Jak Telewizja Republika i współpracownik litewskiego rządu ujawnili „Raport Węgierskich Służb”


 

Zrzut ekranu: telewizjarepublika.pl / twitter.com

Jak Telewizja Republika i współpracownik litewskiego rządu ujawnili „Raport Węgierskich Służb”

Dodane przez Lipinski

Opublikowano: Niedziela, 12 marca 2017 o godz. 10:10:46

Telewizja Republika, powołując się na Aleksandra Radczenkę, litewskiego urzędnika i krytyka postulatów polskiej mniejszości na Litwie, oskarżyła Kresy.pl o „związki z Kremlem” i przyjmowanie „rubli”. Artykuł stworzono na podstawie zmanipulowanego i nie zawierającego żadnych argumentów „raportu węgierskich służb”. Okazał się on wkrótce propagandową publicystyką autorstwa lewicowej organizacji, powiązanej z Georgem Sorosem. Telewizja Republika usunęła artykuł, jednak, mimo naszych próśb, nie sprostowała spreparowanej przez siebie dezinformacji.

 

W miniony piątek w polskim internecie „zahuczało” – na portalach społecznościowych zaczęły krążyć informacje, wedle których węgierskie służby opublikowały raport z listą polskich portali powiązanych z Kremlem.  A ponadto, listę rzekomych „sojuszników Kremla”.

Jako jeden z pierwszych (poza fanpejdżem Stop Rosyjskiej Propagandzie) o rzekomych doniesieniach „węgierskich służb” informował w piątek rano na Twitterze Aleksander Radczenko – Polak z Litwy, niegdyś anarchista, a obecnie zadeklarowany liberał. Zamieścił on w sieci dwie tabele, bez podania źródła ich pochodzenia. Według pierwszej z nich, portal Kresy.pl (a także kilka innych) to medium „rozpowszechniające kontrowersyjne opinie, oparte na prorosyjskich mediach, przychylne rosyjskiemu punktowi widzenia” i realizujący prokremlowską działalność, jako pośrednie narzędzie wpływu Rosji. Druga z tabel zawierała nazwiska polityków i aktywistów, określonych jako ważne polskie osobistości realizujące nad Wisłą rosyjskie wpływy bezpośrednio (jak np. Janusz Korwin-Mikke czy Sylwester Chruszcz) lub pośrednio (m.in. Robert Winnicki, Krzysztof Bosak, Artur Zawisza, Adam Andruszkiewicz).

„Lista polskich portali powiązanych z Kremlem wg węgierskich służb. M.in. atakujący mnie non stop kresy.ru i prawy.ru. Nie jestem zaskoczony” – napisał Radczenko, znany m.in. z ataków na przedstawicieli Polaków z Litwy, przede wszystkim AWPL-ZChR. Od wielu lat Radczenko jest pracownikiem kancelarii litewskiego rządu, osiągając stanowisko wicedyrektora departamentu prawnego. Był też redaktorem naczelnym polskojęzycznej wersji litewskiego serwisu Delfi.lt, publikującego treści nieprzychylne AWPL, znanego z niechęci do polskich aktywistów i lansującego ścisłą współpracę litewsko-polską, z pominięciem kwestii praw Polaków na Litwie.

Przeczytaj: Krokodyle łzy Aleksandra Radczenki

TV Republika: poszły ruble

Ponadto, temat bezkrytycznie podchwyciły – powołując się m.in. właśnie na Radczenkę – takie popularne wśród środowisk prawicowych media, jak Telewizja Republika. W piątek w południe opublikowała ona na swoich stronach internetowych artykuł pt. „Węgierskie służby opublikowały listę polskich portali powiązanych z Kremlem. ZOBACZ LISTĘ”. Zamieszczono w nim właśnie wpis byłego współpracownika litewskiego rządu wraz z tabelą i komentarzem następującej treści:

– Dla wielu nie jest to zaskoczenie. Od rozpoczęcia wojny Rosji z Ukrainą niektóre polskie portale odżyły nie wiadomo dlaczego. Teraz już wiemy, poszły ruble więc jest dobrze. Służby węgierskie opublikowały listę portali które sprzyjają polityce rosyjskiej, oraz nazwiska polityków, osób publicznych czy publicystów polskich, którzy również grają jak każe Kreml. ZASKOCZENIE?

Parę godzin później portal telewizjarepublika.pl usunął artykuł ze swojej strony, podobnie jak prowadzące do niego linki na portalach społecznościowych. Jego kopia jest jednak nadal dostępna w sieci.

Radio Szczecin i Maciążek

Podobnie postąpił, bezrefleksyjnie powielając nieprawdziwe informacje, portal Radia Szczecin, który skoncentrował się na pośle Kukiz’15 i Stowarzyszenia Endecja z tamtejszego okręgu wyborczego, Sylwestrze Chruszczu. „Poseł ze Szczecina, Sylwester Chruszcz jest prorosyjskim działaczem, twierdzą węgierskie służby. Polityk Ruchu Kukiz’15 znalazł się na – opublikowanej przez Węgrów – liście sprzymierzeńców Kremla” – napisano w „zajawce” na Facebooku do artykułu „Węgrzy na tropie sprzymierzeńców Kremla”.

Wpis Radczenki wraz z tabelami został szybko i bezkrytycznie rozpowszechniony. Powielił go m.in. bliski znajomy i współpracownik Radczenki, publicysta Piotr Maciążek, redaktor naczelny serwisu Energetyka24. Podobnie jak on znany z krytyki polskiej mniejszości na Litwie i jej głównych przedstawicieli politycznych, a także jako zwolennik strategicznego sojuszu z tym krajem. Swego czasu Maciążek publicznie wzywał do przynajmniej czasowej rezygnacji z walki o prawa polskiej społeczności na forum międzynarodowym.

CZYTAJ WIĘCEJ:

Wilno pod flagą biało-czerwoną [+FOTO]

Racja stanu czy interes narodowy?

Maciążek krytykuje wyprawki szkolne dla polskich dzieci na Litwie

Polska działaczka na Litwie: środowisko Radia ZW rozbija jedność Polaków na Litwie

Jakóbik ujawnia „współpracowników rosyjskiego wywiadu”

Tabele opublikował też Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny portalu BiznesAlert.pl i ekspert Instytutu Jagiellońskiego, dodając do nich wpis o treści:

– Lista współpracowników rosyjskiego wywiadu w mediach polskojęzycznych wg Węgier. Za to warto podziękować Orbanowi. To powinien być główny temat dzisiejszych wiadomości. Ale chyba nie będzie. P.S.: Lista prawdopodobnie jest niepełna

Później Jakóbik zedytował swój wpis:

– Poprawka: raport liberalnego think tanku z Węgier definiujący które media i politycy promują Rosję instrumentalnie wykorzystując konserwatywne wartości. W pełni się zgadzam. P.S.: Lista prawdopodobnie jest niepełna.

W końcu ub. roku Jakóbik bezpodstawnie oskarżał Kresy.pl o usunięcie jego tekstu opublikowanego na portalu w 2013 r. nt. rosyjskiego kontekstu odwołania ministra Mikołaja Budzanowskiego. Nazwał przy tej okazji Kresy.pl „rzekomo polskim portalem”. Sam Jakóbik jest także „złotym darczyńcą” portalu Eastbook.eu, który w przeszłości również, posuwając się do manipulacji, atakował nasze medium.

O co w tym wszystkim chodzi?

Wracając jednak do sprawy „raportu”. Źródłem informacji rozpowszechnianych przez Radczenkę, TV Republika, Maciążka czy Jakóbika, nie są żadne „węgierskie służby”. W rzeczywistości, chodzi tu o raport zatytułowany „The Weaponization of Culture: Kremlin’s traditional agenda and the export of values to Central Europe”. Dokument, którego fragment wykorzystał Radczenko, został  opublikowany w sierpniu ubiegłego roku. Ale nie przez „węgierskie służby”, tylko węgierski think-tank Political Capital Institute. Którego jednym z donatorów i partnerów jest znana Open Society Foundation powiązana z Georgem Sorosem. Poza nią na liście figurują również inne liberalne lub lewicowo liberalne podmioty, m.in. Dutch Jewish Humanitarian Fund,  European Jewish Fund, European Liberal Forum (powiązane z euroliberałami z PE), liberalna Fundacja im. Friedricha Naumanna,  lewicowo-liberalna Fundacja im. Heinrich Bölla czy National Endowment for Democracy (finansowana m.in. przez rząd USA), a także organ Komisji Europejskiej. Jednym z autorów raportu jest też Polak: Maciej Szylar, powiązany z Polskim Instytutem Stosunków Międzynarodowych.

Autorzy raportu przyznali, że w kontekście Polski oparli się na czterech całkowicie anonimowych źródłach, określanych jako: „dziennikarz – ekspert ds. ruchów skrajnie prawicowych, były oficer bezpieczeństwa, aktywista LGBTQ – lewicowy polityk oraz pracownik naukowy”.

Z raportu, koncentrującego się w założeniu na wpływie Kremla na Europę Środkową poprzez tradycyjne, konserwatywne i narodowe treści, wyziera jednak bardzo wyraźnie lewicowo-liberalny charakter. Autorzy krytycznie oceniają wszelkie postawy – szczególnie w sferze wartości – określane przez nich mianem „nieliberalnych” i „antyzachodnich”, wiążąc je pośrednio z Rosją. Używają zresztą zamiennie sformułowania „wartości rosyjskie” z opisem wartości prorodzinnych czy konserwatywnych. Stąd działalność na rzecz np. wartości pro-life czy kontrującą działania ruchów LGBT ocenia się właśnie przez ten pryzmat: jako formę realizacji interesów Kremla lub wpisywania się w jego narrację. W przypadku Polski wymieniono tu m.in. takie organizacje pro-life, jak: Centrum Wspierania Inicjatyw dla Życia i Rodziny, Fundacja Życie czy Polska Federacja Ruchów Obrony Życia. Jako zarzut wypomniano im m.in. rzekome poparcie dla antygejowskich przepisów rosyjskiego prawa.

Ponadto, w przypadku Polski stwierdzono, że głównym zagrożeniem jest to, iż rosyjskie wpływy w naszym kraju będą rosnąć m.in. w konsekwencji sprzeciwu społecznego, kwestii historycznych i animozji na tle narodowościowym. „Wartości konserwatywne nie są dowodem na rosyjskie wpływy w Polsce, ale są to narzędzia, które mogą zostać użyte przez Kreml do realizacji swych celów politycznych. Ogólnie, wszelkie organizacje o narodowej [oryg. nacjonalistycznej] orientacji (a także wiele po lewej stronie) są wystawione na rosyjskie wartości poprzez kreowanie i rozszerzanie międzynarodowych konfliktów między Polską a innymi krajami, zarówno intencjonalnie, jak i nie” – czytamy. Jak podkreślono, “Rosja pragnie wykorzystać ruchy nacjonalistyczne do zwrócenia polskiego społeczeństwa przeciwko Ukrainie i Litwie”.

Dwie listy

W tym kontekście, jako najlepszy przykład osoby, która nieświadomie przyczynia się do „rozpowszechniania nieliberalnych, rosyjskich wartości”, wymieniany jest ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, wzywający do upamiętnienia polskich ofiar OUN-UPA. Z kolei dalej jako „ważną prorosyjską osobowość polityczną” wskazano europosła Janusza Korwina-Mikke. Jako przykłady organizacji pośrednio będących pod wpływem Rosji i „podzielających podobne wartości konserwatywne co Kreml”, wymieniono Ruch Narodowy, Młodzież Wszechpolską i ONR, a także inicjatywę Marsz Niepodległości. W gronie czołowych osób, które wg autorów raportu pośrednio realizują rosyjskie wpływy wymieniono takie osoby ze środowiska narodowego, jak: Robert Winnicki, Krzysztof Bosak, Artur Zawisza i Witold Tumanowicz z Ruchu Narodowego, Adam Andruszkiewicz (Kukiz’15, Endecja)  czy Bartosz Berk (szef MW). Odnośnie Korwina-Mikke i posła Sylwestra Chruszcza napisano, że bezpośrednio realizują oni rosyjskie wpływy.

Przeczytaj również: Ukraiński portal sugeruje związki polskich polityków z „antyukraińskimi akcjami” w Polsce

W raporcie zamieszczono tabelę, która ma wymieniać „znaczące prorosyjskie media w Polsce”. To właśnie ją rozpowszechnił Radczenko, a za nim inni (m.in. Piotr Maciążek, Wojciech Jakóbik, Telewizja Republika czy Radio Szczecin). Wśród mediów będących – jak napisano – pod miękkim, pośrednim wpływem Rosji lub jej sprzyjających (tj. rozpowszechniających treści „podążające za strategicznymi celami Kremla”), wymieniono czasopismo „Myśl Polska” czy portale endecja.pl, nacjonalista.pl, narodowcy.net , a także Kresy.pl. Jednocześnie, jako media pod bezpośrednim wpływem Rosji (rozumianym głównie jako powoływanie się na oświadczenia Kremla i media rosyjskie) wymieniono  czasopisma „Kronika Narodowa” czy „Polityka Narodowa”.

W kontekście Kresów.pl w raporcie napisano:

Portal z informacjami rozpowszechniającymi kontrowersyjne opinie, oparte na prorosyjskich mediach i przychylne rosyjskiemu punktowi widzenia. Powiązane m.in. z [portalami] censor.net.ua, nowastrategia.org.pl i prawy.pl. Przykład medium kierowanego przez wąską grupę.

Poza tym zaznaczono, że portal Kresy.pl transmituje rosyjskie wpływy za pośrednictwem wartości konserwatywnych i ideologii nacjonalistycznej. Jednocześnie z jakichś powodów nie stwierdzono, by nasz portal sprzyjał takim „nieliberalnym wartościom”, jak sprzeciw wobec  aborcji czy ruchów LGBTQ. Ponadto, mimo wymienienia portalu Kresy.pl w tym zestawieniu, nie jest on ani razu cytowany jako źródło w raporcie.

Raport „ekspertów”?

Należy jednak zaznaczyć, że twierdzenia jakoby Kresy.pl opierały się na prorosyjskich mediach, są całkowicie nieprawdziwe. Wskazują na to już podstawowe dane statystyczne. W warunkach wojny informacyjnej, starając się wyważyć i weryfikować informacje rozpowszechniane przez obie strony ukraińskiego konfliktu, łącznie na media jednoznacznie promajdanowe i równie jednoznacznie antyrosyjskie powoływaliśmy się ponad 14 tys. razy; najczęściej na portale zaxid.net (blisko 7 tys.), agencje Unian i ZIK (ponad 2 tys. razy każde), a także gazeta.ua czy pravda.com.ua (odpowiednio ponad 800 i ponad 600 razy). Ponadto, ponad tysiąc razy Kresy.pl powoływały się na media związane z byłą Partią Regionów (Korrespondent, 112 Ukraina), które jednak nierzadko prezentują krytyczne stanowisko odnośnie przynajmniej części działań Rosji. Z kolei na media rosyjskie lub separatystyczne powoływaliśmy się niespełna 4 tys. razy (głównie na agencje RIA Novosti i TASS, rzadziej na portale separatystów, takie jak np. rusvesna.su). W tym kontekście, zarzut rzekomego opierania się na „rosyjskiej propagandzie” jest nie do obrony. Ktoś może „ratować się” argumentem o „rozpowszechnianiu opinii przychylnych rosyjskiemu punktowi widzenia”. Tyle tylko, że sposób w jaki rozumieją to autorzy raportu, którzy próbują dowodzić, iż sprzeciw wobec aborcji czy propagowanie wartości prorodzinnych i postaw prolife jest, przynajmniej pośrednio, narzędziem kremlowskiej propagandy, czyni taki argument całkowicie uznaniowym, by nie powiedzieć kuriozalnym.

Niezrozumiałe jest też stwierdzenie o „powiązaniu” Kresów.pl z ukraińskim portalem „Censor” – który jest przykładem medium skrajnie promajdanowego i antyrosyjskiego. Faktycznie, ten popularny portal powstał po tzw. pomarańczowej rewolucji (według nieoficjalnych i niepotwierdzonych informacji był powiązany z partią Batkiwszczyna Julii Tymoszenko). Podczas tzw. EuroMajdanu wspierał opozycję i atakował ówczesnego prezydenta Wiktora Janukowycza. Padł z tego powodu ofiarą ataku hakerskiego, a także interwencji milicji i Berkutu, które w grudniu 2013 roku zajęły siedzibę redakcji i skonfiskowały komputery. Sam naczelny portalu Censor, Jurij Butusow zachęcał, by na protesty na Majdan przywozić dzieci, bo „to jest ich przyszłość”. Później, na tym samym Majdanie, został ranny kamieniem w głowę (o jego rzucenie oskarżał milicję). Stąd twierdzenie, że Kresy.pl są w jakiś sposób (nie sprecyzowano, w jaki) powiązane z censor.net, a także popularnym portalem prawy.pl, może budzić co najmniej głębokie zdumienie. Tym bardziej w kontekście portalu nowastrategia.org.pl, z którym poza nielicznymi cytowaniami przy okazji artykułów dot. wojskowości trudno znaleźć jakiekolwiek inne powiązania.

Wszystko to pokazuje, że autorzy raportu mają bardzo słabe pojęcie o tematach, ws. których zabierają głos jako eksperci. Nie tylko sami podważają w ten sposób swoje kompetencje, ale poprzez dobór kryteriów oceny nie ukrywają, że działają faktycznie z pobudek ideologicznych, a nie analitycznych.

„Komuś jest to na rękę”

Do sprawy na Facebooku odniósł się figurujący w raporcie wiceprezes Ruchu Narodowego Krzysztof Bosak. Jego zdaniem, rozprzestrzenianie się tego materiału nie jest przypadkiem. – Materiał miał dziś moim zdaniem wsparcie promocyjne w necie. Komuś jest on na rękę – uważa Bosak. W innym miejscu zwracał uwagę, że „osoby, organizacje i tytuły wymienione w tabeli nie są posądzane o związki z Kremlem, a jedynie o to, że ich poglądy mogą być użyteczne dla Kremla w sytuacji, kiedy Rosja pozycjonuje się jako obrońca tradycyjnych wartości”.

„Przeczytałem fragment raportu o Polsce, to jest równo 10 stron i mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że według tej ich śmiesznej metodologii do organizacji prorosyjskich można na tej samej zasadzie zaliczyć także PiS i Gazetę Polską” – napisał Bosak. – „Ostrzegam przed taką propagandą. Najwyraźniej powstanie tego i kolportowanie tego w internecie jest komuś na rękę!” – dodał, komentując rzekomy „raport węgierskich służb”.

Jak Węgry „wymiatają” Sorosa

A skoro o Węgrach mowa. Warto w tym miejscu przypomnieć o tym, że władze tego kraju bardzo krytycznie podchodzą do działalności organizacji powiązanych z Sorosem. Postrzegając je wręcz jako zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. W maju ub. roku szef Kancelarii Premiera Węgier János Lázár powiedział, że według raportu węgierskich służb specjalnych, George Soros manipuluje opinią publiczną na Węgrzech. Stwierdził, że dzięki pieniądzom od Sorosa, organizacje obywatelskie na Węgrzech zyskały nieproporcjonalnie duże wpływy w stosunku do swej rzeczywistej siły, zaś sam miliarder stoi za głosami lewicowej opozycji ws. kryzysu migracyjnego. Wcześniej Istvan Hollik, parlamentarzysta ze współrządzącej z Fideszem Chrześcijańsko-Demokratycznej Partii Ludowej mówił, że Soros sponsoruje organizacje torpedujące politykę migracyjną Węgier. Na początku tego roku Szilard Nemeth, wiceszef Fideszu stwierdził, że wszelkie organizacje pozarządowe finansowane przez George’a Sorosa powinny „zostać wymiecione” z Węgier. Jakiś czas przed tym sam premier Viktor Orban deklarował, że ten rok „będzie czasem wyeliminowania Sorosa i sił, które go symbolizują”.

Orban przeszedł od słów do czynów. Jego rząd składa w parlamencie projekt ustawy mającej na celu regulację działalności organizacji pozarządowych. Węgierski rząd chce wiedzieć, które organizacje pozarządowe czerpią pieniądze z zagranicy. W pewnym sensie dyskontuje w ten sposób nastroje społeczne, gdyż większość Węgrów jest wyraźnie niechętna Sorosowi i działalności, którą prowadzą na Węgrzech powiązane z nim organizacje.

CZYTAJ TAKŻE: Większość Węgrów przeciwko Sorosowi

Jedną z takich organizacji jest właśnie Political Capital Institute – utrzymujący się m.in. z dotacji Fundacji Open Society, należącej do Sorosa. Jak jednak widać, w Polsce działalność tego rodzaju instytucji, prowadzona wyraźnie pod z góry przyjętą i osobliwie udokumentowaną tezę, może być wykorzystywana do celów de facto propagandowych. Szczególnie w takim przypadku, gdy wykorzystywane są nie same opracowania, ale wyrwane z kontekstu atrakcyjne graficznie elementy, krążące i powielane na zasadzie memów przez osoby czy środowiska zainteresowane ich rozprzestrzenianiem się w sieci. Gdy w takie ramy wpisują się media, powielające do tego bez weryfikacji niesprawdzone informacje o ich pochodzeniu, szczególnie tak chwytliwe jak „raport węgierskich służb”, efekt dodatkowo się potęguje.

Przeczytaj: Polacy z Parlamentu Europejskiego na liście wiarygodnych sojuszników organizacji Sorosa

Warto przypomnieć, że niebawem możemy mieć do czynienia z kolejną odsłoną takich działań. Otóż dzięki grantom z założonej przez George’a Sorosa Fundacji Batorego, Związek Ukraińców w Polsce będzie monitorował wpisy w internecie pod kątem „mowy nienawiści” wobec Ukraińców. – Po rozmowach z ludźmi zajmującymi się mową nienawiści od lat, doszliśmy do wniosku, że powinniśmy się zająć atakami wymierzonymi w Ukraińców – mówił o tej inicjatywie szef ZUwP i negacjonista wołyński, Piotr Tyma. Z sieci mają być wychwytywane określone treści, które będą analizowane przez wolontariuszy pod kątem popełnienia przestępstwa. – Po wyselekcjonowaniu tych najbardziej drastycznych wpisów nasz prawnik zajmuje się kierowaniem zawiadomień do prokuratury – mówił Tyma. Ma również zostać uruchomiona specjalna strona, na której będzie można zgłaszać tego rodzaju ataki.

Eastook i NED

Przykład dotyczący Political Capital Institute pokazuje, że omawiane kwestie dotyczą nie tylko Węgier, ale również Polski. Nie jest to również pierwszy przypadek, w którym finansowane z zagranicy organizacje atakują nasze medium. Już wcześniej dopuścił się tego portal Eastbook, którego wydawca, czyli Fundacja Wspólna Europa, sama posiada interesujące powiązania. W jej radzie programowej zasiadają m.in. Jan Piekło – obecnie ambasador RP na Ukrainie, znany z otwartej niechęci do Kresowian, a także Eugeniusz Smolar – członek rady fundacji Centrum Stosunków Międzynarodowych i brat szefa Fundacji im. S. Batorego, Aleksandra Smolara.

Portal Eastbook.eu, jak i Fundacja, są finansowane przez Fundację Współpracy Polsko-Niemieckiej. Z kolei Wspólna Europa jest wspierana przez amerykańską organizację National Endowment for Democracy (NED), znaną w Polsce jako „Narodowy Fundusz Wspierania Demokracji” lub „Narodowy Fundusz na rzecz Demokracji”. Powstała w 1983 roku organizacja zajmuje się realizacją amerykańskiej soft-power, finansując poprzez system grantów prywatne organizacje celem promocji demokracji za granicą. Środki na jej działalność pochodzą głównie od rządu USA, a ona sama jest nadzorowana przez amerykański Kongres – mimo, że oficjalnie to NGO. Same początki NED sięgaj zaś lat 60., gdy władze USA zarekomendowały, by zaprzestać niejawnej działalności CIA finansującej „bitwę ideologiczną” w Europie na rzecz otwartej działalności w ramach podmiotów publiczno-prywatnych. 

Działalność NED w 2005 r. krytykował znany libertarianin Ron Paul twierdząc, że „ma ona niewiele wspólnego z demokracją” i faktycznie wykorzystuje pieniądze amerykańskich podatników do obalania demokracji poprzez finansowanie preferowanych przez USA partii i ruchów politycznych za granicą. Z kolei dziennikarz śledczy Robert Parry określał NED jako „neokonserwatywny fundusz łapówkarski”, którego pomysłodawcą byli William Casey, szef CIA za czasów Ronalda Reagana oraz ówczesny członek Narodowej Rady Bezpieczeństwa Walter Raymond Jr. NED w założeniu miała być organizacją finansowaną przez Kongres USA, mającą przejąć programy CIA dotyczące wpływania m.in. na wybory za granicą, promując wybór kandydatów preferowanych przez Waszyngton.

Chiński ekonomista Song Hongbing w książce Wojna o Pieniądz, pisał o powiązaniach NED z Georgem Sorosem. Według niego, Soros już w latach 80. brał udział w założeniu tej organizacji wspólnie z częścią wpływowych członków amerykańskich elit politycznych (w tym ze Zbigniewem Brzezińskim i Madelein Albright). Wg Hongbinga fundusz „został ustanowiony z kapitałów dostarczonych przez CIA i osoby prywatne”.

Studium manipulacji

Warto przypomnieć w tym kontekście o tym, w jaki sposób Eastbook niedawno „przyjrzał się” Kresom.pl. W szeroko kolportowanym w internecie artykule „Na kolanach przed rosyjską potęgą” Eastbook stara się stworzyć możliwie jak najbardziej odpychający wizerunek naszego medium. W tym celu stawia nam szereg całkowicie bezpodstawnych zarzutów, miejscami posługując się zgrabną manipulacją, gdzie indziej znów niezdarnym kłamstwem. Katalog oskarżeń otwiera zarzut instrumentalnego posługiwanie się tematyką kresową w charakterze parawanu, za którym skrywamy nasze bliżej niesprecyzowane, zapewne agenturalne cele. Jak pisze autor artykułu, Krzysztof Nieczypor: „…obecnie tematyka kresowa na Kresy.pl, to zaledwie margines pojawiających się tam publikacji (…). Nie trzeba dokonywać szczegółowego przeglądu informacji pojawiających się na stronie, aby doznać nieodpartego wrażenia, że pozostała w nazwie portalu i jego tle narracja kresowa pełni rolę jedynie sztafażu, jeśli nie kamuflażu. Z deklarowanych założeń funkcjonowania portalu, pozostały do dziś jedynie pełne zadęcia hasła o obronie ojczyzny i polskiej racji stanu, która zagrożona jest przez działania nieudolnych bądź realizujących obce interesy polskich polityków”.

Powyższa manipulacja składa się z dwóch części: po pierwsze, autor Eastbooka demaskatorskim tonem informuje o tym, że artykuły poświęcone Kresom stanowią mniejszość publikowanych na portalu treści, po drugie, sugeruje że kiedyś rzekomo było inaczej.

W rzeczywistości tematyka stricte kresowa od samego początku stanowiła czasem mniejszy, czasem większy, ale zawsze margines publikowanych u nas materiałów, a to dlatego, że nigdy nieskrywanym zamysłem leżącym u podstaw portalu było stworzenie docierającego do jak najszerszego grona osób medium ogólnoinformacyjnego, które właśnie dzięki temu byłoby w stanie szeroko kolportować informacje dotyczące Kresów. Podobnie jak w przypadku pozostałych oskarżeń, Eastbook nie przytacza jednak żadnych analiz, na których mógłby oprzeć wiarygodność swojego zarzutu. Nie przedstawia żadnych statystyk, zestawień czy wyliczeń. Pomija również kompletnym milczeniem fakt, że portal pozostaje nadal jedynym medium ogólnoinformacyjnym, które odnotowuje wszystkie istotne wydarzenia związane zarówno z pamięcią o Kresach, jak i z sytuacją polskiej mniejszości czy znajdującego się na wschodzie polskiego dziedzictwa kulturowego. Eastbook stara się, jak może nie zauważać, że Kresy.pl są w stanie zainteresować problematyką Kresów relatywnie duże grono odbiorców właśnie dlatego, że nie zajmują się wyłącznie Kresami. Zamiast tego dziennikarze Eastbooka nawet nie starają się ukrywać, że ich zdaniem nasz portal powinien być niszowym, sentymentalno-hobbystycznym medium zajmującym się publikowaniem artykułów o „o relacjach kuracjuszy z okresy II RP w Truskawcu”.

Przykładem już nie tyle manipulacji, co świadomego wprowadzania w błąd czytelników, jest uczynienie naszego byłego pracownika — Marcina Skalskiego — redaktorem naczelnym portalu. Nie ma niestety żadnych wątpliwości co do tego, że autor artykułu doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że po pierwsze Marcin Skalski nie jest członkiem redakcji (od stycznia 2016 roku), po drugie, że redaktorem naczelnym portalu od samego początku aż po dziś dzień jest Tomasz Kwaśnicki. Nieczypor wiedział o tym wszystkim, gdyż przed publikacją artykułu zwrócił się do nas z prośbą o przekazanie mu pełnej listy pracowników portalu. Na liście, którą mu przekazaliśmy, nie mógł znaleźć nazwiska Marcina Skalskiego, gdyż go tam po prostu nie było. Mimo to Nieczypor był zdeterminowany, by przekonać czytelników, że to właśnie nasz były redakcyjny kolega (który nota bene pracował dla nas niecałe dwa lata) jest kluczową postacią w naszym medium. Powodem determinacji Nieczypora były oczywiście okoliczności, w jakich rozstaliśmy się z Marcinem, który został usunięty ze składu redakcji, gdy wyszły na jaw jego nieautoryzowane kontakty z Mateuszem Piskorskim z partii „Zmiana”. Całą sytuację opisał na portalu Prawy.pl Aleksander Szycht. Trudno uwierzyć, by Nieczypor, pisząc swoją „analizę”, nie dotarł do tego materiału. Nie zmienia to jednak faktu, że w tym konkretnym przypadku wina dziennikarza Eastbooka polega na świadomym kolportowaniu nieprawdziwych informacji, a nie na kompromitującej, niewyobrażalnej wprost dziennikarskiej niekompetencji.

O powadze materiału Eastbooka niech świadczy kolejna charakterystyczna manipulacja. Otóż zdaniem Krzysztofa Nieczypora najważniejszym tematem, którym zajmujemy się na portalu „jest przede wszystkim armia. Nie byle jaka, bo groźna i potężna armia rosyjska. Gros wiadomości przesyłanych kresowymi kanałami informacyjnymi poświęcona jest sprawności rosyjskiego oręża…”. Nieczypor po raz kolejny nie przedstawia choćby skrawka dowodu na poparcie swojej absurdalnej tezy. Niniejszym informujemy zatem, że nie jesteśmy wielbłądami, a armia rosyjska, której znaczenie dla naszego (nie)bezpieczeństwa trudno przeceniać, nigdy niestety nie była najważniejszym przedmiotem naszej uwagi. Staramy się jednak w miarę naszych skromnych możliwości poświęcać jej tak wiele miejsca, jak to tylko możliwe. Mimo to, pisanie o tym, że „Gros wiadomości przesyłanych kresowymi kanałami informacyjnymi poświęcona jest sprawności rosyjskiego oręża” nie jest niczym innym niż naprędce skleconą dezinformacją. Natomiast twierdzenie, że publikowane przez nas materiały mają za zadanie gloryfikację armii rosyjskiej to już zwykłe pomówienie mające wzbudzić w czytelniku określony stosunek do naszej pracy. „Przekaz” — pisze Nieczypor — „jest jasny i klarowny – rosyjskie siły zbrojne potęgą są i basta”. Nieczypor tradycyjnie nie podaje żadnego uzasadnienia swoich opatrzonych wielkim kwantyfikatorem twierdzeń. Zadowala się wklejeniem kilku umiejętnie dobranych linków, których potencjał argumentacyjny okazuje się jednak na tyle słaby, że Nieczypor zmuszony jest pospiesznie wyjaśnić, iż tylko „pozornie informacje te mają charakter wyłącznie informacyjny”. Dziennikarz Eastbooka stara się jak może, by czytelnik nie miał żadnych wątpliwości, że tytuł jego artykułu („Na kolanach przed rosyjską potęgą”) nie jest bezpodstawnym pomówieniem, a adekwatnym oddaniem rzeczywistości. Dlatego skwapliwie przemilcza takie artykuły jak „Rosyjska armia nie taka silna”, „Na zachodzie bez wojsk”, „Rosyjska zadyszka w zbrojeniówce” czy „Jak groźna jest Rosja”. Takie teksty kompletnie nie pasują przecież do starannie komponowanego przez Nieczypora obrazka.

Manipulacją jest również przywoływanie oświadczenia warszawskiego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (w którym nazwano nas „narzędziem propagandy rosyjskich separatystów”) bez poinformowania o naszej odpowiedzi. Dokładnie taką samą manipulacją jest przywoływanie oskarżeń Dawida Wildsteina pod naszym adresem bez publikowania odnośnika do odpowiedzi, której mu wówczas udzieliliśmy. Zamiast tego Eastbook opublikował link do naszej odpowiedzi na zupełnie inne ataki niesławnego publicysty, przez co usiłował stworzyć wrażenie, że na „rzeczowe argumenty” Wildsteina odpowiedzieliśmy wziętymi z kosmosu zarzutami pod jego adresem. To samo dotyczy przedstawiania Kazimierza Wóycickiego czy Agnieszki Romaszewskiej jako bezstronnych ekspertów, którzy, nazywając nas „rosyjską agenturą” lub „jednym z najbardziej proputinowskich mediów w polskim internecie”, dzielą się wyłącznie swoją fachową wiedzą. Mamy tu do czynienia z piętrowym pomówieniem, w którym Romaszewska i Wóycicki pozwalają sobie na inwektywy pod naszym adresem, a następnie powiązany z Sorosem portal przedstawia te wypowiedzi, jako opinie ekspertów.

Charakterystyczną manipulacją jest zarzut zwracania uwagi na banderowską symbolikę w czasie ukraińskiej rewolucji. Zdaniem Nieczypora mieliśmy przekonywać wówczas, „że ukraiński szowinizm jest znacznie groźniejszy od rosyjskiego imperializmu”. Jest to oczywiście kolejna manipulacja, na którą zresztą, jakże by inaczej, Nieczypor nie przedstawia żadnego dowodu. Jesteśmy dumni z naszej postawy w tamtym czasie — z tego, że gdy większość polskich mediów zamykała oczy na banderowski sztafaż obecny na Majdanie, my ciągle go dostrzegaliśmy. Ale pomimo tego, nawet wówczas wcale nie kładliśmy na to przesadnego akcentu, informując przede wszystkim o walkach z Berkutem i milicją — i tego właśnie dotyczyła zdecydowana większość publikowanych przez nas informacji. Nigdy też nie przedstawialiśmy neobanderyzmu jako istotnego zagrożenia dla naszego bezpieczeństwa (co nie znaczy, że w ogóle nie uważamy go za zagrożenie, zwłaszcza na poziomie metapolitycznym). Podobnie jak nigdy nie ukrywaliśmy, że obecnie największym niebezpieczeństwem jest dla nas nie „rosyjski imperializm” czy ukraiński nacjonalizm, ale ofensywna amerykańska polityka, w ramach której pełnimy oficjalnie funkcję „flanki”. Pisaliśmy o tym wielokrotnie zarówno na łamach Kresów.pl, jak i tygodnika „Do Rzeczy” czy dziennika „Rzeczpospolita”, za każdym razem przedstawiając swoje racje. Eastbook jednak ani przez chwilę nie był zainteresowany dyskusją na argumenty. Finansowane przez niemieckiego i amerykańskiego podatnika medium woli pieczołowicie tkać sieć pomówień, kłamstw i insynuacji. Tym samym redaktorzy Eastbooka nie zachowują się jak dziennikarze czy publicyści zainteresowani udziałem w debacie publicznej. Przypominają raczej żołnierzy biorących udział w „wojnie hybrydowej”, w której wszystkie chwyty są dozwolone, gdyż celem nie jest prawda, lecz zniszczenie wizerunku „nieprzyjaciela”.

PRZECZYTAJ: Śmierć frajerom

Opisane powyżej sytuacje są dowodem na to, że w Polsce działają osoby i organizacje, które posiadając wyraźne zależności, a nawet bepośrednie powiązania z instytucjami finansowanymi z zagranicy, są w stanie przeprowadzać akcje na rzecz zdyskredytowania ideologicznych oponentów i to paradoksalnie oskarżając ich (do tego bezpodstawnie) właśnie o służenie zagranicznym mocodawcom. Na Węgrzech politycy mówią głośno o tym, by zająć się takimi „prodemokratycznymi” i „prowolnościowymi” organizacjami. Czy jednak w Polsce coś podobnego mogłoby mieć miejsce?

Marek Trojan, Tomasz Kwaśnicki  / Kresy.pl