Polacy obwiniają Kreml za wojnę w Donbasie?


 

Forsal.pl

Forsal.pl

 

statystyki

Polacy obwiniają Kreml za wojnę w Donbasie

1 marca 2017, 20:20 | Aktualizacja: 01.03.2017, 20:21

 

źródło:Dziennik Gazeta Prawna

„Zarówno w 2014, jak i 2015 r. »Dziennik Gazeta Prawna« jako jedyny tytuł jednoznacznie i trafnie przewidywał rozwój konfliktu na Ukrainie” – piszą w opublikowanym wczoraj raporcie naukowcy z Laboratorium Badań Medioznawczych Uniwersytetu Warszawskiego.

Putin i wojna na Ukrainie

Putin i wojna na Ukrainie

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Badacze przeanalizowali 15 tekstów, w których autorzy DGP przedstawiali prognozy rozwoju rosyjsko-ukraińskich sporów o Krym i Zagłębie Donieckie. W 14 przypadkach, czyli w 93 proc., okazały się one słuszne. Dla porównania publicyści „Rzeczpospolitej” mieli rację w połowie własnych prognoz. W przypadku „Gazety Wyborczej” odsetek ten sięgnął 32 proc.

Równolegle naukowcy z LBM sprawdzili, co o konflikcie na Zagłębiu Donieckim myślą Polacy. Większość z nas nie uległa rosyjskim tezom obarczającym winą Zachód lub Ukrainę. 58,5 proc. ankietowanych uznaje, że za konflikt odpowiedzialna jest Rosja, kolejne 7,5 proc. wini Rosję i któregoś z innych aktorów (Ukrainę, Zachód, UE lub USA). Tylko co dziesiąty z nas sądzi, że winien jest wyłącznie Kijów, a kolejne 6,4 proc. dzieli winę między obie strony konfliktu. – Polacy sytuują Rosję w roli regionalnego hegemona, który na trwałe zmienia porządek polityczno-militarny we współczesnej Europie – ocenia dr Karolina Brylska, wiceszefowa LBM.

Najbardziej skłonne do obwiniania Rosji są osoby po 55. roku życia mieszkające w wielkich miastach. W tej grupie badanych 61,3 proc. obarczyło wyłączną winą Kreml. Na drugim biegunie znaleźli się 20-latkowie z miejscowości liczących poniżej 10 tys. mieszkańców. Wśród nich tylko na Rosję wskazało 49,3 proc. ankietowanych. Ta ostatnia grupa najmniej też ufa polskim mediom relacjonującym konflikt. Nie wierzy im 58,9 proc. badanych 20-latków, przy wskaźniku zaufania rzędu 20,5 proc. Największe zaufanie wykazują zaś osoby po 55. roku życia z wielkich ośrodków. W tej grupie zaufanie deklaruje 37,8 proc. badanych, a nieufność – 29,7 proc.

– Duża grupa Polaków negatywnie oceniająca wiarygodność mediów może poszukiwać informacji w innych źródłach, często internetowych, które nierzadko stają się też polem uprawiania rosyjskiej propagandy – mówi dr Brylska. ⒸⓅ

 

 

Michał Potocki

inne teksty autora »

Autor:

Michał Potocki

Prezes trybunału mieszka w Berlinie


  • Środa
  • 1 marca 2017

 

Dziennik Polski - Wiadomości Kraków, Informacje Kraków | Dziennik Polski

 

Strona główna

 

Prezes trybunału mieszka w Berlinie

1 marca 2017

Grzegorz Skowron, (AIP)

 

Prezes Julia Przyłębska

Prezes Julia Przyłębska (© fot. Adam Guz)

Kryzys konstytucyjny. Wczoraj Trybunał Konstytucyjny miał rozpatrywać dwie ważne sprawy. Nie odbyła się żadna rozprawa – jedną odroczono, drugą odwołano.Rano trybunał miał się zebrać w pełnym składzie, by zbadać ustawę o kuratorach sądowych. Ale już w poniedziałek prezes Julia Przyłębska odroczyła posiedzenie.
Powodem takiej decyzji był wniosek ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry o wyłączenie ze składu orzekającego 3 sędziów (Stanisława Rymara, Piotra Tulei i Marka Zubika). Bez nich jednak TK nie może zebrać się w pełnym składzie.
Nie wiadomo, co będzie dalej, bo w styczniu minister Ziobro zaskarżył do trybunału uchwałę Sejmu z 2010 r. o wyborze sędziów, których teraz chce odsunąć od orzekania.
WIDEO: Były prezes TK: Następuje rozkład naszej państwowości, uderzenie idzie w sądownictwo

Źródło: TVN24/x-news
Nie mniej ważna miała być druga wczorajsza rozprawa, w której samorządy gminne i powiatowe chciały podważyć zasady finansowania zlecanych im zadań. W skardze zwracały uwagę, że dostają nowe obowiązki, ale bez odpowiedniego finansowania, a powinny mieć zwiększony udział w podatkach pobieranych przez państwo. Gdyby TK podzielił ich stanowisko, rząd musiałby to zmienić.
W poniedziałek wieczorem samorządowcy dowiedzieli się, że Marka Zubika zastąpi Mariusz Muszyński. W ten sposób przewagę w 5-osobowym składzie zyskali sędziowie wybrani przez PiS. Poprosili więc o odroczenie rozprawy. A gdy na to nie było zgody, wycofali skargę.
Wczorajszy dzień przyniósł też inne kontrowersje związane z funkcjonowaniem TK. Wirtualna Polska podała, że prezes polskiego sądu konstytucyjnego Julia Przyłębska mieszka… w Berlinie, a trybunał pokrywa jej koszty przejazdu oraz opłaca służbowe mieszkanie w Warszawie. Roczny bilet PKP kosztował ponad 8 tys. zł, a miesięczny czynsz za mieszkanie wynosi 3,2 tys. zł. Julia Przyłębska mieszka w Niemczech ze względu na swojego męża, który jest ambasadorem Polski u naszych zachodnich sąsiadów.
Miesięczna pensja prezesa TK wynosi 28,9 tys. zł.

Polski wymiar sprawiedliwości


Porwana, zgwałcona i trwale oślepiona dziewczyna ma dostać 200 tys. odszkodowania. Morderca, który siedział w zbyt małej celi – 264 tys. Polska. Wymiar sprawiedliwości
wpis z dnia 1/03/2017

foto: Vmenkov (Wikipedia / CC by SA 3.0)

Szeroko rozumiane poczucie sprawiedliwości powinno być celem każdego dobrze funkcjonującego systemu sądowniczego. Niestety nie wiem czy zestawiając ze sobą ostatnie głośne wyroki w/s porwanej, zgwałconej i trwale oślepionej dziewczyny oraz gangstera-mordercy, który siedział w zbyt dusznej celi, będziemy w stanie to potwierdzić. W pierwszym przypadku bowiem dziewczyna będzie mogła liczyć na 200 tys. zł odszkodowania (o ile jej kat będzie wypłacalny). W drugim – gangster otrzyma od Skarbu Państwa 264 tys. zł…

 


Czymże jest sprawiedliwość? To przede wszystkimpoczucie, że państwo – mające uprawnienie do stosowania nakazów i zakazów pod rygorem sankcji – wykorzystuje swoje twarde przywileje, by dobro wynagrodzić, a zło ukarać. W kontekście powyższego mam poważne wątpliwości, czy wymiar sprawiedliwości III RP, jako trzeci filar władzy państwowej, dla którego sprawiedliwość winna być najważniejsza, zawsze gwarantuje nam osiągnięcie tego stanu. Szczególnie, gdy zestawi się ze sobą różne wyroki w sprawach, gdzie wspólnym mianownikiem miała być właśnie wspomniana sprawiedliwość.

 


Kilka tygodni temu Sąd Okręgowy w Warszawie przyznał Ryszardowi Boguckiemu264 tys. zł zadośćuczynienia za areszt ws. zabójstwa gen. Marka Papały. Bogucki usłyszał w tej sprawie zarzuty w 2003 roku. 10 lat później został uniewinniony. Co jednak istotne – w areszcie (a potem w więzieniu) przebywał już jednak od 2001 roku, kiedy to zatrzymano go za zabójstwo innej osoby. Po oczyszczeniu z zarzutów w/s Papały, Bogucki zaczął się sądzić z państwem polskim o gigantyczne odszkodowanie za niesłuszny – jego zdaniem – areszt, w którym i tak by siedział za wcześniejsze zabójstwo. Efekt tej batalii był taki, że sąd przyznał mu ostatecznie od Skarbu Państwa 264 tys. zł zadośćuczynienia. Po upływie 25 lat wyroku za zabójstwo z 2001 roku, Bogucki będzie mógł dzięki tym pieniądzom zacząć nowe życie.
O wiele mniej szczęścia miała 23-letnia kobieta. Jej oprawca ją porwał, zgwałcił i trwale oślepił, by nigdy nie mogła go rozpoznać. Sąd przyznał jej 200 tys. zł odszkodowania. Pieniądze te otrzyma o ile jej oprawca będzie wypłacalny. Zakładając, że najbliższe 20 lat spędzi on w więzieniu, jest to mało prawdopodobne.
Powyższe dwie historie pokazują, iż zło zostało ukarane (przestępcy trafili za kratki na wieloletnie odsiadki). Mam jednak poważne wątpliwości czy pewne 264 tys. zł zadośćuczynienia od Skarbu Państwa dla gangstera-mordercy w zestawieniu z niepewnymi 200 tys. zł dla ofiary zwyrodnialca, który porwał, zgwałcił i oślepił, daje nam poczucie, iż sprawiedliwości stało się zadość…

Źródło: 264 tys. dla Boguckiego za niesłuszny areszt ws. zabójstwa Papały (Newsweek.pl)
Źródło: Więził, gwałcił, oślepił 23-letnią kobietę. Jest wyrok(tvn24.pl)

wpis z dnia 1/03/2017 

niewygodne.info.pl

blog niewygodny dla establishmentu III RP

Sztuka instrumentem ataku na polskość


 

Pikio.plPikio.pl

 

 

Pawłowicz: Atak na polskość, wartości narodowe i religię – to dzisiaj jest „sztuka”

Autor: Prawo i Sprawiedliwość

Lut 23, 2017

 

Według „odważnych” pracowników publicznego Teatru Powszechnego i ich obrońców, „SZTUKA” to prawo do wulgarnego ataku na chrześcijaństwo, polskość i narodowe wartości.

To KONIECZNOŚĆ wulgarnych, obscenicznych zachowań, wulgarnego traktowania symboli chrześcijaństwa i jego, oraz polskich świętych.

To konieczność wycierania sobie przez sztukmistrzów na scenie tyłków watykańską flagą, wieszanie figury świętego Jana Pawła II, zboczone, zdegenerowane używanie tej figury, skrajnie obraźliwe insynuacje. To chora nienawiść i pogarda dla innych. To wzywanie do ZBRODNI i zachęcanie do zbiórki na zabicie nielubianego, KONKRETNEGO polityka.

Jakaś JULIA WYSZYŃSKA, wpuszczona od kuchni na scenę niegdyś dobrego Teatru Powszechnego, sponsorowanego przez HG-W, ogłosiła ze sceny, że ZBIÓRKA na ZABÓJSTWO J.Kaczyńskiego i jego ŚMIERĆ byłaby jej „SCENĄ MARZEŃ”.

Oto rozumienie „teatru” i „sztuki” przez trupę PUBLICZNEGO Teatru Powszechnego. Wzywam do BOJKOTU tego teatru i wykonawców tej „klątwy”, gdziekolwiek dorabiają. Pana ministra Glińskiego i ministra Ziobrę proszę w imieniu wyborców o konkretną reakcję.

Krystyna Pawłowicz

Przemyślenia”Afgańca”


niezalezna.pl - strefa wolnego słowa

 

1 marca 2017

Gazeta Polska | Nowe Państwo | Gazeta Polska Codziennie | VOD

 

​Nikczemne słowa Sikorskiego. Zaatakował Żołnierzy Wyklętych

 

Dodano: 01.03.2017 [15:39]

​Nikczemne słowa Sikorskiego. Zaatakował Żołnierzy Wyklętych - niezalezna.pl

foto: Filip Błażejowski/Gazeta Polska

Przed Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych odezwał się Radosław Sikorski. Po co? Żeby w haniebny sposób zaatakować Niezłomnych: „Jeśli Żołnierze Wyklęci, czyli szlachetni samobójcy, mają być wzorem patriotyzmu, to obawiam się, że młodzież raczej wyjedzie niż to kupi” – obwieścił na Twitterze.
Nie po raz pierwszy były minister spraw zagranicznych w rządzie PO-PSL dzieli się swoimi „błyskotliwymi” przemyśleniami. Tym razem postanowił zabrać głos w sprawie Żołnierzy Wyklętych. I dzień przed ich świętem obwieścił, że nie nadają się na wzór patriotyzmu. 

Jeśli Żołnierze Wyklęci, czyli szlachetni samobójcy, mają być wzorem patriotyzmu, to obawiam się, że młodzież raczej wyjedzie niż to kupi

– napisał Sikorski. 

Obserwuj

Radosław Sikorski @sikorskiradek

Jeśli Żołnierze Wyklęci, czyli szlachetni samobójcy, mają być wzorem patriotyzmu, to obawiam się, że młodzież raczej wyjedzie niż to kupi.

16:13 – 28 lut 2017

  • 2828 podanych dalej

  • 253253 polubienia

  • Skoro już się odezwał, to może warto przypomnieć o stryju byłego ministra – Klemensie Sikorskim. Postać ta bowiem zasługuje na szczególną uwagę.
    Klemens Sikorski był strzelcem Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, zwalczającym „reakcję”, czyli żołnierzy antykomunistycznego podziemia. Brał udział m.in. w walkach z VI Brygadą Wileńską i w akcji „Wisła”. W KBW awansował do stopnia kapitana. Stryj byłego szefa MSZ zajmował się uzbrojeniem – był m.in. kierownikiem warsztatu rusznikarskiego, p.o. szefem uzbrojenia 13. Pułku KBW, który stacjonował w Gdańsku. Po odejściu z KBW został właścicielem zakładu rusznikarskiego w Gdańsku przy ul. Mariackiej  – jak czytamy w przewodnikach – najbardziej malowniczej uliczki Trójmiasta. Zgodę na prowadzenie warsztatu wydały PZPR, władze miejskie, a przede wszystkim komunistyczna bezpieka.
    Biorąc to pod uwagę, niechęć do Niezłomnych u Radosława Sikorskiego jawi się w zupełnie innym świetle…

    Autor: plkŹródło: niezalezna.pl

    Kto stracił cnotę w stosunkach z Litwą?


     

    Fot. narodowalodz.pl

    Kto stracił cnotę w stosunkach z Litwą

    Dodane przez Lipinski

    Opublikowano: Środa, 01 marca 2017 o godz. 16:04:18

    Z publicystyki Żurawskiego vel Grajewskiego wyłania się więc obraz Polski albo po frajersku wyzbywającej się swoich atutów, albo zależnej od tego, co zrobi takie mocarstwo jak Litwa. Jedynym konsekwentnym rozwiązaniem byłoby tu chyba włączenie Polski do Republiki Litewskiej – bo skoro i tak nie mamy nic do powiedzenia w stosunkach dwustronnych, to niech chociaż państwo litewskie nas obroni.

     

    Przemysław Żurawski vel Grajewski nigdy nie należał, delikatnie mówiąc, do gorliwych lobbystów interesów Polaków na Litwie. W środowiskach utożsamiających się z dziedzictwem Kresów Wschodnich i postrzegających wilniuków jako organiczną część wspólnoty narodowej był on jednoznacznie oceniany jako osoba przymykająca oczy na problemy trapiące naszych rodaków. Tymczasem, prawda o obecnym jeszcze członku Gabinetu Politycznego szefa MSZ, Witolda Waszczykowskiego, okazała się dla Żurawskiego vel Grajewskiego jeszcze mniej korzystna. 

    W ostatnim tekście z „Gazety Polskiej” poświęconym stosunkom polsko-litewskim Żurawski vel Grajewski dokonuje pozornego zwrotu o 180 stopni w swoich dotychczasowych poglądach na relacje Rzeczypospolitej z Republiką Litewską. Wiele treści jest wręcz jak na publicystykę Żurawskiego rewolucyjnych, choć okraszonych dziwacznym tytułem „Litwo, czas na działanie. Moskalenia cierpliwie znosić nie będziemy”. Można więc przypuszczać, że Żurawskiemu puściły nerwy, skoro zdecydował się on na zruganie Litwy porównaniem do postępowania Rosjan, a więc do Zła absolutnego.   

    Tak jest w istocie, obecny doradca ministra spraw zagranicznych pisze jednoznacznie o podejściu Polski, iż „cnota cierpliwości staje się wadą”.  Przewrotem kopernikańskim u Żurawskiego staje się też konstatacja, że dotychczasowe metody całkowicie zawiodły:   

    „Czas na perswazję i spokojne tłumaczenie kończy się, i to przede wszystkim dla Litwy, i nie z powodu Polski, lecz ze względu na groźbę agresji rosyjskiej w naszym regionie” – pisze autor „Gazety Polskiej”. 

    Rzecz jasna, kto już wcześniej zetknął się z publicystyką Przemysława Żurawskiego, ten rozpozna charakterystyczną obawę o wykorzystanie dowolnej nadarzającej się koniunktury przez Federacje Rosyjską i stosowanie tego kryterium do wartościowania każdej sytuacji w stosunkach międzynarodowych. Gdyby czynnik rosyjski nie był punktem odniesienia dla wszystkiego, to Przemysław Żurawski nie byłby sobą – nie może więc dziwić, że i tutaj nie mógł się on powstrzymać przed dawaniem upustu swoim stałym obawom. W związku z tym publicysta „Gazety Polskiej” widzi w niezrealizowanych postulatach polskiej mniejszości na Litwie pole dla ekspansji Rosji, ściśle wiążąc ze sobą kwestie bezpieczeństwa regionalnego i warunkujące je poprawnym traktowaniem Polaków na Litwie. 

    Tymczasem, nie kto inny jak Przemysław Żurawski jednoznacznie i bez żadnych wątpliwości nie tylko rozdzielał te dwie kwestie, ale i je sobie przeciwstawiał:

    „Kwestią, rzadko uświadamianą sobie przez elity polityczne w Polsce i elity polityczne mniejszości polskiej na Wileńszczyźnie jest fakt, że mniejszość polska na Litwie jest osobnym podmiotem politycznym – ma własne cele polityczne, własnych liderów i nie jest sterowalna z Warszawy. Ma też całkowicie odmienne horyzonty polityczne – innego typu wyzwania stoją przed tą grupą, a zupełnie inne przed państwem polskim […] Tymczasem, przy świadomości wrogiej postawy państwa litewskiego w stosunku do Polaków na Litwie, państwo polskie nie może w żadnym wymiarze osłabiać współpracy wojskowej z państwami bałtyckimi” – mówił Żurawski vel Grajewski w wywiadzie dla portalu ZW.lt

    Przemysław Żurawski vel Grajewski nie musiałby kapitulować i przeczyć własnym słowom, gdyby od początku przyznał, że cele polityczne mniejszości polskiej – takie jak zachowanie szkolnictwa w języku polskim, wprowadzenie uczciwego systemu wyborczego uwzględniającego specyfikę etnicznej mozaiki Litwy, zwrot majątków na Wileńszczyźnie po upadku władzy sowieckiej na zasadach szacunku do własności prywatnej – mieszczą się w agendzie państwa polskiego. 

    W „Gazecie Polskiej Codziennie” Żurawski pisał jednak:

    „Litwa nie zagraża Rzeczypospolitej. Spory z Wilnem nie dotyczą bezpieczeństwa państwa”.

    Nawet zakładając trafność najnowszej diagnozy autora, mówiącej, że spory polsko-litewskie obniżają wspólne bezpieczeństwo, nie ma dziś żadnej wątpliwości, co doprowadziło do aktualności tychże sporów i wzrostu zagrożenia. Były nimi właśnie nawoływania do oddzielania interesów Polaków na Litwie i żywotnych interesów  Rzeczypospolitej. Jeśli można wskazać powody, dla których Polska do tej pory nie zrealizowała postulatów Polaków na Litwie, to będzie to właśnie wcielanie w życie „dobrych rad” Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego. Ten ostatni jednak nie ma sobie nic do zarzucenia, swoją woltę tłumacząc po prostu „groźbą agresji rosyjskiej w naszym regionie”.

    To nie żart – Przemysław Żurawski vel Grajewski zupełnie serio nadaje poważny status problemom Polaków na Wileńszczyźnie właśnie z tego powodu. Jeszcze bardziej zabawne – choć już nie dla samego Żurawskiego – byłoby przypomnienie, że z tej samej przyczyny proponował wcześniej coś zupełnie odwrotnego. To właśnie nadrzędność wspólnego zagrożenia rosyjskiego była przyczyną, dla której Żurawski vel Grajewski gorliwie namawiał do odsunięcia na boczny tor interesów wilniuków. Medice, cura se ipsum! – lekarzu, lecz się sam!

    Z Żurawskiego jednak żaden lekarz, gdyż, jak każdy wie, w tej profesji najważniejsze to nie szkodzić, Żurawski vel Grajewski szkodził zaś permanentnie:

    „Rzeczywistość jest niewesoła i powstrzymując się od jej rzetelnego opisania, nie zmienimy jej. Nie ma już czasu na dyplomatyczne niedomówienia. Nazywając zaś rzeczy po imieniu, mamy szansę obudzić decydentów w grodzie Giedymina i pozbawić ich iluzji, jeśli je nadal żywią” – pisze Żurawski vel Grajewski w omawianym artykule dla „Gazety Polskiej”, robiąc do czytelników niewinne oczy, jakby to on sam nie odpowiadał za kompletną klęskę własnych supozycji. 

    Tezy autora artykułu dla „Gazety Polskiej” na temat bezpieczeństwa są zresztą kompletnym zaprzeczeniem elementarnych zasad logiki, które w polityce bezpieczeństwa nakazywałyby ważenie potencjałów poszczególnych graczy. I tak, według Żurawskiego, w zakresie bezpieczeństwa Polska niemal wisi u litewskiej klamki, gdy pisze on: 

    „Czas na perswazję i spokojne tłumaczenie kończy się, i to przede wszystkim dla Litwy, i nie z powodu Polski, lecz ze względu na groźbę agresji rosyjskiej w naszym regionie […] Klucz do wzmocnienia bezpieczeństwa zarówno Polski, jak i Litwy leży w ręku władz w Wilnie, i jeśli one go nie użyją, zaszkodzą przede wszystkim sobie, ale niestety także Polsce”. 

    Zarazem kilka akapitów wcześniej, jak gdyby nie zwracając uwagi na logiczną niespójność własnych przemyśleń, przyznaje:

    „Cierpliwość wykazywana przez Polskę, świadomą swojej przewagi potencjału, miała sens”. 

    Z publicystyki Żurawskiego vel Grajewskiego wyłania się więc obraz Polski albo po frajersku wyzbywającej się swoich atutów, co kończy się przebudzeniem z ręką w nocniku, albo zależnej od tego, co zrobi takie mocarstwo jak Litwa. Jedynym konsekwentnym rozwiązaniem byłoby tu chyba włączenie Polski do Republiki Litewskiej – bo skoro i tak nie mamy nic do powiedzenia w stosunkach dwustronnych, to niech chociaż państwo litewskie nas obroni. 

    ZOBACZ TAKŻE: Po co nam Litwa?

    Oczywiście, Żurawski wspaniałomyślnie przyznaje, że „polskość Wileńszczyzny nie jest rezultatem polskiej przemocy ani polskich prześladowań Litwinów”.  Dodatkowo doradca szefa MSZ rozprawia się z mitem o „polskiej okupacji”, a nawet wspomina, że miejscowa ludność nie chciała u progu XX wieku należeć do Republiki Litewskiej. W dalszej części Żurawski zaznajamia czytelnika z prześladowaniami, jakie dotknęły mieszkańców radzieckiej Litwy, w tym Wileńszczyzny.

    Mimo znajomości tych faktów Żurawski bez mrugnięcia okiem kwestionował politykę realnego solidaryzmu narodowego z rodakami – którzy właśnie mimo represji, mimo zakusów państw ościennych na Wileńszczyznę i odpadnięcia tego regionu od Polski pozostali Polakami. Na Żurawskim przez te wszystkie lata nie robiło to najmniejszego wrażenia, swój patriotyzm opierając na właściwie nie wiadomo czym i na jakiej grupie ludzi. Rzecz jasna, każdy ma prawo do szczerego nawrócenia, tylko że Żurawski wcale nie zmienił zdania chociażby pod wpływem wyrzucenia legendarnej szkoły im. Lelewela w Wilnie z tradycyjnej siedziby. Otóż nie – Żurawski pozostaje wierny swoim fobiom, nazywając zarazem cnotą zwykłe frajerstwo. 

    „Cnota cierpliwości staje się wadą” – pisze Żurawski. Nie przeszło mu przez gardło i klawiaturę, że tak wyglądają efekty przymykania oczu na państwową politykę dyskryminacji Polaków na Litwie. Żurawski zresztą, jak się okazuje, bardzo dobrze identyfikuje problemy związane z dyskryminacją, co pozwala jednoznacznie stwierdzić, iż od dawna miał świadomość ich występowania. 

    Żurawski vel Grajewski poświęcił aż siedem akapitów swojego artykułu na rozległy opis praktyk dyskryminacyjnych Litwy. Pięć z nic kończy się za każdym razem bliźniaczą konkluzją, różniącą się jedynie kontekstem:

    „Czyżby Litwini uważali, że rosyjskie tradycje Wilna są silniejsze niż polskie?”

    „Czyżby Litwa sądziła, że Rosja stwarza jej zbyt mało zagrożeń i chciała wyprodukować sobie jeszcze jakieś dodatkowe?”

    „Interes Litwy wymaga, by przyjąć polski model, chyba że Wilno chce zapraszać Rosjan do gry”

    „Stwarza to podatny grunt pod moskiewskie prowokacje”

    Deputinizacja mediów na Wileńszczyźnie możliwa jest jedynie przez ich polonizację”.

    Rosja, Moskwa, Putin – tak właśnie rozkłada akcenty Przemysław Żurawski vel Grajewski, starając się teraz stworzyć pozory, że nie zmieniła się agenda, zmieniły się tylko metody. O ile wcześniej na złość Rosji trzeba było szkodzić Polakom na Litwie, tak teraz trzeba im pomagać, by kruszały mury Kremla. Jest to przejaw paranoi człowieka, który świadomie kwestionował solidaryzm narodowy ponad granicami, za wyzbycie się którego można było podobno kupić sobie bezpieczeństwo. Jeśli trzeba będzie, to Żurawski znowu zacznie ćwierkać z tego samego co wcześniej klucza, o ile ktokolwiek jeszcze zaufa mu jako publicyście.

    To zaufanie i tak powinno stopnieć niczym bałwan na przedwiośnie, bo Żurawski bałwani się do reszty ignorancją historyczną: 

    „Wilno podobnie – nigdy nie było Polską, choć dominował w nim język polski, zawsze było zaś Litwą, co nie kłóciło się z byciem miastem Rzeczypospolitej, którego ludność autochtoniczna zawsze chciała pozostać jej częścią i poświadczała to wielokroć czynem zbrojnym” – czytamy.

    Autor „Gazety Polskiej” potrafi, jak wiemy, merytorycznie zakwestionować litewską politykę historyczną, tylko co z tego, skoro ignoruje historię najnowszą i prawdopodobnie nieodwracalne wstąpienie narodów obejmujących całe masy społeczne na arenę dziejów. Dla Żurawskiego „śmieszny” jest mit „polskiej okupacji Wilna”, co nie przeszkadza mu stwierdzić, że „miasto nigdy nie było Polską”. Dla uniknięcia dysonansu poznawczego Żurawski snuje rozważania o analogii z koroną brytyjską, w której relacje między Anglią a Szkocją mają przypominać te między Polską a Litwą. Karkołomne teorie, zupełnie nieprzystające do realiów XIX- i XX-wiecznych nacjonalizmów, egoizmów narodowych w Europie Wschodniej, gdzie warunki formowania się narodów były zupełnie inne niż na Zachodzie, mają wyjaśnić tę pozorną dla Żurawskiego sprzeczność dotyczącą Wilna – miasta polskiego, ale niepolskiego. 

    Tymczasem, decydujący argument o tym, do jakiego państwa należeć chcieli mieszkańcy danej ziemi, jest ignorowany. Żurawski vel Grajewski widzi tragedię Wilna i Wileńszczyzny nie w tym, że odpadły od Polski, ale w tym, że okupowali ją Sowieci. Nie to, że krew Polaków przelewana za to, by była tam właśnie Polska, wsiąkała w ziemię leżącą dziś poza Rzeczpospolitą, jest dla autora dramatem. Główny problem to – cytuję – „moskiewska niewola” i „rosyjska przemoc”. Gdy przez lata upominano się o wilniuków, ich trwanie w polskości mimo powyższych trudów nie było żadnym wyrzutem sumienia dla Rzeczypospolitej, o co dbał pieczołowicie właśnie Żurawski, dyskredytując niekiedy Kresowian jako „głupców”.   

    Doradca ministra Waszczykowskiego nazywa wprawdzie „śmiesznym” podtrzymywanie przez Litwę mitu o „polskiej okupacji Wilna”, ale nie chce pamiętać o tym, że to właśnie wola przynależności do Polski mieszkańców Wileńszczyzny czyni ten mit zupełnie nieodpornym na konfrontację z rzeczywistością. Skoro nie było „polskiej okupacji”, to siłą rzeczy możemy i powinniśmy mówić o Wilnie jako części Polski, części Rzeczypospolitej Polskiej. To ostatnie ma nawet potwierdzenie w Zaręczeniu Wzajemnym Obojga Narodów z 1791 roku, gdzie całość państwa z Koroną i Litwą występuje jako Rzeczpospolita Polska właśnie. Tam więc, gdzie może dojść do konfrontacji polskiej i litewskiej polityki historycznej, tam Żurawski vel Grajewski zupełnie za darmo ustępuje pola, co ma swoje konsekwencje. Od kwestionowania przynależności Wilna do Polski do uznania Polaków na Wileńszczyźnie za „spolonizowanych Litwinów” jest tylko jeden krok. 

    Żurawski wzywa: „Nie dyskutujmy na narodowe mity”, zapominając że przecież „przeszłość – to jest dziś, tylko cokolwiek dalej”. Trudno o racjonalne wyjaśnienie, jak politolog czy historyk może ignorować żywotność narodowych mitów, ich rolę w spajaniu wspólnoty narodowej i wreszcie – w implikowaniu polityki państwa, które ta wspólnota tworzy. Jeśli Litwini wierzą w mit „polskiej okupacji”, to znaczy, że będą usiłowali „naprawić” jej skutki, a więc „pomóc powrócić spolonizowanym Litwinom” do swojej „prawdziwej” narodowości. I może się Żurawski vel Grajewski zżymać na rzekomą nieracjonalność tego podejścia Litwinów, ale ma ono głębokie uzasadnienie i jako takie jest wcielane konsekwentnie w życie. Z polskiego punktu widzenia wiele z tych sformułowań należy ujmować w cudzysłów jako egzemplifikację mitologizowania historii – Litwini zaś traktują je zupełnie serio. 

    Każdy komentator śledzący debatę na temat polityki wschodniej musi zadać pytanie, skąd wzięło się owo nagłe zerwanie z polityką przyzwalania Litwie na wszystko. Wprawdzie Żurawski vel Grajewski próbuje pozostawać konsekwentnym i wykazywać, że niezmiennym celom służą teraz inne metody, ale na szczęście Internet jest pełen jego wywiadów rażąco sprzecznych z nową wykładnią stosunków polsko-litewskich. 

    Nie mamy jednak do czynienia z biciem się w pierś i przyznaniem do błędu, po których wypominanie starych wywiadów byłoby już czystą złośliwością wobec skruszonego giedroyciowca. Ten nagły zwrot można wytłumaczyć jednym zdaniem z ostatniego akapitu tekstu Żurawskiego vel Grajewskiego:

    „W Polsce wyczerpał się potencjał poparcia politycznego wyborców na rzecz polityki cierpliwości” – pisze autor. A więc w MSZ, gdzie pracuje Żurawski, jak i w Prawie i Sprawiedliwości – którego członkiem Rady Programowej jest autor tekstu w „Gazecie Polskiej” – zauważono brak akceptacji społeczeństwa polskiego dla polityki frajerstwa wobec Litwy. Nie byłoby tego wszystkiego, gdyby wielu ludzi identyfikujących się z wilniukami nie podnosiło wielokrotnie i przez lata problemów, do znajomości których przyznał się wreszcie w akcie kapitulacji przed rzeczywistością sam Żurawski.

    Uznany ekspert, renomowany publicysta, a może po prostu zwykły paszkwilant sprawiający powierzchownie dobre wrażenie – ocena postaci charakterystycznego politologa z Łodzi, zewnętrznie stylizującego się na Sarmatę, należy do każdego z osobna. Warto jednak pamiętać, ilu ludzi zdążył obrazić bądź oczernić Przemysław Żurawski vel Grajewski, który nie szczędził interlokutorom podejrzeń o sprzyjanie interesom Rosji. Tymczasem, Żurawski vel Grajewski próbował ich zdyskredytować za to, że mówili głośno o problemach, o istnieniu których doskonale od dawna zdawał sobie sprawę. W sposób cyniczny, instrumentalny i bezpodstawny szkalowano więc te osoby, które właściwie rozpoznawały polski interes narodowy na Litwie. 

    Póki co, tacy jak Żurawski koniunkturalnie tłumaczyć się mogą wykazywaniem w przeszłości „cnoty cierpliwości” wobec Litwy, która aktualnie „staje się wadą”. A jednak cnoty pozostają nieprzemijalne i nie zmieniają swojego ładunku aksjologicznego z uwagi na okoliczności. Bo to właśnie cierpliwość pozwoliła doczekać momentu, w którym nawet Żurawski vel Grajewski musiał wyczuć zmianę koniunktury, by ratować twarz. 

    Tomasz Jasiński

    Warszawa nie jest przeciwna akcji pamięci Rosjan na terytorium Polski


     

    20:14 01 MARZEC 2017

     

    Cmentarz Żołnierzy Radzieckich w Chojnie zostanie odnowiony

    Warszawa nie jest przeciwna akcji pamięci Rosjan na terytorium Polski

    © Zdjęcie: Public domain

    POLSKA

    16:01 01.03.2017Krótki link

    9526274

    MSZ Polski skomentował rozpoczęty w środę w Kalininigradzie rajd samochodowy „Drogi pamięci”, którego uczestnicy odwiedzą groby radzieckich żołnierzy na terytorium Polski, oświadczając, że resort nie ma nic przeciwko podobnym akcjom, ale jest przeciwny „manipulacjom historycznym” i oświadczeniom, że Warszawa nie dba o miejsca pochówku wojskowych.

    Cmentarz żołnierzy Armii Czerwonej w Polsce

    © SPUTNIK. ALEXEY VITVITSKY

    Rajd „Drogi pamięci” wyruszył z Kaliningradu

    „MSZ nie jest przeciwny upamiętnianiu wydarzeń historycznych i związanych z nimi miejsc. Sprzeciwiamy się natomiast manipulacjom historycznym i instrumentalizacji przeszłości. Oskarżenia dotyczące złego traktowania przez Polskę rosyjskich miejsc pamięci są stronnicze i niesprawiedliwe” — głosi komunikat resortu spraw zagranicznych Polski, cytowany przez polskie media.

    W polskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych przypomniano, że cmentarze i miejsca pochówku żołnierzy radzieckich znajdują się pod ochroną lokalnych władz i Polska z należytym szacunkiem dbała i dba o mogiły poległych żołnierzy, jeńców wojennych i internowanych, niezależnie od ich narodowości i okoliczności, w których znaleźli się oni na polskiej ziemi.

    Każdy akt wandalizmu na cmentarzach jest potępiany, a jego skutki są usuwane. To samo dotyczy grobów rosyjskich i radzieckich wojskowych — podkreślono w ministerstwie, dodając, że nie dotyczy to pomników i miejsc pamięci związanych z „totalitaryzmem XX wieku”.

    Cmentarz żołnierzy Armii Czerwonej odbudowany po zbezczeszczeniu przez wandali w Milejczycach w Polsce

    © SPUTNIK. ALEKSIEJ WITWICKI

    Polska pobiła smutny rekord

    MSZ Polski zaznaczył również, że na terytorium Polski znajduje się ogółem 1875 cmentarzy, na których pochowani są rosyjscy i radzieccy wojskowi, na 718 z nich spoczywają żołnierze Armii Czerwonej, nie tylko Rosjanie, ale także przedstawiciele innych narodowości. Jak podkreślono, od 1989 roku ani jeden cmentarz nie został zlikwidowany.

    Rajd samochodowy „Drogi pamięci” potrwa od 1 do 5 marca. W akcji uczestniczyć będzie około 100 osób, wśród których są przedstawieciele organizacji społecznych (również polskich), dziennikarze, blogerzy, politolodzy i historycy.

    Ile Krym zarobił na sprzedaży majątku Kołomojskiego?


     

    20:09 01 MARZEC 2017

     

    Igor Kołomojski

    Ile Krym zarobił na sprzedaży majątku Kołomojskiego

    © Sputnik. Mikhail Markiv

    ŚWIAT

    19:23 23.12.2016Krótki link

    143053871

    Krym zarobił na sprzedaży wcześniej znacjonalizowanego majątku ukraińskiego oligarchy Igora Kołomojskiego ponad 1,5 mld rubli – poinformowała minister stosunków majątkowych i ziemskich Anna Aniuchina.

    Doroczna konferencja prasowa Władimira Putina

    © SPUTNIK. ALEKSEY DRUZHININ

    Putin: Rosja jest gotowa zrezygnować z embarga

    Sprzedaż majątku na aukcjach zaczęła się w lutym tego roku od sanatorium „Foros”. Wszystkie otrzymane pieniądze zostały przekazane na odszkodowania dla krymskich inwestorów trzymających swoje oszczędności w Privatbanku, który zamknął swoje oddziały na półwyspie po przyłączeniu Krymu do Rosji.

    „W tym roku został sprzedany majątek sanatorium „Foros”, który wynosi około 1 mld 200 mln. Suma ta w całości została przekazana inwestorom. Natępnie sprzedano jeszcze pięć obiektów komercyjnych na sumę 304 mln rubli” — powiedziała Aniuchina podczas konferencji w krymskim centrum prasowym MIA Rossiya Segodnya.

    Minister podkreśliła, że aktualnie do sprzedaży przygotowanych jest około dziesięć obiektów, które zostaną wystawione na aukcję w pierwszym kwartale 2017 roku.

    Miejsce katastrofy prezydenckiego Tu-154 pod Smoleńskiem

    © SPUTNIK. ILIYA PITALEV

    Władimir Putin wyjaśnił, dlaczego Rosja do tej pory nie zwróciła Polsce wraku samolotu TU-154

    „Osiem z nich to pomieszczenia niemieszkalne i mieszkalne. Dwa obiekty zostaną ponownie wystawione na aukcje, dlatego że nie na wszystkie obiekty od razu znajdują się kupcy. Początkowy koszt wszystkich dziesięciu obiektów wynosi około 460 mln rubli” — dodała minister.

    Wcześniej szef republiki Siergiej Aksionow informował, że w 2017 roku dochód ze sprzedaży majątku Kołomojskiego powinien wynieść około 2 mld rubli.    

    Tajemnicze ataki na kobiety w Berlinie


    Telewizja republika.pl

    Śledztwo ws. tajemniczych ataków w Berlinie. Ofiarami są wyłącznie kobiety

    ds

    19:50 1 marca 2017

    Zdj. ilustracyjne
    FLICKR/Peter/CC BY-SA 2.0

    5 przypadkowych kobiet w ciągu trzech miesięcy – to statystyki niemieckiej policji w związku z tajemniczymi atakami kwasem w Berlinie. Policja nie wie, czy ataków dokonywała jedna osoba, czy powiązani ze sobą przestępcy.

    Ostatni podobny atak miał miejsce w poniedziałek 27 lutego. Jadący nocą przez miasto rowerzysta oblał kwasem niczego nie spodziewającą się 27-letnią kobietę. Jej obrażenia starali się zneutralizować wezwani na miejsce strażacy oraz eksperci od wycieków chemicznych i środków żrących.

    Ofiarę z obrażeniami twarzy odtransportowali do szpitala – jak zresztą wszystkie ofiary ataków. Tamtejsze media podały także informacje o konieczności zabezpieczenia okolicy, w której doszło do okrutnego ataku, ponieważ na zaparkowanych w pobliżu samochodach utrzymywały się resztki niebezpiecznej substancji.

    Źródło: Wprost.pl

    Obrońca klimatu niepojętej “Klątwy” uderzającej w KK i Polaków


     

    wp

    WP Opinie

    JAN PAWEŁ II

     

    JACEK ŻAKOWSKI

    wczoraj (16:46)

    Jacek Żakowski: dobry list po złym liście

    Dzięki Eminencjo! Czytając list arcybiskupa Warszawy kard. Kazimierza Nycza na tegoroczny Wielki Post, czułem się jakbym wciągał łyk świeżego powietrza po wyjściu z capiącej nieświeżymi oddechami speluny. To jest piękny tekst. I bardzo potrzebny. Pełen budujących, poruszających i bardzo potrzebnych myśli. Od dawna miałem przeczucie, że z matecznika polskiego katolicyzmu otwartego na świat – z kościoła Sapiehy, Wojtyły, Życińskiego, Brata Alberta, Turowicza, Tischnera – którego przedstawiciela witaliśmy w Warszawie, przyjdzie kiedyś takie odświeżenie. I przyszło w chwili, gdy jest wyjątkowo potrzebne.

     

    Kardynal Kazimierz Nycz

    Kardynal Kazimierz Nycz (East News, Fot: Rafal Oleksiewicz/REPORTER)

    Ten list jest szczególnie potrzebny po poprzednio czytanym komunikacie Episkopatu Polski. W poprzednią niedzielę polscy katolicy słyszeli przecież w kościołach apel Episkopatu o przebłagalną modlitwę za wystawienie spektaklu opartego na motywach „Klątwy” Wyspiańskiego. Przedstawieniu Teatru Powszechnego w Warszawie zarzucono „znamiona bluźnierstwa”. To był bardzo niesprawiedliwy list. Pochopną oceną krzywdzący artystów i moralnie autoryzujący liczne akty wrogości wobec twórców oraz dzieła, które stworzyli. Nie chodzi tylko o nienawistne wpisy w internecie i kryminalne pogróżki. Czy w głowie Eminencji się mieści, że po odczytaniu w kościołach tego listu prezes państwowej telewizji jawnie przywrócił w Polsce zakazaną przez Konstytucję cenzurę podmiotową, zabraniając emisji przedstawienia Teatru Telewizji, w którym gra Julia Wyszyńska – młoda aktorka występująca w „Klątwie”? I to w imię obrony Jana Pawła II, który – też jako młody człowiek – sam był aktorem, a nawet animatorem, na owe czasy nie mniej eksperymentalnego „Teatru Rapsodycznego”.

    Nikt nie wie, czy Janowi Pawłowi II, czynnemu uczestnikowi poszukiwań scenicznych, podobałaby się teraz adaptacja „Klątwy” zrobiona przez Olivera Frljića. Ale jako artysta związany z zakazanym później przez komunistyczne władze teatrem wystawiającym w swoim czasie nie mniej kontrowersyjne sztuki – od „Króla-Ducha” i „Beniowskiego” Juliusza Słowackiego, po „Godzinę” według Wyspiańskiego – nie mógł by pochwalić prześladowania aktorki za to, że gra kontrowersyjną postać. Zwłaszcza, że sam grał m.in. kontrowersyjnego, pokutującego za ciężki grzech ks. Robaka w adaptacji Pana Tadeusza.

     

    A czy wyobraża sobie Eminencja, że Janowi Pawłowi II, który tyle włożył w przywrócenie Polakom wolności i obalenie totalitaryzmu, przyszłoby do głowy, że w wolnej od obcej dominacji Polsce ktoś będzie się jego autorytetem zasłaniał przywracając podmiotową cenzurę? Jako arcybiskup Krakowa, Karol Wojtyła zapraszał do siebie twórców dotkniętych podobną represją przez komunistyczny reżim. Czy nie jest ponurą kpiną z jego historycznej spuścizny perwersyjne stosowanie tej samej metody przez dzisiejszą władzę werbalnie oddającą mu hołdy?

    Rozumiem, że polscy biskupi, którzy nakazali czytanie w kościołach komunikatu dotyczącego „Klątwy”, padli ofiarą sprytnej manipulacji dokonanej przez telewizję państwową i skrajnie prawicowe media. Odwrócenie znaczeń poruszających plastycznych symboli, przedstawianie tego, co spektakl poddaje krytyce jako propozycji twórców, wyrwanie scen z nadających im sens kontekstów spektaklu to proste metody fałszowania relacji z przedstawienia, których się dopuszczono. Gdyby sens „Klątwy” w Powszechnym był taki, jak go przedstawia szerząca histerię prawica, można by się oburzać. Ale jest przeciwny. Eminencja z pewnością zna „Klątwę” Wyspiańskiego, która jest wielkim potępieniem seksualnego grzechu, jakiego dopuścił się kapłan, wyparcia się winy i przerzucania odpowiedzialności na innych. O tym jest ten spektakl. I takim wyparciem oraz przerzuceniem winy jest zarzucająca bluźnierstwo prawicowa histeria wokół niego.

    Biskupi oczywiście nie widzieli spektaklu, więc w jego ocenie oparli się na fałszywych relacjach, wyrwanych z kontekstu fragmentach i ocenach ludzi, których widoczną intencją było zapewne zrobienie zadymy i wywołanie antybluźnierczej, antylewackiej, antyelitarnej paniki moralnej. W epoce post-prawdy, fake-newsów i alternatywnych faktów jest to częste zjawisko. Każdy z nas może łatwo wpaść w taką pułapkę. Tym bardziej jestem Eminencji wdzięczny za zwrócenie w liście na Wielki Post uwagi, jak wielkie jest to niebezpieczeństwo.

    Pisze Eminencja” „Wszyscy jesteśmy kuszeni. Są tacy, którzy głoszą ewangelię inną niż ta, którą głosili apostołowie. Proponowane są nam wciąż nowe wersje przestarzałego ponoć Dekalogu (…), niekiedy, może dość często, upadamy. Wielki Post jest po to, byśmy uczciwie nazwali dobro dobrem, a zło złem. Byśmy podjęli pokutę za grzechy nasze i całego świata”. Do tego językiem współczesnego teatru wzywa „Klątwa” i temu wezwaniu kolejny raz sprzeciwiają się jej powołujący się na wzniosłe wartości krytycy.

     

    Pisze Eminencja: „zaproponuję także inny, oprócz powstrzymania się od pokarmów mięsnych, rodzaj postu. Obserwujemy wszyscy, jak wiele jest w naszym życiu publicznym słów, które niebezpiecznie ocierają się o nienawiść, jak wiele pogardy dla drugiego człowieka. Ileż jadu sączy się na internetowych forach (…) Może święty czas Wielkiego Postu jest wart tego, by uspokoić debatę…”. Gdyby Eminencja wybrał się na ten spektakl, przekonałby się, że skierowana przeciw twórcom „Klątwy” kampania części obozu rządzącego, której ofiarą padł polski episkopat, jest jawnym przykładem mowy nienawiści napędzanej złą wolą albo/oraz ignorancją.

    Pisze też Eminencja o oczekiwaniu na „otwartość władz państwowych” wobec inicjatywy „korytarzy humanitarnych” i pomocy uchodźcom pilnie potrzebującym leczenia. Jeden z kluczowych fragmentów wystawienia „Klątwy” w Powszechnym odnosi się do problemu, z którego wynika to beznadziejnie ciągnące się oczekiwanie. Są to te same ksenofobiczne emocje i uprzedzenia, które sprawiają, że musi Ekscelencja prosić o „nie zamykajmy też oczu na wiele tysięcy Ukraińców, którzy wśród nas żyją i pracują”. Gdyby nie siła tych emocji stymulowanych przez politykę i propagandę tych samych środowisk, które atakują „Klątwę” i szczują przeciw niej Polaków, w katolickim od pokoleń kraju nie trzeba by prosić o wrażliwość na cierpienie etnicznie innych.

    Pewnie się Eminencja zdziwi, ale mam wrażenie, że – wyjąwszy język, który w awangardowym teatrze zawsze jest inny niż w piśmie biskupa – kardynał Kazimierz Nycz mówi swoim listem w zasadzie to samo, co Oliver Frljić swoim wystawieniem „Klątwy”. A rządzący publicznym przekazem krytycy „Klątwy”, którzy dla swoich celów wyprowadzili Episkopat w pole i się nim posłużyli, by wprowadzić opinię publiczną w błąd, są po stronie dokładnie przeciwnej.

    Nie wiem, czy Eminencja zechce wyrobić sobie własne zdanie na temat potępionego spektaklu i wybierze się do Teatru Powszechnego na „Klątwę”. Byłby to ważny gest sprzeciwu wobec inwazji postprawdy i mowy nienawiści, jaka dotknęła twórców. Może jednak nie powinienem aż tak wiele oczekiwać. Ale jestem Eminencji wdzięczny za ważne dla nas wszystkich słowa, które padły w „Liście na Wielki Post”. One powinny jak najmocniej wybrzmieć. Bo ich nam potrzeba, jak rzadko kiedy.

     

    Jacek Żakowski dla WP Opinii

    Poglądy autorów felietonów, komentarzy i artykułów publicystycznych publikowanych na łamach WP Opinii nie są tożsame z poglądami Wirtualnej Polski. Serwis Opinie opiera się na oryginalnych treściach publicystycznych pisanych przez autorów zewnętrznych oraz dziennikarzy WP i nie należy traktować ich jako wyrazu linii programowej całej Wirtualnej Polski.

    Polub WP Opinie

    WP ujawnia: kierowca Szydło nie miał prawa prowadzić samochodu


    Strona główna serwisu

     

     

    Grzegorz Łakomski

    Grzegorz Łakomski

    akt. 01.03.2017, 18:46

     

    WP ujawnia: kierowca Szydło nie miał prawa prowadzić samochodu

    Kierowca Beaty Szydło zgodnie z przepisami nie powinien prowadzić samochodu, gdy doszło do wypadku w Oświęcimiu – ustaliła Wirtualna Polska. Według naszych informacji funkcjonariusz zaczął służbę nie o godz. 7.29 – jak twierdzi BOR – ale około 6 rano. To oznacza, że był zobowiązany skończyć pracę około 18, kilkadziesiąt minut przed zdarzeniem.

    East News/Andrzej Hulimka

    Góra Kalwaria, 10 lutego, 4 rano. Do wschodu słońca pozostały 3 godziny. Paweł zaczyna kolejny dzień pracy. Ma do przejechania 30 kilometrów do Warszawy. Szczęście w nieszczęściu, że o tej porze nie ma korków. Pokonanie trasy zajmuje 30-40 minut. Nie może się spóźnić, bo po godz. 6 musi być na miejscu – na ulicy Podchorążych, w garażach Biura Ochrony Rządu.
    Paweł jest funkcjonariuszem BOR w grupie ochronnej Beaty Szydło (dlatego nie podajemy jego nazwiska). Zwykle kieruje jednym z dwóch samochodów osłaniających pojazd premier. Tym razem miał pojechać z szefową rządu, zastępując bardziej doświadczonego kolegę, który w ostatniej chwili dostarczył zwolnienie lekarskie.
    Pancerne Audi przed 7 wyjeżdża z garażu

    Ok. 6 rano po przybyciu do siedziby BOR funkcjonariusz zapoznaje się z planowaną trasą przejazdu i pobiera broń. Jeszcze przed godz. 7 wyprowadza pancerne Audi A8 z garażu. Musi dopilnować, by zostało załadowane na lawetę, na której dotrze do Krakowa. O 7.29 kolumna 4 samochodów z pancerną limuzyną na lawecie opuszcza siedzibę BOR.
    Na godz. 15 jest zaplanowany wylot szefowej rządu z Warszawy do Balic. Opóźnia się o dwie godziny. Premier ląduje pod Krakowem ok. 18 i wsiada do pancernej limuzyny. Pół godziny później w Oświęcimiu dochodzi do wypadku. Kierowca premier, próbując ominąć Seicento, uderza w drzewo. Zgodnie z prawem nie powinien być już wtedy w pracy.
    Mariusz Błaszczak sugeruje potem na konferencji prasowej dotyczącej wypadku, że kierowca premier był wypoczęty, podkreślając, że rozpoczął służbę o godz. 18 na podkrakowskim lotnisku.

    Wirtualna Polska ustaliła wcześniej, że kolumna samochodów wyjechała z siedziby BOR w Warszawie ok. 7 rano, co potwierdziły służby prasowe biura informując, że „wyjazd z garażu BOR nastąpił o godz. 7.29 co zostało potwierdzone stosownym meldunkiem do oficera operacyjnego”.
    Zapomniane rozporządzenie szef MSWiA
    Według najnowszych informacji WP kierowca Szydło zaczął pracę jeszcze wcześniej – stawił się w siedzibie Biura na ul. Podchorążych po godz. 6 rano.
    Ta informacja ma kluczowe znaczenie, bo zgodnie z rozporządzeniem ministra spraw wewnętrznych i administracji z 2004 roku dot. czasu służby funkcjonariuszy BOR kierowca premier Szydło nie miał prawa usiąść za kierownicą jej samochodu po godz. 18. Powinien zakończyć służbę po 12 godzinach.
    Według rozporządzenia szefa MSWiA „funkcjonariusze, do których obowiązków służbowych należy kierowanie pojazdem samochodowym, mogą pełnić służbę do 12 godzin na dobę, w tym kierować pojazdem nie więcej niż 10 godzin na dobę”.

    „Kierowca premier powinien zostać zmieniony”
    Krzysztof Janik, który jako szef MSWiA w rządzie Leszka Millera wydał obowiązujące do tej pory rozporządzenie, wyjaśnia w rozmowie z Wirtualną Polską, że czas służby kierowcy premier zaczął się z chwilą, gdy pojawił się on w siedzibie BOR, więc po 12 godzinach powinien zostać zmieniony. – W przypadku wyjazdu premier do Krakowa część funkcjonariuszy z jej grupy ochronnej powinna dotrzeć tam dzień wcześniej i przespać noc, by kolejnego dnia mogli wypoczęci zacząć pracę – tłumaczy były szef MSWiA.
    Zdaniem naszych rozmówców między bajki można też włożyć twierdzenia, że kierowca premier był feralnego dnia wypoczęty. Funkcjonariusz nie mieszka w Warszawie, tylko w Górze Kalwarii, oddalonej od stolicy o 30 kilometrów. By mieć pewność, że zdąży dojechać na godz. 6 do siedziby BOR, musiał wyjść z domu około 5 rano.
    – To nie jest tak, że kierowca sobie przychodzi do garażu i od razu wyjeżdża. Musiał wstać o 4 rano, przyjechać 30 km do Warszawy, pobrać broń, sprawdzić samochód, zapakować go na lawetę – tłumaczy nam jeden byłych kierowców BOR.
    Prokuratura: „Przekroczenie czasu pracy mogło mieć wpływ na wypadek”

    Wątek przekroczenia czasu pracy przez funkcjonariuszy bada krakowska prokuratura, która prowadzi śledztwo w sprawie wypadku premier.
    – Przekroczenie czasu pracy mogło spowodować, że funkcjonariusz był niewystarczająco wypoczęty, skupiony, co mogło się przyczynić do tego, że wydarzenia się splotły tak, a nie inaczej – ocenia w rozmowie z WP rzecznik krakowskiej prokuratury regionalnej Włodzimierz Krzywicki.
    Zdaniem naszych informatorów kierownictwo BOR zaczyna wyciągać wnioski z popełnianych wcześniej błędów, o których pisaliśmy tu. Oceniają jednak, że zmiany nie idą w dobrym kierunku. – Zaczęli wymagać, by kierowcy w dokumentach wypisywali „pracę rzeczywistą”, czyli godziny, gdy jechali samochodem. Czas, gdy siedzą i czekają na ochranianych, nie jest w to wliczany. To taka praca nierzeczywista – śmieje się jeden z naszych rozmówców.
    „W BOR na gwałt zaczęto szkolić kierowców”
    Po wypadku w Oświęcimiu w BOR zaczęto przeprowadzać częstsze niż wcześniej szkolenia, a także egzaminy sprawdzające sprawność fizyczną kierowców.

    • Do tej pory więcej szkoleń miała „piechota” (borowcy pracujący w ochronie bezpośredniej polityków – red.). Teraz na gwałt zaczęli szkolić wszystkich kierowców – mówi oficer BOR. – Wcześniej było przyjęte, że kierowcy podlegają nieco innym kryteriom niż ochrona bezpośrednia, a teraz są poddawani egzaminom ze sprawności fizycznej na podobnych zasadach. To absurd – mówi inny.
      Oblany egzamin kierowców szefa MSWiA
      Na pierwszy ogień poszli trzej kierowcy z grupy ochronnej szefa MSWiA. Efekt? Dwóch z nich nie zaliczyło egzaminu sprawnościowego i Mariuszowi Błaszczakowi na trzech zmianach pozostał tylko jeden kierowca.
      Biuro prasowe resortu odmówiło odpowiedzi na wysłane we wtorek pytania WP, odsyłając nas do służb prasowych BOR. Tam z kolei usłyszeliśmy, że odpowiedź przyjdzie „w terminie ustawowym” (czyli do dwóch tygodni – red.).

    Polub WP Wiadomośc

    Tureckie gadanie o polsko-ukraińskim sojuszu


    Rzecz o polityce

    Andrzej Talaga

    Ukraina – granice pomocy

    publikacja: 28.02.2017

    aktualizacja: 28.02.2017, 22:37

    Andrzej TalagaAndrzej TalagaFoto: Fotorzepa, Piotr Nowak

    Jaki sojusz Warszawy z Kijowem?

     

    Polska potrzebuje Ukrainy. W naszym żywotnym interesie leży jej wspieranie, także w budowaniu siły militarnej. Ewentualny dwustronny sojusz obronny z Kijowem czy nawet wiązanie się naszych przemysłów zbrojeniowych byłoby jednak krokiem za daleko, który bardziej generowałby ryzyko dla Polski, niż je oddalał. Bezpieczniejszą formą pomocy dla Ukrainy jest szkolenie jej armii do standardów NATO, tak by stała się godnym przeciwnikiem dla Rosjan.

    Polityczny projekt sojuszu i współpracy przemysłów obronnych przedstawili na łamach „Rzeczpospolitej” Hanna Hopko, przewodnicząca Komisji Spraw Zagranicznych Rady Najwyższej Ukrainy, i Wiktor Romaniuk, deputowany Rady. Proponują oni porozumienie obejmujące energetykę i obronność, które byłoby odpowiedzią na słabą skuteczność zachodnich sankcji nałożonych na Rosję po aneksji Krymu.

    W teorii taki alians wzmocniłby pozycję Polski w regionie, dałby Warszawie narzędzie wpływu na Kijów, wreszcie powiększałby naszą strefę bezpieczeństwa na wschodzie. W praktyce jednak to gotowa recepta na katastrofę.

    Polska zawarła już raz antyrosyjski sojusz z Ukrainą w 1920 r., zakończył się on internowaniem ukraińskich wojskowych w polskich obozach jenieckich, co było hańbą Rzeczypospolitej. Z tamtej współpracy płynie dla Polaków nauka, iż ukraińska armia była wtedy (i jest teraz) za słaba, by być prawdziwym sojusznikiem, główny ciężar toczenia wojny musiało wziąć na siebie Wojsko Polskie. Dla Ukraińców zaś smutny morał jest taki, że Polska potrafi bez skrupułów pozbyć się sojuszników, kiedy przestają być potrzebni.

    Dzisiaj nie ma zresztą realnych podstaw do zawarcia sojuszu militarnego. Rosyjski atak na Ukrainę jest dużo bardziej prawdopodobny niż na Polskę, w takiej sytuacji to raczej siły zbrojne RP musiałyby interweniować na ziemi ukraińskiej niż ukraińskie na polskiej. Ukraina nie została ujęta w planach ewentualnościowych NATO, bo nie jest jego członkiem, Polska musiałaby zatem interweniować samodzielnie, bez wsparcia natowskiego. Absolutnie nie mamy takich zdolności – w zakresie sprzętu, logistyki, planowania itd. Polska nie jest też gotowa politycznie do zawarcia postulowanego sojuszu. Musiałby on przecież dokonać się kosztem NATO-wskich gwarancji dla naszego kraju, a to byłoby działanie samobójcze.

    Niemało przeszkód leży też po stronie ukraińskiej. Musielibyśmy zawrzeć sojusz z państwem niestabilnym politycznie, z siłami zbrojnymi i klasą rządzącą mocno spenetrowaną przez rosyjską agenturę. Wojna o Donbas pokazała, jak bardzo nieszczelne są struktury ukraińskie. Sojusz dwustronny musi przecież zakładać  wymianę danych wrażliwych, tymczasem przekazując je Ukrainie, dawalibyśmy je także Rosji.

    Jeśli zaś chodzi o integrowanie naszych przemysłów zbrojeniowych, celem Polski jest wymiana sprzętu posowieckiego na zachodni, najlepiej produkowany w kraju, Ukraina zaś nie ma nowych rozwiązań, a jedynie modernizacje wyposażenie posowieckiego. W takiej ewentualnej współpracy nie widać dla Polski wartości dodanej.

    Ukraina musi sama zbudować zdolności do militarnego oparcia się Rosji, zarówno inwestując w regularne siły zbrojne – co zresztą czyni z determinacją – jak i tworząc formacje nieregularne, które w razie inwazji wciągnęłyby Rosjan w bagno wojny partyzanckiej.

    Tu jest rola dla Polski i innych państw NATO. Przekazać Ukrainie know-how prowadzenia nowoczesnej wojny, włączać wojskowych ukraińskich w NATO-wskie manewry, dzielić się z nimi wiedzą o silnych i słabych stronach wojsk rosyjskich, wspólnie analizować najlepsze sposoby walki z nimi. Wreszcie lobbować w NATO za dostarczaniem Ukrainie systemów broni, jakich jej brakuje. Polska sama nie powinna tego robić, ale już w tandemie z USA – jak najbardziej.

    Sojusz militarny jest dziś pomysłem szalonym, ale nie musi takim być na przykład za 15 lat, kiedy obie strony do niego dojrzeją organizacyjnie, mentalnie i politycznie. Do tego czasu Ukraina musi jednak przetrwać jako niepodległe państwo.

    Autor jest dyrektorem ds. strategii Warsaw Enterprise Institute, doradcą firm zbrojeniowych

    Czyja wina, gdzie przyczyna?


     

     

    ŚLEDZTWO WS. WODY ŻYWIOŁ: JEST DECYZJA PROKURATURY

    WIADOMOŚCI LOKALNE

    Dzisiaj, 1 marca (11:44)

    Prokuratura umorzyła śledztwo ws. narażenia zdrowia i życia mężczyzny, który miał wypić utwardzacz do żywic znajdujący w butelce po wodzie mineralnej Żywioł. Poszkodowany twierdził, że woda została kupiona w sklepie. Śledztwo wykluczyło winę producenta.

    Według prokuratury producent wody Żywioł nie zawinił /Włodzimierz Wasyluk /East News

    Według prokuratury producent wody Żywioł nie zawinił /Włodzimierz Wasyluk /East News

    21 września 2016 r. do szpitala w Bolesławcu (Dolnośląskie) trafił 31-letni mężczyzna z poparzonym przełykiem. Z ustaleń policji wynikało, że wypił oryginalnie zapakowaną gazowaną wodę z etykietą Żywioł Żywiec Zdrój. Prokuratura Okręgowa w Jeleniej Górze prowadziła śledztwo ws. narażenia w mężczyzny na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub doznania ciężkiego uszczerbku zdrowia.

     

     

    Rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze Wioletta Niziołek poinformowała w środę PAP, że śledztwo w tej sprawie zostało umorzone, bo nie potwierdzono tezy, że obrażenia stwierdzone u pokrzywdzonego zostały spowodowane poprzez zawinione działanie lub zaniechanie innej osoby lub osób.

    Jeleniogórska prokuratura na początku śledztwa zabezpieczyła w mieszkaniu mężczyzny 11 butelek wody mineralnej Żywioł Żywiec Zdrój, określonej partii oraz jedną butelkę również z etykietą tej wody mineralnej z oznaczeniem innej partii. Mężczyzna twierdził, że kupił całą zgrzewkę wody (12 butelek) w jednym ze sklepów w Bolesławcu.

    Z badań przeprowadzonych przez Instytut Ekspertyz Sądowych w Krakowie wynika, że w jednej z butelek zamiast wody znajdował się płyn, który odpowiada składowi preparatów Butanox M50 lub Butanox M60. Są to produkty ogólnodostępne, przeznaczone do utwardzania żywic poliestrowych. W dwóch kolejnych butelkach wykryto śladowe ilości ftalanu dimetylu, który jest składnikiem Butanoxu. „W ocenie biegłych jego obecność w wodzie w kolejnych dwóch butelkach mogła być wynikiem zanieczyszczenia wody, prawdopodobnie po jej otwarciu” – mówiła w trakcie śledztwa rzeczniczka i podkreśliła, że ftalan dimetylu nie jest wykorzystywany do produkcji butelek plastikowych.

    Jak ustalili prokuratorzy w trakcie śledztwa, Butanox M50 był wykorzystywany w firmie ojca poszkodowanego, gdzie mężczyzna pracował i pełnił obowiązki związane z kontrolą jakości produktów, w tym zamawiał odczynniki chemiczne. W firmie znaleziono też butelkę o pojemności 0,5 litra po wodzie Żywioł Żywiec Zdrój tej samej serii jak woda w butelce, w której znajdowała się szkodliwa substancja.

    „Przeprowadzone czynności nie pozwoliły na sformułowanie jednoznacznego twierdzenia, w jaki sposób i w jakich okolicznościach doszło do umieszczenia w kwestionowanej butelce płynu do utwardzania żywicy poliestrowej w postaci preparatu Butanox M50” – poinformowała w środę rzeczniczka. Dodała, że postępowanie nie dostarczyło podstaw do stwierdzenia, by nastąpiło to na terenie zakładu produkcyjnego wody w Mirosławcu lub w związku z procesem produkcji, a także na terenie hurtowni w Jeleniej Górze i Bolesławcu.

    „W wyniku opisanego zdarzenia Maciej Z. doznał oparzeń chemicznych, które skutkowały naruszeniem czynności narządów na czas poniżej 7 dni. W ocenie biegłego, z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, pokrzywdzony nie połknął kwestionowanego płynu” – poinformowała rzecznik.

    Jak podano, we krwi pokrzywdzonego, pobranej nazajutrz po zdarzeniu, stwierdzono obecność amfetaminy i metaamfetaminy, choć pokrzywdzony podczas przesłuchania stanowczo zaprzeczył, aby spożywał środki odurzające lub psychotropowe.

    Kontrola zakładu w Mirosławcu prowadzona zaraz po zdarzeniu przez Wojewódzki Inspektorat Sanitarno-Epidemiologiczny w Szczecinie nie wykazała nieprawidłowości w dezynfekcji linii produkcyjnej, zabiegach związanych z myciem czy stosowaniem preparatów chemicznych. Badania organoleptyczne próbek wody zarówno z dwóch podejrzanych partii, jak i kolejnej partii wyprodukowanej na tej samej linii produkcyjnej, spełniają wszystkie wymogi sanitarne. Z zakładów w Mirosławcu pochodziły butelki wody, które kupił poszkodowany mężczyzna.

    Roman Skiba 

    PAP

    Randkowe show TVP bez kolorowego bractwa. Kurski: Randki służą powołaniu rodziny


    Wiadomości Gazeta.pl

     

    • Randkowe show TVP bez homoseksualistów. Kurski: Randki służą powołaniu rodziny

    Randkowe show TVP bez homoseksualistów. Kurski: Randki służą powołaniu rodziny

    mako

    01.03.2017 12:59

    Prezes TVP Jacek Kurski

    Prezes TVP Jacek Kurski (Fot . Kuba Atys / Agencja Gazeta)

    W TVP2 wkrótce zobaczymy program „Pierwsza randka”. Dziennikarz WP zapytał prezesa TVP, czy w programie pojawią się pary jednopłciowe. Odpowiedź brzmi „nie”. Jacek Kurski zasugerował, że to niezgodne z konstytucją.

    Od 16 marca w TVP będzie można oglądać nowe reality-show – czytamy na portalu Wirtualne Media. W „Pierwszej randce”, opartej na brytyjskim programie „First Dates”, będziemy mogli obserwować, jak dwie osoby wyłonione w castingu spotkają się na tytułowej pierwszej randce. W zagranicznych edycjach programu występują zarówno pary heteroseksualne, jak i homoseksualne. Dziennikarz WP Teleshow Piotr Garbarczyk zapytał Jacka Kurskiego, czy w polskiej edycji też tak będzie.

    „Randki służą powołaniu rodziny”

    – Nie sądzę, żeby pary jednopłciowe pojawiły się w programie – powiedział prezes TVP. – Jesteśmy telewizją publiczną i musimy przestrzegać pewnych zasad twardo wyrażonych w konstytucji RP i prawie – mówił. Zdaniem Jacka Kurskiego randkujący homoseksualiści łamią te zasady.

    Konstytucja mówi, że rodzina to związek kobiety i mężczyzny. A ponieważ randki służą temu, żeby powołać rodzinę, czyli związek małżeński, to w rozumieniu polskiego prawa, tradycji i moralności to związek kobiety i mężczyzny, to oczywistym jest, że muszą to być pary dwupłciowe – powiedział Kurski.

    Garbarczyk, który nie ukrywa, że jest gejem, skomentował sprawę na swoim profilu na Facebooku. „Okazało się, że całe życie na nielegalu…” – napisał.

    Nie tylko on uważa, że prezes TVP tym razem naprawdę przesadził.

    Obserwuj

    Nuna @unnuna

    Chodzą słuchy, że trzeba sprawdzać w Konstytucji z kim można chodzić na randki, prawda to? #LOL

    12:45 – 1 mar 2017

  • podanych dalej

  • 77 polubień

  • Obserwuj

    Daria Kwiatkowska @daria_kwiat

    Żenujące!!!
    Kurski: „Randki gejów są niezgodne z Konstytucją RP” http://teleshow.wp.pl/jacek-kurski-randki-gejow-sa-niezgodne-z-konstytucja-rp-6096179602887297a …

    11:08 – 1 mar 2017

    Photo published for Jacek Kurski: "Randki gejów są niezgodne z Konstytucją RP"

    Jacek Kurski: „Randki gejów są niezgodne z Konstytucją RP”

    W wiosennej ramówce TVP2 pojawi się program „Pierwsza randka” będący polską wersję hitu „First dates” emitowanego w Wielkiej Brytanii czy Australii. W zagranicznych edycjach show, w którym nieznajomi…

    teleshow.wp.pl

  • podanych dalej

  • 11 polubienie

  • Obserwuj

    running @DolinaRoztoki

    Kurski: randki gejów są niezgodne z konstytucją. Chwilowo żałuję, że jestem heterykiem. Mogłabym z kimś miłym złamać ustawę zasadniczą

    10:46 – 1 mar 2017

  • podanych dalej

  • 22 polubienia

  • Kto chroni mocodawców afery Amber Gold?


     

    wPolityce.pl

     

    UJAWNIAMY! Ktoś chroni szefa Amber Gold i jego mocodawców. Stąd atak na prokuratorów i wrzutki medialne

    opublikowano: godzinę temu

    Fot. PAPFot. PAP

     

    Celne uderzenie prokuratorów, którzy badają, kto naprawdę stał za aferą Amber Gold. Wywołali popłoch, przesłuchując wczoraj i dziś szefa Amber Gold Marcina P. i jego żonę Katarzynę. Reakcja była natychmiastowa – atak na prokuraturę. W jaki czuły punkt uderzyli śledczy? Portal wPolityce.pl dotarł do informacji, które rzucają nowe światło na dzisiejsze „rewelacje” medialne w sprawie Marcina P. To szeroko zakrojona akcja, która ma na celu osłabienie działań śledczych, którzy są o krok od wyjaśnienia jednej z największych afer z czasów rządów Donalda Tuska.

    Prokuratorzy są niemal pewni, że za małżeństwem P. stał ktoś inny. Gigantyczne oszustwo, w wyniku którego prawie 20 tysięcy Polaków straciło ponad 850 mln zł oszczędności, wymagało misternego przygotowania. A małżonkowie P. – jak mówią nieoficjalnie śledczy – nie byliby w stanie podołać takiemu wyzwaniu.

    To nie są ludzie na takim poziomie. Ani pod względem intelektualnym, ani z racji dość ubogiej wiedzy na temat mechanizmów w świecie finansowym.

    – tłumaczą śledczy zajmujacy się piramidą finansową Marcina P.

    CZYTAJ TAKŻE:Marcin P. nie chce zeznawać przed komisją śledczą ds. Amber Gold. Jako powód podaje niespodziewane przesłuchanie

    Biorąc pod uwagę intelektualne ograniczenia prezesa Amber Gold i jego żony, ich przesłuchanie w prokuraturze mogło wywołać popłoch. I wywołało! Obrońca Marcina P. poskarżył się radiu RMF, że nie wziął udziału w tym przesłuchaniu, sugerując złą wolę prokuratury.

    Jaka jest prawda? Adwokaci nie musieli uczestniczyć w przesłuchaniu, ponieważ w prowadzonym przez łódzką prokuraturę śledztwie szef Amber Gold i jego żona występują jako świadkowie, a nie jako podejrzani. Co więcej, żadne z nich nie prosiło o obecność swoich obrońców.

    Przesłuchanie w charakterze świadków Marcina P. i Katarzyny P. w tej sprawie nie wymagało uczestniczenia w nim obrońców (…). Zarówno Marcin P., jak i Katarzyna P. nie złożyli wniosków o dopuszczenie do udziału w przesłuchaniach ich adwokatów (…). Nie zgłosili do protokołu żadnych zastrzeżeń co do przebiegu przesłuchań z ich udziałem.

    – napisała w komunikacie Prokuratura Krajowa.

    Jak twierdzi radio RMF, aferzysta – mimo początkowej zgody – nie chce już zeznawać przed sejmową komisją śledczą badającą aferę. Powodem jest fakt, że prokuratorzy… ośmielili się go wezwać na „zaskakujące dla niego przesłuchanie”. Skąd radio wie o rzekomej decyzji Marcina P., skoro dziennikarze nie mają do niego dostępu? Czy rozpuszczanie takich informacji, być może przez adwokata, jest metodą wywierania presji na szefa Amber Gold, by nie zgadzał się więcej na rozmowy z prokuratorami bez „kurateli” prawnika?

    Czytaj dalej na następnej stronie ===>

    12

    następna strona »

    Zdjęcie Wojciech Biedroń

    autor: Wojciech Biedroń

    Niespokojnie myślący złośliwiec polityczny. Lubię krytykę i nerwowe reakcje. Zapraszam do polemiki.

    Prowadzi bloga Wojciech Biedroń.

    Postkomunistyczna "Polityka" pozostaje wierna swoim korzeniom


     

    wPolityce.pl

     

    Haniebny tekst o Wyklętych. Postkomunistyczna „Polityka” pozostaje wierna swoim korzeniom

    opublikowano: 8 godzin temu · aktualizacja: 4 godziny temu

    Jedni są z Pałacu Kultury i Nauki imienia Stalina, inni spod sztandarów Rzeczypospolitej. To wciąż ten sam spór. Fot . wPolityce.plJedni są z Pałacu Kultury i Nauki imienia Stalina, inni spod sztandarów Rzeczypospolitej. To wciąż ten sam spór. Fot . wPolityce.pl

     

    Postkomunistyczna „Polityka”, z hukiem świętująca tydzień temu swoje 60-lecie, pozostaje wierna swoim korzeniom. Oto dokładnie w dniu 1 marca, w Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, zamieszcza wstrętny tekst właśnie o żołnierzach wyklętych. Trudno pojąć dlaczego podpisał się pod tym Piotr Pytlakowski, ale niestety, zrobił to. Tytuł publikacji:

    Upamiętnienie bez opamiętania

    Teza: za dużo tego wszystkiego.

    No, dla „Polityki” na pewno za dużo. Przez blisko 70 lat było przecież cicho. Było cicho w PRL, gdy wyklętych, niezłomnych żołnierzy, bohaterów walki z oboma okupantami, bestialsko mordowano. Było cicho gdy ich groby zarastały trawą. W najlepszym wypadku, bo na przykład na warszawskich Powązkach komunistyczni oprawcy postawili swoje groby z marmurów dokładnie na ich kościach. Było też cicho przez większą część III RP, która płynnie zrodziła się, w wyniku „transformacji”, z PRL, przenosząc całość elit, sądownictwa, większość mediów, a komunistom władzę zamieniła na majątki.

    A kiedy wreszcie po 70 latach pamięć wyklętych udało się wreszcie przywrócić, kiedy Instytut Pamięci Narodowej pieczołowicie odnajduje i identyfikuje szczątki, kiedy cele śmierci zamieniane są na muzea, kiedy młodzież sięga po te wzorce, „Polityka” krzyczy: za dużo już, za dużo już!

    To zresztą typowe dla tego środowiska. Trzy dni po Tragedii Smoleńskiej wołali, że nie mogą już znieść tej żałoby.

    Czy się można dziwić, że Pytlakowski też już nie może znieść pamięci o Wyklętych? Stwierdza:

    Otóż w gruncie rzeczy NDPŻW zaczął się w sobotę 25 lutego i będzie obchodzony aż do 10 kwietnia (…). To jedyne państwowe święto trwające półtora miesiąca.

    Nieprawda. Święto państwowe trwa jeden dzień, większość tych inicjatyw to obchody społeczne, oddolne, najpiękniejsze. I one potrwają dłużej.

    Pytlakowski próbuje to wyśmiać:

    Sześć tygodni uroczystych apeli, marszów, wieczorów wspomnieniowych, śpiewania pieśni patriotycznych, akademii ku czci, defilad, pokazów filmowych i testów wiedzy o Wyklętych, to już nie jest zwykłe państwowe święto, ale prawdziwy festiwal odbywający się w każdym województwie i każdym większym mieście. Tegoroczne obchody przybrały postać niespotykanej celebry. Jej organizatorzy nie mieli chyba świadomości, że takie upamiętnienie bez opamiętania może spowodować przekroczenie granicy, za którą najpoważniejsza nawet sprawa zmienia się w groteskę.

    I odnotowuje, że w całym kraju „odbędzie się kilkaset imprez na cześć Żołnierzy Wyklętych”.

    „Imprez”, „groteska”… Za dużo, za dużo by „Polityka” to ścierpiała. Po co przypominać o tych bohaterach, ofiarach, walce z komunistami? Czyż ludziom „Polityki” nie było dobrze w PRL? Wspominał ostatnio Daniel Passent jak miło jeździło mu się po świecie, na stypendia i wyprawy, w tym czasie. Czyż nie była już ustalona inna wersja historii, w której to „bandy” walczyły z władzą ludową?

    I Pytlakowski też próbuje też przedstawić żołnierzy podziemia antykomunistycznego jako bandytów. I puentuje:

    Historia nie jest bowiem czarno-białą, a ci, których jedni wynoszą jako bohaterów, dla innych na zawsze pozostaną sprawcami zła.

    Czysty postmodernizm, czyste postkomunistyczne zakłamanie.

    Haniebne słowa, haniebny tekst w charakterystycznym miejscu. Przypomina to w swojej estetyce nagrobki komunistycznych kacyków postawione na prochach wyklętych, wrzuconych do bezimiennych dołów.

    Bo Oni na zawsze mieli pozostać bezimienni, zapomniani, wyklęci, upokorzeni. I fiasko tego planu, przywrócenie godności bohaterom, tak ich boli.

    Bo nadal jedni są z Pałacu Kultury i Nauki imienia Stalina, inni spod sztandarów Rzeczypospolitej.

    PS Polecam najnowszy numer tygodnika „w Sieci”, poświęcony w dużej mierze skandalicznemu bluźnierstwu w stolicy.

    Zachęcam też do dołączenia do naszej SIECI PRZYJACIÓŁ

    Zdjęcie Michał Karnowski

    autor: Michał Karnowski

    Obserwuj mnie na Twitterze: @michalkarnowski. Urodzony w 1976 roku. Dziennikarz, publicysta, autor książek. Współtwórca zabranego zespołowi tygodnika „Uważam Rze. Inaczej Pisane”. Teraz współtworzy tygodnik „w Sieci” i portal w Polityce.pl. Uwaga! Istnieje możliwość finansowego wsparcia środowiska tworzącego portal wPolityce.pl. Powołane przez nas Stowarzyszenie Edukacji Medialnej i Społecznej im. Jana Liszewskiego przyjmuje darowizny na działalność statutową. KONTO (zaznaczając, że to darowizna na rzecz Stowarzyszenia Edukacji Medialnej i Społecznej im. Jana Liszewskiego): 69 1090 2851 0000 0001 1737 9151 (Bank Zachodni WBK). Zapraszamy też do sklepu z najlepszymi książkami: wSklepiku.pl

    Kultura osobista kochającego meanstreamowo


    WYDARZENIAKRAJ

    Biedroń do dziennikarki: „Tak jak pani lubi, na kolanach”. Czym podpadła?

    Dodano: wczoraj 17:359 19819528

    Robert Biedroń

    Robert Biedroń / Źródło: Newspix.pl / MIchal Fludra

    O prezydencie Słupska znów głośno. Po tym, jak niedawno zasugerował, że prezes PiS jest homoseksualistą, teraz wdał się w sprzeczkę słowną z lokalną dziennikarką.

    Robert Biedroń od niedzielnego występu w „Skandalistach” Polsatu nie znika z mediów. W programie tym wypowiadał się o politykach ukrywających swoją orientację seksualną, pośrednio zasugerował, że ma na myśli m.in. prezesa Prawa i Sprawiedliwości Jarosława Kaczyńskiego. – Są takie osoby w Senacie, Sejmie. Najgorsze jest to, że wszystko byłoby w porządku, gdyby oni zajęli się głaskaniem kota i nie wtrącali się w życie innych. Niestety głaszcząc kota, zaglądają pod kołdrę innych i próbują tam majstrować – mówił w programie telewizyjnym.

    Dziwne sugestie Biedronia. Zapytany o gejów w polityce odpowiedział: Byłoby dobrze, gdyby zajęli się głaskaniem kotaWPROST.pl

    Kolejną kontrowersję prezydent Słupska wywołał podczas poniedziałkowej konferencji prasowej, na której skarżył się na nieudaną współpracę z politykami przy budowie drogi S6. – Pan ogłosił histerycznie, że drogi S6 nie ma i nie będzie, bo rząd nie daje pieniędzy. Tymczasem dzisiaj na briefingu słyszymy, że taka decyzja nie zapadła. I zachował się pan tak niedyplomatycznie, dosłownie jak z gęsi zrobić wierzchowca. Jak to jest, że pan kąsa rząd co chwilę? Pan nie idzie na rozmowy, podaje komunikaty co chwilę nie do końca jasne. To jaka jest właściwie prawda? Czy pan uważa, że pana postawa służy rozmowom z rządem? – pytała Roberta Biedronia lokalna dziennikarka.

    Slupsk TV – długie pytanie do prezydenta Biedronia / Źródło: YouTube

    Prezydent Słupska tłumaczył, że nie może w nieskończoność czekać na reakcję posłów. Odniósł się także do zadanego mu pytania. – Cierpliwie czekałem i pokornie – tak jak pani redaktor lubi – na kolanach oczekiwałem, że coś zostanie zrobione. Tak się nie stało niestety – powiedział. Te słowa oburzyły dziennikarkę i sporą część internautów.

    Bulwersujące zachowanie prezydenta Biedronia wobec dziennikarki / Źródło: YouTube

    / Źródło: Wprost.pl

    Marcin P. boi się zeznań przed Komisją Wassermann


     

    INTERIA.PLFakty

    RAPORTY SPECJALNE

    KOMISJA ŚLEDCZA DS. AMBER GOLD

    RMF: MARCIN P. NIE CHCE ZEZNAWAĆ PRZED KOMISJĄ ŚLEDCZĄ DS. AMBER GOLD.

     

    RMF: MARCIN P. NIE CHCE ZEZNAWAĆ PRZED KOMISJĄ ŚLEDCZĄ DS. AMBER GOLD.

    KOMISJA ŚLEDCZA DS. AMBER GOLD

    Dzisiaj, 1 marca (15:57)

    Marcin P., główny oskarżony w sprawie Amber Gold, wbrew wcześniejszym deklaracjom nie chce złożyć zeznań przed sejmową komisją śledczą badającą aferę – dowiedział się reporter RMF FM Kuba Kaługa. Dzisiaj RMF FM ujawniło, że sąd zgodził się na przesłuchania Marcina P. i jego żony Katarzyny P. 28 i 29 marca.

    Proces Marcina P. /Wojciech Strozyk/REPORTER /East News

    Proces Marcina P. /Wojciech Strozyk/REPORTER /East News

    Jak ustalił dziennikarz RMF FM, bezpośrednim powodem zmiany decyzji Marcina P. ws. złożenia zeznań przed sejmową komisją śledczą jest wczorajsze przesłuchanie P. przez prokuratorów z Prokuratury Regionalnej w Łodzi. Przesłuchanie niezapowiedziane, zaskakujące nawet dla Marcina P., o którym jego obrońca dowiedział się po fakcie.

    Teoretycznie adwokat nie musiał o nim wiedzieć, bo przesłuchanie miało dotyczyć wznowionego postępowania ws. przelewów do OLT Express.

    Pojawić miały się jednak na nim pytania o kluczowy dowód w toczącym się już procesie karnym.

    • Padały pytania o kwestie, które nie były dotychczas przedmiotem postępowania – są wyłącznie przedmiotem ustaleń moich z klientem – powiedział Kubie Kałudze mec. Michał Komorowski.

    Na pytanie, jak prokuratura mogła wejść w posiadanie takich informacji, adwokat odparł krótko: – Wolę się nie domyślać.

    Zdaniem mec. Komorowskiego, mogło dojść do naruszenia tajemnicy adwokackiej, a prokuratura próbuje ingerować w linię obrony jego klienta.

    Adwokat nie chciał ujawnić w rozmowie z naszym reporterem, o jaki dowód chodzi.

    Według przypuszczeń Kuby Kaługi, niewykluczone, że chodzi o jedną z opinii biegłych, zamówionych przez prokuratorów – teoretycznie opisano w niej przepływy pieniędzy w Amber Gold.

    Jak powiedział  dziennikarzowi RMF FM mec. Komorowski, Marcin P. odpowiedziałby na pytania komisji śledczej, ale dopiero po przesłuchaniu przed sądem biegłych, którzy przygotowali dla prokuratury wspomnianą opinię.

    (e)

    Kuba Kaługa

    J. Gowin o D. Tusku i Amber Gold: Nie widzę podstaw do stawiania mu zarzutu, że wiedział o aferze i nie reagował

    RMF FM

    Kloaczna sztuka


    Przełącz na rozrywkę

    Przełącz na Dziennik

     

    Arcybiskup Hoser oburzony sztuką teatralną „Klątwa”: Kloaczna… Nawet nie pornografia

    01.03.2017, 10:18

     

    Arcybiskup Henryk Hoser

    Arcybiskup Henryk Hoser / Agencja Gazeta / Fot. Tomasz Niesłuchowski Agencja Gazeta

    Arcybiskup Henryk Hoser zaproszony do studia radia RMF pytany był o wiele spraw i w wielu tematach zabrał głos – od pigułki „dzień po” po sztukę teatralną „Klątwa”, która wzbudziła wiele kontrowersji i oburzenia, zwłaszcza wśród katolików.

    W zeszłym tygodniu rząd przyjął projekt nowelizacji ustawy, zakładający objęcie obowiązkiem sprzedaży na receptę hormonalnych środków antykoncepcyjnych do stosowania wewnętrznego. Oznacza to, że na receptę będą wydawane tzw. pigułki „dzień po”, ellaOne, które osoby powyżej 15. roku życia od 2015 r. mogły kupić bez recepty. Abp Henryk Hoser pytany w środę w RMF FM, czy pigułka „dzień po” powinna być na receptę, czy nie, odpowiedział: – Oczywiście na receptę, bo to jest hormon. Wszystkie hormony, oprócz właśnie tych, sprzedaje się na receptę, dlatego że bardzo głęboko modyfikują fizjologię człowieka.

    W jego ocenie antykoncepcja „przede wszystkim jest nakierowana na ludzką fizjologię, a nie na chorobę”. Dodał, że pigułka ma również mechanizm poronny, a mówienie, że go nie posiada, to „zakłamywanie rzeczywistości”.

    Nie byłaby antykoncepcją awaryjną, gdyby nie była jednocześnie poronną, bo to się pobiera już post coitum – stwierdził.

    Czytaj więcej

    Kukiz ostro do zwolenniczek liberalizacji aborcji: Trzeba było zdawać sobie sprawę, komu się dawało to ciało
    Abp Hoser o ciąży z gwałtu: Stres jest tak silny, że do zapłodnienia dochodzi rzadziej

    Arcybiskup pytany, czy nie martwi go to, że coraz więcej kobiet bierze udział w protestach na rzecz obrony praw kobiet, odpowiedział, że „jest w tym jednoczeniu się dużo nieporozumień, dużo przekłamań, dużo uprzedzeń, które nie mają miejsca”. Zdaniem abp. Hosera Kościół może powiedzieć kobietom, że „ich prawa nie są niczym zagrożone”.

    Kościół przecież nie życzy kobietom złego życia, tylko dobrego życia, pełnego życia i również pełnych możliwości psychofizycznych – stwierdził.

    Abp Hoser pytany był również o spektakl „Klątwa” Olivera Frljicia, który wywołał medialną burzę po premierze w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Zdaniem arcybiskupa „porównywanie tego do sztuki jest nadużyciem”. W jego ocenie było to przedstawienie w dużej mierze kloaczne, które nawet kwalifikuje się jako pornografia na scenie.

    Zaznaczył, że teatr „to nie jest klub zamknięty, w którym można robić, co się chce”. Dodał, że teatr jest też dotowany z podatków.

    Obrażanie uczuć religijnych, symboli religijnych, najwyższych świętości za publiczne pieniądze jest po prostu publicznym skandalem – ocenił.

    Czytaj więcej

    Abp Hoser: Europa będzie muzułmańska, to nie ulega wątpliwości

     

    Źródło: PAP

    Dziwna zgoda Sądu w sprawie przesłuchania małżeństwa firmującego piramidę Amber Gold


    wp.plmoney.pl

     

  • Afera Amber Gold. Wassermann: jest zgoda na przesłuchanie Marcina P.

    FOT. STEFAN MASZEWSKI/REPORTER

    Jest zgoda Sądu Okręgowego w Gdańsku na przesłuchanie 28 i 29 marca szefów Amber Gold Katarzyny P. i Marcina P. przez sejmową komisję śledczą – poinformowała w środę przewodnicząca komisji Małgorzata Wassermann (PiS).

    Przesłuchanie ma się odbyć w gmachu Sądu Okręgowego w Warszawie. Oskarżeni zostaną przewiezieni do Warszawy w policyjnym konwoju.

    – Komisja zwróciła się o zgodę na przesłuchanie oskarżonych małż. P. i sędzia prowadząca sprawę taką zgodę wyraziła – podał Tomasz Adamski, rzecznik ds. karnych SO w Gdańsku, przed którym od roku trwa proces małżonków P. za aferę Amber Gold. Oboje są aresztowani.

    – Jest to wymóg formalny – dodał Adamski – zawsze tzw. organ dysponujący (czyli ten, w którego sprawie stosowane jest tymczasowe aresztowanie) musi wyrazić zgodę na wydanie osadzonych z aresztu i ich doprowadzenie w określone miejsce, na określoną czynność. Zaznaczył, że oskarżeni (tak jak w innych sprawach) zostaną przewiezieni przez policję – służbę konwojową. Podjęcie odpowiednich środków należy do policji.

    Marcin P. przebywa w areszcie od sierpnia 2012 r., Katarzyna P. trafiła do aresztu w kwietniu 2013 r.

    Na temat afery zabrał głos ostatnio Zbigniew Ziobro, minister sprawiedliwości. Powiedział, że w tej sprawie „państwo działało jedynie teoretycznie”.

    Amber Gold – firma powstała na początku 2009 r. – miała inwestować w złoto i inne kruszce. Klientów kusiła wysokim oprocentowaniem inwestycji – od 6 do nawet 16,5 proc. w skali roku, które znacznie przewyższało oprocentowanie lokat bankowych. 13 sierpnia 2012 r. firma ogłosiła likwidację, tysiącom swoich klientów nie wypłaciła powierzonych jej pieniędzy i odsetek od nich.

    Według Prokuratury Okręgowej w Łodzi Marcin P. i jego żona oszukali w latach 2009-12 w ramach tzw. piramidy finansowej w sumie niemal 19 tys. klientów spółki, doprowadzając ich do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w wysokości prawie 851 mln zł. Zdaniem śledczych, klienci od początku przy zawieraniu umów byli wprowadzani w błąd co do sposobu przeznaczenia zainwestowanych przez nich pieniędzy – zapewniano ich, że za pieniądze kupowane będzie złoto, srebro lub platyna, co potwierdzać miały wystawiane certyfikaty. Lokaty rzekomo miały być ubezpieczone i gwarantowane przez Fundusz Poręczeniowy AG, na który klienci musieli wpłacać 1 proc. wartości każdej lokaty.

    Prokuratura uznała, że oskarżeni działali w celu osiągnięcia korzyści majątkowej i uczynili sobie z tej działalności stałe źródło dochodu. Marcin P. został oskarżony o cztery przestępstwa, a Katarzyna P. o 10. Grożą im kary do 15 lat więzienia.

    Sejmowa komisja śledcza ds. Amber Gold bada sprawę od września 2016 r.

    WP money

  • pap, sejm, przesłuchanie, krótka, kraj, amber gold, plichta