoby obciążenia podatkowe dla firm płacących CIT o około 1/3. Radosław Piekarz, doradca podatkowy, ekspert Klubu Jagiellońskiego, podkreśla, że podatek przychodowy jest łatwy do uniknięcia.

          — Byłby bardzo szkodliwy dla polskiego biznesu. Jest to podatek kaskadowy, pobierany na każdym szczeblu obrotu towarem, co oznacza, że w lepszej sytuacji byłyby podmioty duże zamawiające towary u producenta oraz importerzy. W handlu podatek taki stawiałby w uprzywilejowanej pozycji np. sieci dyskontów kosztem małych sklepów.

          Bardziej opłacałoby się też sprowadzać towary z zagranicy, niż kupować w Polsce — uważa Radosław Piekarz. Od tych pomysłów dystansuje się Ministerstwo Finansów. — Nie komentujemy projektu, który nie jest projektem ministerialnym — powiedział Łukasz Świerżewski, rzecznik MF. Projekt nie ma też poparcia klubu parlamentarnego PiS.

          © ℗

          Podpis: Jarosław Królak, PAP