Koniec z dominacją Niemców na polskim rynku medialnym


niezalezna.pl - strefa wolnego słowa

 

18 marca 2017

 

​Jeszcze tylko kilka miesięcy. I koniec z dominacją Niemców na polskim rynku medialnym

 

Dodano: 18.03.2017 [22:11]

​Jeszcze tylko kilka miesięcy. I koniec z dominacją Niemców na polskim rynku medialnym - niezalezna.pl

foto: Filip Błażejowski/Gazeta Polska

Do wakacji resort kultury powinien przedstawić projekt ustawy, który będzie regulował polski rynek medialny i określał m.in. poziom udziałów, jaki zagraniczne koncerny będą mogły mieć w polskich mediach. Tak wynika z deklaracji wiceministra kultury Jarosława Sellina.
Sellin, który był gościem „Wiadomości” TVP oraz TVP Info, przekonywał, że żaden duży kraj Unii Europejskiej nie pozwoliłby sobie na taką dominację kapitału zagranicznego w mediach, jak to ma miejsce w Polsce. Zwłaszcza – dodał – że jest to kapitał z jednego kraju: Niemiec.

To jest oczywiście sytuacja niezdrowa i uważam, że należy stopniowo doprowadzić do tego, aby tak nie było

– mówił, określając obecną sytuację słowem „patologia”.
Wiceminister kultury przekonywał, że trzeba to zmienić, bo media „to biznes, w którym się produkuje treść informacyjną i ideową”. 

Moim zdaniem nie może być tak, i te duże kraje Unii Europejskiej to rozumieją, że ta przestrzeń bardzo delikatnego biznesu jest w rękach kapitału nie narodowego

– powiedział. – Dotykamy tu bowiem bardzo delikatnej kwestii idei, informacji i wolności słowa – dodał.
Znaczenie tego problemu pokazuje m.in. niedawny list prezesa koncernu Ringer Axel Springer do dziennikarzy tych mediów w naszym kraju, który to list – zdaniem Sellina – jest przejawem ingerencji z zagranicy w wolność słowa w Polsce.
Sellin przekonywał, że „najpoważniejszym problemem jest segment prasy regionalnej i lokalnej”. 

Tutaj wszystkie analizy pokazują, że ten segment, jeśli chodzi o ilość nakładu poszczególnych tytułów, jest bardzo silnie zdominowany przez trzy konkretne koncerny medialne z konkretnego kraju, z Niemiec, i to jest absolutnie niezdrowa sytuacja, która nie występuje w żadnym innym kraju Unii Europejskiej, mimo zasady wolnego przepływu kapitału

– podkreślał.
W niektórych krajach UE – dodał – postawiona jest nawet granica 15 proc. udziału w rynku, tymczasem w Polsce „zsumowane te trzy koncerny niemieckie w prasie regionalnej czy lokalnej mają pod 90 procent, a pojedynczo je rozbijając, po 30-40 procent”.
Pytany, czy w takim razie rząd będzie chciał jakoś zmusić zagranicznych właścicieli, by pozbyli się swoich udziałów w mediach, powiedział, że przede wszystkim „trzeba zbudować właściwą bazę legislacyjną, by w przyszłości takie sytuacje nie miały miejsca”. – Natomiast w stosunku do tego, co jest teraz, czekać na właściwe sytuacje i właściwe okazje – wyjaśniał. – Tak jak to było w przypadku banków, że gdy okazje się pojawiły, wykupiono istotną część segmentu bankowego, należącego do kapitału zagranicznego – powiedział.
Dodał, że to rozbijanie nadmiernej koncentracji nie będzie polegało na tym, że określone koncerny czy tytuły polskie będą przejmować określone zagraniczne. – To będzie jakaś gra wolnorynkowa, może jakiś przetarg – mówił.
Dopytywany, czy na pewno nie będzie ustawowego wymuszania pozbycia się udziałów, Sellin odpowiedział, że lepiej, gdyby to był proces dobrowolny. 

Ale jeżeli uznamy, że jakieś mechanizmy przyspieszające ten proces nie są narażone na zarzuty łamania prawa unijnego, to i takiego scenariusza byśmy nie wykluczali

– zastrzegł.
Na razie – dodał – w resorcie kultury i dziedzictwa narodowego przeprowadzana jest analiza prawodawstwa innych krajów oraz całej Unii pod kątem zapisów antykoncentracyjnych. Nie jest więc jeszcze znany np. poziom procentowy udziału w rynku, który będzie wpisany do polskiego projektu. Wiceminister kultury zapewniał, że przygotowywany projekt będzie „zgodny zarówno z prawem polskim, jak i z prawem UE”.

Przyznaje się, że chcieliśmy nad tym pracować spokojnie, by taki dobrze przygotowany projekt ustawy był gotowy na koniec tego roku, ale w związku z tymi wydarzeniami, które mają miejsce, chyba te prace przyspieszymy i myślę, że do wakacji już gotowy projekt ustawy przedstawimy

– odpowiedział, pytany o terminy.

Autor: plk

Źródło: niezalezna.pl, PAP, TVP Info

Przerażenie na Czerskiej


 

wPolityce.pl

 

Przerażenie na Czerskiej! Zmartwieni urojoną wizją Polexitu Biedroń, Frasyniuk i Michnik wzywają do manifestacji. „Rząd niszczy europejską przyszłość Polski”

opublikowano: wczoraj · aktualizacja: wczoraj

autor: fot. Fratriaautor: fot. Fratria

 

Traktaty rzymskie dały początek zjednoczonej Europie. Pozwoliły podnieść się jej po wojnie. Dziś również potrzebujemy Europy. I ona nas potrzebuje. Polska będzie w Unii albo Nigdzie

—czytamy w histerycznym manifeście zamieszczonym w „Gazecie Wyborczej”. Na Czerskiej biją na alarm, zły rząd PiS chce wyprowadzić Polskę z Unii Europejskiej.

Unia Europejska to spełnienie marzenia pokoleń Polek i Polaków o wspólnocie. Po latach walki o wolność i przymusowej izolacji wybraliśmy wolność i rozwój, otwartość i praworządność, równość i sprawiedliwość społeczną. Czyli Europę. Dziś musimy to głośno potwierdzić

— donoszą autorzy ociekającego patosem tekstu.

Znamienne jest, że pod płaczliwym listem podpisały się osoby, które od przeszło roku przekonują Polaków, że to koniec Polski w Unii Europejskiej. I tak wśród przerażonych urojoną wizją Polexitu znaleźli się m.in. Robert Biedroń, Władysław Frasyniuk, Agnieszka Holland, Krystyna Janda, Adam Michnik, Joanna Mucha, Ryszard Petru, Ruża Thun, Jadwiga Staniszkis.

Rząd niweczy nasze spełnione marzenie. Niszczy europejską przyszłość Polski. Przypomnijmy Europie i światu, że Europę chcemy współtworzyć. Nie pozwolimy się z niej wyprowadzić. Bije nam dzwon. Dziś stawką jest nasze miejsce w świecie. Europa nam odjedzie, jeśli na to pozwolimy. Zgubimy cywilizacyjną szansę

—przekonuje „Wyborcza”.

Przerażenie wyżej podpisanych jest tak silne, że wzywają do wzięcia udziału w manifestacji w dzień rocznicy podpisania traktatów rzymskich.

Przyjdźmy w sobotę 25 marca 2017 r. o godzinie 12.00 0 w historyczny dzień, 60. rocznicę podpisania traktatów rzymskich – na plac na Rozdrożu w Warszawie.

Czytaj dalej na następnej stronie ===>

12

następna strona »

Zdjęcie Kronika kłamliwej histerii

autor: Kronika kłamliwej histerii

Kronika kłamliwej histerii wymierzonej w demokratycznie wybrane władze RP. Kronika kła

Dlaczego Viktor Orban nie jest prawdziwym Polakiem


 

Jarosław Kaczyński i Viktor Orban, Fot. Joachim Brudziński/Twitter

Dlaczego Viktor Orban nie jest prawdziwym Polakiem

Dodane przez Lipinski

Opublikowano: Piątek, 17 marca 2017 o godz. 19:07:34

Partia Jarosława Kaczyńskiego, mówiąc metaforycznie, próbuje od niemieckiego hegemona uzyskać chociaż zgodę na odgrywanie „Mazurka Dąbrowskiego” podczas zwijania polskiej suwerenności. Jest to rzeczywiście pewna różnica jakościowa w stosunku do Platformy Obywatelskiej, która na tę samą okoliczność miała jedynie będącą oficjalnym hymnem UE „Odę do radości”.

 

Stosunki międzynarodowe znowu zaskoczyły rząd PiS – tak można, trawestując powiedzenie o zimie i kierowcach, określić „zdradę” premiera Węgier, od której odbiły się na forum unijnym ambitne plany Beaty Szydło i Witolda Waszczykowskiego.

Pierwsza „zdrada” Viktora Orbana to wbrew pozorom nie rozczarowanie jego nie dość pro-ukraińską postawą i gotowość do prowadzenia z Rosją interesów z korzyścią dla własnego kraju. Do tego przejdziemy za chwilę, skupmy się bowiem na przeszłości bardziej zamierzchłej.

Viktor Orban pełniąc władzę jeszcze wtedy, gdy Węgry negocjowały wstąpienie do Unii Europejskiej, publicznie narzekał na opieszałość procesu akcesyjnego, za którą winił… Polskę. „Nie będziemy się oglądać na Polskę” – mówił wówczas Orban, który manifestował odmienność sytuacji Węgier od innych środkowoeuropejskich krajów ubiegających się o członkostwo w UE. Wyraźnie sugerował on, że jego kraj wyróżnia się in plus w stosunku do „bratanków” znad Wisły.

Dzisiaj PiS – wyraźnie odżegnujący się od eurosceptyzmu i przypadkowo skojarzony z rzeczywiście dążącą do demontażu Unii francuskiej polityk Marine Le Pen – nie chce pamiętać, że Orban rzucał kłody pod nogi Warszawie, którą dziś zapewnia o przyjaźni, a wręcz sojuszu. Obecnie Orban przekonuje, że sojusz ten przetrwał próbę w postaci rozbieżności przy głosowaniu na szefa Rady Europejskiej, wygranego oczywiście przez Donalda Tuska. Zwycięstwo byłego szefa PO było bowiem od początku przesądzone.

Oczywistość, która jest wręcz oczywistą oczywistością, rzuca się w oczy wszystkim, tylko nie samemu prezesowi Kaczyńskiemu i jego akolitom. Gardłowanie o racji stanu i suwerennym głosie Polski, który został zmiażdżony stosunkiem 1:27, jest spóźnione o prawie 10 lat. Dokładnie 13 grudnia 2007 roku prezydent Lech Kaczyński podpisał Traktat Lizboński, który przewiduje głosowanie większościowe nad wyborem przewodniczącego Rady Europejskiej. 

Upór przy tak symbolicznym, zupełnie nie znaczącym stanowisku, może być tylko manifestacją zdania odrębnego, krzykiem tonącego w euro-federalizmie PiS-u, który chce utonąć przynajmniej z suwerennościowym frazesem na ustach. Przed groteskowością w tej sytuacji uchroniło prezesa Kaczyńskiego i premier Szydło jedynie wstrzymanie się przed powtórzeniem passusu z przemówienia Józefa Becka o honorze z maja 1939 roku, który jest dla Polaków wartością bezcenną w stosunkach między narodami.  

Zasób analogii wyczerpują jednak tak bezkrytyczne opieranie się o Anglosasów, jak i walka na dwa fronty z dwiema potęgami od Zachodu i Wschodu. „Polityka równowagi” Becka – jak kpił Stanisław Cat-Mackiewicz – została zrealizowana w dniu 17 września 1939 roku. Przemówienia ministra Macierewicza pełne zachwytów nad obecnością US Army w Polsce i zapewnień o tym razem trwale zagwarantowanym bezpieczeństwie przed „zagrożeniem ze Wschodu”, wypowiadane są równocześnie z frazesami o „niemieckim kandydacie Tusku” ze strony równie wysokich czynników rządowo-PiS-owskich. A więc jesteśmy na wojnie tak z Rosją, jak i Niemcami, mimo że te jeszcze nawet nie wkroczyły do Polski. 

W istocie jednak nikt do Polski nie musi wkraczać. Charakterystyka hegemonii niemieckiej w Europie, dokonana przez prezesa PiS, jest w pełni trafna. Jarosław Kaczyński publicznie daje do zrozumienia, że Polska nie ma nic do powiedzenia w UE, bo wygrywa kandydat niemiecki. Jeśli wybór „niemieckiego” Tuska był tak istotny, że należało mu przeciwdziałać, to dominacja Berlina w Europie jest pierwszym narzucającym się wnioskiem. 

Jeśli jednak sprawa wyboru Tuska była wyłącznie symboliczna, to staje na porządku dziennym pytanie, czy celem zakładanym w tej szarży od początku nie było symboliczne zamanifestowanie suwerenności. Tak przedstawiają to nie tylko medialni kibice PiS-u, ale i sam prezes Kaczyński, który witał premier Szydło na lotnisku z kwiatami i ustami pełnymi pochwał. Polskę zresztą rozczarowała nie tylko niezawodna jak zwykle Wielka Brytania, ale też właśnie równie dalekie od polityki pustych gestów Węgry. Londyn zresztą suwerenność traktuje zupełnie serio, bo właśnie wychodzi ze składu UE, a poparcie dla Tuska to zapewne jedna z ostatnich decyzji Zjednoczonego Królestwa w ramach jej struktur.  

W tym kontekście właśnie należy widzieć „zdradę” Orbana, który – jak pamiętamy – od zawsze traktował Unię jako narzędzie do realizacji własnych interesów narodowych. Unia Europejska jest dla Węgier pod przywództwem tego męża stanu jednym z narzędzi balansowania między potęgami. Tam, gdzie realnie Bruksela może zagrażać węgierskiej suwerenności, tam Orban się twardo stawia. Zarazem nie zasypia gruszek w popiele i dobija kolejnych targów z Władimirem Putinem. 

W rzeczywistości mimo braku sprzeciwu Węgier przy wyborze Tuska na szefa Rady Europejskiej, Madziarzy prowadzą dużo bardziej suwerenną politykę niż charakteryzujący się efekciarskim manifestowaniem zdania odrębnego rząd PiS. Orban nie jest głupi – nigdy zresztą nie był – i wie, że musi zapewniać Polaków o tradycyjnych więzach przyjaźni. Wie też, że PiS-owska Polska jest mu potrzebna, gdyby Bruksela przypomniała sobie o jego „dyktatorskich zapędach”. Wtedy chłopiec do bicia w postaci Polski, a nie jego własnego kraju, jest jak znalazł. 

Viktor Orban ma pełną rację w ocenie sytuacji. Postulat „madziaryzacji” polskiej polityki zagranicznej, przejawiającej się w graniu na różnych fortepianach, jest zbywany kontr-argumentem o zbyt dużych rozmiarach Polski. Węgry – zasłonięte przez pasmo Karpat – nie leżą na drodze w marszu Putina ku wybrzeżom Atlantyku. Polska zaś – wiadomo: „dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze Państwa Bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę”. I tak w koło Macieju. 

Na czym jednak polega racja Orbana? Premier Węgier wie, że to Polska jest kluczowym dla utrzymania hegemonii niemieckiej państwem w Europie Środkowej – i to właśnie ze względu na swoje rozmiary i położenie. To nie „rosyjska agresja” nadaje Polsce określoną wagę, ale kluczowe interesy Niemiec nad Wisłą. W realizację tych ostatnich Prawo i Sprawiedliwość wpisało się, opowiadając się za traktatem z Lizbony. Choć Orban również go poparł, to stara się schodzić z linii strzału Berlinowi i Brukseli, ustawiając na tym honorowym miejscu Polaków. 

Tymczasem, obóz PiS-owski, w odróżnieniu od premiera Węgier, postawił logikę stosunków międzynarodowych na głowie. Rząd PiS i premier Kaczyński stawiają wyżej gesty nad realną treść polityki. Być może właśnie dlatego Viktor Orban wie, że dla podtrzymania „sojuszu” z Warszawą wystarczą Polak i Węgier, co to dwoma są bratankami. Realnie jednak Orban nie nadstawia głowy za polskie interesy i to przecież nie dlatego, że absurdalnie sprowadzono je do głosowania przeciwko Tuskowi.  

Właśnie na poziomie gestów PiS i sprzyjające mu media musiały skapitulować. Wprawdzie 15 marca 2015 roku Kluby „Gazety Polskiej” skarciły Orbana, odwołując swój „Wielki Wyjazd na Węgry” za jego ‘pro-rosyjską politykę’, ale w tym i poprzednim roku z podkulonym ogonem posłusznie wróciły nad Dunaj, fetując przywódcę realnie zabiegającego o suwerenność swojego kraju. W międzyczasie, rzecz jasna, Orban nie zmienił swojej postawy ani o jotę.

Przy całej palecie kuriozów, jakie powstały w ramach interpretacji i objaśniania reguł polityki międzynarodowej w obozie „Gazety Polskiej”, tutaj wyjątkowo jego przedstawiciele mają rację. Nad Dunajem rzeczywiście rządzi polityk przywiązany do suwerenności swojego narodu, czego nie można powiedzieć o jego odpowiednikach znad Wisły. Tymczasem, poparcie Orbana na poziomie gestów dla Polski realnie nic nie kosztuje, robi on to wyłącznie wtedy, gdy Bruksela smaga Warszawę i Budapeszt za „łamanie zasad demokracji”. Takiej suwerennościowej polityce mogliby rzeczywiście sekundować gazetopolacy, ale nie zrobią tego z uwagi na sięganie przez Orbana do instrumentów, których używanie nie przystoi prawdziwemu patriocie. Co wolno Madziarowi, to nie Polakowi – chciałoby się podsumować. Wyjazdy Klubów „GP” na Węgry lepiej zaś by było zastąpić wyjazdami do Kijowa, bo tam przynajmniej ich uczestnicy znajdą pełne zrozumienie.  

Przy tym wszystkim sam bilans polityki na forum unijnym wypada korzystniej właśnie dla Orbana, a nie dla Kaczyńskiego, Szydło i Waszczykowskiego. Z bicia piany na szczycie w Brukseli prezes Kaczyński wyciągnął jedynie oczywisty wniosek, że UE to narzędzie hegemonii Niemiec. Tuż po szczycie zapewnia on jednak, że PiS nie jest partią eurosceptyczną i by, broń Boże, nie kojarzyć go z Marine Le Pen. Z tego całego zadęcia nie wynika jednak w praktyce zupełnie nic. Wbrew oskarżeniom obozu liberalnego w Polsce, z którym Kaczyński okłada się nawzajem Putinem, PiS nie realizuje bezmyślnymi szarżami w UE scenariusza rosyjskiego. Partia Jarosława Kaczyńskiego, mówiąc metaforycznie, próbuje od niemieckiego hegemona uzyskać chociaż zgodę na odgrywanie „Mazurka Dąbrowskiego” podczas zwijania polskiej suwerenności. Jest to rzeczywiście pewna różnica jakościowa w stosunku do Platformy Obywatelskiej, która na tę samą okoliczność miała jedynie będącą oficjalnym hymnem UE „Odę do radości”.

Orban tymczasem puste gesty zastępuje realną polityką, angażuje siły tam, gdzie stawka jest tego warta i gdzie są szanse na zwycięstwo. Zabrakło tego w przypadku polskiego sprzeciwu wobec kandydatury Tuska i to nie tylko dlatego, że nie poprzedzono postawy Warszawy na szczycie w Brukseli żadną kampanią agitacyjną w unijnych stolicach. Premier Węgier zdaje sobie sprawę z tego, co nie dociera do gorących głów polskich decydentów – to nie retoryka, ale przede wszystkim pragmatyka polityczna daje efekty. Orban uznał, że wspieranie Warszawy nie tylko da pretekst Brukseli do oskarżania go, że zawiązał stały sojusz wymierzony w „jedność Europy” i że obrona „niedemokratycznego” dorobku jego rządów jest w istocie wymierzona w samą Unię. Węgierski polityk przede wszystkim realnie ocenił sytuację, w której walka z Tuskiem nie była warta świeczki. Zresztą, przeszłość polityczna Orbana to właśnie kurs na zbliżenie i szybkie wejście do Unii Europejskiej, nawet jeśli przyspieszenie to miałoby się dokonać kosztem Polski, o czym mowa była na początku. Jedyna mająca ręce i nogi i konsekwentna krytyka Orbana płynie zaś od prawicowej opozycji z Jobbiku, który z zasady kontestuje sens przynależności do UE. Tymczasem, Orban, który UE nie kontestuje, realizuje pomysł na przynależność do Wspólnoty, którego nie umie z kolei wcielić w życie PiS, choć prezes Kaczyński stara się jak może.

Zarazem Orban jest gotowy na ewentualne okoliczności po nadchodzących wyborach w krajach Europy Zachodniej i zwycięstwo tamtejszych sił eurosceptycznych – na czele z Marine Le Pen z Francji, z którą PiS nie chce mieć z kolei nic wspólnego. Prawo i Sprawiedliwość panicznie lęka się sytuacji, w której stosunki z Rosją będą zależeć tylko i wyłącznie od Warszawy, stąd należy wyciągnąć wniosek, że faktyczna zgoda na hegemonię niemiecką ma w PiS-ie wymiar antyrosyjski

Właśnie powyższym można tłumaczyć strach polskiego rządu przed bezprecedensowym do tej pory Brexitem, a potem snute przez ministra Macierewicza plany dwustronnego traktatu obronnego z konfrontacyjną wobec Rosji Wielką Brytanią. Nawiasem mówiąc, szkoda papieru na nowy traktat, lepiej by było nadać moc udzielonym już raz gwarancjom z 1939 i wyszłoby na to samo. Jakikolwiek sojusz z Brytyjczykami jest bowiem większym zagrożeniem dla Polski, niż wygrana gotowej do ułożenia stosunków z Rosją francuskiej nacjonalistki Marine Le Pen. Z drugiej strony – już tylko „jedność Unii” gwarantuje tak pożądane przez PiS antyrosyjskie stanowisko Wspólnoty. PiS próbuje być antyrosyjski z jednej strony, a suwerenny w ramach UE z drugiej. Problem w tym, że to właśnie ograniczona suwerenność krajów takich jak Polska jest warunkiem jedności UE. Wybór Tuska na wyraźne życzenie Niemiec jest tylko wierzchołkiem góry lodowej, którą zdaje się dostrzega tak Marine Le Pen, jak i sam Jarosław Kaczyński. Różnica polega jednak na tym, że prezes PiS nie wyciąga z tego właściwie żadnych wniosków. Należy wierzyć Jarosławowi Kaczyńskiemu na słowo, gdy przekonuje, iż PiS nie jest partią eurosceptyczną. To prawda – nie jest i nigdy nie był, dlatego walka z Tuskiem na forum unijnym to średnio udane widowisko, w którym zwalczają się dwie frakcje tego samego obozu.

Orban natomiast nadał swojemu krajowi zdolność do obrotowej polityki zagranicznej na każdą ewentualność, nie sprzeciwiając się z jednej strony sankcjom nałożonym na Rosję, ale z drugiej – łagodząc ich polityczne skutki na wszystkie możliwe sposoby. Cóż, można się łudzić, że gdyby Lech Kaczyński w Tbilisi wymienił Węgry jako kolejny obiekt rosyjskiej agresji, to Orban by wiedział, w jakie tarapaty się pakuje. A tak na odcinku rosyjskim premier Węgier realizuje politykę, której nie powstydziłby się nawet uznawany za „prorosyjski” nacjonalistyczny Jobbik. Jak żyć?

Rozczarowanie Orbanem to jednak kolejna odsłona choroby już dawno zdiagnozowanej. Prowadzenie spraw międzynarodowych przez rządy polskie rzadko kiedy ma coś wspólnego z polityką. Jest to konglomerat 1) świadczenia pomocy humanitarnej – mylnie utożsamianego z polityką właśnie (Polacy na Kresach); 2) bezwarunkowego popierania krajów skonfliktowanych lub bojących się Rosji (Ukraina, Litwa); 3) napinania cudzych muskułów jako ekwiwalentu bezpieczeństwa własnego (wojska USA w Polsce); 4) rozdzierania szat jako synonimu suwerenności (Polska na forum UE); 5) dawania wiary przyjacielskiemu poklepywaniu po plecach – pozbawionemu realnej treści i będącemu surogatem sojuszu (stosunki z Budapesztem).   

Oczywiście, Orban był pod silną presją, przeprosił Polaków itd. – takie tłumaczenia jego postępowania słyszymy. Zresztą, w mediach sprzyjających PiS-owi Orban jest zazwyczaj przedstawiany jako mąż stanu, ale tylko do momentu podejmowania przez niego realnych działań. Wtedy ma on wizerunek albo polityka bezradnego (szczyt UE), ale źle oceniającego sytuację („zagrożenie ze Wschodu”). Cóż, widocznie za rzadko wsłuchiwał się w głos słynącego ze skuteczności prezesa Kaczyńskiego, co daje mu pewną szansę na poprawę swojego zachowania.

Najbardziej znamienne są jednak interpretacje postawy polskiej dyplomacji przez obóz rządzący i jego medialnych sekundantów. Polska bowiem rzekomo „zamanifestowała suwerenność” na szczycie UE. Tego typu „manifestacje” są rzeczywiście jedyną alternatywą dla polityki zagranicznej prowadzonej po orbanowsku. Oby nie musiało upłynąć wiele wody w Dunaju, byśmy wreszcie doczekali się Budapesztu nad Wisłą. Inaczej zostanie nam już tylko honor.   

Tomasz Jasiński

ONR i MW pikietowali przeciw ukrainizacji polskiego rynku pracy


 

Foto: youtube.com

ONR i MW pikietowali przeciw ukrainizacji polskiego rynku pracy

Dodane przez Lipinski

Opublikowano: Sobota, 18 marca 2017 o godz. 15:03:12

Na transparentach można było przeczytać: „Polityka imigracyjna PiS wypycha Polaków za granicę” i „Zamiast zwiększyć imigrację, trzeba zmniejszyć biurokrację”. Skandowano również hasła: „PiS, PO jedno zło”; „Godna płaca dla Polaka”.

 

Manifestacja odbyła się pod kancelarią premier Beaty Szydło. Obóz Narodowo-Radykalny i Młodzież Wszechpolska protestowały przeciw wschodniej polityce imigracyjnej rządu i przyjazdom Ukraińców do Polski.

Wypowiadając się o polityce PiS rzecznik prasowy ONR Tomasz Kalinowski stwierdził: Naszym zdaniem jest to kontynuacja polityki Platformy Obywatelskiej (…). W 2016 r. przybyło do Polski ponad milion Ukraińców. Zdaniem ONR, mamy do czynienia z postępującą ukrainizacją polskiego rynku pracy. Dodał także, że przez działania rządu pracodawcy mogą zastępować polskich pracowników Ukraińcami, godzącymi się na niższe pensje, co wypycha Polaków na Zachód. ONR podkreśla, że protest zorganizowany jest przeciw polityce rządowej, a nie konkretnej nacji.

CZYTAJ TAKŻE:
Ukrainizacja polskiego rynku pracy jest nieunikniona? „Jesteśmy nakierowywani na gospodarczą zapaść”
Dr Cezary Mech dla Kresów.pl: Ukraińcy obniżają Polakom wynagrodzenia i zmuszają ich do emigracji

Rzecznik MW Mateusz Pławski stwierdził z kolei, że sprowadzanie tutaj Ukraińców leży w interesie obcych korporacji, nie zaś w interesie narodu polskiego. Zapowiedział, że MW rozpocznie niebawem akcję monitorowania i nagłaśniania skandalicznych przypadków związanych ze sprowadzaniem i faworyzowaniem na rynku pracy czy na uczelniach mniejszości ukraińskiej w Polsce.

kresy.pl / polsatnews.com

Kukiz: Niemcy planują wysyłanie do Polski „uchodźców”, których nie są w stanie zweryfikować


 

Paweł Kukiz. Fot. flickr.com

Kukiz: Niemcy planują wysyłanie do Polski „uchodźców”, których nie są w stanie zweryfikować

Dodane przez Lipinski

Opublikowano: Sobota, 18 marca 2017 o godz. 22:10:57

Paweł Kukiz, w kontekście incydentu na lotnisku Orly pod Paryżem napisał o planach Niemców dot. migrantów. Podkreślił, że wie o nich „z pewnych źródeł”.

 

Paweł Kukiz w kontekście incydentu, do którego doszło na lotnisku Orly pod Paryżem, zapowiedział wznowienie zbiórki podpisów „pod referendum w sprawie nieprzyjmowania tzw. „uchodźców””. Jak na razie zebrano 350 tys. podpisów z 500 tys. koniecznych do złożenia wniosku w Sejmie. Kukiz zwrócił przy tym uwagę na plany Niemiec względem Polski ws. migrantów:

– Wiem z PEWNYCH źródeł, że Niemcy planują wysyłanie do państw postkomunistycznych (w tym Polski) tych „uchodźców”, których nie są w stanie zweryfikować.

PRZECZYTAJ: Niemcy mają dość uchodźców z Polski

– Była chwila spokoju więc zawiesiliśmy zbiórkę, ale teraz znów zaczyna pojawiać się niebezpieczeństwo realizacji narzuconych przez Unię „kwot” do przyjęcia przez Polskę – dodał Kukiz.

Jak informowaliśmy, w sobotę rano na lotnisku Orly odebrał karabin żołnierzowi ochraniającemu lotnisko, po czym próbował schronić się z nią w jednym ze sklepów. Doszło do strzelaniny. W jej wyniku napastnik zginął. Według rzecznika MSW Francji, nie próbował się bronić. Lotnisko zostało ewakuowane, a loty odwołane.

Przeczytaj: Strzelanina na lotnisku Orly pod Paryżem

Francuski resort spraw wewnętrznych podał także, że napastnik był zradykalizowanym muzułmaninem. Parę godzin wcześniej na północ od Paryża, w trakcie kontroli drogowej, mężczyzna ten postrzelił policjantkę i uciekł. Jego samochód, ze śladami po kulach, znaleziono na parkingu przy lotnisku. Mężczyzna, 39-letni Ziyed Ben Belgacem, był wcześniej znany francuskim służbom bezpieczeństwa. Był muzułmaninem, obywatelem Francji i za handel narkotykami trafił do więzienia – gdzie się zradykalizował (ok. 2011 r.). Podczas ataku na żołnierzy miał krzyczeć po francusku: „jestem tu żeby umrzeć dla Allaha”.

facebook.com / twitter.com/@Wszewko / Kresy.pl

Rzymkowski dla Kresów.pl: blokowanie przez PiS ustawy o penalizacji banderyzmu w Polsce ma drugie dno


 

Tomasz Rzymkowski. Fot. facebook.com

Rzymkowski dla Kresów.pl: blokowanie przez PiS ustawy o penalizacji banderyzmu w Polsce ma drugie dno

Dodane przez Lipinski

Opublikowano: Piątek, 17 marca 2017 o godz. 22:10:08

W rozmowie z Kresami.pl poseł Tomasz Rzymkowski (K’15) mówi, że ws. ustawy zakazującej propagowania banderyzmu w Polsce, która od kilku miesięcy jest blokowana przez PiS, jest „drugie dno”. Poseł skomentował też sprawę ukraińskiego zbrodniarza Michaela K., a także projekt uchwały upamiętniającej bł. bpa Grzegorza Chomyszyna.

 

W rozmowie z Kresami.pl poseł Tomasz Rzymkowski przypomina, że klub Kukiz’15 już trzykrotnie składał wniosek o włączenie do porządku obrad Sejmu sprawozdania komisji sprawiedliwości i praw człowieka ws. nowelizacji ustawy o IPN. Zgodnie z propozycją Kukiz’15 dotyczy ona zakazu i penalizacji propagowania w Polsce banderyzmu, a także podważania ludobójstwa na Wołyniu. Sprawozdanie to pochodzi jednak sprzed ponad 4 miesięcy – z 8 listopada ubiegłego roku. Od tamtej PiS blokuje włączenie go do porządku obrad, a tym samym – głosowanie nad projektem.

Przeczytaj więcej:

Kukiz dla Kresów.pl: z propagowaniem banderyzmu w Polsce trzeba skończyć raz na zawsze

Kukiz’15: Podważanie zbrodni ludobójstwa na Wołyniu będzie karane – jest projekt ustawy

Sejm zajmie się projektem ustawy penalizującej kłamstwo wołyńskie i propagowanie banderyzmu

– Nasz wniosek trzykrotnie spotkał się z blokadą ze strony przedstawicieli PiS. Przede wszystkim marszałka Terleckiego, z którym trzykrotnie rozmawiałem i który trzykrotnie zapewniał mnie, że zostanie to dopuszczone do porządku obrad – mówi poseł Rzymkowski. Dodając, że „czuje w tej sprawie podwójne dno”.

– To nie wynika z niechęci do naszego projektu ustawy, ale do procedowanego wspólnie z nim projektu rządowego, tzw. ustawy o zakazie nazywania niemieckich, hitlerowskich obozów koncentracyjnych „polskimi obozami śmierci”, która zawiera w sobie szereg błędów i mankamentów – wyjaśnia poseł. Zaznacza, że projekt wzbudza liczne wątpliwości natury prawnej. Brakuje w nim m.in. kontratypu, czyli okoliczności wyłączających odpowiedzialność karną, z tytułu prowadzenia badań naukowych. – To główna przyczyna, dla której projekt leży w „zamrażarce” już piąty miesiąc – mówi Rzymkowski.

PRZECZYTAJ: Kukiz’15: PiS blokuje ustawę ws. penalizacji banderyzmu w Polsce

Poseł Kukiz’15 zaznacza, że wcześniej jego klub liczył na możliwość porozumienia się z PiS w tej sprawie, a teraz „z czystego pragmatyzmu” nie będzie już składał kolejnych wniosków w tej sprawie na najbliższym posiedzeniu. Zwraca uwagę, że regulamin Sejmu przewiduje, że wnioski, które zostaną odrzucone w ciągu 2 miesięcy będą poddawane pod głosowanie Sejmu.

– Liczymy, że wówczas, gdy z mocy prawa Sejm będzie rozstrzygał nad punktem spornym, to wówczas Wysoka Izba w większości poprze dopisanie do porządku obrad sprawozdania komisji. Tym bardziej, że sam projekt został przez nią zaakceptowany i spotkał się z dużą aprobatą ze strony Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu IPN oraz szefów prokuratury Instytutu. Liczymy, że większość posłów PiS poprze to, a ewentualne poprawki do projektu rządowego zostaną wówczas przedłożone i poprawione. I że całość wreszcie znajdzie swój koniec – mówi parlamentarzysta.

Poseł Rzymkowski odniósł się również do sprawy Mychajło/Michaela K, którą od wielu miesięcy zajmował się szczegółowo nasz portal. Kresy.pl były w zasadzie jedynym medium, które od ub. roku badały sprawę Karkocia i informowały na bieżąco o postęp w postępowaniu, współpracując z brytyjskim badaczek holokaustu, dr Stephenem Ankierem. 13 marca IPN oficjalnie podał, że tożsamość Karkocia została potwierdzona, a prokurator Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN w Lublinie skierował do sądu „wniosek o zastosowanie tymczasowego aresztowania wobec Michaela K.”, podejrzanego „o popełnienie zbrodni przeciwko ludzkości, stanowiącej jednocześnie zbrodnię wojenną”.

PRZECZYTAJ: Pion śledczy IPN chce wydania Polsce ukraińskiego zbrodniarza wojennego Michaela K.

– Bardzo się cieszę, że moja interwencja oraz posła Bartosza Jóźwiaka w jakiś sposób zdopingowała policyjnych ekspertów do przygotowania stosownych wniosków dowodowych, potrzebnych prokuraturze – mówi poseł, zwracając uwagę na determinację prokuratury IPN w tej sprawie.

Przeczytaj: Poseł Rzymkowski złożył interpelację do MSWiA i MS ws. osądzenia ukraińskiego zbrodniarza wojennego

– Cieszę się także, że media bardzo się tą sprawą zainteresowały. Portal Kresy.pl i agencja Associated Press monitorowała tę sprawę od wielu miesięcy, a nawet lat. Ponadto, także Mariusz „Max” Kolonko zwrócił na tę sprawę uwagę i wystąpił z apelem do władz USA, domagając się ekstradycji Michaela K. – stwierdził Rzymkowski.

Przeczytaj: IPN: „ważna i istotna” rola analiz fotografii przy potwierdzeniu tożsamości ukraińskiego zbrodniarza

Poseł zwraca uwagę, że Mychajło K. zataił w swoim wniosku wizowym i wniosku o nadanie obywatelstwa USA fakt, że był oficerem Waffen-SS, gdyż zablokowałoby mu to wyjazd do Stanów Zjednoczonych. A teraz może to doprowadzić do utraty przez niego obywatelstwa USA, a tym samym nawet deportację na Ukrainę.

Klub Kukiz’15 złożył również w Sejmie projekt uchwały ws. uczczenia pamięci bł. bpa Grzegorza Chomyszyna. – Bardzo bym chciał, żeby na kolejnym posiedzeniu Sejmu odbyło się posiedzenie komisji kultury i środków przekazu. I żeby Sejm przyjął naszą uchwałę przez aklamację. Tym bardziej, że zbiega się to ze 150 rocznicą urodzin bł. bpa Grzegorza Chomyszyna – można powiedzieć, patrona pojednania polsko-ukraińskiego.

Rzymkowski przypomina, że bł. bp Chomyszyn, jako Ukrainiec i grekokatolik, sprzeciwiał się narracji i polityce ukraińskich nacjonalistów nawołujących do eksterminacji polskiej ludności. – On jeszcze za życia jednoznacznie wypowiedział się o polityce prowadzonej przez abpa metropolitę grekokatolickiego Lwowa, Andreja Szeptyckiego. Jego świadectwa jest kontrświadectwem w kontekście toczącego się postępowania beatyfikacyjnego abpa Szeptyckiego – mówi poseł.

Przeczytaj: Hitlerowski kolaborant zostanie błogosławionym? Kontrowersje wokół beatyfikacji metropolity Szeptyckiego

Dodaje, że może to nawet doprowadzić do zablokowania tego postępowania, także z uwagi na czyny metropolity lwowskiego, który przyczyniał się do rozsiewania zbrodniczej i antychrześcijańskiej ideologii ukraińskiego nacjonalizmu. – Struktury kościoła grekokatolickiego walnie przyczyniły się do późniejszego ludobójstwa na Wołyniu. Z kolei bł. bp Grzegorz Chomyszyn był orędownikiem pojednania polsko-ukraińskiego w oparciu o tradycję chrześcijańską, cywilizację łacińską, rozumienie prawdy, dobra i piękna na sposób uniwersalny – zaznacza Rzymkowski, dodając, że współpracował on blisko m.in. z zamordowanym przez ukraińskich nacjonalistów ministrem spraw wewnętrznych II RP Bronisławem Pierackim.

– Bp Chomyszyn był orędownikiem pojednania i braterstwa naszych narodów, więc moim zdaniem polski parlament powinien go uczcić. Tym bardziej, że jego postawa powinna wpisywać się zarówno w polską, jak i ukraińską rację stanu. On powinien być patronem pojednania między naszymi narodami – mówi poseł Rzymkowski.  

Czytaj więcej:

Bł. bp Grzegorz Chomyszyn – niechciany ukraiński prorok

„Greckokatolicki biskup Grzegorz Chomyszyn okazał się prorokiem” – wywiad z ks. prof. Stanisławem Nabywańcem

List otwarty ojca Ihora Pełehatego – redaktora i wydawcy wspomnień bł. Grzegorza Chomyszyna

KRESY.PL / mt

"Na Wasze miejsce przyjdą Ukraińcy"


 

SSE w Mielcu źr: Wikipedia

„Na Wasze miejsce przyjdą Ukraińcy” – pracownicy mieleckiej tłoczni protestują przeciwko niskim płacom

Dodane przez Lipinski

Opublikowano: Sobota, 18 marca 2017 o godz. 20:08:27

Jak podaje portal wcj24.pl, w piątek rano w jednej z firm na terenie Specjalnej Strefy Ekonomicznej w Mielcu pracownicy podjęli strajk. Szefowie firmy mieli grozić pracownikom dyscyplinarnymi zwolnieniami i zastąpieniem ich Ukraińcami.

 

Pracownicy domagali się 100% podwyższki płac za pracę w weekendy zamiast dni wolnych w tygodniu oraz podwyższenia stawek godzinowych. Wczoraj o 9.00 rano wszyscy opuścili swoje stanowiska pracy.

– Powiedziano nam, że jeśli nie przyjdziemy w sobotę czy niedzielę do pracy, zostaniemy zwolnieni dyscyplinarnie. Dyrektorzy straszą że jeśli nie chcemy na takich warunkach pracować to chętnie na nasze miejsce przyjadą Ukraińcy. Dziennie produkujemy nawet około 30 ton metalowych części. Ktoś musi przerzucić to przez ręcecytuje wypowiedź jednego z pracowników portal „W Cieniu Jupiterów”.

Czytaj również: NBP: napływ pracowników z Ukrainy hamuje wzrost płac w Polsce

Pracownicy przekazali dziennikarzom portalu skan maila, w którym dyrektor zakładu informuje, że nie stawienie się w pracy w sobotę lub niedzielę na wyznaczoną zmianę jest ciężkim naruszeniem obowiązków pracowniczych i może skutkować wyciągnięciem odpowiedzialności służbowej ze zwolnieniem włącznie. Redakcja jednak nie opublikowała wspomnianego skanu tłumacząc to dobrem pracowników.

– Często nie przestrzega się tu przepisów BHP aby zrobić wszystko tak jak życzy sobie zarząd firmy. Robią wszystko żeby tylko zwiększyć normy. Do dziś mamy w pamięci tragedię z 2008 roku. Wtedy na trzeciej zmianie zginął jeden z pracowników. Nie chcemy aby ciągłe zwiększanie norm skończyło się kolejnym śmiertelnym wypadkiem. Pośpiech w pracy przy tak niebezpiecznych maszynach które obsługujemy to nic dobrego  – mówił jeden z pracowników mieleckiego zakładu.

W razie niespełnienia żądań pracownicy zapowiadają dalsze akcje strajkowe.

Czytaj również: Ukrainizacja polskiego rynku pracy jest nieunikniona? „Jesteśmy nakierowywani na gospodarczą zapaść”

kresy.pl/ wcj24.pl

Czy my jesteśmy tacy bogaci, że możemy łaskawie darować to co się nam należy?


Edycja: Trójmiasto |

 

sobota, 18 Marzec, 2017

Gazeta Bałtycka

 

Czy my jesteśmy tacy bogaci, że możemy łaskawie darować to co się nam należy?

Eurostat plasuje nas, jeżeli chodzi o bogactwo w Unii Europejskiej, na szarym końcu razem z biedną Bułgarią i Rumunią. Czechy, Słowacja, a nawet Łotwa, czy Litwa, są znacznie bogatsze od Polski. Statystyczny grecki obywatel jest cztery razy bogatszy od przeciętnego Polaka. A my od upadku rządy Mikołajczyka, czyli już 70 lat wspaniałomyślnie darujemy wszystkim, to, co bezdyskusyjnie się Polsce należy. Nie ma jak dotychczas twardego męża stanu, który by się upomniał o swoje – zapłatę za zniszczenie kraju i nie tylko.

Przez prawie 50 lat nie byliśmy państwem samodzielnym. Mogliśmy tylko robić to, co nam polecono w Moskwie lub tam zaakceptowano. Nie było więc możliwości dołączenia się do planu odbudowy Marshalla, czy wystąpienie z żądaniami o odszkodowania wojenne. Lecz, jak to codziennie z dumą wypowiada były prezydent Komorowski, od 25 lat jesteśmy wolnym i niezależnym państwem. I co z tego? Nie słyszałem, żeby ktokolwiek z władz Polski zażądał tego, co się nam należy.

Żaden inny kraj na świecie i nigdy w historii nie został tak zniszczony w II Wojnie Światowej, głównie przez Niemcy, jak Polska. I nikt, w tym Niemcy, które tę wojnę przegrały nie mają nigdy za to odpowiedzieć? Byłbym to w stanie zrozumieć, gdyby Niemcy były biednym państwem z kłopotami. Np. jak Polska dzisiaj. Lecz to przecież najbogatsze państwo w Europie! I nadal się bogaci…

Doktor Grzegorz Kostrzewa-Zorbas, ekspert międzynarodowy, poświęcił ponad rok na przeanalizowanie niemieckich odszkodowań wojennych, a jego wnioski i analiza zostały opublikowane w ostatnim numerze „W sieci” – http://www.wsieci.pl/wsieci-biliony-za-ii-wojne-swiatowa-pnews-1599.html

Panowało powszechne przekonanie, że komunistyczne władze Polski, w roku 1953, głównie, by nie pogrążać DDR, zrzekły się roszczeń odszkodowań od Niemiec. Na nasze szczęście, nie dopełniono formalnych procedur, powodując w ten sposób, że ówczesne zrzeczenie jest nieważne.

Opierając się na precyzyjnych wyliczeniach tuż po II WŚ Mikołajczyka i ministra Kwiatkowskiego mamy obecnie taką sytuację:

Łączną wartość strat materialnych, które poniosła Polska z powodu III Rzeszy, oszacowano na 258 mld zł z sierpnia 1939 r. – równowartość 49 mld ówczesnych dolarów amerykańskich. Według Zarządu Rezerw Federalnych USA kwota 49 mld dol. z sierpnia 1939 r. odpowiadała w sierpniu 2014 r. kwocie 845 mld dol. Takie nominalne zwielokrotnienie wynika tylko ze skumulowanej inflacji, bez oprocentowania za zwłokę.”

Musi być to wiarygodne, bo np:
Kilka razy mniejsza od Polski Grecja – gdzie agresja i okupacja niemiecka były także okrutne, ale dalekie od polityki zupełnego wyniszczenia kraju – swoje straty wyliczyła półoficjalnie na 208 mld dolarów amerykańskich, czyli 674 mld zł.”

Warto podkreślić, że są to tylko straty materialne – zniszczone miasta, infrastruktura, fabryki, lasy, czy dobra kulturalne. Nikt tutaj nie mówi o 5,4 milionach Polaków, którzy zginęli, na skutek działań III Rzeszy. Obecnie jedno istnienie ludzkie wycenia się na 1 milion dolarów. Proszę sobie policzyć, ile jeszcze Niemcy, spadkobiercy III Rzeszy musieliby zapłacić za zabitych Polaków… (5,4 biliona dolarów).

Polska ma twarde podstawy, żeby się ubiegać o to odszkodowanie. I wiadomo nawet, jak to zrobić. Proces ten można przeprowadzić przez Międzynarodowy Trybunał w Hadze. Z dużą szansą na sukces. Trzeba tylko chcieć.

Czy to wszystko? W żadnym wypadku nie. Choćby to:

http://wierni-ojczyznie.pl/index.php?topic=1942.0

„Podczas II wojny światowej Niemcy zagrabiły Polsce prawie 139 ton złota. Zgodnie z prawem międzynarodowym powinno ono wrócić do Polski, jednak od 1948 roku stanowi depozyt USA, Wielkiej Brytanii i Francji w Bank of England w Londynie.

Gdy złoto wywiezione z Polski do Niemiec zostało odzyskane, decyzją rządów trzech koalicjantów: USA, Wielkiej Brytanii i Francji zdeponowano je, czyli złożono na przechowanie w banku w Londynie. Jego wartość wynosi obecnie około 14,3 mld zł, nie licząc wielokrotnie wyższych od jego wartości odsetek i zysków z operacji finansowych, w których było wykorzystywane. Polacy mają prawo wiedzieć, co dzieje się z ich narodową własnością o ogromnej wartości. Dlaczego ta sprawa do dziś stanowi temat tabu? ? [..] Zagrabione przez Niemców, zawłaszczone przez aliantów”.

Poza tym nikt jeszcze tak naprawdę nie policzył ile nam jest winna Rosja, spadkobierca komunistycznego, stalinowskiego ZSRS. Szacuję, że niewątpliwie tyle samo, co Niemcy. Lecz szanse odzyskania tego kiedykolwiek są minimalne. To państwo łupieskie, bez żadnej etyki i moralności. Najlepszym przykładem jest zwrot zniszczonego 10 kwietnia 2010, pod Smoleńskiem, TU 154.
Musielibyśmy chyba wypowiedzieć Rosji wojnę i sami sobie odebrać.

Natomiast, gdyby istniała odpowiednia wola i skuteczność, niewątpliwie dałoby się jeszcze odzyskać przynajmniej część zagrabionych przez ubecję i tajne służby polskich pieniędzy z Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (FOZZ). Niewątpliwie paru bogaczy straciłoby majątek, który bezprawnie zdobyli. Można by również sprawdzić, w jaki sposób pan Kulczyk kupił od państwa Browary Wielkopolskie za 20 mln zł, które po 3 latach sprzedał za granicę, już za 400 mln zł. W podobny sposób powinno się sprawdzić majątki innych polskich „oligarchów”, którzy dziwnie i nagle wzbogacili się na państwowym, czyli wszystkich Polaków, majątku.

Jak z powyższego widać, lekką ręką, władze i przywódcy Polski rozdali dosłownie biliony złotych, co ich mało obchodzi, bo bez zbędnego kłopotu mają dojne krowy – obywateli, których bez sprzeciwu obkłada się coraz wyższymi daninami. Czy nie czas upomnieć się o zwrot tego, co Polsce i Polaka faktycznie i prawnie się należy?

Uwaga na hochsztaplerów

O jednym tylko należy pamiętać. Gdyby w końcu udało się odzyskać należne Polsce pieniądze, trzeba zdecydowanie wykluczyć, by ponownie dorwali się do nich międzynarodowi hochsztaplerzy, jak po 89 roku Soros, Sachs i ich wykonawca Balcerowicz. Wtedy naród znowu zobaczy figę z makiem, a liczba miliarderów na świecie znowu wzrośnie o parę osób.

Norwegia pieniądze uzyskane z wydobycia ropy naftowej i gazu gromadzi na specjalnym funduszu, do którego politycy nie mają dostępu. Są to pieniądze dla przyszłych pokoleń, jak ropa i gaz się skończą. Stać ich na to, bo i tak są jednym z najbogatszych państw świata.

Przykład Polski pokazuje coś zupełnie innego. Ferajna Tuska bez mrugnięcia okiem odważyła się bezczelnie ukraść zgromadzone w OFE pieniądze obywateli, by tylko utrzymać się u władzy.
Raz władza pokazała, że nie ma skrupułów okradać obywateli, to będzie to robić zawsze.Wniosek z tego, że o te wszystkie odszkodowania za raz ukradzione dobra i pieniądze powinniśmy wystąpić dopiero wówczas, gdy będziemy pewni nowej władzy, co do jej uczciwości i pro-obywatelskiego nastawienia.

Kiedy zaczęliśmy transformację, to fachowcy wyliczyli, jak to się mówi, że jesteśmy 40 lat za Europą. Takie było nasze cywilizacyjne zapóźnienie. Ile jesteśmy dzisiaj z tyłu za Europą? Ciągle 40 lat czy mniej?

Gdybyśmy odzyskali należne Polsce pieniądze, następną czynnością władz powinno być zwrócenie tych pieniędzy obywatelom. Osobno tym, którzy na skutek II WŚ i komunistycznego reżimu potracili swoje majątki. Oraz osobno tym, którzy za komuny i później ten majątek narodowy wypracowali. Może wtedy Grecy przestaliby być cztery razy bogatsi od przeciętnego Polaka?

OCEŃ ARTYKUŁ

Wynik: 10.0/10 (wszystkich: 7)

To nam się należy. Czy czas upomnieć się o swoje?, 10.0 out of 10 based on 7 ratings

Polub Gazetę Bałtycką na Facebooku:

Autor

Janusz Kamiński

Janusz Kamiński – publicysta. Z zawodu inżynier elektronik pracujący od 30 lat za granicą na morzu. Konserwatysta.

Polskie złoto nie wróci do kraju. Prawie 100 ton leży w skarbcu w Londynie


wp.plmoney.pl

 

  • Polskie złoto nie wróci do kraju. Prawie 100 ton leży w skarbcu w Londynie

    Marek Belka - prezes NBP w latach 2010-2016, trzymający jedną ze sztabek złota.

  • FOT. STEFAN MASZEWSKI/REPORTER

    Marek Belka – prezes NBP w latach 2010-2016, trzymający jedną ze sztabek złota.

    Narodowy Bank Polski jest właścicielem 103 ton złota o wartości około 16 mld zł. W Polsce składowane jest zaledwie 5 proc. naszego kruszcu, a reszta znajduje się w skarbcu Banku Anglii. Przynajmniej za rządów PiS i w obecnym składzie NBP nie ma co liczyć na to, że będziemy mieć całość u siebie. Podobno jest to wygodniejsze, ale zdajemy się na łaskę Brytyjczyków. Co więc z naszą suwerennością i niezależnością?

    Rosjanie i Niemcy zapełniają swoje skarbce złotem. Tymczasem polskie świecą pustkami – pisaliśmy ostatnio w WP money. Przypomnijmy, że Władimir Putin tylko w 2016 roku zwiększył zasoby kruszcu o 199 ton. To dwukrotnie więcej niż w ogóle posiada Polska. Nasze 103 tony plasują nas dopiero na 33. miejscu na świecie, m.in. za Rumunią.

    Polski zasób złota wynosi dokładnie 3 310 tys. uncji i stanowi równowartość około 4 mld dolarów (16 mld zł) – informuje Narodowy Bank Polski, który odpowiada za zarządzanie krajowymi rezerwami.

    Nie jesteśmy potęgą gospodarczą, więc trudno oczekiwać, żeby nasze rezerwy złota dorównywały największym krajom takim jak USA, Niemcy, Włochy czy Francja, co jest też związane z uwarunkowaniami historycznymi. Problem jednak w tym, że fizycznie w kraju mamy tylko około 5 ton kruszcu. Pozostałe 98 ton leży 1500 kilometrów od Polski, w skarbcu w Londynie.

    Dla porównania Rosjanie całe rezerwy przechowują u siebie. Blisko dwie trzecie z nich jest w Moskwie, w banku centralnym. Reszta w Petersburgu i Jekaterynburgu w postaci sztabek ważących od 100 gramów do 14 kilogramów.

    źródło: lombardiletter.com

    Zwróciliśmy się z pytaniem do NBP, czy są plany, żeby jednak chociaż częściowo sprowadzić naszą własność do kraju. Z lakonicznej odpowiedzi wynika, że bank nie planuje w ogóle takich działań.

    – Przechowywanie zasobów złota w głównych centrach obrotu tym kruszcem, czyli w Londynie i Nowym Jorku, zwiększa możliwości jego zarządzania, ułatwiając rozliczanie transakcji związanych z jego fizyczną dostawą i pozwalając uniknąć kosztów transportu i ubezpieczenia. Przechowywanie kruszcu w Polsce praktycznie ograniczałoby możliwość jego inwestowania, utrudniając realizację podstawowych celów utrzymywania rezerw dewizowych – tłumaczy NBP.

    Jak dodaje, w skarbcu banku centralnego Wielkiej Brytanii znajdują się zasoby złota około 60 krajów. Nie wspomina jednak, czy wszystkie z nich trzymają tam aż 95 proc. całych swoich rezerw. Statystyki pokazują, że wiele z nich na pewno nie. My też moglibyśmy bardziej różnicować lokalizację przechowywania cennego kruszcu.

    Co z kosztami i bezpieczeństwem polskiego złota?

    O opinię w tej sprawie poprosiliśmy m.in. Mennicę Wrocławską, która handluje złotem i współpracuje z innymi mennicami na świecie. Do tego w 2013 roku jej wiceprezes Piotr Wojda był mocno zaangażowany w akcję społeczną „Oddajcie nasze złoto”. Prezes Michał Tekliński nie ma jednoznacznej opinii na ten temat, co sugeruje, że być może sprawa sprowadzenia złota do kraju nie jest jednak wcale aż tak istotna z praktycznego punktu widzenia. Nie neguje przy tym głównego argumentu NBP: – Po co płacić za przechowywanie złota Anglikom, jak sami możemy je trzymać u siebie? – pyta z kolei poseł Kukiz’15 Paweł Szramka. – Spokojnie można stworzyć warunki do tego u nas w kraju. Mielibyśmy w ten sposób pewność, że w razie potrzeby mamy do niego dostęp. Nigdy nie wiadomo, jak ułożą się w przyszłości stosunki z Anglią. A akurat ten kraj czekają spore zmiany związane choćby z Brexitem. Może się okazać, że będą z odzyskaniem złota problemy.

    O tym, że jest to pewien czynnik ryzyka, świadczą słowa prezesa Mennicy Wrocławskiej. Zwraca on uwagę na zjawisko tzw. leasingu złota, czyli wykorzystywania narodowych depozytów przez prywatne instytucje finansowe.

    – O takim zagrożeniu mówiło się przede wszystkim w kontekście złota zdeponowanego w USA. To mogło być też przyczyną decyzji kilku europejskich krajów o sprowadzaniu kruszcu zza oceanu – tłumaczy Tekliński. Polskie złoto przechowywane jest jednak w Bank of England. Z informacji przekazywanych przez NBP wynika, że Anglicy szczegółowo ewidencjonują przechowywane depozyty, co ogranicza wspomniane ryzyko.

    Co z kosztami? Nie są wysokie. W 2015 roku utrzymanie złota w Londynie wyniosło nas niecałe 6 tys. zł. Do tego trzeba doliczyć 37,8 tys. zł za obsługę złota w transakcjach.

    Jak nasze złoto w ogóle trafiło za granicę? Kilkadziesiąt ton i kolekcję monet ewakuowano z kraju w związku z wybuchem drugiej wojny światowej. Oczywiście w celach bezpieczeństwa. Od tamtego czasu jednak wiele się zmieniło. Co ciekawe, nie widać żadnego zainteresowania tym tematem ze strony obecnych władz, które na każdym kroku mówią o suwerenności i niezależności.

    PiS zdaje się na łaskę Brytyjczyków

    W tej sprawie w ubiegłym roku wspomniany już poseł Kukiz’15 złożył interpelację do ministra finansów, pytając, czy rząd ma w planach systematyczne sprowadzanie złota do Polski. Efekt?

    – Odpowiedź była lakoniczna. Tak na prawdę nie wniosła nic nowego do tematu – komentuje sprawę Paweł Szramka. Cała treść blisko dwustronicowego dokumentu sprowadza się do stwierdzenia, że decyzja o zmianie miejsca zdeponowania całości lub części rezerw złota należy do kompetencji NBP, który jest instytucją niezależną i tu rząd nie ma nic do gadania.

    – Zawiodłem się na politykach Prawa i Sprawiedliwości – podkreśla poseł Kukiz’15. – Szczególnie w kontekście tego, jak wiele mówią o suwerenności i niezależności naszego kraju. Powinni chociaż zainteresować się tym, jakie są możliwości sprowadzenia złota.

    Poseł punktuje przy tym, że w przypadku innych niezależnych instytucji, takich jak choćby Trybunał Konstytucyjny, władza nie miała problemu z ingerowaniem w ich działalność. Robi to oczywiście wtedy, jeśli tylko jest odpowiednio zdeterminowana. – Odrzucanie tematu bez jakiejkolwiek refleksji jest niepoważne. Innym krajom jakoś się to opłaca – zauważa Szramka.

    Do tego, by mieć u siebie złoto, sukcesywnie zmierza od kilku lat wiele państw, po tym jak przez dziesięciolecia ich kruszec był przechowywany głównie w Nowym Jorku i Londynie – najważniejszych centrach obrotu złotem. Od 2013 roku niemiecki Bundesbank sprowadził już do kraju 583 tony złota i tym samym na koniec ubiegłego roku miał u siebie już ponad połowę z całości rezerw.

    Podobne kroki podejmują Austriacy, którzy do 2020 roku zgromadzą w swoim skarbcu 280 ton złota. Wcześniej analogiczne działania podjęły władze m.in. Holandii i Wenezueli. Dyskusja na ten temat od dawna toczy się też w Belgii czy krajach Skandynawskich.

    Na zmianę nastawienia polityków się nie zanosi, bo oprócz nacisków ze strony jednego posła Kukiz’15 nie ma innych głosów sprzeciwu. Nawet wśród jego kolegów. – Jestem obecnie samotnym strzelcem, choć w przeszłości głośno o złocie wypowiadał się śp. Andrzej Lepper. Mówił o nim choćby w jednym z ostatnich przemówień – wspomina Szramka.

    Ostatni raz NBP kupował złoto 18 lat temu

    Nie tylko sprowadzenie złota do kraju nie interesuje specjalnie władzy. Nie ma ona również zamiaru zwiększać rezerw cennego kruszcu.

    Statystyki z ostatniego raportu Najwyższej Izby Kontroli pokazują, że w latach 2009-2013 rezerwy złota NBP zwiększyły się zaledwie o 3 kilogramy, czyli ułamek procenta. Jak stwierdził NIK, zasób zwiększył się w wyniku rozliczenia różnic wagowych sztabek złota przy zapadalności dwóch lokat oraz w związku z procesem wymiany części sztabek przez Bank Anglii. Są to więc kwestie techniczne.

    Jak zauważa poseł Szramka, NBP po raz ostatni dokupił złota 18 lat temu, a miał możliwości, aby zwiększyć swoje rezerwy. Od kilku lat osiągał zyski sięgające kilku miliardów złotych w skali roku. Zamiast z części tych środków kupować złoto i czerpać dochód z inwestycji, przekazywano pieniądze niemal w całości do budżetu państwa na łatanie dziur. W 2015 roku przychody banku z lokat w złocie były na poziomie 28,7 mln zł.

    Potencjalnie w ciągu ostatnich trzech lat inwestycja w złoto mogła przynieść spore zyski. Cena kruszcu w naszej walucie wzrosła w tym czasie o 40 proc. Ktoś zaraz może zwrócić uwagę, że w ten sposób notowania nadrobiły to, co straciły w latach 2012-2014. Nie zmienia to jednak faktu, że w długim czasie złoto systematycznie zyskuje na wartości. Z 1000 zł sprzed 17 lat uncja podrożała do obecnych 5000 zł.

    Cena uncji złota (w dolarach)

    Z szacunków ekonomistów wynika, że w zeszłym roku NBP wypracował rekordowe 9 mld zł zysku. Gdyby te pieniądze przeznaczyć na zakup złota po obecnych cenach, w skarbcu przybyłoby około 50 ton kruszcu, a więc blisko połowa tego, co mamy obecnie.

    WP money

  • nbp, londyn, rezerwy, bank anglii, polskie złoto, paweł szramka

    Money.pl

  • Grabowski: Imigracja zarobkowa Ukraińców – cieszyć się czy bać?


    Znalezione obrazy dla zapytania Dariusz Grabowski

    Dariusz Grabowski

     

    Konserwatyzm

    KONSERWATYZM.PL – Portal Myśli Konserwatywnej

     

    YOU ARE AT:Home»Publicystyka»Grabowski: Imigracja zarobkowa Ukraińców – cieszyć się czy bać?

    Grabowski: Imigracja zarobkowa Ukraińców – cieszyć się czy bać?

    1

    BY ADAMWIELOMSKI ON 17 MARCA 2017PUBLICYSTYKA

    Czy masowa imigracja do Polski Ukraińców szukających i znajdujących tu pracę to rozwiązanie mądre i dobre czy głupie i złe z punktu widzenia naszego państwa i narodu, tak w krótszej, jak i długiej perspektywie? Odpowiedź polskiego dewelopera, rolnika, sadownika, rodziny potrzebującej opiekuna do osoby starej i niedołężnej będzie jednoznaczna. Tak, to konieczność, to wybawienie z kłopotów. Przedsiębiorca potwierdzi, że dzięki taniemu ukraińskiemu robotnikowi ma szansę prowadzić firmę, uzyskiwać dochód, a nawet zysk. Jeśli ktoś podda w wątpliwość jego twierdzenie argumentując, że to zbyt mało z punktu widzenia ogółu, to przedsiębiorca doda, że dzięki taniemu robotnikowi będzie mógł obniżyć cenę zbudowanego mieszkania bądź domu, co przecież ucieszy potencjalnego polskiego nabywcę.

    To, co powie przedsiębiorca jest zrozumiałe, a nawet oczywiste. Do chóru zadowolonych dołączy sadownik. Spyta, kto z Polaków podejmie dziś pracę w sadzie czy na plantacji – sezonową i niskopłatną? Sadownik zna odpowiedź – tylko Ukraińcy. Podobno jest już nawet współczynnik mówiący, że na jeden hektar sadu potrzebny jest do pracy 1,2 Ukraińca.

    Ale jest też drugi punkt widzenia oceniający korzyści bądź problemy wynikające z zatrudnienia Ukraińców w Polsce. Jest on, o dziwo, o wiele rzadziej publicznie wypowiadany. Ten drugi punkt widzenia wyraża stanowisko polskiego robotnika i pracownika. Tani, często pracujący na szaro bądź czarno robotnik z Ukrainy powoduje, że płace w branży budowlanej i innych są utrzymywane na niskim poziomie. Konkurencja ze strony Ukraińców powoduje zaniżenie płac większości działów gospodarki ze wszystkimi tego konsekwencjami dla poziomu życia polskiego robotnika i pracownika.

    Jest to tym gorsze, że opodatkowanie niskich płac jest u nas wysokie, co dodatkowo zubaża tę część polskiego społeczeństwa. Jednocześnie ogranicza to popyt wewnętrzny, co jest niemiłą wiadomością dla polskiego producenta. Najgorszą jednak konsekwencją napływu taniej siły roboczej z Ukrainy do Polski jest wynikający stąd proces „wypychania” Polaków na emigrację zarobkową, gdyż tylko tą drogą stwarzają sobie szansę na godziwe życie, założenie rodziny, posiadanie dzieci. Warto zwrócić uwagę i wypada okazać zdziwienie, że tak potężne i wpływowe władze licznych związków zawodowych w Polsce w sprawie napływu imigrantów z Ukrainy milczą udając, że problemu nie ma, że ich to nie obchodzi i nie dotyczy członków związków.

    Do dwóch powyżej przytoczonych głosów pora, byśmy dołączyli wypowiedź ekonomisty patrzącego na problem zarówno oczami przedsiębiorcy, czyli w skali mikro, jak też w skali całej gospodarki, w tym budżetu państwa.

    Pierwsza uwaga, która nasuwa się ekonomiście brzmi: praca na szaro i czarno, która dominuje wśród Ukraińców dezorganizuje polski rynek pracy. Czyni reguły gry na tym rynku nieuczciwymi i nierównymi dla przedsiębiorców i większości pracowników. Co więcej, Ukraińcy zatrudnieni nielegalnie nie płacą w Polsce podatków dochodowych, czym uszczuplają dochody budżetu. Sądzić należy, że skala problemu idzie nie w kilka, a co najmniej kilkanaście miliardów złotych.

    Kolejny argument, który podniesie ekonomista dotyczy wywozu zarobionych pieniędzy z Polski. Ukraińcy starają się jak największą część zarobionych i zaoszczędzonych złotówek zamienić na dewizy i wywieźć z Polski, czym z jednej strony przyczyniają się do ograniczenia popytu konsumpcyjnego na naszym rynku, czyli działają na szkodę polskich producentów, a jednocześnie poprzez wywóz dewiz zmniejszają zasób i podaż pieniądza, który mógłby służyć jako środek do finansowania inwestycji.

    Skala tego wywozu jest na tyle duża, że moim zdaniem, powinna zostać tu dokonana wnikliwa analiza przez NBP czy Ministerstwo Finansów. Według moich szacunków można przyjąć, że jeśli jeden zatrudniony nielegalnie w Polsce Ukrainiec co miesiąc transferuje od 1 do 2 tysięcy złotych, czyli od 250 do 500 dolarów, to w skali rocznej wywiezionych zostaje z Polski od 3 do 6 miliardów dolarów. Ciekawostką jest tu milczenie NBP, który z mocy prawa stać powinien na straży legalności, jawności i wysokości dewiz wywożonych z Polski.

    Ważnym problemem dotyczącym pracujących w Polsce Ukraińców jest fakt, że sami jako zatrudnieni bezprawnie są niejako zmuszani do zachowań rozszerzających sferę bezprawia. Co mam na myśli? Przykładowo wielu z nich mieszka bądź wynajmuje mieszkania bez umów, porusza się samochodami niespełniającymi norm bezpieczeństwa i ekologii, nabywa nawet nieruchomości na osoby podstawione.

    Należy też podnieść argument makroekonomiczny i działający w długim horyzoncie czasowym, a dotyczący charakterystyki polskiej gospodarki. Utrzymywanie płac na niskim poziomie w Polsce w efekcie napływu Ukraińców i brak klarownej polityki kolejnych rządów wobec narastającej fali imigracji doprowadziło do wykształcenia się swoistej „specyfiki” polskiej gospodarki. Otóż w Polsce opłaca się inwestować przede wszystkim w takich branżach, gdzie zarabia się na taniej sile roboczej, a nie na wysokich kwalifikacjach i dobrze opłaconym robotniku. Te gałęzie przemysłu, które wymagają wiedzy, wynalazków i innowacji nie są atrakcyjne dla producentów, ani nie motywują ich do ponoszenia nakładów na kształcenie, stypendia, badania naukowe.

    Z tego też powodu wielu wysoko wykształconych Polaków nie mogąc znaleźć dobrej i godziwie opłacanej pracy w wyuczonym zawodzie zmuszonych zostało do emigracji. Koszty ich wykształcenia ponieśliśmy my, w Polsce, ale korzyści z ich wykształcenia w postaci podatków płacone są zagranicą. I tak oto utrzymywanie płac na niskim poziomie za sprawą błędnej polityki imigracyjnej kolejnych rządów jest korzystne dla nielicznego grona przedsiębiorców. Dla większości jednak skutkuje tym, że bez mała cała polska gospodarka „jest odwrócona tyłem” do wynalazczości, inwestowania w ludzi i w naukę.

    Problem ma też pewien aspekt społeczno-obyczajowy. Coraz częściej widać, że Polacy odmawiają podjęcia pracy w zawodach, które uznają za uchybiające ich godności. Zjawisko to miało i ma miejsce w krajach wysokorozwiniętych, gdzie część zawodów jest zdominowana właśnie przez imigrantów, niestety także Polaków. Taka postawa została ostatnio wzmocniona działaniem ustawy 500+. To z jej powodu część kobiet została pośrednio zmuszona do rezygnacji z pracy, by nie stracić dodatku na dziecko.

    I tak oto jednocześnie wymuszono odejście z pracy i rozbudzono a następnie wzmocniono postawy roszczeniowe u części polskiego społeczeństwa. „Mnie się należy” – oto hasło, które już się zakodowało i będzie miało coraz silniejsze następstwa, niestety głównie negatywne dla gospodarki, budżetu państwa i świadomości społecznej. Chcę być dobrze zrozumiany. Jestem całym sercem za stwarzaniem dla Polek warunków do swobodnego wyboru. Jestem przeciwny przymusowi wyboru – albo praca, albo dodatek na dziecko. Zło sytuacji po wprowadzeniu ustawy 500+ polega na tym, że państwo które doprowadziło do napływu imigrantów, by nie powiedzieć, że go wspierało – tym sposobem umożliwiło zaniżenie płac, a dziś dając jałmużnę w postaci 500+ zmusza część Polek do porzucenia tej pracy.

    Zadajmy teraz pytanie, co nas czeka w najbliższych latach? Rząd ustami jednego z wiceministrów rozwoju wzywa do działań zwiększających napływ Ukraińców do Polski, do otwarcia dla nich drzwi na oścież. Sądzę, że jest to inicjatywa zarówno spóźniona, jak i nie uwzględniająca faktu otwarcia rynku Unii Europejskiej dla poszukujących pracy Ukraińców od połowy tego roku. Należy spodziewać się szybko rosnącej emigracji Ukraińców do państw starej Unii (Niemiec, Austrii, Francji, Holandii i innych), gdzie płace są wyższe niż w Polsce, perspektywy osiedlenia lepsze.

    Proces ten może spowodować spadek liczby imigrantów zorientowanych na pracę w Polsce, bądź też – i to zjawisko uważam za pewne – postawienie przez nich coraz wyższych żądań płacowych. Sprzyjać temu będą tworzone w Polsce organizacje i instytucje ukraińskie ze związkami zawodowymi włącznie. Jeśli do tego dojdzie, polskich przedsiębiorców głównie w budownictwie, wielkoobszarowym i towarowym rolnictwie czekają poważne problemy.

    Co moim zdaniem należy zrobić? Odpowiedź jest jasna i zdecydowana. Po pierwsze należy uprościć i uporządkować system opodatkowania dochodów polskich pracowników i przedsiębiorców. Powinna obowiązywać reguła, że niskie dochody są wolne od opodatkowania, bądź opodatkowane symbolicznie. Co więcej, dochody przedsiębiorców oszczędzane bądź inwestowane powinny być nagradzane zwolnieniami podatkowymi.

    Według mnie kwota wolna od podatku powinna wynosić około 2000 złotych miesięcznie dając 24000 złote rocznie. Należy jednocześnie radykalnie ograniczyć system zasiłków dla bezrobotnych, likwidować urzędy pracy. Po drugie, trzeba uporządkować system zatrudnienia imigrantów w Polsce, zalegalizować ich zatrudnienie, a jednocześnie zaostrzyć karanie za zatrudnianie na czarno.

    Paradoks dziś polega na tym, że urzędy skarbowe koncentrują swoje kontrole na polskich, najczęściej małych i średnich przedsiębiorcach u nich tropiąc i szukając nadużyć w płaceniu podatków. Jednocześnie nic nie słychać o sukcesach w walce z niepłacącymi podatków wielkimi firmami zagranicznymi, bankami, korporacjami handlowymi. Na drugim biegunie te same polskie urzędy skarbowe nie zauważają problemu pracy na czarno ogromnej rzeszy imigrantów z Ukrainy, którzy także podatków nie płacą. Można powiedzieć ckliwie i żałośnie, że zgodnie z polską gościnnością polskie urzędy skarbowe tropią za nieuczciwość Polaków, a pozostawiają w błogim spokoju obcokrajowców – tych z Zachodu i ze Wschodu.

    Dariusz Grabowski

    za: prawica.net

    Analiza reakcji mediów niemieckich na wybór Tuska


    Ks.Tadeusz Isakowicz-Zaleski

    Ks.Tadeusz Isakowicz-Zaleski

    Rozmyślania w blogu…

     

    Analiza reakcji mediów niemieckich na wybór Tuska

    You are here:

    1. Home
    2. Rozmyślania w blogu

    Analiza reakcji mediów niemieckich na wybór Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej
    W niemieckich mediach temat ponownego wyboru Donalda Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej zajmował sporo miejsca zarówno w prasie jak i w mediach elektronicznych. Działania polskiego rządu mające na celu uniemożliwienie wyboru Donalda Tuska na drugą kadencję spotkały się z negatywną oceną większości redakcji. Pragmatyczne oceny pojawiające się miesiąc wcześniej w kontekście Polski zniknęły – przeważało wyraźne zadowolenie z wyników szczytu i jednoznacznego (27:1) poparcia, jakie uzyskał kandydat wspierany przez kanclerz Merkel.

    W niektórych komentarzach pojawił się nieużywany wcześniej zbyt często zarzut „antyniemieckości” polskiego rządu/partii PIS. Tematyka polska została jednak dość szybko zdominowana przez doniesienia o zaostrzającym się konflikcie holendersko-tureckim i udaremnionych przygotowaniach do zamachu terrorystycznego w Essen.
    Frankfurter Allgemeine Zeitung (opiniotwórczy dziennik o profilu konserwatywnym)

    „Poczytalni?” (FAZ, 13.03.2017)

    W komentarzu „Poczytalni?” Reinhard Veser, publicysta Frankfurter Allgemeine Zeitung, podaje w wątpliwość ocenę szczytu, którą po powrocie z Brukseli przedstawiła premier Beata Szydło. Chociaż publicysta odnosi się początkowo do wypowiedzi Beaty Szydło: „To nie porażka, to zwycięstwo”, to z kontekstu artykułu wynika, że autor podważa racjonalność całej polskiej strategii przyjętej podczas szczytu UE. Zdaniem publicysty sprzeciw Polski wobec reelekcji Donalda Tuska na stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej doprowadził do politycznej izolacji Polski. „Po tej farsie szanse Polski na wywieranie pozytywnego wpływu (…) na decyzje UE uległy dramatycznemu zmniejszeniu”. Veser podkreśla również brak poparcia dla polskiego sprzeciwu nawet ze strony premiera Węgier Viktora Orbana. „(…) niepokojącym jest, jak błędnie rząd dużego kraju unijnego ocenia stosunek sił – i jak bardzo dumny jest ze swojej niezdolności do budowania sojuszy”.

    Podobnie jak w zdecydowanej większości artykułów jako główny winowajca konfliktów polsko-unijnych przedstawiany jest Jarosław Kaczyński. „Chociaż dobrze się stało, że pozostałe państwa członkowskie nie uległy motywowanej polityką partyjną próbie szantażu ze strony Jarosława Kaczyńskiego, to nie można mówić o zwycięstwie Unii, ponieważ Warszawa najwyraźniej dążyć będzie do maksymalizacji szkód dla siebie i wszystkich pozostałych”.

    Die Welt (opiniotwórczy dziennik o profilu konserwatywnym)

    „Polska gorzko się zemści za tę porażkę” (Die Welt, 11.03.2017)

    Christoph B. Schiltz, komentator internetowego wydania Die Welt, rozpoczyna swój artykuł od stwierdzenia, iż Unia Europejska jest dziś głęboko podzielona. Najnowszym dowodem na brak jedności jest – jego zdaniem – przegrana premier Beaty Szydło podczas szczytu UE. Opór Warszawy wobec reelekcji przewodniczącego Rady Europejskiej i byłego premiera Polski Donalda Tuska został przełamany, a premier Beata Szydło została przegłosowana. „Sprawa ta będzie miała daleko idące następstwa, dla Polski i dla UE” – uważa komentator Die Welt. Jego zdaniem pogłębi to jeszcze bardziej rozłam polskiego społeczeństwa, a Jarosławowi Kaczyńskiemu umożliwi podsycanie „antyeuropejskich uprzedzeń.”

    Szczyt był dla Europy fiaskiem – stwierdza Schiltz i uważa, że Jarosław Kaczyński nie pogodzi się tak łatwo z przegraną. „Musi być dopuszczalne pytanie, czy reelekcja przeciętnego przewodniczącego RE, jakim jest Tusk, była tego warta?” – zastanawia się autor komentarza i tym samym odbiega tonem swojej analizy od głównego nurtu niemieckiej publicystyki.

    W drugiej części artykułu Schiltz zwraca uwagę na znaczenie krajów Europy Środkowej i szerszy kontekst napięć w relacjach z Brukselą. Dla europejskiego współistnienia Polska ma „ogromne znaczenie, a Warszawa dysponuje środkami, by wywierać presję na UE – prawem weta” – stwierdza Schiltz. Jako obszary, w których Unia jest ściśle związana z Polską, wskazuje politykę obronną oraz Brexit, którego przeprowadzenie wymagać będzie daleko idącej zgodności przy omawianiu 21 tys. reguł unijnych. „Kaczyńskiemu daje to ogromne możliwości wyrównania rachunków”, zauważa publicysta.

    Państwa Europy Środkowej obawiają się Europy podzielonej na dwie klasy. Nabrały też pewności siebie i stawiają wymagania starym krajom członkowskim – konkluduje Schiltz. „Tradycyjne centrum grawitacji, jakim były Niemcy i Francja, odeszło do przeszłości. Powstają nowe koalicje, takie jak Grupa Wyszehradzka, do której obok Polski i Węgier należą Czechy i Słowacja”. Zdaniem Schiltza to właśnie Grupa Wyszehradzka stanowi ośrodek władzy Kaczyńskiego na europejskiej scenie politycznej. „Kraje te nie godzą się na podział uchodźców, a teraz chcą jeszcze przedłożyć własne propozycje dotyczące przyszłości Europy”.

    Publicysta przytacza też trafną, według niego wypowiedź szefa Komisji Europejskiej Jean-Claude’a Junckera, iż ideę Europy różnych prędkości niektóre państwa interpretują jako „nową żelazną kurtynę między Wschodem i Zachodem”. Juncker zapewniał, że nie jest to jej celem. Jak zauważa publicysta „Die Welt”, ostatni szczyt „zrodził więcej pytań niż odpowiedzi”.

    Sam tytuł artykułu: „Polska gorzko się zemści za tę porażkę” – nieadekwatnie zaostrza wymowę tekstu, który wydaje się jednym z bardziej obiektywnych, jakie ukazały się ostatnio na łamach niemieckiej prasy.

    Dlaczego musimy martwić się o Polskę” (Die Welt, 11.03.2017)

    W swoim komentarzu poświęconym reelekcji Donalda Tuska na stanowisko przewodniczącego RE Claus Christian Malzahn stwierdza, że Polska zmieniła się nie do poznania i od razu uderza w dramatyczne tony. „W Polsce (…) od dłuższego już czasu rozgrywa się polityczna tragedia.” Jej najnowszym przejawem ma być brak poparcia ze strony polskiego rządu dla Donalda Tuska. Zdaniem publicysty dla polskich władz Tusk jest „zbyt lewicowy, zbyt światowy i zbyt europejski”. Szybko charakteryzuje też rząd Prawa i Sprawiedliwości: „Nowi regenci w Warszawie (…) chętnie określają się jako formacja narodowo-konserwatywna. Ale tak naprawdę gromadzą katolickich zapaleńców i nacjonalistów, którzy dają wiarę własnym teoriom spiskowym (…) W centrum znajduje się Jarosław Kaczyński, który nigdy nie pogodził się z tragiczną śmiercią swojego brata bliźniaka (…)”. Malzahn odnosi się również do katastrofy smoleńskiej. „Lech Kaczyński (…) zginął podczas podchodzenia samolotu do lądowania na lotnisku w Smoleńsku. Jego brat do dziś wierzy, że za katastrofą stali Rosjanie. Nie ma na to żadnych dowodów – katastrofa została wielokrotnie zbadana przez niezależnych ekspertów”.

    W dalszej części artykułu Malzahn sięga po interpretacje historyczne. „Ale fakty nie odgrywają (dla polskiego rządu) żadnej roli – liczy się tylko wiara. W Polsce do głosu doszła niebezpieczna polityczna mieszanka motywowanego doświadczeniami historycznymi braku zaufania i nacjonalistycznej arogancji. Ten nurt zawsze istniał w Polsce – teraz jednak objął władzę. Jarosław Kaczyński i jego partia Prawo i Sprawiedliwość wraz z upływem lat pogubili się w tworzonych przez siebie antyeuropejskich, antyrosyjskich i antyniemieckich resentymentach ”. Publicysta uważa, że polska strona sięga po niedopuszczalne stereotypy i tym samym przypomina propagandę Erdogana.

    „A gdy brakuje racjonalnych argumentów, to korzysta się ze stereotypu niemieckiej dominacji w Europie, włącznie z porównaniami do nazizmu. Erdogan nie ma monopolu na polityczny brak taktu i ideologiczne szaleństwo”.

    Idąc za ciosem Christian Malzahn porównuje politykę polskiego rządu do domniemanych działań powszechnie nielubianego w Niemczech prezydenta Donalda Trumpa. „Jeśli ktoś chciałby zobaczyć, jak rząd próbuje sterować społeczeństwem przy pomocy „alternatywnych faktów”, jak krytyczni dziennikarze wypychani są z publicznych mediów, a członkowie rządu rozpowszechniają najbardziej absurdalne teorie, ten nie musi spoglądać na USA. W Polsce mamy do czynienia z podobnymi absurdami.”

    Zdaniem dziennikarza Die Welt polski rząd kupuje sobie przychylność wyborców kosztownymi programami socjalnymi. „Nie wiadomo skąd mają znaleźć się fundusze na finansowanie programu 500+, podniesienie płacy minimalnej lub bezpłatne świadczenia medyczne dla seniorów. Kto o to pyta szybko uznawany jest za zdrajcę”. Malzahn uważa, że w Polsce istnieje wprawdzie „wielki, liberalny ruch opozycyjny”, ale jak sam przyznaje, poparcie dla PIS jest „nadzwyczaj stabilne”.

    „Nasz wielki sąsiad na wschodzie codziennie walczy o zachowanie rozsądku i godności. Musimy się o niego martwić” – stwierdza na zakończenie Malzahn. Konkluzja artykułu jest prowokacyjna i paternalistyczna, ale zarazem dobrze oddaje sposób patrzenia większości niemieckich publicystów na Polskę. Co ciekawe wśród 40 komentarzy pod tekstem można przeczytać bardzo różne wypowiedzi czytelników, wśród nich takie, które podważają argumentację Malzahna, prezentują nieznane w Niemczech fakty, lub wprost twierdzą, że martwić należy się raczej o kierunek, w którym zmierzają Niemcy.

    Der Tagesspiegel (ukazujący się w Berlinie opiniotwórczy dziennik o profilu liberalnym)

    „Wielka awantura i płynące z niej korzyści” (Tagesspiegel, 09.03.2017)

    Christoph von Marschall, znany komentator berlińskiego dziennika Der Tagesspiegel, cieszy się, że opór Polski w kwestii reelekcji Donalda Tuska na stanowisko przewodniczącego RE został przełamany. Publicysta uważa, że dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu i Donaldowi Trumpowi Unia Europejska uzyskała zdolność działania. „9 marca przejdzie do historii Europy jako kamień milowy, jako dzień, w którym UE odzyskała zdolność do działania. Dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu! Dzięki Donaldowi Trumpowi! Silny człowiek z Polski i prezydent USA nie mają o UE zbyt dobrego mniemania, lecz obaj, każdy na swój sposób, przyczynili się do tego, że Europa zrobiła olbrzymi krok naprzód” – pisze nie bez widocznej egzaltacji Marschall. „Unia podejmuje decyzje większością głosów, nawet za cenę ostrego sporu. Stawia też na Europę wielu prędkości” – uważa publicysta. „Kto sceptycznie podchodzi do dalszej integracji, ten nie musi w niej uczestniczyć – nie wolno mu jednak blokować jej zwolenników” – kontynuuje swój wywód publicysta. „Doszło do historycznego wydarzenia. Tym razem spór został rozegrany do końca. Kraj, który z przyczyn leżących w polityce wewnętrznej, nie mających nic wspólnego ze wspólnym interesem europejskim, chciał innych szantażować, poniósł publiczną porażkę. (…) W tym przypadku chodziło o Polskę. Ale inni też zapamiętają tę lekcję” – konstatuje berliński komentator.

    W drugiej części artkułu Christoph von Marschall, były korespondent w Waszyngtonie, podkreśla pozytywny wpływ Donalda Trumpa na integrację Unii Europejskiej. „W odróżnieniu od Władimira Putina Donald Trump nie jest wrogiem Unii Europejskiej. Jednak również jego pojawienie się na międzynarodowej scenie uświadomiło Europie, że musi odzyskać sprawność działania i przejąć odpowiedzialność. Trump oznacza niepewność. Czy w razie kryzysu USA dotrzymają wojskowych gwarancji bezpieczeństwa, gdy będzie to od niego zależało? Czy w odpowiedzi na europejską nadwyżkę eksportową Trump doprowadzi do wojny handlowej? Czy Trump podziela te same wartości dotyczące imigracji i kwestii uchodźców ?” Zdaniem komentatora prezydentura Donalda Trumpa wymusza na Unii Europejskiej usprawnienie procesu podejmowania decyzji. „Ponieważ nie wszyscy chcą w tym uczestniczyć, to jedynym rozwiązaniem jest Europa wielu prędkości” – podsumowuje swój wywód Marschall.

    ARD (pierwszy program niemieckiej telewizji publicznej)

    Tagesthemen (9.3.2017)

    W głównym wieczornym programie publicystycznym telewizji ARD relacja ze szczytu UE znalazła się dopiero na trzecim miejscu, po konflikcie z Turcją i omówieniu sondaży. W relacji na temat szczytu UE podkreślono polityczną izolację Polski i opinię, iż brak zgody na reelekcję Donalda Tuska był motywowany względami polityki wewnętrznej. Przedstawiono również stanowisko polskiego rządu, mówiące o braku neutralności Donalda Tuska i wspieraniu opozycji. W materiale zwrócono uwagę na możliwość blokowania przez Polskę decyzji unijnych. Podkreślono przy tym, że Polska najbardziej skorzystała z członkostwa w Unii. Zdaniem ARD zbliżający się sześćdziesiąty jubileusz Traktatów Rzymskich jest tym samym zagrożony.

    W komentarzu odredakcyjnym Griet von Petersdorff ostro skrytykowała rząd Prawa i Sprawiedliwości za blokowanie reelekcji Donalda Tuska i motywowany chęcią utrzymania władzy brak jedności z UE. „Konflikt z Unią zaszkodzi Polsce, a kraje członkowskie tak szybko tego nie zapomną. Nie wolno w ten sposób traktować Unii Europejskiej” – skomentowała von Petersdorff.

    Sondaże:

    W programie Tagesthemen przedstawione zostały również interesujące wyniki sondaży dotyczących zarówno kwestii europejskich jak i preferencji wyborczych. Zgodnie z najnowszymi badaniami 80% Niemców opowiada się za większą integracją Unii Europejskiej. Zdecydowanie bardziej zróżnicowane są oceny dotyczące korzyści płynących z członkostwa w UE.

    Poniżej wyniki sondażu ARD:

    A: Członkostwo w UE przynosi Niemcom głównie korzyści : 41% (-11 w stosunku do sondażu z lipca 2016 roku)
    B: Członkostwo w UE przynosi Niemcom zarówno korzyści jak i straty: 44% (+8 w stosunku do sondażu z lipca 2016 roku)
    C: Członkostwo w UE przynosi Niemcom straty: 13 % (+2 w stosunku do sondażu z lipca 2016 roku).

    Na niemieckiej scenie politycznej w dalszym ciągu odnotowuje się gwałtowny wzrost popularności SPD i jej kandydata na urząd kanclerza Martina Schulza.
    Aktualne preferencje wyborcze (09.03.2017) i zmiany w stosunku do wyników z początku lutego 2017:

    CDU (Chadecy) 32% (-2)
    SPD (Socjaldemokraci) 31% (+3)
    LINKE (Lewica) 8% (0)
    GRÜNE (Zieloni) 8% (0)
    FDP (Liberałowie) 6% (0)
    AfD (Alternatywa dla Niemiec, eurosceptycy) 11% (-1)

    W tym kontekście istotną wydaje się również podana 10.03.2017 przez ZDF (drugi program telewizji publicznej) informacja o szacowanej wysokości wydatków związanych z opieką nad azylantami. W 2016 r. niemieckie kraje związkowe miały przeznaczyć na ten cel łącznie 23 miliardy euro. Dla porównania wydatki na obronność wyniosły w tym czasie 34 miliardy Euro.

    PODSUMOWANIE

    W relacjach niemieckich mediów poświęconych wynikom szczytu UE i reelekcji Donalda Tuska na stanowisko przewodniczącego RE dominowała satysfakcja. Wybór Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej uznany został za porażkę polskiego rządu. Oceniono, że Polska próbowała szantażować pozostałe kraje Unii. Ton mediów niemieckich w porównaniu z lutym 2017 (wizyta kanclerz Angeli Merkel w Warszawie) uległ zaostrzeniu. Wydaje się, że idea Europy dwóch prędkości zyskuje wśród publicystów na popularności.

    W sposobie relacjonowania tematyki polskiej eksponowany jest fakt korzyści, jakie Polska uzyskała w formie funduszy po przystąpieniu do UE. Zupełnie pomijany jest natomiast fakt otwarcia polskiego rynku na niemiecki eksport i korzyści, jakie niemieckie (zachodnioeuropejskie firmy) czerpią z realizacji projektów unijnych. Trudno jest też znaleźć informacje na temat pozytywnych wyników polskiej gospodarki, obopólnych korzyści z wymiany handlowej, zwalczania korupcji przez polski rząd, polityki obronnej i zaangażowania w strukturach NATO.

    Polityka polskiego rządu przedstawiana jest jako egoistyczna, krótkowzroczna, irracjonalna i antyeuropejska. Polska w ocenie medialnej pozycjonowana jest wśród państw negujących integrację europejską, którą popiera – jeśli wierzyć sondażom – zdecydowana większość niemieckiego społeczeństwa. Dla Niemców idea integracji europejskiej wydaje się stanowić element tożsamościowy. Stopień utożsamienia niemieckich elit opiniotwórczych z ideą integracji europejskiej sprawia, że debata/spór traktowane są jako próba podważenia europejskiego ładu. Jako oczywisty i zasadniczo słuszny przyjmowany jest przez niemieckich publicystów punkt widzenia prezentowany przez rząd Angeli Merkel.

    Jarosław Kaczyński uważany jest przez niemieckie media za polityka stanowiącego jedno z głównych źródeł konfliktów polsko-niemieckich i polsko-unijnych. Tym samym wraz z Wiktorem Orbanem, Recepem Erdoganem i Donaldem Trumpem przyporządkowany jest do obozu polityków antyunijnych. Trudno doszukać się śladu negatywnych opinii na temat Donalda Tuska, lub okresu rządów Platformy Obywatelskiej. Krytyka Prawa i Sprawiedliwości rozpowszechniona wśród niemieckich publicystów wydaje się mieć często podłoże ideologiczne. Uderzający jest stopień podobieństwa komentarzy w prasie niemieckiej – trudno znaleźć (z nielicznymi wyjątkami – jak choćby tekst Christopha B. Schiltza z Die Welt) próby obiektywnego przybliżenia polskiego punktu widzenia lub wyeksponowania racji zwolenników polskiego rządu.

    W tej sytuacji warto zastanowić się nad skutecznymi (alternatywnymi) formami prezentacji polskiego stanowiska w obliczu negatywnego nastawienia większości mediów niemieckich.
    Przygotowanie i opracowanie: Zespół Reduty Dobrego Imienia, 13 marca 2017

    reduta
    Nasza działalność opiera się o wolontariat i darowizny osób fizycznych.

    Jeśli identyfikujesz się z celami Reduty wesprzyj nas darowizną poprzez system Dotpay lub PayPal. Kliknięcie w jeden z poniższych obrazków przeniesie Cię na stronę Dotpay lub PayPal gdzie można przekazać darowiznę – na Dotpay za pomoca przelewu internetowego, a na PayPal za pomocą karty kredytowej.

    Dziękujemy!

    Można także wesprzeć Redutę poprzez wpłatę na konto bankowe

    87 1090 1883 0000 0001 2254 5117 z dopiskiem “Darowizna na cele statutowe” w tytule przelewu, a także podaniem adresu mailowego.

    18 marca 2017By Tadeusz Isakowicz-ZaleskiRozmyślania w blogu

    Niemcy Tusk Europa media lewacy


    Przemyśl uczcił pomordowanych w Hucie Pieniackiej i Korościatynie


    Znalezione obrazy dla zapytania przemyśl rynek

    Rynek w Przemyślu

    Przemyśl uczcił pomordowanych w Hucie Pieniackiej i Korościatynie

    You are here:

    1. Home
    2. Kresy Wschodnie
    3. Aktualności kresowe

    Relacja z Mszy św. i uroczystości 73 rocznicy zagłady Huty Pieniackiej i Korościatyna na Podolu

    W niedzielę 12 marca 2017r. w przemyskim kościele p.w. Św. Trójcy odbyła się Msza św. i uroczystości upamiętniające zagładę polskiej wsi Huta Pieniacka i ludobójstwa dokonanego przez UON-UPA na Polakach w Korościatynie na Podolu. W Mszy św. koncelebrowanej pod przewodnictwem ks. prałata Stanisława Czenczka, kapelana Stowarzyszenia Pamięci Polskich Termopil i Kresów, uczestniczyli: ks. prałat Jan Stanisz, ks. Krzysztof Żyła i ks. dr Marek Machała, który wygłosił piękną homilię o martyrologii Polaków w Hucie Pieniackiej, Korościatynie i na Kresach. Modlono się za zamordowanych w Hucie Pieniackiej i Korościatynie, o zakończenie wojny na Ukrainie i pojednanie w prawdzie z Ukraińcami, a także w intencji realizacji projektu budowy w Przemyślu pomnika pamięci Legionów Polskich i Bohaterów Polskich Termopil.

    Mszę św. i uroczystość pod pomnikiem w murze klasztornym,( gdzie od 2009r. złożona jest urna m.in. z ziemią z Huty Pieniackiej), uświetniły poczty Sztandarowe: Przemyskiego Regionu „Solidarność”, Szkoły Podstawowej nr 16 im.Orląt Lwowskich, Szkoły Podstawowej nr 1 im. Henryka Sienkiewicza i Strzelców Związku Strzeleckiego im. Józefa Piłsudskiego z Przemyśla.

    Obecni byli: Posłowie – Anna Schmidt – Rodziewicz z PiS i Wojciech Bakun z Kukiz 15, Zastępca Prezydenta Miasta – Janusz Hamryszczak , Wiceprzewodniczący R.M. – Robert Bal, Stanisław Rogała – przedstawiciel Starosty Przemyskiego, Artur Brożyniak z IPN z Rzeszowa, Henryk Ekiert –Prezes KIK z Oświęcimia, a także rodziny przemyskich Ormian z Ich przedstawicielem – Gagik Gregorianem. W uroczystościach uczestniczyli również członkowie Klubu Inteligencji Katolickiej, Stowarzyszenia Pamięci Polskich Termopil i Kresów, przedstawiciele Sybiraków z Marianem Boczarem, oraz rodzin kresowych – Marcela Tukało i Tadeusz Król – prezes Stowarzyszenia Przyjaciół Mościsk, członkowie Stowarzyszenia „Dolina Sanu” z prezes Małgorzata Dachnowicz, płk. Czesławem Buksińskim i dr Andrzejem Zapałowskim.

    Przy pomniku Tadeusz Szczerbaty z przemyskiego Teatru Fredreum odczytał okolicznościowy wiersz autorstwa Maurycego Kowalskiego poświęcony pamięci zamordowanych pt. MOŻE, TY!

    Mszę św. i uroczystość uświetnili, salezjańska orkiestra „Augustino” pod dyrekcją Krzysztofa Polniaka i Małgorzata Świetlicka z I LO im. Juliusza Słowackiego pięknym wykonaniem pieśni „Ave Maryja”.

    Po złożeniu kwiatów i zapalonych zniczy miałem możliwość poinformować zebranych o przebiegu uroczystości w dniu 26 lutego 2017r. w Hucie Pieniackiej i modlitwie ekumenicznej o pojednanie na którą przybył lwowski historyk z banerem i czerwono – czarną flagą banderowską, dobrze znaną wszystkim, szczególnie przedstawicielom rodzin zamordowanych, a najbardziej zapisała się w pamięci obecnego tam Pana Franciszka Bąkowskiego – który ocalał jako 7 letni chłopiec. W ludobójstwie w Hucie Pieniackiej stracił 11 osób z najbliższej rodziny.

    Wspomniałem również o dewastacji z 11.03.2017r. pomnika pamięci zamordowanych Profesorów Lwowskich we Lwowie i pomnika zamordowanych Polaków w Podkamieniu, także o czytaniu na skwerze Tarasa Szewczenki w Lublinie poezji w/w poety z udziałem 11 żołnierzy ukraińskich z Polsko – Ukraińsko – Litewskiego brygady stacjonującej w Lublinie. Czytanie poezji oprotestowali Kresowianie, którzy uważają poezję Tarasa . Szewczenki jako pogardliwą i wrogą do narodu polskiego.

    We wtorek 14 marca 2017r. dowiedzieliśmy się z prasy o ponownym zdewastowaniu odnowionego przez społeczność ukraińską pomnika z krzyżem w Hucie Pieniackiej. Te zdewastowane pomniki z niepokojącymi napisami i groźbą „Śmierć Lachom” nie wróżą dobrej przyszłości ze strategicznym partnerem, jakim chcielibyśmy, by była Ukraina i partnerskie miasta Przemyśla na Ukrainie. Czerwono- czarna flaga na budynku państwowym w Mościskach, obok pomnika S. Bandery, pomimo, że wisi w sąsiedztwie flagi ukraińskiej i Unii Europejskiej nie pozwala z optymizmem patrzeć w przyszłość.

    Po uroczystościach w salce katechetycznej kościoła wyświetlaliśmy slajdy z uroczystości w Hucie Pieniackie z 2009r, ( z udziałem Prezydentów, Lecha Kaczyńskiego i Wiktora Juszczenki), także z 26 lutego 2017r., oraz filmy „Skrawek Piekła na Podolu” w reżyserii Jolanty Chojeckiej –Kassler i film w reżyserii Macieja Wojciechowskiego pt. „Było sobie miasteczko”.

    Z kresowym pozdrowieniem
    Stanisław Szarzyński
    Prezes Stowarzyszenia Pamięci Polskich Termopil i Kresów w Przemyślu

    P.S. Serdecznie dziękuję Przemyskiej Telewizji Kablowej „Toya” oraz Katolickiemu Radiu „Fara” za obsługę medialną uroczystości, a także Marianowi Makiele, Krzysztofowi Gniadkowi i Marianowi Radlakowi – członkom naszego Stowarzyszenia Pamięci Polskich Termopil i Kresów w Przemyślu, za wykonanie dokumentacji fotograficznej i filmowej z Mszy św. i uroczystości.

    Fotoreportaż można obejrzeć na FB

    ss-galizien

    18 marca 2017By Tadeusz Isakowicz-ZaleskiAktualności kresoweRozmyślania w blogu

    Przemyśl upamiętnienie Huta Pieniacka Korościatyn Kościół


    O prawdę i odkłamanie historii


    O prawdę i odkłamanie historii

    17 marca 2017 (12:14)

     

    Z Andrzejem Maciejewskim, politologiem, ekspertem w obszarze polityki z Instytutu Sobieskiego, posłem ruchu Kukiz’15, przewodniczącym sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej, rozmawia Mariusz Kamieniecki. Jakie są główne założenia projektu Kukiz’15 dotyczącego nowelizacji ustawy o IPN umożliwiającego wszczynanie postępowań karnych za negowanie zbrodni przez UPA? – Poprzez tę zmianę w ustawie chcemy ograniczyć głoszenie publicznego kłamstwa na temat zbrodni ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Projekt Kukiz’15 dotyczący nowelizacji ustawy o IPN umożliwia wszczynanie postępowań karnych za zaprzeczanie zbrodniom dokonanym przez ukraińskich nacjonalistów, w tym również zbrodniom tych ukraińskich formacji polegających na kolaboracji z III Rzeszą. Nazywamy rzeczy po imieniu. Tak jak mówimy o popełnionych zbrodniach nazistowskich czy komunistycznych, tak do tej listy dopisujemy również zbrodnie popełnione przez ukraińskich nacjonalistów oraz ukraińskich formacji kolaborujących z III Rzeszą. Wszyscy, którzy w latach 1925-1950 kolaborowali z Niemcami, są tak samo zbrodniarzami jak naziści czy komuniści.      Ustawą sejmową trzeba regulować to, co jest oczywiste? – 27 lat wolnej Polski pokazało, że coś takiego jak przyzwoitość czy prawda historyczna nie istnieją bez umocowania prawnego, ustawowego. Smutne to, ale prawdziwe. Kiedyś ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski powiedział bardzo ważną rzecz, a mianowicie, że Kresowian zabito dwukrotnie: pierwszy raz ciosami siekierą, a drugi raz przez przemilczenie. Mieliśmy 27 lat milczenia i wychodzi na to, że trzeba ustawy, aby to milczenie, które woła o prawdę, raz na zawsze przerwać. Nie chodzi tu o wrogie nastawienie wobec Ukraińców, ale o prawdę i odkłamanie historii. To jesteśmy winni ofiarom i ich rodzinom.    Od 8 listopada 2016 r. projekt nowelizacji ustawy „jest trzymany w zamrażarce”. Jaki jest Pana zdaniem tego powód? – Projekt został zaakceptowany przez Komisję Sprawiedliwości i Praw Człowieka, ale utknął u marszałka Sejmu. To pokazuje, że niestety wciąż mamy do czynienia z elementem pewnej gry politycznej. Kresowianie i ofiary zbrodni są rozgrywani po raz trzeci, tym razem politycznie, przez obecne polskie elity władzy i niestety przegrywają też w konfrontacji z Ukraińcami. Poprawność polityczna znów bierze górę i z tym trzeba skończyć. Widać w relacjach polsko-ukraińskich komuś wciąż brakuje odwagi, żeby stanąć w prawdzie i pokazać, jak wyglądały fakty, kto był ofiarą, a kto zbrodniarzem. Prawdy nie da się zakłamywać w nieskończoność. Bez pełnej prawdy nie może być też mowy o pojednaniu. Bilans ostatnich profanacji polskich śladów na Ukrainie jest alarmujący. Wystarczy tylko wspomnieć wrogie napisy na Konsulacie Generalnym RP we Lwowie, zniszczone pomniki w Hucie Pieniackiej, w Podkamieniu czy we Lwowie. Komu zależy na podsycaniu i tak napiętych relacji polsko-ukraińskich? – Pierwszym winowajcą, którego próbuje się posądzić o tego rodzaju akty wrogości wobec Polski i Polaków, jest Rosja. Dlatego winą za te prowokacje, które mają zniszczyć relacje polsko-ukraińskie, usiłuje się obarczyć Rosję. Drugim podejrzanym są formacje probanderowskie. To symbol odradzającego się nacjonalizmu ukraińskiego, który może być źródłem tego typu zachowań. To z kolei ma służyć scalaniu społeczeństwa ukraińskiego wokół idei Bandery. I – jak sądzę – w tych dwóch źródłach należy upatrywać przyczyny antypolskich ekscesów. Oczywiście nie można też wykluczyć głupoty i działań chuligańskich. Jednak jeśli spojrzeć na przemyślany i metodycznie prowadzony sposób działania, to ten trzeci scenariusz wydaje się zbyt naiwny i mało prawdopodobny.          Reakcja polskich władz na tego typu profanacje jest Pana zdaniem wystarczająca? – I tutaj dotykamy ogromnie ważnej kwestii. Pytanie brzmi: Czy możemy się spodziewać czegoś więcej, mając za ambasadora RP w Kijowie Jana Piekło, którego poglądy niewiele się różnią od ukraińskich? Inna sprawa, że ktoś za tę nominację odpowiada. Jako Kukiz’15 od samego początku byliśmy przeciwni tej kandydaturze. Nasz klub  oponował i wskazywał, że Jan Piekło jest złym kandydatem na ambasadora RP w Kijowie. Co więcej, również eksperci od spraw ukraińskich wskazywali, że to zły, nietrafiony  pomysł. Niestety, zamiast wysłać do Kijowa młodego polskiego urzędnika, wysłaliśmy publicystę i ukrainofila, który ewidentnie bardziej zajmuje się problemami ukraińskimi niż sprawami polskimi. Takie jest moje wrażenie.     Czy wobec coraz częstszych aktów agresji pojednanie polsko-ukraińskie jest możliwe? – Pojednanie jest jak medal, który musi mieć dwie strony. Jednocześnie ciągle mam wątpliwości, czy Ukraińcy sami wiedzą, czego chcą, i czy w ogóle są na tyle zdeterminowani, żeby walczyć o swój kraj i o swoją narodową tożsamość. Z jednej strony, mamy konflikt z Rosją na wschodzie Ukrainy, a z drugiej – na zachodzie – działają coraz bardziej aktywne bojówki Prawego Sektora pod sztandarami Bandery, które zamiast walczyć o swój kraj skupiają się przy granicy z Polską. Wygląda to tak, jakby to Polska miała za chwilę zaatakować Ukrainę. I tego nie rozumiem. Można mieć poważne wątpliwości, czy politycy z Kijowa mają jeszcze realną władzę nad Ukrainą i panują nad sytuacją w tym kraju. Czy w sytuacji, kiedy Ukraińcom nie zależy na własnym kraju, warto się angażować aż tak mocno po stronie Ukrainy, jak czyni to Polska?      – W naszym interesie jest trzymać Rosję jak najdalej od siebie. I to jest interes Polski. W tym znaczeniu Ukraina stanowi pewien bufor między Rosją a Polską. Oczywiście możemy też dyskutować, jak powinno wyglądać to trzymanie Rosji na dystans. Jedno jest pewne: nie możemy dopuścić do tego, żeby Rosjanie przekroczyli granicę Kijowa i podążali w kierunku granic Polski. To jest w naszym dobrze pojętym interesie. Ukraińcy swoje działania nazywają walką o wolną Ukrainę, a ja chciałbym nasze działania nazywać walką o polski interes. W polityce zagranicznej nie ma ani przyjaciół, ani wrogów, natomiast są interesy. I najwyższy czas zacząć skutecznie pilnować, zabiegać i walczyć o nasze interesy, o interesy Polski.     Ostatnio w Polsce gościł szef MSZ Ukrainy Pawło Klimkin, który podczas konferencji z ministrem Witoldem Waszczykowskim zapowiedział lepszą ochronę polskich pomników. Jak odbiera Pan tego typu deklaracje? – Przede wszystkim nie bardzo potrafię sobie wyobrazić, jak ma wyglądać ta „lepsza ochrona polskich pomników”. Przecież nie ma możliwości postawienia ochrony przy każdym takim pomniku czy upamiętnieniu. Problem tkwi w tym, że mamy prowokacje pewnych zachowań. Ktoś próbuje grać emocjami Ukraińców i to jest bardzo niebezpieczne. Natomiast ukraińskie władze z całą stanowczością powinny potępić tego typu akty wandalizmu. W celu odstraszania kara za takie czyny powinna być surowa, również skuteczność wykrywania powinna być większa. Polskie władze muszą się w sposób zdecydowany domagać zahamowania niszczenia polskich symboli. Można mówić o strategicznym partnerstwie z krajem, który gloryfikuje zbrodniarzy polskiej ludności? – Strategiczne partnerstwo z Ukrainą to mit. Wschodnia polityka Polski wyraźnie kuleje. Nic zresztą dziwnego, skoro po 27 latach od odzyskania przez nasz kraj wolności w strukturach polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych wciąż funkcjonują resortowe dzieci – urzędnicy mianowani jeszcze za czasów Bronisława Geremka. Skoro korzeniami wciąż tkwimy w poprzednim systemie, skoro mamy nie do końca przygotowane kadry dyplomatyczne, to o czym tu w ogóle mówić. Wobec powyższego nie ma się, co dziwić, że tak to wygląda. Trzeba też wziąć pod uwagę, że po stronie ukraińskiej Rosjanie również spacyfikowali służby, spacyfikowali ukraińską administrację i często to nie Ukraińcy, ale Rosjanie pełnili ważniejsze funkcje w tym kraju, i to za zgodą i przychylnością ukraińskich władz. Często mówi się o rosyjskim embargu na polską żywność, ale zapomina się, że embargo na polskie mięso nałożyła także Ukraina. – To jest niestety fakt, który kompromituje poprzednie, ale i obecne polskie władze. Dlatego będziemy pytać, co obecny rząd robi, aby na Ukrainie zniesiono embargo na polską żywność. Nie może być tak, że nasz wschodni partner, którego za uszy ciągniemy do Unii Europejskiej od kilku już lat, nie kwapi się, aby uzgodnić z nami świadectwa weterynaryjne na import wołowiny. Co więcej, bodajże w 2014 r. Ukraina wprowadziła embargo na polską wieprzowinę. To jakiś nonsens, a może wygodna wymówka… Podczas politycznych rozmów z władzami Ukrainy należy podjąć ten temat. Nie ma żadnych powodów, aby na Ukrainie tworzyć sztuczne bariery i utrzymywać blokadę na polskie produkty. Dziękuję za rozmowę.

    Mariusz Kamieniecki

    Artykuł opublikowany na stronie: http://naszdziennik.pl/polska-kraj/178353,o-prawde-i-odklamanie-historii.html

    TRUMP: NIEMCY SĄ WINNI NATO DUŻĄ SUMĘ PIENIĘDZY


    Znalezione obrazy dla zapytania Merkel bastionem globalizmu

     

    TRUMP: NIEMCY SĄ WINNI NATO DUŻĄ SUMĘ PIENIĘDZY

    ŚWIAT

    Dzisiaj, 18 marca (16:25) Aktualizacja: Dzisiaj, 18 marca (16:39)

    ​Donald Trump pisze na Twitterze o „wspaniałym” spotkaniu z kanclerz Angelą Merkel, do którego doszło w Białym Domu. Amerykański prezydent w następnym wpisie podkreślił jednak, że Niemcy są winni Sojuszowi Północnoatlantyckiemu i Stanom Zjednoczonym duże sumy pieniędzy. Dodał, że powinni płacić więcej za wsparcie w dziedzinie obronności.

    Donald Trump i Angela Merkel /AFP

    Donald Trump i Angela Merkel /AFP

    Wczoraj Donald Trump spotkał się w Waszyngtonie z niemiecką kanclerz. 

    REKLAMA

     

    Rozmowa dotyczyła między innymi sytuacji na Ukrainie, ale według mediów spotkanie przebiegło w chłodnej atmosferze i nie przyniosło zbyt wielu konkretów. Pierwotnie spotkanie miało się odbyć we wtorek, jednak Trump w poniedziałek zaproponował przełożenie spotkania na piątek z powodu śnieżycy nadciągającej na wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. 

    Obserwuj

    Donald J. Trump

    @realDonaldTrump

    Despite what you have heard from the FAKE NEWS, I had a GREAT meeting with German Chancellor Angela Merkel. Nevertheless, Germany owes…..

    14:15 – 18 mar 2017

  • 13 38213 382 podane dalej

  • 57 21257 212 polubień

  • Obserwuj

    Donald J. Trump

    @realDonaldTrump

    …vast sums of money to NATO & the United States must be paid more for the powerful, and very expensive, defense it provides to Germany!

    14:23 – 18 mar 2017

  • 11 97611 976 podanych dalej

  • 50 96950 969 polubień

  • Kanclerz Niemiec – jak poinformowały osoby z jej najbliższego otoczenia cytowane w amerykańskich mediach – była w drodze na lotnisko, kiedy zadzwonił do niej prezydent.

    Dla wielu komentatorów przełożenie przez Trumpa rozmów z Merkel na późniejszy termin jest symbolem stosunków amerykańsko-niemieckich. Oczekiwania amerykańskich obserwatorów związane z tym najważniejszym spotkaniem Trumpa od objęcia urzędu były skromne.

    Większość komentatorów miała nadzieje na „przełamanie lodów” i na nawiązanie przynajmniej roboczych stosunków pomiędzy Trumpem – najsłynniejszym przedstawicielem światowej „rewolucji populistycznej” – a kanclerz Merkel, która bywa nazywana przez amerykańskich komentatorów „ostatnim bastionem globalizmu”.

    Zdaniem konserwatywnego dziennika „The Wall Street Journal” stanowisko Merkel szczególnie w takich dziedzinach jak imigracja, integracja europejska i rola NATO w stosunkach transatlantyckich wzmocniła przegrana w wyborach w Holandii Geerta Wildersa, eurosceptyka i przeciwnika imigracji, szczególnie imigracji z państw islamskich, przywódcy Partii na rzecz Wolności (PVV).

    Angela Merkel Asked President Trump To Shake Hands & He Appeared To Ignore Her | TIME

    PAP/IAR

    Umieranie za religię


     

     

    ATAKUJĄCY LOTNISKO W PARYŻU KRZYCZAŁ „UMRZEĆ DLA ALLAHA”

    ŚWIAT

    1 godz. 21 minut temu

    Prokurator Francois Molins powiedział, że mężczyzna, który strzelał na lotnisku w Paryżu, krzyczał, że chce umrzeć w imię religii. Według zeznań żołnierzy napastnik powiedział „Ja tu jestem po to, by umrzeć dla Allaha”.

    zdj. ilustracyjne /PAP/EPA

    zdj. ilustracyjne /PAP/EPA

    Rano w porcie lotniczym mężczyzna wyrwał pistolet maszynowy kobiecie będącej w trzyosobowym patrolu, pilnującym sali odlotów, i ukrył się w jednym ze sklepów na lotnisku. Wkrótce potem został zastrzelony przez żołnierzy. Nikt nie został ranny. 

    NA LOTNISKU ZASTRZELONO MĘŻCZYZNĘ

     

    Z lotniska ewakuowano blisko 3 tysiące pasażerów. Ekipy antyterrorystyczne z psami sprawdzały, czy mężczyzna nie zostawił żadnego ładunku wybuchowego.
    Służby poszukiwały także wśród podróżnych wspólnika napastnika.
    Władze lotniska szacują, że zamknięcie ruchu spowodowało utrudnienia dla blisko 6 tysięcy pasażerów. 

    Informacyjna Agencja Radiowa

    Ukraińcom zachciewa się broni jądrowej


    Podobny obraz

     

     

    Rzepa.pl

    Polityka

    Rusłan Szoszyn

    Ukraina: nacjonaliści się jednoczą

    publikacja: 18.03.2017

    aktualizacja: 18.03.2017, 11:47

    Kijów, marsz nacjonalistówKijów, marsz nacjonalistówFoto: youtube

    Skrajnie prawicowe ukraińskie organizacje łączą siły i chcą przejąć władzę w kraju.

     

    Chodzi o partię Swoboda, Nacjonalny Korpus (były Azow) oraz Prawy Sektor. Liderzy tych nacjonalistycznych ukraińskich ugrupowań podpisali w piątek w Równym wspólny manifest, w którym deklarują zjednoczenie sił na rzecz „stawiania oporu wrogom narodu ukraińskiego”.

    Z treści opublikowanego na stronie Swobody dokumentu wynika, że nacjonaliści proponują całkowite zerwanie stosunków dyplomatycznych z Rosją, uniemożliwienie działalności rosyjskiego biznesu na Ukrainie oraz blokowanie okupowanych przez Rosjan terytoriów.

    Ukraińscy nacjonaliści proponują „nie orientować się na Wschód czy Zachód”, lecz utworzyć w Europie nowy „sojusz bałtycko-czarnomorski”. Opowiadają się też za przywróceniem Ukrainie „statusu państwa jądrowego” i legalizacją posiadania broni palnej. Proklamują też likwidację oligarchii.

    „Przywrócić pod kontrolę państwa majątek, obiekty strategiczne i przedsiębiorstwa, które bezprawnie zostały sprywatyzowane po 1991 roku. Zlikwidować prywatne monopole i wstrzymać wyprowadzenie kapitału za granicę” – czytamy w manifeście.

    • To dokument, z którym zaczynamy swoją krucjatę przeciwko obecnym władzom – powiedział Andrij Bilecki, deputowany Rady Najwyższej i lider Nacjonalnego Korpusu, cytowany przez ukraiński portal ukranews.com.

    Nacjonaliści zapowiadają wprowadzenie ustawy umożliwiającej impeachment prezydenta. – Kiedy jutro rządzić będą ukraińscy nacjonaliści, zrealizujemy ten manifest – mówił lider Swobody Ołeh Tiahnibok, cytowany przez lokalne media. Jego partia obecnie ma jedynie siedmiu reprezentantów w Radzie Najwyższej Ukrainy.

    Jego brat był ministrem w rządzie Tuska


    niezalezna.pl - strefa wolnego słowa

     

    18 marca 2017

     

    Niebezpieczny pedofil wpadł w Rumunii. Jego brat był ministrem w rządzie Tuska

     

    Dodano: 18.03.2017 [12:46]

    Niebezpieczny pedofil wpadł w Rumunii. Jego brat był ministrem w rządzie Tuska - niezalezna.pl

    foto: policja.pl

    Tomasz K., który w 2010 r. został zatrudniony w Instytucie Polskim w Bukareszcie, był równocześnie seksualnym dewiantem, chwalił się nawet, że nie ma problemu z dostępem do dzieci. I nagrywał pedofilskie filmy. Niedawno został zatrzymany przez policję w Rumunii. Jeden z tabloidów ujawnia, że jego brat pełnił funkcję wiceministra w rządzie Donalda Tuska.
    O skandalu informuje „Fakt”, który twierdzi, że policjanci nazwali Tomasza K., „królem pedofilów”.

    „Tomasza K. policja namierzyła dzięki infiltracji pedofilskiego forum w ukrytej sieci TOR” – podaje tabloid.

    Mężczyzna – jak twierdzi „Fakt” – „chełpił się, że ma „dostęp do dzieci”. Hojnie dzielił się filmami pornograficznymi z setkami ludzi w całej Europie. Polska policja liczy, że – ponieważ poszedł na współpracę – doprowadzi ich do kolejnych dewiantów”.
    39-letni Tomasz K. został zatrzymany w Rumunii kilka tygodni temu, ale teraz ujawniono tę informację.
    Tabloid zdradza również, że mężczyzna jest bratem byłego wiceministra w rządzie Donalda Tuska.

    – To dla mnie szok – powiedział „Faktowi” Piotr K., który dziś nie ma związków z polityką. – Nie wiedziałem nawet o zatrzymaniu brata. Widywałem się z nim sporadycznie, najczęściej w święta – zapewnia.

    Tomasz K. pracował w Instytucie Polskim w Bukareszcie, nie miał status dyplomaty, został już dyscyplinarnie zwolniony.

    Autor: gb

    Źródło: tvp.info, niezalezna.pl, Fakt

    Francja rozumie, że blokada Donbasu jest de facto jego oderwaniem od Ukrainy


     

    fot. wikimedia.org

    Francja wezwała ukraińskie władze do zniesienia blokady Donbasu

    Dodane przez Lipinski

    Opublikowano: Piątek, 17 marca 2017 o godz. 23:11:19

    W swoim oświadczeniu MSZ Francji wezwało Ukrainę do podjęcia działań zmierzających do zdjęcia blokady. Zaapelowało także o wypełnienie postanowień mińskich.

     

    Francja jest bardzo zaniepokojona decyzją ukraińskiego rządu z 15 marca o wprowadzeniu tymczasowej blokady dostaw towarów na wschód kraju – powiadomiło w swoim oświadczeniu MSZ Francji wzywając Ukrainę do podjęcia działań zmierzających do zdjęcia blokady.

    Jednocześnie Francja wezwała Rosję i Ukrainę do wypełnienia porozumień w Mińsku.

    Przypomnijmy, że 15 marca br. Rada Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy wprowadziła pełne „czasowe” zawieszenie drogowego i kolejowego ruchu towarowego z terenami separatystycznych republik na Donbasie. Decyzję podjęto na wniosek prezydenta Petra Poroszenki pod naciskiem środowisk radykalnych, które od stycznia samozwańczo blokowały połączenia z Donbasem.

    WIĘCEJ: Ukraina: radykałowie wygrywają starcie z władzą, będzie pełna blokada Donbasu

    eurointegration.com.ua / kresy.pl

    Gowin o Polexicie: rząd chce pozostania Polski w UE. Widzimy jednak potrzebę głębokiej reformy


    logo Polonia Christiana

    DZISIAJ JEST

    SOBOTA 18 MARCA

     

    Gowin o Polexicie: rząd chce pozostania Polski w UE. Widzimy jednak potrzebę głębokiej reformy

    Data publikacji: 2017-03-18 11:30

    Data aktualizacji: 2017-03-18 12:40:00

    Gowin o Polexicie: rząd chce pozostania Polski w UE. Widzimy jednak potrzebę głębokiej reformy

    fot. Adam Chelstowski/FORUM

    Wicepremier Jarosław Gowin odniósł się do akcji „Gazety Wyborczej” pt. „Nie damy wypchnąć Polski z Unii Europejskiej”. Jak podkreślił polityk, polski rząd chce pozostania w gronie państw unijnych, ale zwraca uwagę na potrzebę głębokiej reformy Unii Europejskiej. Dodał również, że insynuacje środowisk lewicowych, że Polska chce wyjścia ze wspólnoty państw UE, jest „elementem histerii”.

    Pod apelem wystosowanym przez „Gazetę Wyborczą” podpisali się m.in. aktywista LGBT, a obecnie pełniący funkcję prezydenta Słupska Robert Biedroń, Władysław Frasyniuk, a także Ryszard Petru. W tekście padają stwierdzenia sugerujące, że Polska zmierza do tzw. Polexitu. Inicjatorzy akcji chcą „przypomnieć Europie i światu, że Europy chcemy i chcemy ją współtworzyć”. Pada również stwierdzenie: „Nie pozwólmy się z niej wyprowadzić. Bije nam dzwon”.

    Akcję „Gazety Wyborczej” skomentował na antenie RMF wicepremier Jarosław Gowin, który podkreślił, że polski rząd jest nastawiony proeuropejsko i nie zamierza występować z Unii Europejskiej. – Polska jest wyprowadzana z Unii tylko w urojonych obawach tych osób. Nasz rząd opowiada się za dalszą obecnością Polski w Unii – mówił Gowin. Zaznaczył jednak, że Polska jest świadoma konieczności głębokiej reformy UE. – Wszystkie działania, które podejmowaliśmy od przejęcia władzy: od działania na forum unijnym, obliczone były na jeden cel. Chodziło o wzmocnienie pozycji Polski w Unii – powiedział.

    Wicepremier Jarosław Gowin zwrócił także uwagę, że narracja proponowana przez lewicowe środowiska, sugerująca że Polska chce wystąpić z Unii Europejskiej jest „elementem histerii”, a także kalkulacji politycznej. – Opozycja próbuje nastraszyć Polaków, którzy są, tak jak ja, zdecydowanymi zwolennikami integracji europejskiej, jakoby rząd próbował Polskę z UE wyprowadzić – zakończył szef Polski Razem.

    Źródło: rmf24.pl, wprost.pl

    WMa

    Read more: http://www.pch24.pl/gowin-o-polexicie–rzad-chce-pozostania-polski-w-ue–widzimy-jednak-potrzebe-glebokiej-reformy,50272,i.html#ixzz4bgI6Bw9Q

    Polska: „Organizacje pozarządowe” próbują rozszczelnić granicę wschodnią


    Znalezione obrazy dla zapytania „Organizacje pozarządowe”

    Xportal.plInformacje, Idea, Polityka18.03.2017

     

    Polska: „Organizacje pozarządowe” próbują rozszczelnić granicę wschodnią

    17 marca 2017 20:44

    Dziś rano na przejściu granicznym w Terespolu doszło do próby uniemożliwienia funkcjonariuszom Straży Granicznej wykonywania ich obowiązków służbowych i nielegalnego wpuszczenia do Polski 70-osobowej grupy tzw. „uchodźców” z Czeczenii. W próbie brały udział organizacje „prawoczłowiecze” skupione wokół Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka oraz 14 zwerbowanych przez nią adwokatów z Okręgowej Izby Adwokackiej w Warszawie. Poniżej pełna treść komunikatu, jaki ukazał się na stronie Straży Granicznej w związku z tą sprawą:

    Dzisiaj w godzinach porannych, na kolejowym przejściu granicznym w Terespolu, stawili się przedstawiciele organizacji pozarządowych i adwokaci, jako pełnomocnicy cudzoziemców oczekujących na odprawę graniczną na kierunku wjazdowym do Polski. Cudzoziemcy, których chcieli reprezentować, zgłosili się do kontroli granicznej nie posiadając dokumentów zezwalających na wjazd i pobyt na terytorium RP.

    Straż Graniczna podjęła wobec cudzoziemców działania związane z weryfikacją warunków wjazdu na terytorium RP, oparte na kontroli dokumentów podróży i indywidualnych rozmowach z każdą z tych osób. Takie postępowanie jest rutynowym działaniem funkcjonariuszy Straży Granicznej, zmierzającym do prawidłowej identyfikacji celu wjazdu i pobytu cudzoziemców.

    Pełnomocnicy cudzoziemców usiłowali wymóc na funkcjonariuszach Straży Granicznej wydanie zezwolenia cudzoziemcom na wjazd do Polski jeszcze przed podaniem przez samych cudzoziemców powodów i celu przyjazdu do naszego kraju w trakcie odprawy granicznej.

    Pomimo napiętej atmosfery funkcjonariusze Straży Granicznej kontynuowali działania polegające na indywidualnych rozmowach z cudzoziemcami w celu ustalenia powodów ich wjazdu na terytorium RP. Większość z cudzoziemców deklarowała ekonomiczny charakter swojej podróży, część osób odmawiała podawania szczegółów, ograniczając się jedynie do stwierdzenia „adwokat”. W grupie cudzoziemców funkcjonariusze Straży Granicznej zidentyfikowali również osoby poszukujące ochrony międzynarodowej na terytorium RP.

    W związku z powyższym od cudzoziemców poszukujących ochrony międzynarodowej na terytorium RP zostaną przyjęte stosowne wnioski, natomiast w pozostałych przypadkach cudzoziemcom zostaną wydane decyzje o odmowie wjazdu na terytorium RP.

    Nie jest możliwe dopuszczenie osób postronnych, w tym pełnomocników, do czynności przeprowadzanych podczas odprawy granicznej osób przekraczających granicę państwową. Decyzja o odmowie wjazdu na terytorium RP wydawana jest w trakcie odprawy granicznej osobie, która formalnie nie przekroczyła granicy państwowej RP.

    Każda decyzja o odmowie wjazdu na terytorium RP jest niezwłocznie doręczana pełnomocnikowi cudzoziemca, który ma również możliwość zapoznania się z całością materiałów dotyczących sprawy cudzoziemca, którego reprezentuje.

    Za: http://www.strazgraniczna.pl/pl/aktualnosci/4674,Komunikat-dotyczacy-sytuacji-na-przejsciu-granicznym-w-Terespolu.html