Trump „skorygowany”


Myśl Polska

Najstarszy polski tygodnik – ukazuje się od 1941 roku

LOGIN

Trump „skorygowany”

usa 1.jpg
W przeciwieństwie do nielicznych w Polsce środowisk realizmu politycznego – wiążących z osobą Donalda Trumpa ogromne nadzieje na odprężenie w stosunkach międzynarodowych i powstanie świata wielobiegunowego, a co za tym idzie również zmianę samobójczej polityki Warszawy wobec Rosji – ja od początku byłem sceptyczny.

Mój sceptycyzm stał się jeszcze większy, kiedy kilka dni po wyborze Trumpa na prezydenta USA pani Madeleine Albright zapowiedziała „skorygowanie” jego „pozycji”. „Korygowanie” Trumpa przybrało na sile po objęciu przez niego władzy w styczniu 2017 roku. Najpierw – po histerycznej kampanii z ujawnieniem rzekomej ingerencji Rosji w amerykańskie wybory – z jego otoczenia zniknęli wszyscy doradcy i współpracownicy, którzy mieli być twarzą zapowiadanego odprężenia z Rosją. Potem była jednoznaczna deklaracja w sprawie Krymu, w której sformułowano żądanie oddania Ukrainie Półwyspu przez Rosję. Następnie administracja Trumpa posunęła się tak daleko jak nie posunęły się nawet administracje Busha-juniora i Obamy.

Po prowokacjach w Palmirze (atak lotnictwa izraelskiego na pozycje syryjskie) i Chan Szejkun (zbrodnia wojenna z użyciem gazu bojowego, przypisana przez USA armii syryjskiej), w nocy z 6 na 7 kwietnia marynarka wojenna USA zbombardowała rakietami Tomahawk syryjskie lotnisko Shayrat, co spowodowało po stronie syryjskiej poważne straty w sprzęcie lotniczym i ludziach. Amerykański atak na Syrię natychmiast poparły Turcja, Izrael i Arabia Saudyjska – a więc główni, dotąd pierwszoplanowi, aktorzy dramatu syryjskiego. „Skorygowanie” pozycji Trumpa mnie nie dziwi. Biorąc pod uwagę jego skrajnie filosemickie i proizraelskie deklaracje z okresu kampanii wyborczej – składane zarówno przed największymi organizacjami żydowskimi w USA (w tym AIPAC), jak i wobec władz Izraela – miałem od początku wątpliwości co do realizacji programu wyborczego Trumpa. Te wątpliwości były właśnie przyczyną mojego sceptycyzmu odnośnie zapowiadanej przez Trumpa rewizji dotychczasowej – dyktowanej Białemu Domowi przez neokonserwatystów – agresywnej polityki zagranicznej USA.

Od co najmniej lat 80. XX wieku o polityce zagranicznej, a nawet wewnętrznej USA nie decyduje wola takiego czy innego prezydenta, czy jednej z dwóch partii reprezentowanych w Kongresie. Decydują AIPAC (The American Israel Public Affairs Committee) i neokonserwatyści oraz pośrednio Izrael. Wszystkie „wojny o demokrację” i „kolorowe rewolucje” ostatniego ćwierćwiecza były podejmowane przez USA z inspiracji lobby proizraelskiego w USA i przeważnie w interesie Izraela.

Nie inaczej jest z „wojną domową” w Syrii, w której Izrael formalnie nie bierze udziału, ale której jednym z najważniejszych, rzeczywistych celów – o czym wszyscy wiedzą, ale głośno o tym nie mówią – jest stworzenie Wielkiego Izraela od Morza Śródziemnego po Eufrat i Tygrys. Fakt, że Trump posunął się w tej sprawie znacznie dalej niż ośmieliła się to zrobić administracja Busha-juniora i Obamy świadczy tylko o tym, iż zapowiedziany w listopadzie 2016 roku przez Madeleine Albright proces jego „korygowania” zakończył się pełnym sukcesem.

Z tym co napisałem na temat rzeczywistego celu „wojny domowej” w Syrii jest zbieżne to, co na ten temat powiedział prezydent Baszszar al-Asad, komentując atak USA na Syrię: „Rozlew krwi w Syrii ma zabezpieczyć interesy Izraela i jego partnerów”.

Bohdan Piętka