Gruby szmal za antyrządowe szopki


Posłowie PO i .N nie dość, że swoim pajacowaniem blokują Sejm, to jeszcze pobierają za to sowite wynagrodzenia
wpis z dnia 30/12/2016

foto: twitter.com

Przedstawiciele totalnej opozycji organizują w Sejmie niezłą szopkę – jedzą, piją, śpiewają i nitrasują. Ich celem jest skuteczna blokada prac polskiego parlamentu. Chaos i dezorganizacja ma być argumentem za samorozwiązaniem Sejmu i organizacją przyspieszonych wyborów. Jeśli tak ma wyglądać ich „praca”, to warto się zastanowić, czy wypłacane im z naszych pieniędzy spore wynagrodzenia są zasadne? Czy cierpliwość obywateli na ciągłe pajacowanie w końcu się wyczerpie?

Należy zauważyć, że zgodnie z ustawą o wykonywaniu mandatu posła i senatora, uposażenie posła jest równe wynagrodzeniu, jakie na podstawie innych przepisów otrzymuje podsekretarz stanu w Kancelarii Premiera. Obecnie jest to kwota 9.892,30 zł miesięcznie. Do tego należy jednak doliczyć tzw. ryczał na prowadzenie poselskiego biura w wysokości 13.200,00 zł / m-c oraz poselskie diety w wysokości 2.473,08 zł / m-c. Razem robi nam się całkiem pokaźna kwota 25.565,38 zł.
W tym kontekście zasadnym wydaje się być zadanie pytania – czy w zamian za otrzymywane pieniądze posłowie totalnej opozycji powinni odstawiać takie szopki? Kasa na ich pensje, ryczałty i diety idzie z naszych podatków. Jeśli ich „pracą” będzie ciągłe blokowanie Sejmu poprzez robienie sobie selfie, jedzenie, picie, spiewanie i nitrasowanie, to poważnie powinniśmy się zastanowić nad tym, czy zasługują oni na wspomniane pieniądze? 

Nie bez znaczenia może być również głos obywateli, którzy widząc przedłużające się pajacowanie posłów opozycji stracą cierpliwość i wezmą sprawę we własne ręce. Kto wie – może niebawem pod Sejmem zamiast sympatyków KOD-u zaczną dominować ludzie mający dość parlamentarnej obstrukcji uprawianej przez przedstawicieli Platformy i Nowoczesnej?

wpis z dnia 30/12/2016

niewygodne.info.pl

blog niewygodny dla establishmentu III RP

Skomplikowane relacje polsko-ukraińskie


prawica.net

 

Zapotrzebowanie na grzanie

W niedzielę zgrywając zdjęcia z Marszu Orląt do obecnego wydania gazety i robiąc relację nie miałam świadomości, że wieczorem okaże się, że byłam na innej manifestacji. Relację zrobiłam w oparciu o to co widziałam i słyszałam. Byłam także na Mszy Św.

Marsz przebiegał bardzo spokojnie, a wykrzykiwane hasła były wyważone. Organizatorzy Marszu przed manifestacją dostawali sygnały, aby uważać, że może zdarzyć się prowokacja. Wykrzyknięte hasło „śmierć Ukraińcom”, a zarejestrowane jedynie na kamerze usytuowanej najprawdopodobniej na balkonie Narodnego Domu, za sprawą m.in. Związku Ukraińców w Polsce obiegło całą Polskę, a i Ukrainę. Ja tego hasła nie słyszałam. Nie ważne czy prowokator był w tłumie, czy w okolicy kamery, nie ważne też czy ktoś z uczestników usłyszał ten zwrot.

Ważne jest, że nikt z maszerujących nie podchwycił tego hasła, nikt nie skandował, jak domyślać się możemy z medialnych doniesień chcieliby autorzy nagrania. Głos na kamerze jest bardzo czysty i wyraźny co wskazuje na bliską okolicę kamery, bo inne głosy i dźwięki są nieczyste. Skoro dźwięk moderatora z megafonu jest niewyraźny to jak ktoś bez mikrofonu mógł być tak dobrze słyszany na kamerze, a nie słyszalny dla uczestników?

Marsz był otwarty i każdy mógł się przyłączyć, nawet ten, który nie podziela intencji organizatorów, i ten który chce ich zdyskredytować. Uczestnicy nie byli rejestrowani. Na takie głosy organizator z pewnością by z megafonu zareagował, pod jednym warunkiem musiałby najpierw je usłyszeć. Nawet gdyby hipotetycznie ktoś z uczestników w marszu rzucił takie hasło od razu zostałby zdemaskowany. Zatem ten głos najpewniej nie pochodził od uczestników marszu a z okolic Narodnego Domu, Zaułku Szwejka, jak domyślają się organizatorzy, którzy taką tezę przyjęli i wyrazili podczas wtorkowej konferencji prasowej.

Zrobiona wokół kiepskiego filmiku otoczka jest zwykłą prowokacją i dyskredytacją Polaków jak i jej władz. Co chce osiągnąć tym prowokator oraz Związek Ukraińców w Polsce, robiąc zadymę wokół czegoś czego w praktyce na marszu nie było. Zachodzi pytanie, czy na tym ma polegać działalność przekazanemu ZUwP przez polski rząd Narodnego Domu? Czy to do takich celów ma im służyć obiekt? Do podgrzewania emocji? Co chcą osiągnąć, jak teraz chcą prowadzić dialog z Prezydentem Przemyśla, skoro stawia się go pod ścianą i dyskredytuje.

To o taki rodzaj przyjaznych relacji ZUwP chodzi? Dezawuować w oczach opinii publicznej na forum międzynarodowym władze rządowe i samorządowe? Odbierać im prawo do upamiętnienia swoich bohaterskich obywateli i ofiar, bo każdy taki gest jest dezawuowany i przepisywany jako działanie agentury rosyjskiej. To przecież szalony absurd. Czy te emocjonalne pretensje, że dzieje się krzywda Ukraińcom w Polsce, a prawa mniejszości są łamane posłużyć mają lepszym relacjom? Wynikać ma z nich, że teraz chętniej wszyscy siądą do rozmów z Piotrem Tymą?

Związek wystąpił z apelem do władz Rzeczypospolitej o przeciwdziałanie przejawom wrogości wobec mniejszości ukraińskiej oraz obywatelom Ukrainy. Roszczeniowo żądając reakcji na jeden okrzyk prowokatora: „Milczenie władz państwowych w sprawie tych bulwersujących wydarzeń szkodzi relacjom polsko-ukraińskim, podważając wizerunek Polski jako państwa przestrzegającego praw mniejszości narodowych.” Jak poważnie taki apel ma potraktować polski rząd?

Poprzez takie działania Związek, robi Ukraińcom największą krzywdę, bo będąc ich reprezentantem, buduje nieprzyjazny obraz Polaków w stosunku do Ukraińców oraz do przedstawicieli instytucji państwowych i samorządowych. Stanowi to fałszywy obraz sytuacji. Mniejszość ukraińska w Polsce może liczyć na wszelkie przywileje, które wynikają z konstytucyjnych powinności państwa wobec nich i mieszkających w Polsce Ukraińców. Nawet więcej, Polska jest otwarta na coraz większą ukraińską migrację zarobkową obywateli Ukrainy jak też przyjeżdżającą młodzież, która u nas studiuje.

Oficjalnie się mówi, że ponad milion Ukraińców jest w Polsce, a kolejny milion deklaruje chęć wyjazdu do Polski. I teraz zachodzi pytanie w czym ZUwP może im taką polityką pomóc? Odpowiedź nasuwa się sama. Inny cel mu przyświeca niż budowa wzajemnych dobrych relacji. Dzisiaj nie ma sporu miedzy Polakami a Ukraińcami dotyczącego obecnej rzeczywistości. Istnieje natomiast spór historyczny pomiędzy częścią polskich elit a elitami rządzącymi dziś Ukrainą. Te ostatnie, w sporej liczbie są spadkobiercami idei budowy Wielkiej Ukrainy na terenach II RP, w tym także części dzisiejszego terytorium Polski, gdzie podstawą budowy takiego państwa była ideologia OUN.

Dla Polski jest to nie do przyjęcia, natomiast ze strony tamtejszych elit brak jakiejkolwiek woli krytycznego spojrzenia na własną historię. Dlatego pomimo różnych przyjaznych gestów ze strony polskiej rozbija się to o mur obojętności, bo druga strona nie jest tym zainteresowana. To jest tragiczne, na czym cierpią zwykli Ukraińcy. Gdyby Związek Ukraińców wraz z jego szefem był zainteresowany budową poprawnych relacji z polskim rządem, a tu miejscowo z władzami Przemyśla inna byłaby reakcja na incydent podczas marszu. Przecież, incydentalny okrzyk ten mało słyszalny dla uczestników był czyjąś jawną prowokacją.

Zatem ZUwP nie powinien nakręcać wśród swoich rodaków fali nienawiści do Polaków, którzy rzekomo chcą ich mordować. Przeciwnie powinien studzić złe emocje. Nawet dla dziecka, który obejrzy ten film wszystko jest jasne, wystarczy posłuchać okrzyku moderatora marszu i reakcję zgromadzonych. Każde hasło było mocno skandowane przez uczestników, a ten jest odosobniony w całości, wszystko w filmie jest niewyraźne poza krzykiem prowokatora.

Jak powinien zachować się w tej kwestii Związek, któremu zależy na pozytywnych relacjach z Polską, która hojnie finansuje ukraińską mniejszość w Polsce? Otóż powinien razem z organizatorami, samorządem miasta i służbami skupić się na odnalezieniu prowokatora, aby sprawę wyjaśnić a winnego ukarać. Co tymczasem robi Związek? Nagłośnia sprawę w całej Polsce oraz na Ukrainie. Tam wg relacji Marii Pyż ze Lwowa informacje, że w Przemyślu na marszu Polacy grożą Ukraińcom śmiercią podniosły wszystkie rządowe media.

Czy to jest w ogóle poważne? Czy rządzący na Ukrainie, wraz jego mniejszością w Polsce w ogóle zdają sobie sprawę z tego co czynią? Takimi gestami nie działają na nas Polaków, my wiemy, że to prowokacja i umiemy z niej wyciągnąć wnioski. Po co jednak podburzają swoich obywateli wobec państwa, które jako jedne z niewielu do dziś przy Ukrainie stoi? Państwa, które nawet mimochodem potraktowało ukraińską prowokację pod Ambasadą Polski na Ukrainie, podczas której ucięto kukle głowę, która przedstawiała prezydenta RP.

Ta symboliczna egzekucja jest „karą śmierci” za wzbudzanie „antyukraińskiej histerii w Polsce”. „Tak będzie z każdym, kto będzie działał przeciwko ukraińskiej nacji i jedności narodowej” – powiedział lider akcji. Odciętą „głowę” z czerwonymi wstęgami symbolizującymi strugi krwi okazano zgromadzonym, po czym wrzucono za ogrodzenie ambasady. „To dla naszych polskich braci!”. Wzniesiono również banderowski okrzyk „Chwała Nacji! Śmierć Wrogom!”.

Nawet ta prowokacja nie spowodowała niechęci do Ukraińców. Polska nadal wspierała ukraińskie dążenia do integracji z UE, hojnie też wspierając ją finansowo. Po co ZUwP nakręca wykreowany przez kogoś incydent? Po to by nie mówić o historii, by nie mówić o walkach z 1918 r? By mówić o tym, że Polacy chcą mordować Ukraińców? Czy Związkowi się wydaje, że polski rząd, polski samorząd i polskie służby postawi pod ścianą, że może na nich pokrzykiwać jak na kibiców. Tak jak w jednym z niedawnych wywiadów Piotr Tyma powiedział o polskich kibicach „Rok temu kibice Legii Warszawa łazili stadami po Kijowie i krzyczeli „Jebać UPA i Banderę!”.

Skoro można określić kibiców jako łażące stado to przecież można pójść o krok dalej. To czego chce P. Tyma nie da się osiągnąć, bo polskie społeczeństwo jest świadome tego co było na Wołyniu i Kresach Południowo – Wschodnich i tego już nikt nie zatrzyma. Ta technika sprawdzała się skutecznie przez długie lata, całkiem do niedawna. Wszystkim mówiącym np. o Wołyniu kneblowano medialnie usta. Jednak prawda już poszła i nie zatrzyma jej ani Tyma w Polsce ani Szuchewycz na Ukrainie.

Nie pomoże im w tym próba dezawuowania władz Polski z nadzieją, że niedługo PiS się zużyje, to znowu będziemy mogli sobie na więcej pozwolić. Nadszedł czas, że w tej kwestii to społeczeństwo będzie o tym decydować. A tej grupie już ust zamknąć się nie da. Jak się to potocznie mówi: sorry panowie, pociąg pojechał. Zatem albo wyciągniecie z tego wnioski i zaczniecie realnie pomagać Ukraińcom albo dalej będziecie szkodzić zamykając się w labiryncie przeszłości z którego nie ma wyjścia, ale jest izolacja.

Teraz uporządkujmy fakty. Od tzw. przemyskiej Panachydy w czerwcu tego roku stale ktoś podgrzewa nastroje na granicy polsko-ukraińskiej. Nie czyni tego dla samego faktu podgrzewania. Odbywa się to poprzez wytworzenie pewnego rodzaju wirtualnej rzeczywistości, której w Przemyślu zwyczajnie nie ma. Chodzi o rzekomy wzrost antyukraińskich nastrojów, o które obwinia się pewne środowiska, którym bezsprzecznie przewodzi Mirosław Majkowski.

Tak się stało po słynnej procesji ukraińskiej. Z incydentu, który wówczas miał miejsce uczyniono wielki międzynarodowy skandal i tak jest do dziś. Stale przyjeżdżają tu różnego rodzaju dziennikarze z Warszawy oraz Ukrainy i tropią ruskich agentów. Podsycają, przy tym wyimaginowane lęki ukraińskich obywateli i proukraińskich środowisk. Prowokacje te ze spokojem znosi strona polska, ale Ukraińcy mogą już różnie myśleć o Polakach. Ma się nieodparte wrażenie, że ten przekaz ma właśnie głównie iść do nich, budzić ich złość i powodować złe emocje. Czy nie w celu wywołania jakiegoś rodzaju zajść?

Atmosfera w przestrzeni medialnej, średnio raz na dwa tygodnie jest podgrzewana przez ZUwP, czy inne polskie środowiska ich wspierające. Od dłuższego czasu ma się wrażenie, że jest jakiś rodzaj wyczekiwania, że coś Polacy w Przemyślu sprowokują. Wbrew pewnym oczekiwaniom nic takiego się nie dzieje. Jednak ZUwP oraz sprzyjające im media polskie i ukraińskie, już wcześniej wiedziały, że na Marszu coś się wydarzy. Na facebookowym fanpage V Rosyjskiej Kolumny w Polsce przed Marszem czytamy:

„Nie ma niczego złego, wręcz przeciwnie, w pielęgnowaniu pamięci Orląt, ale niejedna słuszna sprawa była wykorzystywana w innej, niesłusznej sprawie. Podczas czerwcowych wystąpień antyukraińskich Policja wyraźnie nie dawała sobie rady z niewielką w sumie grupą narwańców. Podczas „Marszu Orląt”, organizowanego przez to same towarzystwo, należy się spodziewać kolejnych incydentów tego typu.” Słowa te z kolei wpisują się w inne wypowiedziane przez dziennikarza w rozmowie z prezesem ZUwP Piotrem Tymą w „Krytyce Politycznej”; „Mity, to jedno, ale po tym wszystkim, co wydarzyło się w ostatnim roku w Polsce, tylko czekać aż coś pęknie w samych Ukraińcach.” – mówi dziennikarz. – To zabawa zapałkami na beczce prochu. Rok temu kibice Legii Warszawa łazili stadami po Kijowie i krzyczeli „Jebać UPA i Banderę!”. Podobnie jak w przypadku niszczenia cmentarzy, chodziło o pokazanie swojej wyższości. (…) Nikt nie bierze pod uwagę, że chcąc udowodnić swoją przewagę, wyższość, może uruchomić odwet. Jeśli w najgorszym możliwym scenariuszu zmieni się geopolityczna koniunktura, to będzie katastrofa, bo jeśli Ukraina wróci pod dyktando Rosji, to kto będzie kolejnym największym wrogiem? – odpowiada Tyma.”

Post Rosyjskiej V Kolumny w Polsce udostępniło wiele osób z bardzo różnymi komentarzami, udostępnił też fanpage Naszego Słowa, finansowanego z polskich rządowych pieniędzy z komentarzem: „KTO I DOKĄD PROWADZI MARSZ ORLĄT?”

To tylko drobne wycinki rzeczywistości medialnej przed marszem. I oto mamy Marsz. Pamiętam jak spotkaliśmy się tuż po nim w gronie przyjaciół ciesząc się, że jednak nie doszło do żadnej prowokacji. Że wszytko wyszło dobrze. Nikt bowiem z nas nie słyszał tego nieszczęsnego hasła. Jak bardzo byliśmy w błędzie okazało się już następnego dnia…bo rozpętała się medialna burza.

Zadajmy sobie zatem parę pytań:

  1. Po co było podgrzewanie atmosfery przez media i portale społecznościowe przed Marszem?
  • Czy to przypadek zrządził, że przez cały Marsz hasło to padło wyłącznie pod ukraińskim Domem Narodowym, będącym w Zarządzaniu Związku Ukraińców w Polsce, w pobliżu miejsca gdzie ustawione były trzy kamery. Jednakże wszystkie rejestrujące obraz tego samego odcinka ulicy. Żadna nie jest skierowana w miejsce skąd hasło padło czyli na wysokości Zaułka Szwejka? Czemu tylko ten odcinek był tak mocno obstawiony, a pozostały pominięty przez czujne oko, a raczej ucho kamery?

  • Czemu nie było kamery jak uczestnicy oddawali hołd poległym w walkach Polakom i Ukraińcom?

  • W jaki sposób w tak szybkim tempie /już tego samego dnia/ nagranie wraz z informacją obiega wszystkie media na Ukrainie, a następnie w Polsce?

  • Jak to się stało, że ani organizatorzy stojący w pobliżu, ani Straż Miejska, ani Policjanci nie usłyszeli tego krzyku skoro był tak głośny?

  • Jaki cel mogą mieć te działania? Z tego wszystkiego wyłania się jednoznaczny kontekst, wymusić na stronie polskiej zmianę polityki historycznej. Są próby stawiania polskich przedstawicieli pod ścianą i straszenie Rosją, bo co będzie jak zmieni się geopolityczny wiatr. Jak mówi Tyma, co będzie jak Ukraina wróci pod dyktando Rosji? To kto będzie kolejnym największym wrogiem? Wszystko jasne. Postawa ta zdaje się mówić: nieważne, że nam pomagacie, naginacie karku i ciągnięcie bat Rosji na siebie i tak będziecie naszym największym zaraz po wielkim ruskim bracie wrogiem? To mówi przedstawiciel Ukraińców na Polskę. Ludzie opamiętacie się.


    Małgorzata Dachnowicz

    Prezes Stowarzyszenia Wspólnota Samorządowa Doliny Sanu, Redaktor naczelna kwartalnika „Głos znad Sanu”
    blog: www.dachnowicz.blogspot.com

    Lewica jest oburzona zakupem kolekcji Czartoryskich


     

    Pikio.plPikio.pl

     

    Lewica oburzona zakupem kolekcji Czartoryskich. „Szlachta kupiła je za pieniądze z niewolniczego wyzysku chłopów”

    Autor:

    Wiadomości Pikio

    • Gru 30, 2016

     

    fot. wikimedia / youtube.com/Independent Video Press 1

    Ministerstwo kultury przed końcem roku pochwaliło się zakupem zbiorów Czartoryskich – w tym obrazu „Dama z gronostajem” – za 100 milionów euro. Transakcja wyraźnie nie spodobała się polskiej lewicy, która ostro krytykuje rząd za ten zakup.

    Pod koniec roku ministerstwo kultury postawiło sobie za cel zakup zbiorów Czartoryskich, w których skład wchodzi obraz Leonarda Da Vinci „Dama z gronostajem”, mimo że w statucie  Fundacji Książąt Czartoryskich, która administruje zbiorami, widnieje zapis, że jej podstawowym celem istnienia jest udostępnianie tych zbiorów społeczeństwu polskiemu. By ministerstwo mogło zakupić cenne zbiory, przez Sejm przepchnięto nowelizację ustawy budżetowej, w której wygospodarowano na to pieniądze. Koniec końców do transakcji doszło i państwo polskie wydało na zakup aż 100 milionów euro.

    Zakup zbiorów Czartoryskich przez państwo wyraźnie nie spodobał się polskiej lewicy. Głównie dlatego, bo – jak przekonuje m.in. partia Razem – „Czartoryscy kupili „Damę z gronostajem” za pieniądze z niewolniczego wyzysku chłopów”.

    Miało być wstawanie z kolan, jest padanie na kolana przed Jaśnie Oświeconym Panem. Rząd PiS-u wręczył właśnie 500 milionów złotych w prezencie panu Czartoryskiemu. Rzeczpospolita kupiła od niego w podejrzanych okolicznościach kolekcję, która zgodnie z polskim prawem była praktycznie niesprzedawalna – skomentował jeden z liderów partii Razem, Adrian Zandberg.

    Jak dodaje lider Razem, przed zakupem zbiorów przez państwo, specjalnie wypuszczono plotki, że tajemniczy szejkowie chcą odebrać Polakom cenne dzieła sztuki. Jak przekonuje, gdyby rzeczywiście coś takiego miało miejsce to państwo z łatwością, by to zablokowało ponieważ statut fundacji, do której należały dzieła zabrania ich sprzedaży.

    Do krytyki przyłączyli się także politycy Sojuszu Lewicy Demokratycznej, w tym były poseł tej formacji – Tadeusz Iwiński.

    Ukraińcy będą strzelać co wszystkiego co się rusza


    Na Ukrainie będą otwierać ogień do samolotów naruszających granicę państwową

    30.12.

    Ukraiński rząd pozwolił wojskowym otwierać ogień do samolotów, naruszających granicę państwową lub podejrzanych o terroryzm. Tekst odpowiedniego postanowienia został opublikowany na stronie rządowej. © AFP 2016/ WANG ZHAO Chiny pokonają USA w potencjalnej wojnie handlowej Dyżurujące siły użyją broni i sprzętu bojowego po ogniu ostrzegającym z dział dyżurujących samolotów przechwytujących (śmigłowców) w celu udaremnienia naruszeń granicy państwowej Ukrainy przez statki powietrzne formacji zbrojnych innych państw, które nie stosują się do poleceń załóg (sygnałów) samolotów przechwytujących; udaremnienia nielegalnych działań statków powietrznych, jeśli są wykorzystywane do przeprowadzenia ataku terrorystycznego w przestrzeni powietrznej Ukrainy, w tym w rejonie operacji antyterrorystycznej — czytamy w dokumencie.  Podjąć decyzję w sprawie otwarcia ognia może minister obrony, szef Sztabu Generalnego, dowódca Sił Powietrznych lub osoby pełniące ich obowiązki.

    Czytaj więcej:

     https://pl.sputniknews.com/swiat/201612304537075-Ukraina-ogien-samoloty-naruszajace-granice-panstwowa/

    NIEMCY NIE MOGĄ SOBIE POZWOLIĆ NA NIEZALEŻNE OD NICH WŁADZE W WARSZAWIE


    Warszawska Gazeta.pl

    NIEMIECKA WOJNA HYBRYDOWA PRZECIW POLSCE! NIEMCY NIE MOGĄ SOBIE POZWOLIĆ NA NIEZALEŻNE OD NICH WŁADZE W WARSZAWIE

    • 29 Gru 2016
    • Napisane przez  fit

     

    fot: pixabay.comfot: pixabay.com

    Niemieckie media nie byłyby sobą, gdyby przepuściły taką okazję, jak niedawna zadyma pod Sejmem – przy czym, mamy rzecz jasna do czynienia ze znaną kooperacją przebiegającą wedle schematu: polscy dziennikarze donoszą niemieckim kolegom, ci powtarzają to co usłyszeli własnymi słowami, na co z kolei powołują się antyrządowe media nad Wisłą w relacjach spod znaku „światowe media zaniepokojone niszczeniem demokracji w Polsce” – pisze w najnowszym numerze tygodnika Warszawska Gazeta Piotr Lewandowski.

    Jeśli w weekend, kiedy trwały okołosejmowe zajścia, ktoś zajrzałby na polskojęzyczną wersję serwisu „Deutsche Welle”, mógłby odnieść wrażenie, że tamtejsze media nie mają żadnych innych zmartwień, niż „autokratyczne” rządy PiS i dyktatorskie zapędy Jarosława Kaczyńskiego. Wszystko oczywiście utrzymane w tonie naburmuszonych kazań wygłaszanych pod adresem „polskich Irokezów”, którzy nie potrafią się zachować i dostarczają nieustających zgryzot swym zachodnim sąsiadom.

    Tu warto dodać, że wzmiankowany portal niemieckiej publicznej rozgłośni funkcjonuje na podobnej zasadzie, co rosyjski „Sputnik”, tyle że może z większą ogładą i przy zachowaniu elementarnych pozorów jeśli chodzi o serwowaną tam propagandę. Istota jego misji jest jednak identyczna, co putinowskiej szczekaczki – prowadzenie wojny informacyjnej przeciwko Polsce, jeśli ta w jakiejkolwiek kwestii odstaje od płynących zza Odry wytycznych. To po prostu taka guwernantka postawiona na straży wychowania słowiańskich podludzi, wygłaszająca co jakiś czas morały zrzędliwym tonem starej panny, dyscyplinującej powierzoną jej pieczy rozbisurmanioną dzieciarnię. Jeśli zaś podopieczni dokuczą jej szczególnie mocno, dostaje spazmów i woła o sole trzeźwiące.

    Banderowskie prace teoretyczne nad ludobójstwem Polaków do 1942r.


    Konserwatyzm

    KONSERWATYZM.PL – Portal Myśli Konserwatywnej

     

    YOU ARE AT:Home»Formacyjne»Piętka: Anatomia ludobójstwa (banderowskie prace teoretyczne nad ludobójstwem Polaków do 1942r.).

    Piętka: Anatomia ludobójstwa (banderowskie prace teoretyczne nad ludobójstwem Polaków do 1942r.).

    0

    BY ADAMWIELOMSKI ON 28 GRUDNIA 2016FORMACYJNE

    Współcześni epigoni i pogrobowcy nacjonalizmu ukraińskiego głoszą, że OUN i UPA były rzekomo ukraińskim „ruchem wyzwoleńczym”, że nigdy nie dopuściły się żadnych zbrodni na Polakach, Żydach i innych narodowościach, ani tym bardziej ludobójstwa, że nie ma jakoby żadnych dowodów potwierdzających przygotowanie i przeprowadzenie ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego przez banderowców. To jest stała melodia z repertuaru pana Wołodymyra Wiatrowycza i „Naszego Słowa” oraz polonobanderowców z „Gazety Wyborczej”, „Gazety Polskiej” i „Nowej Europy Wschodniej”. Ku zdziwieniu przynajmniej niektórych polonobanderowców znalazły się jednak dowody na przygotowywanie ludobójstwa na Polakach przez nacjonalistów ukraińskich już na początku lat 30. XX wieku. Dowody te nie mogą nie być znane panu Wiatrowyczowi, ponieważ pochodzą one z Archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, kijowskiego Archiwum OUN oraz Archiwum Państwowego Obwodu Lwowskiego. Dlatego nie może on tym razem twierdzić, że jest to „rosyjska (sowiecka) propaganda”.

    Na początku grudnia br. na stronie internetowej rosyjskiej Federalnej Agencji Archiwów opublikowano dokumenty Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów świadczące o tym, że organizacja ta planowała przyszłe ludobójstwo na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej już od zarania swojego istnienia. Publikację tych dokumentów przygotował dyrektor Fundacji „Pamięć Historyczna” (Историческая память) Aleksander Diukow (Александр P. Дюков)[1]. Historyk ten znany jest m.in. z badań nad antypolską współpracą służb specjalnych III Rzeszy i Litwy w latach 1939-1940, której poświęcił wydaną w 2013 roku książkę pt. „Protektorat Litwa”[2].

    Są to cztery dokumenty: broszura z 1931 roku pt. „Jak i za co walczymy z Polakami” – pochodząca z Archiwum Państwowego Obwodu Lwowskiego i opublikowana po raz pierwszy w 2003 roku we Lwowie, „Doktryna wojskowa ukraińskich nacjonalistów” z 1938 roku – pochodząca z Archiwum OUN w Kijowie i opublikowana po raz pierwszy w 2013 roku w Kijowie, instrukcja „Walka i działalność OUN podczas wojny” z 1941 roku – pochodząca z Archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy i opublikowana po raz pierwszy w 2006 roku w Kijowie oraz notatka wojennego referenta OUN-Zachód Łuki Pawłyszyna z odbytej w październiku 1942 roku konferencji wojskowej OUN-B – pochodząca z Archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy i opublikowana po raz pierwszy w 2005 roku w Kijowie.

    Dokumenty te pokazują ewolucję, jaką przeszła OUN w podejściu do rozwiązania „sprawy polskiej” od 1931 do 1942 roku. Już na samym początku swojego istnienia – w broszurze „Jak i za co walczymy z Polakami” – OUN za podstawę swojego programu i cel działalności uznała rozniecanie nienawiści narodowej do Polaków w społeczeństwie ukraińskim. „Doktryna wojskowa ukraińskich nacjonalistów” z 1938 roku przewidywała organizowanie ataków zbrojnych na ludność polską w ramach powstania zbrojnego w celu „wypędzenia jej” z Kresów Wschodnich. Planowano też likwidację polskich gospodarstw i zaangażowanie szerokich mas ukraińskiego chłopstwa w wystąpienia antypolskie, tak jak miało to miejsce w latach 1943-1944. Po raz pierwszy podjęto próbę realizacji takich działań w porozumieniu z Niemcami hitlerowskimi we wrześniu 1939 roku w ramach tzw. dywersji OUN na Kresach Wschodnich. Była to pregenocydalna faza późniejszego ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Rozpoczynające się wtedy ludobójstwo ukraińskie na Polakach powstrzymała Armia Czerwona, wkraczając na Kresy Wschodnie 17 września 1939 roku.

    Opracowana w maju 1941 roku – a więc tuż przed wybuchem wojny niemiecko-radzieckiej – instrukcja „Walka i działalność OUN podczas wojny” wprowadziła dalsze uszczegółowienie planów OUN w sprawie „rozwiązania kwestii polskiej”. Postanowiono nie wypędzać części polskich chłopów z tzw. zachodniej Ukrainy, lecz przeprowadzić ich przymusową asymilację. Planowano jednak zabójstwa „polskich działaczy”, co istotnie nastąpiło latem 1941 roku (mord profesorów lwowskich, egzekucja inteligencji stanisławowskiej w Czarnym Lesie, mord na inteligencji krzemienieckiej). Z tym, że zbrodni tych dokonały niemieckie formacje SS i gestapo, a współudział ukraiński polegał na wskazaniu ofiar. „Program wojskowy” OUN-B z końca 1942 roku przewidywał już fizyczną likwidację wszystkich Polaków, którzy nie zgodzą się na „dobrowolne” opuszczenie terenów Wołynia i Małopolski Wschodniej. To już była bezpośrednia zapowiedź tego, czego banderowcy dokonali w latach 1943-1944.

    Nie ulega zatem wątpliwości, że ludobójstwo wołyńsko-małopolskie było stopniowo planowane przez nacjonalistów ukraińskich co najmniej od 1931 roku. Próbowano je zrealizować już w 1939 i 1941 roku. Ostateczna realizacja powiodła się przy trzecim podejściu w latach 1943-1944.

    Broszura „Jak i za co walczymy z Polakami” z 1931 roku została wydana przez Krajową Egzekutywę OUN. Jej autorzy zrzucali winę za rzekomo „ciężką sytuację narodu ukraińskiego na zachodnich ziemiach ukraińskich” na państwo polskie i na Polaków jako naród. Ich zdaniem „naród polski chce się umocnić na tych ziemiach należących od dawien dawna do Ukrainy i dlatego chce zlikwidować Ukraińców”. W przeszłości, „zalewając Ukrainę morzem krwi i łez, Polacy podzielili między sobą ziemie ukraińskie i wzbogacili się na nich”, natomiast obecnie Polacy dzielą należące do ukraińskich chłopów ziemie między polskich „zaborców-kolonistów”. Sformułowania te brzmią jakże znajomo dla każdego kto zna współczesną publicystykę neobanderowską, chociażby z łam „Naszego Słowa”. Wymowny to dowód na to, że nacjonalizm ukraiński niewiele się zmienił przez ponad 80 lat.

    Sformułowany przez autora broszury skrajnie negatywny obraz Polaków miał usprawiedliwiać zastosowanie przeciwko nim najbardziej brutalnych środków. „Naród ukraiński nie przestaje walczyć z Polakami, wierząc, że przyjdzie godzina krwawego porachunku z ciemiężycielami” – czytamy w broszurze. Kilka akapitów dalej dowiadujemy się, że „naród ukraiński dopiero wówczas odzyska swoje prawa, kiedy z bronią w ręku wystąpi przeciwko Lachom-okupantom i wypędzi ich ze swoich ziem”. Zapowiadane powstanie zbrojne przeciwko Polakom Krajowa Egzekutywa OUN wiązała z „przyszłą wojną”, a na razie wzywała swoich zwolenników do bojkotu ekonomicznego „polskich kolonizatorów” i odwetowych akcji zbrojnych, czyli ataków terrorystycznych na instytucje i funkcjonariuszy II RP, które istotnie miały wówczas miejsce.

    Przygotowana w połowie 1938 roku „Doktryna wojskowa ukraińskich nacjonalistów” przewidywała już likwidację i wypędzenie mniejszości narodowych, czyli ludobójcze działania eksterminacyjne, a także stworzenie homogenicznego narodowo i politycznie państwa ukraińskiego. „Zadaniem naszego powstania – czytamy – jest nie tylko zmiana ustroju politycznego. Powinno ono oczyścić Ukrainę z cudzego wrogiego elementu i z niedobrego własnego. Tylko podczas powstania będzie okazja, aby wymieść dosłownie do ostatniej nogi element polski z ZUZ (ziem zachodnioukraińskich – uzup. BP) i w ten sposób położyć kres pretensjom Polaków co do polskiego charakteru tych ziem. Element polski, który będzie okazywać opór, powinien polec w walce, a pozostałych należy sterroryzować i zmusić do ucieczki za Wisłę. Dlatego też nie można dopuścić, żeby po odzyskaniu ZUZ element polski mógł mieszkać tutaj obok Ukraińców. ZUZ przyszłego mocarstwa ukraińskiego powinny być czyste z narodowego punktu widzenia, ponieważ ziemie te mają szczególne znaczenie dla przyszłości państwa ukraińskiego (…). Trzeba pamiętać, że im więcej wrogiego elementu polegnie podczas powstania, tym łatwiej będzie budować mocarstwo ukraińskie i tym silniejsze ono będzie”.

    Planowano przeprowadzenie ludobójczej czystki etnicznej nie tylko na Polakach, lecz również na Żydach. Autorzy cytowanego dokumentu dali temu wyraz w następujących słowach: „Nie ma wątpliwości, że gniew narodu ukraińskiego wobec Żydów będzie szczególnie straszliwy. Nie powinniśmy tłumić tego gniewu, wręcz przeciwnie, [mamy go]podsycać, bo im więcej Żydów zginie podczas powstania, tym lepiej dla państwa ukraińskiego, ponieważ Żydzi będą jedyną nacją, jakiej nie odważymy się objąć polityką denacjonalizacyjną. Wszystkie inne mniejszości, które wyjdą żywe z powstania, będziemy denacjonalizować”. W „Doktrynie wojskowej” nakazywano również niszczyć należące do Polaków dwory, w przeciwnym razie „Polacy rozpuszczą plotki, że nacjonaliści boją się niszczyć polskie dwory w obawie, że Polacy znowu tu wrócą i się zemszczą. Taka propaganda ostudzi poryw mas do powstania, co sprawi, że zajmą one pozycję oczekującą (…). Bez tego zniszczenia nasze powstanie nie zyska niezbędnego okrucieństwa. Powstanie nacjonalistyczne powinno być wulkanem, w którym spłonie wszystko, co wrogie, martwe czy żywe”.

    W datowanej na maj 1941 roku instrukcji „Walka i działalność OUN podczas wojny” zasady polityki OUN wobec mniejszości narodowych zostały sformułowane następująco:

    „Mniejszości narodowe dzielą się na: a) przyjazne nam, a więc członkowie wszystkich zniewolonych narodów; b) wrogie nam, Moskale, Polacy, Żydzi.

    1. a) Mają te same prawa, co Ukraińcy, mogą wrócić do ojczyzny.
    2. b) Są likwidowani w walce oprócz tych, którzy bronią reżymu: tych należy przesiedlić na ich ziemie, likwidować należy przede wszystkim inteligencję, której nie wolno dopuszczać do żadnych instytucji rządowych, uniemożliwiając w ogóle pojawienie się inteligencji, a więc dostęp do szkół itd. Na przykład tak zwanych polskich chłopów należy zasymilować, uświadamiając ich, tym bardziej w tych gorących, pełnych fanatyzmu czasach, że są oni przymusowo zasymilowanymi Ukraińcami, lecz obrządku łacińskiego. Kierowników likwidować. Żydów izolować, usunąć z instytucji rządowych, żeby uniknąć sabotażu, tym bardziej Moskali i Polaków. Jeśli zaistniałaby nieunikniona konieczność pozostawienia w aparacie państwowym Żyda, postawić nad nim naszego milicjanta i zlikwidować za najmniejsze przewinienie. Kierownikami poszczególnych dziedzin życia mogą być tylko Ukraińcy, a nie obcy wrogowie. Asymilacja Żydów jest wykluczona”.

    Kolejny, 17 punkt rozdziału wyjaśniał: „Nasza władza powinna budzić postrach wśród jej przeciwników. Terror dla obcych wrogów i swoich zdrajców”.

    Mamy tu więc zarysowany plan nie tylko eksterminacji mniejszości narodowych na ziemiach zamieszkałych przez większość ukraińską, ale plan stworzenia totalitarnego i faszystowskiego państwa ukraińskiego na wzór hitlerowski. Znalazło to swój wyraz także w deklaracji tzw. rządu Jarosława Stećki z 30 czerwca 1941 roku, gdzie identycznie jak we wspomnianej instrukcji z maja 1941 roku zapowiedziano, że „władza nasza będzie okrutna”.

    Od Służby Bezpieczeństwa OUN i przyszłej policji ukraińskiej wymagano „zduszenia w zarodku wszelkich prób przejawienia przez cudzy element jakiejkolwiek organizacji na Ukrainie”. Wątpliwości co do planowanego ludobójstwa nie pozostawia następujący fragment instrukcji OUN z maja 1941 roku: „Jest to czas rewolucji narodowej, dlatego więc nie powinno być żadnej tolerancji względem dawnych przybyszów”.

    W opracowanym pod koniec 1942 roku „Programie wojskowym” OUN-B znajdujemy bezpośrednie odniesienia do „Doktryny wojennej” Mychajło Kołodzińskiego (1902-1939), opublikowanej po jego śmierci w 1940 roku. Oprócz wizjonerskich fantazji o rozpadzie ZSRR program wojskowy zawiera jasno sformułowane propozycje usunięcia tzw. „mniejszości narodowych”. Czytamy o tym w poniżej zacytowanym fragmencie.

    „Dowództwo Główne wymaga od krajowych dowództw wojskowych:

    Z chwilą rozpoczęcia walki o niepodległość zlikwidować za wszelką cenę kwestię mniejszości narodowych. W celu zlikwidowania tej kwestii należy wytępić mniejszości narodowe – wrogów narodu.

    1. Rosyjską mniejszość narodową trzeba pozostawić w spokoju, ponieważ zżyła się ona z ukraińskim narodem i nie stanowi żadnego zagrożenia. Razem z narodem ukraińskim (głównie chłopstwo) wspólnie przeżywa ona różne wydarzenia polityczne. Rosyjskich działaczy walczących z Ukraińcami należy wytępić, najpierw dokonując ich rejestracji, głównie w małych miasteczkach, ponieważ są oni wrogami Ukraińców.
    2. Żydów nie należy mordować, lecz wysiedlić z Ukrainy, umożliwiając im wywiezienie części majątku. Należy się z nimi liczyć, ponieważ mają oni duży wpływ w Anglii i w Ameryce.
    3. Wszystkich Polaków należy wysiedlić, dając im możliwość wzięcia z sobą tego, co zechcą wziąć, ponieważ ich również będzie bronić Anglia i Ameryka. Tych, którzy nie będą chcieli wyjechać – wymordować. Najaktywniejszych wrogów, a spośród nich wszystkich członków organizacji przeciwukraińskich wymordować na dzień przed ogłoszeniem mobilizacji. Zostaną oni zarejestrowani odpowiednio wcześniej przez rejonowe i powiatowe dowództwa wojskowe. Likwidacją będzie się zajmować żandarmeria, a w poszczególnych przypadkach „SB”. Zabrania się wykorzystywać w tym celu żołnierzy armii.”

    Wykonanie „punktów narodowych” programu wojskowego miało być powiązane w czasie z „rozpoczęciem walki o niepodległość”. Prawdopodobnie na początku chodziło o dość odległy termin, dlatego plan zagłady „mniejszości narodowych” nie został sformułowany radykalnie. Jednak dynamiczna zmiana sytuacji wojennej na przełomie 1942/1943 roku – w tym perspektywa powrotu polskiej państwowości na Kresy Wschodnie po spodziewanej klęsce Niemiec – spowodowała radykalizację pierwotnego planu. Po III Konferencji OUN (17-23 lutego 1943 roku) oraz dezercji do formacji OUN-B i UPA kilku tysięcy funkcjonariuszy ukraińskiej policji pomocniczej w marcu i kwietniu 1943 roku, dowódca UPA-Północ Dmytro Kłaczkiwśkij (pseudonim „Kłym Sawur”) przystąpił do realizacji „programu wojskowego”, która przybrała postać zorganizowanego ludobójstwa ludności polskiej.

    Upublicznione w internecie przez rosyjskiego historyka Aleksandra Diukowa dokumenty bezsprzecznie dowodzą, że ludobójstwo wołyńsko-małopolskie nie było przypadkiem, ale na długo wcześniej stopniowo i precyzyjnie planowaną akcją. Wyłania się z nich jaskrawy obraz anatomii przyszłej zbrodni, ukraińskiego szowinizmu i skrajnego antypolonizmu. Już tylko te źródła historyczne pokazują szatańskie i groźne oblicze nacjonalizmu ukraińskiego sprzed 80-70 lat, które zasadniczo nie zmieniło się do dzisiaj.

    Niestety siły polityczne Polski pookrogłostołowej za swojego sojusznika na Wschodzie uznały właśnie nacjonalizm ukraiński. Przez ponad ćwierć wieku bagatelizowały jego radykalnie antypolski charakter i współuczestniczyły w wybielaniu jego zbrodniczej historii, by na koniec razem z USA i Niemcami umożliwić mu powrót do głównego nurtu życia politycznego na Ukrainie w wyniku przewrotów z 2004 i 2014 roku. I to jest najbardziej przerażające.

    Bohdan Piętka

    [1] „Как и за что мы боремся с поляками”: антипольская программа ОУН в архивных документах, www.http://rusarchives.ru (portal Архивы России – Федеральное Архивное Агентство), 1.12.2016.

    [2] „Rosyjski historyk o współpracy służb specjalnych Litwy z III Rzeszą”, http://www.dzieje.pl, 15.10.2013.

    System III RP się nie domknął


    niezalezna.pl - strefa wolnego słowa

     

    30 grudnia 2016

     

    ​Prof. Zdzisław Krasnodębski: System III RP się nie domknął

     

    Dodano: 30.12.2016 [22:12]

    ​Prof. Zdzisław Krasnodębski: System III RP się nie domknął - niezalezna.pl

    foto: Marcin Pegaz/Gazeta Polska

    – Sięgnięto po hasła, które są dla Polaków ważne – walki o demokrację, o wolne media, o prawa jednostkowe. Nieprzypadkowo często obecne hasła są podobne do tych, które jeszcze przed rokiem były domeną naszej strony. Jeszcze nie krzyczą „Bóg – Honor – Ojczyna”, ale już słychać „Precz z komuną” – stwierdza europoseł Prawa i Sprawiedliwości, prof. Zdzisław Krasnodębski, w rozmowie z Wojciechem Muchą dla „Gazety Polskiej Codziennie”.
    Co takiego dzieje się w Polsce? Jedni mówią, że to, co się dzieje, to pucz, inni – że to ciamajdan – karykatura rewolucji.
    To ten sam spór, spór o Polskę, który się toczy od 1989 r., tylko czasami jest on bardziej gwałtowny. Spór należy do istoty demokracji. Patrzę na inne kraje, o których myślałem, że ich społeczeństwa są mniej spolaryzowane, mniej emocjonalne – np. o Anglikach tak myślimy, a tymczasem brexit wywołał emocje – podobnie jest z Amerykanami. Więc w jakimś sensie nie dzieje się nic nadzwyczajnego.
    Z czego to się wzięło? Zwykła wymiana władzy nie powinna powodować takiej reakcji.
    Widzimy wyraźną intensywność i determinację odrzucenia przez mniejszość większości rządzącej. Do tego brak pohamowania w nieakceptacji i chęć odwoływania się do wzorów rewolucyjnych – majdanu – w celu zmiany władzy w Polsce.
    Rzeczywiście to ten sam spór, który się przetacza przez III RP?
    Tak. Oczywiście przy różnych zmianach ugrupowań, ich nazw, przepływie osób. Natomiast jest druga rzecz – ten dzisiejszy spór jest niezwykle ostry i nie dotyczy całego polskiego społeczeństwa. Dziś miałem wizyty osób z terenu. Ludzie w Polsce – poza paroma wielkimi miastami – żyją swoim życiem. Oczywiście, są podzieleni ideowo, ale te emocje, które towarzyszą wydarzeniom na Wiejskiej, są im obce.
    Czyli to politycy opozycji solo chcą obalić rząd?
    Tak, chcą zmienić rząd. Ale nie w wyniku kolejnych wyborów demokratycznych, ale przez różnego rodzaju akcje protestacyjne oraz przy pomocy z zagranicy. I także w tym wypadku przekracza się wszelkie granice. Opozycja zaognia konflikt i jednocześnie tłumaczy swoim ludziom, że „PiS to całe zło”. Bo tylko to pozwala przekraczać im kolejne granice w swoim zachowaniu.
    Czy jednak nie boi się Pan, że nastąpi zmęczenie tym sporem i że ludzie zatęsknią za ciepłą wodą i spokojem? Jak w 2007 r.?
    To jest ten sam plan w wydaniu długofalowym. Takie pokazywanie rzekomego „demolowania Polski”, że oto „nawet budżetu się nie da uchwalić”. Ta kalkulacja jest obliczona na pokazanie, że wszędzie gdzieś coś się pali, by wywołać poczucie niepokoju, utraty bezpieczeństwa. Jak Pan wie, to w 2007 r. już przyniosło efekty.
    To jest ta „taktyka tysiąca Wietnamów”?
    Tak. To powoduje, że powinniśmy bardzo się zastanawiać nad czynionymi krokami i unikać niepotrzebnych konfliktów.
    Takich jak ten ostatni o media w Sejmie?
    Nagle zupełnie niepotrzebnie pojawiła się zbieżność wydarzeń. Pod koniec roku, kiedy odchodzi „ukochany i charyzmatyczny prezes Rzepliński”, kiedy uchwala się budżet, kiedy wchodzi uchwała dezubekizacyjna, nagle mamy dyskutować, że dziennikarze nie powinni nękać polityków w Sejmie.
    Dało się to zrobić inaczej?
    To trzeba było zrobić po rozmowach, negocjacjach z zapewnieniem przejrzystości i kontroli. Media są potrzebne, także opozycyjne. Bardzo bym się niepokoił, gdyby tylko media nam życzliwe pozostały.
    Spotkałem się z opinią, że część opozycji przypomina narkomana z syndromem odstawienia. Jej przedstawiciele utracili władzę, która była dla nich jak narkotyk.
    To oczywiście jest też ukryta motywacja, by podsycać konflikt. Jest takie pojęcie ukute przez Leopolda Tyrmanda, z książki „Cywilizacja komunizmu” – ludzie „przeznaczeni do dobrobytu” niezależnie od systemu panującego w Polsce. Tym ludziom po 1989 r. zaczęło się wydawać, że są przeznaczeni także do posiadania władzy. I byli przekonani, że obecna zmiana rządu nie będzie prowadziła do utraty pozycji – chcieli przeczekać trudny okres. Starali się więc zabezpieczyć instytucjonalnie przez Trybunał Konstytucyjny.
    Który z sądu stał się „ostatnim bastionem III RP”.
    Tak. Ci ludzie niemal zawsze mają po swojej stronie „sferę instytucji”, przewagę medialną i część społeczeństwa obywatelskiego. Ale to nie wystarczyło. Okazało się, że nowa władza jest silniejsza, niż się wydawało, że zmiana będzie głęboka. To, co się teraz dzieje, to jest nic innego, jak wynik desperacji. Stabilizacja władzy sprawi, że duża część przywilejów skończy się w przyszłym roku. I to jest walka o ich zachowanie. Nie wspominając o zarzutach karnych, które mogą spotkać niektórych notabli zamieszanych w afery minionych lat.
    Czyli dla „przeznaczonych do dobrobytu” jest to gra o życie?
    To zdeterminowana, rozpaczliwa próba obrony status quo. Warunkiem skuteczności jest wielka mobilizacja stronników, ale to nie wystarcza – potrzeba także poparcia szerszych kręgów społeczeństwa. Dlatego sięgnięto po hasła, które są dla Polaków ważne – walki o demokrację, o wolne media, o prawa jednostkowe. Nieprzypadkowo często ich hasła są podobne do tych, które jeszcze przed rokiem były domeną naszej strony. Jeszcze nie krzyczą: „Bóg – Honor – Ojczyna”, ale już słychać: „Precz z komuną”.
    To smutne, że Polacy się na to nabierają.
    Jest coś w tym sporze uderzającego i optymistycznego zarazem. Na poziomie jawnego dyskursu hasła i wartości są podobne. Nie da się zmobilizować Polaków przeciwko posłom PiS-u pod hasłem „bronimy ubeckich emerytur”. Trzeba wymyślić coś innego.
    Na przykład walkę o wolne media czy wskazywanie niepopularnego posła Stanisława Piotrowicza, że był rzekomo podporą stanu wojennego.
    A przy tym na zewnątrz, dla zagranicy, przekaz jest jeszcze inny, jeszcze bardziej uproszczony, przedstawiający nasz kraj w jak najgorszym świetle. Przeciętny telewidz z Zachodu jest przekonany, że protesty w Sejmie miały miejsce w czasie uchwalania niezmiernie restrykcyjnej ustawy o mediach, że PiS chciał radykalnie ograniczyć prawa mediów. Nie mówi się, że debata dotyczyła budżetu lub że uchwalano ustawę dezubekizacyjną.
    Dziwią Pana okrzyki „precz z komuną” ze strony opozycji?
    W polskim teatrze są pewne role, które trzeba obsadzić. Jest też rola pisowca komunisty, mająca świadczyć o tym, jak ta partia jest obłudna i w gruncie rzeczy zakorzeniona w postkomunistycznej przeszłości – kiedyś przykładem tego był sędzia Andrzej Kryże, dziś jest poseł Piotrowicz. A przecież to oczywiste, że to PO przejęła elektorat postkomunistyczny, że wśród jej posłów są byli członkowie PZPR-u, jej założycielem był Andrzej Olechowski, w Parlamencie Europejskim widzę wiele twarzy ludzi z PO, którzy byli przedtem w PZPR-u, itd.
    Ale czy to nie był błąd, by posła Piotrowicza – jednak człowieka przeszłości nieakceptowalnej nawet dla części wyborców PiS-u – wystawić jako twarz sporu o Trybunał?
    Od samego początku byłem i jestem zwolennikiem dekomunizacji. Oczywiście są różne przypadki indywidualne, ale gdyby mnie ktoś o to zapytał, tobym odradzał tego rodzaju decyzje czy promowanie tej osoby. Skądinąd ludziom, którzy stawiają zarzuty w sprawie przeszłości posłowi Piotrowiczowi, nie przeszkadza – a mnie przeszkadza – przeszłość byłego prezesa TK Andrzeja Rzeplińskiego. Uważam, że na tym stanowisku były członek PZPR-u nie ma czego szukać.
    Wystąpił z partii w 1981 r., a poseł Piotrowicz był wówczas prokuratorem.
    A cóż to? To wcześniej można było być w PZPR-ze? Do kiedy? Do 1956, 1968, 1970 r.? Poza tym prezes TK to stanowisko wyjątkowe. Ale to mój osobisty pogląd. Mogę tylko ubolewać, że jako społeczeństwo uznaliśmy, iż taka przeszłość nie jest dyskwalifikująca. Chodzą przecież pogłoski o ojcach założycielach Platformy Obywatelskiej – oficerach wywiadu PRL – i nic z tego nie wynika, zwolennikom PO to nie przeszkadza. Niestety taki się model demokracji ukształtował w Polsce (między innymi dzięki PO), że pezetpeerowska, a nawet ubecka przeszłość nie dyskwalifikują.
    Prawo i Sprawiedliwość mogło to zmienić i wciąż może.
    Trzeba sobie powiedzieć, że ten problem był zasadniczy jeszcze w czasie poprzednich rządów PiS-u, kiedy wchodziła ustawa lustracyjna, zatrzymana przez Trybunał Konstytucyjny, co niestety uważam za hańbę TK – ta ustawa dotyczyła profesorów uniwersytetów, dziennikarzy.
    Tyle że ta ustawa chyba była nie najlepiej skonstruowana.
    Można było ją poprawić. Sama intencja, by zakończyć tę sprawę i dokonać szerokiej lustracji zawodów, które powinny takiemu procesowi podlegać, dokonać rozliczenia z przeszłością, była z zasady słuszna. Obecnie zmiana pokoleniowa sprawia, że problem staje się coraz bardziej historyczny. Mniej chodzi o osoby, bardziej o instytucje, o transfer postaw. W Polsce nikłe jest jednak dążenie samych instytucji do tego, by się oczyścić.
    I znów etykiety z lat PRL-u. Część młodych odrzuca przez to klasę polityczną i jeśli się angażują, to w małych ojczyznach, w ruchach miejskich. Teoretycznie apolitycznych, a często lewicujących. Jak wytłumaczyć młodym, że to, co się dzieje, ich dotyczy?
    Ruchy miejskie to często absolwenci różnorakich instytutów, w tym mojego macierzystego – Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Myślę, że niektórzy z młodych działaczy byliby inni, gdyby lepiej znali historię instytucji, w których zostali wykształceni. Dlaczego ci młodzi ludzie o lewicujących poglądach nie domagają się, by ktoś napisał monografię ich instytutu, wydziału, by zbadał dokumenty, posiedzenia rady naukowej? Ponadto, choć dziś problem rozliczenia PRL-u staje się coraz bardziej problemem historycznym, wraca problem komunizmu. Mamy w Polsce niepokojący renesans marksizmu, a nawet leninizmu czy stalinizmu. Odbywa się to zupełnie jawnie – wydaje się Marksa, czyta się go – są próby rehabilitacji, nie tylko lat 70., tylko wręcz 50. – okresu stalinizmu. To zaczyna być trwałe i niepokojące zjawisko. Powraca ten sam spór ideowy i polityczny w nowej odsłonie.
    Czyli i tu mamy ciągłość idei i konfliktu?
    To, co się mówi o sporze trzeciego pokolenia AK z trzecim pokoleniem UB jest trafnym określeniem. Ci ludzie bronią często swoich rodziców, swoich dziadków, ich postaw i wyborów.
    W 2005 r. przez krótką chwilę wydawało się, że odchodzimy od polaryzacji postkomuniści–obóz solidarnościowy. Minęła dekada, a ludzie wychodzą na ulice z hasłami jak w PRL-u. Ten spór chyba się zamyka wśród najbardziej zdeterminowanych wyborców. A reszta albo się alienuje, albo skazuje na emigrację – wewnętrzną i zewnętrzną.
    Po części tak to wygląda. Ten spór toczy się głównie w Warszawie. To spór elit przy mobilizacji swoich zwolenników, którzy istnieją w całej Polsce, ale kondensuje się on, również wizualnie, w stolicy. Tamta strona imituje to, co my kiedyś głosiliśmy. Przez pewien czas mówiliśmy o Konfederacji Wolnych Polaków. Teraz przeciwnicy rządu imitują te hasła i metody działania, bo są przekonani o ich skuteczności – to one przecież doprowadziły do zmiany sytuacji w Polsce.
    Mówił Pan w 2013 r., że obecny system jest gorszy niż całej III RP. Że „atrofia krytycznej debaty powoduje, iż polityka bezrefleksyjnej modernizacji rozumianej tylko jako wzrost gospodarczy postępuje jeszcze szybciej”. Czy to się zmieni? Teraz też nie ma żadnej debaty. PiS rządzi rok, a tekstów publicystycznych dotykających sedna sprawy jest jak na lekarstwo. Królują te, które mają utrzymać elektoraty w stanie gotowości.
    Niestety głęboki konflikt ostatnich dziesięciu lat sprawił, że tak się stało. Legitymizacja władzy PO polegała na tym, że wzmacniano przekonanie pewnych ludzi, iż to właśnie oni są przeznaczeni do władzy i dobrobytu oraz że PiS nie może nigdy dojść do władzy, że największa partia opozycyjna nie ma prawa wygrać. Jednocześnie mówili: „jak będziecie mieli większość, to sobie przegłosujecie”. I po 2010 r. niemal całkowicie wyparto z oficjalnej sfery publicznej naszą stronę.
    Mówili wręcz: „Wyginiecie jak dinozaury”. Chyba doszli do wniosku, że „system się domknął”.
    Właśnie dlatego powstały wtedy drugi obieg i nowe społeczeństwo obywatelskie, ukonstytuowała się wspomniana już konfederacja. Oni zaś tego nie zauważali, a przynajmniej starali się nie dostrzegać. Wychowali młode pokolenie swoich polityków, działaczy i sympatyków we wspomnianym przekonaniu o przeznaczeniu do dobrobytu i władzy. Stąd ich szok po przegranych wyborach. Myślę, że np. Krystyna Janda czy Agnieszka Holland naprawdę wierzyły, że „tak już będzie zawsze”. To musiało być traumatyczne przeżycie. Negatywnym, choć być może nieuniknionym, skutkiem tego całego procesu była swoista militaryzacja dyskursu publicznego. W reakcji na brutalne ataki, na propagandę nasza strona odpowiedziała tym samym.
    Odpowiedziała na emocje emocjami.
    W tamtej sytuacji to było konieczne – nie zapominamy o 2010 r., o Smoleńsku, o zdradzie stanu przez Donalda Tuska, który – zawsze będę to mówił – sprzeniewierzył się obowiązkom premiera RP. To spolaryzowało społeczeństwo. Bo też było nie do zaakceptowania.
    I dlatego w Polsce nie ma pola do debaty publicznej?
    Niedawno byłem zaproszony na dyskusję w Fundacji Batorego. Zdumiało mnie, że niektórzy ludzie, którzy pisali do mnie po tej rozmowie, uważali ją za coś nadzwyczajnego, że to była wymiana argumentów mimo różnicy poglądów.
    To było dla nich niespotykane?
    Tak. Nie wiem, czego się spodziewali. Ja poza Polską ciągle spotykam ludzi o różnych poglądach, do tego jestem przyzwyczajony, to stały element życia uniwersyteckiego.
    A w Polsce?
    Wczoraj np. brałem udział w dyskusji radiowej z politologiem i socjologiem. I cóż – być może sam reagowałem nerwowo, bo ich diagnozy wydawały mi się całkowicie nonsensowne.
    Jakiego typu diagnozy?
    Znany socjolog powiedział, że obecnie, w 2016 r., okazało się, że mamy słabe instytucje i silne społeczeństwo obywatelskie, więc odwrotnie, niż sądzono. To teza, która kompletnie mnie zdumiała. To może powiedzieć tylko człowiek, który właśnie np. w 2012 r. uważał, że PO zarządza sprawnymi instytucjami państwowymi, który nie dostrzegał ówczesnego ruchu obywatelskiego protestu. Teraz zaś twierdzi, że PiS rozbija te instytucje, a społeczeństwo obywatelskie odżywa, bo ktoś się położył na asfalcie przed Sejmem. A przecież to ich teoretyk powiedział, że „państwo istnieje teoretycznie”.
    Jeden z recenzentów Pana książki „Demokracja peryferii” pisze, że w III RP „wystąpiło połączenie technokracji z demoralizacją polityków i zwykłych ludzi”.
    Przyjąłem tezę, że dopiero katastrofa smoleńska uruchomiła społeczeństwo obywatelskie na tyle, że stało się ono realnym uczestnikiem gry politycznej.
    Zagadzam się z taką oceną. Dowodem na to są reakcje osób, które zaczęły się organizować w kluby dyskusyjne, stowarzyszenia. Pojawiło się poczucie uobywatelnienia. Każdy z nas przemierzał setki kilometrów, by spotykać się często z paroma osobami. Ludzie mieli poczucie, że muszą coś zrobić. Pamiętajmy, że wówczas nastąpił gremialny wzrost liczby zapisów do Prawa i Sprawiedliwości, skądinąd niewykorzystany.
    Jak PO-PiS, w który wielu wierzyło, a który okazał się mirażem?
    Tamto chwilowe porozumienie dotyczyło w dużej mierze wyłącznie elit i spowodowało, że w kontrze do postkomunistów doszło do zbliżenia nurtów liberalnego i konserwatywnego. Ale to nie miało wówczas takiej mocy.
    Wydaje się, że z oczywistych względów Smoleńsk dotknął każdego z osobna i wszystkich naraz.
    Tak. Ja zgadzam się z krytykami naszych rządów, że nie wykorzystujemy potencjału ruchu społecznego, który powstał wokół PiS-u, gdy był on w opozycji.
    Właśnie – dlaczego dużej części tych ludzi nie włączono w proces dobrej zmiany?
    Zawsze pojawia się bardzo prosta krytyka, że zmiany personalne idą zbyt wolno. Ja nie uważam, że zmiana musi i może być wyłącznie personalna. Błędem jest, że nie udało się wciągnąć znacznej części społeczeństwa w procesy decyzyjne.
    Co ma Pan na myśli?
    Na przykład dyskusję nad krytykowanym regulaminem sejmowym dotyczącym dziennikarzy. Albo inne sprawy: przed chwilą rozmawiałem na temat Polski cyfrowej, kwestii typowo technicznych, ale ważnych dla modernizacji kraju. Przychodzą do mnie także często ludzie z organizacji pozarządowych, na przykład ostatni interesuje się tzw. whistle blowers – „sygnalistami” – którzy zajmują się śledzeniem nieprawidłowości, mających miejsce w życiu publicznym. Uważam, że powinno się przeprowadzać konsultacje z przedstawicielami takich inicjatyw.
    Skąd się biorą tacy ludzie?
    Ci to akurat środowiska raczej lewicowo-liberalne, z Fundacji Batorego. Inni są z rozmaitych organizacji i stowarzyszeń, często także prywatnych firm. Ale uważam, że pewne rzeczy, które oni głoszą, są w interesie ogólnym oraz współbrzmią z naszymi hasłami.
    A oni się z tymi hasłami zgadzają?
    Sami przyznają, że to dopiero ten rząd zaczyna się zajmować niektórymi sprawami, choć niedostatecznie energicznie. I nic by nie przeszkadzało, by włączać tych ludzi w procesy konsultacyjne. To oczywiście trudniejsze – gdyż wymaga czasu i nie zawsze prowadzi do zgody – niż podejmowanie decyzji w wewnętrznym kręgu, arbitralnie. Ale to była nasza obietnica wyborcza.
    Co więc powinien zrobić PiS? Wyciągnąć rękę do opozycji, która – jak twierdzi Andrzej Gwiazda – jest jak mafia: depcze, gdy ktoś pokazuje słabość? A może zrealizować program za wszelką cenę i być może stracić władzę?
    Ważne jest zrealizowanie programu. Jeśli coś z programu PiS-u zostanie na stałe, jeśli zmniejszy się np. trwale obszar biedy w Polsce, co już się dzieje, to żadna inna władza nie odważy się tego zmienić – i to będzie najważniejsze.
    To znaczy, że nie należy się porozumiewać z opozycją?
    Nie uważam, by dało się rozmawiać z częścią przywódców Nowoczesnej lub Platformy, nie da się rozmawiać ze skrajną, faszyzującą lewicą. Można jednak ułożyć się z pewną częścią opozycji – zaproponować jej przedstawicielom współpracę i rzeczywiście odzyskać na rzecz współdziałania część protestujących w dobrej wierze ludzi.
    Zapewne w społeczeństwie jest część kontestujących, a jednocześnie niechcących, by mówili za nich Mateusz Kijowski, Marek Dukaczewski czy Adam Mazguła.
    No właśnie.

    Autor: Wojciech MuchaŹródło: Gazeta Polska Codziennie

    Prezydent ustanowił Krzyż Wschodni


     

    Krzyż Wschodni, wersja sprzed zmiany zakresu dat na lata 1917-1991. Fot. Sejm

    Prezydent podpisał ustawę o ustanowieniu Krzyża Wschodniego

    Dodane przez Lipinski

    Opublikowano: Piątek, 30 grudnia 2016 o godz. 12:12:42

    Andrzej Duda podpisał ustawę ustanawiającą Krzyż Wschodni, którym będą mogły być odznaczane osoby pomagające Polakom represjonowanym na Wschodzie w latach 1917-1991.

     

    Zgodnie z ustawą o Krzyżu Wschodnim, przyjętą wcześniej jednogłośnie przez Sejm, odznaczenie to ma nadawać prezydent na wniosek ministra spraw zagranicznych tym obcokrajowcom, którzy ratowali Polaków na Kresach Wschodnich I i II Rzeczypospolitej, a także na terenach byłego ZSRR, często ryzykując przy tym życiem swoim i swoich rodzin. Szef MSZ ma przedstawiać wnioski z własnej inicjatywy lub z inicjatywy związków i stowarzyszeń kombatanckich, organizacji społecznych, kierownika Urzędu ds. Kombatantów oraz osób prywatnych, po zasięgnięciu opinii prezesa IPN. Jak napisano na stronie internetowej Kancelarii Prezydenta RP, nadawanie przez Prezydenta RP Krzyża Wschodniego osobom narodowości innej niż polska ma być dowodem wdzięczności oraz wyrazem szacunku i pamięci dla osób ratujących Polaków.

    Według pierwotnej wersji, odznaczenie odnosiło się do pomocy w okresie od 1937 roku (początek operacji polskiej NKWD i masowych represji względem Polaków na terytorium ówczesnego ZSRR; po 17 września 1939 roku również tych, którzy zamieszkiwali Kresy Wschodnie II RP) do roku 1959 (zakończenie drugiej repatriacji Polaków z Kresów, w ramach której zmuszono do opuszczenia swoich domów ćwierć miliona osób). Ostatecznie przyjęto jednak poprawki Senatu zakładające rozszerzenie tego okresu do lat 1917-1991.

    W trakcie prac w Sejmie przyjęto m.in. poprawkę, zgodnie z którą ustawa o ustanowieniu Krzyża Wschodniego wejdzie w życie pół roku od jej ogłoszenia w Dzienniku Ustaw. Pierwotnie zakładano, że miałaby ona wchodzić w życie z dniem opublikowania.

    Według projektu, na krzyżu znajdzie się napis „Ratującym Polaków”, a także herb Rzeczypospolitej Trojga Narodów. Prace nad ustawą w tej sprawie, jak informowaliśmy, rozpoczęły się na początku października.

    – Upamiętnienie ludzi, którzy często ryzykując własne życie ratowali naszych rodaków, jest naszym moralnym obowiązkiem; to jest obowiązek państwa polskiego. Ich działanie było aktem odwagi, przykładem chrześcijańskiego miłosierdzia, człowieczeństwa w tamtych nieludzkich czasach – podkreślał wcześniej poseł PiS Michał Dworczyk, przewodniczący sejmowej Komisji Łączności z Polakami za granicą. Zaznaczył też, że w ten sposób Polska przypomina o historii i dziedzictwie Kresów I i II RP. – To bardzo ważne, to część naszej polskiej tożsamości – powiedział Dworczyk dodając, że ustanowienie Krzyża Wschodniego będzie też „ważnym narzędziem prowadzenia polityki historycznej”.

    Wołodymyr Wiatrowycz, negacjonista wołyński i prezes ukraińskiego IPN już skrytykował odznaczenie. Zdaniem Dworczyk, wpisuje się to „w prowadzoną politykę negowania Rzezi Wołyńskiej, a gloryfikacji nacjonalistów”.

    – Tłumaczą to jako próba politycznego zakłamywania historii. Zgodnie z narracją ukraińskiego IPN nie było ludobójstwa i czystek etnicznych, była wojna między Ukraińcami a Polakami zaznaczył poseł.

    Przeczytaj: Wiatrowycz o Wołyniu: zbrodnie były symetryczne

    PAP / prezydent.pl / Kresy.pl

    Putin nie wyrzuci amerykańskich dyplomatów


    Putin: Nie zamierzamy wydalać z kraju amerykańskich dyplomatów

    Posted by Marucha w dniu 2016-12-30 (piątek)

    Władimir Putin podjął decyzję, by nie wydalać z Rosji amerykańskich dyplomatów w odpowiedzi na działania Waszyngtonu.

    Prezydent Rosji zadecydował, by nie wydalać z kraju amerykańskich dyplomatów w odpowiedzi na działania USA – informuje służba prasowa Kremla. Rosyjski prezydent zaznaczył, że istniejąca praktyka międzynarodowa daje stronie rosyjskiej wszelkie podstawy ku temu, by podjąć adekwatne kroki.

    — Nie będziemy stwarzać problemów amerykańskim dyplomatom. Nikogo nie będziemy wydalać. Nie będziemy zakazywać ich rodzinom i dzieciom korzystania z miejsc wypoczynku, w których przywykli odpoczywać w czasie świąt — powiedział Putin.

    Wcześniej rosyjski minister spraw zagranicznych oświadczył, że Rosja nie pozostawi bez odpowiedzi sankcji USA i będzie działać na zasadzie wzajemności i zaproponował prezydentowi Putinowi wydalenie z Rosji 31 pracowników ambasady USA i 4 pracowników konsulatu w Sankt-Petersburgu.

    https://pl.sputniknews.comimages (45)

    Polska krajem największych nierówności społecznych


    Telewizja Republika.pl

    Polska krajem największych nierówności społecznych

     

    kos

    17:38 30 grudnia 2016

    FLICKR/AREK OLEK/CC BY 2.0

    Wedle ostatnich badań Eurostatu 10 proc. najbogatszych Polaków zarabia 5 razy więcej, niż 10 proc. najbiedniejszych obywateli naszego kraju.

    Jak wynika z badań jesteśmy kraje z największymi nierównościami ze wszystkich w Unii Europejskiej. Statystyki obejmują rok 2014 i dotyczął pracowników firm zatrudniających powyżej 10 pracowników. Nierówności w poszczególnych państwach można stwierdzić, porównując grupę 10 proc. najlepiej zarabiających z grupą 10 proc. najmniej zarabiających. Z badań wynika, że największe nierówności zaobserwowano w Polsce, Rumunii, na Cyprze, w Portugalii, Bułgarii i Irlandii. 

    Źródło: eurostat

    Mołdawia: Usunięcie prozachodniego ministra


     

    Xportal.plInformacje, Idea, Polityka30.12.2016

     

    Mołdawia: Usunięcie prozachodniego ministra

    29 grudnia 2016 09:47

    Igor Dodon, prezydent Mołdawii, który niedawno wygrał wybory dzięki antyzachodniemu programowi politycznemu, zdymisjonował ministra obrony Anatola Salaru. W upublicznionym uzasadnieniu swojej decyzji napisał: Minister flirtował z NATO, wiedząc, że jesteśmy krajem neutralnym, co jest zapisane w konstytucji Republiki Mołdawii. Oskarżył również Salaru o otwarte dążenie do połączenia Mołdawii z Rumunią oraz o to, że w ministerstwie obrony zwalniał ekspertów, zastępując ich osobami „o liberalnych i prounijnych poglądach”.

    To krok szkodliwy dla bezpieczeństwa regionalnego i jest sygnałem zmiany w polityce zagranicznej Kiszyniowa. – skomentowała decyzję mołdawskiego prezydenta Irina Friz z Komisji Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Rady Najwyższej w Kijowie. Stwierdziła, że państwa obszaru postsowieckiego mogą się sprzymierzyć albo z NATO, albo z Rosją.

    Pozostawanie neutralnym jest niemożliwe. – pouczała ukraińska deputowana.

    (Na podstawie rmf24.pl opracował A.D.)

    igor_dodon


    Prezydent zadecydował o przyszłości polskich żołnierzy na zagranicznych misjach


    Wprost.pl

    Prezydent zadecydował o przyszłości polskich żołnierzy na zagranicznych misjach

    Dodano:dzisiaj 16:538 1101894

    Polscy żołnierze w Iraku

    Polscy żołnierze w Iraku / Źródło: Wikimedia Commons / SSGT RICKY A. BLOOM, USAF

    Andrzej Duda wydał decyzje o przedłużeniu misji polskich kontyngentów w kilku krajach. Przedstawiamy listę krajów, w których obecni będą nasi żołnierze.

    Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Zwierzchnik Sił Zbrojnych Andrzej Duda na podstawie ustawy o zasadach użycia lub pobytu Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej poza granicami państwa na wniosek Rady Ministrów wydał postanowienia o:

    • przedłużeniu okresu użycia Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Siłach Międzynarodowych w Republice Kosowa i Byłej Jugosłowiańskiej Republice Macedonii do 30 czerwca 2017 r. Kontyngent będzie liczył do 300 żołnierzy i pracowników wojska;
    • przedłużeniu okresu użycia Polskiego Kontyngentu Wojskowego w misji Resolute Support Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego w Islamskiej Republice Afganistanu do 30 czerwca 2017 r. Kontyngent będzie liczył do 250 żołnierzy i pracowników wojska, w tym do 50 żołnierzy i pracowników wojska w odwodzie na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej;
    • przedłużeniu okresu użycia Polskiego Kontyngentu Wojskowego w szkoleniowej misji wojskowej Unii Europejskiej w Republice Środkowoafrykańskiej do 30 czerwca 2017 r. Kontyngent będzie liczył do 2 żołnierzy;
    • użyciu Polskiego Kontyngentu Wojskowego w składzie Stałego Zespołu Sił Obrony Przeciwminowej Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego – Grupa 2 w działaniach na Morzu Śródziemnym, Morzu Czarnym i Morzu Egejskim w okresie od 1 stycznia 2017 r. do 6 lipca 2017 r. Kontyngent będzie liczył do 70 żołnierzy.

    A także, na wniosek Prezesa Rady Ministrów, wydał postanowienia o:

    • przedłużeniu okresu użycia Polskiego Kontyngentu Wojskowego w operacji Inherent Resolve w Państwie Kuwejt, Republice Iraku oraz w Państwie Katar do 30 czerwca 2017 r. Kontyngent będzie liczył do 150 żołnierzy i pracowników wojska;
    • przedłużeniu okresu użycia Polskiego Kontyngentu Wojskowego w operacji Inherent Resolve w Republice Iraku, Jordańskim Królestwie Haszymidzkim oraz w Państwie Kuwejt do 30 czerwca 2017 r. Kontyngent będzie liczył do 80 żołnierzy i pracowników wojska, w tym do 10 żołnierzy i pracowników wojska w odwodzie na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej.

    / Źródło: Prezydent.pl

    Grzechy główne establishmentu



    INTERIA

     

    KATARZYNA KRAWCZYK

     

    UPADEK ELIT: WSZYSTKIE GRZECHY ESTABLISHMENTU

    Elity zawiodły wyborców? /AFP

    KrawczykKatarzyna Krawczyk

    KATARZYNA KRAWCZYK

    Poniedziałek, 28 listopada (15:00)

    „Establishment w szoku po wyborach”, „Elity we łzach” – takie nagłówki mogliśmy przeczytać w dzień po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Ten szok nie jest niczym nowym. A osławiony już establishment ciężko pracował na taki los.

    *
    W ramach akcji #tekstyroku przypominamy najlepsze materiały napisane przez dziennikarzy serwisu Interia Fakty w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

    *

    Choć biblijnych grzechów głównych jest siedem, elity mają szczególne umiłowanie do trzech: pychy, chciwości i lenistwa. Dowody? Proszę bardzo.

    Pycha

    Kiedy David Cameron w 2013 roku obiecywał w trakcie kampanii wyborczej, że zorganizuje referendum w sprawie wyjścia z Unii Europejskiej, pycha nie pozwalała mu pomyśleć, że wyjście Wielkiej Brytanii ze Wspólnoty może dojść do skutku.

    Kosztem zwycięstwa w wyborach parlamentarnych postawił swój kraj na skraju kryzysu. Później, sam stał się zakładnikiem swojej własnej obietnicy. Nie było już odwrotu. Referendum musiało się odbyć.

    Jednak choć data głosowania była już znana, premier Wielkiej Brytanii nie robił właściwie nic, aby przekonać Brytyjczyków do pozostania w Unii. Media nazwały kampanię w jego wykonaniu „kpiną”, a komentatorzy zauważali, że kompletnie zignorował antyestablishmentowe nastroje w swoim kraju. Efektem był wynik głosowania, który przeraził całą Europę, podzielił Wielką Brytanię i przekreślił karierę polityczną Davida Camerona. 

    Podobna atmosfera panowała w Polsce tuż przed wyborami prezydenckimi i parlamentarnymi. 

    Słowa: „wziąć kredyt i zmienić pracę”, które w odpowiedzi na pytanie młodego człowieka padły z ust ówczesnego prezydenta Polski Bronisława Komorowskiego przeszły już do historii polskiej polityki. Chłopiec, który zapytał o to, jak jego siostra ma kupić mieszkanie, skoro zarabia 2 tys. złotych raczej nie był zadowolony z odpowiedzi. Kiedy okazało się, że prezydent Komorowski nie ma szans na drugą kadencję internauci z lubością uderzyli w niego jego własną bronią.

    Bronisław Komorowski podpadł internautom /

    Bronisław Komorowski podpadł internautom /

    Chciwość

    Hillary Clinton i źródła jej majątku to temat rzeka. Sam jednak fakt, że nie wszystkie kwestie dotyczące działalności fundacji, którą prowadzi z mężem, są jawne – budzi spore wątpliwości. Te niejasności z pewnością nie pomogły wyborcom w podjęciu decyzji o oddaniu głosu na byłą Sekretarz Stanu. To nie jedyny kłopot. Czy to możliwe, że kandydatka na prezydenta Stanów Zjednoczonych wygłaszała płomienną mowę na temat nierówności w społeczeństwie związanych z dochodami w kostiumie wartym 12 tysięcy dolarów (50 tysięcy złotych!)? Możliwe. 

    Obserwuj

    Sarah Westwood

    @sarahcwestwood

    You would think someone would say: „Hey, Hillary, maybe don’t give this speech on inequality wearing a $12k jacket” http://nypost.com/2016/06/05/hillarys-extravagant-campaign-wardrobe-costs-at-least-200k/ …

    16:10 – 6 cze 2016

    Photo published for The surprising strategy behind Hillary Clinton's designer wardrobe

    The surprising strategy behind Hillary Clinton’s designer wardrobe

    Hillary Clinton’s New York primary victory speech in April focused on topics including income inequality, job creation and helping people secure their retirement. It was a clear attempt to position

    nypost.com

  • 626626 podanych dalej

  • 511511 polubień

  • Dodatkowo, według organizacji Oxfam 62 najbogatszych ludzi na świecie, posiada tyle samo majątku co 3,6 miliarda osób na świecie. Takie dysproporcje nie mogą pozostać niezauważone. I to także one rodzą niezadowolenie i bunt. 

    Przykładowo: majątek Angeli Merkel szacowany jest na 11,5 miliona dolarów, Hillary Clinton: 45 milionów dolarów, a Davida Camerona 6,3 miliona dolarów. 

    I choć samo posiadanie pieniędzy nie jest niczym złym, to duże kontrowersje budzą jednak wydatki elit. Kiedy okazało się, że prezydent Francji Francois Hollande płaci swojemu fryzjerowi 10 tysięcy euro miesięcznie – społeczeństwo się wściekło, a słupki poparcia drastycznie spadły. Afera doczekała się nawet swojej nazwy „Coffeur Gate” (pol.: afera fryzjera). 

    W Polsce jednym z najbardziej rozgrzewających wyobraźnię społeczeństwa wątków afery taśmowej były słynne już ośmiorniczki, które miały kosztować 1435 zł.

    Lenistwo

    Do lenistwa można dopisać jeszcze jedną, komplementarną cechę. Lekceważenie. W mediach od lat widzimy te same twarze, które obiecują te same rzeczy. W rzeczywistości obietnice, zarówno te skromne, jak i te najbardziej szumne, często nie doczekują się realizacji. A ludzie oczekują efektów, kiedy te są znikome lub po prostu ich brak, do życia budzi się rozczarowanie. Leniwi, rozpieszczeni władzą i lekceważący obywateli politycy mierzą się w wyborach ze „świeżą krwią”, która przynajmniej zasługuje na kredyt zaufania. I przegrywają. 

    Model działania elit nie zmienia się od lat. Zupełnie zapominają o tym, że cały świat ulega dynamicznym przemianom. Wyborcy na świecie mają coraz więcej możliwości, aby weryfikować słowa „przedstawicieli ludu”. Ogromne znaczenie odgrywa tu internet i jego nieodłączna część: media społecznościowe. Ale nie tylko. Skala przemian sięga znaczniej głębiej i jest dużo bardziej skomplikowana. 

    Establishment – osoby, instytucje mające władzę w danym państwie, wywierające wpływ na życie publiczne, często oceniane negatywnie z powodu swojej niechęci do zmian; elita władzy.

    Była wina, teraz jest kara

    Politycy sprawujący władzę na całym świecie przestali słuchać swoich wyborców. A ci wzięli sprawy w swoje ręce i wymierzyli za to surową karę. 

    Antyestablishmentowa gorączka ogarnęła już cały świat. Przykładów nie trzeba szukać daleko. Zaczynając od Polski, poprzez Stany Zjednoczone, aż po Wielką Brytanię. Tendencja „skrętu w prawo” widoczna jest także we Francji, Niemczech czy Austrii. Ten skręt w dużej mierze wywołany jest niechęcią do socjaldemokratów sprawujących władzę, którzy swój elektorat zawiedli. Przykłady można by mnożyć. Ważne jednak, aby przy tej okazji, zadać sobie kilka pytań: Czym światowe elity zasłużyły sobie na taką karę ze strony wyborców i jak długo na to „pracowały”? Jakie zmiany zwiastuje ten proces, który zachodzi już teraz na całym świecie?

    W opinii dra Łukasza Młyńczyka, zastępcy Dyrektora Instytutu Politologii Uniwersytetu Zielonogórskiego, mamy obecnie do czynienia ze pełzającą zmianą modelu demokracji. 

    – Trudno sobie wyobrazić, że rozwinięte społeczeństwa zachodnie, do jakich w gruncie rzeczy się zaliczamy, życzyłyby sobie ograniczenia klasycznych swobód obywatelskich, dlatego o jakimkolwiek ograniczeniu praw jednostkowych nie ma tu mowy. Jednak zaczęliśmy się w dużo większym stopniu zastanawiać nad bardziej republikańskim modelem demokracji – mówi ekspert, zwracając jednocześnie uwagę na to, że akcenty na politycznej osi powinni być rozmieszczone sprawiedliwie i obejmować zarówno klasę panującą, uprzywilejowanych oraz lud. 

    • Panujące do tej pory przekonanie o równościowym rozkładzie znaczeń w rzeczywistości, odzwierciedlało całkowicie odrealniony obraz świata. Fałszywie wskazywano na dominujące znaczenie praw różnego typu mniejszości, ponieważ błędnie zakładano uniformizację większości. Tymczasem świat polityczny był konstruowany na obraz i podobieństwo elit, które uzurpowały sobie prawo do rozstrzygania o uniwersalnych wartościach – dodaje politolog w komentarzu dla Interii. 

    W tę pułapkę wpadła między innymi Angela Merkel – która zakładając uniformizację, czyli upodobnienie się do siebie członków społeczeństwa – przekonywała, że prawa uchodźców są wartością nadrzędną. W wyniku tych działań poparcie dla jej rządu spadło do najniższego poziomu w ciągu ostatnich kilku lat. 

    System – czyli establishment

    Mechanizm funkcjonowania elit był do tej pory czymś niezrozumiałym, a do pewnego momentu także niepodważalnym. Elity tak bardzo zagalopowały się w konstruowaniu i forsowaniu swojej wizji świata, że zapomniały o tym, że może ona nie być tym, czego oczekuje społeczeństwo.
    – W ten sposób polityczna wizja świata reprezentowana przez wąskie grono osób, rzeczywiście ograniczająca prawo do ekspresji i krytyki dużej części społeczeństwa, odzwierciedlała pożądaną przez elity wizje społeczeństwa. Prawa mniejszości były w tym układzie traktowane instrumentalnie, ponieważ sugerowano im, że mogą stać się monopolistą w politycznej grze o uznanie. Jeśli jednak przyjrzeć się temu dokładniej, to mniejszość faktycznie nie stanowiła siły zdolnej do budowy masowych ruchów społecznych (np. pewna „elitarność ideowa” Partii Razem), więc jako taka nie stanowiła przeszkody w legitymizowaniu władzy elit. Można było w ten sposób sugerować, że dba się o problemy środowisk szczególnie pokrzywdzonych i napiętnowanych – podkreśla doktor Młyńczyk.
    W opinii politologa, doszło do tak dużego paradoksu, że w pewnym momencie „system” stał się eufemistycznym określeniem „establishmentu”, a elity, sprytnie wyłapując treści, które posiadały dużą zdolność do mobilizowania społeczeństwa, sugerowały jednocześnie, że stanowią one jedynie margines życia politycznego.
    – Aby zabezpieczyć wolny rynek idei postarano się oznaczyć poglądy sprzeczne z tymi, które elity uznały za uniwersalne, nazywając je ksenofobicznymi, homofobicznymi, a nawet rasistowskimi. Wszelkie nośniki trwałych idei uznano za wrogie, ograniczając choćby rolę religii, przede wszystkim chrześcijaństwa, wyłącznie do narzędzia nienawiści – podkreśla ekspert. 

    W tym kontekście w ostatnich latach osadzono także określenie „nacjonalizm” – który w Europie bardzo źle się kojarzy. Zamiast nacjonalizmu elity przez ostatnie 25 lat forsowały koncepcję globalizacji, która miałaby się opierać na świecie bez barier – zarówno tych ekonomicznych, jak i społecznych. 

    „Elity same w to uwierzyły”
    • Jednocześnie położono silny nacisk na rozwój przemocy symbolicznej, gdzie na wszelkie sposoby starano się ugruntować znaczenie klasy dominującej, serwując społeczeństwu kicz i banał, tak, aby wzmacniać jej pozycję jako grupy panującej i osłabiać zdolność do działania klas podporządkowanych poprzez odcięcie ich od treści istotnych. Wszystko zdawało się przez lata działać bez zarzutu. Do tego stopnia, że same elity uwierzyły w bezalternatywność swojej wizji świata – uważa doktor Młyńczyk.
      Ta strategia, z upływem czasu okazała się być jednak zawodna, a rzeczywistość – dla samych elit – była dużo brutalniejsza. – Społeczeństwa rozpoznały swoją faktyczną rolę polityczną i postanowiły dokonać rozliczenia elit. Oczywistym jest, że w takim momencie zyskały ugrupowania, potrafiące wykorzystać tę nową falę społecznej energii politycznej. Szybko określono je populistycznymi – zaznacza ekspert w komentarzu dla Interii.
      – Określenie to po raz kolejny obnażało jednak sam polityczny mainstream, ponieważ konwencjonalna polityka w realiach państwa demokratycznego dzieje się zawsze poprzez przedstawicieli. Tak więc zrozumiałym jest, że masy musiały gdzieś zdeponować swoje roszczenia polityczne. Dokonała się rewolucja, ale w formie demokratycznej, a jej funkcją są właśnie przymiotnikowe wybory – mówi doktor Młyńczyk, wyjaśniając ostatnie zjawiska, z jakimi mamy do czynienia na świecie. 

    –  Ruch polityczny, jaki zrodził się po prawej stronie scen politycznych domaga się właśnie rozwoju idei republikańskiej i faktycznego reprezentowania interesów politycznych. Okazało się ponadto, że cała polityka nie zaczyna się i nie kończy na ekonomii i pieniądzu, a społeczeństwo jest zdolne do upominania się o wartości, wzbogacające ich wersję rzeczywistości na poziomie abstrakcyjnych idei – wyjaśnia zastępca Dyrektora Instytutu Politologii Uniwersytetu Zielonogórskiego w rozmowie z Interią.

    INTERIA.PL

    Buzkowi nie odpowiada wspólnota narodowa


     

    logo gazetaprawna.pl

     

    statystyki

    Jerzy Buzek: Unia się rozpada. Zawiodła nas demokracja [WYWIAD]

    autor: Magdalena Rigamonti29.12.2016, 20:16; Aktualizacja: 30.12.2016, 08:45

    Jerzy Buzek

    Jerzy Buzek, premier w latach 1997–2001, od 2004 r. deputowany do Parlamentu Europejskiego – w latach 2009–2012 jego przewodniczący Fot. Maksymilian Rigamontiźródło: Dziennik Gazeta Prawna

    • Tusk ma teraz wielkie obowiązki wobec Europy, musi robić wszystko, żeby Unia była silna. Nie ma innego wyjścia, jak wracać do świata wartości naruszonego przez pazerny wolny rynek, przez technologię, która wymyka nam się z rąk, przez demokrację, która jest w jakiś sposób ociężała i ma trudności z szybkim podejmowaniem decyzji. Jeśli to mamy uratować, to tylko tak, jak to robiliśmy w czasach Solidarności. Jeśli uwierzymy, jak mówił Vaclav Havel – w siłę bezsilnych. Nie potrzebujemy nowych traktatów ani większej integracji, my musimy strzec tego, co jest – zauważa Jerzy Buzek.

     

    Magdalena i Maksymilian Rigamonti w Dzienniku Gazecie Prawnej

    Magdalena i Maksymilian Rigamonti w Dzienniku Gazecie Prawnej

    źródło: Dziennik Gazeta Prawna

    Z Jerzym Buzkiem rozmawia Magdalena Rigamonti

    Kiedy pan wraca?

    Do Polski? Prawie każdego tygodnia wracam. Cztery dni jestem w Parlamencie Europejskim, a trzy dni w Polsce. Unia to nie jest coś z zewnątrz. Końcówkę roku spędzam z rodziną, ale nie da się uciec od politycznej rzeczywistości i stwierdzenie polityków PiS o próbie puczu oczywiście mi nie umknęło.

    Pana partia się radykalizuje.

    Być może wykazują za daleko idącą nerwowość, ale jest to reakcja na kompletny brak dialogu. Chcieliby z pewnością coś szybko osiągnąć, odwrócić bieg zdarzeń…

    Odsunąć PiS od władzy.

    To, co robi opozycja, to są działania demokratyczne. To próba – także poprzez protest w Sejmie – nawiązania dialogu, zaś nazywanie tego puczem jest wielkim nadużyciem. Przecież pucz wiąże się z użyciem siły, a opozycja nie dysponuje siłą. Po raz pierwszy od ćwierćwiecza jedna partia rządzi samodzielnie. A opozycja próbuje znaleźć odpowiedni sposób działania. Stąd taka akcja. Oprócz tego potrzebne są długofalowa strategia i cierpliwość…

    Pan w 2001 r. przestał być premierem.

    I przegrałem wybory do Sejmu. Pierwszy sukces przyszedł dopiero w trzy lata po tym, jak straciłem władzę. Wygrałem wybory do PE.

    Z najlepszym wynikiem w kraju.

    Ludzie potrzebują czasu, żeby ocenić. Wtedy, po tych trzech latach, zaczęli rozumieć, że zmiany, które wprowadziliśmy, były dla nich dobre. Myślę, że czas na opozycję przyjdzie za rok, najdalej za dwa. Pamiętam jak w 2000 r. Jarosław Kaczyński przyszedł do mnie. Bardzo mu się nie podobała decentralizacja państwa i finansów publicznych, rola społeczeństwa obywatelskiego, na Unię Europejską kręcił głową i mówił, że trzeba się nad tym zastanowić. Znamy się od wielu lat. Wydaje mi się, że rozumiem sposób jego działania. Różnimy się w poglądach: dla mnie silne państwo to silne regiony i gminy – też finansowo, silne instytucje i procedury demokratyczne, to aktywni obywatele. A dla niego to silne państwo to państwo maksymalnie scentralizowane.

    Boi się go pan?

    Nie, skądże, ale różnimy się w rozumieniu racji stanu. Dla mnie groźne jest np. stwierdzenie, że dla osiągnięcia swojej wizji gotów byłby poświęcić część wzrostu gospodarczego. To jest równanie w dół, bardzo niepokojące. Ja uważam, że szybki rozwój jest kluczowy, aby najbardziej potrzebujący mogli poprawić swoją sytuację, równać w górę. A ci najbogatsi też muszą oczywiście myśleć wspólnotowo.

    Właśnie o wspólnocie chciałam z panem rozmawiać.

    Dziś nadzieją wielu Polaków jest plan Morawieckiego. I w tym planie podstawą jest współpraca, współdziałanie grup zawodowych, samorządów, instytucji, firm państwowych i prywatnych. Niestety, nie ma tam słowa o zaufaniu. A bez zaufania nie ma szans na rozwój. Brak zaufania do tych, którzy nie głosowali na PiS, może być największym zagrożeniem dla planu Morawieckiego. Jeszcze wierzę, że to się może zmienić. Kiedyś, 30 lat temu, wierzyliśmy – i ufaliśmy sobie – że możemy stworzyć lepszą Polskę, a przecież wielu ludziom wydawało się, że PRL jest nie do ruszenia. My tę lepszą Polskę dziś mamy i tego nawet nie negują dzisiejsi rządzący, choć w kampanii wyborczej mówili o ruinie. Zwycięstwo Solidarności było zwycięstwem bezbronnych ludzi, którzy sobie wzajemnie ufali. Górnicy byli w stanie strajkować za nauczycieli czy za pielęgniarki, ludzie sobie nawzajem pomagali.

    Wie pan, że młodzież w liceum nie uczy się o Solidarności.

    I to jest błąd. Zaniedbaliśmy tego. Nie wierzyliśmy, że to się może nie przebić, że młodzi ludzie mogą nie wiedzieć o Solidarności. Dekadę temu, już z Parlamentu Europejskiego, apelowałem, że powinniśmy używać słowa „patriotyzm” i rozmawiać o jego współczesnym znaczeniu.

    Teraz jesteśmy kapitalistycznym społeczeństwem.

    I to jest zagrożenie, jeśli wąsko to rozumiemy. A przecież kapitalizm nie wyklucza zaufania. Proszę też pamiętać, że finansowanie z UE powoli się kończy, potrzebna będzie współpraca między bankami, w tym z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym, przedsiębiorstwami prywatnymi, uczelniami, potrzebne będzie tworzenie partnerstw publiczno-prywatnych.

    Z kimś z grona obecnie rządzących o tym pan rozmawiał?

    Teraz głośno o tym mówię. Przekonany jestem, że także opozycja w Polsce myśli podobnie.

    Pytałam o rządzących, nie o opozycję.

    Nie mam wątpliwości, że wiele osób z PiS widzi zagrożenia, lecz też władza dla wielu jest łakomym kąskiem, co wyklucza myślenie perspektywiczne. W PE spotykam się z przedstawicielami rządu i rozmawiamy o tym. Doradzam powściągliwość, byśmy się jeszcze bardziej nie podzielili. Ciągle wierzę, że te podziały są do zasypania. Jeśli tylko będziemy wobec siebie postępowali ostrożnie i z szacunkiem.

    Słyszałam pana teorię, żeby znaleźć definicję słowa „prawda”, potem definicję słowa „zło”… Można i tak, ale w kraju jest już prawie wojna.

    Tych definicji trzeba szukać w gronie ludzi, którzy myślą podobnie, i wierzyć głęboko w to, w co wierzyliśmy 30, 40 lat temu.

    W co? W wolność?

    W to, że wolność jest warunkiem, by zwyciężyła prawda. A prawda, jak powiedział prof. Bartoszewski, nie leży pośrodku, tylko leży tam, gdzie leży. I wspiera wolność. Uparte i stanowcze stawianie na prawdę jest skuteczne, jednak nie w krótkim czasie, bo dzisiaj wśród ludzi, którzy mają zadecydować o przyszłości politycznej, i to nie tylko Polski, ważniejsze są emocje niż fakty, a poczucie tożsamości ważniejsze niż potrzeba otwierania się na innych.

    Przeszkadza panu poczucie tożsamości?

    Przeciwnie, bo silne poczucie tożsamości jest warunkiem prawdziwego otwarcia na innych. Tożsamość jest kluczowa, jeśli nie wypiera poczucia wspólnoty. W Europie mieliśmy 70 lat pokoju, a w Polsce ćwierćwiecze dobrego, choć nie pozbawionego mankamentów rozwoju. Jednak tak bywa w historii, że co jakiś czas ludzie tracą poczucie wspólnoty i wartości, a wtedy domagają się łatwych i prostych rozwiązań, wbrew obowiązkom wobec wspólnego dobra. I ci ludzie stają się radykalni. Z takimi zachowaniami mamy do czynienia w okresie poprzedzającym kataklizm.

    Wojnę pan ma na myśli?

    Wojnę. I trzeba się nawzajem ostrzegać, z wielkim zrozumieniem dla tych, których oczekiwań dotąd nie spełniono. Trzeba stawiać na wspólnotę, i to szerszą niż narodowa.

    Polonia amerykańska przemówiła


    http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=3823

    Groteski w Sejmie ciąg dalszy


    Ks.Tadeusz Isakowicz-Zaleski

    Ks.Tadeusz Isakowicz-Zaleski

    Rozmyślania w blogu…

     

    Groteski w Sejmie ciąg dalszy

    You are here:

    1. Home
    2. Rozmyślania w blogu

    „Bohaterskim” posłom PO i N, okupującym Sejm RP coraz weselej. Świadczy o tym foto i wpis posła PO Michała Szczerby na Twitterze:

    „Uroczyste zapalenie lampy Chanukowej w parlamencie. Święto zwycięstwa dobra nad złem, prawdy nad kłamstwem. Wesołej Chanuki! Happy Hanukkah!”

    Ciekawe, co się będzie tam działo w ustanowione przez Ryszarda Petru święto Sześciu Króli?

    Szczerba2 petru król

    30 grudnia 2016By Tadeusz Isakowicz-ZaleskiRozmyślania w blogu

    Zabito Afgankę za samodzielne wyjście na zakupy


     

    Egzekucja Afganki. Kobietę zabito, bo poszła na zakupy bez męża

    Dodano:wczoraj 19:512 6294161

    Muzułmanka w nikabie (fot.Jasmin Merdam/Fotolia)

    Jak donosi serwis Middle East Press, na który powołuje się brytyjski „Independent”, w Afganistanie 30-letnia kobieta została zamordowana, ponieważ wybrała się na zakupy bez swojego męża.

    Tragedia rozegrała się w poniedziałek wieczorem w miejscowości Lati w prowincji Sar-e-Pul w północnym Afganistanie. Kobieta została zasztyletowana, a następnie ścięto jej głowę. Jak poinformował rzecznik miejscowych władz, sprawcami rytualnego mordu mogli być talibańscy bojownicy. Powodem miał być „akt niewierności”. Jako taki potraktowano wyjście na zakupy bez męskiego opiekuna.

    Talibowie, okupujący rejon, w którym znajduje się wioska Lati, wprowadzili rygorystyczne zasady, prowadzące do znacznego ograniczenia praw kobiet. Wśród nich znalazł się m.in. zakaz rozmawiania na głos w miejscach publicznych oraz wystepowania w mediach. Kary za złamanie zasad są niezwykle dotkliwe: od biczowania, po publiczne egzekucje.

    Przedstawiciel lokalnych władz Zabiullah Amani na antenie afgańskiej telewizji Tolo News ujawnił, że mąż zamordowanej 30-latki w momencie zdarzenia znajdował się w Iranie. Para nie miała dzieci. Morderstwo na Afgance potwierdziła także lokalna działaczka z organizacji broniącej praw kobiet Nasima Arezo. Dotychczas nie został aresztowany żaden z napastników, a talibowie odcinają się od odpowiedzialności za przeprowadzenie egzekucji.

    / Źródło: The Independent

    Miłosierni Bracia postrzelili kobietę



    INTERIA

     

    IZRAEL: INCYDENT NA GRANICY. POSTRZELONO 35-LATKĘ

    KONFLIKT IZRAELSKO-PALESTYŃSKI

    1 godz. 43 minuty temu

    Obywatelka Palestyny została postrzelona w piątek przez służby mundurowe, kiedy zbliżała się z nożem w ręku do granicy z Izraelem – podała lokalna policja. O sprawie informuje AFP.

    Izrael: Postrzelono 35-latkę. Godzinę czekała na pomoc /AFP

    Izrael: Postrzelono 35-latkę. Godzinę czekała na pomoc /AFP

    Incydent miał miejsce w punkcie kontrolnym w Kalandii, oddzielającym Jerozolimę od okupowanego przez Izrael Zachodniego Brzegu. Kobieta znajdowała się na pasie przeznaczonym wyłącznie dla pojazdów i nie reagowała na wezwania służb mundurowych.

     

    W pewnym momencie otworzono ogień. Według zapewnień policji obrażenia, jakich doznała kobieta, nie zagrażają jej życiu. Ustalono, że Palestynka ma 35 lat. Pochodzi ze wschodniej Jerozolimy.

    Godzinę czekała na pomoc

    Według obecnego na miejscu fotoreportera agencji AFP ranna kobieta przez godzinę leżała na ziemi, zanim udzielono jej pomocy. Izraelskie radio publiczne tłumaczy, że najpierw służby musiały sprawdzić, czy 35-latka nie ma przy sobie materiałów wybuchowych.

    Tylko od października 2015 roku w wyniku konfliktu Izraela z Palestyną zginęło 246 obywateli Palestyny, 36 Izraela, a także dwóch Amerykanów, Jordańczyk i Erytrejczyk.

    Służby musiały sprawdzić, czy 35-latka nie ma przy sobie materiałów wybuchowych /AFP

    Służby musiały sprawdzić, czy 35-latka nie ma przy sobie materiałów wybuchowych /AFP

    INTERIA.PL

    Zakup kolekcji Czartoryskich przez państwo



    INTERIA

     

    ZDROJEWSKI O ZAKUPIE KOLEKCJI CZARTORYSKICH: ZABRAKŁO TRANSPARENTNOŚCI

    KULTURA

    Dzisiaj, 30 grudnia (07:37)

    ​Prof. Jan Święch, przewodniczący Rady Muzeum Narodowego w Krakowie, które przejmuje kolekcję Czartoryskich oraz nieruchomości, szacuje ich wartość na 10 mld zł – o 2 mld zł więcej niż wycenili ją rzeczoznawcy. Rząd kupił natomiast zbiory za 450 mln zł. Dzisiejsze wydania dzienników poświęcają wiele uwagi tej transakcji.

    Fundator i Prezydent Rady Fundacji Książąt Czartoryskich Adam Karol Czartoryski i wicepremier, minister kultury Piotr Gliński /Radek Pietruszka /PAP

    Fundator i Prezydent Rady Fundacji Książąt Czartoryskich Adam Karol Czartoryski i wicepremier, minister kultury Piotr Gliński /Radek Pietruszka /PAP

    W majątku, który został kupiony przez Skarb Państwa, znajduje się około 86 tys. obiektów muzealnych i około 250 tys. bibliotecznych oraz budynki znajdujące się w Krakowie. „Dziennik Polski” nazywa ten zakup „transakcją stulecia”.

     

    „Rzeczpospolita” przypomina, że wciąż poszukiwanych jest 840 obiektów z tej kolekcji, które zostały zrabowane w czasie wojny.

    „Damie” pośpiech szkodzi

    „Gazeta Wyborcza” zwraca uwagę na dokonywane naprędce zmiany w statucie Fundacji Książąt Czartoryskich. „W 1991 r. Adam Karol Czartoryski uzyskał prawo do dysponowania zbiorami z dwiema deklaracjami zapisanymi w statucie: wieczystej opieki i braku zapisu o możliwości jego sprzedaży. Kilka dni temu nagle zapis o wieczystości został skasowany, a dopisano w statucie w wielkim pośpiechu punkt o możliwości sprzedaży zbiorów” – zaznacza były minister kultury Bogdan Zdrojewski.
    Zaznacza również w rozmowie z „GW”, że tuż przed świętami zarząd fundacji złożył mandaty z powodu braku zaufania do fundatora.
    Poza zmianami w statucie Zdrojewski podkreśla, że w całej tej transakcji brakowało transparentności.

    Kapsuła pamięci księżnej Izabeli

    Księżna Izabela z Flemingów Czartoryska, która w 1801 roku założyła w Puławach Muzeum XX. Czartoryskich, stworzyła prawdziwą „kapsułę pamięci”. Przewodniczący Rady MNK Jan Święch zaznacza w rozmowie z „Rzeczpospolitą”, że kolekcja zawierająca pamiątki związane z historią narodu polskiego, oprócz wartości artystycznej, ma również wartość emocjonalną. W skład zbiorów wchodzą między innymi akt hołdu pruskiego z 1525 roku czy rękopisy Jana Długosza.
    Święch wspomina również o „gabinecie osobliwości” – czaszce Jana Kochanowskiego, krześle Szekspira czy fragmencie sukni królowej Elżbiety I.

    INTERIA.PL

    Dmitrij Miedwiediew: Obama kończy kadencję "antyrosyjską agonią"


    onet.wiadomości

     

    PAP

    dzisiaj 11:11

    Dmitrij Miedwiediew: Obama kończy kadencję „antyrosyjską agonią”

    Administracja prezydenta USA Baracka Obamy kończy swoją kadencję „antyrosyjską agonią” – napisał dziś na Twitterze premier Rosji Dmitrij Miedwiediew. To reakcja na nałożone wczoraj przez Waszyngton sankcje na Moskwę.

     

    Dmitrij MiedwiediewFoto: Antti Aimo-Koivisto / AFPDmitrij Miedwiediew

    „Szkoda, że administracja Obamy, która zaczynała swoje życie od odbudowy współpracy, kończy je antyrosyjską agonią. RIP (ang. niech spoczywa w pokoju)” – napisał Miedwiediew.

    Wczoraj Obama poinformował o wydaleniu 35 Rosjan, których amerykańska administracja podejrzewa o działalność wywiadowczą pod przykrywką działalności dyplomatycznej, i nałożeniu sankcji m.in. na Federalną Służbę Bezpieczeństwa (FSB) i Główny Zarząd Wywiadowczy Sztabu Generalnego (GRU). Sankcje i wydalenie dyplomatów to następstwo oskarżeń pod adresem Rosji o ingerowanie w listopadowe wybory prezydenckie w USA i nękanie amerykańskich dyplomatów w Rosji.

    Strona rosyjska, która zdecydowanie odrzuca te oskarżenia, potępiła sankcje i zapowiedziała „udzielenie adekwatnej odpowiedzi”. Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa napisała na swoim profilu na Facebooku, że reakcji Moskwy należy spodziewać się dziś.

    (dp)

    Onet Wiadomości

    Źródło: PAP