Dlaczego Viktor Orban nie jest prawdziwym Polakiem


 

Jarosław Kaczyński i Viktor Orban, Fot. Joachim Brudziński/Twitter

Dlaczego Viktor Orban nie jest prawdziwym Polakiem

Dodane przez Lipinski

Opublikowano: Piątek, 17 marca 2017 o godz. 19:07:34

Partia Jarosława Kaczyńskiego, mówiąc metaforycznie, próbuje od niemieckiego hegemona uzyskać chociaż zgodę na odgrywanie „Mazurka Dąbrowskiego” podczas zwijania polskiej suwerenności. Jest to rzeczywiście pewna różnica jakościowa w stosunku do Platformy Obywatelskiej, która na tę samą okoliczność miała jedynie będącą oficjalnym hymnem UE „Odę do radości”.

 

Stosunki międzynarodowe znowu zaskoczyły rząd PiS – tak można, trawestując powiedzenie o zimie i kierowcach, określić „zdradę” premiera Węgier, od której odbiły się na forum unijnym ambitne plany Beaty Szydło i Witolda Waszczykowskiego.

Pierwsza „zdrada” Viktora Orbana to wbrew pozorom nie rozczarowanie jego nie dość pro-ukraińską postawą i gotowość do prowadzenia z Rosją interesów z korzyścią dla własnego kraju. Do tego przejdziemy za chwilę, skupmy się bowiem na przeszłości bardziej zamierzchłej.

Viktor Orban pełniąc władzę jeszcze wtedy, gdy Węgry negocjowały wstąpienie do Unii Europejskiej, publicznie narzekał na opieszałość procesu akcesyjnego, za którą winił… Polskę. „Nie będziemy się oglądać na Polskę” – mówił wówczas Orban, który manifestował odmienność sytuacji Węgier od innych środkowoeuropejskich krajów ubiegających się o członkostwo w UE. Wyraźnie sugerował on, że jego kraj wyróżnia się in plus w stosunku do „bratanków” znad Wisły.

Dzisiaj PiS – wyraźnie odżegnujący się od eurosceptyzmu i przypadkowo skojarzony z rzeczywiście dążącą do demontażu Unii francuskiej polityk Marine Le Pen – nie chce pamiętać, że Orban rzucał kłody pod nogi Warszawie, którą dziś zapewnia o przyjaźni, a wręcz sojuszu. Obecnie Orban przekonuje, że sojusz ten przetrwał próbę w postaci rozbieżności przy głosowaniu na szefa Rady Europejskiej, wygranego oczywiście przez Donalda Tuska. Zwycięstwo byłego szefa PO było bowiem od początku przesądzone.

Oczywistość, która jest wręcz oczywistą oczywistością, rzuca się w oczy wszystkim, tylko nie samemu prezesowi Kaczyńskiemu i jego akolitom. Gardłowanie o racji stanu i suwerennym głosie Polski, który został zmiażdżony stosunkiem 1:27, jest spóźnione o prawie 10 lat. Dokładnie 13 grudnia 2007 roku prezydent Lech Kaczyński podpisał Traktat Lizboński, który przewiduje głosowanie większościowe nad wyborem przewodniczącego Rady Europejskiej. 

Upór przy tak symbolicznym, zupełnie nie znaczącym stanowisku, może być tylko manifestacją zdania odrębnego, krzykiem tonącego w euro-federalizmie PiS-u, który chce utonąć przynajmniej z suwerennościowym frazesem na ustach. Przed groteskowością w tej sytuacji uchroniło prezesa Kaczyńskiego i premier Szydło jedynie wstrzymanie się przed powtórzeniem passusu z przemówienia Józefa Becka o honorze z maja 1939 roku, który jest dla Polaków wartością bezcenną w stosunkach między narodami.  

Zasób analogii wyczerpują jednak tak bezkrytyczne opieranie się o Anglosasów, jak i walka na dwa fronty z dwiema potęgami od Zachodu i Wschodu. „Polityka równowagi” Becka – jak kpił Stanisław Cat-Mackiewicz – została zrealizowana w dniu 17 września 1939 roku. Przemówienia ministra Macierewicza pełne zachwytów nad obecnością US Army w Polsce i zapewnień o tym razem trwale zagwarantowanym bezpieczeństwie przed „zagrożeniem ze Wschodu”, wypowiadane są równocześnie z frazesami o „niemieckim kandydacie Tusku” ze strony równie wysokich czynników rządowo-PiS-owskich. A więc jesteśmy na wojnie tak z Rosją, jak i Niemcami, mimo że te jeszcze nawet nie wkroczyły do Polski. 

W istocie jednak nikt do Polski nie musi wkraczać. Charakterystyka hegemonii niemieckiej w Europie, dokonana przez prezesa PiS, jest w pełni trafna. Jarosław Kaczyński publicznie daje do zrozumienia, że Polska nie ma nic do powiedzenia w UE, bo wygrywa kandydat niemiecki. Jeśli wybór „niemieckiego” Tuska był tak istotny, że należało mu przeciwdziałać, to dominacja Berlina w Europie jest pierwszym narzucającym się wnioskiem. 

Jeśli jednak sprawa wyboru Tuska była wyłącznie symboliczna, to staje na porządku dziennym pytanie, czy celem zakładanym w tej szarży od początku nie było symboliczne zamanifestowanie suwerenności. Tak przedstawiają to nie tylko medialni kibice PiS-u, ale i sam prezes Kaczyński, który witał premier Szydło na lotnisku z kwiatami i ustami pełnymi pochwał. Polskę zresztą rozczarowała nie tylko niezawodna jak zwykle Wielka Brytania, ale też właśnie równie dalekie od polityki pustych gestów Węgry. Londyn zresztą suwerenność traktuje zupełnie serio, bo właśnie wychodzi ze składu UE, a poparcie dla Tuska to zapewne jedna z ostatnich decyzji Zjednoczonego Królestwa w ramach jej struktur.  

W tym kontekście właśnie należy widzieć „zdradę” Orbana, który – jak pamiętamy – od zawsze traktował Unię jako narzędzie do realizacji własnych interesów narodowych. Unia Europejska jest dla Węgier pod przywództwem tego męża stanu jednym z narzędzi balansowania między potęgami. Tam, gdzie realnie Bruksela może zagrażać węgierskiej suwerenności, tam Orban się twardo stawia. Zarazem nie zasypia gruszek w popiele i dobija kolejnych targów z Władimirem Putinem. 

W rzeczywistości mimo braku sprzeciwu Węgier przy wyborze Tuska na szefa Rady Europejskiej, Madziarzy prowadzą dużo bardziej suwerenną politykę niż charakteryzujący się efekciarskim manifestowaniem zdania odrębnego rząd PiS. Orban nie jest głupi – nigdy zresztą nie był – i wie, że musi zapewniać Polaków o tradycyjnych więzach przyjaźni. Wie też, że PiS-owska Polska jest mu potrzebna, gdyby Bruksela przypomniała sobie o jego „dyktatorskich zapędach”. Wtedy chłopiec do bicia w postaci Polski, a nie jego własnego kraju, jest jak znalazł. 

Viktor Orban ma pełną rację w ocenie sytuacji. Postulat „madziaryzacji” polskiej polityki zagranicznej, przejawiającej się w graniu na różnych fortepianach, jest zbywany kontr-argumentem o zbyt dużych rozmiarach Polski. Węgry – zasłonięte przez pasmo Karpat – nie leżą na drodze w marszu Putina ku wybrzeżom Atlantyku. Polska zaś – wiadomo: „dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę”. I tak w koło Macieju. 

Na czym jednak polega racja Orbana? Premier Węgier wie, że to Polska jest kluczowym dla utrzymania hegemonii niemieckiej państwem w Europie Środkowej – i to właśnie ze względu na swoje rozmiary i położenie. To nie „rosyjska agresja” nadaje Polsce określoną wagę, ale kluczowe interesy Niemiec nad Wisłą. W realizację tych ostatnich Prawo i Sprawiedliwość wpisało się, opowiadając się za traktatem z Lizbony. Choć Orban również go poparł, to stara się schodzić z linii strzału Berlinowi i Brukseli, ustawiając na tym honorowym miejscu Polaków. 

Tymczasem, obóz PiS-owski, w odróżnieniu od premiera Węgier, postawił logikę stosunków międzynarodowych na głowie. Rząd PiS i premier Kaczyński stawiają wyżej gesty nad realną treść polityki. Być może właśnie dlatego Viktor Orban wie, że dla podtrzymania „sojuszu” z Warszawą wystarczą Polak i Węgier, co to dwoma są bratankami. Realnie jednak Orban nie nadstawia głowy za polskie interesy i to przecież nie dlatego, że absurdalnie sprowadzono je do głosowania przeciwko Tuskowi.  

Właśnie na poziomie gestów PiS i sprzyjające mu media musiały skapitulować. Wprawdzie 15 marca 2015 roku Kluby „Gazety Polskiej” skarciły Orbana, odwołując swój „Wielki Wyjazd na Węgry” za jego ‘pro-rosyjską politykę’, ale w tym i poprzednim roku z podkulonym ogonem posłusznie wróciły nad Dunaj, fetując przywódcę realnie zabiegającego o suwerenność swojego kraju. W międzyczasie, rzecz jasna, Orban nie zmienił swojej postawy ani o jotę.

Przy całej palecie kuriozów, jakie powstały w ramach interpretacji i objaśniania reguł polityki międzynarodowej w obozie „Gazety Polskiej”, tutaj wyjątkowo jego przedstawiciele mają rację. Nad Dunajem rzeczywiście rządzi polityk przywiązany do suwerenności swojego narodu, czego nie można powiedzieć o jego odpowiednikach znad Wisły. Tymczasem, poparcie Orbana na poziomie gestów dla Polski realnie nic nie kosztuje, robi on to wyłącznie wtedy, gdy Bruksela smaga Warszawę i Budapeszt za „łamanie zasad demokracji”. Takiej suwerennościowej polityce mogliby rzeczywiście sekundować gazetopolacy, ale nie zrobią tego z uwagi na sięganie przez Orbana do instrumentów, których używanie nie przystoi prawdziwemu patriocie. Co wolno Madziarowi, to nie Polakowi – chciałoby się podsumować. Wyjazdy Klubów „GP” na Węgry lepiej zaś by było zastąpić wyjazdami do Kijowa, bo tam przynajmniej ich uczestnicy znajdą pełne zrozumienie.  

Przy tym wszystkim sam bilans polityki na forum unijnym wypada korzystniej właśnie dla Orbana, a nie dla Kaczyńskiego, Szydło i Waszczykowskiego. Z bicia piany na szczycie w Brukseli prezes Kaczyński wyciągnął jedynie oczywisty wniosek, że UE to narzędzie hegemonii Niemiec. Tuż po szczycie zapewnia on jednak, że PiS nie jest partią eurosceptyczną i by, broń Boże, nie kojarzyć go z Marine Le Pen. Z tego całego zadęcia nie wynika jednak w praktyce zupełnie nic. Wbrew oskarżeniom obozu liberalnego w Polsce, z którym Kaczyński okłada się nawzajem Putinem, PiS nie realizuje bezmyślnymi szarżami w UE scenariusza rosyjskiego. Partia Jarosława Kaczyńskiego, mówiąc metaforycznie, próbuje od niemieckiego hegemona uzyskać chociaż zgodę na odgrywanie „Mazurka Dąbrowskiego” podczas zwijania polskiej suwerenności. Jest to rzeczywiście pewna różnica jakościowa w stosunku do Platformy Obywatelskiej, która na tę samą okoliczność miała jedynie będącą oficjalnym hymnem UE „Odę do radości”.

Orban tymczasem puste gesty zastępuje realną polityką, angażuje siły tam, gdzie stawka jest tego warta i gdzie są szanse na zwycięstwo. Zabrakło tego w przypadku polskiego sprzeciwu wobec kandydatury Tuska i to nie tylko dlatego, że nie poprzedzono postawy Warszawy na szczycie w Brukseli żadną kampanią agitacyjną w unijnych stolicach. Premier Węgier zdaje sobie sprawę z tego, co nie dociera do gorących głów polskich decydentów – to nie retoryka, ale przede wszystkim pragmatyka polityczna daje efekty. Orban uznał, że wspieranie Warszawy nie tylko da pretekst Brukseli do oskarżania go, że zawiązał stały sojusz wymierzony w „jedność Europy” i że obrona „niedemokratycznego” dorobku jego rządów jest w istocie wymierzona w samą Unię. Węgierski polityk przede wszystkim realnie ocenił sytuację, w której walka z Tuskiem nie była warta świeczki. Zresztą, przeszłość polityczna Orbana to właśnie kurs na zbliżenie i szybkie wejście do Unii Europejskiej, nawet jeśli przyspieszenie to miałoby się dokonać kosztem Polski, o czym mowa była na początku. Jedyna mająca ręce i nogi i konsekwentna krytyka Orbana płynie zaś od prawicowej opozycji z Jobbiku, który z zasady kontestuje sens przynależności do UE. Tymczasem, Orban, który UE nie kontestuje, realizuje pomysł na przynależność do Wspólnoty, którego nie umie z kolei wcielić w życie PiS, choć prezes Kaczyński stara się jak może.

Zarazem Orban jest gotowy na ewentualne okoliczności po nadchodzących wyborach w krajach Europy Zachodniej i zwycięstwo tamtejszych sił eurosceptycznych – na czele z Marine Le Pen z Francji, z którą PiS nie chce mieć z kolei nic wspólnego. Prawo i Sprawiedliwość panicznie lęka się sytuacji, w której stosunki z Rosją będą zależeć tylko i wyłącznie od Warszawy, stąd należy wyciągnąć wniosek, że faktyczna zgoda na hegemonię niemiecką ma w PiS-ie wymiar antyrosyjski

Właśnie powyższym można tłumaczyć strach polskiego rządu przed bezprecedensowym do tej pory Brexitem, a potem snute przez ministra Macierewicza plany dwustronnego traktatu obronnego z konfrontacyjną wobec Rosji Wielką Brytanią. Nawiasem mówiąc, szkoda papieru na nowy traktat, lepiej by było nadać moc udzielonym już raz gwarancjom z 1939 i wyszłoby na to samo. Jakikolwiek sojusz z Brytyjczykami jest bowiem większym zagrożeniem dla Polski, niż wygrana gotowej do ułożenia stosunków z Rosją francuskiej nacjonalistki Marine Le Pen. Z drugiej strony – już tylko „jedność Unii” gwarantuje tak pożądane przez PiS antyrosyjskie stanowisko Wspólnoty. PiS próbuje być antyrosyjski z jednej strony, a suwerenny w ramach UE z drugiej. Problem w tym, że to właśnie ograniczona suwerenność krajów takich jak Polska jest warunkiem jedności UE. Wybór Tuska na wyraźne życzenie Niemiec jest tylko wierzchołkiem góry lodowej, którą zdaje się dostrzega tak Marine Le Pen, jak i sam Jarosław Kaczyński. Różnica polega jednak na tym, że prezes PiS nie wyciąga z tego właściwie żadnych wniosków. Należy wierzyć Jarosławowi Kaczyńskiemu na słowo, gdy przekonuje, iż PiS nie jest partią eurosceptyczną. To prawda – nie jest i nigdy nie był, dlatego walka z Tuskiem na forum unijnym to średnio udane widowisko, w którym zwalczają się dwie frakcje tego samego obozu.

Orban natomiast nadał swojemu krajowi zdolność do obrotowej polityki zagranicznej na każdą ewentualność, nie sprzeciwiając się z jednej strony sankcjom nałożonym na Rosję, ale z drugiej – łagodząc ich polityczne skutki na wszystkie możliwe sposoby. Cóż, można się łudzić, że gdyby Lech Kaczyński w Tbilisi wymienił Węgry jako kolejny obiekt rosyjskiej agresji, to Orban by wiedział, w jakie tarapaty się pakuje. A tak na odcinku rosyjskim premier Węgier realizuje politykę, której nie powstydziłby się nawet uznawany za „prorosyjski” nacjonalistyczny Jobbik. Jak żyć?

Rozczarowanie Orbanem to jednak kolejna odsłona choroby już dawno zdiagnozowanej. Prowadzenie spraw międzynarodowych przez rządy polskie rzadko kiedy ma coś wspólnego z polityką. Jest to konglomerat 1) świadczenia pomocy humanitarnej – mylnie utożsamianego z polityką właśnie (Polacy na Kresach); 2) bezwarunkowego popierania krajów skonfliktowanych lub bojących się Rosji (Ukraina, Litwa); 3) napinania cudzych muskułów jako ekwiwalentu bezpieczeństwa własnego (wojska USA w Polsce); 4) rozdzierania szat jako synonimu suwerenności (Polska na forum UE); 5) dawania wiary przyjacielskiemu poklepywaniu po plecach – pozbawionemu realnej treści i będącemu surogatem sojuszu (stosunki z Budapesztem).   

Oczywiście, Orban był pod silną presją, przeprosił Polaków itd. – takie tłumaczenia jego postępowania słyszymy. Zresztą, w mediach sprzyjających PiS-owi Orban jest zazwyczaj przedstawiany jako mąż stanu, ale tylko do momentu podejmowania przez niego realnych działań. Wtedy ma on wizerunek albo polityka bezradnego (szczyt UE), ale źle oceniającego sytuację („zagrożenie ze Wschodu”). Cóż, widocznie za rzadko wsłuchiwał się w głos słynącego ze skuteczności prezesa Kaczyńskiego, co daje mu pewną szansę na poprawę swojego zachowania.

Najbardziej znamienne są jednak interpretacje postawy polskiej dyplomacji przez obóz rządzący i jego medialnych sekundantów. Polska bowiem rzekomo „zamanifestowała suwerenność” na szczycie UE. Tego typu „manifestacje” są rzeczywiście jedyną alternatywą dla polityki zagranicznej prowadzonej po orbanowsku. Oby nie musiało upłynąć wiele wody w Dunaju, byśmy wreszcie doczekali się Budapesztu nad Wisłą. Inaczej zostanie nam już tylko honor.   

Tomasz Jasiński