Sprawa zaskakującego samobójstwa Leppera


Warszawska Gazeta

13:09, 09-04-2017

 

 

BYŁY MJR ABW TOMASZ BUDZYŃSKI: NIE MA NAJMNIEJSZYCH WĄTPLIWOŚCI, ŻE ANDRZEJ LEPPER ZOSTAŁ ZAMORDOWANY WYRÓŻNIONY

 

Były mjr ABW Tomasz Budzyński: Nie ma najmniejszych wątpliwości, że Andrzej Lepper został zamordowany

Z byłym mjr. ABW Tomaszem Budzyńskim, prowadzącym rozpoznanie Andrzeja Leppera, rozmawiała Aldona Zaorska

Ludzie, którzy mieli dużą wiedzę i byli blisko prawdy, w III RP byli niszczeni systemowo. Tym bardziej niszczono ich wiarygodność i reputację, im bardziej zagrażali poważnym interesom i wpływowym osobom, które za nimi stały. Za swoje odkrycia płacili wysoką cenę oskarżeń i pomówień, a bywało też, że cenę najwyższą.

Sprawa śmierci Andrzeja Leppera jest sztandarową sprawą pokazującą oblicze III RP?

W moim przekonaniu tak właśnie jest. Sprawa śmierci Andrzeja Leppera pokazuje, że III RP była systemem kłamstwa i zbrodni. Lepper nie popełnił samobójstwa i myślę, że nikt, kto przeczyta książkę pt. Niebezpieczne związki Andrzeja Leppera, nie będzie miał w tym względzie najmniejszych wątpliwości. Zasadnicze pytanie brzmi: jak to możliwe, że ważny polityk, były wicepremier i wicemarszałek sejmu zostaje zamordowany i nikogo nie interesuje ani wyjaśnienie prawdziwych okoliczności, ani wskazanie sprawców tej zbrodni? To pytanie retoryczne. To, że formalnie dotąd nikt nie udzielił na nie odpowiedzi, mówi więcej o III RP, niż jakiekolwiek słowa.

Jak to się stało, że Andrzej Lepper, pokazywany jako „człowiek znikąd”, dotarł do największych tajemnic państwowych?

Andrzej Lepper wszedł w bardzo „niebezpieczne związki” zarówno z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi, jak i – a może przede wszystkim – ze Służbą Bezpieczeństwa Ukrainy, a za jej pośrednictwem z rosyjskimi służbami specjalnymi. Służby specjalne z jednej strony takich ludzi jak Andrzej Lepper wykorzystywały, stosując metody nacisku i szantażu, z drugiej dbały o to, by tacy ludzie robili karierę. Bo im więcej znaczą, tym bardziej będą przydatni. Według takiego właśnie mechanizmu SBU Andrzeja Leppera szantażowała, a jednocześnie „karmiła” wiedzą. To właśnie tam, na Ukrainie, a konkretnie nad jeziorem Świteź, Lepper dowiedział się o kulisach kontraktu gazowego…

W internecie można zobaczyć filmik „8 minut, które przesądziło o śmierci Andrzeja Leppera”. Andrzej Lepper z mównicy sejmowej wymienia w nim korzyści majątkowe i nazwiska wpływowych polityków, którzy je przyjęli. Czy faktycznie taka wiedza mogą być dla niego niebezpieczna?

Przewodniczący Samoobrony miał świadomość, że wiedza, którą pozyskał, może być dla niego niebezpieczna. Liczył na to, że może dzięki niej wrócić do wielkiej polityki, ale zarazem zdawał sobie sprawę z tego, że jest to wiedza niebezpieczna dla bardzo ważnych osób, która może stanowić zagrożenie dla bardzo poważnych interesów. To była wiedza z gatunku takiej, która może albo człowieka wynieść wysoko, albo zakopać półtora metra pod ziemią. Niestety, stało się to drugie…

Operacja wyszydzania Andrzeja Leppera trwała wiele lat, ale szczególne rozmiary zyskała po ujawnieniu przez niego sprawy więzień CIA w Polsce. Ci, którzy ją wówczas rozpętali, wiedzieli, że Lepper mówi prawdę?

Oczywiście że wiedzieli. I właśnie dlatego niszczyli jego reputację. Tak to działa, trochę jak w lotnictwie i dotyczy nie tylko Andrzeja Leppera: najsilniejszy ostrzał jest wtedy, gdy jesteś bezpośrednio nad celem. Ludzie, którzy mieli dużą wiedzę i byli blisko prawdy, w III RP byli niszczeni systemowo, tym bardziej niszczono ich wiarygodność i reputację, im bardziej zagrażali poważnym interesom i wpływowym osobom, które za nimi stały. Za swoje odkrycia płacili wysoką cenę oskarżeń i pomówień, a bywało też, że cenę najwyższą.

Czy może Pan zdradzić, skąd Andrzej Lepper posiadł wiedzę o kontrakcie gazowym, co jest uważane za jedną z przyczyn jego śmierci?

Uzyskał ją od takich ludzi jak Mykoła Hinajło* i jego „znajomi” z SBU i z rosyjskich służb specjalnych, czyli od ludzi, którzy z jednej strony Andrzeja Leppera kontrolowali i szantażowali, z drugiej jednak zależało im, by polityk ten powrócił do wielkiej polityki. Mieli już na niego swojego widoki…

Ten kontrakt, niby znany, jest wciąż bardzo tajemniczy. Dlaczego? Co tak naprawdę oznaczał on dla Polski?

Oznaczał, że w sposób niebywały przepłacaliśmy i wciąż przepłacamy za rosyjski gaz – blisko miliard dolarów rocznie przez kilkanaście lat, a Gazprom uzyskał także inne profity, takie jak anulowanie długu i korzystne rozwiązania w systemie własnościowym operatora przesyłowego. Panowie Waldemar Pawlak i Donald Tusk mają naprawdę wielki tupet, nazywając ten kontrakt sukcesem. Tak podpisany kontrakt z pewnością był sukcesem, ale strony rosyjskiej. I tylko rosyjskiej.

Pamiętam, że w lutym 2010 r. podczas spotkania z kilkoma politykami PiS-u w sejmie padły słowa, że podczas pobytu w Moskwie w sprawie tego właśnie kontraktu Waldemar Pawlak nagle gdzieś zniknął „na dwie godziny”. Urwał się na piwo, czy miał tam coś do załatwienia?

Odpowiedzi na to pytanie mogę udzielić dopiero po zwolnieniu mnie z tajemnicy państwowej, co dotąd nie nastąpiło.

Czy jest możliwe, że w sprawie kontraktu gazowego doszło do zdrady interesów Polski?

Odpowiedź na to pytanie z pewnością przyniesie śledztwo, które wszczęto w związku z faktami ujawnionymi w książce Niebezpieczne związki Andrzeja Leppera. Oczywiście pod warunkiem, że prokuratorom oraz ich przełożonym wystarczy determinacji i odwagi, by pójść wskazanymi przez nas – przeze mnie i Wojtka Sumlińskiego – tropami. Jeżeli tak się stanie, mogę zapewnić, że będzie ciekawie.

Miało dojść do spotkania Andrzeja Leppera z Jarosławem Kaczyńskim, zorganizowanego za pośrednictwem Tomasza Sakiewicza z „Gazety Polskiej”. Andrzej Lepper zginął właśnie dlatego, że mógł powiedzieć Jarosławowi Kaczyńskiemu za dużo?

Jarosław Kaczyński nie ufał Andrzejowi Lepperowi i miał po temu swoje powody. I właśnie dlatego Tomasz Sakiewicz sondował, na ile Andrzej Lepper ma do przekazania przewodniczącemu PiS-u realną wiedzę, a na ile jest to z jego strony pewien rodzaj gry. Lepper nie zdążył powiedzieć tego, co wiedział, a szkoda, bo gdyby zdążył, najnowsza historia Polski mogłaby potoczyć się inaczej. I wiele spraw, dotąd niejasnych, byłoby dziś w pełni zrozumiałych dla opinii publicznej.

Z tego co Pan mówi, wynika, że rodzaj informacji posiadanych przez Andrzeja Leppera był takiego kalibru, iż nawet jeśli zabrał je do grobu, gdzieś powinny zostać „kopie”. Czy one istnieją?

Kopie zostają zawsze. Tak było w 1989 i nie inaczej jest teraz, bo z punktu widzenia pragmatyki służb specjalnych ich zniszczenie byłoby po prostu marnotrawstwem.

W sprawie śmierci Andrzeja Leppera ważna wydaje się osoba mecenasa Ryszarda Kucińskiego, będącego, jak to Pan określił, „na pasku wojskowych służb”. Służby wiedziały, jak groźny jest dla nich Lepper i podstawiły mu swojego człowieka? Skąd wiadomo, że to człowiek wojskowych służb?

Proszę wybaczyć, że na to pytanie nie odpowiem wprost. A nie odpowiem, bo patrząc z mojej perspektywy byłaby to odpowiedź na pytanie: skąd wiadomo, że woda jest mokra? Zresztą bardzo dokładnie wyjaśnił to w swoich książkach Wojtek Sumliński, który w sprawie byłego prokuratora, a później znanego warszawskiego adwokata, Ryszarda Kucińskiego, wyłożył całą wiedzę, jak karty w pasjansie. I jest to wiedza prawdziwa.

Jeśli ABW otoczyło Andrzeja Leppera całą siecią podsłuchów, jeśli w grę wchodziły działania z zakresu tzw. płytkiego wywiadu, to znaczy, że polskie służby posiadły ogromną wiedzę o tym człowieku. Czy w sprawie śmierci Andrzeja Leppera nie jest przypadkiem tak, że służby zostały wykorzystanie nie tyle do ochrony bezpieczeństwa państwa polskiego, co do ochrony polityków, którzy narazili Polskę na niebezpieczeństwo?

Nie mogę na to pytanie odpowiedzieć bez narażania się na ujawnienie tajemnicy państwowej. Mogę natomiast z całą mocą stwierdzić, że w III RP służby specjalne częstokroć zajmowały się nie tyle ochroną bezpieczeństwa państwa, co bezpieczeństwa polityków, którzy, delikatnie rzecz ujmując, nie byli bielsi niż biel.

Panie majorze, w prokuraturze przedstawił Pan „twarde dowody” w sprawie śmierci Andrzeja Leppera i kontraktu gazowego. Jak zostały przyjęte? Czy coś się dalej dzieje? Prokuratura podjęła jakieś działania? Możemy się spodziewać np. ekshumacji ciała śp. Andrzeja Leppera?

Gwoli ścisłości – powiedziałem prokuratorowi tyle, ile powiedzieć mogłem, nie zdradzając tajemnicy państwowej, bo, jak podkreśliłem to wcześniej, dotąd nikt z tajemnicy państwowej mnie nie zwolnił. Ale w moim najgłębszym przekonaniu powiedziałem dość, by prokurator nie miał najmniejszych wątpliwości, że w śmierć Andrzeja Leppera były zaangażowane tzw. osoby trzecie. Powiem to jeszcze raz, by zostać dobrze zrozumianym: nie ma najmniejszych wątpliwości, że Andrzej Lepper został zamordowany. A jeżeli tak, to automatycznie nasuwa się pytanie: kto zabił i dlaczego? Jeżeli prokuratorom oraz ich przełożonym wystarczy determinacji i odwagi, by idąc wskazanymi przez nas tropami poszukać odpowiedzi na te pytania, dojdziemy do spraw kluczowych dla zrozumienia, czym była III RP. I do ludzi, którzy odpowiadają nie tylko za tę zbrodnię.

A jeżeli śledztwo w sprawie śmierci Andrzeja Leppera znowu utknie w martwym punkcie? Co wtedy?

Byłoby bardzo źle. Bo oznaczałoby to, że wciąż uczestniczymy w grze, w którą gramy od początku powstania III RP, a w której chodzi nie o to, by króliczka złapać, lecz o to, by go gonić. A wtedy moglibyśmy sobie powiedzieć: „tyle się zmieniło, a nic się nie zmieniło”. Tak jak dotychczas, przez ostatnich trzydzieści lat. Chcę wierzyć, że tym razem będzie inaczej.

* Mykoła Hinajło – oficjalnie „tylko” były major Armii Radzieckiej, później prawosławny duchowny z przygranicznego Włodzimierza Wołyńskiego, był doradcą Andrzeja Leppera. Już dziesięć lat temu sprawę jego przeszłości i kontaktów z Andrzejem Lepperem na polecenie ówczesnego koordynatora służb specjalnych Zbigniewa Wassermana sprawdzało ABW (przyp. Red.).


Co na takie dictum polska strona?


 

17:50 09 KWIECIEŃ 2017

 

Kobieta z karabinem

ŁRL: w Donbasie walczą kobiety snajperzy z Polski i Litwy

© Fotolia/ Sgonin

ŚWIAT

14:28 09.04.2017Krótki link

351295263

Wywiad proklamowanej w trybie jednostronnym Ługańskiej Republiki Ludowej znalazł w Donbasie kobiety snajperów walczących po stronie ukraińskich sił zbrojnych – poinformował dziennikarzy rzecznik Milicji Ludowej ŁRL Andriej Maroczko.

Powstaniec ŁRL

© SPUTNIK. OLESYA POTAPOVA

Dziennikarze i obserwatorzy zostali ostrzelani pod Ługańskiem

„Nasz wywiad nadal odnotowuje aktywizację zagranicznych najemników na linii styku, w tym grupy snajperów, w większości przypadków są to kobiety z Łotwy, Litwy i Polski” — powiedział Maroczko. Według jego danych w ogólnym zarysie sytuacja w strefie odpowiedzialności Milicji Ludowej ŁRL ma tendencję do zaostrzania się. 

Prowokacja wyspecjalizowanego medium


niezalezna.pl - strefa wolnego słowa

 

9 kwietnia 2017

 

Prowokacja „Wyborczej” wymierzona w nowego dyrektora Muzeum II Wojny Światowej

 

Dodano: 09.04.2017 [16:17]

Prowokacja „Wyborczej” wymierzona w nowego dyrektora Muzeum II Wojny Światowej - niezalezna.pl

foto: Cezary Aszkiełowicz/muzeum1939.pl

Decyzja Ministra Kultury, prof. Piotra Glińskiego o tym, by wstęp do nowo powstałego muzeum II Wojny Światowej był przez najbliższe kilka dni bezpłatny, okazała się bardzo trafna. Wczoraj pula darmowych biletów dostępnych dla zwiedzających rozeszła się bardzo szybko. Ogromna popularność inicjatywy nie uszła jednak uwadze „Gazety Wyborczej”, która postawiła utrudnić funkcjonowanie nowo powstałemu muzeum. Powołując się na informację od kasjerów, dziennikarze Michnika piszą o 2 tys., darmowych biletów, które rzekomo rozdało muzeum w rekordowo krótkim czasie.
„Kto z rana nie załapał się na darmową wejściówkę do muzeum, nie miał szans zobaczyć dzisiaj wystawy stałej w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Dwa tysiące biletów rozeszło się w ciągu 1,5 godziny” – pisze „GW”.
Czytelnicy „Wyborczej” zostali nie po raz pierwszy wprowadzeni w błąd. Jak łatwo można dowiedzieć się ze strony muzeum, dzisiaj na poszczególne bloki czasowe w sumie dostępnych będzie ok. 320 darmowych biletów. Podobnie było wczoraj.
W ciągu dnia co prawda muzeum może zwiedzić maksymalnie 1800 osób, ale ponad 1400 biletów zostało już zakupionych wcześniej. Stąd ograniczona pula darmowych biletów, o czym poinformowała placówka. W związku z wymogami bezpieczeństwa i komfortu zwiedzających limit ten podzielony jest na trzy tury tak, by jednocześnie w muzeum nie znajdowało się więcej niż 600 osób.

Zleciłem już kontakt z redakcją „GW” z zadaniem skorygowania nieprawdziwej informacji. Szkoda, bo w weekendy z muzeum korzysta wielu gości, taka dezinformacja, bez wnikania czy była skutkiem nierzetelności, czy świadomego działania była ze szkodą dla gdańszczan i wszystkich, którzy chcieli odwiedzić muzeum zachęceni ogromną ilością dostępnych i darmowych miejsc. Inaczej przecież ocenia się swoje szanse na wejście w dniu darmowych biletów, gdy jest dostępnych 2000 wejściówek, a inaczej – gdy 320. Informacje o 320 wejściówkach zamieściliśmy na naszej stronie www oraz na profilach społecznościowych

  • powiedział portalowi niezalezna.pl Tomasz Rakowski rzecznik prasowy muzeum.
    „Wyborcza” idzie jednak dalej i już zarzuca nowej dyrekcji niegospodarność. Pisze za portalem gdańsk.pl, że muzeum może stracić „w ciągu tygodnia nawet 350 tys. zł.

Nowa dyrekcja przejmuje muzeum z marszu, nie przewidując konsekwencji tego, że nie został jeszcze zakończony bilans rozliczeniowy. To pokazuje zwykłą niegospodarność placówki.

pisze „GW”. 

Kilka dni darmowego wstępu, które zapowiedział minister kultury to nie tydzień, a liczba ograniczonych darmowych miejsc z pewnością nie stworzy tak wielkiej sumy, co łatwo można obliczyć. Ale matematyka i zdrowy rozsądek wydaje się nie ma tutaj znaczenia.
CZYTAJ WIECEJ: Skandaliczne zachowanie kodziarzy w reakcji na decyzję NSA dotyczącą połączenia muzeuów
Komu nie uda się dostać darmowych biletów w ciągu najbliższych dni, może również skorzystać z obecnej oferty muzeum i w każdy wtorek zwiedzić wystawę za darmo.
Przypomnijmy, w środę Naczelny Sąd Administracyjny uchylił postanowienie WSA w Warszawie wstrzymujące połączenie Muzeum II Wojny Światowej oraz Muzeum Westerplatte i Wojny 1939. Tego samego dnia MKiDN zapowiedziało niezwłoczne połączenie placówek.
Muzeum został nadany nowy statut, „w ramach, którego dotychczasowe zadania obu instytucji kultury będą realizowane w nowej formule prawnej”. Minister kultury wyjaśnił, że w ramach nowej instytucji powstanie oddział Westerplatte i Wojny 1939 r.
Połączenie obu gdańskich placówek o zbliżonym profilu działalności pozwoli zoptymalizować koszty przeznaczane z budżetu państwa na te muzea.
CZYTAJ WIĘCEJ: ​Minister Gliński: „Będziemy kontynuować działalność obu gdańskich placówek”
CZYTAJ WIĘCEJ: Karol Nawrocki na czele MIIWŚ: „Historię przeżywa się raz, a pisze wiele razy”

Autor: Edyta Nowicka

Źródło: niezalezna.pl

Drukuj

DZIAŁ: POLSKA

USA za wszelką cenę chcą pokazać że jeszcze liczą się na Bliskim Wschodzie


Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

 

USA za wszelką cenę chcą pokazać że jeszcze liczą się na Bliskim Wschodzie
Written by krakauer, 9 kwietnia 2017, 12 komentarzy

Middle East from the CIA World Factbook 2008 PD

USA za wszelką cenę chcą pokazać że jeszcze liczą się na Bliskim Wschodzie. Atak bez wypowiedzenia wojny na kraj członkowski ONZ to bandytyzm państwowy i terroryzm za razem. Mniej więcej na tych samych zasadach było z Irakiem. Do dzisiaj wszędzie, gdzie na Bliskich Wschodzie pojawili się Amerykanie – panuje totalny chaos i widać zgliszcza. Destrukcyjna polityka Stanów Zjednoczonych jest dowodem ich bezsilności. Ponieważ głównym krajem w tym regionie jest obecnie Federacja Rosyjska, która osiągnęła przełamanie przewagi sił terrorystów w Syrii, bardzo niedużymi siłami.

Amerykański atak był pomyślany jako przypomnienie o tym, że USA jeszcze chciałyby się liczyć. Pomijanie tego kraju w rozmowach o nowym układzie sił w regionie jest w interesie krajów lokalnych, jednak mści się podsycaniem terroru i tego typu desperackimi akcjami. Mniej więcej połowa rakiet wystrzelonych z amerykańskich okrętów nie trafiła w cele. To samo za siebie świadczy o stanie amerykańskiej „potęgi”. Ślepy bokser nie zdziała wiele na ringu.

W tym samym czasie, kiedy Amerykanie bez wypowiedzenia wojny zaatakowały państwo syryjskie, Rosjanie precyzyjnie niszczyli siły terrorystów i to pomimo amerykańskiego ataku. Równolegle stale dostarczają do Syrii pomoc humanitarną i innego rodzaju, potrzebą do przetrwania tego udręczonego wojną kraju.

Militarnie amerykańskie działanie nie znaczy niczego, to jedynie demonstracja możliwości – zaatakowania prostych celów lądowych, przy użyciu olbrzymiej ilości inteligentnych i bardzo drogich pocisków. To, co te pociski zniszczyły było wiele razy mniej warte, niż same pociski. Jeżeli chodzi o ekonomię wojny, jest to totalna porażka, zarazem pokazująca przyczynę słabości USA – ślepa wiara w technologię. Naprawdę, wojen nie wygrywa się siedząc za ekranem komputera, trzeba się spocić.

Taktyczne efekty tego ataku są żadne, natomiast liczą się osiągnięcia geostrategiczne. Po pierwsze Syria już wie i ma absolutną pewność, że nie ma co liczyć na Zachód. Po drugie Iran już wie, jak może wyglądać atak na jego kraj. Po trzecie Rosjanie sprawdzili w warunkach bojowych swoje systemy przeciwlotnicze. Po czwarte wreszcie i najważniejsze, Amerykanie udowodnili swoją faktyczną bezsilność. O ile wcześniej osiągali więcej dorzucając do syryjskiego kotła starą broń, to obecnie pokazali, że jako potęga są bezsilni. Ponieważ jeżeli to jest wszystko, na co ich stać, to jest to bardzo mało. Oznacza to, że nie gwarantują żadnego bezpieczeństwa krajom na Południu Zatoki Perskiej, ponieważ samymi rakietkami nie da się pokonać Iranu.

Rosja nie poniosła bezpośrednich strat, jednak prestiż kraju jest poniżony. Żadna armia walcząca na wojnie, nie zaakceptuje sytuacji, w której ktoś trzeci włącza się do konfliktu, przeciwko jej sojusznikom. Rosjanie nie mogą takiego stanu rzeczy tolerować na dłuższą metę, ponieważ Amerykanie mogli ich zaatakować. Byłoby to bardzo ciekawe z punktu widzenia art. 5 Traktatu. Ponieważ, to państwo NATO jest agresorem. Jeżeli zginęliby Żołnierze Federacji, ta mogłaby odpowiedzieć wobec NATO np. na Łotwie. Czy Amerykanie tego chcą? Czy o to chodziło w tym ataku?

Rosja jest zbyt doświadczonym i poważnym graczem, żeby dać się nabrać, na tak prymitywne prowokacje. Na pewno ten atak nikomu się nie podobał, jednak w sensie geopolitycznym, Amerykanie się pogrążyli. Rosjanie doskonale znają ich możliwości bojowe. W tym konflikcie Amerykanie nie znaczą praktycznie niczego, a po tym ataku – zamknęli sobie możliwość wejścia do rozmów.

Turcja odkryła karty, wypowiadając się za interwencją w Syrii, wspólnie z USA. To może spowodować wojnę regionalną, bo przecież tam walczy bardzo wielu Irańczyków. Może więc tam chodzi tak naprawdę o to, żeby mieć powód do zaatakowania Iranu?

Piłka jest teraz po rosyjskiej stronie boiska, jeżeli Kreml nie da się sprowokować, bo trzeba mieć świadomość, że to na pewno nie była pierwsza i ostatnia prowokacja – to działając metodycznie, tak jak do tej pory – doprowadzi do odrodzenia Syrii.

Ta okrutna wojna powinna się jak najszybciej skończyć. Amerykanie atakując Syrię bez wypowiedzenia wojny – zapisują się czarnymi zgłoskami na kartach historii Bliskiego Wschodu. Ten atak, nie był do niczego potrzebny. Jeżeli chcą rzeczywiście coś zrobić dla walki z terrorem, to powinni przeprowadzić operację lądową z Jordanii, Iraku i Kurdystanu – pozwalając np. na umocnienie się Kurdów, zanim na całego włączą się Turcy. Syria nie ma już szans na całe swoje przedwojenne terytorium, jeżeli będzie miała 50-60% dawnego obszaru, to będzie bardzo dobrze. Uspokojenie się sytuacji jest w interesie wszystkich, poza niektórymi krajami arabskimi, które wspierają terrorystów i bojowników w Syrii. Amerykanie powinni się zastanowić, po której są stronie? Dyplomacja robiona przy pomocy indiańskich toporków, to droga do piekła.

Na marginesie warto zauważyć, że niektóre kraje przez poparcie dla amerykańskiego ataku uznały łamanie prawa międzynarodowego – potwierdzając, że ono nic nie znaczy. Niestety wśród tych krajów jest również, pewien środkowo-europejski kraj… smutne. To poważny błąd dyplomatyczny i faktyczny, może się zemścić jak, ktoś użyje siły wobec „tego kraju”.

Pan Donald Trump zaatakował Syrię podstępem i bez wypowiedzenia wojny?


 

Obiektywnie? Subiektywnie? O polityce, państwie, gospodarce… w poszukiwaniu paradygmatu rozwoju. Zawsze mamy rację!

 

Pan Donald Trump zaatakował Syrię podstępem i bez wypowiedzenia wojny?
Written by krakauer, 8 kwietnia 2017, 34 komentarze

 Pan Donald Trump zaatakował Syrię podstępem i bez wypowiedzenia wojny ? To napaść na członka ONZ, jest to rzecz niebywała i nie można na ten temat milczeć. Amerykańskie pociski samosterujące wystrzelone z okrętów wojennych na Morzu Śródziemnym zaatakowały niepodległe państwo syryjskie, które ma legalne władze i jest członkiem Organizacji Narodów Zjednoczonych. Zaatakowano cele i instalacje wojskowe, są poważne zniszczenia i ofiary. Mamy do czynienia z podstępnym i niezapowiedzianym atakiem o charakterze bandyckim. Jest to sprzeczne ze wszystkim, co było deklarowane i potępiane od końca II-giej Wojny Światowej, co potępiali sami Amerykanie. Każda napaść na kraj bez wypowiedzenia wojny, jest złamaniem celów i zasad Narodów Zjednoczonych. To barbarzyństwo, to terroryzm międzynarodowy – to bezwzględna dyktatura przemocy i siły.
Nie jest to jednak pierwszy taki przypadek w historii. Wcześniej amerykańskich rakiet zakosztował Belgrad, Bagdad i inne miasta – cele. Zawsze było dokładnie tak samo – zgodnie z doktryną szoku i przerażenia – ataki w nocy, nad ranem, żeby przerazić ludzi, bezwzględnie zniszczyć to, co inni ludzie tworzyli pracą swoich rąk. Na szczęście tym razem Amerykanie nie trafili, oczywiście przypadkiem w chińską placówkę dyplomatyczną. Nie można jednak udawać, że nic się nie stało – stało się i to bardzo wiele, złamano prawo międzynarodowe na skalę zupełnie depczącą międzynarodowy dorobek traktatów. Jeżeli robi to formalnie najpotężniejszy kraj na świecie, roszczący sobie prawo do bycia największą demokracją, to już nie są żarty. To początek końca dotychczasowego ładu międzynarodowego, w tym oczywiście kwestia ujawnienia dotychczasowej amerykańskiej hipokryzji w relacjach międzynarodowych.
USA powinny za ten atak ponieść konsekwencje, ten kraj powinien być wyrzucony z Organizacji Narodów Zjednoczonych i izolowany międzynarodowo, po prostu jakakolwiek współpraca z tym krajem nie powinna mieć miejsca. Amerykańskie aktywa za granicami kraju powinny być zamrożone, należy nałożyć na Amerykę sankcje i na wszystkie inne kraje, które z takim krajem współpracują. Byłoby to trudne, ale tego wymaga konsekwencja w postępowaniu po przypadkach niezapowiedzianego brutalnego ataku wojennego na członka rodziny Narodów Zjednoczonych. W ten sposób postępowano z innymi krajami – Irakiem, po tym jak doszło do jego interwencji w Kuwejcie i z Serbią, której odmówiono prawa ochrony własnych rodaków przez etnicznym ludobójstwem dokonywanym w granicach Jugosławii. Na te kraje nakładano sankcje, podobnie nałożono sankcje na Federację Rosyjską, za rzekomą agresję na Ukrainę, chociaż nikt na Ukrainie nie twierdzi, że jest w stanie wojny z Federacją Rosyjską. Takie właśnie są podwójne standardy i tak wygląda swobodny taniec hipokryzji.
Odnosząc się do samego bezpośredniego powodu do ataku, bezwzględnie trzeba przyznać, że wydarzył się wielki dramat. Należy z całą surowością potępić użycie broni chemicznej w syryjskiej wojnie domowej, bez względu na to, kto stoi za użyciem tej niekonwencjonalnej broni. Zwłaszcza przeciwko cywilom jest to po prostu podłe i okrutne, musi zostać wyjaśnione i napiętnowane. Obecnie istnieją dwie wersje. Pierwsza to twierdzenie oficjalnych czynników syryjskich, wedle których zaatakowano skład broni, gdzie była broń chemiczna nielegalnie przetrzymywana przez terrorystów. Druga to twierdzenie Amerykanów, wedle których to syryjski rząd nakazał atak bronią chemiczną na cele cywilne. Jaka jest prawda, nie da się ocenić z odległej perspektywy. Szum medialny i wyraźne działania propagandowe, w tym czarny PR przeciwko rządowi w Damaszku, nakazują ostrożność w ocenie. Znane są już bowiem przypadki nagrywania filmów ze scenami z rzekomej wojny w Syrii w Egipcie. Nakryto na tym oszustów, którzy inscenizowali dramatyczne sceny z rannymi i płaczącymi dziećmi. Nikt nie twierdzi, że tak mogło być i tym razem, jednak nie można już bezkrytycznie wierzyć lokalnym przekazom, ponieważ są często podrabiane i manipulowane. To pokazuje z jaką złożonością mamy do czynienia.
Nie można bowiem tutaj wykluczyć głębszej prowokacji, ponieważ Amerykanie jeszcze w czasach pana Obamy planowali atak na wojskowe cele w Syrii. Ówczesny prezydent wyznaczył czerwoną linię, Syria zgodziła się na wydanie swojego arsenału broni chemicznej dla społeczności międzynarodowej i sprawa została załatwiona. Terroryści nie przekazali swoich zasobów broni chemicznej, w której posiadanie weszli po przejęciu arsenałów wojsk rządowych (część armii syryjskiej zdradziła swoje państwo). Nie można wykluczyć scenariusza, w którym to co się wydarzyło, mogło być w jakiejś mierze ustawione. Oczywiście w niczym nie umniejsza to tragedii ofiar, wręcz przeciwnie – jeżeli doszło do instrumentalizacji śmierci, to tylko zwiększa humanitarny wymiar tej olbrzymiej tragedii.
Nie można się zgodzić na to, żeby Amerykanie sami – prawem swojej przemocy – atakowali inne kraje należące do rodziny Narodów Zjednoczonych bez żadnych konsekwencji. Ten akt wojennego barbarzyństwa trzeba jednoznacznie potępić, nie może być zgody na bezkarność agresora. Bez względu na to jak oceniamy działania rządu w Damaszku, trzeba pamiętać że ten kraj zmaga się z okrutną wojną domową, w której bardzo aktywne są państwa sąsiednie, a terroryści stworzyli konkurencyjną państwowość. W tej skali problemów, dramatów i łez – nie można atakować syryjskiego rządu, ponieważ to on i jego wojska są ostatnią nadzieją dla syryjskiego społeczeństwa na stabilizację i ochronę. Bardzo źle się stało, USA pokazały po raz kolejny swoje bezwzględne oblicze. Tolerowanie sytuacji, w której jeden kraj przyznaje sobie prawo do atakowania innych krajów to kpina z dorobku Narodów Zjednoczonych.

Ewa Siemaszko: potrzebna jest analiza, co Ukraina daje Polsce


 

źr. youtube / Telewizja Republika

Ewa Siemaszko: potrzebna jest analiza, co Ukraina daje Polsce

Dodane przez Lipinski

Opublikowano: Niedziela, 09 kwietnia 2017 o godz. 13:01:25

Zdaniem badaczki zbrodni OUN-UPA przyczyn ostatnich antypolskich incydentów na Ukrainie należy szukać nie tylko w rosyjskiej inspiracji, lecz także w ukraińskim nacjonalizmie.

 

Ewa Siemaszko, badaczka zbrodni ukraińskich nacjonalistów na Polakach, skomentowała w Naszym Dzienniku serię ostatnich antypolskich incydentów na Ukrainie zwieńczoną ostrzelaniem z granatnika konsulatu RP w Łucku, jak też polskie reakcje na te wydarzenia.

Badaczka zauważyła skłonność „głównych specjalistów od stosunków polsko-ukraińskich” do snucia hipotez o rosyjskim sprawstwie lub inspiracji tych incydentów bez brania pod uwagę możliwego udziału czynników wewnątrzukraińskich.

PRZYCZYTAJ: Targalski: Atak na polski konsulat w Łucku to prowokacja Putina

Ewa Siemaszko wskazała na niezdolność ukraińskich śledczych do wykrycia sprawców wszystkich dotychczasowych incydentów poza jednym – blokadą drogi Lwów-Rawa Ruska, którą nazwała „prymitywnym spektaklem”.

Zdziwienie budzi w związku z tym niski poziom działania rosyjskiej agentury, którą dotąd stać było na bardziej skomplikowane, wyrafinowane i dobrze zamaskowane poczynania – napisała Siemaszko.

PRZECZYTAJ: Nikołaj Dulskij odrzucił oskarżenia o zlecenie ataku na konsulat RP w Łucku [+VIDEO]

Zdaniem badaczki przyczyn antypolskich incydentów na Ukrainie nie powinno się szukać tylko w rosyjskiej inspiracji, lecz także w ukraińskim nacjonalizmie i upowszechnianiu się kultu antypolskich organizacji OUN-UPA.

Obserwacja tego rodzaju wypadków nasuwa podejrzenie o wzajemnym zazębianiu się obu sił – ukraińskich i rosyjskich, ale nie widać, by ukraińskie państwo chciało temu przeciwdziałać. – stwierdziła Siemaszko. Powolna, jej zdaniem, reakcja Ukrainy na ostrzelanie konsulatu świadczy o jakby dawaniu do zrozumienia, że Ukrainie mniej zależy na Polsce niż Polsce na Ukrainie, a więc – w mniemaniu ukraińskich polityków – to Polska musi się liczyć z Ukrainą i dostosowywać do ukraińskich oczekiwań.

PRZECZYTAJ: Ukraiński historyk: Mój kraj nie potrzebuje takiej Polski

Przydałaby się zatem głęboka analiza, co Polska daje Ukrainie, a co zdestabilizowana, skorumpowana i mało przewidywalna Ukraina może dać Polsce. – konkluduje Ewa Siemaszko.

Kresy.pl / Nasz Dziennik 8-9 kwietnia 2017

Kontrowersje wokół ataku USA na Syrię


 

Xportal.plInformacje, Idea, Polityka09.04.2017

 

Kontrowersje wokół ataku USA na Syrię

8 kwietnia 2017 22:08

Wczoraj (około godz. 4 rano czasu lokalnego) US Navy przeprowadziło atak rakietowy na bazę syryjskiego lotnictwa w Szajrat. Pretekstem stał się atak gazowy na miejscowość Khan Szajchun, na którą wg oficjalnej wersji mediów zachodnich syryjskie lotnictwo miało w pojemnikach zrzucić sarin. Atak miał pochłonąć życie 86 osób, w tym 30 dzieci. Wobec tego, na rozkaz prezydenta Donalda Trumpa, dwa niszczyciele rakietowe typu Arleigh Burke (USS Porter  i USS Ross) wystrzeliły w jej kierunku 60 rakiet manewrujących RGM-109 Tomahawk TLAM-C/D. Jedna od razu spadła do morza, zaś z pozostałych w cel trafiło zaledwie 23 (wg strony rosyjskiej); Amerykanie natomiast zaprzeczają temu. Spornych i kontrowersyjnych zagadnień jest więcej, warto byłoby przeanalizować je po kolei, zaczynając od tego właśnie:

Rozmiar strat i faktyczna skuteczność amerykańskich pocisków „Tomahawk”

Wstępne zapoznanie się ze zdjęciami (w tym satelitarnymi) oraz materiałami video pozwala domniemywać, iż podana przez Rosjan liczba jest zbliżona do rzeczywistej; bezpośrednio po uderzeniu aktywiści syryjscy powiązani z kręgami wojskowymi podawali nawet niższą liczbę („mniej niż 20 pocisków” – jak się okazało wkrótce, niektóre uderzyły w te same cele). Strona syryjska twierdzi, że część rakiet udało się zestrzelić, jednak jak dotąd nie ma wiarygodnych informacji o zestrzeleniach przez systemy S-300 i S-400, ani przez inne systemy obrony przeciwlotniczej (np. Pancyr, jeśli takowy był w bazie). Pamiętać należy, że jeszcze tego samego wieczora z bazy miały wystartować dwa samoloty syryjskie, co pozwala zanegować opowieści o całkowitym jej zniszczeniu. Sprzeczne są także doniesienia nt. rozmiarów strat syryjskiego lotnictwa: agencja RIA Nowosti, powołując się na anonimowego pracownika bazy twierdziła, że wszystkie samoloty w bazie zostały całkowicie zniszczone. Podobną wersję przyjęły władze USA, mówiąc o 20 zniszczonych samolotach. Natomiast wcześniej libańska telewizja Al-Mayadeen podała, że dowództwo syryjskiej armii zdążyło przed atakiem ewakuować z bazy większość samolotów.  Później zaś brytyjski „Daily Mail” opublikował zdjęcie sugerujące, że pięć innych „przeparkowano” gdzieś pod gołym niebem, na rozległych, płaskich terenach rozciągających się w pobliżu bazy.

Zdajemy sobie sprawę, że dane nt. skuteczności bojowej pocisków „Tomahawk” mogły zostać zmanipulowane, gdyż w oczywisty sposób mogą one wpływać na opinie różnych państw świata, zainteresowanych nabyciem takich (lub podobnych) pocisków. Stawką są kontrakty zbrojeniowe warte nawet nie miliony, a miliardy dolarów. Jeżeli ich faktyczna celność byłaby tak niska, to można się zastanowić, czy najnowsze systemy irańskie (używane skutecznie także przez Jemeńczyków przeciwko Arabii Saudyjskiej, jednej z najlepiej uzbrojonych armii świata) nie są już obecnie lepsze od nich, na dodatek przy dużo niższych kosztach wykonania / zakupu. Jeżeli tak jest w istocie, to podobnie byłoby z pociskami produkcji chińskiej (oba państwa postawiły na wzajemną wymianę technologii w zakresie uzbrojenia).

Atak chemiczny zaplanowany i przeprowadzony przez przeciwników Asada?

Bezpośrednio przez rzekomymi „atakami chemicznymi reżimu” na Khan Szajchun, uwagę komentatorów z Bliskiego Wschodu zwrócił wpis Ferasa Karama, reportera związanego z popierającą syryjskich „rebeliantów” stacją Orient News. Na dzień przed atakiem na Khan Sheikhoun opublikował on wpis na Twitterze, że następnego dnia media zajmą się tematem nalotów na cywilów i użycia gazu bojowego. Temat ten podjęła syryjska komentatorka Mimi al-Laham (znana lepiej pod pseudonimem „Syrian Girl”), a także pochodząca z Libanu Sarah Abdallah. Obie zauważyły, że Karam zamieścił swój wpis na 24 godziny przed atakiem. – Wciąż myślicie, że nie dzieje tu żadna podejrzana sprawa? – pytała Abdallah. Jej wpis udostępnił m.in. znany polski ekspert ds. Bliskiego Wschodu, dr Wojciech Szewko.

Rosjanie i Syryjczycy zaprzeczają dokonaniu ataku z powietrza, twierdząc, że konwencjonalne bombardowanie uszkodziło kontrolowany przez islamistów magazyn gazów bojowych. Wskazują przy tym, że atak gazowy z powietrza dotknąłby znacznie większej powierzchni, niż ta podana w mediach. Oprócz tego pojawia się jeszcze inny problem: autentyczności relacji związanych z atakiem.

Czy zdjęcia i materiały wideo dokumentujące rzekomy atak sarinem są autentyczne?

Z polskojęzycznych mediów chyba najwięcej wysiłku w zmontowanie „odpowiedniego” materiału włożył TVN. Mogliśmy zobaczyć w nim m.in. szczegółowe informacje nt. pocisków „Tomahawk” wystrzelonych w bazę syryjską koło miasta Homs – ale także fragmenty materiału video sporządzonego przez „White Helmets” i sygnowanego ich znakiem. Co ciekawe, widoczni na nim ratownicy dotykali gołymi rękami ofiar rzekomego ataku sarinem. Choć jak wiadomo, gaz ten jest zabójczy także w kontakcie ze skórą, nie tylko z drogami oddechowymi. Tak nieprofesjonalne zachowanie w warunkach faktycznego ataku sarinem byłoby niezrozumiałe, zważywszy iż mowa o organizacji oficjalnie otrzymującej dziesiątki milionów dolarów od rządów zachodnich i państw Zatoki Perskiej, mającej dostęp do najnowszego sprzętu oraz szeroko pojętego know-how. W tym momencie przypominają się wszystkie wcześniejsze sfingowane materiały tej organizacji – rzekomo humanitarnej, a de facto wspierającej syryjską Al-Kaidę (jak twierdzili np. liczni mieszkańcy Aleppo, zwłaszcza ci z opanowanych przez ekstremistów części miasta). Jednak tak ogromny temat lepiej zostawić na osobną dyskusję.

Co ciekawe, jedną z osób uwierzytelniających dokonanie ataku za pomocą sarinu został dr Shajul Islam, pochodzący z Wielkiej Brytanii lekarz-islamista, wykreślony z tamtejszego rejestru medycznego, gdyż przebywając na terenie Syrii w 2012 roku miał współuczestniczyć w porwaniu dwóch dziennikarzy. Po tym, jak brytyjskie śledztwo przeciwko niemu nie przyniosło rezultatów (czyżby postępowanie zostało przez kogoś „uwalone”?) i został uwolniony, dr Islam wrócił do Syrii. W zamieszczonym przez siebie na Twitterze video w charakterze dowodu na atak sarinem pokazywał pacjentów, których źrenice nie reagują na światło. Problem w tym, że podobne reakcje wywołują także niektóre środki chemiczne, niekoniecznie śmiertelne (choć raczej nieobojętne dla zdrowia człowieka). Dr Islam jako absolwent medycyny zapewne zna przynajmniej część z nich – jako osoba powiązana z White Helmets mógłby je zdobyć bez większego trudu, zaś jako ideowy islamista raczej nie miałby oporów przed małą „maskirowką”. W końcu czego się nie robi dla „wyższej” sprawy, takiej jak ustanowienie kalifatu…

Co Asad miałby zyskać na takim ataku?

Wielu komentatorów i polityków opozycyjnych wobec establishmentu podnosi również bardzo ważną kwestię: w jaki sposób przeprowadzenie ataku gazowego miałoby pomóc prezydentowi Asadowi i jego siłom, aktualnie wygrywającym na większości frontów

To nie ma żadnego sensu dla Asada, żeby w tych warunkach używał broni chemicznej. Myślę, że szanse na to, że zrobił to celowo, są zerowe – mówił libertarianin Ron Paul. Przekonywał, że najwięcej skorzystały środowiska, które chcą skierować świat na ścieżkę globalnego konfliktu, zwłaszcza neokonserwatyści. Jego syn, senator Rand Paul stwierdził wręcz, że amerykański atak rakietowy na bazę syryjskiego lotnictwa oznacza, że USA walczy po tej samej stronie co Daesz (ISIS). Jak bowiem wiadomo, to właśnie z bazy w Szajrat dokonywano najwięcej uderzeń przeciwko ISIS i innym grupom dżihadystycznym (uważanym za takowe również przez Zachód).

Wielkim echem w Stanach odbiły się także słowa Tulsi Gabbard, pochodzącej z Hawajów członkini Izby Reprezentantów z ramienia Partii Demokratycznej. Odwiedzała ona Syrię wielokrotnie w ostatnich latach, wielokrotnie stwierdzając, iż przekaz zachodnich mediów głównego nurtu jest niezgodny ze stan faktycznym. W ostatnich dniach, po wybuchu afery z rzekomym atakiem chemicznym „syryjskiego reżimu” otwarcie zadeklarowała, iż nie wierzy w te oskarżenia, niepoparte żadnymi konkretnymi dowodami. Powiedziała też, że gdyby faktycznie prezydent Asad ponosił za nie odpowiedzialność, to ona byłaby pierwszą osobą, która domagała by się jego ukarania.

Co Trump miałby zyskać na przeprowadzeniu prowokacji?

Szok i niedowierzanie panują także w obozie popierającym Trumpa: konserwatywna dziennikarka Katie Hopkins pyta Kto ukradł mojego prezydenta? natomiast komentator Paul Joseph Watson napisał – Jednak Trump nie był pupilem Putina, lecz pupilem deep state/neokonserwatystów. Opuszczam Trump Train. Miło było panowie, ale zabawa się skończyła. Będę się skupiał na Le Pen, która starała się ostrzec Trumpa przed tą katastrofą.

Z kolei Ann Coulter, autorka książki „In Trump we trust”, która jako jedna z pierwszych stanęła za Trumpem w trakcie prawyborów republikańskich, stwierdziła – Trump prowadził kampanię pod hasłem nie angażowania się na Bliskim Wschodzie. Mówił, że to zawsze pomaga naszym wrogom i powoduje większą ilość uchodźców. Aż nagle zobaczył obrazek w telewizji. [..] Ci, którzy chcieli mieszania się w sprawy bliskowschodnie, głosowali na innych kandydatów.

Sprawę komentowali także powiązani z szeroko rozumianą prawicą polscy komentatorzy, również znani ze swego wcześniejszego poparcia dla Donalda Trumpa. Pracujący dla TVP dziennikarz Witold Gadowski  nie wierzy w narzuconą przez media zachodnie wersję wydarzeń („Nie uważam Asada za niewiniątko, ba, nie popieram Asada, ale nie lubię jak robi się ze mnie totalnego idiotę”), natomiast obecnie niezależny Mariusz „Max” Kolonko stwierdził, iż decyzja Trumpa o przeprowadzeniu ataku była bardzo zła – dodając, że prezydent USA będzie się musiał z tego tłumaczyć przed Kongresem. Natomiast emocjonalne przemówienie Trumpa („piękne dzieciątka zostały okrutnie zamordowane w tym bardzo barbarzyńskim ataku”) ocenił jako słaby chwyt. Dziennikarz dostrzega, że zarówno prezydent USA, jak i ambasador USA przy ONZ Nikki Haley (epatująca zdjęciami zagazowanych dzieci na niedawnym posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa) wyraźnie przesadzili w żerowaniu na emocjach odbiorców.

Wątpliwości wyrażali też goście programu „Warto zauważyć” na antenie TV Trwam w którym odważono się wspomnieć o fałszywym pretekście inwazji na Irak, zestawiając to z obecnymi wydarzeniami w Syrii. Stwierdzono wprost, że tak naprawdę nadal nie znane są okoliczności rzekomego ataku chemicznego, a już wskazano „winnych” i wymierzono „karę”. Formatem programu była dyskusja trzech osób w studio, dyskusja była bardzo rzeczowa.

Część komentatorów twierdzi, że atakując Syrię Trump ostatecznie odsunął od siebie oskarżenia, jakoby działał w interesie Putina czy wręcz był rosyjskim agentem. Jednak pozyskanie poparcia ludzi takich jak McCain czy dziennikarz CNN Fareed Zakaria (znany z propagandowego ataku na Polskę) raczej nie zrekompensuje Trumpowi utraty zaufania sporej części własnego elektoratu, oraz utraty poparcia osobistości medialnych, kształtujących poglądy mas. Mało tego – takie działania mogą zrazić wyborców Trumpa jeszcze bardziej. Wkrótce po ataku rakietowym na Syrię w całym USA manifestowały tysiące demonstrantów, przy czym wielu z nich wywodziło się z elektoratu Trumpa, a nie np. z lewicujących aktywistów antywojennych.

Czy Asad posiada jeszcze broń chemiczną?

W czerwcu 2014 roku John Kerry, ówczesny amerykański Sekretarz Stanu twierdził, że Asad pozbył się wszelkiej broni chemicznej.

Wówczas Syrię odwiedzili też inspektorzy ONZ, weryfikując to, czy postanowienia wynegocjowane w toku burzliwych obrad amerykańsko-rosyjskich zostały dotrzymane przez Damaszek. Ich werdykt był pozytywny. Natomiast po wydarzeniach w Khan Szajchun obecny Sekretarz Stanu Rex Tillerson stwierdził, iż Rosja nie dotrzymała zobowiązania usunięcia broni chemicznej z Syrii.

Kurdyjskie, proamerykańskie władze tzw. Rożawy również obarczyły winą Asada. Jednak jeszcze w styczniu br. same oskarżały Turcję o umożliwianie przerzutu sarinu do Syrii, rzekomo dla tzw. Państwa Islamskiego. Jednak wcześniej gazów bojowych przeciwko Kurdom używało nie tylko ISIS, ale także nieco mniej radykalni islamiści, podobnie czyniąc w stosunku do oddziałów Syryjskiej Armii Arabskiej i jej sojuszników.

Nie tylko prezydent Chin spotkał się ostatnio z Trumpem – król Jordanii również

Uwagę wielu komentatorów zwrócił także czas dokonania ataku: dokładnie wtedy Trump gościł w swojej rezydencji na Florydzie Przewodniczącego Chińskiej Republiki Ludowej Xi Jinpinga. Nie wiadomo, czy chiński przywódca został wcześniej poinformowany o planach przeprowadzenia uderzenia, dyplomacja ChRL ograniczyła się do apelu o zaprzestanie dalszej eskalacji zbrojnej w Syrii. Jednak warto wspomnieć, że nieco wcześniej (ale już po rozpętaniu burzy wokół domniemanego ataku chemicznego Asada), bo 5 kwietnia prezydenta USA odwiedził król Jordanii Abdullah, wraz z małżonką. Oficjalne media rozpisywały się o urodzie małżonki jordańskiego władcy, porównując ją z Melanią Trump. W internecie natomiast „król Hobbit” (jak nazywa go część komentatorów) rządził niepodzielnie. Warto wspomnieć, że Jordania jest bodaj najbardziej prozachodnim państwem na Bliskim Wschodzie, choć sama jest zinfiltrowana przez Bractwo Muzułmańskie.

Co prawda amerykańskie władze zapowiadają, iż dokonane przez nich uderzenie rakietowe było „jednorazowe” i nie zmieni militarnej strategii USA w Syrii, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że obecnie rozważane są różne scenariusze rozwoju wydarzeń.

Na przyszły tydzień zapowiedziana jest wizyta Tillersona w Moskwie – od której mogą zależeć losy pokoju na świecie.

Michał S. Mazur

O niemieckiej miłości wobec narodu charyzmatycznego


 

Deutsche Welle

 

POLITYKA

Jak populiści pokochali nagle Żydów

Alternatywa dla Niemiec (AfD) nie ma nic wspólnego z żyjącymi w Niemczech Żydami – taka jest stereotypowa opinia. Ale związki te istnieją i są bardziej ścisłe, niż życzyłaby sobie tego Centralna Rada Żydów w Niemczech.

München Frauke Petry AfD (picture-alliance/dpa/A. Gebert)

Szefowa AfD Frauke Petry zabiega o gusta żydowskich wyborców

Wiele osób przeciera ze zdumienia oczy: akurat populistyczna Alternatywa dla Niemiec (AfD) ma być protektorką Żydów? Szefowa partii Frauke Petry powiedziała dziennikowi „Die Welt“, iż jej partia jest „jednym z niewielu politycznych gwarantów żydowskiego życia także w czasach nielegalnej antysemickiej imigracji do Niemiec”.

AfD kojarzy się raczej z wystąpieniem szefa jej oddziału w Turyngii Björna Höckego, który krytykował, że wystawieniem w Berlinie Pomnika Holocaustu Niemcy „zasadziły pomnik hańby w centrum swojej stolicy”. Höcke domagał się radykalnego zwrotu w niemieckiej polityce pamięci. W AfD toczy się wprawdzie postępowanie w sprawie wykluczenia go z partii, ale Höcke ma wielu sympatyków, przede wszystkim na wschodzie Niemiec. Głośno jest też ostatnio o Wolfgangu Gedeonie, wyrzuconym wprawdzie z AfD w Badenii-Wirtembergii, ale nie z federalnych szeregów partii. W swojej książce na temat pamięci Holocaustu Gedeon nazwał zagładę Żydów „cywilną religią Zachodu“. Judaizm jest dla niego „wewnętrznym wrogiem chrześcijańskiego Zachodu”.

Trudno się dziwić, że przedstawiciele społeczności żydowskiej raz po raz ostrzegają przed AfD. Abraham Lehrer, wiceprzewodniczący Centralnej Rady Żydów w Niemczech powiedział niedawno w rozmowie z uczniami jednej z bońskich szkół, że AfD jest partią, która „naprawdę przysparza nam trosk”. A przewodniczący Światowego Kongresu Żydów Ronald Lauder określił w „Die Welt“ AfD jako „hańbę dla Niemiec“.

Punktem zwrotnym fala uchodźców

Deutschland Pegida Demonstration in Mainz (picture-alliance/dpa/A. Dedert)

Populistyczna i antyislamska Alternatywa dla Niemiec nawołuje do „obrony ojczyzny”

Być może jednak obydwie strony są sobie bliższe, niż im się wydaje. Nie tylko bowiem są sympatycy AfD w środowisku żydowskim w Niemczech, ale też aktywni żydowscy członkowie partii. Jak ustalił tygodnik „Die Zeit”, tylko w Badenii-Wirtembergii, czyli akurat w landzie antysemity Wolfganga Gedeona, wśród 38 posłów AfD wybranych przez tzw. mandat bezpośredni, jest czterech żydowskich polityków.

Tajemnicą powodzenia AfD jest najwyraźniej strach wielu Żydów przed ciągle rosnącą liczbą muzułmanów w Niemczech i ich antysemityzmem. Dopiero w mijającym tygodniu poruszenie w całych Niemczech wywołał incydent w jednej ze szkół w Berlinie, gdzie uczeń żydowskiego pochodzenia stał się ofiarą mobbingu ze strony uczniów tureckiego i arabskiego pochodzenia.

AfD od początku była przeciwna otwartej polityce uchodźczej Angeli Merkel, której efektem był napływ przede wszystkim muzułmanów do Niemiec. Czy dziwne jest więc, że AfD przemawia do niektórych Żydów? W „Die Zeit” dwaj żydowscy politycy AfD przyznają to otwarcie. „Boję się islamizacji Niemiec” – stwierdził pochodzący z Ukrainy Alexander Berezowski. Także jego zdanie na temat UE jest typowe dla AfD: „Nie po to wyemigrowałem z ZSRR, by pewnego dnia znaleźć się w UESRR!”.

Wsparcie ze strony Żydów rosyjskiego pochodzenia

Także Wolfgang Fuhl z badeńskiego Lörrach jest raz po raz pytany, jak może pogodzić swoje żydowskie pochodzenie z AfD. Fuhl jest kandydatem na posła do Bundestagu z ramienia AfD a jeszcze kilka lat temu był członkiem zarządu w miejscowej gminie żydowskiej, przez jakiś czas nawet członkiem zarządu Centralnej Rady Żydów w Niemczech. Jak powiedział Fuhl „Die Zeit”, jego zdaniem, w porównaniu z innymi partiami w Niemczech, przedstawiciele żydowskiej społeczności są w AfD wręcz nadprezentowani. Rzecznik partii Christian Lüth nie był w stanie podać, ilu żydowskich polityków jest w AfD, bo partia nie pyta o przynależność religijną.

Hamburg Talmud Tora Schule (picture-alliance/dpa/D. Bockwoldt)

Można jeszcze pokazywać się w jarmułce? W jednej z berlińskich szkół żydowskie nakrycie głowy było „prowokacją” dla uczniów tureckiego i arabskiego pochodzenia

W wywiadzie udzielonym przed rokiem rozgłośni Deutschlandfunk Wolfgang Fuhl podkreślał, że w AfD nigdy nie doświadczył antysemityzmu. Swoje wstąpienie do tej partii tłumaczył wówczas napływem muzułmańskich uchodźców. „Widać, jak się zmienia struktura klas, jak traktowane są przez innych uczniów nasze dzieci, jak znowu pada w szkole wyzwisko «Ty Żydzie!»” – wyjaśniał Fuhl. Politycznie najbardziej wspierają go Żydzi, tak jak on pochodzący z byłego ZSRR. Stanowią oni zresztą dzisiaj większość w żydowskich gminach w Niemczech. Natomiast dawna gmina żydowska Fuhla w Lörrach dystansuje się dzisiaj od niego.

Nie tylko niemiecki fenomen

REDAKCJA POLECA

AfD coraz mniej popularna. Zaskakujące wyniki

Jeszcze niedawno antyimigrancka Alternatywa dla Niemiec (AfD) marzyła o wejściu z dwucyfrowym wynikiem do Bundestagu. Tymczasem w sondażach spada w dół na łeb na szyję. (29.03.2017)

Zmiana regulaminu Bundestagu. „Ze strachu przed AfD”

AfD w ogniu krytyki za nazwanie islamu „ciałem obcym”

To stosunkowo nowe zjawisko, że skrajnie prawicowe partie prezentują się jako otwarte na społeczność żydowską. I wyraźnie ma to związek z dużą falą migracyjną ostatnich dwóch lat. Ich przymilanie się tej społeczności nie ogranicza się tylko do Niemcy. Jean-Marie Le Pen, ojciec dzisiejszej szefowej Frontu Narodowego Marine Le Pen, mówił jeszcze o komorach gazowych jako o „detalu historii”. Jego córka natomiast ostrzegała w 2015 r. przed zagrożeniem dla Żydów we Francji. – Powinni walczyć po stronie tych, którzy zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakim jest islamski fundamentalizm – powiedziała.

Holenderski skrajnie prawicowy populista i antyislamista Geert Wilders jest wielkim przyjacielem Izraela i chętnie widzianym tam gościem. Z ramienia jego Partii Wolności zasiada w holenderskim senacie żydowski polityk Gidi Markuszower. Także Wolnościowa Partia Austrii ma swojego żydowskiego przedstawiciela w Radzie Narodowej Davida Lasara. Migracja i islam są też kartami w grze prawicowego rządu Viktora Orbana. Krótko przed przeprowadzonym na Węgrzech jesienią 2016 referendum w sprawie obowiązkowych kwot relokacji uchodźców, zbliżony do kręgów rządowych historyk Laszlo Tokeczki opowiadał się w państwowej rozgłośni za twardą linią. – Trzeba uświadomić feministkom, homoseksualistom, Żydom i ateistom, że kiedy islam zwycięży, będzie po nich – przekonywał.

AfD tymczasem celowo walczy o głosy wyborcze w żydowskich domach starców. Najwyraźniej skutecznie, bo Centralna Rada Żydów w Niemczech czuje się zmuszona do ostrzegania członków żydowskich gmin w całym kraju, by „nie dały się omamić przez antymuzułmańską, podżegającą retorykę AfD”.

Deutschland Aktion «We Remember» - Charlotte Knobloch (picture alliance/dpa/WJC)

Charlotte Knobloch: „bezczelna próba nadużycia obaw żydowskich obywateli”

Była szefowa Centralnej Rady Żydów w Niemczech Charlotte Knobloch dostrzega w tym, co robi Frauke Petry niesłychaną próbę zjednania sobie żydowskiej społeczności. Trudno o bardziej „bezczelny i zakłamany sposób, w jaki AfD nadużywa na własne potrzeby uzasadnione obawy żydowskich obywateli przed antysemityzmem wśród muzułmanów w Niemczech”. Knobloch nie uznaje żadnych kompromisów: dla Żydów AfD jest „niewybieralna”.

Christoph Hasselbach / Elżbieta Stasik

Ukraińskiej władzy jest coraz lepiej


 

Forsal.pl

Forsal.pl

 

 

statystyki

Jaki jest bilans pierwszego roku władzy nowego ukraińskiego rządu?

9 kwietnia 2017, 12:58

 

źródło:PAP

Ukraina, hrywna, waluta, banknot

Ukraina, hrywna, waluta, banknotźródło: ShutterStock

 

 

14 kwietnia na Ukrainie mija rok od zaprzysiężenia rządu premiera Wołodymyra Hrojsmana. Najprawdopodobniej w przyszłym tygodniu złoży on raport ze swojej działalności przed parlamentem – Radą Najwyższą.

Według ekspertów Hrojsman, którego podstawowym zadaniem była rok temustabilizacja sytuacji społeczno-ekonomicznej, uporał się z tym wyzwaniem. „Można dyskutować, jaką wystawić mu za to notę. Moim zdaniem zasługuje na dostateczną” – powiedział PAP Wiktor Zamiatin, analityk z kijowskiego Centrum Razumkowa.

W jego ocenie rząd Hrojsmana nie dokonał w ciągu roku swych rządów żadnych rewolucyjnych skoków, jednak – jak podkreślił – trudno byłoby ich oczekiwać w sytuacji, w której Ukraina znajdowała się przed rokiem i w której jest dziś.

„Mam na myśli nie tylko działania wojenne na wschodzie Ukrainy i okupację Krymu, ale wiele innych czynników, takich jak m.in. gwałtowne obniżenie poziomu życia społeczeństwa, bardzo trudne warunki na rynkach zagranicznych oraz trudna sytuacja w sektorze energetycznym” – zaznaczył.

Zamiatin wytknął premierowi, że choć nie popełnił poważnych błędów, to i nie stworzył warunków dla poważnego wzrostu gospodarczego.

Wołodymyr Fesenko, szef centrum analitycznego Penta nazwał jednak gabinet Hrojsmana rządem stabilizacji i wzrostu gospodarczego.

„Głównym osiągnięciem tej Rady Ministrów jest odnowienie wzrostu. Owszem, jest on skromny, bo wynosi tylko 2 procent, ale istotne jest to, że w gospodarce pokonana została tendencja spadkowa, obserwowana w latach 2014-2015” – oświadczył na niedawnej konferencji prasowej.

Zamiatin do plusów działalności Hrojsmana i jego ministrów zaliczył stopniową stabilizację sytuacji w sektorze energetycznym i stworzenie podstaw do jego rozwoju. „Mówię tu o rezygnacji z dostaw gazu z Rosji i przystosowaniu elektrociepłowni do innych rodzajów węgla. Ważne są także podjęte po raz pierwszy od wielu lat decyzje o eksporcie energii elektrycznej do Mołdawii” – powiedział.

Analityk Centrum Razumkowa wskazał, że przed rządem Hrojsmana wciąż stoją m.in. zadania przeprowadzenia reformy rynku energetycznego, w tym energii elektrycznej, a także stworzenia warunków dla innowacyjnego rozwoju, co wymaga zaangażowania ogromnych środków, a przede wszystkim woli politycznej.

Przeszkodą jednak jest tu brak efektywnej współpracy między rządem i parlamentem; wiele rządowych projektów ustaw nie jest rozpatrywanych, a to – według rozmówcy PAP – poważnie hamuje rozwój kraju. „Siły populistyczne, które znajdują się w parlamencie nawet w szeregach koalicji rządowej, są poważną przeszkodą dla rozwoju” – powiedział Zamiatin.

Ekspert zaznaczył jednocześnie, że mimo pojawiających się co jakiś czas głosów mówiących o konflikcie między Hrojsmanem i prezydentem Petrem Poroszenką, nie ma między nimi istotnych różnic w wizji rozwoju państwa.

„Sam Hrojsman oświadczył zresztą niedawno, że nie ma ambicji prezydenckich. Jest to bardzo ważne, gdyż obniża możliwe napięcie w relacjach między tymi dwoma politykami. Inną kwestią jest to, że rząd Hrojsmana nie zawsze zgadza się z frakcją prezydenta, która jest największym ugrupowaniem w parlamencie, a tym samym fundamentem koalicji rządowej. Między prezydentem i premierem nie ma jednak raczej różnic programowych” – podkreślił.

Analityk prognozuje, że gabinet Hrojsmana uzyska wotum zaufania w parlamencie, przed którym będzie składał raport z rocznej działalności. „O dymisji tego rządu nie można na razie mówić, choć w parlamencie są siły, które chciałyby wcześniejszych wyborów. Idea ta nie ma dziś jednak szans na poparcie i w obecnej Radzie Najwyższej nie uzyska wymaganej większości głosów” – powiedział Zamiatin w rozmowie z PAP.

Z Kijowa Jarosław Junko (PAP)

Anarchistom w Poznaniu nie podobają się narodowcy


Znalezione obrazy dla zapytania W Poznaniu anarchiści contra narodowcy

 

 

TVN24

Narodowcy kontra anarchiści. Przepychanki podczas demonstracji. 10 zatrzymanych

09 kwietnia 2017, 13:41

» Przepychanki podczas demonstracji w Poznaniu Video: TVN 24 Poznań Przepychanki podczas demonstracji w Poznaniu. 10 osób… Anarchiści i narodowcy starli się w centrum Poznania. Do zajść doszło podczas demonstracji pod hasłem „Nacjonalizm nie przejdzie”. Interweniowała policja. Zatrzymano 10 osób. Jedli zapiekankę, nagle poleciały kamienie i race. „Ludzie uciekali oknami” Chcieli po prostu… czytaj dalej » Demonstrację pod hasłem „Nacjonalizm nie przejdzie” zorganizowała w sobotę pod Starym Browarem Federacja Anarchistyczna. „16 marca w Poznaniu doszło do ataku na klubokawiarnię Zemsta. Napastnicy wybili szyby w drzwiach lokalu, rzucali kamieniami w okna, połamali stoły i krzesła, a do środka wrzucili race. Powodem tego ataku były poglądy inne niż nacjonalistyczne. 13 marca w Poznaniu doszło do ataku homofobicznego. Sprawca i jego znajomi nawet na komisariacie grozili i straszyli ofiary. Nie możemy pozostać obojętni. Nie możemy się godzić na takie zachowania i akty przemocy. Musimy wyrazić swój stanowczy sprzeciw i jednocześnie pełną solidarność z poszkodowanymi” – pisali organizatorzy w zapowiedzi wydarzenia. Ukryli się w galerii „Biegnie do was 30 bandytów w kominiarkach”. Zaatakowali kawiarnię anarchistów Nieznani sprawcy… czytaj dalej » Wśród uczestników manifestacji był prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak. – Sprzeciw nacjonalizmowi, w tym momencie, gdy dochodzi do pobić ludzi o innym kolorze skóry, jest jak najbardziej zasadny. Nie możemy udawać, że problemu nie ma – tłumaczył swoją obecność. Manifestację zabezpieczała policja. Na ulicy Półwiejskiej stało około 10 radiowozów. Gdy demonstracja się rozpoczęła, ze Starego Browaru wybiegła grupa narodowców i zaatakowała uczestników zgromadzenia. Natychmiast interweniowali policjanci. – Osoby spoza demonstracji chciały zakłócić przebieg wydarzenia, doszło do przepychanek. Ze względu na uszkodzenie drzwi wejściowych do Starego Browaru zatrzymane zostały cztery osoby, przebywają one w policyjnym areszcie, odpowiedzą za zniszczenie mienia – mówi Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej policji. Starcia przed siedzibą PiS Do kolejnych zajść doszło na ul. Św. Marcin, przed biurem Prawa i Sprawiedliwości. – Dziewczyna, która brała udział w demonstracji chciała wejść na dach radiowozu, policjanci ją powstrzymywali, w interwencję wtrąciły się kolejne osoby, doszło do przepychanek. W sumie w tym miejscu zatrzymano sześć osób, w tym nieletnią. Naruszyły one porządek publiczny i nietykalność cielesną funkcjonariusza. Takie też niebawem usłyszą zarzuty – podsumowuje Borowiak.

Autor: FC/b /

Źródło: TVN 24 Poznań

(http://www.tvn24.pl)

Polska zaskarżyła dyrektywę największego truciciela Europy


Wyborcza.pl

Niedziela09.04.2017

 

 

Kraj

PAP nieoficjalnie: Polska zaskarżyła unijną dyrektywę o jakości powietrza

PAP

05 kwietnia 2017 | 09:53

Smog nad Szczecinem3 ZDJĘCIA

Smog nad Szczecinem (Fot. Cezary Aszkiełowicz / Agencja Gazeta)

 

Polska zaskarżyła do Trybunału Sprawiedliwości UE unijną dyrektywę, która ustanawia nowe limity głównych źródeł zanieczyszczeń powietrza dla państw Unii Europejskiej – informuje PAP, powołując się na swoje źródła w Brukseli.

Według Polskiej Agencji Prasowej skarga przygotowana przez resort środowiska została złożona w Trybunale w Luksemburgu w ubiegłym miesiącu. Dotyczy przepisów ustanawiających maksymalne limity emisji dwutlenku siarki, cząstek stałych i tlenków azotu.?

Chodzi o nowelizację dyrektywy o krajowych pułapach zanieczyszczeń (NEC), nad którą prace zakończyły się pod koniec 2016 roku. Nowe przepisy mają…

Sztandar demokracji dalece mija się z prawdą


 

wPolityce.pl

 

Oświadczenie Czesława Warsewicza w sprawie nieprawdziwych informacji zawartych w artykule „GW”

opublikowano: 6 kwietnia · aktualizacja: 6 kwietnia

autor: Fot. wPolityce.plautor: Fot. wPolityce.pl

 

Oświadczenie Czesława Warsewicza w sprawie nieprawdziwych informacji zawartych w artykule „Gazety Wyborczej” pt. „Teraz, K…,My! „Dobra zmiana” w PKP: Kto ma w głowie olej, ten doi kolej”:

 

W związku z artykułem Pani Edyty Bryły z dnia 31 marca 2017 roku pt. „Teraz, K…,MY! „Dobra zmiana” w PKP: Kto ma w głowie olej, ten doi kolej” oświadczam, że tekst zawiera szereg nieścisłości, przekłamań i uproszczeń oraz:

— 1. Nieprawdą jest, że klaster kolejowy jest wspomagany finansowo przez spółki kolejowe. PKP S.A. w ogóle nie uczestniczy w projekcie, inne spółki nie przelewały nigdy nikomu żadnych pieniędzy za udział w porozumieniu ani nie finansują klastra w inny sposób,

— 2. Nieprawdą jest, że redaktorem naczelnym portalu Nakolei.pl – własność spółki Blue Ocean Business Consulting – jest Rafał Polaczek –.Portal nie jest zarejestrowany jako tytuł prasowy i nie ma funkcji redaktora naczelnego,

— 3. Nieprawdą jest, że jestem „związany” z posłem J. Polaczkiem. Nie mamy żadnych powiązań biznesowych ani politycznych,

— 4. Nieścisła jest informacja, że „spółka Warsewicza” powołała klaster kolejowy. W firmie Blue Ocean Business Consulting jestem prezesem – jest to spółka prawa handlowego (sp. z o.o.) a nie „moja” spółka,

— 5. Nieścisła jest informacja, że tylko dwie spółki (w tym Blue Ocean Business Consulting) powołały klaster kolejowy. Klaster czyli porozumienie spółek, został powołany przez kilkanaście podmiotów – spółek prywatnych i państwowych. Autorka tekstu nie zweryfikowała informacji, które zawarła w materiale.

Jednocześnie nie skontaktowała się z wymienionymi w swoim artykule podmiotami, co z pewnością pozwoliłoby uniknąć błędów merytorycznych, które zostały przez nią popełnione.

Kierując się w swoim działaniu najwyższymi standardami profesjonalizmu zdecydowałem się podjąć kroki prawne, mające na celu ochronę moich dóbr osobistych.

Czesław Warsewicz

Zdjęcie INBOX/ /LISTY

autor: INBOX/ /LISTY

Moskwa nie obroniła Syrii przed dwoma atakami odwetowymi USA


OnetWiadomości

 

Donald Trump

 

wczoraj 05:36

„Gazeta Wyborcza”: Moskwa wstrząśnięta atakiem USA

Atak USA na syryjską bazę lotniczą, będący działaniem odwetowym za użycie przez reżim Assada broni chemicznej w toczonej przez niego wojnie domowej w Syrii „był dla Kremla wstrząsem” – twierdzi dzisiejsza „Gazeta Wyborcza”.

 

Amerykańskie Tomahawki w drodze nad SyrięFoto: PAPAmerykańskie Tomahawki w drodze nad Syrię

Dowodami, świadczącymi o zaskoczeniu Moskwy amerykańskim atakiem w Syrii był zarówno fakt, iż na oficjalny komunikat MSZ po ataku trzeba było czekać ponad trzy godziny, jak i to, że Rosja nie wycofała z zaatakowanej bazy pod Hims swoich żołnierzy. I to pomimo, że została przez Waszyngton o ataku uprzedzona. Najwyraźniej na Kremlu nie uwierzono Trumpowi.

Waszyngton, w zasadzie, przyzwyczaił Rosję do tego, że nie spełnia swoich gróźb. „Gazeta” przypomina dzisiaj, zapowiedzi Baracka Obamy, że gdyby reżim Assada użył broni chemicznej, „byłoby to przekroczeniem «czerwonej linii» i zmusiło USA do interwencji”. Mimo to, gdy doszło do ataku gazowego w mieście Ghuta w 2013 roku, ówczesny prezydent USA zgodził się

na propozycję Rosji rozbrojenia chemicznego arsenału Assada w zamian za wstrzymanie się od działań. Wówczas, co także przypomina „Wyborcza”, Donald Trump na Twitterze zniechęcał Obamę do interwencji zbrojnej w Syrii. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej?

 

A jednak Donald Trump nie poprzestał na słowach i odpalił 59 pocisków Tomahawk na syryjską bazę. Kreml w odpowiedzi zapowiedział, że wycofuje się z zawartego z USA w 2015 roku „porozumienia o zagwarantowaniu bezpieczeństwa lotów w czasie operacji w Syrii”. Tym samym dochodzi do sytuacji, gdy na syryjskim niebie mogą mieć miejsce groźne w konsekwencji incydenty pomiędzy Amerykanami i Rosjanami.

Władimir Putin oświadczył, że „atak […] stwarza poważne problemy w tworzeniu koalicji do walki z terroryzmem”, „wyrządza on szkodę stosunkom Moskwy i Waszyngtonu, których stan i tak jest opłakany” oraz, ze jest próbą odwrócenia uwagi od cywilnych ofiar operacji w Iraku, gdzie wojska międzynarodowej koalicji walczą z ISIS o Mosul.

„Gazeta” cytuje słowa A. Kolesnikowa z Fundacji Carnegiego, który miał powiedzieć: – Dziś w nocy dowiedzieliśmy się, że Rosja dostała nie tego Trumpa, jakiego chciała. Mamy do czynienia z prezydentem jastrzębiem, znacznie twardszym od „okropnego” Obamy.

Jak twierdzi „Gazeta Wyborcza”, Moskwa jednak „nie pali mostów” i zapowiedziana na przyszły tydzień wizyta szefa amerykańskiej dyplomacji w Moskwie dojdzie do skutku.

(AP)

Dlaczego księdzu nie wolno wypędzać szatana z ludzkiej powłoki?


 

WP Wiadomości  

 

OPRAC. ARKADIUSZ JASTRZĘBSKI

wczoraj (09:20)

Ksiądz uzdrawiał i wypędzał szatana. Jest reakcja Kościoła

Metropolita częstochowski abp Wacław Depo zakazał księżom i osobom świeckim udziału w spotkaniach modlitewnych, które w Czatachowej na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej organizował ks. Daniel Galus. Zjeżdżały tam tysiące ludzi z całej Polski, a duchowny miał „uwalniać” wiernych od chorób i demonów.

 

Ksiądz uzdrawiał i wypędzał szatana. Jest reakcja Kościoła

(Materiały prasowe)

Praktyki księdza i działalność jego Wspólnoty Miłość i Miłosierdzie Jezusa budziły niepokój hierarchów już od kilku lat. Docierały do nich bowiem doniesienia, że ludzie wracali ze spotkań „wewnętrznie rozbici i pełni niepokoju”. Wiara w moc duchownego sprawiała, że ściągały tam tłumy ludzi z najdalszych zakątków Polski, w tym znani z telewizji celebryci.

Wreszcie „wobec wielu pytań i wątpliwości, z którymi zwracają się Księża Arcybiskupi i Biskupi, kapłani i osoby świeckie” zdecydowano się podjąć zdecydowane działania.

wp

PRZECZYTAJ TAKŻE: Ksiądz oskarża księdza o gwałt, a sam „nie jest święty”. Wszczęto śledztwo

Abp Wacław Depo powołał komisję, która zbada działalność kapłana i jego Wspólnoty. Do czasu zakończenia jej pracy hierarcha zalecił powstrzymanie się od wyjazdów na spotkania w Czatachowej.

Ks. Galus przyjął to najwidoczniej do wiadomości, bo na stronie Wspólnoty zamieścił komunikat o odwołaniu spotkań.

Jak stwierdza w swoim komunikacie metropolita częstochowski, ks. Galus chciał w Czatachowej prowadzić życie pustelnicze, ale z czasem „nie z polecenia swego biskupa, ale z własnej inicjatywy, rozpoczął posługę duszpasterską w duchu wspólnot charyzmatycznych”.

Metropolita zaznaczył również, że działającą przy Wspólnocie fundację Anioł Miłosierdzia, założyły osoby świeckie.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Ksiądz uderzył ucznia w Łodzi. Psycholog: to nigdy nie powinno się zdarzyć

„Chcąc zapobiec dalszym kontrowersjom i niejasnościom, wydaje się właściwe powstrzymanie się od organizowania wyjazdów na spotkania modlitewne organizowane przez ks. Daniela Galusa oraz Wspólnotę Miłość i Miłosierdzie Jezusa do czasu zakończenia prac komisji, wydania orzeczenia na temat jej działalności” – czytamy w komunikacie abp. Depo.

 

psycholog kliniczny.

Znam coraz więcej obłąkanych w czarnych sukienkach. Do mojej koleżanki przychodzi taki jeden, ma zlasowany umysł, jest bardzo słaby psychicznie. Ostatnio …Czytaj całość

Wojciech

Nasuwa się pytanie czy taki gościu – ksiądz, jak wymieniony w artykule narusza te bardzo wrażliwe uczucia religijne katolików czy nie .Chyba nie, bo to …Czytaj całość

Anna

Boli kościół co? 12 tyś wiernych potrafiło się zebrać u Ojca Daniela na mszy, policzyć tylko po 1 zeta na tacę. A inne kościoły puste. Ha ha to prawdziwy …Czytaj całość

Cezary

Jeden z drugim. Jak nie wierzysz w moc modlitwy. Wyśmiewasz się z daru uzdrowienia Ducha Świętego. To dlaczego jak urodzi ci się dziecko, to zanosisz je …Czytaj całość

Polub WP Wiadomości

Kalifat dziękuje za wolnoeuropejskie serce Omy


 

 

OPRAC. ADAM HRYNKIEWICZ

wczoraj (04:40)

ISIS publikuje „instrukcje dla morderców”. Kogo mają atakować?

W internecie pojawił się instruktaż wideo, który jest propagandowym filmikiem autorstwa działaczy ISIS. Na filmie zachęcają oni islamistów w Niemczech do ataków na policjantów przy użyciu noża. MSW w Berlinie potwierdziło autentyczność nagrania.

 

Kadr z jednego z filmów, opublikowanych przez ISIS

Kadr z jednego z filmów, opublikowanych przez ISIS (WP.PL)

Informację podał niemiecki dziennik „Hamburger Abendblatt”. Według gazety zamieszczony w sieci film jest szczegółową instrukcją dla morderców. Sam tytuł nagrania mówi już wiele; „Atakujcie ich”, zaś w materiale wideo znajduje się prezentacja prostych metod ataku za pomocą noża, które możliwe są do przeprowadzenia dla każdego.

Władze niemieckiej policji ostrzegły funkcjonariuszy i zaleciły im większą ostrożność podczas służby.

wp

Rzecznik MSW Tobias Plate potwierdził istnienie filmu. Zastrzegł, że nagranie nie wyróżnia się specjalnie wśród wielu podobnych instrukcji autorstwa ISIS dostępnych w internecie.

 

panQ

to jest kpina – islamska banda wprost nawołuje do mordów a Europejscy przywódcy nadal zgadzają się na przyjmowanie coraz większej armii wroga na terytorium …Czytaj całość

ot to

Jak to w tej Unii Brukselskiej jest???? to, że Angela zaniedbała wizyt u psychiatry to jakiś Pasionek czy Schetyna albo Petru z Kijem muszą wystawiać swoje …Czytaj całość

joanna

Przypomnijmy sympatykom wprowadzania muzułmanów do Polski.Koran czyli Biblia Islamu informuje swoich wyznawców ze są oni tylko narzedziami swego Boga i …Czytaj całość

trzezwy

Banda z pustyni terroryzuje miliony ludzi w UE. Mało tego jeszcze płacą im za rozmnażanie się i nieróbstwo ze swoich podatków. A co z demokracją i głosem …Czytaj całość

trzezwy

Bardzo dobry instruktaż. Powinien być puszczany codziennie przed wiadomościami w całej UE. To nie nawoływanie do nienawiści tylko fakty że przyjechali nas …Czytaj całość

Y3322

Och, to nieporozumienie, to tylko takie żarty są. Oni mówią tylko , jak się trzyma nóż i co z nim można zrobic, ale do niczego nie nawołują. To przecież …Czytaj całość

WP Wiadomości

Grupa okrętów USA niesie pokój Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej


 

WP Wiadomości

 

JAKUB KŁOSZEWSKI

7h temu

Grupa okrętów USA płynie w kierunku Półwyspu Koreańskiego

Grupa okrętów amerykańskiej armii płynie w region zachodniego Pacyfiku w pobliże Półwyspu Koreańskiego – podała agencja Reutera. Ma to być pokaz siły USA w związku z napięciem wywołanym rakietowymi próbami Korei Północnej.

Grupa okrętów USA płynie w kierunku Półwyspu Koreańskiego

(Domena publiczna)

W skład grupy wchodzi m.in. USS Carl Vinson, amerykański lotnistkowiec typu Nimitz (lotniskowiec z napędem atomowym). Lotniskowiec Carl Vinson nosi imię wieloletniego członka Izby Reprezentantów USA. W US Navy służy od 1982 roku. Ma ponad 330 metrów długości. Może pomieścić około 90 samolotów i helikopterów. To z jego pokładu zrzucono w maju 2011 roku ciało Osamy bin Ladena do Oceanu Indyjskiego.

Okręty wyruszyły 8 kwietnia z Singapuru i płyną w okolice Półwyspu Koreańskiego – powiedział agencji Reutera pragnący zachować anonimowość przedstawiciel amerykańskiej administracji.

  • Czujemy, że konieczna jest większa obecność (w regionie – red.) – ocenił rozmówca.

CNN podaje, że jednostki kierują się w rejon północnego Pacyfiku. Nie precyzuje jednak dokładnego celu podróży okrętów. Grupa miała w najbliższym czasie płynąć do Australii, ale amerykańskie władze postanowiły o zmianie kierunku.

Korea Płn. kontynuuje testy rakiet

W środę Korea Płn wystrzeliła w morze ze wschodniej części kraju przerobioną rakietę Scud o dłuższym zasięgu. Pokonała ona około 60 kilometrów nim spadła do Morza Japońskiego.

Pomimo rezolucji RB ONZ Korea Północna nieprzerwanie grozi zwiększaniem swego potencjału nuklearnego. Już pięciokrotnie – w 2006, 2009, 2013, a także w styczniu i we wrześniu 2016 roku – Pjongjang dokonał prób z bronią atomową. Ostatnia z tych prób miała największą siłę wybuchu, wynoszącą 10 kiloton.

W czwartek prezydent USA Donald Trump podczas wizyty prezydenta Chin Xi Jinpinga w USA podkreślał, że działania Pjongjangu „stanowią bardzo duży problem”.

Źródło: Reuters, CNN, WP

WP Wiadomośc

Lata zaniedbań i fałszerstw położyły się cieniem na smoleńskiej katastrofie


INTERIA.PLFakty

 

WDOWA PO TOMASZU MERCIE: LATA ZANIEDBAŃ I FAŁSZERSTW

KATASTROFA SMOLEŃSKA

Dzisiaj, 9 kwietnia (09:47)

Teraz jest szansa na wyjaśnienie okoliczności katastrofy smoleńskiej, mamy wolę polityczną – mówi w rozmowie z PAP wdowa po Tomaszu Mercie, Magdalena Merta. Jak dodała, lata zaniedbań i fałszerstw, do których – w jej przekonaniu dochodziło – wynikały ze zlecenia politycznego.

Wrak Tu-154M /Przemysław Marzec /RMF FM

Wrak Tu-154M /Przemysław Marzec /RMF FM

Tomasz Merta był historykiem myśli politycznej, publicystą, ekspertem ds. edukacji, podsekretarzem stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Został ekshumowany w listopadzie ubiegłego roku, w grudniu. Po potwierdzeniu jego tożsamości ponownie go pochowano. Jego żona o ekshumację wnioskowała już w 2011 r., po tym jak otrzymała dokumentację rosyjską. Wielokrotnie podkreślała, że są w niej błędy; miała wątpliwości, czy w grobie faktycznie spoczywa ciało męża.

Zdaniem Merty dopiero ostatnie działania Prokuratury Krajowej dają szanse na wyjaśnienie okoliczności katastrofy. „Na pewno mamy takie poczucie, że jeżeli kiedykolwiek byliśmy najbliżej tego, to właśnie teraz. Mamy wolę polityczną, bo te lata zaniedbań i fałszerstw wynikały jednak – w moim przekonaniu – z pewnego zlecenia politycznego. Wierzę, że teraz zajmują się tym uczciwi ludzie, mam jak najlepsze doświadczenia z Prokuraturą Krajową a jak najgorsze – z prokuraturą wojskową (która wcześniej prowadziła śledztwo – PAP). Myślę, że poziom empatii, taktu, profesjonalizmu obecnych prokuratorów jest czymś, czego nie doświadczaliśmy wcześniej” – oceniła.

Jak powiedziała, zbliżająca się rocznica katastrofy smoleńskiej będzie dla niej spokojniejsza. „Udam się na grób mojego męża, mając pewność, że to właśnie on jest w tym miejscu pochowany. Dla mnie ważne jest też to, że po ekshumacji został pochowany godnie. Owinęliśmy jego ciało w całun uszyty, przygotowany przez nas. Wiem, że w jego trumnie nie ma rzeczy, których nie powinno tam być” – powiedziała.

„Ale ta rocznica też będzie bolesna, jak każda do tej pory. Nie jest łatwo pogodzić się ze śmiercią bliskich. Zbliżają się też święta. A przecież te wielkanocne, w 2010 r. były ostatnimi, które spędziliśmy razem. Nie da się myśleć o świętach Wielkiej Nocy bez kontekstu śmierci męża i innych osób, które w Smoleńsku zginęły” – powiedziała wdowa.

Dodała, że myślami, sercem, modlitwą, będzie przy tych, którzy nadal czekają, m.in. na potwierdzenie tożsamości ofiar katastrofy. „Chciałabym, żeby znaleźli się w tym samym punkcie co ja, znaleźli ukojenie wiedząc, że w grobach znajdują się ich bliscy” – powiedziała. Pytana, jak spędzi rocznicę powiedziała, że co roku rodzina i przyjaciele jej męża spotykają się wspólnie przy jego grobie. „Tak będzie też w tym roku. To bardzo wzruszająca dla mnie chwila i taki wielki dar, że ludzie chcą pamiętać mojego męża takim jaki był. Będę też oczywiście na wieczornej mszy i marszu, który przejdzie Krakowskim Przedmieściem pod Pałac Prezydencki (w Warszawie – PAP)” – dodała.

Odnosząc się do różnic pomiędzy rodzinami smoleńskimi, m.in. w podejściu do ekshumacji (część osób jest im przeciwna – PAP) Merta powiedziała: „Tworzymy wspólnotę żałoby, czy nam się to podoba czy nie i różnice występujące w niektórych momentach absolutnie jej nie rozbiją. Dyskusja o ekshumacjach nie ma sensu, bo może nam się to podobać albo nie, ale decyduje o tym prokuratura. Nie ma możliwości prawnych cofnięcia tej decyzji”.

10 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku w katastrofie Tu-154M zginęło 96 osób, w tym prezydent Lech Kaczyński i jego małżonka.

Patrycja Rojek-Socha

PAP

Tasowanie brodatych elit bratnich


 

Advertisement

 

ŚPIEWAK: TRZEBA IŚĆ OSTRO

Jan Śpiewak /Stefan Maszewski /Reporter

POLSKA

Dzisiaj, 9 kwietnia (08:00)

„Jak się idzie na bójkę w barze, to trzeba być gotowym na udział w bójce, a nie na dyplomatyczne rozmowy. Jeśli uda się zrobić zmianę w Warszawie, to uda się zrobić w parlamencie. Mam nadzieję, że za 10-15 lat będziemy mieć wpływ na rządy w kraju”.

 

Z Janem Śpiewakiem, radnym warszawskiej dzielnicy Śródmieście, rozmawiają Aleksandra Gieracka i Jolanta Kamińska.

Aleksandra Gieracka, Jolanta Kamińska: Czyje jest dzisiaj miasto?

Jan Śpiewak: – Deweloperów i dobrze zorganizowanych grup interesów. Oni zachowują się jakby jutra miało nie być. Prezentowana przez nich chciwość, pogarda dla ludzi i dla historii naszych miast, jest nieprawdopodobna. Na pewno dziś miasto nie jest mieszkańców. 

REKLAMA

Na samorządowcach też nie zostawiasz suchej nitki.

  • Samorządy są oddzielnymi państewkami, prywatnymi folwarkami, gdzie prezydenci robią, co chcą. Lokalne elity są totalnie zblatowane z deweloperami. Korupcja, nepotyzm, kolesiostwo. To, co widzimy na poziomie centralnym, jest jeszcze większe na poziomie lokalnym. To rzeczywistość niemal każdego samorządu w Polsce.

Z czego to wynika?

  • Z braku kontroli zewnętrznej, braku niezależnej prokuratury, braku silnych mediów lokalnych, ale przede wszystkim ze słabości społeczeństwa obywatelskiego, które po prostu na to się zgadza. 

Ty się nie zgadzasz.

  • Moja robota polega w dużym stopniu na tym, żeby ludzie zaczęli głośno protestować przeciw korupcji i niszczeniu naszych miast przez układy i partykularne interesy.

I co, chętni są? Wielkiego zrywu raczej nie widać.

  • Zmiana jest spora. Politycy zrozumieli, że w dobrym tonie jest mówienie o budżetach obywatelskich, ochronie środowiska naturalnego, poprawie jakości życia w najbliższym sąsiedztwie. Budowa stadionu jest coraz częściej złym guście. Świadomość ludzi jest większa, coraz częściej mieszkańcy nie boją się wyrazić swojego zdania i jasno formułują postulaty wobec władzy. Język debaty publicznej się przesunął, ale jeszcze nie idą za tym czyny. Trudno, żeby było inaczej, jeśli w Warszawie rządzi przez 20 lat właściwie jedna ekipa, w Krakowie tak samo. To są zamknięte układy niemal klanowo-rodzinne i trzeba je rozbić. 

Szansą na ich rozbicie są zbliżające się wybory samorządowe?

  • Jest to kolejny krok, ale tak szybko się to nie uda. 

Ile potrzeba czasu?

  • Sześć, może dziesięć lat. Zapowiada się długi marsz. 

STEFAN MASZEWSKI/REPORTER /Reporter

Jan Śpiewak
Aktywista miejski, socjolog, radny warszawskiej dzielnicy Śródmieście.
Jeden z założycieli i były prezes stowarzyszenia Miasto Jest Nasze.
Pod koniec marca opuścił organizację i ogłosił, że zamierza zbudować w Warszawie nową koalicję przed wyborami samorządowymi w 2018 r.
Znany z walki z dziką reprywatyzacją w stolicy.

Rozumiemy, że ty masz już strategię na ten marsz.

  • Mam. Myślę, że to, co robię na razie w Warszawie jest skuteczne. Po moim zawiadomieniu do prokuratury do więzienia trafili ludzie odpowiedzialni za korupcję, w tym były bardzo wysoko postawiony urzędnik ratusza. Doprowadziliśmy do dymisji dwóch wiceprezydentów. 

Nie ty pierwszy chcesz odciąć od władzy obecne elity. O tym samym mówi PiS, Kukiz’15… Czy potrafisz zaoferować coś, co cię od nich odróżni?

  • Mnie najbliższy jest radykalny konserwatyzm. 

To znaczy?

  • Gdybym był politykiem w Bawarii, to uznawaliby mnie za chadeka, bo mówię o wartościach, o tradycji, o odpowiedzialności, o drobnym lokalnym handlu, o ochronie przyrody, o budowaniu więzi społecznej. To tak naprawdę dość konserwatywna wizja miasta. 

Ale metody wybierasz buntownicze.

  • Narzędziem do niesienia tej wizji jest wyrazistość i jasne opowiedzenie się po stronie mieszkańców, nie tylko w warstwie deklaracji deklaratoryjnej, ale przede wszystkim przez to, co się robi. 

„Działalność społeczna nie może być grzeczna” – to twoje słowa.

  • W ciągu swojej krótkiej kariery politycznej zostałem dziewięć razy pozwany. Ryzykuję całkiem sporo. 

Ostatnio pozwem straszyła cię Hanna Gronkiewicz-Waltz.

  • Pani prezydent czasami mnie straszy, ale jakoś nie ma odwagi mnie pozwać, a bardzo żałuję. 

Czyli skończyło się na gadaniu?

  • Dużo jest wrzutek, że ktoś mnie pozwie i tylko na wrzutach się kończy.

Paru osobom nadepnąłeś w końcu na odcisk.

  • W Warszawie działa mafia, która jest zblatowana częściowo z władzą samorządową, i to trzeba nazwać wprost. To nie wymyślone historie, są na to dowody i dokumenty. Ludzie widzą, że nie działa się w ich interesie i  czują się rozczarowani państwem, które nie jest w stanie w żaden sposób sobie z tym poradzić. Widzą, że państwo potrafi być bardzo zdecydowane i silne, jeśli chodzi o pomoc silnym i realizowanie ich interesów, ale w sytuacji, w której ma się opowiedzieć po stronie słabszych, nagle staje się krynicą niemożności. 

Teraz brzmisz jak PiS w kampanii wyborczej.

  • Tylko, że PiS nie proponuje niczego innego w tym aspekcie. Proponuje wymianę jednych elit postsolidarnościowych na drugie elity postsolidarnościowe. Poza tym, po czynach ich poznacie. Co oni zdążyli zrobić w ciągu tych ostatnich miesięcy? 

Rodziny dostały realne wsparcie w postaci programu 500 plus.

  • Na razie jedyne co im się udało, to zawłaszczyć państwo, w takim stopniu, w jakim nigdy nie było zawłaszczone przez żadną z partii politycznych. Rozmontowywanie Trybunału Konstytucyjnego, służby cywilnej, mediów publicznych – to im się bardzo dobrze udaje. Ale gdzie jest podatek od supermarketów? Pomoc frankowiczom? Nie ma tego. 500 plus jest spoko, ale znalazłbym lepszy sposób, żeby wydać te pieniądze. Poza retoryką nie widzę wielu różnic między PiS a PO. 

Kandydat PiS czy PO będzie lepszym prezydentem stolicy?

  • Moją odpowiedź znacie, żaden z powyższych. 

Ale to oni plasują się na czele sondaży, reszta daleko w tyle.

  • To jest problem wynikający z braku alternatywy. Nie ma średniego pokolenia ambitnych, polityków, którzy odważyliby się na niezależność. Na szczęście jesteśmy my, młode pokolenie. Tylko, żebyśmy mogli zaproponować rzeczywistą alternatywę wobec obecnych partii, potrzeba czasu. 

Trzeba iść ostro, radykalnie, zdecydowanie, nie bać się. Trzeba walczyć, nazywać z imienia i nazwiska tych, którzy zawiedli, oszukali czy ukradli. Jak się idzie na bójkę w barze, to trzeba być gotowym na udział w bójce, a nie na dyplomatyczne rozmowy

JAN ŚPIEWAK

Chcesz stworzyć front, który ma być alternatywą dla PO i PiS w Warszawie. Kogo w nim widzisz?

  • Potrzebuję jeszcze kilku tygodni, by mówić o szczegółach. 

Trwają negocjacje?

  • Mam wiele kontaktów z innymi organizacjami społecznymi, które działają lokalnie. Ostrożność przy deklaracjach każe mi zachować fakt, że PiS cały czas pracuje nad ustawą warszawską i zasady mogą się zmienić diametralnie już w trakcie rozgrywki. Poza tym do wyborów zostało jeszcze półtora roku.

Dlaczego rozeszły się twoje drogi z Miasto jest Nasze, organizacją którą zakładałeś?

  • Oni zdecydowali się trwać w strukturze, która w moim przekonaniu nie gwarantuje realizacji postulatów. Uważam, że trzeba iść ostro, radykalnie, zdecydowanie, nie bać się. Trzeba walczyć, nazywać z imienia i nazwiska tych, którzy zawiedli, oszukali czy ukradli. Walczymy z rekinami, które są w stanie zrobić każde świństwo i my musimy być na to odporni i gotowi. Jak się idzie na bójkę w barze, to trzeba być gotowym na udział w bójce, a nie na dyplomatyczne rozmowy, wielu jest to trudno zrozumieć. 

Będziesz przekonywał znane twarze do włączenia się w nową inicjatywę?

  • Politycy średniego pokolenia boją się startować w Warszawie. 

Dlaczego?

  • Myślę, że boją się przegranej. Warszawa to gigantyczny organizm, który wymaga ogromnego aparatu i ogromnych zasobów. Budżet i obszar stolicy równa się z budżetami i obszarami niejednego mniejszego państwa.

Wielkie wyzwanie, ale potem to też trampolina do polityki krajowej.

  • Tak, ale to powoduje, że duże partie wystawiają do wyborów samorządowych średnich działaczy, bo nie chcą, żeby ktokolwiek zdolny miał taką władzę i mógłby zagrozić pozycji liderów partyjnych. To jest przekleństwo, bo potem mamy takich ludzi jak Hanna Gronkiewicz-Waltz, totalnych średniaków na arenie politycznej. Warszawa zasługuje na więcej, jak zresztą każde większe polskie miasto.

Kogo, twoim zdaniem, Platforma wystawi w wyborach w Warszawie?

  • Pojawia się nazwisko Halickiego albo Trzaskowskiego. Rozumiem, że Rafał Trzaskowski teraz dostał kopa w górę, w stronę UE. Podejrzewam, że jest to ruch zrobiony po to, żeby Andrzej Halicki mógł startować w Warszawie. Jeśli do tego dojdzie, to nas moralnie obliguje, żeby startować przeciwko niemu, bo on reprezentuje dokładnie wszystko to, z czym my, mieszkańcy, walczymy. 

A z PiS-u kto może powalczyć?

Nie mam pojęcia. Nie ma tam żadnego naturalnego kandydata. 

Wydaje się, że Jacek Sasin by chciał.

To byłby wilczy bilet dla niego. On za bardzo kojarzy się z forsowaniem ustawy metropolitarnej.

Gminy, które ewentualnie miałyby być dołączone do Warszawy, nie poparłyby go?

  • Paradoksalnie, zmiana granic w tak drastyczny sposób zadziałaby przeciwko PiS. Wzbudziła bardzo duży opór, co widać po referendum w Legionowie. Niestety, jeśli PiS poszerzy Warszawę, to wtedy już żaden kandydat spoza wielkiej dwójki nie ma szans. Będzie pozamiatane. 

Jan Śpiewak /Rafal Siderski  /FORUM

Jan Śpiewak /Rafal Siderski /FORUM

Ustawa metropolitarna w tym pierwotnym kształcie zamyka niezależnym kandydatom drogę do wyborów? 

  • To byłby cios dla ruchów miejskich. Tylko obecnie już nie wiemy, co jest na stole w kwestii zmian w Warszawie. I to jest ogólnie problem z PiS-em. Tam jest wszystko na rympał, bez planu, na chama. Nie wierzę, żeby PO cokolwiek konsultowała, ale oni przynajmniej mieli dobry PR, a PiS zachowuje się jak banda Hunów, która szabruje i podkłada ogień wszędzie, gdzie się da. Pytanie, jak długo można tak rządzić? Warszawa jest totalnie nieprzewidywalna, ale widzę ogromną szansę, której grzechem byłoby nie wykorzystać. 

Czyli nowa partia?

Tworzenie miejskiej partii jakoś mi nie podchodzi. 

PiS i PO nie chcą cię mieć po swojej stronie? Dużo dostałeś propozycji?

  • Ani jednej. Najwyraźniej wszyscy się mnie boją. 

A nie boisz się, że innych z twojego frontu będą próbowali przeciągać?

  • To się dzieje. Dramatem w polskiej polityce jest to, że panuje w niej negatywna selekcja. Dostają się nie ci, co mają kompetencje, talent, przyzwoitość i kręgosłup moralny. Promowani są za to mierni, bierni ale wierni. Jestem przerażony, bo pokolenie 20-30-latków w polityce jest często jeszcze bardziej skorumpowane niż 50-60 latkowie. To się wydaje nieprawdopodobne a jednak tak jest. Chodzi o to, żeby złamać ten sposób rekrutacji do polityki, ale to jest koszmarnie trudne. 

Widzisz siebie w fotelu prezydenta Warszawy?

  • To jest pytanie, które częściej niż mieszkańcy zadają mi dziennikarze. 

Mówisz o potrzebie silnego lidera i sam osadzasz się w tej roli, więc to pytanie nasuwa się samo.

  • Moim naturalnym środowiskiem jest Śródmieście, jestem tu znany przez wielu mieszkańców. Jak mnie pytali dwa lata temu, jaki jest mój cel, to było nim bycie burmistrzem Śródmieścia w 2018 r., i to jest realne. 

A co z prezydenturą w mieście?

  • Chcemy wystawić kandydata, który może zdobyć szerokie poparcie, który pociągnie listę społeczną. Mam nadzieję, że go znajdziemy. Jak go nie znajdziemy to start w wyborach w formule ogólnomiejskiej się załamie. 

I co wtedy? Na czym się skupicie?

  • Na zrobieniu dobrego wyniku. 

Jaki będzie satysfakcjonujący?

  • Taki, który doprowadza do wejścia do rady miasta. W Warszawie to jest koło 10 proc. 

Dramatem w polskiej polityce jest to, że panuje w niej negatywna selekcja. Dostają się nie ci, co mają kompetencje, talent, przyzwoitość i kręgosłup moralny. Promowani są za to mierni, bierni ale wierni.

JAN ŚPIEWAK

Afera reprywatyzacyjna obciąża PO, PiS majstruje przy ustroju Warszawy. To jest moment, kiedy wyborcy jednej i drugiej partii mogą postawić na kogoś trzeciego?

  • Na przykładzie afery reprywatyzacyjnej świetnie widać, że PiS było malowaną opozycją. Oni w całej Warszawie mają ze stu kilkudziesięciu radnych, a przez osiem lat nic nie zrobili w tej sprawie. Albo warszawski PiS jest w jakimś układzie z PO w kwestii reprywatyzacji, albo są tak odklejeni od rzeczywistości. Jak inaczej wytłumaczyć tę rażącą bierność? Jak przychodzi co do czego, to nie ma między nimi żadnej różnicy. 

Powołanie komisji weryfikacyjnej ds. reprywatyzacji to dobry krok naprzód?

  • Jest to dobry krok oczywiście, ale po czynach ich poznacie. Za dużo już widziałem w polityce, żeby komukolwiek ufać. 

Komisja jest w stanie odkręcić dziką reprywatyzację?

  • Potrzebne są systemowe działania, a to nie jest systemowe działanie. Powinno się wstrzymać wszystkie procesy reprywatyzacyjne na pięć lat, wydać ustawę, która to wszystko wstrzyma i wtedy zacząć to odkręcać. 

Czego się spodziewasz na początek prac komisji?

  • Na pierwszy ogień wezmą prawdopodobnie Noakowskiego 16, gdzie sprawa jest jasna. Błagam, w jakim europejskim kraju prezydent stolicy jest beneficjentką działalności szmalcowników? To jest upadek absolutny. Prawdopodobnie komisja weryfikacyjna przylepi półtora miliona złotych kary Waltzowi, mężowi prezydent, i będzie z tego polityczna połajanka. 

Sugerujesz, że praca komisji może zostać wykorzystana w kampanii samorządowej?

  • Na pewno zostanie. W ogóle słyszę taką teorię, że oni jeszcze nie aresztują ludzi, bo czekają na wybory samorządowe. 

Pani prezydent w jednym z niedawnych wywiadów opowiadała o swoich lękach związanych z wymierzonymi w nią działaniami CBA.

  • Pani prezydent już dawno powinna dostać zarzuty prokuratorskie za niedopełnienie obowiązków. 

Hanna Gronkiewicz-Waltz powinna stanąć przed sądem?

  • Mam nadzieję, że zostanie skazana z całą surowością. Dostanie pewnie wyrok w zawieszeniu, ale ona powinna odejść w infamii z polskiej polityki. Fakt, że takie osoby trwają w  polityce jest dla mnie najlepszym dowodem na to, że musimy działać, bo nas wszystkich tutaj rozdziobią.

Myślisz o tym, gdzie ta alternatywa, którą teraz budujesz, będzie za kilka lat?

  • Mam nadzieję, że za 10-15 lat będziemy mieć wpływ na rządy w kraju. 

Czyli widzisz się w krajowej polityce.

  • Lokalne problemy, o których mówię wynikają ze złego prawa na poziomie centralnym.

A jednak Sejm.

Chcę mieć wpływ na prawo, ale na razie koncentruję się na wyborach w Warszawie. To jest „full time job”. Jeśli uda się zrobić zmianę w Warszawie, to uda się zrobić w parlamencie.

Rozmawiały: Aleksandra Gieracka i Jolanta Kamińska

INTERIA.PL

Wieloletmi zasiedziały samorządowy aparat opozycyjny poczuł pismo nosem


 

Przełącz na rozrywkę

 

Pełzająca rewolucja w terenie. „Nigdy wcześniej nie mieliśmy do czynienia z tak brutalną polityką rządu”

09.04.2017, 09:30 | Aktualizacja: 09.04.2017, 11:19

Protest nauczycieli we Wrocławiu

Protest nauczycieli we Wrocławiu / Polska Agencja Prasowa / Maciej Kulczyski

Paulina Nowosielska

Gra toczy się o centralizację władzy – mówią prezydenci, burmistrzowie, wójtowie. Powiatowe urzędy pracy, regionalne izby rozrachunkowe, wojewódzkie fundusze ochrony środowiska – już przeszły pod kontrolę rządu albo za chwilę się tam znajdą

W 2014 r. wystąpiłem na wiecu w obronie Trybunału Konstytucyjnego. Mówiłem wtedy z przekąsem, że dojdzie do sytuacji, w której prezydentów miast będzie się odwoływało centralnie. Któryś z posłów przygotuje ustawę, sejm ją przegłosuje i… wejdzie komisarz. To na razie political fiction. Ale czy na pewno? – pyta Tomasz Trela, wiceprezydent Łodzi. Jego słowa w dużej mierze oddają to, o czym myśli większość samorządowców.

 

Najpierw trybunał, potem całe środowisko sędziowskie. Mechanizm jest ten sam. Nagonka, obniżanie rangi, wyciąganie jednostkowych przypadków i uogólnianie. Trwa przygotowanie gruntu pod zmianę, pod wprowadzenie swoich ludzi. Bo łatwiej jest kierować państwem rękami działaczy partyjnych – wtóruje mu Marcin Skonieczka, wójt gminy Płużnica. Jego zdaniem intencje władzy są jasne: centralizacja państwa. – Wojewoda kujawsko-pomorski mówił wyraźnie, że to dobry kierunek. Dla mnie pomysł jest wywrotowy. PiS opowiada o potrzebie budowania silnego państwa. Jednak nie da się tego zrobić bez zaangażowania obywateli i lokalnych wspólnot.

Czytaj więcej

Chłopiec do bicia dla władzy centralnej? Samorządy idą na wojnę

Włodarze wielkich miast i wsi odpierają teraz zarzuty ze strony władz centralnych. Te wypowiedziane wprost i te, których można się domyślać. Bardziej lub mniej merytoryczne. – Że nie ma kontroli nad samorządami? Jest dokładnie na odwrót. To na działania rządu ludzie nie mają wpływu. Jako wójt jestem tylko przedstawicielem lokalnej społeczności. Często pytam ją o zdanie, a nie daję gotowe rozwiązania. Tak było, gdy powstawały strategia rozwoju gminy czy miejscowe plany – mówi Skonieczka. I przekonuje, że największą bolączką władz lokalnych jest dziś niepewność. Czy zmiany wejdą? Jeśli tak, to jakie? Projekty ustaw nie są konsultowane, gdyż Komisja Wspólna Rządu i Samorządu Terytorialnego jest pomijana. Rządowe projekty zgłaszane są jako inicjatywa poselska. Tak m.in. było niedawno, gdy weszła ustawa o wycince drzew. Tak było rok temu, gdy cofano sześciolatki ze szkół…

Z tych mniej merytorycznych zarzutów samorządowcy cytują wicepremiera Mateusza Morawieckiego, który komentując konieczność zmian kadrowych, mówił: „Jak w filmie »Ranczo« widzimy, jakie są konsekwencje długiego utrzymywania władzy. Kliki lokalne, w gminach, powiatach, w miastach. Tworzą wokół siebie istny dwór”.

To może należałoby wprowadzić taką samą kadencyjność dla parlamentarzystów? „Nie, bo posłowie i senatorowie nie tworzą wewnętrznego układu zarządzania” – odpowiedział polityk. Czyli my kontrolować to dobrze. Nas kontrolować – źle. Nasi ludzie są dobrzy, reszta – zła. Ot, i filozofia Kalego – odpowiadają samorządowcy.

Do tablicy!

„Łódź idzie na wojnę z minister edukacji” – grzmiały tytuły prasowe, gdy okazało się, że wdrażanie reformy edukacji nie idzie po myśli Anny Zalewskiej. Sama minister zapewniała, że w Łodzi odbyła się rzetelna debata, w której uczestniczył kurator. Jego zastrzeżenia mają odpowiadać na potrzeby rodziców, uczniów i nauczycieli. Projekt sieci szkół w Łodzi otrzymał pozytywną opinię z warunkami, w których wskazuje się, gdzie jest złamane prawo i gdzie trzeba się do tego prawa dostosować. To jedna strona medalu. O drugiej opowiada Tomasz Trela, wiceprezydent miasta odpowiadający za łódzką oświatę. – Od kilkunastu miesięcy działania rządu idą w kierunku ograniczania naszych kompetencji i tego, by za nas decydować. Z jednej strony mamy medialny przekaz, że to samorząd decyduje o szkołach, ile ich jest, jak działają. Z drugiej – palcem wskazuje się nam kategorycznie, co robić – mówi. Przyznaje, że nie zgadza się z reformą oświaty. Ale, podkreśla, to jego prywatne zdanie. – Mam obowiązek realizować ustawy Sejmu, jednak nie bezkrytycznie wykonywać decyzje wbrew społeczności lokalnej.

Łatwiej jest decydować o losie nauczycieli i uczniów, gdy gmina ma jedną szkołę. W Łodzi jest jednak 86 podstawówek i 42 gimnazja. Tamtejsi samorządowcy mają za sobą tysiące godzin rozmów. Z dyrektorami, rodzicami. Udało się osiągnąć kompromisy, nieidealne, ale też nie zgniłe. Dzięki temu zbudowali sieć szkół, która ma sprostać reformie oświaty. Przedstawili ją kuratorowi, który miał 21 dni na odpowiedź… – I ostatniego dnia zanegował wszystko, co udało nam się osiągnąć. Nie tłumaczył się ze swojej decyzji, nie zaprosił do rozmów. Nie, bo nie – komentuje Trela. Miasto chciało pozostawić 90 podstawówek, kurator mówi, że ma ich być 94. – Jaki jest tego cel, skoro nawet nie ma tylu dzieci w Łodzi? – pyta wiceprezydent. – Chcieliśmy stworzyć jedyne w mieście liceum dwujęzyczne, francusko-angielskie. Miało powstać na bazie dwóch gimnazjów. Kurator powiedział „nie”. Chcieliśmy doposażyć szkoły zawodowe w budynki po gimnazjach. Kolejne „nie”. Wszystkie kompromisowe rozwiązania wzięły w łeb.

W zamian, jak przekonuje, dostali propozycję nie do odrzucenia: połączenie trzech gimnazjów i trzech podstawówek, w których miałyby powstać trzy szkoły podstawowe. – Rodzice protestują, ale kuratora to nie wzrusza. To ingerowanie w kompetencje samorządów – przekonuje. Po decyzji kuratora poprosił na spotkania dyrektorów. Bo, jak mówi, chce dotrzymać słowa i wprowadzić łódzkie pomysły, tylko w innym trybie oraz terminie. Szkoły, które miasto chciało powołać, ruszą 1 września 2018 r. Reszta – z czasem – gdy dawne gimnazja będą pustoszały. – Mam niemal stuprocentowe poparcie dla tego pomysłu – mówi. – Teraz na przeszkodzie stoi tylko upór kuratora. Ale, jak trzeba, pójdziemy walczyć o swoje do sądu.

Marek Wojtkowski, prezydent Włocławka, rozumie te emocje, ale też bije się w piersi. – Dziś na ferment już za późno. Środowiska samorządowe przespały reformę edukacji. Przeszła bezkonfliktowo, mimo że nie było konsultacji społecznych, a na spotkaniach z panią minister nie można było zabrać głosu – ucina.

O tym, jak bardzo tej możliwości zabrania głosu brakowało samorządowcom, świadczą wydarzenia sprzed kilku dni. Na Zgromadzeniu Ogólnym Związku Miast Polskich w Serocku pod Warszawą była minister edukacji. Był też Karol Rajewski, burmistrz miasta i gminy Błaszki. Jego wystąpienie przerywały burze oklasków, a pikanterii dodawało to, że jeszcze rok temu Rajewski był członkiem PiS. – Gmina Błaszki ma 11 szkół, w tym trzy gimnazja. Chcieliśmy przeprowadzić reformę i zlikwidować pięć nierentownych szkół. Kurator mi w tym przeszkodził, bo szkoły mają być miejscami krzewienia kultury. Mamy więc szkołę, która ma 16 uczniów i mieści się w sklepie. Kolejna jest w prywatnym budynku. Tymczasem państwo zlikwidowaliście ponad 7 tys. najnowocześniejszych szkół w Polsce, czyli gimnazjów – mówił, kierując swoje słowa bezpośrednio do Anny Zalewskiej. Już rok temu był w ministerstwie, żeby przedstawić sytuację w gminie. Nie doczekał się odpowiedzi. Do dziś nikt z resortu nie raczył też odwiedzić miasta Błaszki. – Jesteśmy codziennie okłamywani w telewizji, że wszystko jest z nami konsultowane. Mam bardzo wielki żal o to, pani minister.

Tymczasem na stronie internetowej resortu edukacji od wielu dni stoi informacja: „Proces przyjmowania uchwał w sprawie projektu dostosowania sieci szkół przebiega zgodnie z harmonogramem. (…) Podczas wprowadzania zmian jesteśmy blisko każdego samorządu, każdej szkoły i każdego rodzica. Do dyspozycji lokalnych władz są kuratorzy oświaty i wojewodowie, którzy mają za zadanie wspieranie procesu organizowania oświaty zgodnie z nowym ustrojem szkolnym”. Słowa, słowa, słowa – komentują nie bez złośliwości samorządowcy. I chociaż burmistrz miasta i gminy Błaszki ma powody do zadowolenia. Na stronie miasta pojawił się wpis: „Jest pierwszy sukces. Pani Minister stwierdziła, że w tym konkretnym przypadku potrzebna jest jej osobista interwencja”.

Gdy przykład nie idzie z góry

Edukacja nie jest jedyną kością niezgody między samorządami a rządem. Kolejne na liście jest choćby in vitro. Tu jednak nie chodzi o podawanie w wątpliwość ustaw centralnych, a wprowadzanie konkretnych działań uchwałami miejskimi. Problem w tym, że coraz częściej są one torpedowane. Tak było ostatnio w Gdańsku, gdzie dzięki uchwale budżet miasta miał przeznaczyć 1,1 mln zł na 200 procedur. Wojewoda pomorski z PiS wykorzystał to, że projekt nie miał opinii z Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Miejscy urzędnicy tłumaczyli, że wystąpili o taką zgodę i z pewnością by ją otrzymali do lipca, bo wtedy miał ruszyć program. Wojewoda pozostał jednak niewzruszony na te argumenty i całą akcję zablokował.

Czytaj więcej

PiS zrezygnuje z dwukadencyjności? Samorządy może przejąć tak, że mało kto się zorientuje

Wprowadzony przez rząd PO-PSL program leczenia niepłodności był realizowany od lipca 2013 r. Konstanty Radziwiłł, minister zdrowia w rządzie PiS, od początku zapowiadał jego zamknięcie. Ostatecznie swój cel zrealizował w połowie 2016 r. Wtedy statystyki mówiły o 5285 dzieciach, które przyszły już na świat dzięki in vitro. W sumie wykonano 37,6 tys. transferów zarodka, w wyniku czego klinicznie potwierdzono 11,8 tys. ciąż. – Nigdzie nie jest powiedziane, że akurat ta jedna potrzeba zdrowotna obywateli musi być na wieki wieków finansowana ze środków publicznych. Mówimy o programie za setki milionów, na który nas nie stać – przekonywał minister i na otarcie łez obiecywał powstanie narodowego programu prokreacji.

30 czerwca skończyła się więc pomoc rządowa, a już w lipcu 2016 r. działał program miejski w Łodzi. Miasto zaproponowało swoim mieszkańcom leczenie niepłodności metodą in vitro. W zeszłym roku wydało na ten cel blisko 1 mln zł. I, jak mówią miejscy włodarze, nie ma większych problemów ze znalezieniem środków. – Nie działamy na złość ministrowi zdrowia, który zlikwidował pomoc rządową – zastrzega Tomasz Trela. – Chodziło nam o wsparcie ludzi, dla których jest to jedyna droga do posiadania dzieci.

Podobne nastawienie słychać chociażby w Sosnowcu czy Częstochowie. Grażyna Stramska-Świerczyńska, która w drugim z tych miast odpowiada za programy zdrowotne, podkreśla, że jej urząd był pierwszym w Polsce, który jeszcze w 2012 r., nie oglądając się na centralne pomysły którejkolwiek z politycznych opcji, ruszył z programem in vitro. – Ostatnio jednak zainteresowanie nim radykalnie wzrosło. Bo gdy skończyła się pomoc rządowa, ludzie często nie mają alternatywy – mówi. – Musieliśmy zwiększyć środki tak, by starczyło na wszystkie 47 par, które się do nas zgłosiły. Dofinansowujemy procedurę w wysokości 5 tys. zł.

W zeszłym roku na 30 par wykonano tam 24 procedury. Już urodziło się 10 dzieci, za chwilę na świat przyjdzie kolejne. – To wielkie szczęście dla rodziców, a dla nas olbrzymia satysfakcja – mówi Grażyna Stramska-Świerczyńska. Przyznaje, że początkowo były protesty. Nawet programy telewizyjne, w których pokazywano Częstochowę jako antyprzykład na to, czym samorząd nie powinien się zajmować. Dziś jednak te głosy ucichły, choć temat trudny pozostał. – Pary, którym pomagamy, często nie mówią o tym nawet najbliższej rodzinie. To, niestety, dowód na to, jak łatwo oceniamy innych – dodaje.

Od tego roku z podobnymi pomysłami startują kolejne miasta, których radni mówią wprost: chcemy podjąć program zarzucony przez władze centralne. Np. w tegorocznym budżecie Poznania zabezpieczono na ten cel już 1,9 mln zł. Pieniądze, jak precyzyjnie wyliczono, dadzą szansą na dzieci 367 parom. – Też myślimy o in vitro. Potrzebna jest uchwała miasta. Jesteśmy jeszcze na tyle suwerenni, że możemy ją podjąć – to z kolei głos z Włocławka.

Znikające kompetencje

Samorządowcy mówią zgodnie: obawiamy się pełzającej rewolucji. Zależy im na działaniu w ramach swoich kompetencji. I właśnie z nimi jest coraz bardziej krucho. – Do niedawna Wojewódzkie Fundusze Ochrony Środowiska były w gestii samorządów, teraz – Ministerstwa Środowiska, które ma nie tylko kontrolę nad obsadzaniem tam stołków, ale też inwestycjami, na które idą miliony złotych – mówi Marek Wojtkowski. Tylko w 2015 r. na dotacje w całym kraju przeznaczono ponad 410 mln zł, a na pożyczki – blisko 2 mld zł. Dzięki tym ogromnym środkom władze lokalne mogły swobodnie kształtować swoją politykę ochrony środowiska. Jak będzie teraz?

Niestety widać, w jakim kierunku to zmierza. Inny przykład: przyjęty przez rząd i skierowany do Sejmu projekt zmian w regionalnych izbach rozrachunkowych. Chodzi o kontrolę nad wykonanym przez samorządy budżetem. Gdy padnie hasło, że prezydent źle zarządza, i nie uzyska on absolutorium, na jego miejsce przyjdzie komisarz rządowy, czyli osoba z politycznego nadania – mówi Wojtkowski. – A jeśli chodzi o sam Włocławek, to wciąż czekamy na, planowany od dawna, projekt budowy dworca. Pieniądze, 100 mln zł, miały pochodzić z krajowego programu infrastruktura i środowisko, czyli kontrolowanego przez obecną ekipę rządzącą. Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że inwestycja jest miastu potrzebna. Pozostaje liczyć na przychylność PKP.

Marcin Skonieczka, wójt gminy Płużnica, dopisuje do tej listy kolejne punkty: – Ośrodki doradztwa rolniczego już zostały zabrane samorządom i podlegają ministerstwu. Za chwilę ich los podzielą powiatowe urzędy pracy, które przejdą pod administrację rządową.

Czytaj więcej

Jan Wróbel: Skąd prezes czerpie wiarę

Jest jeszcze sprawa o wiele bardziej subiektywna: styl sprawowania władzy. Rząd mówi o sitwie i lokalnych dworach, samorządowcy o niepotrzebnych gestach, które niczemu dobremu nie służą. – W 2015 r. zostałem powołany do rady programowej nowo utworzonego Narodowego Instytutu Samorządu Terytorialnego. Po wyborach parlamentarnych rada nie została zwołana ani razu. Pokątnie dowiedzieliśmy się, że jej nie ma. Zostaliśmy rozwiązani i nikt nas nawet o tym nie poinformował! Spytałem o to wprost na posiedzeniu komisji i okazało się, że decyzja zapadła w październiku 2016 r. A teraz czytam, że na zlecenie NIST powstają „ekspertyzy” mające uzasadniać zmiany zapowiadane przez PiS – mówi Eugeniusz Gołembiewski, burmistrz miasta Kowal. I proponuje, by przyjrzeć się również posiedzeniom samej Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego. – Zaraz po wyborach na jednym z nich spotkała się z nami pani premier. Mówiła o współpracy, apelując zwłaszcza o naszą pomoc we wdrażaniu flagowego programu rządu „Rodzina 500 plus”. Zrobiliśmy to z wielkim zaangażowaniem, bo z naszej strony była i ciągle jest wola współpracy. Na posiedzeniach pytaliśmy nieraz o stanowisko rządu w sprawach zapowiadanych zmian w ustroju samorządowym. Odpowiadano nam, że projektów rządowych nie ma, bo rząd nad nimi nie pracuje, a jeśli już, to czynią to posłowie i mają do tego pełne prawo. Podobnie odpowiedział minister Mariusz Błaszczak na ostatnim posiedzeniu komisji, nie ukrywając jednak, że dwukadencyjność liczona wstecz będzie wprowadzona.

Powtórka z idei

Działam na rzecz samorządu już od lat i nigdy wcześniej nie mieliśmy do czynienia z tak brutalną polityką rządu wobec reprezentantów lokalnych wspólnot. Samorządowcy nie mogą godzić się na obrażanie, umniejszanie ich roli – denerwuje się Robert Malinowski, prezydent Grudziądza. Zaraz jednak dodaje: – Jesteśmy silną grupą, która mimo wszystko nadal chce działać na rzecz rozwoju demokracji i małych ojczyzn, o czym świadczy m.in. ostatnie spotkanie w Warszawie, w którym udział wzięło ok. 1,6 tys. samorządowców z całego kraju. Byliśmy jednomyślni w stwierdzeniu, że rząd swoją postawą chce zniszczyć dotychczasowe osiągnięcia samorządów.

Gdybyśmy policzyli głosy oddane na władze lokalne i zestawili z głosami oddanymi na obecną ekipę, to okazałoby się, że mamy szersze społeczne poparcie – mówią prezydenci miast. Zastrzegają, że o żadnym państwie w państwie nie może być mowy. Bo, jak przekonuje z kolei Marek Wojtkowski, rząd nad samorządem ma już pełną kontrolę poprzez wiele instytucji: regionalne izby rozrachunkowe, NIK, Krajową Izbę Odwoławczą, prokuraturę, sądy. – Każda nasza decyzja jest kontrolowana i w razie wątpliwości może zostać zaskarżona. Zawsze też pozostaje referendum. Jeżeli PiS uważa, że jest aż tak źle, dlaczego nie spyta suwerena o zdanie? – pyta prezydent Włocławka. On widzi przyszłość w ciemnych barwach. Przekonuje, że decyzje dotyczące ordynacji już podjęto. Dwukadencyjność z opcją wsteczną zostanie wprowadzona. – Zbyt często w naszym kraju prawo działa wstecz – ucina.

Zdaniem Eugeniusza Gołembiewskiego, burmistrza Kowala, reforma samorządowa jest jedyną, oprócz urynkowienia gospodarki przez prof. Balcerowicza, która w naszym kraju po 1989 r. się udała. – Owszem, trzeba ją poprawiać, ale nie ograniczać – zastrzega. Pierwsza na liście zmian jest sprawa finansowania, wkładu własnego. Nie można bazować tylko na dotacjach europejskich, jak ma to miejsce w wielu małych gminach. Te pieniądze w końcu się skończą. Albo – przy okazji brexitu – mogą zostać radykalnie ograniczone. – Oczywiście, każdy rząd ma prawo mieć swoją wizję samorządu, ale musi być ona zgodna z konstytucją i Europejską Kartą Samorządu Terytorialnego. Tymczasem nie ma dziś debaty na te tematy. Pod mało wiarygodnym pretekstem walki z rzekomą patologią władz lokalnych mówi się natomiast o zamiarze wprowadzenia, niezgodnej z konstytucją, dwukadencyjności szefów gminnych samorządów. Nowe przepisy mają działać natychmiast – mówi. I podkreśla, że w Polsce lokalnej, a zwłaszcza w małych gminach, których jest większość, poglądy polityczne są prawie bez znaczenia. Zdecydowana większość wójtów i burmistrzów nie należy do żadnej partii. – To ułatwia nam działanie. Dziura w gminnej drodze nie jest problemem partyjnym, tylko samorządowym. Można ją łatać ponad podziałami.

Nie buntujemy się, ale musimy protestować. Inaczej w ciągu jednego posiedzenia Sejmu może dojść do zmiany przepisów i rewolucji samorządowej – podkreśla wójt gminy Płużnica. Dlatego zapanowało lokalne pospolite ruszenie. Trwają spotkania w regionach, województwach, również ogólnopolskie. Jest pomysł, by w maju większość gmin przyjęła uchwały w sprawie samorządności. – Myślimy też nad kampanią społeczną w mediach, by przypomnieć ludziom ideę zdecentralizowanego państwa.

 

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

USA przeprowadziło kolejne bombardowanie. Zginęły dzieci


 

Pikio.plPikio.pl

 

USA przeprowadziło kolejne bombardowanie. Zginęły dzieci

Autor: Jan Odyniec

Kwi 8, 2017

 

Wszyscy, którzy myśleli, że zbombardowanie syryjskiej bazy lotniczej w Szajrat było tylko jednorazowym pokazem siły, mogą już teraz przyznać się do błędu. Koalicja skierowana formalnie przeciwko ISIS, działająca w Syrii pod dowództwem USA dokonała kolejnego bombardowania.

Tym razem był to atak lotniczy. Celem ostrzału, według Syryjskiego Obserwatorium Praw Człowieka, była wioska Hanida. Miejscowość ta oddalona jest o ok. 30 km od Rakki, najważniejszego bastionu i nieformalnej stolicy Państwa Islamskiego.

Według świadków wydarzenia bomby spadły między innymi na kawiarenkę internetową. Na razie mowa jest o 15 zabitych, jednak liczba ta może się powiększać, bo w wyniku nalotu wiele osób ucierpiało bardzo mocno i jest w stanie krytycznym. Wśród ofiar śmiertelnych tym razem znalazło się czworo dzieci.

Od listopada zeszłego roku prowadzona jest intensywna ofensywa przeciwko ISIS. Zjednoczone wojska tureckie i kurdyjskie próbują odbić główne przyczółki terrorystycznego Państwa Islamskiego, czyli Mosul i Rakkę. Odbywa się to przy wsparciu lotniczym międzynarodowej koalicji pod wodzą Stanów Zjednoczonych.

Przypominamy, że w nocy z czwartku na piątek Amerykanie przeprowadzili atak na syryjską bazę wojskową. Był on odpowiedzią na użycie przeciwko cywilom broni chemicznej, w wyniku czego zginęło 86 osób, w tym 30 dzieci. USA oskarżyły o ten atak syryjskiego prezydenta Baszszara al-Asada.

Źródło: rmf24.pl