Dramatyczny apel ekspertów: Unia Europejska może się rozpaść


Deutsche Welle

POLITYKA

Dramatyczny apel ekspertów: Unia Europejska może się rozpaść

„Przestrzegamy przed rozpadem projektu europejskiego” – napisali w swoim apelu eksperci z Polski, Francji i Niemiec.

Fahnen von Deutschland, Frankreich und Polen

„60 lat po zawarciu Traktatów Rzymskich oraz ćwierć wieku po pokojowych rewolucjach w Europie Środkowo-Wschodniej żądamy ochrony dotychczasowych osiągnięć i śmiałego rozwoju dalszej integracji” – napisali autorzy apelu. Cennym instrumentem dla realizacji tych celów jest, jak podkreślają, współpraca w ramach Trójkąta Weimarskiego. Eksperci podają jako przykład rewolucję na Majdanie w 2014 roku, kiedy Trójkąt Weimarski dowiódł swej skuteczności w zakresie unijnej polityki wschodniej. Obecnie wyzwania dla Niemiec, Polski i Francji w ramach trójstronnej współpracy znajdują się, w ich opinii, wewnątrz Unii.Apel pt. „Wspólnie podjąć inicjatywę – uczynić Europę ponownie silną” zawiera wnioski z posiedzenia polskich, niemieckich i francuskich ekspertów tzw. Grupy Kopernika i Niemiecko-Francuska Grupy Refleksyjnej. Ich członkowie spotkali się na zamku Genshagen koło Berlina z okazji 25. rocznicy powołania Trójkąta Weimarskiego.

Zagrożenia dla projektu europejskiego

Unterzeichnung Römische Verträge 1957 (picture-alliance/AP Images)

25 marca 1957 roku podpisano Traktaty Rzymskie: Traktat ustanawiający Europejską Wspólnotę Gospodarczą i Traktat ustanawiający Wspólnotę Europejską Europejską Wspólnotę Energii Atomowej. Traktat z Maastricht (Traktat o UE) przekształcił potem EWG we Wspólnotę Europejską.

Niemiecko-Francuska Grupa Refleksyjna oraz polsko-niemiecka Grupa Kopernika stanowczo sprzeciwiają się „jednostronnie krytycznemu obrazowi UE w dyskursie publicznym i politycznym”. Uczestnicy niemiecko-polsko-francuskiego spotkania przypominają, że „integracja europejska w swej historii spełniła w dużym stopniu najistotniejsze obietnice projektu cywilizacyjnego”. Zapewniła państwom członkowskim UE pokój po stuleciach wojen. Wspólny rynek poszerzył dobrobyt, a cztery unijne swobody rozszerzyły wolność, humanitaryzm i solidarność – przypominają autorzy apelu. Obecnie te osiągnięcia są zagrożone – zaznaczają. Zagrożone są przez: tendencje renacjonalizacyjne, sukcesy wyborcze partii prawicowo-populistycznych, kryzys gospodarczy, masowe bezrobocie w Europie południowej oraz bezsilność UE wobec wojen w jej bezpośrednim sąsiedztwie. Pomimo to „projekt europejski pozostaje jednak dla szerokiej większości Europejczyków (łącznie z państwami kandydującymi do UE), mimo Brexitu, w dalszym ciągu atrakcyjny” – przypominają eksperci z Polski, Niemiec i Francji.

Obecny kryzys jest groźny

Niemniej obecne zjawiska uważają oni za groźniejsze niż dotychczasowe unijne kryzysy, które, jak podkreślają, „przyczyniały się zawsze do rozwoju UE”. Obecny kryzys dotyczy podstaw integracji europejskiej i wybuchł na dobre podczas referendów w sprawie konstytucji europejskiej we Francji i Holandii – przypominają.

Obejrzyj wideo02:54

„Trójkąt Weimarski” w piosence aktorskiej

Eksperci zwracają też uwagę na deficyty odgrywające niebagatelną rolę w obecnym kryzysie, takie jak brak „poparcia dla dokonania dużego kroku naprzód i przekazania instytucjom unijnym dalszych kompetencji”, zarówno wśród elit politycznych, jak i pośród społeczeństw. Ale przy wszystkich brakach istnieje „konsensus wśród państw członkowskich, by w dalszym ciągu współpracować nad dużymi projektami politycznymi i gospodarczymi UE”. Dlatego uczestnicy spotkania w Genshagen apelują do przedstawicieli Niemiec Polski i Francji, aby poprzez wspólne inicjatywy wzmocnili więzi UE szczególnie w pewnych obszarach i zostawili otwarte drzwi dla osiągnięcia koniecznych postępów w dziedzinie integracji politycznej.

Priorytet: wspólna polityka zagraniczna
Absolutnym priorytetem jest dla polskich, niemieckich i francuskich ekspertów „dokładne sformułowanie wspólnej polityki zagranicznej, polityki bezpieczeństwa i obrony w obliczu wojen i zagrożeń na wschodzie (w szczególności wobec pogwałcenia status quo w Europie przez Rosję) i na południu od UE oraz niebezpieczeństw, wynikających z terroryzmu islamskiego”.

REDAKCJA POLECA

„Die Tagespost” chwali Szydło i Waszczykowskiego. „Kwiaty z Polski”

Polska roku 2016 zdecydowanie zabiera głos w sprawach Europy, udziela rad, przejmuje odpowiedzialność i chce kształtować kontynent w oparciu o wartości – pisze dziennik „Die Tagespost”. (30.08.2016)

Polska, Francja i Niemcy chcą reaktywować pracę Trójkąta Weimarskiego. „Sexy-instytucja”

TA: Turyngia nie akceptuje końca Trójkąta Weimarskiego

Niemiecki dyplomata: Nieprawda, że Niemcy nie są zainteresowane Trójkątem Weimarskim

Finansowy Trójkąt Weimarski w Berlinie

Szczególnego znaczenia wyzwanie to nabrało po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta Stanów Zjednoczonych, co w ocenie autorów apelu, prawdopodobnie „wzmocni tendencje izolacjonistyczne w USA i ich strategiczne ukierunkowanie na obszar Pacyfiku, oddalając ten kraj tym samym od Europy”.

Drugim priorytetowym obszarem zacieśnienia współpracy powinna być ochrona granic zewnętrznych UE, przekonująca wspólna polityka azylowa oraz ustanowienie europejskiej polityki imigracyjnej. Te trzy kwestie są ściśle ze sobą związane – zaznaczają eksperci.

W ich opinii, bez unii walutowej nieuniknione będą turbulencje walutowe wewnątrz Unii, z którymi strefa euro musiała się już zmierzyć w latach 80-tych ubiegłego stulecia. Nie do uniknięcia byłoby też, ich zdaniem, załamanie się rynku europejskiego. Ta konsolidacja strefy euro jest także warunkiem wstępnym, by Polska przystąpiła do unii walutowej – podkreślają autorzy apelu.

Utrzymaniu pokoju społecznego i solidarności

Znacznie większej troski należy, zdaniem Niemiecko-Francuskiej Grupy Refleksyjnej oraz polsko-niemieckiej Grupy Kopernika, poświęcić utrzymaniu pokoju społecznego i solidarności. „Mimo, iż wytyczne dotyczące systemów socjalnych nie należą do zadań wspólnotowych, to wobec masowego bezrobocia w południowej Europie oraz rosnących tendencji populistycznych, UE powinna dołożyć więcej starań, by powstrzymać utratę pozycji społecznej całych grup społeczeństwa i zaoferować młodemu pokoleniu perspektywę na przyszłość”. Eksperci z Niemiec, Polski i Francji podkreślają, że to „fundamentalne ryzyko rozłamu społecznego należy traktować bardzo poważnie”.

W tym kontekście wskazują oni na kluczowe znaczenie pozytywnej konotacji idei integracji europejskiej i solidarności szczególnie na poziomie regionalnym i lokalnym. Tam bowiem, podkreślają eksperci, istnieje w krajach unijnych opór wobec „systemu” UE nazywanego „projektem elit”. Receptą na zapobieżenie temu jest, w ich opinii, znaczące zwiększenie wsparcia „dla dwu- i wielostronnych projektów gospodarczych, społecznych i kulturowych na poziomie regionalnym i lokalnym”.

W konkluzji apelu eksperci piszą: Jesteśmy przekonani, że integracja europejska wymaga przywrócenia idei wspólnotowej odpowiedzialności i politycznego przywództwa przez kraje członkowskie oraz silnej Komisji Europejskiej w połączeniu z pasją dla unikatowej i bezkompromisowej idei pokoju, wolności i solidarności”.

Barbara Cöllen

Rosja reaguje na zakup przez Polskę amerykańskich pocisków


 

WP.PLStrona główna serwisu

 

 

akt. 26.12.2016, 19:06

Rosja krytykuje Polskę za zakup pocisków JASSM-​ER od Amerykanów

Polska będzie miała na uzbrojeniu jedne z najnowocześniejszych pocisków JASSM-ER, które produkowane są przez koncern Lockheed Martin. Ambasador Rosji przy NATO Aleksandr Gruszko już oświadczył, że źle to wpłynie na bezpieczeństwo w Europie, a Moskwa będzie ten arsenał brać pod uwagę tworząc własne plany militarne.

Bombowiec B-1B Lancer odpalający pocisk JASSMBombowiec B-1B Lancer odpalający pocisk JASSM (

USAF

)

Podpisanie przez USA i Polskę umowy na dostarczenie jej manewrujących pocisków rakietowych wpłynie bardzo negatywnie na bezpieczeństwo europejskie – oświadczył w poniedziałek ambasador Rosji przy NATO Aleksandr Gruszko w trakcie telemostu Moskwa-Bruksela.
– Będzie to miało bardzo negatywny wpływ, to zrozumiałe – powiedział rosyjski dyplomata w odpowiedzi na zadane mu w tej sprawie pytanie.
Podkreślił, że Moskwa pilnie śledzi plany zakupów. – Zakup przez Polskę rakiet powietrze-ziemia to nowy, znaczący czynnik, który będziemy musieli uwzględnić w naszym planowaniu militarnym – oznajmił ambasador Gruszko.

 

 

Polskie Ministerstwo Obrony Narodowej poinformowało w sobotę, że Polska i USApodpisały umowę gwarantującą dostarczenie Polsce rakiet JASSM ER o zasięgu blisko 1000 km; kontrakt opiewa na 940 mln zł. Zakup takich pocisków zapowiadał szef MON Antoni Macierewicz m.in. w połowie listopada w wystąpieniu na podsumowanie roku rządów PiS.
AGM-158B Joint Air-to-Surface Standoff Missiles Extended Range (JASSM-ER) będą stanowić uzbrojenie polskich samolotów F-16. Producentem jednych i drugich jest koncern Lockheed Martin. Polska jest pierwszym krajem spoza USA, podpisującym umowę na zakup JASSM-ER.
W grudniu 2014 roku MON podpisało umowę na pociski JASSM w podstawowej wersji AGM-158A o zasięgu do 370 km i mogących przenosić głowice o masie 450 kg. Kontrakt był wart ok. 250 mln dolarów.

REKLAMA

oprac. Jacek Gądek

PAP

Rada Bezpieczeństwa ONZ kontra izraelskiej agresji



onet.
wiadomości

 

PAP

dzisiaj 20:10

Lieberman o planowanej konferencji pokojowej: jak proces Dreyfusa

Izraelski minister obrony Awigdor Lieberman porównał mającą się odbyć w Paryżu konferencję w sprawie pokoju na Bliskim Wschodzie do „procesu Dreyfusa” i zaapelował do Żydów we Francji, by opuścili ten kraj, który „nie jest ich ziemią”.

 

Awigdor LiebermanFoto: AFPAwigdor Lieberman

Władze Francji mają zorganizować 15 stycznia konferencję przedstawicieli ok. 70 państw, lecz bez udziału Izraelczyków i Palestyńczyków, w celu potwierdzenia poparcia przez wspólnotę międzynarodową rozwiązania polegającego na istnieniu dwóch państw – izraelskiego i palestyńskiego.

„To nie konferencja pokojowa, lecz sąd nad państwem Izrael” – powiedział Lieberman na spotkaniu deputowanych ze swej partii IB (Nasz Dom Izrael). „To nowa wersja procesu (Alfreda) Dreyfusa, gdzie państwo Izrael i naród żydowski zasiada na ławie oskarżonych” – zaznaczył minister obrony.

AFP przypomina, że przez lata afera Dreyfusa – kapitana sztabu generalnego francuskiej armii pochodzenia żydowskiego, skazanego w roku 1895 pod fałszywym zarzutem szpiegostwa na rzecz Niemiec na dożywotnie zesłanie, a w roku 1906 zrehabilitowanego – głęboko podzieliła francuskie społeczeństwo i po dziś dzień pozostaje symbolem antysemityzmu.

Rząd Francji ma zamiar po konferencji zaprosić izraelskiego premiera i palestyńskiego prezydenta, by zapoznać ich z wynikami prac, lecz szef izraelskiego rządu Benjamin Netanjahu, wrogo nastawiony do wszelkich międzynarodowych propozycji w kwestii izraelsko-palestyńskiego konfliktu, zdążył już odrzucić pomysł spotkania w Paryżu z Mahmudem Abbasem – pisze AFP.

Francja zagłosowała w piątek za przyjęciem rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ, nieprzychylnej Izraelowi. W tej sprawie do izraelskiego MSZ została wezwana m.in. ambasador Francji.

Podczas piątkowego głosowania w RB ONZ – dzięki wstrzymaniu się od głosu USA – została przyjęta rezolucja, żądająca od Izraela wstrzymania budowy osiedli na okupowanych terytoriach palestyńskich. W dokumencie podkreślono, że osiedla żydowskie są „pozbawione mocy prawnej i stanowią rażące pogwałcenie prawa międzynarodowego”.

Minister Lieberman zaapelował do francuskich Żydów, by osiedlili się w Izraelu, co byłoby według niego „jedyną odpowiedzią na spisek”, za jaki uważa planowaną konferencję.

Nawiązując do ataków na obiekty żydowskie i wzrostu aktów antysemityzmu we Francji w ostatnich latach szef izraelskiego resortu obrony powiedział, że jeśli mieszkający we Francji Żydzi chcą nimi pozostać i chcą, by Żydami były ich dzieci i wnuki, powinni opuścić Francję i osiedlić się w państwie żydowskim.

AFP przypomina, że w roku 2016 z Francji do Izraela wyemigrowało prawie 5 tys. Żydów, o 30 proc. mniej niż rok wcześniej.

(RZ)

Onet Wiadomości

Źródło: PAP

Le Pen i Farage krytykują strefę Schengen: Trzeba ją zlikwidować


ParezjaParezja

 

Le Pen i Farage krytykują strefę Schengen: Trzeba ją zlikwidować

Przez

Redakcja

  • 26 grudnia 2016

 

foto: Jwh

Marine Le Pen i Nigel Farage są zbulwersowani faktem, że uciekając z Berlina islamski terrorysta Anis Amri spokojnie przejechał pociągiem do Francji, potem do Włoch i w końcu dojechał na przedmieście Mediolanu.

Liderka francuskiego Frontu Narodowego Marine Le Pen stwierdziła w tym kontekście, że porozumienie z Schengen to „totalna katastrofa”. Le Pen potwierdziła swoją obietnicę przywrócenia Francji pełnej kontroli nad suwerennością państwa i jego granic.

W podobnym tonie wypowiedział się lider europejskich antysystemowców Nigel Farage, który uznał poczynania Amriego za fiasko projektu Schengen. „Strefa Schengen okazała się zagrożeniem dla bezpieczeństwa publicznego. Trzeba ją zlikwidować” – napisał na jednym z portali społecznościowych.

 

ŹRÓDŁOpolskaniepodlegla.pl

Mer Lwowa: trzeba zwracać majątki prawowitym właścicielom


 

Novorossia Today

 

Mer Lwowa: trzeba zwracać majątki prawowitym właścicielom

Mer Lwowa: trzeba zwracać majątki prawowitym właścicielom

on: Listopad 08, 2016

Odnosząc się do kwestii relacji Polaków i Ukraińców ze Lwowa Andrij Sadowyj, szef partii „Samopomoc” stwierdził, że obecnie są one dużo lepsze, niż w poprzednim stuleciu, w którym „przeżywaliśmy nie tylko dobre momenty”. Został również zapytany, jak odnosi się do kwestii restytucji mienia, podnoszonej w ostatnim czasie przez ukraińskich polityków.

– Nie uważam,  żeby było to tak straszne i nastąpiło tak szybko, jak opisują. Moim zdaniem, to będzie temat drugiej połowy tego stulecia – powiedział mer Lwowa.

– Jeśli we Lwowie żyła rodzina, której wszystko nagle odebrano i która posiada dokumenty potwierdzające własność – to trzeba ją zwrócić – stwierdził Sadowyj. Jego zdaniem, w tej kwestii należy jednocześnie szukać kompromisów i respektować prawo własności. – Dlatego, że z nami również mogą postąpić nieczysto – dodał.

Z kolei odnosząc się do w kwestii wprowadzenia ruchu bezwizowego UE-Ukraina Sadowyj stwierdził, że jego wprowadzenie jest tylko kwestią czasu. Jednocześnie sceptycznie ocenił perspektywę wstąpienia Ukrainy do Unii. – Z punktu widzenia Europy, nie wiem, co miałoby się stać, żeby kraj, który ma ponad 6 tys. km granic z takimi problematycznymi państwami jak Rosja, Białoruś czy Naddniestrze wstąpił do UE – powiedział mer Lwowa.

Kresy.pl

To był pucz!


Jedynie prawda jest ciekawa

logo-info-w

Zapisz się do newslettera

 

W nowym numerze „wSieci” – To był pucz!

 

26.12.2016

 

wsiecitobylpuczW nowym numerze „wSieci” – To był pucz!

Ostatnie wydanie tygodnika „wSieci” przynosi analizy bezprecedensowej i agresywnej akcji opozycji. To był pucz! – piszą publicyści i dowodzą, że ubiegłotygodniowe protesty opozycji miały, również zdaniem rządzących, doprowadzić do wcześniejszych wyborów.

Próbę obalenia demokratycznej władzy przez opozycję obszernie opisują publicyści „wSieci”.  Na ten temat wypowiada się prezes PiS, Jarosław Kaczyński w wywiadzie z Jackiem i Michałem Karnowskimi („Obronimy polską wolność”). Trzeba to nazwać wprost: to była próba puczu. Sygnały o takiej możliwej próbie przejęcia władzy docierały już do nas wcześniej. […] To była poważna próba sparaliżowania władzy w sposób siłowy, niedemokratyczny. Jej podstawą było założenie, że nie uchwalimy budżetu – tłumaczy Jarosław Kaczyński. Prezes PiS odnosi się także do medialnych zapowiedzi powtórzenia wydarzeń, które miały miejsce na Ukrainie wobec reżimu Wiktora Janukowycza: Czerpią z Majdanu, odwracając rzeczywiście znaczenia słów i faktów, ale czerpią. Nie wiem, jak można Polsce życzyć krwawych rozruchów. Ale, widać, tam żadnych hamulców nie ma.

W wywiadzie Jarosław Kaczyński jasno też deklarował, że rząd Prawa i Sprawiedliwości nie zamierza się poddawać. Chcę jasno powiedzieć: nie złamią nas. Po naszej stronie jest wielka determinacja, silny mandat społeczny. Ale nie tylko. Mamy precyzyjne rozpoznanie, gdzie są nasze słabości, i ciężko pracujemy nad ich naprawianiem. Wiemy też, które punkty węzłowe w państwie należy pilnie zreformować, żeby jeszcze szybciej ruszyć do przodu. Nie zdołają nas zatrzymać w naprawie państwa.

Podczas tej rozmowy dziennikarze poinformowali Jarosława Kaczyńskiego, że decyzją czytelników i kapituły został laureatem nagrody Człowiek Wolności Tygodnika „wSieci”  za rok 2016.

Z kolei Marzena Nykiel w swoim artykule „Próba rewolty” na łamach nowego numeru największego konserwatywnego tygodnika opinii w Polsce analizuje przyczyny i przebieg manifestacji opozycji. Stawia również tezę, że wszystko zostało z góry zaplanowane. Nie było sentymentów. Rozpracowano scenariusze propagandy, wszczęto przemyślane prowokacje, zablokowano Sejm, uruchomiono zagraniczne media, Parlament Europejski, sięgnięto nawet po Donalda Tuska. Operacja wyglądała wyjątkowo groźnie  – zauważa dziennikarka. 

Wydarzenia, które miały miejsce na ul. Wiejskiej w Warszawie komentują także w swoich felietonach publicyści („Co się stało w Sejmie”). Opozycja parlamentarna sięgnęła po broń atomową. Sposób, w jaki PiS było traktowane przez marszałków z PO w poprzednich kadencjach, nieraz prowokował także mnie do doradzania im dramatycznego protestu. Nigdy po niego nie sięgnięto, jedynie kilka razy prawicowa opozycja wyszła z sali. Próba zerwania obrad to groźny precedens, stosowany do tej pory przez tak skrajne siły jak Samoobrona. W tym przypadku obliczony na rozgłos zewnętrzny – zauważa Piotr Zaremba. Z kolei Maciej Pawlicki pisze: Przerażona swą bezradnością opozycja i wściekłe resortowe dzieci miały energię, otrzymały „know-how”. KOD stał się platformą współdziałania, wszak roi się w nim od byłych milicjantów czy esbeków. Dwa środowiska okazały się jednym środowiskiem.

Stanisław Janecki w artykule „Czas Morawieckiego i Ziobry” demaskuje działania opozycji i wskazuje drogę, jaką powinni obrać politycy rządzącej formacji, by uniknąć odpływu elektoratu. Wykreować szybki i efektywny rozwój oraz stworzyć dla niego odpowiednie ramy finansowo-fiskalne, to zadania dla wicepremiera Morawieckiego. Uszczelnić system podatkowy, ograniczyć skalę oszustw w tym segmencie oraz zwalczać korupcję to zadania dla ministra Ziobry. Na tych filarach oprze się rząd Beaty Szydło w przyszłym roku – zauważa publicysta.

Na temat reformy edukacji Piotr Zaremba rozmawia z minister Anną Zalewską. Dziennikarz tygodnika pyta m.in.  o powody, dla których minister Zalewska nie chciała zwlekać z reformą edukacji:  – Chcę wziąć odpowiedzialność  za jej całość. Chcę być przy jej wdrażaniu, monitorować cały proces, poprawiać. Dlaczego opozycja żąda przesunięcia reformy? Bo chce, żeby cała zmiana była po wyborach do łatwego odkręcenia – czytamy. Minister mówi też o tym, że jest mnóstwo do zrobienia w jej resorcie: – Przede wszystkim wspólne z samorządami ułożenie całego systemu. Gdzie i jakie szkoły, jakie przepływy kadry nauczycielskiej, jakie granice obwodów szkolnych. Samorządowcy już zresztą zmianę ustroju szkolnego rozpoczęli. I to jest drugi powód. Samorządowcy nie mogą podjąć tego wielkiego dzieła zmiany ustroju szkolnego w roku wyborów samorządowych.

Jan Rokita na łamach nowego numeru „wSieci” podejmuje się analizy tego, w jakim kierunku będzie zmierzał świat w nadchodzącym roku. W światowej polityce rok 2017 zacznie się nerwowym wyczekiwaniem na pierwsze faktyczne (a nie tylko zapowiadane) ruchy prezydenta Donalda Trumpa i jego ekipy, złożonej z bankierów, nafciarzy i generałów. Największe znaczenie mieć będą wielce prawdopodobne zmiany polityki amerykańskiej w Azji oraz na Bliskim Wschodzie. Tymczasem gra, jaką w obu tych newralgicznych punktach dzisiejszego świata zamierza podjąć Trump, nie jest na razie jasna. Jeśli rzeczywiście wycofa Amerykę z umowy TPP (o transpacyficznym wolnym handlu), której nieskrywanym celem było ograniczenie ekspansji handlowej Chin w Azji, w Pekinie krok taki zostanie przyjęty z satysfakcją – pisze Rokita.

W tygodniku także komentarze bieżących wydarzeń pióra Andrzeja Zybertowicza, Wiktora Świetlika, Roberta Mazurka, Jerzego Jachowicza, Witolda Gadowskiego, Aleksandra Nalaskowskiego, Wojciecha Reszczyńskiego, Dariusza Karłowicza, Wojciecha Wencla, Krzysztofa Feusette czy Bronisława Wildsteina.

*Więcej artykułów w nowym numerze tygodnika „wSieci” w sprzedaży od 27 grudnia br., także w formie e-wydania – szczegóły na http://www.wsieci.pl/e-wydanie.html.

[fot. „wSieci”]

Czytaj oryginalny artykuł na: http://www.stefczyk.info/publicystyka/opinie/w-nowym-numerze-wsieci-to-byl-pucz,18892465033#ixzz4Tyz6Xd00

Pomoc warszawskich adwokatów nie tam gdzie trzeba


Warszawscy adwokaci chcieli bezpłatnie pomagać zatrzymywanym pod Sejmem. A może tak lepiej pomóc poszkodowanym przez mafię reprywatyzacyjną?
wpis z dnia 21/12/2016

Okręgowa Rada Adwokacka w Warszawie na fali weekendowych emocji postanowiła zaangażować w polityczny spór po stronie KOD i zaoferowała gotowość do świadczenia darmowej pomocy prawnej na rzecz – tutaj cytat – „osób ewentualnie zatrzymanych podczas demonstracji pod Sejmem”. Z racji tej, że nikt nie został zatrzymany może warto wykorzystać chęci warszawskich adwokatów do niesienia darmowej pomocy prawnej i skierować ich do osób, które zostały poszkodowane przez mafię reprywatyzacyjną w Warszawie?

Przypomnijmy – 17 grudnia na stronie internetowej Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie pojawił się następujący komunikat:

„Szanowni Państwo, w związku z licznymi prośbami pochodzącymi zarówno od obywateli, jak również od organizacji pozarządowych o wskazanie adwokatów gotowych do świadczenia pomocy prawnej dla osób ewentualnie zatrzymanych podczas demonstracji pod Sejmem RP oraz wobec deklaracji adwokatów napływających do Dziekana Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie o gotowości do świadczenia tego rodzaju pomocy prawnej pro bono uprzejmie informujemy, że Dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie prowadzi listę adwokatów, którzy zadeklarowali chęć świadczenia pomocy prawnej pro bono w najbliższych dwóch dniach dla osób zatrzymanych w związku z demonstracją odbywającą się pod Sejmem RP.”

Z uwagi na fakt, iż do „ewentualnych zatrzymań” nie doszło, warszawski radca prawny – Dariusz Lasocki – słusznie zaproponował, aby wykorzystać dobre chęci i wolne moce przerobowe warszawskich adwokatów i skierować ich na odcinek niesienia darmowej pomocy prawnej wobec osób poszkodowanych przez działalność mafii reprywatyzacyjnej w Warszawie:

Ta, w swym założeniu, nieco przewrotna koncepcja, w istocie rzeczy jest jednak bardzo słuszna. Bardzo wielu pokrzywdzonych przez mafię reprywatyzacyjną w Warszawie potrzebuje profesjonalnej pomocy prawnej. Niestety, dla sporej części z nich koszty adwokackie są nie do przeskoczenia.

Źródło: Komunikat w związku z demonstracjami pod Sejmem RP (ORA-Warszawa.com.pl)
Źródło: Dariusz Lasocki (Twitter.com)

wpis z dnia 21/12/2016

niewygodne.info.pl

blog niewygodny dla establishmentu III RP

Pozwolenie na rewizję u Putina


prawica.net

 

boze-narodzenie2016pn.jpg

Pozwolenie na rewizję u Putina.

Pieczerski sąd (Ukraina) wydał pozwolenie na dokonanie rewizji w kancelarii Putina oraz w Radzie Rosyjskiej Federacji. Chodzi o odnalezienie oryginału pisma jakie skierował były prezydent Ukrainy Janukowicz do prezydenta Putina. W piśmie tym, z dnia 22 lutego 2014, Janukowicz prosił Putina o pomoc w rozwiązaniu konfliktu jaki powstał w związku z rebelią na Majdanie. O istnieniu tego pisma i jego treści wiadomo z posiedzenia Rady Bazpieczeństwa ONZ, gdzie delegacja rosyjska zaprezentowała jego fotokopię.
Orginał tego pisma jest potrzebny do ekspertyzy dla stwierdzenia autentyczności podpisu Janukowicza, co będzie podstawą oskarżenia go o zdradę stanu.

żródło:

Печерский райсуд Киева разрешил военной прокуратуре Украины (link zewnętrzny)

 

 

Tematy:

Informację nadesłał(a): Eowina | 23 grudnia 2016

Miastowym wieś przestaje brzydko pachnieć


 

 

Forsal.pl

Forsal.pl

 

statystyki

Wsi już nie czuć. Pochodzenie z prowincji przestaje być obciążeniem

26 grudnia 2016, 09:00

 

źródło:Dziennik Gazeta Prawna

fot. Joanna Mrówka/Forum

fot. Joanna Mrówka/Forumźródło: Dziennik Gazeta Prawna

O tym, że pochodzenie ze wsi przestaje być obciążeniem. Co prawda nieliczni się nim chwalą, ale już domem poza miastem – prawie wszyscy, którzy go mają.

W 1991 r. wielkim przebojem był utwór „Jestem z miasta” Elektrycznych Gitar. Ta lekka piosenka, odzwierciedlająca blaski i cienie życia w wielkiej aglomeracji, stała się hitem dyskotek – dzięki chwytliwemu refrenowi. Kuba Sienkiewicz śpiewał (chyba śpiewał) w nim o tym, jak bardzo człowiek może wtopić się w miejską tkankę, lecz w praktyce pół Polski wyło na prywatkach, że wieśniaka poznasz po tym, jak wygląda, mówi i pachnie. Ale w ciągu ćwierćwiecza sporo się zmieniło.

REKLAMA

 

Przede wszystkim zmieniło się oblicze samej wsi oraz jej mieszkańców. Postęp technologiczny, edukacja, komunikacja, internet czy dofinansowania unijne wyeliminowały wiele barier rozwoju i skróciły cywilizacyjny dystans między wsią a miastem. Globalna wioska wchłonęła tę lokalną. Co więcej, moda na zdrowy tryb życia, ekologiczne produkty i agroturystykę, chęć odnalezienia głębszych międzyludzkich więzi w małych wspólnotach, a także środowiska przyjaznego wychowywaniu dzieci powoduje, że mieszkanie na wsi staje się symbolem lepszego statusu społecznego. Dziś wiele osób chwali się tym, że mieszka na wsi, bo to oznacza, że je na to stać.

Dlaczego więc wciąż jeszcze wiele osób ukrywa swoje pochodzenie? Dlaczego określenie „wieśniak” lub „wiocha” ma pejoratywne znaczenie? Odpowiedzi trzeba poszukać w naszej zbiorowej tożsamości. I regionalnym zróżnicowaniu, bo wieś wsi nierówna.

Pańska Polska

Negatywne postrzeganie wiejskiego pochodzenia w prostej linii wywodzi się z historii, a raczej sposobu jej nauczania. Ta wykładana w szkołach to historia szlachty, choć warstwa ta stanowiła tylko 8 proc. społeczeństwa, a chłopi – ok. 90 proc. I dopiero w okresie pozytywizmu dostrzeżono, że to oni są głównym tworzywem narodu. Przez stulecia byli zależni od panów, niewykształceni, żyjący w biedzie, z polskością związani jedynie językiem i wyznaniem. Któż chciałby więc identyfikować się z taką grupą społeczną? Oczami wyobraźni większość Polaków traktuje siebie jako spadkobierców tradycji sarmackich i ziemiańskich, a nie chłopskich.

Teoretycznie takie postrzeganie korzeni powinno zmienić się w PRL, bo tamta Polska była państwem robotniczo-chłopskim. Tyle że folklor i ludowość były w tym czasie wykorzystywane do celów propagandowych, a ich forma nie miała wiele wspólnego z prawdziwym życiem na wsi. Do tego stopnia, że z czasem nawet określenie cepelia stało się synonimem imitacji (choć w zamiarze pod tą marką miały się kryć wyroby ludowe wysokiej jakości).

Nie dziwi więc, że osoby pochodzące ze wsi ukrywały swoje korzenie. Zdarza się to i dziś – w oficjalnych życiorysach wielu osobistości z pierwszych stron gazet na próżno szukać informacji o dorastaniu poza miastem. Takie zamiatanie pochodzenia pod dywan jest tym prostsze, że wraz z rozwojem cywilizacyjnym – w tym przypadku ochrony zdrowia – zmieniły się warunki przychodzenia na świat. Porody dzieci wiejskich odbywają się w szpitalach, więc formalne miejsce urodzenia wielu osób ze wsi różni się od faktycznego miejsca pochodzenia. W oficjalnych dokumentach widnieje najczęściej tylko to pierwsze, więc łatwiej jest ukryć wiejskie korzenie.

– Dziś nie mają one już takiego znaczenia. Różnice w porównaniu z życiem w mieście nie są na tyle duże, aby prowadziły do stygmatyzowania osób ze wsi. Zdarza się ono jeszcze w okresie pobierania nauki w szkole powszechnej, gdy dzieci z obszarów wiejskich trafiają do szkół w miastach. Czasem przyczyniają się do tego same placówki oświatowe, które tworzą klasy złożone wyłącznie z dojeżdżających uczniów, teoretycznie po to, aby ułatwić im organizację nauki, a w praktyce: aby nie zaprzątać sobie głowy problemem wyrównywania szans edukacyjnych – tłumaczy dr Krzysztof Wasielewski z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Podkreśla, że sytuacja zmienia się w trakcie późniejszych etapów kształcenia. – Potwierdzają to nasze badania. Żaden spośród 400 studentów pochodzących ze wsi nie wskazał na przypadki stygmatyzowania w okresie nauki w szkole wyższej. A część z nich zetknęła się ze stygmatyzacją w szkołach powszechnych, czasem bardzo głęboką i bolesną – dodaje.

W ostatnich dekadach szybko zacierają się różnice cywilizacyjne. Kilkadziesiąt lat temu dysproporcje w dostępie do elektryczności, bieżącej wody, kanalizacji, środków transportu i komunikacji były ogromne. Widok zadbanych wiejskich domów z antenami satelitarnych oraz garażami samochodowymi od dłuższego czasu nikogo już nie dziwi. To zacieranie różnic potwierdzają dane statystyczne – powoli, ale systematycznie zmniejsza się dystans w zamożności mieszkańców miast i wsi. Tylko w ciągu ośmiu lat (2005–2013) dysproporcje w dochodach netto mieszkańców wsi zmniejszyły się o 6 pkt proc. w porównaniu z osobami zamieszkującymi wielkie aglomeracje (powyżej 500 tys. mieszkańców) i o 3 pkt proc. w porównaniu z tymi mieszkającymi w miastach małych (poniżej 20 tys. mieszkańców). Różnica w tym pierwszym przypadku wynosi aż 40 proc., ale w porównaniu z małymi ośrodkami miejskimi nie jest już tak znacząca (14 proc.; dodatkowo nie można zapominać o wyższych kosztach życia w mieście, w szczególności w aglomeracjach). Ze względu na coraz większe zróżnicowanie zawodowe mieszkańców wsi mniej miarodajne jest porównywanie zarobków według branż. Nie można jednak pomijać informacji, że w 2014 r. przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze rolnictwa, łowiectwa, leśnictwa i rybactwa (czyli tradycyjnych prac mieszkańców wsi) wyniosło 4225 zł i było o 442 zł (11,7 proc.) wyższe niż średnie wynagrodzenie w całej gospodarce. W porównaniu do 2005 r. rosło najszybciej ze wszystkich 18 sektorów wyodrębnionych przez GUS (o 76,9 proc. – identyczny wynik osiągnięto jedynie w sektorze ochrony zdrowia). Wymowne są też dane dotyczące wykształcenia. W 2006 r. wyższe wykształcenie posiadało tylko 5,9 proc. mieszkańców wsi (w miastach – 18 proc.). Dziewięć lat później wskaźnik ten wyniósł już 11,3 proc., co oznacza wzrost aż o 91,5 proc. (w miastach – 27,3 proc., wzrost o 51,7 proc.).

– Takich opinii nie można uogólniać, bo wieś jest wciąż zróżnicowana. Warunki życia w podwarszawskiej miejscowości nie różnią się od tych miejskich, lecz są całkowicie różne od tych panujących we wsi położonej we wschodniej Polsce, z dala od większych miast – wyjaśnia prof. Maria Halamska z Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN, Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych UW. Dodaje, że pod tym względem sytuacja na obszarach pozamiejskich wciąż się zmienia. – Najczęściej na lepsze, lecz nie zawsze. Na przykład ograniczenie publicznej komunikacji, czyli PKS-ów, przyczyniło się do tego, że powstają nowe obszary peryferyjne – podkreśla.

Nie da się jednak ukryć, że – kierując się refrenem piosenki Elektrycznych Gitar – coraz trudniej zauważyć różnice między miastem i wsią. A czy je słychać? Też coraz słabiej. Obecnie gwarą ludową posługuje się ok. 15–20 proc. Polaków. Niecałe sto lat temu (w okresie międzywojennym) wskaźnik ten wynosił aż 80 proc., a w latach 80. XX w. ok. 25 proc. Zanikanie lokalnej mowy postępuje więc dość szybko. Według prof. Haliny Karaś z Zakładu Historii Języka Polskiego i Dialektologii UW „zmiany statusu społecznego warstwy chłopskiej, zmiany struktury społecznej miast i intensywne procesy integracji językowej w ostatnim półwieczu spowodowały, że dialekty ludowe nie wszędzie występują już w sposób zwarty. Mówią nimi przede wszystkim mieszkańcy wsi, należący do najstarszego i (częściowo) średniego pokolenia (także w zależności od wykształcenia)”.

Swoje zrobiła też historia. Na zachodzie i północy kraju (Ziemiach Odzyskanych) w wyniku repatriacji, przesiedleń i migracji ludności po 1945 r. nie ukształtowały się nowe dialekty mieszane, lecz szerzy się polszczyzna ogólna, wypierając inne jej odmiany. Często używane są jedynie te gwary, które są pielęgnowane i cieszą się prestiżem (np. śląska, podhalańska), ale one bardziej kojarzą się z pochodzeniem z danego regionu, a nie ze wsi (w szczególności śląska).

W genach

Za zmianami ekonomiczno-społecznymi nie zawsze nadążają te mentalne. – Część osób pochodzących ze wsi wciąż ma kompleksy. Samo wykształcenie, zdobycie np. tytułu licencjata nie eliminuje automatycznie braków kulturowych – podkreśla prof. Maria Halamska. Ma to wpływ na życie mieszkańców wsi i ich postawy. – Młodzież wiejska jest ostrożniejsza, bo ma świadomość deficytów ekonomicznych i środowiskowych. Dlatego wytycza sobie nieco mniej ambitne cele i realizuje swój rozwój w modelu małych kroków. Dla przykładu osoba ze wsi raczej wybierze taki kierunek studiów, co do którego ma większą pewność, że go ukończy. Szybciej zrezygnuje z tego wymarzonego, jeśli wie, że może mieć problemy z uzyskaniem dyplomu. Młodzież z miasta jest odważniejsza, bardziej przebojowa – wyjaśnia dr Krzysztof Wasielewski.

Z drugiej strony taka postawa oznacza jednak większą determinację w dążeniu do celu. – Mamy mniejszy margines błędu. Skoro kształcenie wymaga od mnie podjęcia większego wysiłku, związanego przede wszystkim ze zmianą miejsca zamieszkania, to bardziej się staram – mówi mi Dorota, absolwentka uczelni wyższej, która do Warszawy przeniosła się w wieku 15 lat (podjęła naukę w warszawskim liceum).

To niejedyna cecha, którą nabywa się niejako automatycznie wraz z wiejskim pochodzeniem. Inną jest szybsze dorastanie. Nie chodzi tu wyłącznie o to, że dzieci wychowujące się na wsi mają więcej obowiązków niż te mieszkające w mieście. Większa samodzielność wynika choćby z konieczności szybszego opuszczenia domu rodzinnego (np. w okresie nauki). – Inną cechą osób pochodzących ze wsi jest większa ufność w stosunku do instytucji publicznych lub instytucjonalnego potwierdzenia praw lub umiejętności, a także wobec przekazu marketingowego. Na przykład młodzież wiejska częściej wierzy w to, że samo ukończenie studiów otwiera drogę do kariery. Ich rówieśnicy z miasta wiedzą, że rynek pracy jest znacznie bardziej skomplikowaną strukturą – wskazuje dr Krzysztof Wasielewski.

Te cechy różnicują jeszcze osoby ze względu na miejsce pochodzenia. Ale w praktyce i one coraz częściej się zacierają. Również z tego powodu, że także miasta – podobnie jak wsie – są mocno zróżnicowane. Obok bardzo zamożnych przedsiębiorców, lekarzy, prawników, specjalistów funkcjonuje w nich cała grupa słabiej wynagradzanych profesji – chodzi w szczególności o pracowników sektora usług, pracowników biurowych, tymczasowych, zatrudnianych na umowach cywilnoprawnych. To prekariat, czyli biedni pracujący, którzy mają nieduże szanse na stabilne i dobrze płatne zatrudnienie. Ich odpowiednikiem w małych miastach są osoby, które nie odniosły korzyści lub straciły na transformacji ustrojowej i gospodarczej (czyli np. byli pracownicy dużych zakładów przemysłowych). – W praktyce coraz częściej to status ekonomiczny, a nie pochodzenie, determinuje aspiracje danych osób – podsumowuje dr Krzysztof Wasielewski.

Czerpiąc ze źródła

Skoro wiejskie pochodzenie nie jest już tak istotną barierą rozwojową jak kilkadziesiąt lat temu, to warto zadać pytanie, czy może przyczyniać się do życiowego sukcesu. Wśród osób, które w ostatnich dekadach odegrały istotną rolę w historii Polski, nie brakuje tych wywodzących się ze wsi. Lech Wałęsa, najsłynniejszy żyjący Polak, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, legendarny przywódca Solidarności i były prezydent RP, urodził się i dorastał w Popowie, niewielkiej wsi w woj. kujawsko-pomorskim. Nigdy nie ukrywał swojego pochodzenia, a wręcz uczynił z niego atut – jego charyzma, łatwość w komunikowaniu się z różnymi grupami społecznymi, upór w dążeniu do celu zapewniły mu miejsce w panteonie polskich bohaterów. Osób takich nie brakuje także w kręgu kultury. Wiesław Myśliwski, jeden z najwybitniejszych współczesnych polskich pisarzy (dwukrotny laureat Nagrody Nike), urodził się i wychowywał we wsi Dwikozy (woj. świętokrzyskie). Z kolei bestseller muzyczny ostatniego ćwierćwiecza o zasięgu światowym, czyli III Symfonia („Symfonia pieśni żałosnych”) Henryka Mikołaja Góreckiego, nawiązuje do muzyki ludowej. Jej twórca pochodzi ze wsi Czernica w woj. śląskim (regularną edukację muzyczną rozpoczął dopiero w dorosłym życiu). Wiejskie korzenie ma też Monika Brodka – wokalistka, jedna z najpopularniejszych polskich artystek młodego pokolenia, która pochodzi ze wsi Twardorzeczka w woj. śląskim. W przypadku wszystkich tych osób pochodzenie ze wsi było siłą napędową lub źródłem inspiracji, które przyniosło im sławę i uznanie.

Zalety wsi – jej oryginalność, żywiołowość, bliskość z naturą – doceniają jednak nie tylko artyści lub osoby z pierwszych stron gazet. Coraz częściej dostrzega je zwykły Kowalski. Mieszkanie na wsi stało się modne, bo oferuje ona możliwości, których pozbawia miasto – poczucie przynależności do wspólnoty, zdrowsze warunki życia, mniejszy stres. Potwierdzają to statystyki. Przez dziesięciolecia migrowano ze wsi do miast. Szczyt tego zjawiska przypadł na okres transformacji ustrojowej – w 1991 r. odnotowano najwyższy wskaźnik urbanizacji w historii (w miastach mieszkało 62 proc. Polaków). Od tego momentu jego wartość spada i obecnie wynosi on 60,3 proc. W ciągu ostatnich 20 lat miastom ubyło pół miliona mieszkańców, a wsiom przybyło 700 tys. osób. – Nie wynika to jedynie z wyższej niż w mieście dzietności. Wieś przyjmuje więcej osób, niż oddaje do miast – podkreśla Krzysztof Wasielewski.

Coraz lepszy obraz wsi kreują też media. Nie chodzi o bazujące na stereotypach seriale (w których obowiązkowo muszą pojawić się ksiądz i przedstawiciel władzy), lecz o produkcje promujące lub wykorzystujące obecne trendy. Polacy zakochali się w biegach i rowerach, więc wszyscy szukają podmiejskich tras w przyjaznych okolicznościach natury. Potem przyszedł czas na agroturystykę, więc zamiast jeździć wyłącznie nad morze lub w góry, wczasowicze zaczęli wybierać się do ekologicznych gospodarstw. W ostatnich latach w telewizji króluje kuchnia, co zaowocowało tym, że mieszkańcy miast doceniają regionalne, zapomniane od lat produkty (wzorem Włochów lub rodzimych hipsterów). Nie trzeba dodawać, że na tych wszystkich miejskich trendach korzysta wieś.

Pewnych uwarunkowań – z natury rzeczy – nigdy jednak nie zmieni choćby najbardziej rozpowszechniona moda. – Gdybym mogła zrealizować się zawodowo w moich rodzinnych stronach, wróciłabym tam po studiach. Ale ograniczają mnie realia rynku pracy. Dotyczy to wielu osób – znam kilka, które po studiach wróciły na wieś, ale to zdecydowana mniejszość w porównaniu z tymi, którzy zostali w mieście – podkreśla Dorota.

Oczywiście ani medialny przekaz, ani postęp cywilizacyjny nie odczaruje całkowicie wizerunku wsi. Nadal – z punktu widzenia mieszkańców – ma ona swoje zalety i wady. Wciąż różni się od miasta, tyle że w coraz mniejszym stopniu. I dlatego refren piosenki Elektrycznych Gitar staje się coraz mniej aktualny.

 

 

Łukasz Guza

inne teksty autora »

Autor:

Łukasz Guza

Tworzenie sekularnego święta konsumpcji


 

BIBUŁA.pl

USA: dzieła żydowskich kompozytorów pomogły przekształcić Boże Narodzenie w święto konsumpcji

Aktualizacja: 2016-12-24 4:52 pm

Dodano: 2010-12-29 10:52 pm

Większość najpopularniejszych świątecznych piosenek granych przez stacje radiowe w USA napisali twórcy żydowskiego pochodzenia – wynika z zestawienia Amerykańskiego Stowarzyszenia Kompozytorów, Autorów i Wydawców (ASCAP). Kompozytorzy pochodzenia żydowskiego „pomogli stworzyć pełną nostalgii mitologię, potrzebną do przekształcenie Bożego Narodzenia w sekularne święto konsumpcji”.

Takie bożonarodzeniowe przeboje jak „Sleigh Ride”, „White Christmas”, „The Christmas Song”, „Winter Wonderland”, „The Most Wonderful Time of the Year” czy „I’ll Be Home for Christmas”, powszechnie kojarzone za oceanem ze świętami, są dziełem żydowskich kompozytorów.

Zdaniem kanadyjskiej gazety “The Globe and Mail”, z jednej strony świadczy to o tym, że utalentowani kompozytorzy żydowskiego pochodzenia, którzy stoją za wieloma hitami XX wieku, chcieli także sprawdzić się w tematyce bożonarodzeniowej i uczynić z niej źródło zysków; z drugiej strony, jak zauważa dziennik, twórcy ci „pomogli stworzyć pełną nostalgii mitologię, potrzebną do przekształcenie Bożego Narodzenia w sekularne święto konsumpcji”.

Dziennik przypomina, że historia współczesnej muzyki bożonarodzeniowej tworzonej przez żydowskich kompozytorów zaczyna się w 1942 roku, kiedy Bing Crosby zaśpiewał utwór Irvinga Berlina „White Christmas”. Okazuje się, że ten jeden z największych bożonarodzeniowych szlagierów wszechczasów napisał syn żydowskiego kantora. Tekst pozbawiony jest jakichkolwiek religijnych odniesień i koncentruje się na stworzeniu nastroju świątecznego, pełnego sielankowo-arkadyjskich obrazków.

Piosenka spowodowała, że po temat Bożego Narodzenia zaczęli szybko sięgać inni żydowscy kompozytorzy. Twórcy spod znaku Tin Pan Alley w latach 1942-52 wypracowali istny kanon pisania bożonarodzeniowych szlagierów, które szybko stały się równie popularne jak tradycyjne kolędy. Tym razem jednak utwory zamiast refleksji nad narodzinami Chrystusa proponowały opiewanie uroków dzwoniących dzwoneczków, pędzanych sań, renifera Rudolfa i białego śniegu. W dużej mierze na taki obraz świat wpłynęły kompozycje takich autorów jak Berlin, Johny Marks, Jule Styne, George Wyle i innych.

Źródło: KAI

KOMENTARZ BIBUŁY: O tym, że światem biznesowo-rozrywkowym rządzą Żydzi pisał już przed prawie stu laty Henry Ford. Pisał i ostrzegał przed tym do czego doszło w czasach dzisiejszych. A to, że Żydzi kontrolują Hollywood wie każdy aktor, choć oczywiście tylko nielicznym przyszło o tym głośno powiedzieć (a później odszczekiwać, bo przecież kariera i reputacja byłaby zupełnie skończona, a żydowskie wpływy skutecznie przeprowadziłyby kampanię zwaną character assasination, czyli bezkompromisowego publicznego ataku na delikwenta). Wiadomo również i to, że wielu z żydowskich twórców celowo i z premedytacjątworzyli takie a nie inne teksty i melodie, aby oddalić ludzi od Chrystusa. Wielu zresztą nie ukrywało i nie ukrywa takich intencji. Dobrze, że o fakcie dominacji żydowskiej w tym segmencie przypomina organizacja ASCAP.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

Za: PiotrSkarga.pl

Tags: anti-catholicism-anti-christianity, christmas war, jewish control, usa

Winnicki: Partia rządząca wpisuje się w antypolski scenariusz


 

Pikio.plPikio.pl

 

Winnicki: Partia rządząca wpisuje się w antypolski scenariusz

Autor:

Wiadomości Pikio

  • Gru 21, 2016

 

fot. flickr.com

Stanowisko polityków niezależnej prawicy w sprawie trwającego kryzysu parlamentarnego.

W ostatni piątek powaga i majestat Rzeczypospolitej zostały zszargane przez awanturę polityczną, która przerodziła się w kryzys państwa polskiego. Odpowiedzialność za obecną sytuację spoczywa na dążących do konfrontacji stronach sporu, zarówno na liberalnej opozycji, jak i na partii rządzącej. Forsowane, z uporem godnym lepszej sprawy, błędne kroki marszałka Sejmu w sprawie ograniczenia dostępu mediów do obrad i wyrzucenie jednego z posłów z posiedzenia, dały, zupełnie niepotrzebnie, ogromną ilość paliwa politycznego siłom lewicowo-liberalnym.

Prące do awantury siły polityczne wykazały się kompletną nieodpowiedzialnością i brakiem zmysłu państwowego. Nie dziwi nas, że dążą do tego radykalni przeciwnicy obecnej władzy. Najwyższe zaniepokojenie budzi jednak wpisywanie się kierownictwa partii rządzącej w ten zdecydowanie antypolski scenariusz. Dlatego pozytywnie oceniamy włączenie się Prezydenta RP w zaistniałą sytuację i wyrażamy nadzieję, że jego mediacja pozwoli wyjść z kryzysu.

Zdecydowanie przeciwstawiamy się dążeniom sił lewicowo-liberalnych, by trwający kryzys wykorzystać do obalenia legalnie powołanego rządu. Wyrażając krytycyzm wobec posunięć partii rządzącej, nie możemy jednak zgadzać się na ich cyniczne wykorzystywanie. Krytycznie oceniamy również pracę tych mediów, które dziś mówią o zagrożeniu demokracji, a nie dostrzegały represyjnych działań władz wobec dziennikarzy, uczestników Marszów Niepodległości czy uczestników antyrządowych manifestacji za czasów rządu PO.

Obecny kryzys pokazuje po raz kolejny, jak potrzebna jest aktywność polityczna narodowych i konserwatywnych ugrupowań, stanowiących alternatywę dla PiS, który swoimi nieodpowiedzialnymi działaniami wzmacnia potencjał sił lewicowo-liberalnych.

Robert Winnicki

CZY MODLIMY SIĘ NAD GROBAMI SWOICH BLISKICH?


 

13:10, 26-12-2016

Andrzej Melak: To jest nienormalne, aby po prawie siedmiu latach nie wiedzieć, czy modlimy się nad grobami swoich bliskich NASZ WYWIAD

Andrzej Melak: To jest nienormalne, aby …

08:43, 24-12-2016

 

Maciej Nowak: Mam nadzieję, że bohaterowie z oddziału „Bartka” doczekają się kinowej ekranizacji NASZ WYWIAD

 

ANDRZEJ MELAK: TO JEST NIENORMALNE, ABY PO PRAWIE SIEDMIU LATACH NIE WIEDZIEĆ, CZY MODLIMY SIĘ NAD GROBAMI SWOICH BLISKICH NASZ WYWIAD WYRÓŻNIONY

 

fot: Facebook / Andrzej Melak fot: Facebook / Andrzej Melak

– Wszyscy obawiamy się, czy w grobach leżą nasi bliscy, do których przez lata przychodziliśmy, modliliśmy się i paliliśmy świece – mówi poseł PiS Andrzej Melak, brat śp. Stefana Melaka, który zginął katastrofie prezydenckiego samolotu w Smoleńsku.

Ruszyły prace śledczych, którzy dokonują ekshumacji ciał ofiar katastrofy smoleńskiej. Jesteśmy dopiero na początku, a już wiemy, że ciało jednej z ofiar, śp. Piotra Nurowskiego nie spoczywa na właściwym miejscu. Zostało zamienione najprawdopodobniej z ciałem śp. Mariusza Handzlika. Jak Pan to skomentuje?

Oczywiście bardzo współczuję obu rodzinom, bo wiem, jak trudny i ciężki jest to dla nich czas. Współczuję również tym rodzinom, które stoją przed procesem ekshumacyjnym. Dziś każda z rodzin drży i obawia się, że może potwierdzić się najgorsze.

Kogo można obarczyć odpowiedzialnością za tę sytuację?

To wszystko dzieje się z winy Tuska, Kopacz i całej ekipy Platformy Obywatelskiej, która wcześniej nami rządziła. Obwiniam za obecny stan rzeczy również byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego. To ci ludzie zaniechali swoich obowiązków. W sposób tchórzliwy całkowicie oddali inicjatywę Rosjanom. Nie dopilnowali najbardziej podstawowych elementów, które powinny mieć miejsce w śledztwie prowadzonym ws. katastrofy smoleńskiej. Gdybyśmy przeszli przez wszystkie procedury i działali zgodnie z wymogami, które obowiązują, to dzisiaj byśmy byli spokojni, że wszystko zostało sprawdzone i wykonane w sposób zgodny ze sztuką śledczą.

Ból wraca na nowo?

To naprawdę przykre, gdy człowiek po sześciu latach musi ponownie wszystko przeżywać. To dramat dla rodzin. Wszyscy obawiamy się, czy w grobach leżą nasi bliscy, do których przez lata przychodziliśmy, modliliśmy się i paliliśmy świece. I zgotowali nam to ludzie, którzy twierdzili, że państwo zdało egzamin. Ludzie, którzy do reszty zaufali Sowietom i rzekomo byli bardziej sceptyczni od historyków i osób, znających Rosję i wątpiących w jej rzetelność.

Jest Pan pewny, że brat – śp. Stefan Melak – leży na swoim miejscu?

Nie mam takiej pewności. Czekam z niecierpliwością, tak jak wszyscy, i bardzo się boję…

Nie daj Panie Boże, jeśli okaże się, że więcej ciał zostało niewłaściwie pochowanych. Jakie będą dalsze działania rodzin ofiar katastrofy?

Będziemy czekać na dalsze ekshumacje i odnalezienie ciał tych, których nie ma…

A czy będziecie Państwo kogoś pozywać za taki stan rzeczy? Na przykład poprzednie władze?

Niczego nie można wykluczyć. To pan Tusk i jego ludzie zgotowali nam ten gorszący spektakl, i ktoś musi za to odpowiedzieć. Przecież tą sprawą zajmowali się prokuratorzy wojskowi, śledczy referenci, a także ten, który trzymał żelazną ręką pieczę nad wszystkim – Donald Tusk. Należy tych ludzi postawić przed sądem za zaniechanie podstawowych czynności. Ich zadaniem była również współpraca z przyjaciółmi z NATO, Komisji Europejskiej, Rady Europy oraz innych światowych organizacji, aby wyjaśnić przyczyny katastrofy.

Wierzy Pan, że to byłoby lepsze rozwiązanie?

O wiele lepsze niż powierzenie sprawy Rosjanom. Konwencja chicagowska obejmuje tylko samoloty cywilne, a wiadomo było – mam potwierdzenie od pana Laska – że to był lot militarny, że TU-154M był samolotem rządowym, wojskowym. Należało zastosować się do porozumienia z Rosją z 1993 r., które dawało możliwość wspólnego prowadzenia śledztwa. To byłoby uczciwe.

Czym kierują się rodziny ofiar, które krytykują proces ekshumacji? Czy to polityka?

Nie wiem. Albo są mocno zmanipulowani, albo po prostu skołowani, dlatego uwierzyli w narracją, która mówi, że wszystko zostało w śledztwie przeprowadzone poprawnie. Być może nie chcą przeżywać tego, co obecnie przeżywam ja czy rodzina Nurowskich albo Handzlików. To jest nienormalne, aby po prawie siedmiu latach nie wiedzieć, czy modlimy się nad grobami swoich bliskich.

Tragedia…

Politycznie grają tu ci ludzie, którzy za wszelką cenę chcą uniknąć kompromitacji i skandalu. Ci ludzie, którzy wyzywali nas od „moherów” i „sekty smoleńskiej”, a skandal już został wywołany. Było sześć poprzednich omyłek przy pochówkach, teraz mamy siódmą, a to dopiero początek. To było świadome działanie przestępcze, które doprowadziło do obecnego stanu.

Wywiad ukazał się w tygodniku Warszawska Gazeta

 

Łukasz Żygadło

ŁUKASZ ŻYGADŁO

Dziennikarz i publicysta. Dwa lata pracował dla portalu wPolityce.pl, gdzie wciąż można czytać jego komentarze. Obecnie pracuje dla tygodników Warszawska Gazeta oraz Polska Niepodległa. 

Byle zaszkodzić Rosji…



 

26 grudnia 2016

NEon24.pl

BOGUSŁAW JEZNACH

 

 

26.12.2016 11:181 komentarz

Byle zaszkodzić Rosji…

 

CO PISZĄ INNI: Zofia Bąbczyńska-Jelonek, polska publicystka ze Szczecina pisze o kontynuacji rusofobii w polskiej polityce zagranicznej

Walka pod przykrywką: „Rosja nam zagraża”, była i jest prowadzona, zarówno przez poprzedni rząd (PO+PSL), jak i obecny (PiS), na wielu frontach a stosunki polsko-rosyjskie są najgorsze od 1989r. Mijający rok był destruktywny w stosunkach Polski z Rosją. Cechowały go niebezpieczne prowokacje: wojskowe, dyplomatyczne, polityczne, gospodarcze i turystyczne, historyczno-kulturalne i medialne. Dla Polaków i organizacji społeczno-politycznych o pozytywnym stosunku do Rosji, miniony rok upłynął pod znakiem szykan z aresztowaniem włącznie (casus Mateusza Piskorskiego, lidera partii „Zmiana”).

Wg obecnej władzy, Rosja zagraża Polsce militarnie, gospodarczo i propagandowo, a nasza armia nie jest w stanie przed nią obronić. Rząd PiS absolutnie nie kryje się z tym, że z naddatkiem przyjmuje amerykańskie tezy o agresywnej ekspansji Rosji na kraje Europy Wschodniej i nadbałtyckie. Urządzano w efekcie bezprecedensowe polsko-amerykańskie manewry wojskowe na granicy z Obwodem Kaliningradzkim. Zamknięto latem mały ruch graniczny z tym obwodem. Szczyt NATO w Warszawie wykorzystano do spotęgowania rusofobii. Zakwestionowano znaczenie zwycięstwa Związku Radzieckiego w II wojnie światowej, w tym też znaczenie polsko-radzieckiego braterstwa broni, z tendencją, by polską armię sformowaną w ZSRR uznać za organizację przestępczą. Nadal demontowano lub dewastowano pomniki poświęcone żołnierzom Armii Czerwonej i niszczono ich groby, ponownie blokowano rosyjskim motocyklistom przejazd przez Polskę. Prowadzono bezpardonową walkę z gazowymi inwestycjami Rosji, służącymi bezpieczeństwu energetycznemu Europy.

Rusofobią zainfekowano instytucje Unii Europejskiej. Polska stała się najbardziej gorącym zwolennikiem sankcji wobec Rosji. Nasilono antyrosyjską narrację dyplomacji i związaną z tym propagandę w kraju i zagranicą. Oficjalnej wymiany kulturalnej między Polską a Rosją nie ma, chociaż dzięki obywatelskiej inicjatywie polscy reżyserzy z powodzeniem przygotowują spektakle w rosyjskich teatrach, a rosyjskie filmy czy zespoły baletowe z zdobywają aplauz polskiej widowni. Jak bumerang powraca ciągle nierozstrzygnięta, zdaniem polskich władz, kwestia użytkowania budynków w Warszawie przez Federację Rosyjską. Dzieje się to w czasie, gdy unijna Europa i USA, pod wpływem zmian politycznych w sferach rządzącego establishmentu powoli kieruje się dokładnie w przeciwnym kierunku. Trudno omówić wszystkie poczynania Polski zmierzające do pogorszenia stosunków z Rosją, podam tylko kilka, moim zdaniem najważniejszych.

ANAKONDA W KALININGRADZIE

Niewielki odcinek granicy z Rosją, jaki Polska posiada z Obwodem Kaliningradzkim, jest wykorzystany przez USA/ NATO do utrzymania w Polsce piramidy strachu przed Rosją. Polsce Rosja niczym nie zagraża, ale dla wojskowych „jastrzębi” z USA/NATO system obrony tego obwodu stanowi realną przeszkodę w panoszeniu się wojsk Sojuszu na Bałtyku.

Pod hasłem „Kaliningrad”, tym roku zmieściły się wielkie, polsko-amerykańskie manewry wojskowe „Anakonda-16″ z licznymi, niebezpiecznymi prowokacjami na granicy morskiej lub powietrznej Rosji oraz wojskowe ćwiczenia NATO na Bałtyku, m.in. na polskich wodach terytorialnych przy morskich granicach Rosji. A także warszawski szczyt NATO z udziałem prezydenta USA Baraka Obamy, gdzie Polska ponawiała swoje prośby o przesłanie wojsk amerykańskich i rozlokowanie ich na polsko-rosyjskim pograniczu. Pod tym hasłem mieści się też decyzja o wstrzymaniu małego ruchu granicznego (MRG) z Obwodem Kaliningradzkim.

W tym roku, na jesieni minister Waszczykowski zmienił też ambasadora RP w Rosji. Nowy ambasador, Włodzimierz Marciniak, stwierdził, że zawieszenie MRG wynika z „z powodu militaryzacji obwodu kaliningradzkiego” i Polska ruch graniczny wznowi, jak się obwód zdemilitaryzuje. O tym, że na życzenie Polski, Amerykanie na polsko-rosyjskim pograniczu instalują elementy tarczy antyrakietowej, skierowanej ku Rosji, że Polska zabiega o stacjonowanie w tym rejonie jednostek armii USA, dyplomata nie wspominał. Z Obwodem Kaliningradzkim związany jest majowy raport Rady Atlantyckiej ze wskazówkami dla polskich władz, by prowadziły militarne działania zaczepne i wyprzedzające wobec obiektów wojskowych w obwodzie, co w efekcie spłodziło m.in. „leśne wojsko” ministra Macierewicza, czyli Obronę Terytorialną.  

Pod hasłem „Kaliningrad” mieści się też pomysł przekopania Mierzei Wiślanej. Centra dowodzenia jednostek wojskowych USA na polsko-rosyjskim pograniczu mają być zlokalizowane w okolicy Elbląga, z wykorzystaniem jego niewielkiego portu. Pod koniec listopada Marek Gróbarczyk, szef resortu gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej, stwierdził m.in., że: „NATO przewiduje pewne scenariusze, które są tajne, ale pokazują, że na Zalewie Wiślanym muszą się pojawić jednostki Marynarki Wojennej”. 14 grudnia rząd przyjął ustawę o przeznaczeniu blisko miliarda zł na tę inwestycję. Przekopanie mierzei ma służyć celom militarnym NATO, skierowanym przeciwko Rosji.

PARA W GWIZDEK, CZYLI W GAZ-RURĘ

Portowy terminal LNG w Świnoujściu (tzw. gazoport), zbudowano z myślą, że stanie się wiodącym pośrednikiem w dostawach gazu dla Europy wschodniej. Zamierzenia spaliły na panewce i zakontraktowane dostawy gazu z Kataru kierowane są na rynek krajowy lub na Ukrainę. Innych chętnych brak. Polska polityka energetyczna ma zabarwienie polityczne i skierowana jest na zerwanie zależności od rosyjskiego dostawcy nośników energii.

Europa natomiast, w szczególności Niemcy, jest zainteresowana zwiększeniem importu gazu z Rosji, z racji ceny i niezawodności dostaw. Polska w budowie kolejnych nitek podmorskiego gazociągu na Bałtyku między Rosją a RFN (Nord Stream 2) i w gazociągu OPAL — widzi zagrożenie. Uważa, że jeśli nawet kupi gaz od zachodniego dostawcy, to będzie to gaz rosyjski. Pomysły budowania gazociągów z Norwegii czy Danii są nierealne i Polsce trudno znaleźć dla tych inwestycji jakichkolwiek sprzymierzeńców w Skandynawii. W efekcie, Polska storpedowała budowę Nord Stream 2 w ramach współpracy międzynarodowej (Gazprom i spółki zachodnie) i apeluje do Komisji Europejskiej o ograniczenie przepustowości rosyjskich gazociągów. Starania te jednak na nic się zdają, bo zarówno Rosja, jak europejscy kooperanci Gazpromu, pracują nad ominięciem barier stawianych przez Polskę. Jedynym sprzymierzeńcem Polski w wojnie z rosyjskimi gaz-rurami jest Ukraina i od niedawna Szwecja.

DYPLOMACJA W NATARCIU

Na froncie  wojny dyplomatycznej z Rosją stoi minister Witold Waszczykowski i europosłanka Anna Fotyga oraz nowo powołani ambasadorzy w Rosji, RFN i USA. Mimo różnych deklaracji składanych w ciągu roku o dobrej woli polskich władz, szef dyplomacji, niemal w każdym zdaniu atakuje Rosję. Anna Fotyga przekonała zaś Parlament Europejski do zaakceptowania i przyjęcia antyrosyjskiej rezolucji, nawołującej do walki z rosyjskimi mediami, które według niej, zagrażają „jedności Unii Europejskiej”. Film „Smoleńsk”, jawnie sugerujący, że katastrofa samolotu z prezydentem Kaczyńskim na pokładzie jest wynikiem zamachu ze strony Rosji, polska dyplomacja wykorzystuje jako oręż propagandowy. Za niepowodzenie w zorganizowaniu jego projekcji w Berlinie przez ambasadę RP, straciła stanowisko dyrektorka tamtejszego Instytutu Polskiego. Ambasada w USA zdołała na ten pokaz zgromadzić zaledwie 200 osób ze środowisk polonijnych.

CZASEM SIĘ DOGADUJEMY

Lobby środowiskowe tymczasem potrafi pozytywnie wpływać na działania administracji rządowej. Przykładem tego są konstruktywne rozmowy resortów transportu Polski i Rosji, związane z przyznawaniem bilateralnych zezwoleń dla przewoźników międzynarodowego transportu drogowego. Nie dość, że obie strony doszły jesienią do porozumienia i wyjaśniły kontrowersje, to zakończyły negocjacje przed terminem wygaśnięcia starych zezwoleń, co jest ewenementem w dotychczasowej praktyce tych corocznych negocjacji. Polacy i Rosjanie potrafią się dogadywać także w ramach polsko-rosyjskiej Komisji Mieszanej ds. gospodarki rybnej Zalewu Wiślanego. W grudniu zajmowano się ochroną bioróżnorodności tego akwenu a wspólnie opracowany plan ochrony węgorza europejskiego czeka na akceptację Komisji Europejskiej. Niestety, te wyjątki potwierdzają regułę — w stosunkach polsko-rosyjskich dzieje się wiele złego i na poprawę na razie — nie ma widoków.

Cyrograf na polskiej skórze (cz. 3 – ost.)


Konserwatyzm

KONSERWATYZM.PL – Portal Myśli Konserwatywnej

 

Lipiński: Cyrograf na polskiej skórze (cz. 3 – ost.) – Komentarz do wejścia w życie układu CETA

0

BY ADAMWIELOMSKI ON 21 GRUDNIA 2016PUBLICYSTYKA

Jak pisałem w poprzednim odcinku, Sejm podjął uchwałę, w której wyraził zgodę na tymczasowe przyjęcie CETA  w części handlowej. Co charakterystyczne, rząd nie przedstawił swojego oficjalnego stanowiska. Ale poseł rekomendujący uchwałę z ramienia PiS wzywał do jej poparcia.

Wyniki głosowania

Klub/koło
Liczba czł.
Głosowało
Za
Przeciw
Wstrzym.
Nie głos.

PiS
234
224
213
8
3
10

PO
133
116
111
1
4

Kukiz’15
36
35

34

1

Nowocz.
30
27

27
3

PSL
16
14

14

2

Eur. Dem.
4
4

4

Niezrzesz.
4
3
1
2
1

Woln. i Sol.
3
3
1

2

Razem
460
427
326
90
11
16

Jak wynika z tabeli, rozkład głosów okazał się nader interesujący. Nastąpił sojusz PO-PiS, natomiast ultra-europejska Nowoczesna głosowała przeciw. PSL oderwało się od PO i zagłosowało również przeciw. Także nowo powstałe koło (wyrzuceni lub uciekinierzy z PO) nie chciało poprzeć uchwały. Natomiast koło „Wolni i Solidarni” Kornela Morawieckiego nie zdecydowało się na sprzeciw. Z ciekawostek: prócz buntu części posłów partii Jarosława Kaczyńskiego, jeden z czołowych polityków PO – Andrzej Halicki wstrzymał się od głosu, a jego koleżanka klubowa Aldona Młyńczak nawet sprzeciwiła się uchwale. Sam K. Morawiecki wstrzymał się.

„To jest zdrada stanu”

Głosowanie poprzedziła gorąca dyskusja, która odbyła się dnia poprzedniego.

Bodaj najbardziej rzeczowo argumentował sprzeciw wobec CETA, a w przyszłości TTIP, pos. Robert Winnicki – niezależny, szef Ruchu Narodowego. Wymienił on trzy powody braku zgody na układ. Po pierwsze – „mamy do czynienia z kolejną odsłoną arbitrażu czy sądownictwa międzynarodowego”, „stawiające wielkie międzynarodowe koncerny na jednym pułapie … z państwami narodowymi i z tej zasady trzeba po prostu rezygnować”. Po drugie – obie umowy (CETA i TTIP) „utrwalają status neokolonialny polskiej gospodarki. Dlatego że wielkie koncerny – oczywiście niepolskie koncerny – które już dominują w bardzo wielu dziedzinach naszego życia gospodarczego, uzyskają dzięki TTIP i dzięki CETA nowe, szerokie możliwości działania na polskim rynku, tzn. utrwali się model gospodarki, w której Polska jest tanią siłą roboczą, zagłębiem surowcowym i rynkiem zbytu”. Jako trzeci argument wymienił zagrożenie dla polskiego rolnictwa. Mówca przypomniał los rolnictwa meksykańskiego w starciu z wielkopowierzchniowym, potężnym rolnictwem amerykańskim. Poseł przewidywał: „To samo będzie w Polsce. Trzeba mieć tego świadomość”. Odniósł się do sloganu min. Witolda Waszczykowskiego, który określił TTIP i CETA jako ekonomiczne NATO: to jest takie ekonomiczne NATO, które ma zwiększyć polskie bezpieczeństwo: „Ale ja pytam, przed czym to ekonomiczne NATO ma bronić Polski, bo chyba tylko przed polskim producentem, przed polskim rolnikiem, przed polskimi sieciami handlowymi, przed polskimi przedsiębiorcami”. A propos polityki wicepremiera Mateusza Morawieckiego mówił: „Taki nacjonalizm gospodarczy z niektórych jego deklaracji wręcz bije: super, świetnie. Pytanie: Jakie podejmujemy kroki? Nieskuteczny podatek handlowy? Niestety, jeśli nie sięgniemy – a jest to rozwiązanie i przeszłości, i przyszłości – po narzędzia protekcjonistyczne w gospodarce, jeśli nie zaczniemy mówić o tym, że należy własny rynek chronić, jeśli nie zaczniemy mówić o tym, że przyszłość to również inny model globalizacji, ponieważ zmieni się model funkcjonowania technologii”. I dodał: „To jest przyszłość: rozwijanie własnej siły, własnej produkcji, własnej technologii, więc o to trzeba apelować – o nie tylko deklaratywny, ale rzeczywisty nacjonalizm gospodarczy, który powinien się właśnie w tej kadencji przejawić działaniami rządu. Mówienie o tym, że tymczasowo przyjmujemy CETA, jest bałamutne. Nie wyobrażam sobie, że większość rządowa po 3 latach stosowania tej umowy, gdy będą nawiązane relacje handlowe, gdy firmy poczynią już swoje inwestycje, nagle powie: Nie, nie, odstępujemy jednak od tej umowy. To jest bałamutne. Nie mówmy tak, bo tak po prostu nie będzie. Powiedzmy w tym miejscu, w tym momencie: stop CETA, stop TTIP”.

Jeszcze ostrzej przemawiał pos. Piotr Apel – Kukiz”15. Pytał on: „Dlaczego cały czas nie ma stanowiska rządu? Dlaczego wszystko odbywa się w tajemnicy przed polskim społeczeństwem? Może dlatego, że nie wiemy, jaka część z tych rzekomo korzystnych regulacji wpłynie na polski rynek, a może dlatego, że chcemy przemilczeć zagrożenia, takie jak pogorszenie jakości żywności, a w konsekwencji – naszego zdrowia, osłabienie konkurencyjności polskich rolników, przedsiębiorców, możliwość inwigilacji obywateli. To jest bardzo ważna kwestia”. I kontynuował:  „Eksperci nie mają złudzeń: konstrukcja tymczasowego stosowania w odniesieniu do umowy CETA umożliwia de facto wejście w życie, oczywiście po przyjęciu przez Radę Unii Europejskiej, a później przez Parlament Europejski, tego paktu na stałe. Nie ma żadnej możliwości, żeby CETA przestała obowiązywać. Nie ma sytuacji, w której nasz parlament nie będzie tego ratyfikować i to przestanie obowiązywać. Nie ma odwrotu. Już nie ma odwrotu. (…) Apeluję o to, by opamiętać się i przestać wspierać tymczasowe stosowanie umowy, bo to jest zdrada stanu. To jest zdrada stanu. Nie boję się tego powiedzieć. (…) Jaki interes mamy w tym, by doprowadzić nasze rolnictwo i przemysł do bankructwa? Jaki mamy interes w tym, by nasi obywatele karmieni byli niezdrowym jedzeniem? A może opłaca nam się to, żeby płacić olbrzymie odszkodowania korporacjom ponadnarodowym za każdym razem, gdy będziemy chcieli zmienić prawo w zakresie rynku pracy? Czy którykolwiek z tych punktów służy naszemu krajowi, Rzeczypospolitej?”

Również pos. Krystyna Pawłowicz (PiS) nie zostawiła suchej nitki na pomysłach przystąpienia do CETA i TTIP. Mówiła: „Obie umowy … były przez Komisję Europejską negocjowane z wielkimi korporacjami, ale w tajemnicy przed państwami członkowskimi i przy dużych protestach opinii publicznej. Umowy przewidują tzw. ISDS-y, tj. system prywatnych arbitrów, którzy będą rozstrzygać skargi wielkich korporacji przeciwko suwerennym państwom, które zdaniem korporacji zagrażałyby … ich interesom i spodziewanym zyskom. Decyzjami tych prywatnych arbitrów państwa miałyby płacić korporacjom olbrzymie kary. Nie tylko procedura przepychania obu umów jest wadliwa, ale jeszcze groźniejsza jest ich treść, która w perspektywie zniszczy słabych, niekonkurencyjnych polskich drobnych i średnich przedsiębiorców, ale też jeszcze zdrowe, lecz niekonkurencyjne dla korporacji polskie rolnictwo. Obie umowy rugują demokratyczne mechanizmy władzy suwerennego państwa na rzecz niekontrolowanego, hybrydowego systemu władzy korporacji i ponadnarodowych prawników, których interesom suwerenne, demokratyczne państwa zostają podporządkowane w obszarze gospodarki i rolnictwa. W imieniu swych wyborców ze wschodniej Polski protestuję przeciwko obu fundamentalnie szkodliwym dla Polski umowom w zakresie ich obecnych rozwiązań i procedury. Nie sprzedawajmy Polski za zysk nie naszych, ale ponadnarodowych korporacji, dla których jesteśmy jedynie łatwym rynkiem zbytu i które dokończą dzieła rozpoczętego przez korporacje europejskie, tzn. zniszczenia polskiego rolnictwa i drobnej przedsiębiorczości”.

Nad losami polskiego rolnictwa rozdarli też szaty ludowcy, chociaż pos. Marek Sawicki zastrzegał, że: „Nie jestem przeciwko tej umowie, chcę to powiedzieć. Jestem tylko za pełnym trybem ratyfikacji. Żeby nie wchodziła część handlowa tymczasowo…  tylko żebyśmy odbyli narodową dyskusję i w przyjętym prawem krajowym i unijnym trybie ratyfikacji albo przyjęli, albo odrzucili tę umowę. I zrobili to w pełni świadomie, a nie w warunkach nagonki. Jeśli Francuzów stać na poważną debatę, jeśli Niemców stać na poważną debatę, to wstydzę się za polski rząd, że polskiego rządu przez 10 miesięcy nie stać na to, żeby w tej sprawie przedstawić jasne stanowisko Polski”. Czyli Sawicki „jest za, a nawet przeciw”. Z kolei prezes PSL Władysław Kosiniak-Kamysz zauważał, iż „pod tematami zastępczymi przechodzi umowa, która zagraża jakości polskich produktów rolno-spożywczych (…). Dzisiaj ona jest najwyższej jakości. Wolna jest Polska od GMO. Jeżeli przyjdą produkty kanadyjskie, kanadyjska żywność, Polska będzie zalana tańszymi produktami, dużo tańszymi, ale z użyciem GMO. Na to nie ma naszej zgody. To jest niedopuszczalne, bo najbardziej na tym ucierpi polskie rolnictwo. Małe gospodarstwa zostaną zlikwidowane. Znaczy, nie będzie można mówić już w Polsce o gospodarstwach rodzinnych, tylko o gospodarstwach wysokotowarowych, bo nikt z wielkimi amerykańskimi i kanadyjskimi farmerami tej rywalizacji nie wygra”. Znakomicie! Tylko czemuż to posłowie PSL-u nie grzmieli, gdy byli wraz z PO u władzy, bo przecież umowa CETA negocjowana była w latach 2009 – 2014. Jakoś nie dostrzegali wówczas zagrożeń dla polskiego rolnictwa?

Aktualne wersety „Międzynarodówki”

„Myśl nowa blaski promiennymi, dziś wiedzie nas na bój, na trud” – brzmią słowa „Międzynarodówki”. Jakież to aktualne! Wymieńmy chociaż niektóre blaski promienne tej myśli: globalizacja, zniesienie państw narodowych (kłania się stara leninowska teoria o obumieraniu państwa); gender, aborcja, eutanazja (pozostaje tylko twórczo rozwinąć teorię i praktykę Niemiec hitlerowskich), akceptacja zboczeń seksualnych (pardon, „innej orientacji seksualnej”), poprawność polityczna.

„Przeszłości ślad dłoń nasza zmiata” – śpiewamy dalej. Czyż nie tak? Tradycja, historia, obyczaj przodków, patriotyzm – to przebrzmiałe starocie, które eliminuje postęp światowy, z Unią Europejską na czele.

„… gdy związek nasz bratni ogarnie ludzki ród” – to inny werset pieśni Eugeniusza Pottier. I rzeczywiście związek wielkiego kapitału finansowego, handlowego, przemysłowego coraz bardziej „ogarnia ludzki ród”. Przymiotnik „bratni” jest także na czasie i na miejscu, albowiem wielu właścicieli wielkiego kapitału, to przecież bracia – bądź to fartuszkowi, bądź wywodzący się z tego samego narodu. Ten bratni związek zwie się globalizacją. „Z własnego prawa bierz nadania …” – no właśnie. Wielki kapitał tworzy prawa i z niego czerpie nadania. Wszystko się zgadza.

CETA  to kolejny po Unii Europejskiej i NAFTA etap globalizacji, a za nim pójdzie TTIP, bo po co kapitał amerykański ma wchodzić tylnymi drzwiami przez Kanadę. Spokojnie, Unia Europejska przyjmie jedno i drugie, Sejm RP (Trzeciej? Czwartej?) także. Panowie zza oceanu wiedzą, jak zapewnić pomyślne głosowania w euro-kołchozie, w tym i w Polsce. Z pewnością o właściwe zachowanie władzy ustawodawczej i wykonawczej RP w tym zakresie zadba nowo mianowany podsekretarz stanu w polskim MSZ – Robert Grey, którego sympatyczną sylwetkę przedstawił niedawno na naszych łamach Kol. Przemysław Piasta. Bobby da sobie radę – gwarantuję. Trudno też oczekiwać, by prezydent Donald Trump miał zrezygnować z tej operacji, jak przewidują niektórzy naiwni. Przecież to korzystne dla gospodarki USA.

Awans z półkolonii na kolonię

Przyjrzyjmy się, co czeka Polskę. Częściowo mówili już o zagrożeniach posłowie, którzy zakwestionowali uchwałę. Według Fundacji Akcja Demokracja, która przeprowadziła badania umowy CETA również pod względem wpływu na zatrudnienie i wzrost gospodarczy wynika, że właśnie Polska znajdzie się w grupie krajów, które na umowie wyjdą najgorzej, tzn. będą miały wysoki udział w 200 tys. utraconych miejsc pracy. Nie wiadomo jeszcze, w jakim stopniu dotknie nas spadek płac, ale analizy wskazują na spadek w UE w granicach 316 – 1331 euro w skali roku. Tak utrzymuje Maria Świetlik z Instytutu Globalnej Odpowiedzialności. Nawet jednak minimalny spadek (316 euro) dla przeciętnych mieszkańców Polski to bardzo dużo, a dla 1,3 miliona osób zarabiających płacę minimalną to tak, jakby zabrano im jedną pensję rocznie – mówi.

CETA spowoduje katastrofę polskiego rolnictwa. Zaleje nas tania i złej jakości żywność kanadyjska i amerykańska. Zarząd Krajowej Rady Izb Rolniczych (KRIR) twierdzi: „CETA spowoduje zniszczenie rolnictwa w Polsce i w Europie, a co za tym idzie ogromne negatywne skutki ekonomiczne dla Polski. Bezpieczeństwo żywnościowe i obronne są głównym obowiązkiem państwa”.Izba przypomina, że kanadyjski model rolnictwa to głównie gospodarstwa wysokotowarowe i przemysłowe, znacznie odbiegający od europejskiego, gdzie przeważają gospodarstwa rodzinne. KRIR zwraca ponadto uwagę na bardzo ważną kwestię: „Kanada jest jednym z trzech największych na świecie producentów żywności zmodyfikowanej genetycznie. Nie jest też wymagane obowiązkowe oznakowanie pozwalające na rozpoznanie takiej żywności, które obowiązuje w UE. W Polskę szczególnie może uderzyć sprzedaż tego typu jabłek, a wiadomo, że jesteśmy największym ich dostawcą w regionie. Do tego Kanadyjczycy zezwalają na dodawanie do żywności różnych środków barwiących, których stosowanie jest u nas ograniczone, a w niektórych państwach zakazane”.

Prezes KRIR – Wiktor Szmulewicz ostrzega: „Wejście w życie CETA doprowadzi do zanikania małych gospodarstw rodzinnych, co najdotkliwiej odczują państwa, w których gospodarstwa rodzinne stanowią podstawę rolnictwa. Znacznie różnią się także koszty energii – bardzo ważnego czynnika przy produkcji rolnej, które w Kanadzie są o wiele niższe”.

Odnotujmy też skandal, jakim był „błąd” w tłumaczeniu umowy z angielskiego na polski. Otóż w tekście angielskim zapis brzmiał: „to engage in regulatory cooperation to minimise adverse trade impacts of regulatory practices related to biotechnology products”. Tłumaczenie polskie wyglądało następująco: „uczestnictwa we współpracy regulacyjnej mającej na celu minimalizację niekorzystnego wpływu wymiany handlowej na praktyki regulacyjne związane z produktami biotechnologicznymi”, czyli dokładnie odwrotnie niż w oryginale angielskim. Sprawie ukręcono łeb, totalnie wyciszono i media rządowe (opozycyjne również) dalej zajmowały się przekrętami warszawskimi i Trybunałem Konstytucyjnym. Co z tego, że dygnitarze rządowi zapewniają nas, że Polska będzie zabiegać („zabiegać” nie żądać) polskiego przedstawiciela w arbitrażu, skoro rozprawy będzie prowadzić trzech sędziów wyznaczanych losowo? Co z tego, że rząd zapewnia, iż nie pojawi się na rynku polskim żywność genetycznie modyfikowana, skoro przepisy kanadyjskie nie nakazują jak w Unii Europejskiej jej oznakowania? Każemy Kanadyjczykom oznakować? Bądźmy poważni. A nawet gdyby, to jak sprawdzimy, tysiące ton żywności importowanej?

Przypomnijmy również, że cała sprawa była prowadzona w sposób utajniony tak przez Komisję Europejską, jak i koalicję PO-PSL. Obecna ekipa jak może unika debaty społecznej na ten temat, zajmując Polaków w swojej propagandzie problemami drugorzędnymi z punktu widzenia katastrofy, jaką przyniesie nam CETA. Wprawdzie w Polsce odbyły się protesty przeciw CETA i TTIP, ale były one nieliczne w porównaniu z kilkusettysięcznymi protestami na zachodzie Europy. Trudno się dziwić, społeczeństwa zachodnie, żyjące w kapitalizmie od stuleci, mają większe wyczucie spraw gospodarczych niż my. I na to też liczy ekipa rządząca.

Konsekwencje zgody na CETA należy zestawić z buńczucznymi zapewnieniami repolonizacji gospodarki polskiej, zapowiedziami wspierania polskich firm etc. Nawet jeśli rząd zdoła uczynić cokolwiek w tym zakresie, a takich przedsięwzięć nie realizuje się z dnia na dzień, to CETA nawet w zakresie handlowym osiągnięcia te zniszczy. Bez złudzeń. Nie wytrzymamy konkurencji z wielkimi północnoamerykańskimi firmami handlowymi, w dodatku mającymi do dyspozycji arbitraż międzynarodowy prywatny, zasądzający gigantyczne odszkodowania od państw. (O bankach, przedsiębiorstwach przemysłowych i usługowych nie wspominam, bo to następny etap realizacji CETA. ) Mogę się nie dziwić szeregowym posłom, humanistom z wykształcenia, że nie rozumieją mechanizmów gospodarczych, chociaż powinni poduczyć się nieco lub skorzystać z ekspertów, na które przecież mają pieniądze, poza dietami. O nieznajomość rzeczy trudno jednak posądzić wicepremiera  Mateusza Morawieckiego, który kwestie gospodarcze i finansowe zna na wylot, a to on beztrosko w Bratysławie wyraził zgodę na CETA. Musi sobie zdawać sprawę z konsekwencji nieograniczonego wejścia na polski rynek wielkich korporacji kanadyjskich i amerykańskich niesłychanie silnie umocowanych w traktacie CETA. Powstaje więc pytanie zasadnicze: czego chce wicepremier – polskiej własności w polskich rękach czy CETA. Jedno drugiemu przeczy, a tertium non datur.

Jedno jest jasne. Z wejściem do CETA  Polska „awansuje” z półkolonii, jaką była dotychczas na kolonię. Poczekajmy na gubernatora. A może już jest?

Zbigniew Lipiński

18 listopada 2016 r.

Ostatni koncert Chóru Aleksandrowa


https://pl.sputniknews.com/wideoklub/201612254499175-wideo-ostatni-koncert-chor-aleksandrowa/

Manipulacje wokół zdobytego Aleppo


Myśl Polska

Najstarszy polski tygodnik – ukazuje się od 1941 roku

LOGIN

Co dzieje się w Aleppo?

syria.jpg
Zdobycie wschodniego Aleppo przez wojska syryjskie 13 grudnia 2016 roku wywołało prawdziwą histerię w świecie politycznym Zachodu i jego mediach. Powiązane z kapitałem zagranicznym media polskie już na tydzień przed klęską dżihadystów pisały o „drugiej Srebernicy”, która miałaby nastąpić po zdobyciu największego miasta Syrii przez siły rządowe.

Gdy we wtorek 13 grudnia pojawiły się pierwsze informacje o tym, że wspierane przez Rosję wojska syryjskie kontrolują 98 proc. obszaru miasta, a dżihadyści zostali otoczeni, na Zachodzie wybuchła nieopisana histeria. W Polsce sygnał dała niezawodna w takich okolicznościach „Gazeta Wyborcza”, która za mediami zachodnimi rozpowszechniła informację o rzekomych masowych mordach dokonywanych w Aleppo przez siły rządowe. Podano nawet liczbę 82 ofiar, w tym 11 kobiet i 13 dzieci [1].

Pokazywano też tzw. „dramatyczne pocztówki” z Aleppo, czyli nagrania, na których jakaś kobieta lub mężczyzna mówili do kamery, że to ich ostatnia wiadomość i za chwilę zabiją ich żołnierze „reżimu Asada”. Po kilkunastu godzinach mrożące krew w żyłach informacje zostały zdjęte z pierwszych stron gazet oraz czołówek telewizji i portali internetowych. Rozpoczęła się oto bowiem ewakuacja kilkudziesięciu tysięcy ludzi ze wschodniego Aleppo oraz z dwóch szyickich miejscowości w prowincji Idlib. Była ona kilkakrotnie przerywana z winy dżihadystów, którzy próbowali się wydostać z miasta w tłumie cywilów. Ogółem ewakuowano na tereny kontrolowane przez dżihadystów 34 tys. osób spośród około 50 tys. znajdujących się we wschodnim Aleppo. Ewakuacja objęła wszystkich cywilów, którzy chcieli opuścić miasto oraz rannych dżihadystów.

Po kilku dniach informacje o Aleppo całkowicie zniknęły z mediów zachodnich i powiązanych z nimi mediów polskich. Nagle straciły one zainteresowanie rzekomym „kryzysem humanitarnym” w Aleppo. Nie zdementowały też najprawdopodobniej fałszywych informacji o zbrodniach, których miały się dopuścić wojska rządowe po zdobyciu miasta. Dwa dni po pojawieniu się tych informacji ekspert ds. Bliskiego Wschodu, dr Wojciech Szewko, stwierdził, że informacje o domniemanej masakrze na dżihadystach i cywilach są niewiarygodne, a ogromna większość zdjęć publikowanych w internecie jako materiały z Aleppo jest nieprawdziwa. Pochodzi bowiem z zupełnie innych miejsc i momentów [2].

Rzetelność informacji zachodnich mediów szybko zweryfikował też red. Bartosz Świderski: „Najpierw 70 ofiar. Ta liczba szybko wzrosła do 77, po chwili mówiono już o 82. Światowe media rozpisują się od wczoraj o czystce, którą w przejętym Aleppo urządziły cywilom siły Baszara el-Asada. Problem w tym, że punkt medyczny, w którym miało dojść do masakry, był już ewakuowany kilka dni wcześniej. Nie ma żadnych zdjęć, choć w Syrii fotografuje się wszystko. A raczej zdjęcia są, ale ani jedno nie jest prawdziwe (…)”. Jako dowody rzekomej masakry w Aleppo media zachodnie publikowały m.in. zdjęcia z teledysków [3].

Po upływie tygodnia w polskich mediach pojawiły się 22 grudnia informacje o przejęciu całkowitej kontroli nad Aleppo przez wojska syryjskie [4]. Tym samym wszystkie główne miasta Syrii – Damaszek, Aleppo, Homs, Hama i Latakia – znajdują się pod kontrolą legalnych władz. Oznacza to, że tzw. „wojna domowa” w Syrii – a ściślej zewnętrzna agresja na ten kraj – zmierza nieubłaganie do finału, którym będzie klęska dżihadystów, wspieranych oficjalnie przez USA, Wielką Brytanię, Francję, Turcję, Katar i Arabię Saudyjską, a nieoficjalnie także przez Izrael.

Czym należy tłumaczyć nagły brak zainteresowania sytuacją w Aleppo mediów zachodnich? Zaczęły one od mocnego uderzenia o rzekomej masakrze, a potem nagle umilkły. Co tak naprawdę dzieje się w tym mieście i czego media zachodnie nie chcą pokazać?

W związku z tym, że uparcie milczą, zdani jesteśmy na media rosyjskie. Na rosyjskich portalach internetowych pojawiły się informacje o tym, że wojska syryjskie pojmały po zdobyciu Aleppo zagranicznych „doradców wojskowych”. Ich liczba – według różnych przekazów – waha się od 14 do 130. Syryjczycy mieli pojmać oficerów amerykańskich, brytyjskich, francuskich, niemieckich, izraelskich, tureckich, jordańskich, marokańskich, katarskich i saudyjskich. „Po zdobyciu pozycji IS we wschodnim Aleppo syryjskie wojska rządowe nieźle się zdziwiły. W bunkrze milicji terrorystycznej przykucnęli w pozycji z rękoma za głową nie tylko dżihadyści, ale także 14 oficerów NATO, którzy wcześniej wspólnie walczyli z IS przeciwko armii syryjskiej” – relacjonował jeden z rosyjskich portali [5].

Informacje te nie zostały oficjalnie potwierdzone i nie można zweryfikować ich prawdziwości. Być może podawane liczby są przesadzone. Niemniej jednak znanym od dawna faktem jest obecność po stronie dżihadystów tzw. „doradców wojskowych” z Zachodu, Turcji, Kataru i Arabii Saudyjskiej. To oni tak naprawdę dowodzili dżihadystami („demokratyczną opozycją”) w „wojnie domowej” w Syrii. Przynajmniej częściowym potwierdzeniem prawdziwości informacji o ujęciu przez Syryjczyków zagranicznych „doradców wojskowych” mogą być wcześniejsze informacje mediów zachodnich o rzekomej masakrze dokonanej przez wojska rządowe w Aleppo.

Nietrudno się domyśleć, że krzyk na cały świat o masakrowaniu przez „reżim Asada” kobiet i dzieci miał na celu spowodowanie amerykańskiej interwencji politycznej lub nawet militarnej. Nie w obronie kobiet i dzieci bynajmniej, ale właśnie „doradców wojskowych”. Także szybkie porozumienie w Radzie Bezpieczeństwa ONZ w sprawie rozwiązania kryzysu wokół Aleppo [6] i nagła utrata zainteresowania tematem Aleppo przez media zachodnie dają podstawę do przypuszczeń, że z tym pojmaniem zagranicznych „doradców wojskowych” jest coś na rzeczy. Mając taką kartę przetargową dyplomacja rosyjska mogła zamknąć usta zachodnim politykom i mediom.

Na pewno jednak można zweryfikować inną informację podaną w sprawie Aleppo przez media rosyjskie i syryjskie. Otóż w Aleppo chrześcijanie po raz pierwszy od 2012 roku obchodzą Święta Bożego Narodzenia. Pod władzą popieranej przez Zachód „demokratycznej opozycji” – czyli dżihadystów – nie mieli takiej okazji, ponieważ za samo zidentyfikowanie kogoś jako chrześcijanina „demokratyczna opozycja” podrzynała gardło. Tego jednak odbiorcy „Gazety Wyborczej” i innych „wiodących” mediów w Polsce nigdy się nie dowiedzieli. Dowiedzieli się natomiast, że „reżim Asada” po zdobyciu Aleppo dopuścił się rzekomo masowych mordów.

Prawda jest jednak taka, że to właśnie „reżim Asada” i Rosja położyły kres masowym mordom, ale popełnianym przez sprzymierzoną z Zachodem „demokratyczną opozycję”. To „reżim Asada” i Rosja przywróciły syryjskim chrześcijanom prawo do życia, odebrane im przez dżihadystycznych sojuszników Zachodu. „W Aleppo Syryjczycy świętują swoje wyzwolenie spod okupacji Al-Kaidy. Dlaczego wszyscy zachodni dziennikarze nie ustawiają się w kolejce, by to relacjonować?” – pyta libańska dziennikarka Sarah Abdallah [7].

Odpowiedź na postawione przeze mnie w tytule tego artykułu pytanie brzmi zatem: w Aleppo chrześcijanie publicznie obchodzą Boże Narodzenie. Pod ogromną choinką ustawioną na centralnym placu zrujnowanego przez wojnę miasta. To właśnie dzieje się w Aleppo i znajduje się poza całkowitą uwagą mediów świata zachodniego, który wspierał islamskich fanatyków w Syrii i który otwierając swoje granice przed tzw. uchodźcami sprowadził na Europę falę terroryzmu. Natomiast demonizowana powszechnie w zachodnich, a przede wszystkim w polskich mediach Rosja ocaliła w Syrii nie tylko „reżim Asada”, czyli legalne władze tego kraju, ale także tamtejszych chrześcijan.
Bohdan Piętka

[1] „Pilne! Żołnierze Asada w odbitym Aleppo chodzą od domu do domu. Mordują nawet dzieci”, www.wiadomosci.gazeta.pl, 13.12.2016.
[2] „Dr Szewko o sytuacji w Aleppo: media są zalewane nieprawdziwymi informacjami”, www.kresy.pl, 15.12.2016.
[3] B. Świderski, „Ta dziewczynka nie ucieka z Aleppo – to kadr z teledysku. Toniemy w morzu fejkowych informacji z Syrii”, www.natemat.pl, 15.12.2016.
[4] „Armia Asada: przejęliśmy kontrolę nad Aleppo”, www.tvp.info, 22.12.2016.
[5] „Breaking:14 US-led coalition military advisers captured by Syrian special forces in Aleppo”, www.southfront.org, 17.12.2016; „Deutsche NATO-Offiziere in Aleppo verhaftet- Bundeswehr machte mit IS gemeinsame Sache”, www.anonymousnews.ru, 17.12.2016; „W Allepo zachwaczeni oficery NATO”, www.newsli.ru, 17.12.2016; „Sirijskij specnaz wział w plen 130 oficerow NATO”, www.eg.ru, 18.12.2016; www.arhano.ru, 19.12.2016.
[6] „Rada Bezpieczeństwa ONZ przyjęła rezolucję w sprawie Aleppo”, www.wyborcza.pl, 19.12.2016.
[7] „Aleppo: pierwsze zapalenie choinki bożonarodzeniowej od 2012 roku, tłumy ludzi świętują”, www.kresy.pl, 21.12.2016.

Serbia prowadzi samodzielną politykę zagraniczną


Myśl Polska

Najstarszy polski tygodnik – ukazuje się od 1941 roku

 

Oś Moskwa-Belgrad

belgrad 2.jpg
Serbia podpisała w ostatnich dniach z Rosją wojskowe porozumienie stulecia. Moskwa bezpłatnie dostarczy Belgradowi sześć myśliwców frontowych MiG-29. Umowę sygnowali premier tego kraju Aleksandar Vučić i szef rosyjskiego resortu obrony Sergiej Szojgu. Dodatkowo, cztery tego typu samoloty znajdujące się już w składzie serbskich sił powietrznych będą objęte programem darmowego serwisu technicznego.

Serbowie dokupią do myśliwców rakiety typu „powietrze-powietrze” oraz „powietrze-ziemia”. Gdyby strona serbska miała dokonać zakupu uzbrojenia na warunkach komercyjnych, koszt jednego samolotu wraz z rakietami zamknąłby się w granicach 95 mln euro. Według serbskich mediów, po dostarczeniu samolotów, kraj będzie dysponował najlepszymi i najnowocześniejszymi siłami powietrznymi na Bałkanach, których nie posiadają najbliżsi sąsiedzi Serbii będący członkami NATO.

Belgrad negocjował z Moskwą dostawy samolotów od wielu lat. Premier Vučić we wczorajszym (22.12) wywiadzie dla państwowej telewizji RTS poinformował, że rząd myślał również o zakupie szwedzkich myśliwców Gripen, ale po wielu analizach zdecydowano się na MiG-i. Wyjaśniając, czy tak bliska współpraca wojskowa z Rosją nie położy się cieniem na trwających negocjacjach akcesyjnych z UE (w mijającym roku Serbia otworzyła 23 i 24 rozdziały w negocjacjach z Brukselą dotyczące funkcjonowania państwa prawa i praw człowieka, a w niedługim czasie, kolejny 26 rozdział o nauce i kulturze), szef rządu oświadczył, że siła jego kraju polega na niezmiennej polityce neutralności i liczeniu na własne siły. „Nie jest tak, że co innego mówimy w Waszyngtonie, a co innego w Moskwie. W USA zapewniam, że jesteśmy przeciwko unijnym sankcjom wobec Rosji, a na Kremlu – że integracja z UE to zasadniczy cel naszej polityki”– tłumaczył.

Z kolei wicepremier Serbii i szef dyplomacji Ivica Dačić, lider wchodzącej w skład koalicji rządowej Socjalistycznej Partii Serbii (SPS) zaznaczył, że niezmienny cel jakim jest wejście kraju do UE nie oznacza, że Belgrad porzuci bliską współpracę z Rosją i wesprze na forum europejskim politykę sankcji wobec Kremla. Osiągnięte w Moskwie porozumienie określił on mianem „historycznej pomocy, a nie zwykłego kontraktu handlowego”.

Jednocześnie, Dačić potwierdził, że troska o zachowanie dobrych relacji z Rosją stała za niedawnym głosowaniem serbskiej delegacji przeciw projektowi rezolucji Zgromadzenia Ogólnego ONZ w sprawie zbadania sytuacji przestrzegania praw człowieka na Krymie. Polityk przyznał że szczerze pragnie pomyślnego sfinalizowania negocjacji akcesyjnych z UE, ale obecna w narracji niektórych polityków europejskich próba przedstawienia Rosji „w skrajnie negatywnych barwach” jest dla niego nie do przyjęcia. „Moje stanowisko oznacza, że nasz kraj prowadzi samodzielną politykę zagraniczną, a nasi partnerzy są dalecy od tego, aby udzielać nam lekcji pryncypialności” – podsumował polityk.

Łukasz Kobeszko

Na podst: rts.rs, tanjug.rs, politika.rs
Na zdj: premier Serbii i minister obrony Rosji podczas spotkania w Moskwie
za: alo.rs

Rozprawa prof.Pawłowicz z niewierną opozycją


niezalezna.pl - strefa wolnego słowa

 

26 grudnia 2016

 

Posłanka Krystyna Pawłowicz „zaorała” tzw. Dekalog Wolności opozycyjnych posłów

 

Dodano: 26.12.2016 [08:22]

Posłanka Krystyna Pawłowicz „zaorała” tzw. Dekalog Wolności opozycyjnych posłów - niezalezna.pl

foto: twitter.com/printscreen

Posłowie Platformy Obywatelskiej spędzający święta Bożego Narodzenia w sejmie zdecydowali się wczoraj opublikować tzw. Dekalog Wolności. Suchej nitki nie pozostawiła na nim prof. Krystyna Pawłowicz, posłanka PiS. Na swoim profilu na Facebooku dokonała krytycznej analizy postulatów.
„Władza nie może ograniczać”:
1. „Wolności słowa”.

Przecież właśnie z niej „męczennicy” korzystacie. Mówicie co i gdzie chcecie,ogłaszacie antypisowskie odezwy i własne „dekalogi”, obrzucacie ludzi obelgami. Bezkarnie. Czy może tu być większa wolność?

  • pisze Krystyna Pawłowicz.
    2. „Wolności mediów i internetu”.

A przecież TVN, czy Polsat swobodnie nadają audycje, także transmisje z waszego polegiwania i posiadywania na sejmowych fotelach. Mimo, że TVN już dawno powinien stracić koncesję za jaskrawe łamanie jej warunków. Władza jest dla antypolskich mediów nieskończenie miłosierna. Portale także swobodnie działają antyrządowo. Więc…?

  • ocenia posłanka PiS. 

3. „Wolności zgromadzeń”.

Przecież jeszcze NIGDY nie zakazano wam organizowania zgromadzenia. Organizujecie zgromadzenia permanentne, nawet nie pytając o to, stawiacie budki, koksowniki, śpiewacie „O mój rozmarynie”, też po pijanemu hymn polski na okrągło, dowolnie się awanturujecie. Policja nie chce was tknąć. Więc…?

Krystynie Pawłowicz chodziło zapewne o ten fragment „występu” kodziarzy przed sejmem:

4. „Wolności sumienia”.

To akurat nietrafiony postulat,bo opozycja nie ma sumienia a i do kościoła nie chodzi.

  • napisała Krystyna Pawłowicz.
    5. „Wolności organizacji obywatelskich”.

Przecież nie zlikwidowano ŻADNEJ organizacji „obywatelskiej”, a jedynie ograniczono „wolność” dostępu do dużej publicznej kasy dla wybranych i „zakolegowanych”. Równy dostęp do publicznych pieniędzy dla wszystkich!

6. „Wolności samorządu”.

A który samorząd został „zniewolony”? Przecież antypolsko korzystając z „wolności” Gdańsk, Poznań i Warszawa urządziły sobie antyrządowe „państwa w państwie”, ogłaszając wypowiedzenie polskim władzom posłuszeństwa. Rząd nigdzie nie ustanowił nawet komisarzy dla tych samorządowych „państw”. Władze spokojnie czekają na wybory samorządowe.

7. „Wolności kultury”.

No, akurat z „wolnością” w kulturze do bluzgów, wyuzdania czy antypolskości za państwowe pieniądze katolickich podatników rząd chce skończyć. Pan Mieszkowski musi poszukać sobie sceny gdzie indziej. Poza tym w „temacie kultura”, to przecież rząd nie ogranicza posłowi Petru dostępu do wiedzy o polskiej kulturze.

  1. „Wolności nauki”.

A przecież nikt nie zabrania panu Mieszkowskiemu zrobić licencjatu, czy panu Petru pouczyć się historii Polski. Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego zaprasza.
A poza tym, mamy wiele naukowych sukcesów.

9. „Wolności gospodarczej”.

Szczęśliwie peowski model „wolności gospodarczej” kończy się.
Teraz ma być wolność gospodarcza dla wszystkich, przede wszystkim polskich przedsiębiorców. Po peowskiej „wolności gospodarczej” właśnie sprząta m.in.sejmowa komisja ds. AMBER GOLD. Panie Trzaskowski,daremne apele, to se ne wrati.

10. „Wolności parlamentu”.

No, właśnie. Zalegająca tam z braku lepszych zajęć grupa ogranicza WIĘKSZOŚCI posłów WOLNOŚĆ wykonywania obowiązków parlamentarnych. Coś pan Trzaskowski źle rozpoznał sytuację. Siedzi w Sejmie i woła o „wolność”. Więc wyjdź pan stamtąd, będziesz pan wolny i parlament będzie wolny.

  1. „Niezawisłość sądów i Trybunałów”.

To proszę najpierw o przykłady naruszenia przez obecne władze niezawisłości sędziowskiej, która oznacza podleganie W ORZEKANIU (wyrokowaniu) tylko konstytucji i ustawom. Czy sędziowie zmuszani są do podlegania w orzekaniu innym aktom prawnym? Tak, widać, że pan Trzaskowski jest już zmęczony, a papier pakowy zniesie wszystko

  • kończy prof. Krystyna Pawłowicz.
    Przypomnijmy, grupa opozycyjnych posłów PO i .Nowoczesnej także w święta prowadzi „rotacyjny” strajk w budynku parlamentu, przesiadując na sali plenarnej i prowadząc stamtąd transmisje za pomocą serwisów społecznościowych. 

Autor: pbŹródło: twitter.com, facebook. com

Robert Winnicki: przynależność Wilna do Litwy może stać pod znakiem zapytania


 

Robert Winnicki. Fot. youtube.com

Robert Winnicki: przynależność Wilna do Litwy może stać pod znakiem zapytania

Dodane przez Lipinski
Opublikowano: Piątek, 23 grudnia 2016 o godz. 21:09:54

Lider Ruchu Narodowego, poseł Robert Winnicki, uważa, że Republika Litewska podejmuje kroki mogące w przyszłości doprowadzić do dezintegracji jej terytorium. Poseł proponuje również rozwiązanie umożliwiające zapobieżenie temu scenariuszowi.

 

W komentarzu dla Kresów.pl poseł Robert Winnicki wyjaśnił motywy stojące za złożoną 18 grudnia interpelacją zaadresowaną do premier Beaty Szydło, która dotyczy konsekwencji wyciąganych przez rząd wobec Republiki Litewskiej za dyskryminowanie Polaków Wileńszczyzny:

– Złożyłem kolejną interpelację w sprawie Polaków na Litwie, gdyż rząd ustami wiceministra Dziedziczaka z MSZ sam przyznał się do klęski i pełnego fiaska dotychczasowej polityki wobec Republiki Litewskiej. W związku z tym na porządku dziennym staje pytanie – co dalej? Jakie konsekwencje wyciągnie premier Szydło? – mówi lider Ruchu Narodowego.

Przeczytaj: Winnicki: Litwa dąży do wynarodowienia Polaków – czas na twardą grę

Jak zaznacza parlamentarzysta, rząd PiS wciąż jest bardziej zainteresowany reintegracją Krymu z Ukrainą, niż egzekwowaniem praw ludności polskiej w Kraju Wileńskim.

  • Bilans stosunków z Republiką Litewską jest fatalny, uwłaczający majestatowi Rzeczypospolitej i poniżający nas na arenie międzynarodowej. Rząd PiS roi o ukraińskim Krymie, gdzie konfrontacja z Rosją byłaby nieunikniona, tymczasem nie potrafi nawet załatwić sprawy własnych rodaków, gdzie wszystkie instrumenty są po stronie polskiej – uważa Winnicki.

Poseł Ruchu Narodowego twierdzi również, że sami rodacy na Wileńszczyźnie nie kryją, iż czują się rozgoryczeni i zdradzeni przez establishment III RP:
Doszło już do tego, że nawet liderzy mniejszości polskiej na Wileńszczyźnie nie są w stanie powstrzymywać się od krytyki obecnego rządu polskiego, mając dość traktowania ich jak przeszkodę w nawiązaniu „dobrych” relacji międzypaństwowych. Jestem więc zobowiązany do występowania w ich interesie, tym bardziej, że ów interes jest właśnie w taki sposób artykułowany.
Winnicki uważa ponadto, że nikt w Polsce nie ma prawa mówić liderom Polaków na Litwie, jakie sojusze polityczne zawierać i z kim powinni się układać. Parlamentarzysta twierdzi, że Polakom Wileńszczyzny należy się przede wszystkim partnerskie traktowanie ze strony Rzeczypospolitej, a nie pouczenia:
Jest to, póki co, wszystko, co mogę zrobić na tę chwilę, co może robić Ruch Narodowy – nieustannie podnosić ten temat w debacie publicznej. Natomiast absolutnie nie mam zamiaru doradzać liderom Akcji Wyborczej Polaków na Litwie, z kim mają się układać, bo to nie moja rola. Jeśli widzą sojusznika w pozostałych mniejszościach narodowych, w tym rosyjskiej, to mają do tego pełne prawo.

ZOBACZ: Winnicki o zablokowaniu konferencji o historycznej autonomii Wileńszczyzny: to skandal! [+VIDEO]

Lider Ruchu Narodowego przypomina także, że Wileńszczyzna zachowała do dziś polski charakter etniczny, zaś jej obecność w składzie Republiki Litewskiej to skutek paktu Ribbentrop-Mołotow:

Przypomnę, że nie tylko Rosjanie, ale i Litwini są na Wileńszczyźnie ludnością napływową, ale nasi północno-wschodni sąsiedzi jakoś nie chcą o tym pamiętać. Nie chcą pamiętać, że Litwa wyszła ze składu ZSRR większa, niż była w momencie zawierania paktu Ribbentrop-Mołotow. Od 1939 roku nasi bracia i siostry na Wileńszczyźnie cierpią prześladowania za wierność polskości, ale na rządzących republiką bananową o nazwie „III RP” nie robi to wrażenia. Dlatego zadaniem Ruchu Narodowego jest wykazanie, że inna polityka na tym odcinku jest nie tylko możliwa, ale konieczna. Niezbędna jest postulowana przez nas radykalna zmiana. Straciliśmy już nie tylko złudzenia, ale i cierpliwość.

Parlamentarzysta zaznacza, że tożsamość litewska w obecnej postaci istnieje dopiero od XIX wieku, a jej rdzeniem jest radykalna kontestacja wielowiekowych wpływów polskich na ziemiach dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego.
– Co do samej Litwy – osobiście nie dziwię się władzom tego państwa, że dążą do systematycznego rugowania Polaków. W końcu tożsamość litewska powstała dopiero w XIX wieku i jej podstawowym założeniem jest walka z kulturowymi wpływami polskimi, zaś z dawnym Wielkim Księstwem Litewskim ma ona związek jedynie deklaratywny. Litewski ruch narodowy – wbrew marzeniom naszych romantyków i mesjanistów – za większego wroga zawsze uważał nie Rosję, ale właśnie Polaków – mówi Robert Winnicki.

Polityk podkreśla, że dotychczasowe działania Republiki Litewskiej wyczerpują znamiona łamania polsko-litewskiego traktatu dwustronnego z 1994, który przesądził o obecnej przynależności Wilna do Republiki Litewskiej, co z kolei może rodzić poważne konsekwencje:

Bracia Litwini nie zauważają jednej prostej rzeczy – dyskryminując Polaków na Wileńszczyźnie, łamią postanowienia traktatu z 1994 roku, a to właśnie ten traktat stanowi o aktualnym przebiegu granicy polsko-litewskiej. Swoimi działaniami czynią więc z niego bezwartościowy świstek papieru, podważając zarazem przynależność Wilna do własnego państwa.

Parlamentarzysta uważa, że jedynie sama Republika Litewska może naprawić obecny stan rzeczy, by uniknąć potencjalnych niebezpieczeństw wynikających z utrzymującej się sytuacji w stosunkach z Polską.  

My nie chcemy konfrontacji z Republiką Litewską, zawsze będziemy gotowi, by w imię pokoju między naszymi narodami tolerować powojenne zmiany terytorialne dotyczące Wileńszczyzny. Podkreślam jednak, że to Litwini dążą do konfrontacji i biorą odpowiedzialność za skutki swoich nieprzemyślanych działań –podsumowuje Robert Winnicki, który dodaje, że optymalnym rozwiązaniem byłby „okrągły stół polsko-litewski z udziałem przedstawicieli mniejszości polskiej, podczas którego przedyskutowano by status Wileńszczyzny w granicach Republiki Litewskiej jako samorządnego, narodowego regionu polskiego z uwzględnieniem praw tamtejszych Rosjan i Litwinów oraz oficjalną litewsko-polsko-rosyjską trójjęzyczność miasta Wilna, gwarantowane całkowicie nowym traktatem polsko-litewskim”. Jak podkreśla Winnicki, „takie rozwiązanie pozwoli uniknąć w przyszłości także wysoce niepożądanych konfliktów na tle etnicznym”.

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ: Po co nam Litwa?

Kresy.pl

Ewakuacja 3 moskiewskich dworców kolejowych


onet.wiadomości

 

dzisiaj 11:09

Zagrożenie terrorystyczne w Moskwie. Ewakuowano trzy dworce kolejowe

Policja ewakuowała trzy dworce kolejowe w Moskwie z powodu zagrożenia terrorystycznego – podała rosyjska agencja informacyjna TASS.

 

Dworzec Kazański w MoskwieFoto: istockDworzec Kazański w Moskwie

Ewakuowano ok. 3 tysiące pasażerów i pracowników z dworca Jarosławskiego, Leningradzkiego i Kazańskiego po anonimowym telefonie, informującym o zagrożeniu bombowym.

Na miejscu pracują funkcjonariusze organów ścigania. Służby przeszukują pomieszczenia dworców. Na placu Komsomolskim, największym węźle przesiadkowym Moskwy, na który prowadzą wyjścia z trzech zagrożonych dworców, stoją oddziały straży pożarnej i karetki pogotowia.

Więcej informacji wkrótce.

(kb)

Onet Wiadomości

Na podstawie: TASS