Policzyli, ile pieniędzy Lidl zostawia w Czechach. Oburzający wynik raportu


Czerchacwww.o2/pl

Policzyli, ile pieniędzy Lidl zostawia w kraju. Oburzający wynik raportu

Wikimedia Commons – Uznanie Autorstwa CC BY

Instytut Globalnej Odpowiedzialności przedstawił raport, z którego można dowiedzieć się jaką część zysku Lidl zostawia w Czechach. Kwota jest zaskakująco niska, a podobnych wyników można się prawdopodobnie spodziewać w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Także w Polsce.

0,01 proc. – tyle pieniędzy z zysku Lidla zostaje w Czechach. Reszta trafia do Niemiec. Zaskakujące wyniki raportu Instytutu Globalnej Odpowiedzialności muszą być zaskakujące nawet dla najbardziej pesymistycznie nastawionych wobec dużych sieci handlowych. Nie jest tajemnicą, że znaczna część zysków trafia do kraju, z którego sieci pochodzą. W tym przypadku jednak z Czech do Niemiec „wypływa” aż 99,99 proc. zysku! Wszytko to na mocy umowy, do której dotarł Instytut.

Jak podkreśla redaktor portalu Wolność24, sukces dużych sieci opiera się na wsparciu zapewnionemu dzięki Unii Europejskiej. Eskpansja Lidla jest możliwa dzięki finansowaniu Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju i Banku Światowego. Mechanizm ten dotyczy wszystkich państw Europy Środkowo-Wschodniej. Instytut Globalnej Odpowiedzialności nawołuje do zablokowania mechanizmów umożliwiających wyprowadzanie podatków za granicę. Ostatnio apelował w tej sprawie m. in. do ministra Morawieckiego.

Filip Skowronek, 02.04.2017 20:29

Rozmowa z dr.Andrzejem Zapałowskim


Znalezione obrazy dla zapytania przyjaźń polsko-ukraińska

Czas wyciągnąć wnioski

Niedziela, 2 kwietnia 2017 (19:20)

Z dr. Andrzejem Zapałowskim, historykiem, wykładowcą akademickim, ekspertem ds. bezpieczeństwa, prezesem rzeszowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Geopolitycznego, rozmawia Mariusz Kamieniecki. Jak skomentuje Pan inicjatywę Piotra Tymy, szefa Związku Ukraińców w Polsce dotyczącą utworzenia w Przemyślu Centrum Ukraińskiej Kultury Ziem Przygranicznych? – Jest to niezwykle niebezpieczna inicjatywa, zresztą nie tylko dla Polski, ale także dla Ukrainy. Obecne kierownictwo Związku Ukraińców w Polsce, które nad tą inicjatywą będzie sprawować kontrolę, ma bardzo głębokie sympatie probanderowskie. To zaś w przełożeniu na bieżące relacje może prowadzić do trwałych napięć w rejonie pogranicza polsko-ukraińskiego. Czy mamy do czynienia z budowaniem w Przemyślu krok po kroku struktur niekoniecznie przychylnych Polsce i Polakom? – Takie działania obserwujemy już od lat 70., kiedy w sposób zorganizowany zaczęto ściągać w rejon Przemyśla osoby o sympatiach nacjonalistycznych. Tę kwestię można zauważyć w publikacji IPN opisującej rozpracowanie tego środowiska przez SB. Do ponowienia tej akcji doszło w 2002 r. i nosiła ona nazwę „Powroty”. Powołano przy tym w środowisku ukraińskim specjalną komisję, która weryfikowała osoby, które następnie wspomagano w osiedlaniu się w rejonie Przemyśla. Można zatem śmiało powiedzieć, że to, co się dzieje w przestrzeni medialnej, a dotyczy mniejszości ukraińskiej w rejonie Przemyśla, jest koordynowane i sterowane. Natomiast wszystkie osoby, które stają temu środowisku na drodze, są stygmatyzowane etykietką „agenta Moskwy”. Piotr Tyma oburza się na polskie władze, że nie zgodziły się na dofinansowanie obchodów 70. rocznicy akcji „Wisła” organizowanych przez Związek Ukraińców w Polsce i innych projektów mniejszości ukraińskiej… – Działacze Związku Ukraińców w Polsce przyzwyczaili się, że przez dwie dekady dostawali od polskich władz to, co chcieli. Mało tego, to oni niejednorodnie recenzowali, kto może, a kto nie może sprawować określone stanowiska w polskiej administracji. Kiedy okazało się, że obecny rząd bardziej realnie podszedł do tych kwestii, to wywołało oburzenie ukraińskiej mniejszości. Zresztą Piotr Tyma wielokrotnie podkreślał, że czeka, aż Platforma wróci do władzy. Po tym pragnieniu widać, że temu środowisku za poprzedniej władzy też żyło się lepiej. Jak w ostatnich latach wyglądało dofinansowanie Związku Ukraińców w Polsce z budżetu? – Tylko w tym roku Związek Ukraińców w Polsce otrzyma z budżetu naszego państwa ponad 1,5 miliona złotych, w tym ponad 400 tysięcy złotych dofinansowania na tygodnik „Nasze Słowo”, w którym promuje się banderyzm, a marszałka Józefa Piłsudskiego nazywa się większym terrorystą od Stepana Bandery. W poprzednich latach poziom finansowania był podobny. Do tego dochodzą dodatkowe fundusze z poszczególnych resortów na projekty Związku Ukraińców w Polsce. Dodatkowo z budżetu państwa polskiego są sygnowane pieniądze na remonty siedzib wspomnianego związku. Warto przypomnieć, że „Dom Ukraiński” w Przemyślu, obiekt wart wiele milionów złotych, państwo polskie bezpłatnie przekazało tej społeczności na własność, a dodatkowo rząd wyasygnował i przekazuje miliony złotych na jego remont. Dla porównania: we Lwowie Polacy nadal nie mają na własność siedziby, w której mogliby prowadzić działalność kulturalną i społeczną.  Wspomniał Pan, że w przygranicznym Przemyślu i w okolicach żyje wielu przedstawicieli mniejszości ukraińskiej. Na jakie przywileje mogą liczyć? – Według spisów powszechnych w rejonie Przemyśla mieszka ok. czterech tysięcy Ukraińców. Mają oni do dyspozycji cały szereg obiektów i nieruchomości przekazanych w latach 90. przez państwo polskie. Dotyczy to także edukacji, gdzie tylko szkoła nr 17 w Przemyślu (szkoła podstawowa, gimnazjum i liceum) z ukraińskim językiem wykładowym, w której uczy się ok. dwustu uczniów, jest traktowana na specjalnych warunkach. Mianowicie do utworzenia klasy wystarczy tam siedmioro dzieci. Dodatkowo pomoce naukowe i podręczniki dzieci mają tam za darmo. Pod względem standardu nauki jest to najlepsza szkoła w Przemyślu. Czy nasze, polskie dzieci mogą liczyć na podobne przywileje? A na jakie wsparcie ze strony ukraińskich władz mogą liczyć Polacy na Ukrainie i czy tam byłby możliwy do zrealizowania np. projekt Centrum Polskiej Kultury Ziem Przygranicznych? – Rząd Ukrainy wydaje na żyjących tam Polaków rocznie poniżej stu tysięcy złotych. W większości lokale są wynajmowane i Polska płaci za nie czynsz. Istniejące szkoły polskie we Lwowie działają na ogólnych warunkach i nie ma mowy o przywilejach podobnych do tych, na jakie mogą liczyć dzieci ukraińskie w Polsce. Wsparcie dla polskich szkół na Ukrainie płynie tylko z Polski. Od 25 lat społeczność polska bezskutecznie czeka na swój dom we Lwowie. Także Polacy żyjący w tym mieście mniej więcej taki sam okres czekają na zwrot kościołów oraz innych obiektów związanych z kultem religijnym. Sztandarowym przykładem jest kościół pw. św. Marii Magdaleny, nad którym opiekę duszpasterską sprawują ojcowie ze Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. To jedna z 28 świątyń we Lwowie, które po II wojnie światowej władze najpierw sowieckie, a teraz ukraińskie mimo szeregu monitów nie chcą zwrócić prawowitym właścicielom – parafiom rzymskokatolickim. Tak wygląda pojmowanie polityki wzajemności przez ukraińskie władze. Inną kwestią jest brak skuteczności kolejnych polskich rządów w egzekwowaniu naszych słusznych roszczeń. Polska angażuje się w sprawy Ukrainy, stając się jej rzecznikiem na arenie międzynarodowej. Często z tego tytułu niepotrzebnie zaostrzamy swoje relacje z innymi państwami. Co mamy w zamian? Brak szacunku dla polskich symboli, wzrost antypolskich nastrojów w zachodniej Ukrainie, włącznie z incydentami o charakterze terrorystycznym jak ostatnio w Łucku. Warto z tego wyciągnąć wnioski. Czym była akcja „Wisła”, którą Ukraińcy nazywają niesprawiedliwością dziejową? – Słowo „akcja” ma wymiar głównie propagandowy. Tak naprawdę była to operacja wojskowa o kryptonimie „Wisła”. Przypomnę tylko, że w lecie 1946 r. zasadniczo skończyła się akcja wyjazdów Ukraińców z Polski na sowiecką Ukrainę. Pomimo to działania terrorystyczne Ukraińskiej Powstańczej Armii nie ustały i nadal płonęły wsie, mordowano ludność polską i ukraińską. W związku z tym, że ówczesna władza nie potrafiła sobie poradzić z tym problemem, gdyż UPA poprzez terror doprowadziła do włączenia całej społeczności ukraińskiej w te działania, postanowiono wysiedlić ludność ukraińską z południowo-wschodniej Polski. Przy okazji władze wysiedliły także w tym czasie setki rodzin polskich związanych z PSL. Tym samym odpowiedzialność za wymuszenie na ówczesnej władzy przesiedlenia tej ludności spada na podziemie ukraińskie. Jakie mogły być konsekwencje, gdyby odstąpiono od przesiedleń? – Zapewne obecnie mielibyśmy na tych terenach sytuację podobną do tej, jaką obserwujemy w niektórych rejonach byłej Jugosławii. Jeżeli tak mała grupa ukraińskich ideologów nacjonalistycznych próbuje obecnie manipulować w większości spokojną społecznością ukraińską liczącą kilka tysięcy osób, to co by było, gdyby ich szeregi liczyły ponad sto tysięcy? Związek Ukraińców zbiera środki na organizację III Kongresu Ukraińców w Polsce, który miałby się odbyć w Przemyślu, którego jednym z tematów ma być „wzrost antyukraińskich nastrojów” w Polsce. Szykuje się antypolska impreza? – Przed kilkunastu laty, kiedy do Przemyśla na ukraińską imprezę przyjechał ówczesny premier Włodzimierz Cimoszewicz, przywitała go pieśń chóru „Żegnajcie Połoniny, Polacy nam je zabierają…”. Opisywała to w swojej książce Maria Strońska związana z „Paryską Kulturą”. Czy teraz będzie inaczej? Z całą pewnością nie. Wiele działań tego środowiska jest koordynowanych z zagranicy. To już kolejny raz, kiedy zbliżające się obchody rocznicowe akcji „Wisła” stają się dla środowisk ukraińskich pretekstem do wysuwania roszczeń pod adresem polskich władz. Czy nie powinno się to spotkać z reakcją władz lokalnych, a przede wszystkim centralnych? – Próby wymuszania na państwie specjalnych przywilejów przez tak roszczeniową grupę jak Związek Ukraińców w Polsce są zwyczajnie nieprzyzwoite. I tutaj państwo polskie powinno jednoznacznie wskazać przedstawicielom Związku Ukraińców, że granice przyzwoitości zostały przekroczone. Dziękuję za rozmowę. Mariusz Kamieniecki
Artykuł opublikowany na stronie: http://naszdziennik.pl/polska-kraj/179325,czas-wyciagnac-wnioski.html

Polska rządzona przez Towarzysza z Instytutu Marksizmu i Leninizmu


W czasie gdy krajem współrządziła partia Balcerowicza bezrobocie urosło z 10 do 18 proc., a wzrost PKB obniżył się z 6,6 do zaledwie 0,5 proc.
wpis z dnia 27/03/2017

foto: 401K2013 (Flickr.com / CC 2.0) / Slawek’s (Flickr.com / CC by SA 2.0)

Kiedy czołowy autorytet ekonomiczny salonu, KOD-u i Wyborczej, krytykuje obecną sytuację „bo ludzie dostali 500+”, warto przypomnieć jego największe dokonania. I wcale nie mam tutaj na myśli „terapii szokowej” z początku lat 90-tych. Chodzi o okres lat 1997-2001, kiedy Balcerowicz był wicepremierem i ministrem finansów, a jego partia (Unia Wolności) współrządziła krajem. Kiedy zaczynali rządzić bezrobocie wynosiło 10 proc., a wzrost PKB osiągał 6,6 proc. Kiedy kończyli (2001) bezrobocie wynosiło 18,2 proc., a wzrost PKB obniżył się do zaledwie 0,5 proc.

 


Unia Wolności, której szefem był Leszek Balcerowicz, rozpoczęła współrządzenie krajem po wyborach parlamentarnych w 1997 roku (wspólnie w koalicji z Akcją Wyborczą Solidarność [AWS] Mariana Krzaklewskiego). Sam Balcerowicz został wicepremierem i ministrem finansów. Zgodnie z oficjalnymi statystykami Polska gospodarka rozwijała się wówczas w tempie +6,6 proc. PKB r/r., a bezrobocie wynosiło zaledwie 10,3 proc.
W ciągu czterech kolejnych lat, w wyniku procesu„chłodzenia gospodarki” (to jest planowanego działania organów państwowych, których celem było ograniczenie tempa wzrostu gospodarczego), polska gospodarka znacząco wyhamowała. W momencie oddawania władzy przez AWS-UW wzrost naszego PKB obniżył się do poziomu zaledwie +0,5 proc. r/r, a stopa bezrobocia wzrosła do 18,2 proc.

 


Myślę, że warto znać powyższe dane w kontekście szerszego oglądu na opinie wyrażane obecnie przez Leszka Balcerowicza. Tym bardziej, że w środowisku KOD-u, salonu i Gazety Wyborczej nadal uchodzi on za niekwestionowany autorytet w dziedzinie gospodarki.

Źródło: Stopa bezrobocia (Bankier.pl)
Źródło: Produkt Krajowy Brutto r/r (Bankier.pl)

Inspiracja: @de_Talleyrand_ (Twitter.com)

wpis z dnia 27/03/2017 

niewygodne.info.pl

blog niewygodny dla establishmentu III RP

Stawką jest suwerenność i materialny byt narodowy


Gazeta Warszawska

11:40, 02-04-2017

Grzegorz Braun: Stawką jest nie tylko nasza suwerenność, ale także sam materialny byt i biologiczne przetrwanie NASZ WYWIAD

Grzegorz Braun: Stawką jest nie tylko na…

14:43, 01-04-2017

 

GRZEGORZ BRAUN: STAWKĄ JEST NIE TYLKO NASZA SUWERENNOŚĆ, ALE TAKŻE SAM MATERIALNY BYT I BIOLOGICZNE PRZETRWANIE NASZ WYWIAD WYRÓŻNIONY

 

Grzegorz Braun: Stawką jest nie tylko nasza suwerenność, ale także sam materialny byt i biologiczne przetrwanie NASZ WYWIAD

Specjalnie dla „Warszawskiej Gazety” Grzegorz Braun odpowiada na pytania red. Aldony Zaorskiej.

Dlaczego opinii publicznej nie poinformowano, że kilka tygodni temu, mniej więcej w czasie „smogowej dyskusji”, znaleźliśmy się w stanie zagrożenia radiologicznego, bo nad Polską przeszła „chmura radioaktywnego jodu”?

Ano właśnie – dobre pytanie: dlaczego dowiaduję się o tym grubo post factum i to nie od władz polskich, tylko od służb francuskich? Bo to paryski Instytut Ochrony Radiologicznej i Bezpieczeństwa Atomowego ujawnił ten fakt, i wówczas dopiero warszawskie władze go potwierdziły. Nie jestem fizykiem-radiologiem i nie potrafię orzec, czy taka podwyższona obecność jodu-131, jaką odnotowali Francuzi, kwalifikuje się już na działania alarmowe w rodzaju rozdawania płynu Lugola, ale przyznam, że jako Polak, mający w pamięci „uspokajające” komunikaty władz po awarii (czy też sabotażu) w Czarnobylu w roku 1986, miałem w ostatnich dniach silne de ja vu. Nie chodzi tu przecież o jakąś czczą ciekawość, ale o to, czy Polacy mogą liczyć na swoje państwo. Z publikowanych danych wynika, że to na terenie Rosji lokalizować należy źródło skażenia. Trudno oprzeć się przypuszczeniu, że oto być może w ramach uprawiania przez Moskali dyplomacji poprzez demonstrację siły użyto tam ćwiczebnie taktycznej broni jądrowej. Jeśli nawet władza nie jest w stanie zagrożeń odsunąć i wszystkim nieszczęściom zapobiec, to przynajmniej winna jest nam szczerą prawdę o sytuacji, w jakiej się znajdujemy. Ścisła synchronizacja kampanii „antysmogowej” z czasem wystąpienia skażenia (wg Francuzów 9–16 stycznia) nasuwa podejrzenie, że rząd nie był wobec nas szczery.

Z jednej strony słyszymy zachwyty nad bezpieczeństwem, jakie rzekomo ma nam dawać NATO i amerykańskie bazy. Z drugiej każdy, kto powie, że Putin nie stanowi dla Polski zagrożenia militarnego albo podważy sens naszej spolegliwej polityki ukraińskiej, natychmiast zostaje nazwany „ruskim agentem”. Gdzie w tym logika? I dlaczego tak się dzieje?

I znów: de ja vu – to już było za PRL-u, tyle że z odwróconą symetrią: każdy, kto ośmielał się krytykować pełną uległość wobec Moskwy, prędzej czy później spotykał się z oskarżeniem, że „sieje defetyzm” i najpewniej chce oddać Ziemie Odzyskane Niemcom. To był stały element retoryki gomułkowskiej. Każde votum separatum, głos odrębny od obowiązującej „jedynie słusznej linii partii” był natychmiast zakrzykiwany jako przejaw „nastrojów antyradzieckich” i „woda na młyn odwetowców”. Przypomina mi się, niestety, tamten język propagandy, kiedy dziś słyszę np., jak pan minister obrony potępia „nastroje antynatowskie”, a jednocześnie przed narodem tai się ewidentnie prawdę o realnych zagrożeniach i stratach, jakie są wymiernym kosztem naszych „bezalternatywnych” sojuszy.

Przykład z dziedziny gospodarczej: sprawa Kanału Śląskiego, w który jeszcze rok temu chcieli inwestować Chińczycy, aleśmy ich pogonili – podobno po osobistej interwencji JE Ambasadora USA Jonesa, który choćby tylko z tego powodu powinien być uznany za persona non grata. Przykład z dziedziny dyplomacji: nasze bezkrytyczne inwestowanie w reżim kijowski. Nie będę zwoził więcej drewna do lasu i darują sobie szerszą argumentację, bo akurat na tych łamach zdrowej, krytycznej refleksji na ten temat nie zabrakło.

Najlepszy przykład z dziedziny militarnej to świeży raport amerykańskiego Centrum Analiz Strategicznych i Budżetowych (CSBA), z którego jasno wynika, jak głęboką i potencjalnie tragiczną pomyłką jest z polskiej strony stawianie wszystkiego na kartę amerykańską, ponieważ oni ze swej strony traktują Polskę jako blotkę do ew. zagrania w imperialnej grze. A i tak finalnie zmierzają do dogadania się z Moskalami, a więc po prostu do nowej Jałty. Po drodze tylko nie wykluczają rozegrania na nasz koszt i naszymi siłami małej wojenki, która im poszerzy pole negocjacji, a nas kosztować może wszystko. Pisałem o tym szerzej na łamach „Polski Niepodległej”, więc nieskromnie polecę lekturę własnego tekstu: Polityka pobożnych życzeń.

Nie oczekuję bezkrytycznego entuzjazmu, ale przynajmniej minimum intelektualnej uczciwości w krytyce. Szanownych Czytelników bardzo proszę o tę jedną uprzejmość – aby odnosili się do tego, co rzeczywiście piszę czy mówię, a nie do cudzych zmyśleń i insynuacji na mój temat. Od lat konsekwentnie zwracam uwagę na istotne zagrożenia, które dostrzegam, pokazuję konkretne przykłady i cytuję oficjalne dokumenty, a ponieważ z faktami trudno polemizować, więc jedyne co pozostaje propagandystom, to na siłę i na bezczelnego robić ze mnie „ruskiego agenta”. I w najmniejszym stopniu nie przeszkadza im fakt, że ja akurat nigdy nie rekomendowałem Polakom ani moskiewskich wzorców ustrojowych, ani kremlowskich wzorców osobowych. Jako „wroga publicznego” kwalifikuje mnie najwyraźniej to, że jednakowo i niezmiennie potępiam wieszanie się u cudzej klamki, niezależnie od tego, czy jest ona zamocowana na Kremlu, czy w Białym Domu. Nie będę się tłumaczył nikomu, ani przedstawiał zaświadczeń, że nie jestem wielbłądem – nie mam też czasu i funduszy na procesy. Moje wypowiedzi są publiczne, a ich zapisy szeroko dostępne – i one najlepiej zadają kłam wszelkim najdzikszym oskarżeniom, których mi nie szczędzą funkcjonariusze frontu ideologicznego od prawej do lewej, od „Gazety Wyborczej” do „Gazety Polskiej”. Jak to mówi jeden z bohaterów Ziemi obiecanej Reymonta: Gdyby świnia rozumowała o orle, rozumowałaby podobnie.

W swoim najnowszym felietonie dla „Polski Niepodległej” wspominał Pan też o zatrzymaniu jak pospolitej złodziejki Eleny Borysławownej Poptodorowej – szefowej warszawskiego oddziału Amerykańskiego Komitetu Żydowskiego (AJC, American Jewish Committee). O co chodziło i czy fakt, że o tym skandalu nie poinformowano, dowodzi, że w Polsce są „równi i równiejsi”?

Ależ oczywiście, że są – i znów, jak w przypadku „radioaktywnej chmury” – warto docenić tę skalę samopacyfikacji i autocenzury. Po zatrzymaniu madam Poptodorowej na lotnisku Okęcie za kradzież perfum w prasie wzmiankowano, że to „b. ambasador Bułgarii przy ONZ”. Nikt nie objaśnił, że ta pani nie wylądowała u nas przejazdem, ale na stałe, jako szefowa warszawskiego biura AJC. Dopiero z anglojęzycznych mediów żydowskich mogliśmy się dowiedzieć, że ta bułgarsko-amerykańsko-żydowska dyplomatka była w swoim czasie osobistą tłumaczką Teodora Żiwkowa, ostatniego pierwszego sekretarza komunistycznej partii bułgarskiej, a zatem musiała przejść pozytywnie sowiecką procedurę kliringową.

A przecież nie chodzi tu o jakieś trywialne plotki, tylko m.in. o to, z kim się spotyka Prezydent Rzeczypospolitej. Bo czy to wypada, żeby głowa naszego państwa zadawała się ze złodziejami czy kleptomanami? Obawiam się, że wśród prominentnych przedstawicieli tzw. środowisk żydowskich więcej może być takich żenujących przypadków. W końcu nawet Izrael Singer, który w latach 90. jako prezes Światowego Kongresu Żydów zalicytował owe słynne 65 mld roszczeń i groził Polsce „upokarzaniem na arenie międzynarodowej”, potem okazał się zwykłym aferzystą – skoro go właśni jego pobratymcy tej prezesury pozbawili.

Z przedstawicielami AJC spotykał się prezydent Andrzej Duda. Czy w końcu wiadomo, co im obiecał? I co polskie władze w ogóle obiecały organizacjom amerykańskich Żydów?

Otóż właśnie tego nie sposób się dowiedzieć. Na zapytania kierowane jeszcze w ubiegłym roku do biur prasowych otrzymałem tylko okrągłe zaprzeczenia, że w ogóle jakiekolwiek obietnice zostały poczynione. Skąd w takim razie tak łaskawe w tonie komentarze ze strony żydowskiej po spotkaniu w Nowym Jorku? Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że temat restytucji żydowskich jest jednak przez Warszawę w sposób bardzo ryzykowny podejmowany – i staje się przedmiotem jakichś kuluarowych, zakulisowych rozmów prowadzonych w konspiracji przed narodem polskim. Z całą pewnością stwierdzić można, że w instytucjach takich jak Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN w Warszawie nie jest odzwierciedlona ani nawet respektowana polska racja stanu – nie realizuje się tam polskiej polityki historycznej. To jest – nazwijmy rzecz po imieniu – quasi-eksterytorialna placówka cudzej suwerenności na naszym terytorium. Otóż tam właśnie za parę tygodni ma się odbyć feta, organizowana przez Amerykański Komitet Żydowski (AJC) – Kancelaria Prezydenta już wydelegowała na tę imprezę swego przedstawiciela. Kto tam będzie rej wodził ze strony organizatorów – nie jest chyba pewne, skoro po incydencie na Okęciu szefowa warszawskiego biura AJC Poptodorowa podała się właśnie do dymisji „ze względów rodzinnych”. Ale czy to rozwiązuje problem? Wiele wskazuje na to, że w tych kręgach może być więcej ludzi, których startowi do kariery patronowały sowieckie służby – być może więcej też osobników o podobnie nieortodoksyjnym z naszego punktu widzenia stosunku do cudzej własności. W każdym razie prezydent Duda powinien być bardziej ostrożny w adresowaniu rytualnych serdeczności, których niewątpliwie nadużywa w kontaktach z Żydami, rozsnuwając np. swoją kompletnie oderwaną od realiów historycznych wizję „Rzeczypospolitej przyjaciół”, bo wszak kto z chłopem pije, ten z nim potem pod płotem leży.

Nie ma Pan wrażenia, że są kwestie, w których władza i „totalna opozycja” działają tak, jakby się umówiły? Na zasadzie – są sprawy, o których nikt nie będzie informować społeczeństwa i są takie, w których będziemy dezinformować, odwracać uwagę wojną między nami. Z drugiej strony mamy do czynienia z takimi wydarzeniami jak spektakl Klątwa. Zakładając, że chorwacki reżyser tego bluźnierstwa nie jest agentem jakiegoś państwa, trudno przypuszczać, że bierze udział w dezinformacyjnym spisku. Ale za to media zajęły się nim bardzo… Może chodzi o to, że faktyczna dezinformacja odwracająca uwagę idzie w parze z prawdziwymi problemami. W efekcie obywatel traci orientację, co jest naprawdę ważne, a co ma tylko być zasłoną dymną?

Kontrowersję wynikłą z wystawienia Klątwy Wyspiańskiego w jednym ze stołecznych teatrów komentowałem już publicznie w programie TVP i na łamach „Polski Niepodległej”. Tutaj więc tylko powtórzę, co jest zasadniczą kwestią: dobro państwa i pokój publiczny to zbyt ważne sprawy, żeby wolno było wystawiać je na ryzyko, huśtając opinią publiczną za pomocą prowokacji artystycznych. Dlatego niezmiennie opowiadam się za rozdziałem sztuki od państwa – po prostu: orzeł w koronie nie powinien pieczętować żadnych widowisk i żadnych przedsięwzięć kulturalno-rozrywkowych. Prawdziwa sztuka i godziwa rozrywka na pewno sobie poradzą, zwłaszcza gdy dotowane przedsięwzięcia przestaną psuć rynek cenami dumpingowymi. Nie dajmy sobie wmówić, że kultura narodowa koniecznie musi być dotowana – kto tak mówi, ten najwyraźniej nie wierzy w naród. Ja tymczasem wierzę i np. wiem na pewno, że normalni Polacy nie daliby ani złotówki na tę nudną i pretensjonalną (poza tym, że prowokacyjną i bluźnierczą) chałę w Teatrze Powszechnym, gdyby ich do tego nie zmuszano poprzez system fiskalny i etatyzację kultury. Skończmy z tym – bo inaczej jest tylko kwestią czasu, kiedy znowu będziemy się skrzykiwać z różańcami pod jakimś teatrzykiem. Ja przecież – co chyba oczywiste – bynajmniej modlitwy wynagradzającej nie lekceważę ani nie kontestuję. Tylko powiadam, że jeśli chcemy trwale tę kwestię rozstrzygnąć, to po prostu znieśmy ten kołłątajowsko-stalinowski system w kulturze i nauce. System, którego symbolem jest Teatr Narodowy czy z innej beczki np. Polska Akademia Nauk – to jest sieć takich „kołchozów” dla artystów lub naukowców, którym władza gwarantuje wikt i opierunek, i jeszcze frajdę obrażania, deprawowania czy dezinformowania normalnych Polaków. Na dodatek służą one sączeniu doktryn lewicowych, zawsze w istocie wymierzonych w tradycję katolicką i narodową. To się musi skończyć – jeśli Polska ma istnieć.

Klątwa to kolejne bluźnierstwo ze sceny teatralnej. Skąd w Polsce zgoda na nazywanie szamba w stylu „Charlie Hebdo” sztuką?

Właśnie z tradycji etatystyczno-monopolitycznej, która w Polsce zaczyna się w drugiej połowie XVIII w., od założenia Komisji Edukacji Narodowej (pierwszej takiej superbiurokracji w naszych dziejach), a w teatrze – od kiedy aktor Wojciech Bogusławski naciągnął króla Stasia na pierwsze większe pieniądze. To był zresztą układ obopólnie korzystny – władza zawsze chętnie angażuje sprzedajnych artystów do obsługi propagandowej. Bogusławski, zwany szumnie ojcem Teatru Narodowego, powinien być identyfikowany raczej jako „ojciec abonamentu narodowego”, bo wymyślił cwany sposób na instytucjonalizację stałego popytu na swoje usługi za pieniądze z obowiązkowej daniny – to była tzw. Dyrekcja Teatrów Warszawskich, zainicjowana już za Księstwa Warszawskiego; potem w epoce Królestwa Polskiego na jej czele stali z reguły Moskale-policmajstrzy. To dłuższa historia – umówmy się na osobną o niej rozmowę.

Opinię publiczną bardzo zajmuje kwestia rozmaitego lobby w polityce. Czy jest ono obecne także w teatrze lub w filmie? Jakie?

W telewizyjnym programie „Warto rozmawiać”, podejmując temat wywołany przez prowadzącego, red. Jana Pospieszalskiego, wspomniałem o tej oczywistości jednym zdaniem (dłużej się nie dało) – że są mianowicie trzy „mafie”, silnie nadreprezentowane w polskim życiu teatralnym: sodomici, Żydzi i komuniści. Myślę zresztą, że ta diagnoza ma szersze zastosowanie. Zaryzykuję przypuszczenie, że podobnie jest w gruncie rzeczy we wszystkich najsilniej zetatyzowanych dziedzinach działalności publicznej.

Co można z tym zrobić? Czy nie powinno wtrącić się w tę sytuację Ministerstwo Kultury i Sztuki? Od czego właściwie jest, skoro te sprawy ewidentnie go nie obchodzą?

No właśnie od likwidacji tego akurat ministerstwa warto zacząć. Nota bene: ma ono siedzibę w ukradzionym przez komunistów pałacu przy Krakowskim Przedmieściu. Cóż dobrego dla kultury narodowej może wynikać z działań instytucji, która posadowiona jest na fundamencie nieposzanowania prawa własności? Zmiany personalne tu nie pomogą – nie chodzi o to, żeby wymienić prof. Glińskiego na kogoś innego, potrzebna jest zmiana ustrojowa, tj. po prostu likwidacja całego tego interesu, który jest zresztą oczkiem w głowie masonerii, pojmuje ona bowiem najlepiej, że bez przymusu podatkowego normalni ludzie na to wszystko nie dadzą się nabrać. Bo normalni ludzie rodzą się w normalnych wspólnotach: rodzinnej, narodowej i religijnej – te normalne, przyrodzone wspólnoty loża ma ambicje zniszczyć. Po co? Aby wychować „nowego człowieka”, aby go następnie zapędzić do budowy „nowego wspaniałego świata”. No i do tego potrzebuje alternatywnej, sztucznej wspólnoty. Jej budowaniu służy quasi-religia „oświeconych”, której przybytkami są w przeważającej mierze „publiczne” teatry, uczelnie, media etc. Ten system trzeba właśnie obalić. I nie dokonamy tego, pozostając na poziomie oburzania się, zresztą w pełni uzasadnionego. Aktorzy są w tej całej sytuacji godni raczej politowania niż rugania. Kto powiada, że aktorom, grającym w takich spektaklach „trzeba odebrać prawo wykonywania zawodu”, ten najwyraźniej nie zauważył, jakim absurdem jest już samo to, że państwo w ogóle angażuje swój autorytet w „nadawanie” takich praw. Generalnie: życie teatralne nie znormalnieje, póki pomnik Bogusławskiego stoi przed frontonem Teatru Narodowego – jeden i drugi obiekt to są symbole uroszczeń artystów na koszt ogółu. Bogusławskiego trzeba obalić – jak Dzierżyńskiego na placu Bankowym – albo przynajmniej przenieść do jakiejś Kozłówki, do skansenu reliktów chorej, totalniackiej, „oświeconej” przeszłości.

Ostatnio słyszałam opinię, że Polska wciąż jest podzielona wzdłuż linii Wisły. Wszystkie poważne inwestycje są realizowane na zachód od niej – na terenach, którymi tradycyjnie są zainteresowani Niemcy. Na wschód od Wisły nic się pod tym względem nie dzieje. Cała ściana wschodnia jest jak poligon – pusta i wysprzątana. Czy to Pana nie niepokoi?

Powiem więcej: to sprawia, że jeżą mi się włosy na głowie. Scenariusze gier sztabowych i ćwiczeń poligonowych, a także komentarze amerykańskich ekspertów w rodzaju Philipa Petersena z fundacji Potomac zakładają m.in. walki o „kocioł suwalski” czy „twierdzę Toruń” z bilansem nieodmiennie dla nas tragicznym: 100 proc. stanów i rezerw Wojska Polskiego. Proszę sobie uświadomić, co to oznacza dla państwa, dla kraju, dla narodu – zdziesiątkowanie, spustoszenie, a tu i ówdzie atomowa pustynia po rosyjskich niekonwencjonalnych „uderzeniach deeskalacyjnych”, które dla ekspertów są oczywistą, logiczną konsekwencją rozpoczęcia wojny. To, że tę perspektywę ze spokojem rozważają sztabowcy oraz politycy amerykańscy i rosyjscy, mnie nie dziwi. Ale polscy mężowie stanu i dowódcy, którzy na to się godzą – i jeszcze szykują polską młodzież do odegrania roli „Hezbollahu” (jak o tym wprost mowa w ww. raporcie CSBA) – to są ludzie kwalifikujący się albo do szpitala wariatów, albo przed trybunał stanu. Zwłaszcza że przygotowując się do powtórki roku 1939 razem z 1944, jednocześnie upierają się, by utrzymywać reglamentację dostępu do broni palnej, by utrzymywać Polaków w czołówce najbardziej rozbrojonych, a więc najbardziej bezbronnych narodów Europy.

Na oszczerstwa i insynuacje, których mi przez lata nie szczędzono, zarabiałem m.in., zwracając uwagę na kluczowe znaczenie Białorusi dla bezpieczeństwa Polski i całej Europy Środkowej. Mówiłem i pisałem, że Białoruś jest kluczem do suwerennej polskiej geopolityki. Niestety przez lata Warszawa aktywnie przyczyniała się do wpychania Mińska coraz głębiej w objęcia Moskwy. Pojawiające się w minionym sezonie sygnały zmiany tego samobójczego trendu to słaba dla mnie satysfakcja, gdyż lękam się, że może być już za późno. Tymczasem bowiem kolejne gry strategiczne, rozgrywane na mapach sztabowych pod patronatem naszych amerykańskich sojuszników (czy bardziej adekwatnie: naszych patronów), np. gra Boxer z ub. roku i gra Hegemon, rozegrana w Warszawie ledwie parę tygodni temu – wszystkie one zakładają konfrontację Polaków z Białorusinami. To byłaby ostateczna tragedia dziejowa, a akceptacja takiej perspektywy to moim zdaniem zbrodnia stanu.

Czy w związku z faktem, że Niemcy zaczynają żądać Gdańska i domagają się rewizji granic, a Ukraińcy chcą Przemyśla, mamy powody do obaw z innej strony niż „tradycyjny” Putin?

Remilitaryzacja Niemiec jest już faktem – i to oficjalnie zadeklarowanym – Bundeswehra do 2024 r. ma zwiększyć stany do 200 tys. żołnierzy. Teraz widzimy, do czego Berlinowi przydała się akcja z „uchodźcami-nachodźcami” – to doskonały pretekst do natychmiastowego zwiększenia budżetu zbrojeniowego o grube miliardy, bez jakichkolwiek pytań i niepokojów ze strony światowej opinii. A jednocześnie Niemcy zyskali właśnie setki tysięcy potencjalnego rekruta. Nie przypuszczam, żeby specjalnie przejmowali się potrzebą obrony „wschodniej flanki”, bo przecież o niczym innym nie marzą, jak tylko o spokojnej i wzajemnie korzystnej kooperacji z Moskwą (patrz: Nord Stream). Jeszcze nie zwariowali, na Moskwę nie ruszą, ale przecież pod pretekstem „obrony wschodniej flanki” ich jednostki znalazły się już na Litwie! Bismarck w piekle ręce zaciera, a żoliborscy politycy najwyraźniej uważają to za swój sukces dyplomatyczny. Powtórzę: to się kwalifikuje albo na terapię w Tworkach, albo na sąd doraźny za zdradę stanu.

Pan minister obrony cieszył się ostatnio jak dziecko, witając Amerykanów w Żaganiu – że oto, jak powiedział, dzięki ich obecności u nas nasi żołnierze będą mogli służyć na misjach. To jest właśnie logika obłędu. Sił wyprowadzonych na zagraniczne „misje pokojowe”, np. na wojnę perską (tj. z Iranem), do której zdaje się już tam wysłano i postawiono w blokach startowych nasze myśliwce (F-16) i komandosów (GROM), może nam wkrótce brakować, kiedy ważyć się będzie suwerenność narodu polskiego i zdolność rządu warszawskiego do egzekwowania polskiej racji stanu na Dolnym Śląsku czy Pomorzu.

Mamy już przecież w Polsce takich secesjonistów, którzy w ubiegłym roku wyraźnie zadeklarowali, że nie chcą kierować się prawem stanowionym w Warszawie, gdyż wolą podlegać prawu brukselskiemu, m.in. prezydenci dużych miast: Wrocławia, Poznania, Gdańska i inni samorządowcy – to były te nożyce, które się odezwały po uderzeniu w stół w sprawie Trybunału Konstytucyjnego. Nota bene: warto zwrócić uwagę, jak te głosy dobrze współgrają z koncepcją niejakiego Benjamina Barbera, który głosi przyszłość świata: transfer władzy politycznej z centrów państwowych do municypalnych właśnie. Dlatego mnie nie zdziwiłoby w ogóle, gdyby w chwili jakiegoś kryzysu czy zamieszek (np. na tle „radykalizmu antyislamskiego”, jak się to nazywa na tzw. Zachodzie), a może nawet zwykłej klęski żywiołowej (np. powodzi, bo czy to trudno sprawić, żeby się jakaś tama na Odrze znów przelała?), taki np. prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz, przecież świadomy tych ogólnoświatowych trendów (skoro należy do międzynarodówki burmistrzów zainicjowanej przez tegoż Barbera), uznał wówczas za stosowne poprosić o pomoc bratnią Saksonię… No bo nasi chłopcy z Żagania będą akurat zaangażowani na całego w jakąś „misję pokojową” na Bliskim Wschodzie w ramach polsko-izraelskiego braterstwa broni…

Czy jesteśmy na straconej pozycji? Czy polskie władze mogą coś zrobić?

Ależ oczywiście że nie jesteśmy! Trzeba by jednak zacząć uprawiać politykę opartą na geopolitycznych realiach, a nie na insurekcyjnych urojeniach. A oto kilka kwestii kardynalnych, palących.
1. Konieczna jest pilna, natychmiastowa i publiczna deklaracja neutralności, najlepiej wspólnie i w porozumieniu z Białorusią. Ideałem byłoby wspólne, jednoczesne i wzajemne zagwarantowanie przez Warszawę i Mińsk swojej suwerenności, neutralności i nienaruszalności granic (własnych i sąsiedzkich). Uwaga – na użytek szczególnie zdezorientowanych i zdezinformowanych dementuję i wyjaśniam najoczywistszą oczywistość: neutralność bynajmniej nie oznacza wywieszania białej flagi, nie oznacza ani kapitulacji, ani samopacyfikacji i podporządkowania się komukolwiek – wręcz przeciwnie: oznacza determinację zbrojenia się po zęby i wolę użycia wszelkich dostępnych środków dla obrony własnej suwerenności.
2. Konieczne jest natychmiastowe zniesienie reglamentacji dostępu do broni, aby wolni Polacy, nieobciążeni sądowym zakazem, mogli we własnym zakresie zwiększyć bezpieczeństwo własnych rodzin, domostw i całej ojczyzny. Proszę zauważyć, że to akurat nie wymaga żadnych, najmniejszych nawet inwestycji budżetowych (nota bene: to jest pewnie przyczyna, dla której żadnej frajdy nie widzą w tym dla siebie żoliborscy socjaliści, zwolennicy „wielkich projektów” z centralnego rozdzielnika).
3. Ten sam tandem polityczny, a więc prezydenci Polski i Białorusi powinni bezzwłocznie wystąpić z szerszą inicjatywą pokojową, która trwale odsunie widmo wojny od Europy Środkowej, w szczególności powinni zgodnie postulować na forum międzynarodowym (adresując przesłanie przede wszystkim do Moskwy, Waszyngtonu i do Pekinu!) podporządkowanie Polsce zdemilitaryzowanego Królewca – w zamian za uznanie aneksji Krymu przez Moskwę. Królewiec jako polski port będzie przede wszystkim obsługiwał potrzeby Białorusi, ale przecież w perspektywie odegrać powinien istotną rolę w reanimacji środkowo-europejskiego projektu gospodarki wielkiego obszaru na całym Międzymorzu bałtycko-adriatycko-czarnomorskim. Polska może i powinna wreszcie zacząć przejawiać samodzielną inicjatywę w toczącej się wielkiej grze geostrategicznej, w której stawką jest już nie tylko nasza suwerenność, ale i sam materialny byt i biologiczne przetrwanie.

Zbyteczne jest tłumaczenie, że nie wszystkim się takie pomysły spodobają, dlatego potrzebna jest najpoważniejsza polisa ubezpieczeniowa od nieszczęśliwych dziejowych przypadków – a jest to ni mniej, ni więcej jak wciąż niedopełniona Intronizacja Chrystusa Króla Polski. Duży krok w jej kierunku uczyniliśmy już wszak jesienią ubiegłego roku w Łagiewnikach, gdzie najwyżsi przedstawiciele władzy kościelnej i państwowej wraz z dziesiątkami tysięcy zgromadzonych szereg razy prosili: „Króluj nam Chryste!”. Po tej „Małej Intronizacji”, jak ją trafnie nazwał ks. dr Piotr Natanek, czas na Wielką, tym razem już bez uchylania się rządu, z asystą Wojska Polskiego, Policji i wszelkich służb państwowych. Bez tego żadne rachuby li tylko geopolityczne, socjologiczne czy ekonomiczne do Wielkiej Polski nas nie doprowadzą – a nawet tę nie-wielką, postpeerelowską łatwo możemy sromotnie utracić. Nie wolno więc zwlekać – zanim wciąż jeszcze lekko uchylone okienko możliwości nie zatrzaśnie się na dobre.

 

Aldona Zaorska

ALDONA ZAORSKA

Po co był potrzebny przewrót na Ukrainie?


Podobny obraz

Kolorowy Majdan

 

 

Konserwatyzm

KONSERWATYZM.PL – Portal Myśli Konserwatywnej

 

Piętka: Międzymorze czy Mitteleuropa – czyli po co był potrzebny przewrót na Ukrainie

2

BY MICHAŁ KRUPA ON 26 MARCA 2017PUBLICYSTYKA

17 marca pracownicy jednej z firm na terenie Specjalnej Strefy Ekonomicznej w Mielcu podjęli strajk. Przyczyną strajku były niezadowalające ich warunki płacowe oraz łamanie przez firmę przepisów BHP. „Często nie przestrzega się tu przepisów BHP, aby zrobić wszystko tak jak życzy sobie zarząd firmy. Robią wszystko żeby tylko zwiększyć normy. Do dziś mamy w pamięci tragedię z 2008 roku. Wtedy na trzeciej zmianie zginął jeden z pracowników. Nie chcemy aby ciągłe zwiększanie norm skończyło się kolejnym śmiertelnym wypadkiem. Pośpiech w pracy przy tak niebezpiecznych maszynach, które obsługujemy, to nic dobrego” – powiedział mediom jeden z pracowników. Podejmującym strajk pracownikom kierownictwo firmy oświadczyło, że jeśli nie zadowalają ich warunki pracy, to na ich miejsce przyjdą Ukraińcy. Pracownicy pokazali dziennikarzom skan maila, w którym dyrektor zakładu groził „wyciagnięciem odpowiedzialności służbowej ze zwolnieniem włącznie” tym, którzy nie przyjdą do pracy w sobotę i niedzielę[i].

Firma, w której zagrożono strajkującym pracownikom przyjęciem na ich miejsce Ukraińców jest firmą niemiecką. Funkcjonuje w Specjalnej Strefie Ekonomicznej, czyli nie płaci podatków i korzysta z polskiej siły roboczej, która jest co najmniej trzykrotnie tańsza niż niemiecka. Jak widać, niemiecki właściciel chciałby mieć jeszcze tańszą – z Ukrainy – jeśli polscy pracownicy będą dążyć do niemieckich standardów płacy i BHP. Tutaj jak na dłoni można zobaczyć po co była potrzebna tzw. „rewolucja godności” na Ukrainie.

Właśnie po to, by niemieckim firmom nie zabrakło taniej siły roboczej, która zapewnia im maksymalizację zysku. Także po to, by poziom rozwoju gospodarczego polskich peryferii UE był kontrolowany i nie osiągnął poziomu niemiecko-francuskiego centrum UE, co w języku socjologii nazywa się rozwojem zależnym. Ten przykład pokazuje też czemu służy tzw. integracja europejska w zakresie „swobody przepływu siły roboczej i kapitałów”.

Polski establishment polityczny – także ten używający frazeologii patriotycznej, a zwłaszcza ten – popierał brutalny przewrót polityczny na Ukrainie i popiera masową emigrację zarobkową do Polski mieszkańców zrujnowanej przez oligarchów i trawionej banderowskim szaleństwem Ukrainy. Uzasadnia to sloganem, że wkrótce zabraknie w Polsce rąk do pracy (na skutek kryzysu demograficznego i emigracji zarobkowej Polaków) i że to leży w interesie pracodawców. Powyższy przykład pokazuje jakich pracodawców przede wszystkim.

Obóz polityczny będący aktualnie przy władzy, urządzający nieustannie patriotyczne jasełka, lubi uzasadnić propagandowo swoją politykę wschodnią odwołując się do piłsudczykowskiej idei Międzymorza. Chodziło w tej idei pierwotnie o federację, a potem blok państw pod przewodnictwem Polski pomiędzy Adriatykiem, Bałtykiem i Morzem Czarnym. W rzeczywistości jednak postsolidarnościowy establishment – zarówno ten „patriotyczny” jak i „europejski” – realizuje niemiecką koncepcję Mittleuropy, pochodzącą z tego samego czasu co idea Międzymorza, czyli z okresu pierwszej wojny światowej.

Koncepcja Mitteleuropy zakładała utworzenie na wschód od Niemiec – na ziemiach odebranych w toczącej się wówczas wojnie Rosji – szeregu państw formalnie (pozornie) niepodległych o gospodarkach zależnych od gospodarki niemieckiej i mających wobec gospodarki niemieckiej charakter uzupełniający. To znaczy, że miały to być gospodarki pozbawione ciężkiego i nowoczesnego przemysłu, dostarczające Niemcom półwyrobów przemysłowych i płodów rolnych. Nazywano to „gospodarką wielkiego obszaru” (Grosswirtsaftsraum).

Klęska Niemiec w pierwszej wojnie światowej uniemożliwiła realizację tych planów, ale zostały one zrealizowane po 1989 roku. Urzeczywistnieniu przystosowanej do współczesnych realiów koncepcji Mitteleuropy służył neoliberalny model transformacji ustrojowej byłych państw socjalistycznych Europy Środkowej (zwłaszcza Polski) i włączenie ich do Unii Europejskiej oraz „kolorowe rewolucje” na Ukrainie. Taką właśnie koncepcję geopolityczną realizowały i realizują elity polityczne Polski od 1989 roku, niezależnie od tego jak pięknie patriotyczną lub modernistyczną dekoracją to maskują. Elektorat obecnej partii rządzącej – nieustannie faszerowany smoleńską i patriotyczną narracją – może sobie wierzyć nawet w Międzymorze, a elektorat obecnej opozycji może sobie wierzyć w „jedność i solidarność europejską”, demokrację i coś tam jeszcze, co w niczym nie zmienia faktu, że jedni i drudzy docelowo otrzymają Mitteleuropę.

[i] „Na wasze miejsce przyjdą Ukraińcy” – pracownicy mieleckiej tłoczni protestują przeciw niskim płacom, http://www.kresy.pl, 18.03.2017; Strajki na strefie? „Jeśli wam się nie podoba, weźmiemy Ukraińców!”, http://www.lokalnie24.com, 18.03.2017; To się dzieje w Polsce! Niemiecka firma do pracowników z Mielca: „Albo pracujecie za grosze po 12 godzin, albo bierzemy Ukraińców”, http://www.wolnosc24.pl, 18.03.2017.

Brytyjscy naukowcy wyhodowali mięsień sercowy ze szpinaku


 

15:32 02 KWIECIEŃ 2017

 

Organiczna substancja z liści szpinaku podobna do mięśnia sercowego

Brytyjscy naukowcy wyhodowali mięsień sercowy ze szpinaku (wideo)

© Zdjęcie: WPI

ŚWIAT

16:10 01.04.2017Krótki link

320630

Zespół naukowców z Worcester Polytechnic Institute w Wielkiej Brytanii otrzymał z liści szpinaku substancję organiczną, podobną pod względem właściwości do mięśnia sercowego, informuje CBS.

Człowiek przy komputerze

© FOTOLIA/ THODONAL

Czy możliwe będzie zintegrowanie mózgu z komputerem?

Według słów badaczy wykorzystanie tych roślin w eksperymencie było możliwe dzięki temu, że jego siatka naczyniowa funkcjonuje tak samo jak system krwionośny człowieka. 

W celu otrzymania „roślinnej” tkanki mięśnia sercowego naukowcy usunęli ze szpinaku szereg substancji, pozostawiając rusztowanie z naczyniami z neutralnej celulozy. W wyniku organicznej obróbki komórkami macierzystymi otrzymano tkankę mięśniową, zdolną do przepuszczania przez siebie małych ilości cieczy.

„Napełniliśmy naczynia liścia barwnikiem, wzbogaconym o krwinki, a one zaczęły krążyć” – powiedział bioinżynier Glen Godet. 

Specjaliści mają nadzieję, że w przyszłości odkrycie pozwoli minimalizować wykorzystanie materiałów dawców w procesie tworzenia sztucznych organów. Poza tym, biochemicy zapowiedzieli zbadanie właściwości brokułów, które, ich zdaniem, pomogą wyhodować tkankę płucną. 

Artysta Korkuć i jego twórczość


 

Platforma to obciach.Wojciech Korkuć

Platforma to obciach - niezalezna.pl

 

 

Źródło: Telewizja Republika

Artysta znienacka rozpiął koszulę na bankiecie w „Wyborczej” i pokazał … „G… prawda”

 

mn

15:01 2 kwietnia 2017

Jeden z najwybitniejszych polskich plakacistów Wojciech Korkuć niedawno nagrodzony został na Międzynarodowym Triennale Plakatu w Japonii. Wcześnie były nagrody w USA i na Tajwanie. Ale w Polsce artysta trafił na czarne listy za plakaty kpiące z poprawności politycznej, ekspansji Niemiec czy zakłamywania polskiej historii. Dziś o 21.30. Korkuć będzie gościem Piotra Lisiewicza w „Wywiadzie z chuliganem” w Telewizji Republika.

W programie „Wywiad z chuliganem” pokazany zostanie po raz pierwszy film z niecodziennego wydarzenia, do jakiego doszło w czasie wernisażu w siedzibie Agory.
To miał być zwyczajny, spokojny wernisaż w redakcji Gazety Wyborczej. Pokazywane były prace prof. Mieczysława Wasilewskiego, który na warszawskiej ASP był nauczycielem Wojciecha Korkucia. Korkuć na wernisaż zaproszony został jako administrator firmy City Poster, który wspierał wystawę swojego profesora.
Tak się złożyło, że kilka dni wcześniej ta sama Gazeta Wyborcza zaatakowała Korkucia za plakat o imigrantach. Ten przybył na wernisaż, a gdy prof. Wasilewski podziękował jego firmie za wsparcie, odpowiedział: „Firma City Poster wspiera artystów, ale piętnuje hipokrytów!”. I rozpiął koszulę, pokazując napis „G… prawda” na koszulce.
Ów performance plakacisty światowej sławy nie wzbudził entuzjazmu organizatorów wystawy. Podobnie jest z plakatami, których pojawianie się na nośnikach City Poster w Warszawie doprowadza salony do białej gorączki.

Za rządów PO i PSL krakowska prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie plakatu Achtung Russia, przedstawiającego Władimira Putina, na którym w słowie „Russia” pojawiły się litery „SS”. Artystę podejrzewano o… propagowanie nazizmu.

Co najbardziej kuriozalne, na przesłuchanie wezwano pomyłkowo… brata artysty, dr Macieja Korkucia z krakowskiego IPN, autora książki „Józef Kuraś >>Ogień<<. Podhalańska wojna 1939–1945”.

– Ja mieszkam w Warszawie, a brat w Krakowie, więc wezwano tego, kto był pod ręką – ironizuje Wojciech Korkuć, którego wyraźny podpis znajdował się na plakacie.

Z kolei w czasie Euro 2012 sztab kryzysowy domagał się usunięcia plakatów Korkucia przypominających o niemieckiej odpowiedzialności za Holocaust, jako zagrażających bezpieczeństwu imprezy.

Źródło: Telewizja Republika

Polska: Dziki kapitalizm w korporacji Michnika


Znalezione obrazy dla zapytania Korporacja Michnika

Xportal.plInformacje, Idea, Polityka02.04.2017

 

Polska: Dziki kapitalizm w korporacji Michnika

2 kwietnia 2017 14:15

Z opublikowanego niedawno raportu finansowego Grupy Agora S.A. wynika, że w 2016 roku wynagrodzenia wypłacone członkom zarządu grupy wyniosły łącznie 8 573 tys. zł, a więc o 5 688 tys. więcej, niż w roku 2015 (wówczas wynagrodzenia wyniosły 2 885 tys. zł). W dokumencie czytamy, że tak duży wzrost uposażeń spowodowany jest jednorazowymi wypłatami z tytułu premii motywacyjnych, w tym także z tytułu realizacji trzyletniego planu motywacyjnego dla zarządu. „Zgodnie z założeniami, Trzyletni Plan Motywacyjny za lata 2013-2015 został rozliczony w drugim kwartale 2016 r. Realizacja planu zakończyła się wypłatą premii w łącznej wysokości 1 628 tys. zł” – czytamy w raporcie Agory. Począwszy od drugiego kwartału ub.r. członkowie zarządu uczestniczą w nowym programie motywacyjnym, obejmującym lata 2016-2017. W ub.r. prezes grupy Bartosz Hojka otrzymał w ramach planu 521 tys. zł, a Tomasz Jagiełło, Grzegorz Kossakowski i Robert Musiał – po 312 tys. zł. W marcu br. Musiał odszedł ze spółki, w zarządzie zastąpiła go Agnieszka Sadowska.

W całym 2016 roku Agora zanotowała 13,2 mln zł straty netto (wobec 15,3 mln zł zysku netto rok wcześniej). Wpływy ze sprzedaży „Gazety Wyborczej” zmalały o 6,2 proc., a z reklam – o 21,6 proc., natomiast wzrosły przychody w kinach Helios, internecie i firmie outdoorowej AMS.

W 2016 roku spółka zwolniła 176 etatowych pracowników, wydając na to 6,9 mln zł. Nie licząc tych kosztów, w czwartym kwartale ub.r. firma wydała na wynagrodzenia i świadczenia dla pracowników 86,4 mln zł, o 1,3 proc. mniej niż rok wcześniej, a w całym ub.r. – 323,2 mln zł, czyli o 1,9 proc. więcej niż rok wcześniej.

(na podst. wirtualnemedia.pl oprac. M.M.)

Komentarz Redakcji: Dziki „kapitalizm nadwiślański” pożera własne dzieci i jednocześnie wieloletnich piewców. Nie żeby było nam ich żal…

Ukraina nie jest przygotowana do zniesienia wiz


OnetWiadomości

 

PAP

dzisiaj 11:47

Ukraina ma nadzieję na rychłą likwidację wiz do UE

Ukraińcy mają nadzieję, że 6 kwietnia Parlament Europejski przegłosuje likwidację obowiązku wizowego i od połowy roku będą mogli swobodniej podróżować do państw unijnych. Zniesienie obowiązku posiadania wiz do UE może wywołać w pierwszym okresie pewne komplikacje na granicach.

 

Ukraina ma nadzieję na rychłą likwidację wiz do UEFoto: istockUkraina ma nadzieję na rychłą likwidację wiz do UE

  • Likwidacja wiz będzie dla nas ogromnym zwycięstwem. Chodzi nie tyle o sam fakt, ile o to, do czego ten cały proces doprowadził. Walka o zniesienie wiz stała się bronią atomową, która zmusiła władze do wprowadzenia skomplikowanych i najbardziej bolesnych reform – powiedział redaktor naczelny gazety internetowej „Europejska Prawda” Serhij Sydorenko.

 

  • Jestem absolutnie przekonany, że ustawy, m.in. o walce z korupcją czy dotyczące praw mniejszości, nie zostałyby przyjęte ani wcielone w życie, gdyby nie były one warunkiem likwidacji wiz – podkreślił.

Sydorenko wskazał, że zniesienie obowiązku posiadania wiz do UE może wywołać w pierwszym okresie pewne komplikacje na granicach. – W celu przekroczenia (granicy) powinno się mieć paszport biometryczny, ale to nie wszystko. Według tzw. Schengen Border Codes funkcjonariusz graniczny musi mieć pewność, że taka osoba ma pieniądze, zarezerwowane miejsce w hotelu oraz zamierza powrócić na Ukrainę. Obawiamy się, że na granicy może dochodzić do nadużyć ze strony straży granicznej, co będzie się przejawiało bezpodstawnymi odmowami prawa wjazdu do UE – zaznaczył.

Zwrócił jednak uwagę, że wiele zależy tu od działań ukraińskich dyplomatów, którzy powinni reagować na takie sytuacje. Przypomniał jednocześnie, że obecnie, gdy Ukraińcy muszą mieć wizy, ostateczną decyzję o pozwoleniu bądź odmowie wjazdu do UE także podejmuje urzędnik graniczny.

Innym problemem jest zbyt mała liczba przejść granicznych między Ukrainą i UniąEuropejską, co szczególnie wyraźnie widać na granicy z Polską. Ruch bezwizowy sprawi, że tłok na tej granicy będzie jeszcze większy niż obecnie. – Niestety w ostatnich latach nasze władze nie zwracały uwagi na konieczność zwiększenia przepustowości na granicy – powiedział Sydorenko.

Ekspert podkreślił przy tym, że w ostatnim czasie rośnie liczba połączeń kolejowych między Ukrainą a Polską i zapowiadane są nowe trasy. Sytuację może uratować także to, że na Ukrainie działa coraz więcej tanich przewoźników lotniczych.

Redaktor „Europejskiej Prawdy” przypomniał też o pojawiających się w Polsce obawach, że zniesienie wiz dla Ukraińców może sprawić, iż zamiast podejmować pracę w naszym kraju, będą oni woleli pracować na zachód od niego.

  • Te obawy są przesadzone. Nielegalni pracownicy ukraińscy mogą pracować na Zachodzie już teraz. Sądzę, że zatrudnieni w Polsce Ukraińcy, którzy pracują tam legalnie, doceniają, że są chronieni przez prawo, i oni nie będą szukali pracy na Zachodzie nawet po likwidacji wiz – powiedział.

Dziennikarz ocenił, że zniesienie wiz będzie dla Ukrainy ogromnym sukcesem i krokiem, który zbliży ją do Unii Europejskiej.

  • Udowodni to sceptykom, że nieprawdą jest, że Europa nas nie chce. Pokaże, że Unia Europejska nam wierzy. Otworzy to także drogę do UE dla ludzi, którzy dotąd nie mieli możliwości tam podróżować – powiedział Sydorenko.

 

 

(AW)

 

Polub Onet Wiadomości

Źródło: PAP

Kanada planuje rozpocząć dostawy broni na Ukrainę


 

12:12 02 KWIECIEŃ 2017

 

Toronto, Kanada

Media: Kanada planuje rozpocząć dostawy broni na Ukrainę

© Fotolia/ Olddays

ŚWIAT

14:38 01.04.2017(zaktualizowano 21:41 01.04.2017) Krótki link

251476481

W przyszłym tygodniu ministerstwa obrony Ukrainy i Kanady planują podpisać międzyresortowe porozumienie o współpracy mającej na celu otwarcie ukraińskiej stronie dostępu do kanadyjskiego rynku broni – przekazała agencja informacyjna Ukrinform, powołując się na przedstawicieli resortów obronnych obydwu krajów.

Amerykańscy instruktorzy wojskowi na Ukrainie. Zdjęcie archiwalne

© SPUTNIK. STRINGER

„Instruktorzy z USA dali dywersantom materiały wybuchowe”

Ambasador Ukrainy w Kanadzie Andriej Szewczenko oznajmił wcześniej, że Kanada nie jest jeszcze gotowa udostępnić Ukrainie broni śmiercionośnej, ale rozważa możliwość wpisania Kijowa na listę Automatic Firearms Country Control List, regulującą eksport kanadyjskiej broni.

Według danych ukraińskiej agencji, ze strony Ukrainy podpis pod dokumentem planuje złożyć szef ministerstwa obrony Stepan Połtorak, który uda się do Kanady z wizytą. Ukraińska agencja zaznacza przy tym, że „trwają prace nad ostatecznym wariantem porozumienia, ale mają one zostać ukończone o czasie”.

Ukraińska agencja zaznacza przy tym, że dokument jest międzyresortowym porozumieniem, bez którego „nie jest możliwe otwarcie Ukrainie dostępu do kanadyjskiego rynku broni”.  

Prezes ZUwP skrytykował apel ministra o ochronę polskich placówek i pomników na Ukrainie


KRESY.pl

źr. kresy24.pl

Prezes ZUwP skrytykował apel ministra o ochronę polskich placówek i pomników na Ukrainie [+FOTO]

Dodane przez Lipinski

Opublikowano: Niedziela, 02 kwietnia 2017 o godz. 08:08:04

Minister Adam Kwiatkowski zaapelował o ochronę polskich placówek dyplomatycznych i miejsc pamięci na Ukrainie. Uznał, że relacje polsko-ukraińskie powinny być budowane na prawdzie. Został za to skrytykowany przez prezesa Związku Ukraińców w Polsce Piotra Tymę.

 

Prezes Związku Ukraińców w Polsce Piotr Tyma skrytykował wypowiedź szefa gabinetu prezydenta Adama Kwiatkowskiego w sprawie ochrony polskich placówek dyplomatycznych i miejsc pamięci na Ukrainie. Zrobił to udostępniając na swoim koncie na Facebooku artykuł w Onet.pl przytaczający wypowiedzi ministra.

Jakby ktoś miał wątpliwości skąd się biorą stereotypy Polaków niech przeczyta [artykuł – red.] i zestawi z faktami niszczenia i profanowania od 2014 r. na terenie Polski ukraińskich grobów i pomników. Jak nazwać postawę i słowa Pana Ministra? – napisał Tyma.

Ponadto w komentarzu pod postem prezes ZUwP dodał: Dla higieny umysłu warto rzeczy nazywać po imieniu. Do tego jutro ten Pan [min. Kwiatkowski – red.] może twierdzić coś zupełnie przeciwnego.

Komentowane przez Tymę wypowiedzi prezydenckiego ministra padły podczas spotkania z Polakami z obwodu żytomierskiego w miasteczku Dołbysz. Według artykułu w Onet.pl min. Kwiatkowski powiedział:

To, co wydarzyło się w Łucku, musi być wyjaśnione. Musi być zapewnione bezpieczeństwo polskich placówek dyplomatycznych i to są kwestie, które nie podlegają żadnej dyskusji. Polskie konsulaty zostaną otwarte wtedy, kiedy będą bezpieczne.

Musimy budować nasze relacje z Ukrainą na prawdzie i nawet jeśli te trudne (historyczne) kwestie mogą nas różnić, to trzeba je wyjaśnić i polskie miejsca pamięci muszą być chronione.

Nie ma zgody na to, żeby one były w jakikolwiek sposób profanowane czy dewastowane. I to, co działo się we Lwowie czy w Hucie Pieniackiej, to są rzeczy, które dziać się nie powinny i władze ukraińskie powinny zrobić wszystko, żeby do takich incydentów nie dopuszczać, a jeśli do nich dochodzi, to należy znaleźć winnych i ich ukarać.

Jedną z osób, która polubiła post Tymy jest Ołeksandr Zinczenko, wiceprzewodniczący Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej.

Internautka Emilia Jasiuk skomentowała post prezesa ZUwP w następujący sposób: Nie za bardzo wiem, o co Panu chodzi, jak zestawiam Pański komentarz z postowanym artykułem. Czy ma Pan wątpliwości, że polskie placówki dyplomatyczno-konsularne na Ukrainie powinny mieć zapewnioną skuteczną ochronę?

CZYTAJ TAKŻE: Siedziba polskiego konsulatu w Łucku ostrzelana z granatnika

CZYTAJ TAKŻE: Zniszczony krzyż, barwy UPA i runy SS – zdewastowano pomnik ofiar rzezi w Hucie Pieniackiej [+VIDEO/+FOTO]

Facebook / onet.pl / kresy.pl

Schulz chce zdemolować fundamenty państwa prawa


 

 

Znalezione obrazy dla zapytania SPD

 

 

 

logo Polonia Christiana

DZISIAJ JEST

NIEDZIELA 02 KWIETNIA

 

Znany niemiecki publicysta katolicki ostrzega: Schulz chce zdemolować fundamenty państwa prawa

Data publikacji: 2017-04-02 08:00

Data aktualizacji: 2017-04-02 10:42:00

Znany niemiecki publicysta katolicki ostrzega: Schulz chce zdemolować fundamenty państwa prawa

Martin Schulz

Propozycja Martina Schulza dotycząca wprowadzenia tzw. „małżeństw”  homoseksualnych to czysty populizm. Chodzi tu tak naprawdę o przyznanie państwu możliwości definiowania fundamentalnych pojęć – pisze na swoim blogu Mathias von Gersdorff.

Propozycja kierowanej przez Martina Schulza SDP dotycząca wprowadzenia „małżeństwa dla wszystkich” jest nie tylko paliwem kampanii wyborczej socjalistów, ale także aktem samowoli i populizmu najgorszego sortu – ocenia na swoim blogu katolicki działacz i publicysta, Mathias von Gersdorff.

„Małżeństwo i rodzina istniały przed państwem. Swojej natury (związek między mężczyzną i kobietą) nie otrzymały zatem od państwa. Małżeństwo i rodzina są podstawową komórką państwa. To oznacza, że państwo ma swoje źródło w połączeniu rodzin. Związek rodzin tworzy naród i w ten sposób – byt kolektywny z publicznymi interesami i zadaniami. Państwo jest organem, który powinien troszczyć się o te interesy i zadania” – pisze autor.

„Domaganie się małżeństwa dla wszystkich implikuje wyobrażenie, według którego państwu wolno byłoby podług własnego uznania definiować, czym jest małżeństwo i rodzina. To byłaby jednak czysta samowola i w gruncie rzeczy akt despotyczny. Państwo rościłoby sobie pretensje do nadawania innego znaczenia instytucji egzystującej niezależnie od niego” – tłumaczy dalej.

Von Gersdorff przytacza ocenę francuskiego filozofa Thibauda Collina, który argumentując przeciwko wprowadzeniu homomałżeństwa nad Sekwaną przypomniał, że nawet rewolucjoniści francuscy, przy całej swojej nienawiści do Kościoła katolickiego i chrześcijaństwa, nie kwestionowali znaczenia małżeństwa w związku z jego zdolnością do wydawania potomstwa. Collin wskazywał, że rewolucjoniści chcieli zastąpić małżeństwo kościelne świeckim właśnie dlatego, że dostrzegali jego źródło w samej ludzkiej naturze.

Tymczasem projekt „małżeństwa dla wszystkich” wiąże się z „zastąpieniem ludzkiej natury przez samowolę tych, którzy są aktualnie przy władzy” – pisze Gersdorff. „Przeczy to zasadom rewolucji francuskiej, która teoretycznie czuła się zobowiązana do rozsądku” – dodaje.

Gersdorff wyraża wreszcie przypuszczenie, że były szef PE Martin Schulz podniósł postulat „małżeństwa dla wszystkich” tylko dlatego, iż jego zdaniem przysporzy mu to głosów w nadchodzących wyborach do Bundestagu. To oznacza, kontynuuje autor, że gdyby był innego przekonania, wcale nie postulowałby „otwarcia” małżeństwa dla homoseksualistów. Wystawia to Schulzowi fatalne świadectwo. „Kto wyrzuca za burtę podstawowe zasady i stosuje samowolę jako środek państwowego działania, jest populistą najgorszego sortu, bo demoluje fundamenty państwa prawa” – kończy Gersdorff.

Źródło: mathias-von-gersdorff.blogspot.de

Pach

Read more: http://www.pch24.pl/znany-niemiecki-publicysta-katolicki-ostrzega–schulz-chce-zdemolowac-fundamenty-panstwa-prawa,50592,i.html#ixzz4d5IvJ6O1

Czesi umieją się zachować jak ludzie a nie jak barbarzyńcy


 

11:44 02 KWIECIEŃ 2017

 

Panorama czeskiego Uścia nad Łabą

Czesi odrestaurowali pomnik żołnierzy radzieckich

© Fotolia/ Richard Sevcik

ŚWIAT

12:09 01.04.2017Krótki link

16880801

W Czechach odsłonięto odrestaurowany pomnik żołnierzy radzieckich. Restaurację przeprowadzono z inicjatywy i na pieniądze społeczności lokalnej.

Kompozycja rzeźbiarska na Cmentarzu Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Warszawie

© AP PHOTO/ CZAREK SOKOŁOWSKI

Warszawa: zbezczeszczono cmentarz żołnierzy radzieckich

Mieszkańcy Uścia nad Łabą wspominali wyczyn żołnierzy radzieckich, uczestników Operacji praskiej. Pomnik odrestaurowano z inicjatywy czeskich aktywistów, którzy nie tylko przykuli doń uwagę władz kraju usteckiego, ale też zebrali własnymi siłami środki na remont pomnika.

„Najzwyczajniej w świecie przejeżdżali obok i zobaczyli ścianę pamiątkową i zarośla, i stwierdzili, że to niegodne tych ludzi, którzy tutaj ginęli po to, abyśmy my mogli żyć” — mówią mieszkańcy czeskiego Uścia nad Łabą.

„To byli ludzie, którzy mieli przed sobą całe życie. A oni je poświęcili w zamian za naszą wolność. Myślę, że naszym obowiązkiem jest okazanie im naszej wdzięczności za to, że żyjemy” — dodał senator Republiki Czeskiej Jaroslav Doubrava.

Zamiast repatriacji Polaków z Ukrainy proponuje im się propagandowe gesty


 

Znalezione obrazy dla zapytania polacy na ukrainie mapa

 

Telewizja Republika.pl

Szef Gabinetu Prezydenta RP pomaga Polakom mieszkającym na Ukrainie

 

lml19:16 1 kwietnia 2017

prezydent.pl

Adam Kwiatkowski przebywa na Ukrainie. Polakom, mieszkającym w tym kraju, przekazał pomoce naukowe, żywność i ubrania. To już piąty transport pomocy Polakom na Wschodzie organizowany przez Kancelarię Prezydenta.

– Chcemy przekazać: książki, pomoce dydaktyczne dla tych, którzy się uczą w polskich szkołach, ale także pomoc dla osób starszych: jedzenie, koce, ubrania – mówił przed wyjazdem Adam Kwiatkowski.

To już piąty transport pomocy Polakom na Wschodzie organizowany przez Kancelarię Prezydenta.

Szef Gabinetu Prezydenta RP podkreślił, że Polacy na Wschodzie potrzebują wsparcia materialnego, ale też solidaryzmu. Zaznaczył, że pomoc przekazywana Polakom na Wschodzie to wyraz wdzięczności za to, że pielęgnują oni polskość.

 

 

Źródło: prezydent.pl, telewizjarepublika.pl

W Donbasie powróciły walki


Podobny obraz

Świat

WYDARZENIAŚWIAT

Zawieszenie broni nie przetrwało nawet 24 godzin. Separatyści znów strzelają

Dodano: dzisiaj 10:200 0

Ukraiński żołnierz (fot. © Oleg_Zabielin/fotolia.pl)

Zawieszenie broni w Donbasie przetrwało mniej niż 24 godziny. Sztab ATO (Operacji Antyterrorystycznej, jak Ukraina nazywa działania prowadzone na wschodzie kraju okupowanym przez prorosyjskich separatystów – red.) poinformował, że w ciągu 24 godzin od wejścia w życie nowego porozumienia, doszło do 37 przypadków ostrzału ze strony rebeliantów.

„Mimo porozumienia osiągniętego przez trójstronną grupę kontaktową, zawieszenie broni, które rozpoczęło się 1 kwietnia 2017 roku o godzinie 00:00, zostało naruszone na całej długości linii frontu. Siły regionów okupowanych przez Rosję przeprowadziły prowokacyjne ataki na pozycje Ukraińskich Sił Zbrojnych. Minionego dnia wróg 37 razy złamał ustalenia o wstrzymaniu ognia” – poinformował sztab ATO w oficjalnym komunikacie. Równocześnie wskazano, że Ukraińcy nie odpowiedzieli ogniem i dostosowali się do trójstronnych uzgodnień.

Речник АТО Ярослав Чепурний Дайджест подій 02.04.2017 / Źródło: YouTube

W wyniku wrogiego ostrzału czterech ukraińskich żołnierzy zostało rannych. Najcięższy ostrzał miał miejsce w regionie Mariupola, gdzie wspierani przez Rosję separatyści wykorzystali moździerze o kalibrze 82 milimetrów. Ostrzał z wykorzystaniem bojowych wozów piechoty oraz broni ręcznej miał miejsce w okolicy Marjinki oraz Szyrokino. W innych miejscach wzdłuż frontu separatyści strzelali m.in. z granatników, wyrzutni rakiet oraz ciężkich karabinów maszynowych. W rejonie Doniecka w kierunku sił ukraińskich wystrzelono m.in. pociski z haubic o kalibrze 120 milimetrów.

Jedynym względnie spokojnym miejscem na linii frontu był rejon Ługańska, gdzie odnotowano jedynie strzały snajpera.

Mapa wschodniej Ukrainy z zaznaczeniem punktów zapalnych w dniu 1 kwietnia

Mapa wschodniej Ukrainy z zaznaczeniem punktów zapalnych w dniu 1 kwietnia / Źródło: ATO

Zawieszenie broni uzgodnili przedstawiciele Rosji, Ukrainy oraz OBWE w ramach funkcjonującej mińskiej trójstronnej grupy kontaktowej. Rozejm miał obowiązywać przynajmniej do zakończenia świąt wielkanocnych.

/ Źródło: Wprost.pl

Zmarł Jewgienij Jewtuszenko


Znalezione obrazy dla zapytania krzyż

 

WP Wiadomości  

Zamieszczone na stronach internetowych portalu WP.PL materiały sygnowane skrótem "PAP" stanowią element Serwisów Informacyjnych PAP, będących bazami danych, których producentem i wydawcą jest Polska Agencja Prasowa S.A. z siedzibą w Warszawie, chronionych przepisami ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych oraz ustawy z dnia 27 lipca 2001 r. o ochronie baz danych. Powyższe materiały wykorzystywane są przez WP.PL na podstawie stosownej umowy licencyjnej. Jakiekolwiek ich wykorzystywanie przez użytkowników portalu, poza przewidzianymi przez przepisy prawa wyjątkami, w szczególności dozwolonym użytkiem osobistym, jest zabronione. PAP S.A. zastrzega, iż dalsze rozpowszechnianie materiałów, o których mowa w art. 25 ust. 1 pkt. b) ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, jest zabronione.

KULTURA

 

OPRAC. PATRYK OSOWSKI

wczoraj (21:58)

Zmarł poeta Jewgienij Jewtuszenko. Miał 84 lata

Rosyjski poeta Jewgienij Jewtuszenko, jeden z najpopularniejszych twórców pokolenia lat 60. w ZSRR, zmarł w sobotę w USA. O śmierci artysty, który dzień wcześniej w stanie ciężkim trafił do szpitala w mieście Tulsa w Oklahomie, poinformował jego bliski przyjaciel Michaił Morgulis.

 

Zmarł poeta Jewgienij Jewtuszenko. Miał 84 lata

(wikimedia.org)

Jewtuszenko urodził się w 1933 roku w obwodzie irkuckim. Należał do pokolenia twórców i intelektualistów, którzy doszli do głosu w erze zainicjowanej przez Nikitę Chruszczowa odwilży na przełomie lat 50. i 60., nazywanych „szestidiesiatnikami”. Zadebiutował pierwszym zbiorem wierszy w 1952 roku i w tym samym roku został najmłodszym autorem przyjętym do Związku Pisarzy ZSRR.

Szerzej znany stał się po publikacji tomu poetyckiego „Trzeci śnieg”, zaatakowanego przez oficjalną krytykę, i poematu „Stacja Zima”, o wątkach autobiograficznych, głosu młodego pokolenia poszukującego wartości w postalinowskim Związku Radzieckim. Sposobem, w jaki łączył tematy osobiste ze społecznymi i nonkonformistyczną postawą, zdobywał coraz większą popularność.

 

Krytykował inwazję na Czechosłowację i Afganistan

Jako poeta Jewtuszenko łączył tradycje liryki rosyjskiej „srebrnego wieku” (przełom wieku XIX i XX) z osiągnięciami XX-wiecznej awangardy. Jak jednak sam powiedział, „poeta w Rosji jest kimś więcej niż poetą” i również on uważany był za twórcę, który odzwierciedla nastroje całego pokolenia i aktualne przemiany społeczne. Podejmował tematy niewygodne, a zarazem nie odchodził od tych oficjalnie popieranych w radzieckiej literaturze. Jednocześnie publicznie występował w obronie dysydentów, krytykował inwazję ZSRR na Czechosłowację, a później wojnę w Afganistanie.

Od lat 60. Jewtuszenko wiele podróżował za granicę, gdzie stał się nieoficjalnym przedstawicielem ZSRR okresu „odwilży”. Na Zachodzie czytał wiersze przed tłumami słuchaczy. Międzynarodową sławę przyniósł mu poemat „Babi Jar” (1961) – requiem nad masakrą Żydów dokonaną przez hitlerowców we wrześniu 1941 roku w wąwozie koło Kijowa. W ciągu dwóch dni niemieckie grupy operacyjne – tzw. Einsatzgruppen – rozstrzelały tam ponad 33 tys. ludzi. Jewtuszenko był pierwszym twórcą, który tak otwarcie poruszył w ZSRR temat Holokaustu; w Związku Radzieckim zagłada Żydów podczas II wojny światowej nie była wyróżniana spośród ogólnych ofiar ludności cywilnej.

Pisał o tym, co niejednoznaczne w historii ZSRR

 

 

W latach „pieriestrojki” Jewtuszenko stał się jednym z jej orędowników, publikował wówczas wiele artykułów publicystycznych. W prozie, którą pisał w latach 80. i 90. wciąż podejmował tematy społeczne i wątki trudnej historii swej ojczyzny w XX wieku. Od lat 90. mieszkał w USA, wykładał literaturę na tamtejszych uczelniach, jednak regularnie odwiedzał Rosję.

Dorobek literacki Jewtuszenki to około 150 książek; jego twórczość doczekała się przekładów w kilkudziesięciu językach, w tym na polski. Jewtuszenko był również scenarzystą, reżyserem, aktorem, tłumaczem i redaktorem literackim, autorem audycji radiowych i telewizyjnych.

  • Ceremonia pożegnania Jewgienija Jewtuszenki, który zmarł w sobotę w USA, odbędzie się zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Moskwie, gdzie ciało poety będzie wystawione w jednej z większych sal, by umożliwić ludziom złożenie mu hołdu – podała rodzina.

„Rozmawiałem z Maszą (Mariją Nowikową, żoną poety – PAP), która potwierdziła, że główna ceremonia pożegnania odbędzie się w Moskwie, w jednej z większych sal stolicy Rosji. Najpierw jednak odbędzie się ceremonia pożegnania w Stanach Zjednoczonych przeznaczona dla żyjących tam krewn

WP Wiadomości