Janecki: W UE rządzą nieużyteczni przedstawiciele klasy próżniaczej


Podobny obraz

 

Jedynie prawda jest ciekawa

logo-info-w

 

Janecki: W UE rządzą nieużyteczni przedstawiciele klasy próżniaczej

14.03.2017

janecki

Janecki: W UE rządzą nieużyteczni przedstawiciele klasy próżniaczej

– Wybuchł konflikt pomiędzy Holandią a Turcją. Prawie natychmiast ujawniło się to, że Tusk i elita Unii Europejskiej jest bezradna wobec realnych problemów. Jedyne co mogą zrobić to zrobienie na złość. I zrobili na złość Polsce wybierając Tuska wbrew naszej woli – powiedział Stanisław Janecki na łamach portalu internetowego wPolityce.pl

Dziennikarz porównał Unię Europejską do FIFA.
– W Unii jest coś, jak gen samozagłady. Sytuacja wygląda jak w strukturach FIFA. Im jest gorzej, tym jest lepiej. Kolesiostwo, nepotyzm, ustawiania mistrzostw świata itd – ocenił.
Dodał, że ostatnie działania Unii to jedynie prężenie muskułów, a nie realna odpowiedź na zaistniałe problemy.
-Takie instytucje mogą pokazać, na zewnątrz, że niczego się nie boją, tylko nic z tego kompletnie nie wynika – podkreślił Janecki.
Publicysta podkreślił, że Polska stała się swego rodzaju kozłem ofiarnym na tle prawdziwych problemów Unii, których władze nie są w stanie rozwiązać.
– Wszystkie problemy, które Unia ma przed sobą, będą istniały, a Polska będzie chłopcem do bicia, bo wszyscy są tam bezradni wobec problemów realnych, takich jak kryzys migracyjny, problemy na tle narodowościowym, ataki terrorystyczne itd. – zaznaczył.
Dodał, że nie ma skutecznej odpowiedzi ze strony unijnych władz na szereg kryzysów wewnątrz Wspólnoty.
– Odpowiedzią na te problemy są nieużyteczni przedstawiciele klasy próżniaczej jak Tusk czy Juncker, któremu wychodzi najlepiej wygłupianie się. Oczekiwanie tego, że Unia się zmieni, jest chyba oczekiwaniem niemożliwego. Dopóki ci eurokraci nie walną łbem o mur to nic się nie zmieni – spuentował Janecki.
[fot.youtube]
MW/youtube/wpolityce

Czytaj oryginalny artykuł na: http://www.stefczyk.info/publicystyka/opinie/janecki-w-ue-rzadza-nieuzyteczni-przedstawiciele-klasy-prozniaczej-,19564501311#ixzz4bKAeAgAH

Europę dwóch prędkości mamy od dawna


Europa dwóch prędkości? Nic nowego! Produkty dla krajów „V4” już od dawna są gorszej jakości od tych przeznaczanych na rynek francuski czy niemiecki
wpis z dnia 14/03/2017

foto: fdecomite (Flickr.com / CC by 2.0)

Kilka dni temu prezydent Francji F. Holland wraz z kanclerz Niemiec A. Merkel opowiedzieli się za budową „unii dwóch prędkości”. Większość mediów przyjęła to z niepokojem. Podział Europy wewnątrz Europy – pytali? Otóż nic z tych rzeczy – Europa dwóch prędkości już istnieje i to od dawna! Najlepszym tego przykładem jest sprzedawanie nam (krajom „nowej UE”) przez koncerny z Zachodu gorszych jakościowo produktów w cenach zachodnioeuropejskich przy pełnej akceptacji ze strony Komisji Europejskiej.

 


Przypomnijmy – tydzień temu w Wersalu odbyło sięspotkanie przywódców Francji, Niemiec, Włoch i Hiszpanii. Tematem rozmów była przyszłość UE. Politycy opowiedzieli się za budową Europy różnych prędkości, co rzekomo miałoby umożliwić niektórym krajom członkowskim szybszą integrację w wybranych dziedzinach. – „Jedność nie oznacza jednolitości, dlatego opowiadam się za tym, by zaistniały nowe formy współpracy. (…) Chodzi o to, by iść szybciej i mocniej w gronie niektórych krajów, nie wykluczając innych, ale tak, by inni nie mogli się temu przeciwstawić” – stwierdził gospodarz spotkania, prezydent Francji F. Holland.

 


Problem w tym, że Europa „dwóch prędkości”, kreślona wypowiedziami czołowych polityków z Francji czy Niemiec, istnieje już od dawna. Wszak, jak zauważył Hollande, „jedność nie oznacza jednolitości”. Dlatego część państw – poprzez swoje koncerny – współpracuje w zakresie dystrybucji w państwach „nowej Unii” gorszych jakościowo produktów i usług w cenach zachodnioeuropejskich. Powtarzając słowa prezydenta Francji – „chodzi o to, by inni nie mogli się temu przeciwstawić” – no i nie mogą. Zgłoszenia Polski, Czech, Słowacji czy Węgier w zakresie produktowego rasizmu przedstawiciele Komisji Europejskiej kwitują zdaniem, że „międzynarodowe koncerny mają prawo adaptować swoje produkty do poszczególnych rynków, a co za tym idzie – możliwe są różnice w jakości i składzie poszczególnych produktów w zależności od kraju dystrybucji”.
Kraje „starej Unii” nie mają nic przeciwko trwaniu podwójnych standardów. Dla nich ewentualne przełamanie dwustopniowego systemu jakości i zmuszenie do sprzedawania identycznych jakościowo produktów markowych na terytorium całej UE w porównywalnych cenach, najzwyczajniej w świecie się nie kalkuluje. Skoro bowiem dziś mogą zarabiać więcej na sprzedaży gorszych produktów w takich krajach jak Polska, to dlaczego mieliby zarabiać mniej…?
Europa dwóch prędkości, powiadacie? Dla mnie nic nowego.

Źródło: Europa wielu prędkości może pogrążyć euro (Stooq.pl)
Źródło: Nutella gorzej smakuje na Węgrzech niż w Niemczech?(Euractiv.pl)
Źródło: Central Europe resents double EU food standard(Politico.eu)

wpis z dnia 14/03/2017 

niewygodne.info.pl

blog niewygodny dla establishmentu III RP

Oni tak ochoczo maszerują ulicami ukraińskich miast


Znalezione obrazy dla zapytania Ukraińcy maszerują

 

prawica.net

 

Śmierć Lachom!

W Podkamieniu k. Lwowa „nieznani” sprawcy zdewastowali pomniki upamiętniające pomordowanych Polaków. Nieznani sprawcy to oczywiście eufemizm na określenie ukraińskich nacjonalistów spod znaku Bandery.

Wielu ludzi zapewne temu zaprzeczy, ponieważ oficjalna propaganda w Polsce, od wielu już lat, zaciemnia w tym względzie obraz rzeczywistości, przedstawiając Ukraińców, jako naszych „braci”. Niestety duża liczba rodaków dała się nabrać na filoukraińską narrację, służącą przekonaniu nas do pomysłu sprowadzania do naszej Ojczyzny rzesz Ukraińców. Władza, jaka by nie była, kierując się dziwaczną wizją geopolityczną, bądź też nakazem zza oceanu, niestrudzenie kopie dół pod polską racją stanu i naszym bezpieczeństwem.

Polacy zaledwie 70. lat temu doświadczyli na Kresach Południowo-Wschodnich niesłychanego bestialstwa ze strony Ukraińców, którym nie w smak była koegzystencja z nami w ramach Państwa Polskiego. Mrzonki o stworzeniu niepodległej Ukrainy zaprowadziły ich do sojuszu z nazistowskimi Niemcami, a potem wepchnęły w żelazny uścisk Związku Sowieckiego. Zwyrodnialcy z UPA z okrzykiem „śmierć Lachom!”, dokonali rzezi, za którą do dziś nie chcą nawet przeprosić, nie mówiąc już o zadośćuczynieniu rodzinom ofiar.

Nierozliczona przeszłość kładzie się cieniem na wzajemnych relacjach, jednak rządzący Polską politycy zdają się tego nie dostrzegać. Nie dostrzegają również zagrożenia, którym może stać się dla nas rosnący w siłę ukraiński szowinizm, skłaniający młodych Ukraińców do szukania odwetu za wyimaginowane krzywdy, których od nas rzekomo doznali. Z braku innych możliwości wyżywają się na pomnikach i cmentarzach, jednak to dopiero początek. Olbrzymia liczba Ukraińców mieszkających dzisiaj w Polsce nie wróży dobrze, a w wielu naszych miastach pojawiają się już graffiti o treści zbliżonej do wymalowanej na pomnikach ku czci naszych rodaków zamordowanych na Ukrainie.

Po zniszczeniu w styczniu pomnika w Hucie Pieniackiej, polskie władze wespół z Ukraińcami usilnie starały się zrzucić winę na Rosjan. Mogłoby to być możliwe, jednak w świetle innych tego typu zdarzeń, napaści, czy marszów gloryfikujących UPA i ukraińska dywizję SS-Galizien, trudno w to uwierzyć. Nie sposób zrzucić winy za antypolskie ekscesy na kogokolwiek innego niż na Ukraińców, którzy w dodatku nie robią nic, aby zapobiec barbarzyńskim aktom profanacji polskich nekropolii.

Oni przecież tak ochoczo maszerują ulicami ukraińskich miast pod czerwono-czarnymi banderowskimi sztandarami, wykrzykując „gierojom sława”, co jest dostatecznym dowodem na żywiołowo rozwijający się kult zbrodniarzy z UPA. Dlatego nie dajmy się więcej oszukiwać przebiegłym ukraińskim politykom i ich bezrefleksyjnym przyjaciołom w Polsce. Wszelkie kroki pojednawcze z ich strony, to tylko puste gesty, czynione na użytek bieżącej polityki. Nadszedł więc czas na to, aby polskie władze zweryfikowały swoje dotychczasowe podejście do zagadnienia ukraińskiego. Dość już tolerancji dla szerzącego się na Ukrainie antypolskiego kultu mordu i grabieży, mającego swoje korzenie we wciąż żywej tradycji banderowsko-hajdamackiej!

Podkamień


Jarosław Gryń

Działacz społeczny i polityczny. Członek władz Ligi Obrony Suwerenności. Współpracownik Czasopisma „Polski szaniec”, biuletynu „Patriota”. Członek Stowarzyszenia Ruch Kontroli Wyborów – Ruch Kontroli Władzy
www.jaroslawgryn.blogspot.com(link zewnętrzny)

Dobrobyt bierze sie z pracy a nie unijnych dopłat


ParezjaParezja

 

Jaskóła: Dobrobyt nie bierze się z unijnych dopłat, tylko z pracy i oszczędności

Przez

Michał Górski

 

14 marca 2017

 

Tomasz Jaskóła z Kukiz’15 gościł w programie Młodzież Kontra. Polityk komentował m.in. kwestię wyboru Donalda Tuska na kolejną kadencję w Radzie Europejskiej.

Zdaniem Jaskóły rozstrzygnięcia, które zapadły podczas szczytu, mogą być z korzyścią dla obu stron. Grzegorz Schetyna nie ma poważnego konkurenta w walce o prymat w partii, a Jarosław Kaczyński rywalizuje ze słabszym od Tuska Schetyną.

Jarosław Kaczyński ma słabszego gracza tutaj i to jest dla niego korzyść. Do tego być może marginalizowanie Nowoczesnej – powiedział polityk Kukiz’15.

Dodał, że dyskusje nad ewentualnym wyjściem Polski z UE są pozbawione sensu.

Wyjście Polski z UE nie byłoby dzisiaj korzystne. Nie jesteśmy w strefie euroi możemy tworzyć swoją gospodarkę własną walutą – stwierdził.

Unia Europejska to przede wszystkim trzy państwa – Wielka Brytania, Francja i Republika Federalna Niemiec. Nie ma wątpliwości, które dwa państwa rozgrywają. To było widać podczas ostatniego szczytu, gdy prezydent Hollande mówił: wy macie coś, ale to my mamy pieniądze. Dobrobyt nie bierze się z żadnych unijnych dopłat, tylko z pracy i oszczędności – zakończył.

Naiwna wiara w wolny ryndek


 

Forsal.pl

Forsal.pl

 

 

statystyki

Dlaczego wierzymy w zupełnie wolny rynek? Wielkie nieporozumienie w samym sercu ekonomii

14 marca 2017, 05:30

 

źródło:Bloomberg

Kontrast między bogactwem i biedą

Kontrast między bogactwem i biedąźródło: ShutterStock

Kenneth Arrow, ekonomista, który zmarł w wieku 95 lat, był modelowym przykładem badacza – błyskotliwy, kreatywny, precyzyjny, a przy tym skromny. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie jego koledzy, którzy błędnie interpretowali prace amerykańskiego akademika. 

W latach 50. XX wieku Arrow oraz inni badacze udowodnili twierdzenie, które – jak wierzy wielu ekonomistów – dostarcza silnych, matematycznych podstaw idei niewidzialnej ręki wolnego rynku Adama Smitha. Twierdzenie to mówi (na wysoce abstrakcyjnym modelu), że producenci i konsumenci mogą perfekcyjnie dostosować się do swoich wzajemnych potrzeb, biorąc pod uwagę zestaw konkretnych cen.

W tej rozrzedzonej atmosferze modelu równowagi ogólnej działania o charakterze ekonomicznym zachodzą bez pomocy jakiejkolwiek centralnej koordynacji, po prostu jako efekt poczynań podmiotów działających w swoim interesie.

Argument ten ekonomiści wykorzystali na rzecz rozwiązywania związków zawodowych, globalizacji i finansowej deregulacji. Wszystko to w imię usuwania przeszkód, które miały uniemożliwiać rynkowi osiągniecie delikatnej równowagi.

Wokół twierdzenia Arrowa urosła cała chmura wątpliwości, a sam Arrow uznał, że jego twierdzenie mogło stać się ważniejsze niż dowód. Twierdzenie działało bowiem tylko w świecie idealnym, dalekim od tego, jaki realnie istnieje. Równowaga jest tylko jednym z wielu stanów, co więcej, nie ma szczególnych powodów, aby wierzyć, że właśnie świat gospodarki miałby w sposób naturalny do tej równowagi dążyć. Tak samo piękna, jak piękna może być matematyka, czyli czysto teoretycznie.

Doświadczenie pokazuje, że magiczna efektywność modelu równowagi ogólnej jest teoretyczna, a przez to model ten jest kiepskim doradcą jeśli chodzi o rzeczywistość.
Mimo to zaskakująco wielu ekonomistów w dużej mierze zignorowało te ograniczenia i nauczało modelu równowagi ogólnej oraz jego nowszych wariantów, wierząc, że oddaje on rzeczywistość.

Badacze zazwyczaj wykorzystują pewne ramy, budując na ich podstawie swoje poglądy na wszystko, począwszy do opodatkowania, skończywszy na globalnym handlu. Często przy tym przedstawiają owe ramy jako pozbawione wartości, naukowe podejście. Tymczasem podejście to w rzeczywistości niesie jednak pewien ciężar ideologiczny – w tym przypadku chodzi o przekonanie, że pożądanym i idealnym stanem są zupełnie wolne rynki. Dlatego kiedy dojdzie do załamania na rynku, wśród rozwiązań pojawiają się pomysły uwalniania rynków, takie jak np. prywatyzacja służby zdrowia, edukacji, rozmontowanie systemu zabezpieczeń społecznych, uwalnianie handlu czy uelastycznienie rynku pracy. Jednak wszystkie te rozwiązania zawiodły, co dobitnie pokazał kryzys finansowy z 2008 roku. W efekcie mamy dziś do czynienia z powszechnym brakiem zaufania do ekonomicznych ekspertów oraz z odrzuceniem globalizacji.

James Kwak w swojej ostatniej książce “Economism: Bad Economics and the Rise of Inequality” obarcza winą konserwatywne think tanki za to, że za pieniądze wielkich korporacji doprowadziły do rozpowszechnienia uproszczonej wiary w rynki jako mądre maszyny służące do osiągania najlepszych efektów. Kwak z pewnością ma w dużej mierze rację, ale propaganda wiary w zupełnie wolny rynek ma swoje źródła w konstrukcji naszej całej ekonomii.

Nie ma w tym winy Arrowa. On tylko udowodnił twierdzenie matematyczne i nie był ślepym adwokatem rynków. Co więcej, Arrow wierzył, że dzięki temu twierdzeniu pokazał ograniczenia kapitalizmu i przewidział, że nierówności mogą wykoleić prace demokratycznych rządów. Być może najlepiej byłoby w tym miejscu zacytować samego Kennetha Arrowa:

“W systemie, w którym wszystkie zasoby są dostępne za określoną cenę, władza ekonomiczna może z łatwością zostać zamieniona we władzę polityczną. W społeczeństwie kapitalistycznym dystrybucja władzy ekonomicznej odbywa się bardzo nierówno, dlatego demokratycznie wybrany rząd w nieunikniony sposób staje się pozorny”.

GALERIA: Nowe gigantyczne centrum handlowe w Warszawie. Galeria Młociny ma nowego właściciela

Autor

 

Autor:

KN

Autor

 

Autor:

Mark Buchanan

 

Tagi:ekonomia, Bloomberg, lifestyle, gospodarka, nauka

Zrobili “Bolka” na szaro


 

Pikio.plPikio.pl

 

Wałęsa pozwał TVP. Teraz sąd wydał decyzję, która doprowadziła go do szału

Autor: Wiadomości Pikio

Mar 14, 2017

 

Były prezydent, Lech Wałęsa, pozwał  Wiadomości TVP domagając się „sprostowania nieprawdziwych informacji”, które miały zostać wyemitowane podczas wydania poświęconego teczkom generała Kiszczaka. Sąd postanowił jednak wydać decyzję, która doprowadziła Wałęsę do szału.

Sąd Okręgowy w Warszawie nie zgodził się z argumentami Wałęsy w sprawie teczek i oddalił jego pozew przeciwko Wiadomościom TVP, które ogłosiły, że materiały znajdujące się w teczce Kiszczaka na pewno są autentyczne. Według strony pozwanej, sprostowanie którego żądał Wałęsa było nierzeczowe i nie odnosiło się do faktów.

– Wiadomo, że materiały są autentyczne, co potwierdził grafolog. IPN potwierdza, że były prezydent Lech Wałęsa był współpracownikiem SB – mówił w Wiadomościach Krzysztof Ziemiec.

Wałęsa był przekonany, że Sąd w Warszawie uwzględni jego pozew, ale ku jego zdziwieniu, sędzia uznał, że nie ma podstaw do nakazu opublikowania sprostowania. Taka decyzja wymiaru sprawiedliwości doprowadziła Lecha Wałęsę do szału.

Z kolei Krzysztof Ziemiec przepraszał za użycie zwrotu, który skłonił Wałęsę do złożenia pozwu.

– Chcę przeprosić za popełniony błąd. Czuję się niezmiernie skonfundowany nierzetelnością przekazanej przeze mnie informacji i użytym przeze mnie stwierdzeniu o pracy grafologów, którzy mieli zbadać materiały przekazane przez żonę generała Kiszczaka. Oświadczam, że moje i tylko moje, tzn. napisane przeze mnie sformułowanie było nadinterpretacją.

Lech Wałęsa wciąż zaprzecza by jego podpisy znalezione u generała Kiszczaka były autentyczne.

Polskie „agenty” Kremla


 

18:18 14 MARZEC 2017

 

Kreml, Moskwa

Polskie „agenty” Kremla: Powstała lista

© Sputnik. Alexander Vilf

OPINIE

08:53 14.03.2017(zaktualizowano 13:59 14.03.2017) Krótki link

Dawid Blum

5116461064

Węgierski portal należący do think tanku Political Capital Institute opublikował raport, w którym wymienia z nazwiska wszystkich Polaków znajdujących się rzekomo pod wpływem Rosji.

W raporcie „The Weaponization of Culture: Kremlin’s traditional agenda and the export of values to Central Europe” (tu link: http://www.politicalcapital.hu/wp-content/uploads/PC_reactionary_values_CEE_20160727.pdf) organizacja, jedna z wielu, mieniących się „obiektywnymi”, de facto szukająca jednak rosyjskich agentów i trolli służących Kremlowi, opublikowała ciekawe zestawienie: to lista Polaków znajdujących się pod rzekomym wpływem Moskwy. Na liście znaleźli się ci, którzy uczestniczyli w ubiegłym roku w wydarzeniach i eventach organizowanych przez rosyjskie podmioty, a także ci, „z których ust można usłyszeć prorosyjską propagandę” — czyli de facto przyjaźni Rosji.

Mateusz Piskorski

© EAST NEWS/ ANNA ABAKO

Piskorski nie zamierza popełnić samobójstwa

Janusz Korwin-Mikke

© ZDJĘCIE: ADRIAN GRYCUK

Janusz Korwin-Mikke: o Rosji, Ukrainie, ABW, Czeczenii, Krymie i … Donaldzie Tusku

Podzielono ich na kategorie: pod „bezpośrednim wpływem” znajdują się niżej wymienieni: Mateusz Piskorski, Konrad Rękas, Jacek Kamiński, Jan Engelgard, Bartosz Bekier, Zbigniew Bereza, Józef Bryll, Jerzy Smoliński, Aldona Michalak, Janusz Korwin-Mikke i Sylwester Chruszcz.

Zaś „wpływ pośredni” Moskwa wywierać ma na: Witolda Tumanowicza, Artura Zawiszę, Adama Andruszkiewicza, Adama Małeckiego, Bartosza Berka, Krzysztofa Bosaka i Roberta Winnickiego.

O pojawieniu się w internecie raportu poinformował na Twitterze Adam Kądziela, przewodniczący młodzieżówki partii Nowoczesna. Zwrócił uwagę, że wśród wymienionych znajdują się „patrioci z prawem strony”.

Najwyraźniej Adam Kądziela wziął ów dokument na poważnie.

Uzasadnienia szczegółowe były równie ciekawe, co ogólne: na przykład Janusz Korwin-Mikke miał znaleźć się na liście, ponieważ:w swoich wypowiedziach gloryfikuje Putina i jego imperialistyczną politykę w kontekście bezpieczeństwa Polski.

Sugerował też, by Polska nie włączała się w wojnę z Ukrainą. Mimo tego, że jest „pobocznym politykiem (jest członkiem Parlamentu Europejskiego), z powodu swoich prorosyjskich przekonań, często pojawia się w rosyjskich mediach”. Najwyraźniej wedługmainstreamowych mediów dopuszczalna jest jedynie wroga postawa wobec Rosji.

Bezdyskusyjna sluszność akcji Wisła przeprowadzonej w obronia polskiego państwa


Myśl Polska

Najstarszy polski tygodnik – ukazuje się od 1941 roku

LOGIN

Pamięci gen. Stefana Mossora

mossor 3.jpg
Obchodzimy 70-tąj rocznicę Operacji Wisła, akcji podjętej w 1947 r. przez Wojsko Polskie celem rozbicia organizacji Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), zbrojnego ramienia Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN).

UPA w latach 1944-47 działając na terenie tzw. Zakierzonii, jak nacjonaliści nazywali ziemie polskie, takie jak Chełmszczyzna, Bieszczady, Nadsanie i Sądeczczyzna, pozostałe przy Polsce po jałtańskiej zdradzie anglosaskich „sojuszników” Polski, a do których Ukraińcy rościli sobie pretensje i zamierzali oderwać je od powojennego państwa polskiego.

Można przypuszczać, że tak jak w przypadku Ziemi Lwowskiej i Podola nacjonaliści w ostateczności pogodziliby się z przyłączeniem tzw. Zakierzonii do ZSRR, gdyż wówczas to oni staliby się rzeczywistymi beneficjentami w przyszłości, co widzimy dzisiaj na przykładzie wspomnianych ziem włączonych do ZSRR w 1944 r. Stawiam hipotezę, że nacjonaliści ukraińscy, w razie gdyby nie doszedł do skutku wybuch III wojny światowej, tj. wojny Zachodu z ZSRR, jako rozwiązanie zdecydowanie mniej ich satysfakcjonujące, ale jednak na przyszłość bardzo dla nich korzystne, przyjęli plan włączenia przynajmniej części ziem, do których rościli sobie pretensje, do ZSRR.

Osiągnąć to zamierzali przez ciągłe utrzymywanie stanu anarchii na tych terenach, który to stan dowodziłby indolencji władz polskich i w związku z tym mógł doprowadzić do reakcji potężnego ZSRR. Rachuby nacjonalistów jednak zdecydowanie zawiodły. Operacja Wisła położyła skutecznie kres bandyckiej działalności UPA znaczonej zbrodniami, mordowaniem ludności polskiej, niszczeniem mienia itp. Jest faktem nie podlegającym dyskusji, że bazę dla działalności UPA stanowiła ludność ukraińska tych terenów.

Oczywiście nie wszyscy Ukraińcy, ale wystarczająco wielu, aby utrzymywać przez trzy lata oddziały UPA, aby mogły one niepostrzeżenie atakować, grabić i mordować, aby mogły one znikać bez śladu w rozlicznych kryjówkach będących nie do utrzymania bez pomocy miejscowej ludności. Państwo polskie podjęło decyzję trudną, ale jedyną jaka w tamtejszych warunkach mogła przeciąć spiralę terroru i uzdrowić sytuację.

Postanowiono przesiedlić ok. 150 tysięcy Ukraińców, Łemków i Bojków na tereny Ziem Odzyskanych stosując zasadę ich rozproszenia wśród polskiej większości. Rzeczywistość po Operacji Wisła dowodzi i słuszności powyższych założeń, jak i skuteczności ich przeprowadzenia. Ale nawet pomimo faktycznego podcięcia działalności UPA, fakty takie, jak próby organizacji oddziałów banderowskich także na Ziemiach Odzyskanych świadczą na rzecz tych założeń i słuszności ich wprowadzenia w życie. Nie była to akcja komunistyczna.

Tak, została podjęta przez rząd polski zdominowany przez komunistów, ale oczywisty brak ideologicznych podstaw akcji (w sensie ideologii komunistycznej), opinia ogromnej większości Polaków w tej sprawie, tych którzy przeżyli rzezie na Kresach Płd-Wsch., a także tych, którzy pamiętali przedwojenną działalność antypaństwową nacjonalistów ukraińskich, dokonywane przez nich akty terroru, a także żywa pamięć tych, którzy widzieli na każdym kroku ukraińską kolaborację z hitlerowskim okupantem, pozwalają stwierdzić bez żadnych wątpliwości, że była to operacja pożądana przez Naród Polski, konieczna i słuszna pod każdym względem.

Nie ulega też najmniejszej wątpliwości, że przeprowadziłby ją także każdy inny rząd polski, który hipotetycznie mógłby po wojnie sprawować władzę w Polsce, gdyby losy polityczne wojny potoczyły się inaczej. Jest rzeczą niewyobrażalną, aby rząd złożony np. z ludowców i narodowców, szczególnie doświadczonych przez ukraiński nacjonalizm z jakichś nieznanych, tajnych powodów mógł nie podjąć podobnej decyzji. Nawet rząd sanacyjny, którego powstanie było oczywiście po wojnie niemożliwe, ale przyjmijmy to czysto hipotetycznie, z całą pewnością zrobiłby to samo. Także za wykonawców Operacji nie można uznać komunistów. Problemy Wojska Polskiego z elementem niepolskim znamy wystarczająco dobrze, jednak to nie wystarczy, aby twierdzić, że sprawstwo wojskowe było komunistyczne.

Grupą Operacyjną Wisła dowodził wybitny polski wojskowy, przedwojenny pułkownik dyplomowany, autor cenionej wysoko książki „Sztuka wojenna w warunkach nowoczesnej wojny”, po wojnie generał brygady i dywizji, Stefan Mossor. To On był autorem koncepcji Operacji Wisła i tą koncepcję przeforsował na posiedzeniach Państwowej Komisji Bezpieczeństwa i rządu. Nie jest to dla Niego ujmą, wręcz przeciwnie, jest to powód do chwały.

Gen. Mossor był później prześladowany przez stalinowców, których dzieci i wnuki stanowią dzisiaj w środowisku „Gazety Wyborczej”, dawnej Kultury paryskiej itd. główny front obrony krwawych zbirów z OUN/UPA i nie tylko. W 1950 aresztowany, w 1951 skazany w procesie pokazowym generałów na dożywocie i degradację. Tak stalinowska Judeo-Polonia traktowała bohaterów. Dzisiaj ostracyzm dotknął generała ze strony ich ideowych spadkobierców, a także ze strony kompletnie oderwanych od rzeczywistości, chorych z nienawiści do jednej tylko Rosji, piłsudczyków.

Adam Śmiech

Na zdjęciu gen. Stefan Mossor w 1946 roku z attache wojskowym Francji przed Grobem Nieznanego Żołnierza w Warszawie.

Popłynęla na fali kosmopolitycznej antypolskości


niezalezna.pl - strefa wolnego słowa

 

14 marca 2017

 

Aktoreczka Dereszowska i jej mądrości o Polsce: „To nie jest obecnie mój kraj”

 

Dodano: 14.03.2017 [17:36]

Aktoreczka Dereszowska i jej mądrości o Polsce: "To nie jest obecnie mój kraj" - niezalezna.pl

foto: YouTube

Podczas premiery „Ożenku” w Teatrze 6. Piętro reporter portalu wp.pl przeprowadził krótki wywiad z Anną Dereszowską, rzekomo gwiazdą spektaklu. Aktorka głównie znana z filmów niezbyt ambitnych obwieściła światu, że niepokoi ją sytuacja w Polsce. Popłynęła jeszcze bardziej – uznała, że obecnie nie uznaje jej za „swój kraj”.
Anna Dereszowska postanowiła najwidoczniej dołączyć do koleżanek z branży i publicznie zająć stanowisko w sprawie sytuacji politycznej w Polsce. W rozmowie z reporterem Wirtualnej Polski aktorka wyraziła swoje zaniepokojenie położeniem polskich kobiet:

Nie mam zgody, żeby nasze prawa były ograniczane, żebyśmy były traktowane przedmiotowo – tak jak ja się czuję traktowana […]

  • perorowała Dereszowska w dniu premiery „Ożenku”.
    Aktorka zaznaczyła również, że uważa się za patriotkę i często myśli o emigracji. Na szczęście jest świadoma, że obie postawy się wykluczają:

Uważam się za patriotkę, a często myślę o tym, żeby jednak z Polski wyjechać. To się kompletnie ze sobą kłóci… Ale to nie jest w tej chwili mój kraj.

Autor: MJ 

Źródło: wp.pl, niezalezna.pl

ONR będzie protestować przeciwko wschodniej polityce imigracyjnej rządu


 

Fot. YouTube.com

ONR będzie protestować przeciwko wschodniej polityce imigracyjnej rządu

Dodane przez Lipinski

Opublikowano: Wtorek, 14 marca 2017 o godz. 16:04:56

Protest odbędzie się 18 marca przed Kancelarią Rady Ministrów o godz. 12.

 

Działacze ONR-u w następujący sposób uzasadniają swój planowany protest – Od początku niepokojów na Ukrainie przyjęliśmy ponad milion uchodźców z tego kraju. Są to jednak tylko oficjalne dane, a w rzeczywistości Ukraińców może być o wiele więcej. Wśród imigrantów ze wschodu są głównie niewykwalifikowani pracownicy fizyczni, którzy zaniżają stawki płac dla Polaków. Rząd PiS nie tylko bezmyślnie wspomaga Ukrainę finansowo, ale także wspiera ukraińską imigrację pomocą socjalną, podczas gdy polska służba zdrowia, infrastruktura i oświata są wciąż niedofinansowane. Nic nie wskóramy wznosząc szczytne hasła o pomocy, jeśli nie uporamy się najpierw z naszymi wewnętrznymi problemami. Rząd powinien skupić się w zasadniczym stopniu na polityce prorodzinnej wspierającej dzietność polskiego społeczeństwa; budowie odpowiednich warunków do powrotu emigrantów do kraju oraz przemyślanej i prawidłowej polityce imigracyjnej. Obrona rodzimego rynku przed imigrantami powinna stać w obowiązku przed wszystkimi warstwami społeczeństwa.

Portal kierunki.info.pl informuje dalej – Niemniej jednak z roku na rok granice Polski przekracza coraz większej Ukraińców. W 2016 roku dzięki zmianom w prawie i wielu ułatwieniom do Polski przybyło 1,3 mln Ukraińców.
Powodami tego są najczęściej czynniki ekonomiczne, społeczne, a nawet polityczne. Jednak wraz ze zmianami społeczno-gospodarczymi, jakie zachodzą w większości gospodarek światowych, obserwuje się natężenie ruchów migracyjnych dotyczących młodych ludzi chcących podnosić swój warsztat edukacyjny. I tak np. ministrowie UE postanowili podwoić odsetek studentów szkół wyższych odbywających studia lub szkolenia za granicą do 20 proc. do 2020 r. Co więcej, z roku na rok rośnie liczba zagranicznych studentów uczących się odpłatnie na polskich uczelniach wyższych. Połowa studentów zagranicznych w Polsce to Ukraińcy i liczba ta rośnie. W 2008 r. ich liczba wynosiła 2,8 tys., zaś w 2016 roku już 20,7 tys. Nowa polityka migracyjna nastawiona głównie na Ukraińców ma być skuteczną receptą na demograficzne kłopoty Polski. Czy aby na pewno recepta ta jest skuteczna?

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Imigracja zarobkowa z Ukrainy zamraża płace Polaków i psuje polską gospodarkę – twierdzi ekspert

ONR powołuje się też na mobilnośc pracownicą, która według danych Narodowego Banku Polskiego, przejawia się w tym, że – Ukraińcy pracują w Polsce przeciętnie 54 godziny w tygodniu, a ich średnie miesięczne zarobki netto wynoszą około 2,1 tys. zł. Obywatele Ukrainy starają się wydawać w Polsce stosunkowo mało – ok. 33 proc. wynagrodzeń, a zaoszczędzone środki przekazują na Ukrainę.

Aleksander Krejckant z ONR-u dodaje – Wyzyskiwani pracownicy ze wschodu, nieświadomi swoich praw pracowniczych to idealne narzędzie nacisku na niewygodnych polskich pracowników, których będzie można zastąpić „mniej kłopotliwymi” pracownikami z Ukrainy. W interesie zarówno Polaków, Ukraińców, jak i innych narodów leży powstrzymanie szalonego pędu globalnych korporacji i ich rządowych marionetek do stworzenia świata ludzi wykorzenionych, pozbawionych ojczyzny, których życie sprowadza się do bycia trybikiem w machinie kapitalizmu. Naszą rolą, jako polskich nacjonalistów, jest przestrzegać przed konsekwencjami antynarodowej polityki prowadzonej przez rząd. Nie jest naszą rolą rozwiązywanie problemów innych narodów, tylko zadbanie o to, żeby nasi rodacy mogli godnie żyć i pracować w swojej ojczyźnie.

kresy.pl / prawy.pl / kierunki.info.pl

Balcerowicz padł na sojuszniczej Ukrainie


 

Znalezione obrazy dla zapytania Zamurowali Sbierbank w Kijowie

Zamurowali rosyjski Sbierbank w Kijowie

 

 

fot. i.ytimg.com

 

Leszek Balcerowicz kończy swoją misję na Ukrainie

Dodane przez Lipinski

Opublikowano: Wtorek, 14 marca 2017 o godz. 15:03:41

Leszek Balcerowicz podsumował efekty swojej pracy na Ukrainie.

 

Leszek Balcerowicz, współkierujący grupą strategicznych doradców ds. wspierania reform na Ukrainie, kończy swoją pracę w tym kraju. Jak powiedział w wywiadzie dla Ukrinformu, od początku jego misja była zaplanowana na jeden rok. Najważniejszym zadaniem, jakie miał do wykonania, było przygotowanie raportu z propozycjami reform. Dokument został przygotowany i przekazany władzom już na początku września ub. roku.

Balcerowicz odniósł się także do sytuacji w kraju. Pochwalił pomajdanowe władze za „uratowanie kraju przed katastrofą”. Pozytywnie ocenił stabilizację budżetu oraz systemu bankowego a także walkę z korupcją. Jego zdaniem słabą stroną ukraińskich reform są zupełny brak prywatyzacji i moratorium na obrót ziemią. Opowiedział się także za wzmocnieniem ukraińskiej armii.

Balcerowicz oświadczył także, że będzie namawiał Jerzego Millera do kontynuowania pracy na Ukrainie.

CZYTAJ TAKŻE: Dr Zapałowski: Balcerowicz będzie tylko komisarzem pilnującym interesu międzynarodowej finansjery

ukrinform.ua / kresy.pl

Jak Telewizja Republika i współpracownik litewskiego rządu ujawnili „Raport Węgierskich Służb”


 

Zrzut ekranu: telewizjarepublika.pl / twitter.com

Jak Telewizja Republika i współpracownik litewskiego rządu ujawnili „Raport Węgierskich Służb”

Dodane przez Lipinski

Opublikowano: Niedziela, 12 marca 2017 o godz. 10:10:46

Telewizja Republika, powołując się na Aleksandra Radczenkę, litewskiego urzędnika i krytyka postulatów polskiej mniejszości na Litwie, oskarżyła Kresy.pl o „związki z Kremlem” i przyjmowanie „rubli”. Artykuł stworzono na podstawie zmanipulowanego i nie zawierającego żadnych argumentów „raportu węgierskich służb”. Okazał się on wkrótce propagandową publicystyką autorstwa lewicowej organizacji, powiązanej z Georgem Sorosem. Telewizja Republika usunęła artykuł, jednak, mimo naszych próśb, nie sprostowała spreparowanej przez siebie dezinformacji.

 

W miniony piątek w polskim internecie „zahuczało” – na portalach społecznościowych zaczęły krążyć informacje, wedle których węgierskie służby opublikowały raport z listą polskich portali powiązanych z Kremlem.  A ponadto, listę rzekomych „sojuszników Kremla”.

Jako jeden z pierwszych (poza fanpejdżem Stop Rosyjskiej Propagandzie) o rzekomych doniesieniach „węgierskich służb” informował w piątek rano na Twitterze Aleksander Radczenko – Polak z Litwy, niegdyś anarchista, a obecnie zadeklarowany liberał. Zamieścił on w sieci dwie tabele, bez podania źródła ich pochodzenia. Według pierwszej z nich, portal Kresy.pl (a także kilka innych) to medium „rozpowszechniające kontrowersyjne opinie, oparte na prorosyjskich mediach, przychylne rosyjskiemu punktowi widzenia” i realizujący prokremlowską działalność, jako pośrednie narzędzie wpływu Rosji. Druga z tabel zawierała nazwiska polityków i aktywistów, określonych jako ważne polskie osobistości realizujące nad Wisłą rosyjskie wpływy bezpośrednio (jak np. Janusz Korwin-Mikke czy Sylwester Chruszcz) lub pośrednio (m.in. Robert Winnicki, Krzysztof Bosak, Artur Zawisza, Adam Andruszkiewicz).

„Lista polskich portali powiązanych z Kremlem wg węgierskich służb. M.in. atakujący mnie non stop kresy.ru i prawy.ru. Nie jestem zaskoczony” – napisał Radczenko, znany m.in. z ataków na przedstawicieli Polaków z Litwy, przede wszystkim AWPL-ZChR. Od wielu lat Radczenko jest pracownikiem kancelarii litewskiego rządu, osiągając stanowisko wicedyrektora departamentu prawnego. Był też redaktorem naczelnym polskojęzycznej wersji litewskiego serwisu Delfi.lt, publikującego treści nieprzychylne AWPL, znanego z niechęci do polskich aktywistów i lansującego ścisłą współpracę litewsko-polską, z pominięciem kwestii praw Polaków na Litwie.

Przeczytaj: Krokodyle łzy Aleksandra Radczenki

TV Republika: poszły ruble

Ponadto, temat bezkrytycznie podchwyciły – powołując się m.in. właśnie na Radczenkę – takie popularne wśród środowisk prawicowych media, jak Telewizja Republika. W piątek w południe opublikowała ona na swoich stronach internetowych artykuł pt. „Węgierskie służby opublikowały listę polskich portali powiązanych z Kremlem. ZOBACZ LISTĘ”. Zamieszczono w nim właśnie wpis byłego współpracownika litewskiego rządu wraz z tabelą i komentarzem następującej treści:

– Dla wielu nie jest to zaskoczenie. Od rozpoczęcia wojny Rosji z Ukrainą niektóre polskie portale odżyły nie wiadomo dlaczego. Teraz już wiemy, poszły ruble więc jest dobrze. Służby węgierskie opublikowały listę portali które sprzyjają polityce rosyjskiej, oraz nazwiska polityków, osób publicznych czy publicystów polskich, którzy również grają jak każe Kreml. ZASKOCZENIE?

Parę godzin później portal telewizjarepublika.pl usunął artykuł ze swojej strony, podobnie jak prowadzące do niego linki na portalach społecznościowych. Jego kopia jest jednak nadal dostępna w sieci.

Radio Szczecin i Maciążek

Podobnie postąpił, bezrefleksyjnie powielając nieprawdziwe informacje, portal Radia Szczecin, który skoncentrował się na pośle Kukiz’15 i Stowarzyszenia Endecja z tamtejszego okręgu wyborczego, Sylwestrze Chruszczu. „Poseł ze Szczecina, Sylwester Chruszcz jest prorosyjskim działaczem, twierdzą węgierskie służby. Polityk Ruchu Kukiz’15 znalazł się na – opublikowanej przez Węgrów – liście sprzymierzeńców Kremla” – napisano w „zajawce” na Facebooku do artykułu „Węgrzy na tropie sprzymierzeńców Kremla”.

Wpis Radczenki wraz z tabelami został szybko i bezkrytycznie rozpowszechniony. Powielił go m.in. bliski znajomy i współpracownik Radczenki, publicysta Piotr Maciążek, redaktor naczelny serwisu Energetyka24. Podobnie jak on znany z krytyki polskiej mniejszości na Litwie i jej głównych przedstawicieli politycznych, a także jako zwolennik strategicznego sojuszu z tym krajem. Swego czasu Maciążek publicznie wzywał do przynajmniej czasowej rezygnacji z walki o prawa polskiej społeczności na forum międzynarodowym.

CZYTAJ WIĘCEJ:

Wilno pod flagą biało-czerwoną [+FOTO]

Racja stanu czy interes narodowy?

Maciążek krytykuje wyprawki szkolne dla polskich dzieci na Litwie

Polska działaczka na Litwie: środowisko Radia ZW rozbija jedność Polaków na Litwie

Jakóbik ujawnia „współpracowników rosyjskiego wywiadu”

Tabele opublikował też Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny portalu BiznesAlert.pl i ekspert Instytutu Jagiellońskiego, dodając do nich wpis o treści:

– Lista współpracowników rosyjskiego wywiadu w mediach polskojęzycznych wg Węgier. Za to warto podziękować Orbanowi. To powinien być główny temat dzisiejszych wiadomości. Ale chyba nie będzie. P.S.: Lista prawdopodobnie jest niepełna

Później Jakóbik zedytował swój wpis:

– Poprawka: raport liberalnego think tanku z Węgier definiujący które media i politycy promują Rosję instrumentalnie wykorzystując konserwatywne wartości. W pełni się zgadzam. P.S.: Lista prawdopodobnie jest niepełna.

W końcu ub. roku Jakóbik bezpodstawnie oskarżał Kresy.pl o usunięcie jego tekstu opublikowanego na portalu w 2013 r. nt. rosyjskiego kontekstu odwołania ministra Mikołaja Budzanowskiego. Nazwał przy tej okazji Kresy.pl „rzekomo polskim portalem”. Sam Jakóbik jest także „złotym darczyńcą” portalu Eastbook.eu, który w przeszłości również, posuwając się do manipulacji, atakował nasze medium.

O co w tym wszystkim chodzi?

Wracając jednak do sprawy „raportu”. Źródłem informacji rozpowszechnianych przez Radczenkę, TV Republika, Maciążka czy Jakóbika, nie są żadne „węgierskie służby”. W rzeczywistości, chodzi tu o raport zatytułowany „The Weaponization of Culture: Kremlin’s traditional agenda and the export of values to Central Europe”. Dokument, którego fragment wykorzystał Radczenko, został  opublikowany w sierpniu ubiegłego roku. Ale nie przez „węgierskie służby”, tylko węgierski think-tank Political Capital Institute. Którego jednym z donatorów i partnerów jest znana Open Society Foundation powiązana z Georgem Sorosem. Poza nią na liście figurują również inne liberalne lub lewicowo liberalne podmioty, m.in. Dutch Jewish Humanitarian Fund,  European Jewish Fund, European Liberal Forum (powiązane z euroliberałami z PE), liberalna Fundacja im. Friedricha Naumanna,  lewicowo-liberalna Fundacja im. Heinrich Bölla czy National Endowment for Democracy (finansowana m.in. przez rząd USA), a także organ Komisji Europejskiej. Jednym z autorów raportu jest też Polak: Maciej Szylar, powiązany z Polskim Instytutem Stosunków Międzynarodowych.

Autorzy raportu przyznali, że w kontekście Polski oparli się na czterech całkowicie anonimowych źródłach, określanych jako: „dziennikarz – ekspert ds. ruchów skrajnie prawicowych, były oficer bezpieczeństwa, aktywista LGBTQ – lewicowy polityk oraz pracownik naukowy”.

Z raportu, koncentrującego się w założeniu na wpływie Kremla na Europę Środkową poprzez tradycyjne, konserwatywne i narodowe treści, wyziera jednak bardzo wyraźnie lewicowo-liberalny charakter. Autorzy krytycznie oceniają wszelkie postawy – szczególnie w sferze wartości – określane przez nich mianem „nieliberalnych” i „antyzachodnich”, wiążąc je pośrednio z Rosją. Używają zresztą zamiennie sformułowania „wartości rosyjskie” z opisem wartości prorodzinnych czy konserwatywnych. Stąd działalność na rzecz np. wartości pro-life czy kontrującą działania ruchów LGBT ocenia się właśnie przez ten pryzmat: jako formę realizacji interesów Kremla lub wpisywania się w jego narrację. W przypadku Polski wymieniono tu m.in. takie organizacje pro-life, jak: Centrum Wspierania Inicjatyw dla Życia i Rodziny, Fundacja Życie czy Polska Federacja Ruchów Obrony Życia. Jako zarzut wypomniano im m.in. rzekome poparcie dla antygejowskich przepisów rosyjskiego prawa.

Ponadto, w przypadku Polski stwierdzono, że głównym zagrożeniem jest to, iż rosyjskie wpływy w naszym kraju będą rosnąć m.in. w konsekwencji sprzeciwu społecznego, kwestii historycznych i animozji na tle narodowościowym. „Wartości konserwatywne nie są dowodem na rosyjskie wpływy w Polsce, ale są to narzędzia, które mogą zostać użyte przez Kreml do realizacji swych celów politycznych. Ogólnie, wszelkie organizacje o narodowej [oryg. nacjonalistycznej] orientacji (a także wiele po lewej stronie) są wystawione na rosyjskie wartości poprzez kreowanie i rozszerzanie międzynarodowych konfliktów między Polską a innymi krajami, zarówno intencjonalnie, jak i nie” – czytamy. Jak podkreślono, “Rosja pragnie wykorzystać ruchy nacjonalistyczne do zwrócenia polskiego społeczeństwa przeciwko Ukrainie i Litwie”.

Dwie listy

W tym kontekście, jako najlepszy przykład osoby, która nieświadomie przyczynia się do „rozpowszechniania nieliberalnych, rosyjskich wartości”, wymieniany jest ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, wzywający do upamiętnienia polskich ofiar OUN-UPA. Z kolei dalej jako „ważną prorosyjską osobowość polityczną” wskazano europosła Janusza Korwina-Mikke. Jako przykłady organizacji pośrednio będących pod wpływem Rosji i „podzielających podobne wartości konserwatywne co Kreml”, wymieniono Ruch Narodowy, Młodzież Wszechpolską i ONR, a także inicjatywę Marsz Niepodległości. W gronie czołowych osób, które wg autorów raportu pośrednio realizują rosyjskie wpływy wymieniono takie osoby ze środowiska narodowego, jak: Robert Winnicki, Krzysztof Bosak, Artur Zawisza i Witold Tumanowicz z Ruchu Narodowego, Adam Andruszkiewicz (Kukiz’15, Endecja)  czy Bartosz Berk (szef MW). Odnośnie Korwina-Mikke i posła Sylwestra Chruszcza napisano, że bezpośrednio realizują oni rosyjskie wpływy.

Przeczytaj również: Ukraiński portal sugeruje związki polskich polityków z „antyukraińskimi akcjami” w Polsce

W raporcie zamieszczono tabelę, która ma wymieniać „znaczące prorosyjskie media w Polsce”. To właśnie ją rozpowszechnił Radczenko, a za nim inni (m.in. Piotr Maciążek, Wojciech Jakóbik, Telewizja Republika czy Radio Szczecin). Wśród mediów będących – jak napisano – pod miękkim, pośrednim wpływem Rosji lub jej sprzyjających (tj. rozpowszechniających treści „podążające za strategicznymi celami Kremla”), wymieniono czasopismo „Myśl Polska” czy portale endecja.pl, nacjonalista.pl, narodowcy.net , a także Kresy.pl. Jednocześnie, jako media pod bezpośrednim wpływem Rosji (rozumianym głównie jako powoływanie się na oświadczenia Kremla i media rosyjskie) wymieniono  czasopisma „Kronika Narodowa” czy „Polityka Narodowa”.

W kontekście Kresów.pl w raporcie napisano:

Portal z informacjami rozpowszechniającymi kontrowersyjne opinie, oparte na prorosyjskich mediach i przychylne rosyjskiemu punktowi widzenia. Powiązane m.in. z [portalami] censor.net.ua, nowastrategia.org.pl i prawy.pl. Przykład medium kierowanego przez wąską grupę.

Poza tym zaznaczono, że portal Kresy.pl transmituje rosyjskie wpływy za pośrednictwem wartości konserwatywnych i ideologii nacjonalistycznej. Jednocześnie z jakichś powodów nie stwierdzono, by nasz portal sprzyjał takim „nieliberalnym wartościom”, jak sprzeciw wobec  aborcji czy ruchów LGBTQ. Ponadto, mimo wymienienia portalu Kresy.pl w tym zestawieniu, nie jest on ani razu cytowany jako źródło w raporcie.

Raport „ekspertów”?

Należy jednak zaznaczyć, że twierdzenia jakoby Kresy.pl opierały się na prorosyjskich mediach, są całkowicie nieprawdziwe. Wskazują na to już podstawowe dane statystyczne. W warunkach wojny informacyjnej, starając się wyważyć i weryfikować informacje rozpowszechniane przez obie strony ukraińskiego konfliktu, łącznie na media jednoznacznie promajdanowe i równie jednoznacznie antyrosyjskie powoływaliśmy się ponad 14 tys. razy; najczęściej na portale zaxid.net (blisko 7 tys.), agencje Unian i ZIK (ponad 2 tys. razy każde), a także gazeta.ua czy pravda.com.ua (odpowiednio ponad 800 i ponad 600 razy). Ponadto, ponad tysiąc razy Kresy.pl powoływały się na media związane z byłą Partią Regionów (Korrespondent, 112 Ukraina), które jednak nierzadko prezentują krytyczne stanowisko odnośnie przynajmniej części działań Rosji. Z kolei na media rosyjskie lub separatystyczne powoływaliśmy się niespełna 4 tys. razy (głównie na agencje RIA Novosti i TASS, rzadziej na portale separatystów, takie jak np. rusvesna.su). W tym kontekście, zarzut rzekomego opierania się na „rosyjskiej propagandzie” jest nie do obrony. Ktoś może „ratować się” argumentem o „rozpowszechnianiu opinii przychylnych rosyjskiemu punktowi widzenia”. Tyle tylko, że sposób w jaki rozumieją to autorzy raportu, którzy próbują dowodzić, iż sprzeciw wobec aborcji czy propagowanie wartości prorodzinnych i postaw prolife jest, przynajmniej pośrednio, narzędziem kremlowskiej propagandy, czyni taki argument całkowicie uznaniowym, by nie powiedzieć kuriozalnym.

Niezrozumiałe jest też stwierdzenie o „powiązaniu” Kresów.pl z ukraińskim portalem „Censor” – który jest przykładem medium skrajnie promajdanowego i antyrosyjskiego. Faktycznie, ten popularny portal powstał po tzw. pomarańczowej rewolucji (według nieoficjalnych i niepotwierdzonych informacji był powiązany z partią Batkiwszczyna Julii Tymoszenko). Podczas tzw. EuroMajdanu wspierał opozycję i atakował ówczesnego prezydenta Wiktora Janukowycza. Padł z tego powodu ofiarą ataku hakerskiego, a także interwencji milicji i Berkutu, które w grudniu 2013 roku zajęły siedzibę redakcji i skonfiskowały komputery. Sam naczelny portalu Censor, Jurij Butusow zachęcał, by na protesty na Majdan przywozić dzieci, bo „to jest ich przyszłość”. Później, na tym samym Majdanie, został ranny kamieniem w głowę (o jego rzucenie oskarżał milicję). Stąd twierdzenie, że Kresy.pl są w jakiś sposób (nie sprecyzowano, w jaki) powiązane z censor.net, a także popularnym portalem prawy.pl, może budzić co najmniej głębokie zdumienie. Tym bardziej w kontekście portalu nowastrategia.org.pl, z którym poza nielicznymi cytowaniami przy okazji artykułów dot. wojskowości trudno znaleźć jakiekolwiek inne powiązania.

Wszystko to pokazuje, że autorzy raportu mają bardzo słabe pojęcie o tematach, ws. których zabierają głos jako eksperci. Nie tylko sami podważają w ten sposób swoje kompetencje, ale poprzez dobór kryteriów oceny nie ukrywają, że działają faktycznie z pobudek ideologicznych, a nie analitycznych.

„Komuś jest to na rękę”

Do sprawy na Facebooku odniósł się figurujący w raporcie wiceprezes Ruchu Narodowego Krzysztof Bosak. Jego zdaniem, rozprzestrzenianie się tego materiału nie jest przypadkiem. – Materiał miał dziś moim zdaniem wsparcie promocyjne w necie. Komuś jest on na rękę – uważa Bosak. W innym miejscu zwracał uwagę, że „osoby, organizacje i tytuły wymienione w tabeli nie są posądzane o związki z Kremlem, a jedynie o to, że ich poglądy mogą być użyteczne dla Kremla w sytuacji, kiedy Rosja pozycjonuje się jako obrońca tradycyjnych wartości”.

„Przeczytałem fragment raportu o Polsce, to jest równo 10 stron i mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że według tej ich śmiesznej metodologii do organizacji prorosyjskich można na tej samej zasadzie zaliczyć także PiS i Gazetę Polską” – napisał Bosak. – „Ostrzegam przed taką propagandą. Najwyraźniej powstanie tego i kolportowanie tego w internecie jest komuś na rękę!” – dodał, komentując rzekomy „raport węgierskich służb”.

Jak Węgry „wymiatają” Sorosa

A skoro o Węgrach mowa. Warto w tym miejscu przypomnieć o tym, że władze tego kraju bardzo krytycznie podchodzą do działalności organizacji powiązanych z Sorosem. Postrzegając je wręcz jako zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. W maju ub. roku szef Kancelarii Premiera Węgier János Lázár powiedział, że według raportu węgierskich służb specjalnych, George Soros manipuluje opinią publiczną na Węgrzech. Stwierdził, że dzięki pieniądzom od Sorosa, organizacje obywatelskie na Węgrzech zyskały nieproporcjonalnie duże wpływy w stosunku do swej rzeczywistej siły, zaś sam miliarder stoi za głosami lewicowej opozycji ws. kryzysu migracyjnego. Wcześniej Istvan Hollik, parlamentarzysta ze współrządzącej z Fideszem Chrześcijańsko-Demokratycznej Partii Ludowej mówił, że Soros sponsoruje organizacje torpedujące politykę migracyjną Węgier. Na początku tego roku Szilard Nemeth, wiceszef Fideszu stwierdził, że wszelkie organizacje pozarządowe finansowane przez George’a Sorosa powinny „zostać wymiecione” z Węgier. Jakiś czas przed tym sam premier Viktor Orban deklarował, że ten rok „będzie czasem wyeliminowania Sorosa i sił, które go symbolizują”.

Orban przeszedł od słów do czynów. Jego rząd składa w parlamencie projekt ustawy mającej na celu regulację działalności organizacji pozarządowych. Węgierski rząd chce wiedzieć, które organizacje pozarządowe czerpią pieniądze z zagranicy. W pewnym sensie dyskontuje w ten sposób nastroje społeczne, gdyż większość Węgrów jest wyraźnie niechętna Sorosowi i działalności, którą prowadzą na Węgrzech powiązane z nim organizacje.

CZYTAJ TAKŻE: Większość Węgrów przeciwko Sorosowi

Jedną z takich organizacji jest właśnie Political Capital Institute – utrzymujący się m.in. z dotacji Fundacji Open Society, należącej do Sorosa. Jak jednak widać, w Polsce działalność tego rodzaju instytucji, prowadzona wyraźnie pod z góry przyjętą i osobliwie udokumentowaną tezę, może być wykorzystywana do celów de facto propagandowych. Szczególnie w takim przypadku, gdy wykorzystywane są nie same opracowania, ale wyrwane z kontekstu atrakcyjne graficznie elementy, krążące i powielane na zasadzie memów przez osoby czy środowiska zainteresowane ich rozprzestrzenianiem się w sieci. Gdy w takie ramy wpisują się media, powielające do tego bez weryfikacji niesprawdzone informacje o ich pochodzeniu, szczególnie tak chwytliwe jak „raport węgierskich służb”, efekt dodatkowo się potęguje.

Przeczytaj: Polacy z Parlamentu Europejskiego na liście wiarygodnych sojuszników organizacji Sorosa

Warto przypomnieć, że niebawem możemy mieć do czynienia z kolejną odsłoną takich działań. Otóż dzięki grantom z założonej przez George’a Sorosa Fundacji Batorego, Związek Ukraińców w Polsce będzie monitorował wpisy w internecie pod kątem „mowy nienawiści” wobec Ukraińców. – Po rozmowach z ludźmi zajmującymi się mową nienawiści od lat, doszliśmy do wniosku, że powinniśmy się zająć atakami wymierzonymi w Ukraińców – mówił o tej inicjatywie szef ZUwP i negacjonista wołyński, Piotr Tyma. Z sieci mają być wychwytywane określone treści, które będą analizowane przez wolontariuszy pod kątem popełnienia przestępstwa. – Po wyselekcjonowaniu tych najbardziej drastycznych wpisów nasz prawnik zajmuje się kierowaniem zawiadomień do prokuratury – mówił Tyma. Ma również zostać uruchomiona specjalna strona, na której będzie można zgłaszać tego rodzaju ataki.

Eastook i NED

Przykład dotyczący Political Capital Institute pokazuje, że omawiane kwestie dotyczą nie tylko Węgier, ale również Polski. Nie jest to również pierwszy przypadek, w którym finansowane z zagranicy organizacje atakują nasze medium. Już wcześniej dopuścił się tego portal Eastbook, którego wydawca, czyli Fundacja Wspólna Europa, sama posiada interesujące powiązania. W jej radzie programowej zasiadają m.in. Jan Piekło – obecnie ambasador RP na Ukrainie, znany z otwartej niechęci do Kresowian, a także Eugeniusz Smolar – członek rady fundacji Centrum Stosunków Międzynarodowych i brat szefa Fundacji im. S. Batorego, Aleksandra Smolara.

Portal Eastbook.eu, jak i Fundacja, są finansowane przez Fundację Współpracy Polsko-Niemieckiej. Z kolei Wspólna Europa jest wspierana przez amerykańską organizację National Endowment for Democracy (NED), znaną w Polsce jako „Narodowy Fundusz Wspierania Demokracji” lub „Narodowy Fundusz na rzecz Demokracji”. Powstała w 1983 roku organizacja zajmuje się realizacją amerykańskiej soft-power, finansując poprzez system grantów prywatne organizacje celem promocji demokracji za granicą. Środki na jej działalność pochodzą głównie od rządu USA, a ona sama jest nadzorowana przez amerykański Kongres – mimo, że oficjalnie to NGO. Same początki NED sięgaj zaś lat 60., gdy władze USA zarekomendowały, by zaprzestać niejawnej działalności CIA finansującej „bitwę ideologiczną” w Europie na rzecz otwartej działalności w ramach podmiotów publiczno-prywatnych. 

Działalność NED w 2005 r. krytykował znany libertarianin Ron Paul twierdząc, że „ma ona niewiele wspólnego z demokracją” i faktycznie wykorzystuje pieniądze amerykańskich podatników do obalania demokracji poprzez finansowanie preferowanych przez USA partii i ruchów politycznych za granicą. Z kolei dziennikarz śledczy Robert Parry określał NED jako „neokonserwatywny fundusz łapówkarski”, którego pomysłodawcą byli William Casey, szef CIA za czasów Ronalda Reagana oraz ówczesny członek Narodowej Rady Bezpieczeństwa Walter Raymond Jr. NED w założeniu miała być organizacją finansowaną przez Kongres USA, mającą przejąć programy CIA dotyczące wpływania m.in. na wybory za granicą, promując wybór kandydatów preferowanych przez Waszyngton.

Chiński ekonomista Song Hongbing w książce Wojna o Pieniądz, pisał o powiązaniach NED z Georgem Sorosem. Według niego, Soros już w latach 80. brał udział w założeniu tej organizacji wspólnie z częścią wpływowych członków amerykańskich elit politycznych (w tym ze Zbigniewem Brzezińskim i Madelein Albright). Wg Hongbinga fundusz „został ustanowiony z kapitałów dostarczonych przez CIA i osoby prywatne”.

Studium manipulacji

Warto przypomnieć w tym kontekście o tym, w jaki sposób Eastbook niedawno „przyjrzał się” Kresom.pl. W szeroko kolportowanym w internecie artykule „Na kolanach przed rosyjską potęgą” Eastbook stara się stworzyć możliwie jak najbardziej odpychający wizerunek naszego medium. W tym celu stawia nam szereg całkowicie bezpodstawnych zarzutów, miejscami posługując się zgrabną manipulacją, gdzie indziej znów niezdarnym kłamstwem. Katalog oskarżeń otwiera zarzut instrumentalnego posługiwanie się tematyką kresową w charakterze parawanu, za którym skrywamy nasze bliżej niesprecyzowane, zapewne agenturalne cele. Jak pisze autor artykułu, Krzysztof Nieczypor: „…obecnie tematyka kresowa na Kresy.pl, to zaledwie margines pojawiających się tam publikacji (…). Nie trzeba dokonywać szczegółowego przeglądu informacji pojawiających się na stronie, aby doznać nieodpartego wrażenia, że pozostała w nazwie portalu i jego tle narracja kresowa pełni rolę jedynie sztafażu, jeśli nie kamuflażu. Z deklarowanych założeń funkcjonowania portalu, pozostały do dziś jedynie pełne zadęcia hasła o obronie ojczyzny i polskiej racji stanu, która zagrożona jest przez działania nieudolnych bądź realizujących obce interesy polskich polityków”.

Powyższa manipulacja składa się z dwóch części: po pierwsze, autor Eastbooka demaskatorskim tonem informuje o tym, że artykuły poświęcone Kresom stanowią mniejszość publikowanych na portalu treści, po drugie, sugeruje że kiedyś rzekomo było inaczej.

W rzeczywistości tematyka stricte kresowa od samego początku stanowiła czasem mniejszy, czasem większy, ale zawsze margines publikowanych u nas materiałów, a to dlatego, że nigdy nieskrywanym zamysłem leżącym u podstaw portalu było stworzenie docierającego do jak najszerszego grona osób medium ogólnoinformacyjnego, które właśnie dzięki temu byłoby w stanie szeroko kolportować informacje dotyczące Kresów. Podobnie jak w przypadku pozostałych oskarżeń, Eastbook nie przytacza jednak żadnych analiz, na których mógłby oprzeć wiarygodność swojego zarzutu. Nie przedstawia żadnych statystyk, zestawień czy wyliczeń. Pomija również kompletnym milczeniem fakt, że portal pozostaje nadal jedynym medium ogólnoinformacyjnym, które odnotowuje wszystkie istotne wydarzenia związane zarówno z pamięcią o Kresach, jak i z sytuacją polskiej mniejszości czy znajdującego się na wschodzie polskiego dziedzictwa kulturowego. Eastbook stara się, jak może nie zauważać, że Kresy.pl są w stanie zainteresować problematyką Kresów relatywnie duże grono odbiorców właśnie dlatego, że nie zajmują się wyłącznie Kresami. Zamiast tego dziennikarze Eastbooka nawet nie starają się ukrywać, że ich zdaniem nasz portal powinien być niszowym, sentymentalno-hobbystycznym medium zajmującym się publikowaniem artykułów o „o relacjach kuracjuszy z okresy II RP w Truskawcu”.

Przykładem już nie tyle manipulacji, co świadomego wprowadzania w błąd czytelników, jest uczynienie naszego byłego pracownika — Marcina Skalskiego — redaktorem naczelnym portalu. Nie ma niestety żadnych wątpliwości co do tego, że autor artykułu doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, że po pierwsze Marcin Skalski nie jest członkiem redakcji (od stycznia 2016 roku), po drugie, że redaktorem naczelnym portalu od samego początku aż po dziś dzień jest Tomasz Kwaśnicki. Nieczypor wiedział o tym wszystkim, gdyż przed publikacją artykułu zwrócił się do nas z prośbą o przekazanie mu pełnej listy pracowników portalu. Na liście, którą mu przekazaliśmy, nie mógł znaleźć nazwiska Marcina Skalskiego, gdyż go tam po prostu nie było. Mimo to Nieczypor był zdeterminowany, by przekonać czytelników, że to właśnie nasz były redakcyjny kolega (który nota bene pracował dla nas niecałe dwa lata) jest kluczową postacią w naszym medium. Powodem determinacji Nieczypora były oczywiście okoliczności, w jakich rozstaliśmy się z Marcinem, który został usunięty ze składu redakcji, gdy wyszły na jaw jego nieautoryzowane kontakty z Mateuszem Piskorskim z partii „Zmiana”. Całą sytuację opisał na portalu Prawy.pl Aleksander Szycht. Trudno uwierzyć, by Nieczypor, pisząc swoją „analizę”, nie dotarł do tego materiału. Nie zmienia to jednak faktu, że w tym konkretnym przypadku wina dziennikarza Eastbooka polega na świadomym kolportowaniu nieprawdziwych informacji, a nie na kompromitującej, niewyobrażalnej wprost dziennikarskiej niekompetencji.

O powadze materiału Eastbooka niech świadczy kolejna charakterystyczna manipulacja. Otóż zdaniem Krzysztofa Nieczypora najważniejszym tematem, którym zajmujemy się na portalu „jest przede wszystkim armia. Nie byle jaka, bo groźna i potężna armia rosyjska. Gros wiadomości przesyłanych kresowymi kanałami informacyjnymi poświęcona jest sprawności rosyjskiego oręża…”. Nieczypor po raz kolejny nie przedstawia choćby skrawka dowodu na poparcie swojej absurdalnej tezy. Niniejszym informujemy zatem, że nie jesteśmy wielbłądami, a armia rosyjska, której znaczenie dla naszego (nie)bezpieczeństwa trudno przeceniać, nigdy niestety nie była najważniejszym przedmiotem naszej uwagi. Staramy się jednak w miarę naszych skromnych możliwości poświęcać jej tak wiele miejsca, jak to tylko możliwe. Mimo to, pisanie o tym, że „Gros wiadomości przesyłanych kresowymi kanałami informacyjnymi poświęcona jest sprawności rosyjskiego oręża” nie jest niczym innym niż naprędce skleconą dezinformacją. Natomiast twierdzenie, że publikowane przez nas materiały mają za zadanie gloryfikację armii rosyjskiej to już zwykłe pomówienie mające wzbudzić w czytelniku określony stosunek do naszej pracy. „Przekaz” — pisze Nieczypor — „jest jasny i klarowny – rosyjskie siły zbrojne potęgą są i basta”. Nieczypor tradycyjnie nie podaje żadnego uzasadnienia swoich opatrzonych wielkim kwantyfikatorem twierdzeń. Zadowala się wklejeniem kilku umiejętnie dobranych linków, których potencjał argumentacyjny okazuje się jednak na tyle słaby, że Nieczypor zmuszony jest pospiesznie wyjaśnić, iż tylko „pozornie informacje te mają charakter wyłącznie informacyjny”. Dziennikarz Eastbooka stara się jak może, by czytelnik nie miał żadnych wątpliwości, że tytuł jego artykułu („Na kolanach przed rosyjską potęgą”) nie jest bezpodstawnym pomówieniem, a adekwatnym oddaniem rzeczywistości. Dlatego skwapliwie przemilcza takie artykuły jak „Rosyjska armia nie taka silna”, „Na zachodzie bez wojsk”, „Rosyjska zadyszka w zbrojeniówce” czy „Jak groźna jest Rosja”. Takie teksty kompletnie nie pasują przecież do starannie komponowanego przez Nieczypora obrazka.

Manipulacją jest również przywoływanie oświadczenia warszawskiego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (w którym nazwano nas „narzędziem propagandy rosyjskich separatystów”) bez poinformowania o naszej odpowiedzi. Dokładnie taką samą manipulacją jest przywoływanie oskarżeń Dawida Wildsteina pod naszym adresem bez publikowania odnośnika do odpowiedzi, której mu wówczas udzieliliśmy. Zamiast tego Eastbook opublikował link do naszej odpowiedzi na zupełnie inne ataki niesławnego publicysty, przez co usiłował stworzyć wrażenie, że na „rzeczowe argumenty” Wildsteina odpowiedzieliśmy wziętymi z kosmosu zarzutami pod jego adresem. To samo dotyczy przedstawiania Kazimierza Wóycickiego czy Agnieszki Romaszewskiej jako bezstronnych ekspertów, którzy, nazywając nas „rosyjską agenturą” lub „jednym z najbardziej proputinowskich mediów w polskim internecie”, dzielą się wyłącznie swoją fachową wiedzą. Mamy tu do czynienia z piętrowym pomówieniem, w którym Romaszewska i Wóycicki pozwalają sobie na inwektywy pod naszym adresem, a następnie powiązany z Sorosem portal przedstawia te wypowiedzi, jako opinie ekspertów.

Charakterystyczną manipulacją jest zarzut zwracania uwagi na banderowską symbolikę w czasie ukraińskiej rewolucji. Zdaniem Nieczypora mieliśmy przekonywać wówczas, „że ukraiński szowinizm jest znacznie groźniejszy od rosyjskiego imperializmu”. Jest to oczywiście kolejna manipulacja, na którą zresztą, jakże by inaczej, Nieczypor nie przedstawia żadnego dowodu. Jesteśmy dumni z naszej postawy w tamtym czasie — z tego, że gdy większość polskich mediów zamykała oczy na banderowski sztafaż obecny na Majdanie, my ciągle go dostrzegaliśmy. Ale pomimo tego, nawet wówczas wcale nie kładliśmy na to przesadnego akcentu, informując przede wszystkim o walkach z Berkutem i milicją — i tego właśnie dotyczyła zdecydowana większość publikowanych przez nas informacji. Nigdy też nie przedstawialiśmy neobanderyzmu jako istotnego zagrożenia dla naszego bezpieczeństwa (co nie znaczy, że w ogóle nie uważamy go za zagrożenie, zwłaszcza na poziomie metapolitycznym). Podobnie jak nigdy nie ukrywaliśmy, że obecnie największym niebezpieczeństwem jest dla nas nie „rosyjski imperializm” czy ukraiński nacjonalizm, ale ofensywna amerykańska polityka, w ramach której pełnimy oficjalnie funkcję „flanki”. Pisaliśmy o tym wielokrotnie zarówno na łamach Kresów.pl, jak i tygodnika „Do Rzeczy” czy dziennika „Rzeczpospolita”, za każdym razem przedstawiając swoje racje. Eastbook jednak ani przez chwilę nie był zainteresowany dyskusją na argumenty. Finansowane przez niemieckiego i amerykańskiego podatnika medium woli pieczołowicie tkać sieć pomówień, kłamstw i insynuacji. Tym samym redaktorzy Eastbooka nie zachowują się jak dziennikarze czy publicyści zainteresowani udziałem w debacie publicznej. Przypominają raczej żołnierzy biorących udział w „wojnie hybrydowej”, w której wszystkie chwyty są dozwolone, gdyż celem nie jest prawda, lecz zniszczenie wizerunku „nieprzyjaciela”.

PRZECZYTAJ: Śmierć frajerom

Opisane powyżej sytuacje są dowodem na to, że w Polsce działają osoby i organizacje, które posiadając wyraźne zależności, a nawet bepośrednie powiązania z instytucjami finansowanymi z zagranicy, są w stanie przeprowadzać akcje na rzecz zdyskredytowania ideologicznych oponentów i to paradoksalnie oskarżając ich (do tego bezpodstawnie) właśnie o służenie zagranicznym mocodawcom. Na Węgrzech politycy mówią głośno o tym, by zająć się takimi „prodemokratycznymi” i „prowolnościowymi” organizacjami. Czy jednak w Polsce coś podobnego mogłoby mieć miejsce?

Marek Trojan, Tomasz Kwaśnicki  / Kresy.pl

Polska: NBP potwierdza – Ukraińcy psują rynek pracy


 

Xportal.plInformacje, Idea, Polityka14.03.2017

 

Polska: NBP potwierdza – Ukraińcy psują rynek pracy

14 marca 2017 15:42

Ciekawą opinię w swoim najnowszym raporcie publikuje Narodowy Bank Polski. Podczas gdy przez wiele miesięcy proimigracyjni „eksperci” podkreślali, że choć na polskim rynku pracy coraz więcej jest Ukraińców, to nie ma się czego obawiać, bo nie odbierają Polakom zatrudnienia i nie mają wpływu na zaniżanie wynagrodzeń. Tymczasem, według NBP, sprawy mają się inaczej.

W „Raporcie o inflacji” przygotowanym przez NBP eksperci banku podkreślają, że napływ pracowników ze Wschodu na nasz rynek pracy faktycznie nie przyczynia się do spadku zatrudnienia Polaków, jednak w kwestii wynagrodzeń ma to duży wpływ. Dynamika wzrostu płac, mimo rozwoju tzw. rynku pracownika, jest umiarkowana i nie było jej przyspieszenia, zaś w ostatnim kwartale 2016 r. spadła.

„Ograniczająco na dynamikę wynagrodzeń nominalnych nadal oddziałuje napływ pracowników z Ukrainy” – napisano wprost w raporcie NBP. Do tej pory z ust ekspertów padały zapewnienia, że Polacy nie mają się czego obawiać, a nawet powinni się cieszyć, że z Ukrainy przyjeżdża do nas siła robocza, bo po prostu brakuje u nas rąk do pracy. – Ukraińcy nie zabierają Polakom miejsc pracy, ani nie zaniżają wynagrodzeń – mówił w styczniu br. Tomasz Dudek, dyrektor operacyjny agencji Otto Polska, cytowany przez „Rzeczpospolitą”. W podobnym tonie wypowiadała się Konfederacja Lewiatan.

(Na podst. SuperBiz)


Odezwał się epitetami wielki wódz opozycji


 

wPolityce.pl

 

Adam Michnik w „Die Welt” porównuje politykę PiS do „filozofii albańskiego dyktatora Envera Hodży”. „Kaczyński jest fanatyczny i autorytarny”

opublikowano: wczoraj · aktualizacja: wczoraj

autor: Fot. fratria/TVP2

autor: Fot. fratria/TVP2

 

„Nadal uważam, że decyzja o poparciu Tuska jest dobra dla Polski i wyjątkowo zła dla Kaczyńskiego. Wszyscy poza rządem w jego ojczyźnie, Polsce, widzą w Tusku proeuropejskiego polityka, który staje przeciwko dyktaturom, autokracjom oraz wszystkim rządom, które łamią konstytucyjne zasady” – mówi naczelny „Gazety Wyborczej” Adam Michnik w rozmowie z niemieckim dziennikiem „Die Welt”.

Według Michnika bez względu na to, czy Polska szukała „bezpośredniej konfrontacji”, czy jej strategia polegała na „uzyskaniu korzyści”, to  na szczycie UE „i tak przegrała”.

Zazwyczaj wszystkie państwa bronią swoich ludzi, którzy piastują wysokie stanowiska w Brukseli. Polski rząd zamiast obrony interesów kraju, szuka kłótni

—przekonuje naczelny „GW”. Jego zdaniem rząd PiS nie od razu obierze kurs konfrontacyjny (wobec UE – red.).

Mimo tego polska strategia może mieć złe, wręcz fatale skutki dla UE. Kaczyński jest tak autorytarny i fanatyczny, że myśli, iż w Brukseli może podejmować decyzje na tych samych zasadach co we własnej partii. Tego oczywiście nie może, ale grozi nam „brytanizacja” UE. Nie polski Brexit, ale wzrost tendencji odśrodkowych w UE

—uważa Michnik. Jego zdaniem minister Witold Waszczykowski mówił o „Unii pod niemieckim dyktatem” w „histerycznej odpowiedzi na porażkę swojej polityki zagranicznej”.

Nawet premier Viktor Orban, stary towarzysz naszego rządu, nie dał się w to wpuścić. To totalna klęska

—dodał. Na pytanie dziennikarzy „Die Welt” czy rząd PiS może stać się silniejszy grając kartą narodową w polityce wewnętrznej, Michnik odparł, że „może”, ale to „przypomina filozofię niegdysiejszego dyktatora Albanii Envera Hodży oraz Korei Północnej”.

Europa dwóch prędkości to zdaniem naczelnego „GW” odpowiedź odpowiedzialnych polityków Europy na tych, „którzy usiłują blokować konieczne reformy w UE”.

Żadne państwo nie powinno korzystać z prawa do blokady, inaczej ryzykuje, że w końcu coraz mniej decyzji będzie podejmowanych jednomyślnie

—zaznaczył Michnik i dodał, że Kaczyński pod względem retoryki oraz metod przypomina Trumpa, ale jest od niego „mniej groźny niż prezydent USA”.

W obu przypadkach mamy do czynienia z nieodpowiedzialnymi i nieracjonalnymi politykami. Nie mają projektu dla przyszłości

—powiedział naczelny „GW”.

Ryb, welt.de

Zdjęcie Kronika kłamliwej histerii

autor: Kronika kłamliwej histerii

Kronika kłamliwej histerii wymierzonej w demokratycznie wybrane władze RP. Kronika kłamliwej propagandy

Prof. Gersdorf powinna ważyć słowa


 

Przełącz na rozrywkę

Przełącz na Dziennik

 

Arkadiusz Mularczyk dla DGP: Prof. Gersdorf powinna ważyć słowa

13.03.2017, 06:30 | Aktualizacja: 13.03.2017, 06:33

 

Arkadiusz Mularczyk

Arkadiusz Mularczyk / Newspix / HEROK

Barbara Kasprzycka

Można odnieść wrażenie, że od dłuższego czasu niektórzy prominentni przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości funkcjonują w oderwaniu od rzeczywistości – uważa Arkadiusz Mularczyk, poseł PiS, przewodniczący komisji nadzwyczajnej do spraw zmian w kodyfikacjach.

BARBARA KASPRZYCKA: Panie pośle, kto będzie nowym I prezesem Sądu Najwyższego?

 

ARKADIUSZ MULARCZYK: … (uśmiech) O tym zadecyduje Zgromadzenie Ogólne sędziów SN zwołane mam nadzieję na podstawie ustawy.

Kobieta czy mężczyzna?

Przede wszystkim chciałbym, by był to obiektywny sędzia nieangażujący się w bieżące spory polityczne po którejś ze stron. By widział dobro wymiaru sprawiedliwości jako cel nadrzędny, ale w szerszym kontekście sytuacji społecznej, gospodarczej, czy nawet politycznej w kraju. Wymiar sprawiedliwości powinien realizować cel służebny wobec Rzeczpospolitej oraz społeczeństwa.

To trochę niebezpieczne. Wymiar sprawiedliwości powinien chyba przede wszystkim opierać się na prawie. Względy gospodarcze, czy polityczne zostawiać na boku. To w minionym ustroju sądy, w myśl konstytucji, miały „ochraniać zdobycze ludu pracującego”.

Sądownictwo nie może funkcjonować jako władza wyalienowana od społeczeństwa. Można odnieść wrażenie, że od dłuższego czasu niektórzy prominentni przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości funkcjonują w oderwaniu od rzeczywistości.

A może to jest niezależność sądownictwa?

Mam wątpliwość, czy to niezależność, czy też sytuacja, w której określona grupa zawodowa stworzyła sobie system korporacyjny, który decyduje o dystrybucji przywilejów i awansów niezależnie od efektywności pracy, jak też ocen dokonywanych przez społeczeństwo i inne władze.

Przed chwilą mówił Pan, że I prezes SN nie powinien się angażować w bieżącą politykę. Teraz Pan twierdzi, że sędziowie powinni patrzeć na otoczenie – społeczeństwo, rządzących – i do tego dostosowywać swoje działania.

Wymiar sprawiedliwości nie jest samotną wyspą i powinien uwzględniać, jak jest oceniany przez społeczeństwo i sam powinien proponować rozwiązania, które pozwolą mu funkcjonować sprawniej, szybciej, ale także w sposób bardziej przyjazny dla obywateli. Dziś natomiast każdy, kto ma na ten temat zdanie krytyczne, z góry jest traktowany jako wróg publiczny. Jako ten, który chce naruszyć niezawisłość i niezależność sądów oraz sędziów.

Trudno się nie zgodzić. System sądownictwa wymaga naprawy i jakichś mechanizmów kontroli z zewnątrz. Pytanie, czy trzeba w tym celu w trybie pilnym szykować odwołanie I prezes SN Małgorzaty Gersdorf.

I prezes SN aktywnie włącza się w debatę publiczną, problem polega na tym, że wyłącznie po jednej stron sporu politycznego, z drugiej strony w sposób bezkrytyczny podchodzi do funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości. Co więcej, bierze udział w akcjach o charakterze quasi-politycznym. Tak było niedawno w Katowicach, gdzie wpływowi członkowie tego środowiska nawoływali do rozwiązań, które jeszcze rok temu wydawałyby się abstrakcyjne. Teraz zmieniają swoje poglądy o 180 st. Nie tak dawno sama Pani Prezes mówiła, że sędzia powinien być całkowicie apolityczny.

Mówi Pan o postulatach stosowania przez sądy rozproszonej kontroli konstytucyjności. Ale to nic zdrożnego. Konstytucja sama stwierdza, że stosuje się ją bezpośrednio i również sądy w konkretnych sprawach mogą pominąć przepis ustawy, jeśli stwierdzą, że nie da się go pogodzić z konstytucją. Nie muszą czekać na wyrok TK.

To kontrowersyjna teza w świetle art. 193 Konstytucji dot. pytania prawnego sądu do TK oraz utrwalonego orzecznictwa SN i TK, zgodnie z którym związanie sądów ustawą o której mowa w art.178 Konstytucji obowiązuje dopóki, dopóty ustawie przysługuje moc obowiązująca. Niestety środowiska, które niemal przez 30 lat pełniły rolę autorytetów prawniczych – mam tu na myśli znanych profesorów prawa, byłych prezesów TK – a dziś straciły wpływy, czują się zagrożone ze względu na utratę przywilejów. Kreują więc teraz narrację walki całego wymiaru sprawiedliwości z rządem, większością sejmową, z TK, traktując sędziów jak wojsko, które ma iść na ich wojnę. To budzi mój sprzeciw, że można zmieniać o 180 st. poglądy prawne w zależności od tego, kto sprawuje władzę.

Pan też zmienia poglądy. Rok temu przekonywał Pan z trybuny sejmowej, że prezes TK nie może dowolnie i swobodnie decydować o tym, które sprawy należy rozpatrzeć w pierwszej kolejności. Teraz, składając wniosek konstytucyjny ws. I prezes SN akcentował Pan, że trybunał powinien tę sprawę rozstrzygnąć niezwłocznie.

W ciągu tego roku próbowaliśmy ustalić reguły funkcjonowania trybunału poprzez kolejne nowelizacje ustaw o TK. Pan Prezes Rzepliński i grupa sędziów wówczas dominująca w trybunale kwestionowali wszystkie rozwiązania. W tamtym czasie, chcąc wprowadzić jasne, transparentne reguły rozpatrywania spraw proponowaliśmy, by decydowała kolejność wpływu, a nie subiektywna ocena prezesa. To rozwiązanie zostało uznane za niekonstytucyjne. Tej regulacji już nie ma. Uznałem więc, składając wniosek o ocenę sposobu powoływania I prezesa SN, że jest to sprawa wymagająca rozstrzygnięcia w pierwszej kolejności, ponieważ dotyczy istotnych kwestii ustrojowych. Uważam, że w interesie samego SN, jest ocena konstytucyjna regulacji, które dotyczą powołania jego I Prezesa.

Czyli jednak jest to wniosek personalny? Gdyby I prezesem SN nie była Małgorzata Gersdorf, tylko ktoś kto się nie odzywa, nie komentuje, to wniosku posłów PiS do TK by nie było?

Uważam, że osoby pełniące najważniejsze funkcje publiczne, a taką osobą jest I Prezes SN oprócz tego, że reprezentuje SN na zewnątrz powinna mieć pewien słuch społeczny – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Powinna ważyć słowa oraz mieć skłonność do refleksji i całościowej oceny sytuacji. Nie powinna być wyłącznie najważniejszym przedstawicielem korporacji. Powinna zadać sobie także pytanie dlaczego politycy, którzy zapowiadają głębokie reformy wymiaru sprawiedliwości, mają tak wielkie poparcie społeczne.

W kwestii autorefleksji środowisko sędziowskie rzeczywiście ma sporo do zrobienia. Tylko czy żeby dyskutować o pozycji sędziów trzeba sięgać aż po wniosek konstytucyjny?

Może ta okoliczność zmusi elity tego środowiska do autorefleksji. Czy nie budzi Pani zdumienia sytuacja, w której Sąd Apelacyjny – Cywilny pyta Sąd Najwyższy o zgodność z prawem wyboru obecnej prezes TK?

Czyli to jednak odwet?

Powszechną wiedzą jest, że pani Gersdorf jest żoną b. prezesa TK Bohdana Zdziennickiego. Oboje często występują w mediach krytykując sytuację wokół TK. To wszystko rodzi przekonanie, że decyzje podejmowane obecnie w niektórych sądach mogą być nietransparentne. Rodzą poważne pytania, czy rzeczywiście są wynikiem jakichś faktycznych wątpliwości prawnych, czy też efektem presji środowiskowej. Przecież w tej konkretnej sytuacji nie można abstrahować od powiązań rodzinnych i personalnych. W takich sytuacjach wymiar sprawiedliwości powinien być szczególnie ostrożny i zdystansowany. Jeżeli sąd okręgowy oddala wniosek pana prezesa Rzeplińskiego o zbadanie umocowania prezes Przyłębskiej, a potem, wskutek zażalenia, sąd apelacyjny uznaje, że wątpliwości są jednak tak poważne, że kieruje pytanie prawne do SN, to przepraszam – trzeba być dzieckiem żeby nie widzieć tu pewnej gry.

Czytaj więcej

Sędziowie biją na alarm: Mamy nadzwyczajną sytuację. Na prawnikach spoczywa obowiązek ratowania demokracji

Sędzia Zdziennicki ma przełożenie na sąd apelacyjny?

Proszę go o to zapytać, czy on lub też ktoś z jego bliskich rozmawiał na temat tej sprawy w Sądzie Apelacyjnym lub Sądzie Najwyższym?

Dziś zarzuty o naruszanie procedur stawiacie Sądowi Najwyższemu. Oceniać ma je prezes Przyłębska, która sama została powołana na tę funkcję z naruszeniem procedury – bo bez wymaganej uchwały Zgromadzenia Ogólnego Sędziów TK.

Ale co ma sąd cywilny do działań TK? Pan Prezydent podjął decyzję o nominowaniu prezes Przyłębskiej. Nie widzę tu żadnego związku, który pozwoliłby o prawidłowości tej procedury rozstrzygać Sądowi Najwyższemu.

Żeby uzdrowić sytuację w wymiarze sprawiedliwości trzeba sięgać po broń atomową, jaką jest wniosek o wydanie przez TK wyroku rozstrzygającego, że wszystkie działania I prezesów SN od 2003 r. nie rodziły skutków prawnych? Jeśli procedury wyboru I prezesa SN są wadliwe, może należało napisać nowelizację, która je naprawi w normalnym legislacyjnym trybie?

Wyobraża sobie Pani, co by pisali dziennikarze, mówiła opozycja, czy też sama Pani Prezes SN, gdyby wyszło na jaw, że klub parlamentarny PiS zgłasza nowelizację dotyczącą zasad wyboru I prezesa SN?

Ale eksperci przyznają, że wasz wniosek merytorycznie się broni. Że rzeczywiście regulamin wyboru kandydatów na I prezesa SN nie powinien być wewnętrznym dokumentem SN. Czemu tego po prostu nie zmienić ustawą, zamiast demolować system 14 lat wstecz?

Jeżeli wyrok TK zapadnie w nieodległym terminie i podzieli nasze wątpliwości konstytucyjne, to wówczas będzie nowelizacja ustawy o SN. Ale to ministersprawiedliwości przygotowuje kompleksowe reformy w sądownictwie i nie chcę wchodzić w jego kompetencje.

W doktrynie uważa się, że wyroki aplikacyjne TK – a więc te, w których trybunał rozstrzyga o skutkach swojego orzeczenia dla sytuacji prawnych ukształtowanych wcześniej – służą minimalizowaniu negatywnych skutków orzeczenia o niekonstytucyjności przepisów. A nie maksymalizacji chaosu, który wynika z wyjęcia tych przepisów z systemu prawa. Pan domaga się właśnie chaosu.

Trybunał nie musi przecież orzec zgodnie z naszym wnioskiem. W TK są wybitni prawnicy i doświadczone życiowo osoby, które mają świadomość skutków – pozytywnych czy negatywnych – takich czy innych rozstrzygnięć. Oczekuję więc, że rozstrzygnięcie trybunału będzie konstruktywne.

To czemu to oczekiwanie wyroku aplikacyjnego akcentował Pan na konferencji 2 marca i zapisał dwukrotnie w samym wniosku? To był komunikat dla kogoś szczególnego? Czy chciał się Pan pokazać jako fighter?

Dajemy trybunałowi tym wnioskiem możliwość, by ocenił i rozważył, czy istnieją przesłanki do zastosowania takiego rozwiązania. Decyzja należy do pięcioosobowego składu TK.

Czy podczas głosowań w Sejmie popierał Pan kandydaturę sędzi Julii Przyłębskiej do TK?

Tak, popierałem wszystkich kandydatów PiS.

Bo wspomniał Pan o mądrości i doświadczeniu sędziów TK. Jest taki przepis w konstytucji, który stanowi, że do trybunału wybiera się osoby wyróżniające się wiedzą prawniczą. Pan zna dorobek naukowy, prawniczy prezes Przyłębskiej? Albo sędziego Mariusza Muszyńskiego? Nie miał Pan wątpliwości, czy są to osoby wyróżniające się wiedzą prawniczą?

W mojej ocenie oboje to wyśmienici i doświadczeni prawnicy. Jako parlamentarzysta w Zgromadzeniu Rady Europy zasiadam m.in. w komisji ds. wyboru sędziów do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Przesłuchujemy tam kandydatów ze wszystkich krajów Rady Europy, oceniamy, czy się nadają, czy nie. I proszę sobie wyobrazić, że – inaczej niż w Polsce – nie tylko przedstawiciele nauki są uznawani za osoby, które się wyróżniają wiedzą prawniczą. Bardzo często bardzo poważne kraje wskazują kandydatów, którzy nie są profesorami prawa. To są praktycy – sędziowie, adwokaci, czasem też prawnicy z praktyką dyplomatyczną, czy urzędniczą. W ETPC zasiadają osoby o różnym doświadczeniu prawniczym, naukowym, ale też praktycznym. Jeżeli dwudziestoletnia praktyka orzecznicza nie świadczy o wyróżnianiu się wiedzą prawniczą, to co o tym świadczy?

Jako orzecznik prezes Przyłębska nie miała wybitnych osiągnięć, ok. 40 proc. jej wyroków nie broniło się w II instancji. Jeżeli więc pilnujecie konstytucyjności wszystkiego do 14 lat wstecz, czemu nie macie problemu z tym kryterium doboru sędziów TK?

Uważam, że w trybunale powinny zasiadać osoby o bardzo różnym doświadczeniu prawniczym, bo to daje perspektywę szerokiego spojrzenia na sprawy. Dla mnie osoba, która przez 20 lat orzekała w sądzie okręgowym, wyróżnia się wiedzą prawniczą. Trybunał Konstytucyjny powinien łączyć zarówno wiedzę teoretyków prawa, jak i doświadczenie praktyków wymiaru sprawiedliwości.

Poprze Pan nowy kształt ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa?

Na razie projekt nie wpłynął do Sejmu. Ale uważam, że główne założenia idą w słusznym kierunku.

Konstytucja dość dokładnie opisuje skład KRS. Nie ma tam nic o dwóch zgromadzeniach, jakie proponuje minister sprawiedliwości. To Panu nie przeszkadza?

Jak projekt wpłynie do parlamentu zapoznamy się z tymi propozycjami, będą analizy prawników konstytucjonalistów, będzie debata w parlamencie, pochylimy się nad szczegółowymi rozwiązaniami. Być może będą potrzebne jakieś korekty. Na razie jest na to za wcześnie.

PiS robi swoje porządki w SN, kompletnie przebudowuje KRS, podporządkuje sobie również dyrektorów sądów. A w konstytucji stoi sobie nieszczęsny trójpodział władzy, z władzą sądowniczą jako niezależną i odrębną od pozostałych. Na czym ta niezależność i odrębność ma Pana zdaniem polegać?

Sędziowie są częścią władzy, ale problem polega na tym, że znaczna część społeczeństwa krytycznie ocenia tę władzę. Również wydarzenia ostatnich miesięcy rzucają poważny cień na sądownictwo. Weźmy choćby historię z Krakowa, gdzie prezes Sądu Apelacyjnego jest zamieszany w bardzo poważne patologie i nadużycia finansowe. To budzi poważne pytania o kryteria i zasady naboru i awansów w środowisku sędziowskim. Reforma w tym obszarze jest niezbędna. Poza tym nie sądzę aby wpływ na powoływanie dyrektorów sądów naruszał zasadę niezawisłości sądownictwa.

Nie mam wątpliwości, że dokręcanie śruby sędziom spotka się z entuzjazmem społecznym. Tylko czy trzeba to robić na krawędzi konstytucji? Czy nie leczycie dżumy cholerą?

Proszę zwrócić uwagę, że środowisko sędziowskie w ciągu ostatnich lat nie zaproponowało żadnych recept na te bolączki. Jestem w Sejmie od 12 lat, wcześniej byłem adwokatem. W ciągu tych wszystkich lat obserwowałem, że przepisy forsowane przez sędziów, a wprowadzane przez kolejnych ministrów sprawiedliwości głównie zmierzały ku temu, by ułatwić pracę sędziom. Prekluzje dowodowe, przedsądy, rygorystyczne terminy, kwestie formalne, zasady doręczeń pism, od góry do samego dołu – one wszystkie miały ułatwić pracę sędziom, a wiele z nich uderzało rykoszetem w strony i ich pełnomocników. Zmieniały się rządy, zmieniali się ministrowie, a kierunek tych zmian był zawsze ten sam: żeby sędziowie jak najszybciej i jak najmniejszym nakładem sił mogli się uporać ze sprawami. Ale to nijak często miało się do poczucia sprawiedliwości. Przewlekłość postępowań nadal jest ogromna, czy to z powodu złej organizacji sądów, zbyt wielu sędziów funkcyjnych, czy zbyt wielu szczebli sądownictwa? A może sędziowie mają za dużo możliwości dorabiania na różnych szkoleniach i dla zbyt licznych praca orzecznicza jest tylko dodatkiem?

Czytaj więcej

Barbara Kasprzycka: Poseł Mularczyk, „kot” prezesa

Ale wróćmy do pytania: co w Pańskiej wizji państwa oznacza konstytucyjny zapis, że sądownictwo jest równorzędną, odrębną, niezależną władzą?

Na pewno jest władzą, bardzo istotną. Problem polega na tym, że władza ustawodawcza i wykonawcza podlega co kilka lat weryfikacji społecznej, a sądowa żadnej.

Pan dyskutuje z konstytucją?

Nie. Pokazuję tylko pewien problem. Istnieje władza, co do której istnieją poważne zastrzeżenia, a stan osobowy jest w niej od lat wciąż ten sam, nie poddający się ocenie zewnętrznej. I nie ma gwarancji, że władza ta w sposób należyty dokonuje naboru, awansów, a czasem także eliminowania osób, które do wymiaru sprawiedliwości się nie nadają. Władza sądownicza kompletnie się wyalienowała spod oceny społecznej i na tym polega problem.

Tylko że ten problem stworzyła konstytucja. Żeby go rozwiązać, trzeba zmienić konstytucję. Ale takiej większości jeszcze nie macie.

Uważa Pani, że Sejm nie może dokonywać korekt w ustawach regulujących funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości?

Może, ale nie może przy tym naruszać konstytucyjnych zapisów o odrębności i niezależności władz. Dla Pana sytuacja, w której członkowie KRS będą wybierani przez polityków, a tym, którzy dziś w radzie zasiadają, skróci się określoną konstytucyjnie kadencję, mieści się w równowadze władz?

Mamy w Polsce zasadę domniemania konstytucyjności ustaw. Jeśli zapisy te rzeczywiście znajdą się w ustawie – która, przypomnę, nie trafiła jeszcze do Sejmu – ich ewentualną niekonstytucyjność oceniać będzie trybunał.

Czy nie boi się Pan, że za kilka lat – odpukać – życie napisze taki scenariusz, że to Pan stanie przed sądem? Tym, nominowanym przez polityczną KRS, a naprzeciwko będzie Pan miał prokuratora, którego być i nie być zależy od ministra sprawiedliwości. Tylko, że to już nie będzie wasz minister. Będzie Pan wówczas, jako obywatel, pewien, że wyrok będzie sprawiedliwy?

Po to reformujemy sądownictwo, aby to polskie społeczeństwo miało gwarancję, że ten, kto ma rację i jest uczciwy, ten przed sądem uzyska zgodne z prawem i sprawiedliwością rozstrzygnięcie.

Giełda bez prezesa


Giełda bez prezesa. KNF wyraziła zgodę na odwołanie Zaleskiej

FOT. STANISLAW KOWALCZUK/EAST NEWS

Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie nie ma już prezesa. Odwołanie Małgorzaty Zaleskiej przyjęła Komisja Nadzoru Finansowego. Jednocześnie wyraziła zgodę na powołanie na stanowisko wiceprezesa Jacka Fotka.

„Komisja Nadzoru Finansowego na wtorkowym posiedzeniu w dniu 14 marca 2017 roku udzieliła zgody na dokonanie zmiany w składzie zarządu Giełdy Papierów Wartościowych S.A., polegającej na odwołaniu ze stanowiska Prezesa Zarządu GPW S.A. Pani Małgorzaty Zaleskiej” – czytamy w komunikacie KNF.

Na tę decyzję trzeba było czekać naprawdę długo. KNF zwlekała z nią ponad dwa miesiące. Odwołanie zostało przegłosowane przez akcjonariuszy GPW już 4 stycznia, na wniosek rady nadzorczej.

Na początku stycznia, razem z odwołaniem Zaleskiej zdecydowano o powołaniu na jej stanowisko Rafała Antczaka. Zapewne przejąłby on stery, gdyby nie nagła i niespodziewana rezygnacja ekonomisty, o której poinformował w poniedziałek wieczorem.

„Rafał Antczak zrezygnował z funkcji prezesa zarządu GPW z powodów osobistych” – poinformowała giełda w komunikacie w poniedziałek wieczorem.

O powołaniu Rafała Antczaka na to stanowisko WP money pisało na początku stycznia. Podobno gorącym zwolennikiem powołania go na prezesa GPW miał być wicepremier Mateusz Morawiecki. To właśnie on, jako szef ministerstwa rozwoju i finansów, pełni od początku roku nadzór właścicielski nad GPW. Wcześniej obowiązki te pełniło Ministerstwo Skarbu Państwa, które zostało zlikwidowane.

To nie jedyny komunikat KNF wydany we wtorek w odniesieniu do warszawskiej giełdy. „Komisja Nadzoru Finansowego udzieliła zgody na dokonanie zmiany w składzie zarządu Giełdy Papierów Wartościowych S.A., polegającej na powołaniu w skład zarządu GPW S.A. Pana Jacka Fotka i powierzeniu mu funkcji Wiceprezesa Zarządu GPW S.A.” – czytamy w kolejnym komunikacie KNF.

Kandydatura Jacka Fotka na stanowisko wiceprezesa Giełdy została zgłoszona w połowie grudnia ubiegłego roku. Teraz oficjalnie może on sprawować swoją funkcję.

Jacek Fotek jest absolwentem Handlu Zagranicznego w Szkole Głównej Handlowej. W 2002 roku ukończył studia na University od Quebec w Montrealu i uzyskał dyplom MBA. Większość kariery zawodowej poświęcił działalności na rynku pieniężnym i kapitałowym.

Nowy wiceprezes współtworzył międzybankowy rynek pieniężny i walutowy w Polsce. W latach 1989-1990 pracował w NBP i zarządzał operacyjnie rezerwami walutowymi państwa. W latach 1990-1996 pracował na stanowisku głównego dealera w Banku Handlowym w Warszawie. Następnie w latach 1996-1997 pełnił funkcję dyrektora finansowego w Polskim Banku Rozwoju. W kolejnych latach zatrudniony był także w Citibank (Poland).

W latach 2003-2009 Jacek Fotek pracował w PZU Asset Management m.in. w randze wiceprezesa zarządu odpowiedzialnego za zarządzanie ryzykiem, kontrolę wewnętrzną i audyt. W latach 2009-2012 oraz 2013-2016 był prezesem zarządu BondSpot. W międzyczasie miał krótki epizod jako prezes Invista Dom Maklerski.

Na koncie ma też członkostwo w radach nadzorczych, m.in. w Polskiej Grupy Energetycznej (2015-2016), Fundacji GPW (2015-2016) i IAiR (2014-2016).

Od 1997 roku wykładowca Warszawskiego Instytutu Bankowości, w latach 1993-2002 – wykładowca Gdańskiej Akademii Bankowej i od 2010 roku wykładowca Instytutu Rynku Kapitałowego. Od 1993 roku do chwili obecnej Fotek jest członkiem Polskiego Stowarzyszenia Dealerów Bankowych – FOREX POLSKA (obecnie ACI Poland).

Money.pl

W stanie wskazującym sojusznik naruszał polski porządek prawny


 

źr. Gazeta Lubuska

Pijany Ukrainiec uciekał wschowskiej policji

Dodane przez Lipinski

Opublikowano: Wtorek, 14 marca 2017 o godz. 10:10:09

Po drodze jechał rondem pod prąd i łamał znaki drogowe.

 

Jak pisze „Gazeta Lubuska” – W poniedziałek 13 marca nocą patrol wschowskiej policji zauważył samochód osobowy. Uwagę policjantów zwróciła dziwna jazda kierowcy. Policjanci dali kierującemu sygnały do zatrzymania się. – Kierujący widząc zbliżający się na sygnałach radiowóz przyspieszył, jadąc w kierunku centrum miasta – mówi podkom. Maja Piwowarska, rzeczniczka wschowskiej policji. Kierowca zaczął uciekać. Po drodze łamał wszystkie obowiązujące przepisy ruchu drogowego. Zlekceważył znak „STOP”. Wjeżdża na sławskie rondo „pod prąd” chcąc jej objechać i uciec przed radiowozem. – Mundurowi widząc zamiary kierowcy osobowego opla wjechali prawidłowo na rondo, blokując mu drogę – relacjonuje podkom. Piwowarska.

Mężczyzna utracił jednak kontrolę nad autem i staranował znaki drogowe umieszczone ne wysepce ronda.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Jelenia Góra: Ukrainiec, który zabił dwie nastolatki trzeźwiał dwa dni

  • Kierowcą okazał się 25-letni obywatel Ukrainy. Wydmuchał niemal 1,5 promila alkoholu. Lekkomyślny 25-latek w dodatku wiózł dwóch pasażerów. W trakcie dalszej kontroli okazało się, że auto nie ma aktualnej polisy OC oraz badań technicznych. Uszkodzony pojazd trafił na policyjny parking, a kierowca do policyjnego aresztu. W poniedziałek 13 marca Sąd Rejonowy we Wschowie w trybie przyspieszonym podejmie decyzję co do dalszych losów 25-latka.

kresy.pl / gazetalubuska.pl

Wybrali Tuska na złość polskiemu rządowi


Znalezione obrazy dla zapytania Zachodnia prasa o wyborze Tuska

telewizjarepublika.pl

Sensacyjne doniesienia zachodniej prasy: Wybrali Tuska na złość polskiemu rządowi

 

EmaPob

9:08 14 marca 2017

flickr.com/European People’s Party/CC BY 2.0

Według doniesień zachodniej prasy, Donald Tusk nie mógł być pewien swojej reelekcji w Radzie Europejskiej. Sukces miała mu zapewnić interwencja polskiego rządu, która nie spodobała się m.in. Angeli Merkel.

Zachodnie media podają, że Angela Merkel rzeczywiście chciała utrzymać Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej, jednak brała pod uwagę fakt, że Europejska Partia Ludowa będzie zmuszona znaleźć innego kandydata. 

Poważnym rywalem Tuska miała być był premier Irlandii Enda Kenny. Polski rząd zgłosił jednak niespodziewanie kandydaturę Jacka Saryusz-Wolskiego, co miała się nie spodobać zachodnim politykom.

Sprawę skomentował m.in. Rafał Ziemkiewicz w programie „Chłodnym Okiem” na antenie Telewizji Republika. 

Obniż swoje rachunki z nc+! Pakiet 68 kanałów TV tylko 19,99 zł miesięcznie. Sprawdź oferty nc+!

Chcę dowiedzieć się więcej.

Nie, dziękuję.

– Dziś do Faktu przedostała się informacja, że przez Kaczyńskiego Tusk został prezydentem UE. Okazuje się, że właściwie już by go odwołali, ale na złość Kaczyńskiemu przedłużyli mu kadencję. Niemcy sami przyznają, ze kiepski jest ten Tusk, ale wybrali go tylko na złość Jarosławowi Kaczyńskiemu. I teraz Niemcy sądzą, że właściwie kiepski on jest, ale skoro Polacy chcieli go zmienić, to nie możemy na to pozwolić. To jest nasz niemiecki nieudacznik i Polacy mają nas słuchać! – zaznaczył publicysta. 

Źródło: fakt.pl, telewizjarepublika.pl

Kreml rozczarowany Trumpem


Znalezione obrazy dla zapytania Kreml

DW

POLITYKA

Kreml rozczarowany Trumpem. „To niewybaczalne”

Prawie dwa miesiące po objęciu urzędu prezydenta USA przez Donalda Trumpa Kreml skarży się na brak woli dialogu ze strony Waszyngtonu.

Litauen Vilnius Karikatur Kuss Putin Trump (picture-alliance/AP Photo/M. Kulbis)

Początkowy entuzjazm Moskwy po wyborze Donalda Trumpa na gospodarza Białego Domu ulotnił się. Nadzieje na szybkie zbliżenie z Waszyngtonem jak na razie rozwiały się. – Z pewnością życzylibyśmy sobie częstszych i głębszych kontaktów – powiedział rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow telewizji CNN. Jak dodał „w stosunkach bilateralnych od dłuższego czasu nastąpiła przerwa”.

– Dla Waszyngtonu i Moskwy to niewybaczalne, że nie prowadzą ze sobą dialogu – stwierdził Pieskow. Zwrócił uwagę na wiele regionalnych i międzynarodowych problemów wymagających rozwiązania. Jednak Putin i Trump najprawdopodobniej spotkają się dopiero na początku lipca na szczycie G20 w Hamburgu „jeśli nie będzie uzgodnień co do jakiegoś wcześniejszego szczytu”.

REDAKCJA POLECA

Merkel w Białym Domu. Najtrudniejsza wizyta w jej karierze

Kanclerz Merkel udaje się z wizytą do Waszyngtonu. Może być to jej dotychczas najtrudniejsza wizyta w Białym Domu. (13.03.2017)

Niemiecka prasa: Trumpowi można dać drugą szansę

Jednocześnie rzecznik Kremla skrytykował publiczną debatę i postrzeganie Rosji w Stanach Zjednoczonych. Jego zdaniem Rosji przypisuje się wszystko to, co negatywne. Nagle Rosja „stała się koszmarem dla Stanów Zjednoczonych”. – Naprawdę chcielibyśmy, żeby skończyć z tą histerią – podkreślił Pieskow.

Rosja nie ma zamiaru mieszać się w wewnętrzne sprawy innych państw – zapewnił. Dodał, że zarzuty, iż to rosyjscy hakerzy włamali się do komputerów amerykańskich organizacji, w tym Partii Demokratycznej pokonanej kandydatki Hilary Clinton, są nieprawdziwe. Putin nie opowiedział się jakoby po stronie żadnego z kandydatów w kampanii prezydenckiej. Pieskow przyznał jednak, że osobiście Putin mógł preferować Trumpa. Ten bowiem opowiadał się bardziej otwarcie za wspólnym rozwiązywaniem problemów niż jego rywalka.

AFP / Bartosz Dudek

Możesz ustabilizować poziom cukru


 

Znalezione obrazy dla zapytania ugotowane,obrane i pokrojone jajko

 

Tipy.pl

 

Jak wyrównać poziom cukru we krwi?

Jak wyrównać poziom cukru we krwi?

Stopień trudności: łatwe

agoludek, specjalista Tipy.pl

3.1/5 (9 ocen)

  • 3.1111/5

 

Udostępnij

Skomentuj

3 z 4

Jak w naturalny sposób wyrównać poziom cukru we krwi?
Wszystko czego potrzebujesz to jajko i ocet. Ugotuj jajko na twardo. Obierz ze skorupki. Przebij kilka razy widelcem. Włóż obrane jajko do pojemnika, wlej ocet i pozostaw na noc. Zjedz jajko na drugi dzień na śniadanie. Popij szklanką ciepłej wody. Powtórz zabieg kilka razy z rzędu. Po tym czasie sprawdź poziom cukru we krwi.

< Poprzednia Następna >
1234

Przeczytaj teraz: 5 produktów, które ustabilizują poziom cukru we krwi