Atak ukraińskiego „Naszego Słowa” na dr.Zapałowskiego


BLOG dr. ANDRZEJA ZAPAŁOWSKIEGO

 

Moje książki

Granica w ogniu

Bezpieczeństwo Polski

Przyjaciele

Polecane strony

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Atak Naszego Słowa

PostDateIconczwartek, 05 stycznia 2017 08:32 | PDF

Nigdy nie myślałem, ze będę „promował” ten tygodnik (tłumaczenie). W poniższym tekście zaatakowano mnie i Ewę Siemaszko. Redakcja idzie w zaparte. Piłsudski to terrorysta! Nie dopisali tylko ponownie, ze większy od Bandery.

Tygodnik ukraiński „Nasze Słowo”,

nr 52 (3098), 25 grudnia 2016, s. 2

Igor Szczerba,

sekretarz redakcji „Naszego Słowa”

Nie właźcie z butami do naszej duszy!

Prawdziwy chrześcijanin z błogosławioną cierpliwością spotyka wszelkie obelgi, ba, nawet podstawia do ciosu drugą szczękę. Na szpaltach „Naszego Słowa” w przeciągu ostatnich miesięcy niejeden raz pisaliśmy o kolejnych terrorystycznych działaniach polskich nacjonalistów (bo wszelką przemoc trzeba nazywać  terroryzmem) przeciw ukraińskim mogiłom, przeciwko ukraińskim kulturalnym wydarzeniom, przeciwko ukraińskim narodowym strojom (wyszywankom), przeciwko ukraińskiej historii.

Śledząc wydarzenia, rzetelnie przedstawiamy także przebieg posiedzeń wszelkich wspólnych z mniejszościami narodowymi komisji (parlamentarnych i rządowych), ze smutkiem zawiadamiamy o postanowieniach lokalnych prokuratur o wstrzymaniu śledztw przeciwko mowie nienawiści, wymieniamy apele Związku Ukraińców w Polsce do władz w sprawie znalezienia i ukarania inicjatorów antyukraińskich wybryków w Przemyślu.

„Aż tu masz, babo, prosię!”.

Na „ząb” wziął „Nasze Słowo” na stronie internetowej kresy.pl Andrzej Zapałowski, a temat „pociągnęła” potem w gazecie „Nasz Dziennik” Ewa Siemaszko.

Otóż, A. Zapałowski, kierowany nadsańskim świętym oburzeniem, ogłasza: „na łamach ‘Naszego Słowa’, tygodnika ukraińskiej mniejszości w Polsce, wydawanego dzięki podatkom polskich obywateli, napisano, że to Józef Piłsudski, a nie Stepan Bandera odpowiada kryteriom ‘międzynarodowego terrorysty’. Dla mnie to rzecz absolutnie skandaliczna” – podsumowuje komentator.

Dla zainteresowanych tematem trzeba powiedzieć o co chodzi, dlatego warto przypomnieć artykuł, drukowany w „NS”, który wywołał takie oburzenie A. Zapałowskiego (chodzi o tekst „Prowokacyjna publikacja”, „NS” nr 46, 13.11.2016 r. –red.). Oświadczenie A. Zapałowskiego brzmi ostro, ale jednak, gdy przyjrzeć się dokładniej treści, wynurza się pytanie, jak w definicji terroryzmu klasyfikują się działania Bojowej Organizacji Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS),  w której strukturach działał Józef Piłsudski. Wśród licznych poczynań (między innymi zabójstwa przedstawicieli rosyjskiej państwowej władzy ówczesnego Królestwa Polskiego) Bojowa Organizacja PPS (licząca wtedy 6500 bojowników) 26 września 1908 roku pod dowództwem J. Piłsudskiego dokonała napadu na kurierski pociąg, w następstwie czego zrabowano 200 tys. rubli. Polscy historycy podobne napady nazywają eksploracyjnymi akcjami, czyli zdobywaniem funduszy na działalność partyjną.

Dzisiaj wszystko jest względne, nawet kwestia międzynarodowego terroryzmu. Teraz możemy się sprzeczać, czy większy terrorystą był Jasir Arafat, lider organizacji el-Fatah (zanim otrzymał pokojową Nagrodę Nobla), czy Ernesto Che Guewara – towarzysz broni El-komendanta Fidela Castro, albo syryjski dyktator Baszszar al- Asad. A może wspomnieć teraz Władymira Putina, którego na Ukrainie często nazywają największym międzynarodowym terrorystą?

W komentarzu A. Zapałowskiego nawet nie robi wrażenia zarzut w stronę „NS”, że ono wychodzi w Polsce za płacone przez Polaków podatki. Jednak warto by wiedział o tym, że obywatele Polski, potomkowie 147 tysięcy Ukraińców deportowanych w ramach Akcji „Wisła” w 1947 r., TAKŻE płacą rzetelnie podatki, a nawet ten mityczny milion ukraińskich groszorobów, na pewno nie wymówi by  się od tego, żeby ze swoich podatków, które oni pozostawiają w Polsce, wydzielić kopiejkę na ukraińskie wydawnictwo.

Po niedawnym „antybanderowskim” musztrowaniu ukraińskiej mniejszości narodowej przez „kresowych bulterierów”, wydaje się, że przyszła kolej na to, żeby „kresowiane” oczy wzięły na obrachunek ukraińskie życie duchowe i zaczęły nam wskazywać jedynie słuszne priorytety w życiu – i wiernych, i Ukraińskiej Greckokatolickiej Cerkwi w ogóle (w Polsce i na Ukrainie). Pomimo nonsensów i tendencyjnie dobranych faktów (choćby deklaracja, że Ukraina – to sezonowe państwo), którymi są wypełnione teksty A. Zapałowskiego, warto wspomnieć  jeszcze jeden aspekt jego wypowiedzi. To ważne, ponieważ potem ten temat kontynuowała E. Siemaszko na stronach dziennika „Nasz Dziennik” („Niechciany ukraiński prorok”).

Otóż, jeszcze raz odwiedźmy stronę internetową Kresy.pl. Tam czytamy: „Według doktora Zapałowskiego, sprawa biskupa Chomyszyna, która od niedawna stała się bardziej znana, pokazała konflikt w ukraińskiej greckokatolickiej cerkwi [opuszczone, a nie zaznaczone: w okresie międzywojennym i w czasie II wojny światowej. – W swojej diecezji bp Chomyszyn zwalczał nacjonalizm w kościele grekokatolickim.] Oprócz tego, na terenie dzisiejszej Polski przed wojną podzielono  przemyską diecezję. Dlatego, że na jej czele stał nacjonalista, biskup Jozafat Kocyłowski. Wydzielono wtedy część Łemkowszczyzny, gdzie apostolskim administratorem został Wasyl Maciuch, mający biskupie uprawnienia. On wyrzucił z parafii, które były na połowie ówczesnego Podkarpacia, duchownych nacjonalistów”.

Według mnie, należy zwrócić szczególną uwagę na ostatnią frazę A. Zapałowskiego.

To dlatego, że E. Siemaszko w swoich wypowiedziach stawia „kropkę nad i” do wypowiedzi A. Zapałowskiego.

Ona uważa, że obecnie powodem „walki” przedstawicieli Ukr. Greckokatolickiej Cerkwi  z książką-wspomnieniami biskupa G. Chomyszyna („Dwa królestwa” – red.) jest banderowskie nacjonalistyczne zaślepienie niektórych hierarchów cerkiewnych Ukr. Greckokatolickiej Cerkwi na Ukrainie.

W szczególności, mają na uwadze krytyczne uwagi biskupa G. Chomyszyna, które irytują cerkiewnych nacjonalistów odnośnie do niektórych poczynań metropolity Greckokatolickiej Cerkwi Andreja Szeptyckiego, o którego beatyfikację stara się ta Cerkiew – zauważa E. Siemaszko.

Moim zdaniem, może nadejdzie taki czas (a co nie daj Boże), kiedy „trójki kresowych aktywistów” nie tylko będą odwiedzać nasze wydarzenia kulturalne, jak to bywało dotąd, ale w cerkwiach będą słuchać kazań duchownych. Wtedy jakiś miejscowy „Pawka Morozow” napisze gdzie trzeba doniesienia o tym, że duchowny w kazaniu dobrym słowem wspomina metropolitę A. Szeptyckiego, a nie biskupa G. Chomyszyna. Co wtedy? Poseł na Sejm Beata Mateusiak-Pielucha już wie wcześniej: deportować takiego „ojca-nacjonalistę” z Ukrainy, który nie uznaje wartości duchowych uznawanych przez Polaków. Tu przed nami stoi pytanie, a ilu duchownych UGC z Ukrainy pracuje w parafiach w Polsce? To może być skrajność, jednak, myślę, kiedy podejmuje to pytanie nie kto inny, a wpływowy „Nasz Dziennik”, to może wyniknąć problem, że ta sprawa niedługo będzie mieć istotne znaczenie i dla parafii, i w ogóle dla UGC w Polsce.

Otóż nie dopuścimy, żeby ktoś stawiał nas pod cerkiewną, albo jedynie słuszną „ideologiczną ścianką” i z butami właził do naszej duszy.