Polska kupuje ameryńskie pociski o zasięgu 1000 km



money.pl

 

  • Polska kupi od Amerykanów pociski JASSM-ER za 940 mln zł

    FOT. AP/FOTOLINK

    Polska i USA podpisały umowę gwarantującą dostarczenie Polsce rakiet Jassm Extended Range o zasięgu blisko 1000 km – poinformował w sobotę resort obrony. Kontrakt opiewa na 940 mln zł.

    „W ostatnich dniach została podpisana umowa między przedstawicielami Polski i Stanów Zjednoczonych gwarantująca dostarczenie Polsce rakiet Jassm Extended Range – najnowocześniejszej broni antyrakietowej o zasięgu blisko 1000 km. Kontrakt opiewa na 940 mln zł” – poinformował MON.

    Jak informowała pod koniec listopada Amerykańska Agencja Współpracy Bezpieczeństwa Obronnego (DSCA), Departament Stanu USA zgodził się na ewentualną dostawę do Polski lotniczych pocisków kierowanych JASSM-ER. Są one przeznaczone do rażenia celów naziemnych na dystansie do tysiąca kilometrów.

    Komunikat DSCA głosi, że wydana zgoda dotyczy dostawy 70 bojowych pocisków JASSM-ER i ośmiu egzemplarzy szkoleniowych, a także dwóch symulatorów do treningu w ich użyciu. Z nieoficjalnych informacji PAP wynika, że Polska zamierza kupić 40 pocisków bojowych.

     

    Zakup pocisków JASSM-ER zapowiadał szef MON Antoni Macierewicz m.in. w połowie listopada – w wystąpieniu na podsumowanie roku rządów PiS.

    AGM-158B Joint Air-to-Surface Standoff Missiles Extended Range (JASSM-ER) będą stanowić uzbrojenie polskich samolotów F-16. Producentem jednych i drugich jest koncern Lockheed Martin. Polska jest pierwszym krajem spoza USA, który podpisze umowę na zakup JASSM-ER.

    W grudniu 2014 r. MON podpisało umowę na pociski JASSM w podstawowej wersji AGM-158A o zasięgu do 370 km i mogących przenosić głowicę o masie 450 kg. Kontrakt był wart ok. 250 mln dolarów. Obejmował 40 pocisków oraz aparaturę kontrolno-pomiarową i testującą niezbędną do integracji pocisku z samolotem, modernizację oprogramowania F-16 do najnowszej obecnie wersji (dotyczy to m.in. systemów wymiany danych, identyfikacji swój-obcy, symulacji bojowej i walki radioelektronicznej), unowocześnienie wybranych systemów pokładowych oraz specjalistyczne szkolenie personelu latającego i technicznego.

    Obecnie trwa integracja polskich F-16 z pociskami JASSM. Dostawy mają się rozpocząć w przyszłym roku. Pociski te kupiły także Australia i Finlandia.

    Droga zabawka bez systemu

    Rakiety JASSM nawet w podstawowej wersji to piekielnie skuteczna broń. Na 8 sekund przed uderzeniem w cel uruchamiają kamerę, która pozwala na ostatnie korekty toru lotu. Dzięki temu trafiają z dokładnością do 2,5 metra. Broń jest wszechstronna i w zależności od celu może uderzyć w niego pod różnymi kątami, co pozwala na niszczenie nawet wzmocnionych bunkrów.

    Kupujemy kosmiczną technologię, dzięki której zdolności odstraszania ewentualnych przeciwników Polski wzrosną w sposób do tej pory niespotykany. Zapewne ze względu na swoje właściwości poprzednia ekipa nie wahała się nazywać ich „odstraszającymi kłami Tuska”.

    Pytanie tylko, na ile te „kły” mogą być skuteczne. Eksperci od uzbrojenia mają wątpliwości, czy ten zakup . – Nie mamy własnego systemu identyfikacji celów, nie mamy narzędzi do tego by, tłumacząc najprościej, widzieć na takie odległości. Nie mamy też przejrzystego systemu podejmowania decyzji o użyciu takiej broni. Żeby ta droga zabawka działała, musi być do niej dedykowany cały system – mówi nam Wojciech Łuczak, ekspert ds. wojskowości.

    Za to „widzenie” na setki kilometrów powinien odpowiadać nasz własny system satelitarny. Obecnie w tym zakresie korzystamy z wiedzy i sprzętu naszych sojuszników, m.in. z 4 włoskich satelitów zwiadowczych. Nie jest to jednak dostęp bezpośredni. – To oznacza stratę cennego czasu na zgłoszenie takiej prośby w warunkach, kiedy decyzję trzeba podjąć natychmiast – przekonuje Łuczak.

    Rzecz w tym, że takie rozwiązania są bardzo drogie. Własnymi satelitami wojskowymi dysponują światowe potęgi i kilka państw europejskich, które rozwinęły własne programy kosmiczne. – W Polsce obywatele nie zgodziliby się na taki wydatek. Mogłoby się okazać, że nie mielibyśmy środków na program 500+ – przekonywał kilka w maju w rozmowie WP money.pl Bartosz Głowacki, ekspert ds. lotnictwa wojskowego miesięcznika „Skrzydlata Polska” (więcej o tym tutaj).

    Polub WP money na Faceboku:

    mon, f-16, antoni macierewicz, pociski jassm

    Money.pl

  • Seria dużych awarii na terenie Polski


    Seria dużych awarii na terenie Polski. Dziwnym zbiegiem okoliczności występuje ona w momencie politycznego przesilenia
    wpis z dnia 21/12/2016

    foto: niewygodne.info.pl

    Ogólnopolskie problemy z przekazem sygnału TVP, awaria rejestrów państwowych i systemu „Źródło”, awaria systemów informatycznych PAP, awaria sieci T-Mobile czy usterka awaryjnego systemu zasilania Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej skutkująca ograniczeniem ruchu powietrznego nad Polską. Wszystkie te tele-informatyczne awarie wydarzyły się w krótkim okresie czasu. Dziwnym zbiegiem okoliczności pokryły się one z największą od lat próbą destabilizacji politycznej połączoną z silnym wzmożeniem części mediów zachęcających do rewolucji.

    Fakty są następujące – w piątek doszło do poważnej awarii systemu „Źródło”, czyli zintegrowanego systemu rejestrów państwowych, gdzie znaleźć można takie informacje jak numery PESEL, dane z dowodów osobistych czy akty stanu cywilnego. Dodatkowo zaczęły występować poważne problemy z odbioremsygnału TVP na multipleksie. To jednak nie koniec –padły systemy informatyczne Polskiej Agencji Prasowej (PAP), a w nocy z piątku na sobotę wprowadzono czasowe ograniczenia w ruchu powietrznym nad Polską. Powodem była usterka awaryjnego systemu zasilania wykorzystywanego przez Polską Agencję Żeglugi Powietrznej. Jakby tego było mało wczoraj potężna awaria dotknęła sieci T-Mobile – na terenie całego kraju występowały problemy z wykonywaniem telefonów i wysyłaniem wiadomości tekstowych.

    Wszystko powyższe zbiegło się z największą od lat próbą destabilizacji politycznej połączoną z silnym zaangażowaniem części mediów (głównie posiadających zagranicznych właścicieli), które serwisami serwisami specjalnymi wzmagały atmosferę przewrotu i niepewności. Czysty przypadek? A może – tak jak sugeruje bloger Stanislas Balcerac – na naszych oczach rozpoczęła się operacja „regime change” według recept z Majdanu:

    „Jesteśmy świadkami próby obalenia demokratycznie wybranej władzy w Warszawie poprzez awantury i zamieszki, tak jak wcześniej miało to miejsce na Ukrainie. Majdan w Kijowie zaczął się spontanicznie 21 listopada, zadyma w Warszawie wybuchła spontanicznie 16 grudnia. Pretekst jest podobny, wystarczy jakiś ruch władzy – wcześniej niepodpisanie umowy stowarzyszeniowej z Unią przez Janukowicza, teraz głosowanie nad ustawą o dezubekizacji w Sejmie”.

    Powstaje pytanie – czy działania PONowoczesnej opozycji totalnej i KOD-u są rzeczywiście sterowane z zagranicy (pośrednio – poprzez przekazywanie know-how, środków finansowych lub bezpośrednio – poprzez uruchomienie odpowiedniej agentury)? Czy może być tak, że wszystkie ostatnie awarie tele-informatyczne nie były przypadkowe? Osobiście uważam to za mało prawdopodobny scenariusz, nie mniej jestem bardzo ciekaw co w tym zakresie przyniosą nam kolejne dni.

    Źródło: Piotr Maciążek mikroblog (Facebook.com)
    Źródło: Trwa duża awaria T-Mobile w całej Polsce (SpidersWeb.pl)
    Źródło: Desperacka gra CIA (Monsieurb.neon24.pl)

    wpis z dnia 21/12/2016

    niewygodne.info.pl

    blog niewygodny dla establishmentu III RP

    Kwestia zaufania do gazety z Czerskiej


    BIBUŁA.pl

    „Gazeta Wyborcza” na tropie ekshumacji w Jedwabnem – Dr Ewa Kurek:

    Aktualizacja: 2016-12-22 12:33 pm

    W połowie listopada odezwał się do mnie dziennikarz. Przedstawił się, że jest reporterem magazynu „Duży Format” z „Gazety Wyborczej” i oświadczył: „Chciałbym porozmawiać z Panią o apelu o ekshumację w Jedwabnem. Czy znalazłaby Pani dla mnie chwilę?”

    Gazeta Adama Michnika to nie moja bajka, ale ponieważ każdy ma prawo wiedzieć, o co chodzi z ekshumacją w Jedwabnem, nie odmówiłam. Oświadczyłam tylko, że wywiad będzie przeprowadzony na moich warunkach: „Przepraszam, być może jest Pan rzetelnym dziennikarzem, ale nie mam zaufania i wolę mieć na internetowym „papierze” zarówno zadane mi pytania jak i swoje własne odpowiedzi. Proszę przysłać pytania. Jest to jedyna forma wywiadu, jakiego mogę Panu udzielić”. Dziennikarz przysłał pytania.

    Odpowiedziałam na wszystkie i odesłałam pocztą internetową wraz z następującymi warunkami publikacji: „Nie wyrażam zgody na to, aby „Gazeta Wyborcza” dokonała w udzielonym przeze mnie wywiadzie jakichkolwiek cięć w moich wypowiedziach. Nie wyrażam zgody na dopisanie jakiekolwiek słowa lub śródtytułu. Wywiad „Gazeta Wyborcza” może jedynie albo wydrukować w całości, albo zrezygnować z jego publikacji.

    Ponieważ nie mam zaufania do „Gazety Wyborczej”, wywiad wysyłam także do mecenasa J. F., który w wypadku naruszenia moich praw autorskich natychmiast wniesie sprawę do sądu. Kopię naszej korespondencji oraz wywiad – na wypadek jakichkolwiek awarii systemu – wysyłam także do moich dzieci”.

    Odpowiedź przyszła szybko: „Pani Doktor, dziękuję, ale tego jest znacznie, znacznie za dużo. Czy mogę to skrócić redakcyjnie i przesłać Pani do akceptacji?” Nie zgodziłam się na dokonywanie przez „Gazetę Wyborczą” jakichkolwiek skrótów. Wywiad nie ukazał się.

    Ponieważ zadane przez dziennikarza „Gazety Wyborczej” pytania były niezwykle ciekawe, postanowiłam jednak opublikować zarówno to, o co zostałam zapytana, jak i co odpowiedziałam.

    Cała zresztą przygoda z dziennikarzem z Czerskiej jest interesująca co najmniej z trzech powodów.

    Po pierwsze dowodzi, że Adam Michnik czyta jednak „Warszawską Gazetę”, bo gdyby nie czytał, nie wiedziałby o zbieraniu podpisów z żądaniem ekshumacji w Jedwabnem.

    Po drugie, postawione pytania świadczą niezbicie o tym, że Jedwabne jest dla środowiska Adama Michnika sprawą drugorzędną w swej istocie i przez 15 lat „Gazeta Wyborcza” wykorzystywała je jedynie dlatego, gdyż załatwiała dwa programowe zadania polityczne lewaków: dyskredytowania Polski w świecie i serwowania Polakom wstydu, którego efektem na dłuższą metę miało być doprowadzenie nas do takiego stopnia skundlenia, że oddamy Adamowi Michnikowi Polskę. Nie udało się i teraz ojciec redaktor z Czerskiej rozpacza, że stracił Polskę i nerwowo szuka sojuszników do jej odzyskania.

    Adamie Michniku, przede wszystkim, nie można stracić czegoś, czego nigdy się nie posiadało. Gdy słyszę twoje obecne brednie, że nie oddasz Polski gówniarzom, że ktoś ukradł ci Polskę, przed oczami stajesz mi redaktorze w swym wcieleniu sprzed trzydziestu lat.

    Był rok 1984 lub 1985. Adam Michnik pojawił się wtedy na seminarium doktorskim historyków Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego po raz pierwszy. Wszyscy młodsi studenci byli podekscytowani. Był legendą podziemnej walki o wolność. Był bożyszczem ówczesnych „gówniarzy”. Mam cię Adamie Michniku w oczach, gdy na jednym z seminariów prowadziłeś egzegezę świeżo w podziemiu wydanych dzienników więziennych Prymasa Stefana Wyszyńskiego. Nie przeczę, robiłeś to świetnie i z wielkim wyczuciem. Zapamiętałam tamtą sytuację, bo byłam zaskoczona, jak ateista, człowiek o lewackich korzeniach i mający żydowskich przodków, tak właściwie interpretuje słowa Prymasa Tysiąclecia.

    Dziś widzę, że płacisz za błędy z tamtych czasów. Jeśli wtedy nie myślałeś o wolności Polski, lecz o zdobyciu nad Polską władzy, trzeba było Adamie Michniku analizować traktaty Stalina a nie zapiski Prymasa. Cokolwiek by nie powiedzieć o tym sowieckim tyranie, rozumiał doskonale Polaków i dlatego w 1945 roku sprzeciwił się przekształceniu Polski w szesnastą republikę ZSRR. Decyzję swą uzasadnił krótko: „Komunizm pasuje do Polaków jak siodło do krowy”.

    Gdybyś Adamie Michniku dokładnie przestudiował dzieła Stalina, nie podjąłbyś się próby wmówienia Polakom, że Kiszczak to człowiek honoru. Jako historyk z wykształcenia, trzymałbyś się faktów i nie próbowałbyś zohydzić Polakom ich własnej ojczyzny Polski – jednym słowem, nie próbowałbyś traktować nas jak krowy i w dodatku zakładać nam na grzbiet uszyte przez siebie siodło.

    Stalin wiedział także, że Polakom nie należy zbytnio przykręcać śruby, bo efekt będzie odwrotny od zamierzonego. Dlatego komuniści nigdy nie sięgnęli po Częstochowę i dlatego PRL uważany był mimo wszystko za najweselszy barak w obozie.

    Błędy w doborze lektur sprzed trzydziestu lat kładą się głębokim cieniem na twoim życiu, Adamie Michniku. Jeśli szykowałeś się do sprawowania rządu dusz nad Polakami na następne tysiąclecie, trzeba było czytać inne książki. Dziś jesteś starym śmiesznym człowieczkiem, który płacze, że jego gazeta umiera z braku rządowych ogłoszeń i do którego nie dociera, że współczesna Polska już należy do „gówniarzy”, którym odrosły wilcze kły. Bo Polakom można na krótki czas stępić wyrastające im już przez ponad tysiąc lat wilcze kły, ale zawsze odrastają jeszcze dłuższe i ostrzejsze. Stalin doskonale o tym wiedział.

    Adamie Michniku, wysyłając do mnie swojego dziennikarza, nie szukałeś informacji o ekshumacji w Jedwabnem. Szukałeś u mnie krytyki rządów PiS i tylko o to ci chodziło. Postawione pytania świadczą niezbicie o tym, że czerskimi redaktorami zawładnęła mania prześladowcza, bowiem spośród czterech pytań na temat Jedwabnego, trzy dotyczą w istocie rządów Prawa i Sprawiedliwości. Taki stan ducha psychologia określa też mianem natręctw.

    Adam Michnik na starość widocznie budzi się i zasypia z jedną myślą: jak pogrążyć PiS. Jeśli liczył, że z powodu ekshumacji w Jedwabnem obrażę się na rząd PiS, który wybrałam, to znaczy, że nie rozumie wielu rzeczy. Na pewno nie rozumie, czym jest demokracja.

    Taka zwykła demokracja bez lewackich przymiotników Adamie Michniku to stan, gdy zwykły obywatel ma nieograniczone prawo publicznie krytykować władzę dla dobra tejże władzy oraz dla dobra społeczności lub narodu, nad którym ta władza władzę sprawuje. Korzystam zatem i korzystać będę z obywatelskiego przywileju krytykowania władzy wszelakiej, w tym także rządów PiS w obszarach, w których na krytykę zasługuje (ekshumacja w Jedwabnem, brednie wypowiadane przez ministra Glińskiego i inne), ale to nie znaczy, że w jakikolwiek sposób wspierać będę wrogów Polski, czyli odsunięte od władzy przegrane lewactwo, któremu patronuje „Gazeta Wyborcza” i ojciec redaktor Adam Michnik.

    Dziennikarz wysłany przez Adama Michnika zapytał mnie o przyczyny i sposoby blokowania przez PiS ekshumacji w Jedwabnem. Odpowiedziałam, że nie mam pojęcia, dlaczego PiS blokuje ekshumację w Jedwabnem. Może dlatego, że ekshumację w roku 2001 wstrzymał ś.p. prezydent Lech Kaczyński, ale może też tylko dlatego, że politycy PiS strasznie boją się Żydów, bo po ćwierćwieczu serwowanej Polakom polityki wstydu także wśród nich rozpanoszył się ordynarny i bezrozumny filosemityzm, który religioznawca Andrzej Niemojewski określił sto lat temu mianem dwużydziana Polaka.

    PiS blokując ekshumację w Jedwabnem jak gdyby nie zdawał sobie jednocześnie sprawy z tego, że niesie w swej nazwie obietnicę poszanowania prawa a poprzez blokowanie ekshumacji w Jedwabnem to prawo łamie. Zgodnie bowiem z polskim i żydowskim prawem, ekshumację w Jedwabnem należało przeprowadzić 15 lat temu. Polski Kodeks Postępowania Karnego nie pozostawia w tym wypadku żadnych wątpliwości w artykule 209 i 210 mówi, że: „Jeśli zachodzi podejrzenie przestępczego spowodowania śmierci, przeprowadza się oględziny i otwarcie zwłok” oraz że „W celu dokonania oględzin lub otwarcia zwłok prokurator albo sąd może zarządzić wyjęcie zwłok z grobu”.

    Nie ma wątpliwości, że śmierć Żydów w Jedwabnem została spowodowana w sposób przestępczy i nie ma tu znaczenia fakt, czy morderstwo miało miejsce rok czy siedemdziesiąt lat temu. Czynności procesowe prokuratorów i metody badawcze historyków są w tym wypadku jednakie.

    Natomiast prawo i religia żydowska zwraca uwagę przede wszystkim na godne miejsce pochówku zamordowanych Żydów i mówi, że: „Zgodnie z halachą: 1) Zmarłego Żyda można ekshumować w celu przeprowadzenia ponownego pochówku z Ziemi Izraela; 2) Zmarłego Żyda można przenieść do innej mogiły, jeśli pierwszy grób miał być w założeniu tymczasowy; 3) Zmarłego Żyda można przenieść z istniejącego grobu, jeśli znajduje się on w miejscu bez nadzoru i istnieje niebezpieczeństwo, że zostanie splądrowany, lub gdzie jest zagrożony powodzią; 4) Jeżeli grób znajduje się w nietypowym miejscu (poza cmentarzem), zmarłego Żyda można przenieść i pochować ponownie na cmentarzu żydowskim; Arbaa Turim, Jore Dea, 363, początek; Talmud Jerozolimski, Moed katan, koniec Rozdziału 2. (patrz: Piotr Kadlcik, O ekshumacji, w: „Kolbojnik – Biuletyn Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie”, Nr 4/2014.)

    Według religii i prawa żydowskiego, klepisko stodoły w Jedwabnem nie jest zatem miejscem odpowiednim dla wiecznego spoczynku religijnych Żydów, zwłaszcza w sytuacji, gdy w odległości zaledwie kilkudziesięciu metrów od fundamentów stodoły znajduje się dobrze zachowany i otoczony murem cmentarz żydowski.

    W tym momencie zakończyło się zainteresowanie dziennikarza „Gazety Wyborczej” Jedwabnem a zaczęło PiSem, bowiem padło pytanie o moje nadzieje jako historyka związane z objęciem władzy przez ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego. Odpowiedziałam, że jako historyk żadnych nadziei z przejęciem władzy przez PiS nie wiązałam, bo do badań historycznych i publikowania ich wyników żadna władza państwowa potrzebna mi nie jest.

    Za czasów PRL i czasów postkomunistów III RP prowadziłam badania w obszarach przez te władze zakazanych, więc od władzy partii Prawa i Sprawiedliwości tym bardziej nie potrzebuję żadnego przyzwolenia.

    Liczyłam jedynie na to, że w sprawie Jedwabnego partia PiS będzie przestrzegała prawa, bowiem od roku 2014 – dzięki Żydom z Warszawskiej Gminy – wiedziałam już, że wstrzymanie w 2001 roku ekshumacji w Jedwabnem było piramidalnym bezprawiem.

    Następne pytanie też nie miało nic wspólnego z Jedwabnem, bowiem dziennikarz indagował, co mnie w rządach PiS zawiodło, a co mi się szczególnie spodobało. Zaczęłam od kwestii polityki historycznej. Wyjaśniłam, że jako historyk mam alergię na wszelaką politykę historyczną władzy i życzę sobie, żeby politycy od prawa do lewa zostawili wreszcie historyków w spokoju. Przeżyłam politykę historyczną bolszewików w czasach PRL i parę rzeczy wbrew ich zakazom opublikowałam. Zapłaciłam za to zaledwie dwoma dniami aresztu i jedną rewizją.

    W czasach III RP, wbrew polityce historycznej kolejnych rządów, książkami i filmami o „Zaporze” w 1995 roku rozpoczęłam powrót do świadomości Polaków pogrzebanej na Łączce podziemnej armii Żołnierzy Wyklętych. Zapłaciłam więcej niż za komuny, bo siedmioletnim procesem sądowym, próbą odebrania mi domu i perspektywą wylądowania z trójką dzieci na ulicy (powódki na mocy skandalicznego wyroku sądów w moim imieniu same siebie przeprosiły za coś tam m.in. w „Gazecie Wyborczej” i wystawiły mi niebotyczny rachunek). Mimo to prawda historyczna wygrała. Po dwudziestu latach przywrócony przeze mnie pamięci cc major „Zapora” jest jednym z ważnych wzorców osobowych dla pokolenia młodych Polaków.

    Powiedziałam też, że jeśli chodzi o PiS, to żadnych złudzeń nie miałam. Od kilku lat aż roi się od polityków tej partii na uroczystościach Żołnierzy Wyklętych. Ale w 1995 roku i latach następnych, z powodu towarzyskich i zawodowych powiązań z niektórymi bohaterami antykomunistycznego podziemia Lubelszczyzny lat 1944-63, politycy PiS byli na mnie wściekli za książkę o „Zaporze” i prześladowali mnie tak samo jak lewica.

    Powiedziałam, że dziś ciągle mam jedynie nadzieję na to, że politycy PiS będą umieli wykorzystać wyniki badań historyków dla popularyzacji naszej historii wśród obywateli Polski i świata. Bo jedyną akceptowaną przeze mnie formą polityki historycznej państwa są działania, które w żaden sposób nie ingerują w badania naukowe historyków, ale jednocześnie dobrze udokumentowane wyniki tychże badań potrafią wykorzystać dla dobra publicznego.

    Taka polityka historyczna jest dla Polski ważna i potrzebna, bo co najmniej od stu lat różne środowiska i narody głoszą po świecie tyle głupstw o Polsce i Polakach, że pora wreszcie coś z tym zrobić. My, współcześni Polacy, potomkowie hreczkosiejów, wzorem naszych praojców za nic mamy sobie krążące o nas po świecie plotki i nie dbamy o własny wizerunek.

    Bez względu na to, co o nas piszą i mówią, i tak wiemy, że jesteśmy wspaniali i bardzo to cenię w moim narodzie. Bo rzeczywiście jesteśmy wspaniali. Tyle tylko, że świat tego nie wie i współczesna polityka historyczna państwa polskiego powinna skupić się w tym obszarze i nadrobić zaległości.

    Wracając do polityki historycznej. Od zarania dziejów politycy różnych nacji i obszarów geograficznych popełniają ten sam błąd: próbują wykorzystywać historię do realizacji swych doraźnych politycznych celów. Tak myśleli politycy w starożytności, tak myślą politycy dziś. Naiwnie myślałam, że politycy PiS wolni są od tej fatalnej przypadłości. Po roku rządu PiS wszystko wskazuje na to, że się pomyliłam. A historia to taka wredna nauka, że można ją na jakiś czas zafałszować, na jakiś czas stłamsić jej badania, ale wcześniej czy później, zawsze jednak szydło wyjdzie z worka. Jeśli już jesteśmy przy szydle… Bardzo cenię panią premier Beatę Szydło, ale byłam zaskoczona, że podczas niedawnej wizyty w Izraelu słusznie powiedziała o ściganiu antysemityzmu, ale zapomniała powiedzieć, że Państwo Polskie z taką samą determinacją ścigać będzie wszelkie przejawy antypolonizmu.

    Może pani premier powinna przejść solidny kurs historii i zrozumieć, że role dawno się odwróciły. Dziś prześladowanym narodem są Polacy. Niektórzy Żydzi głoszą po świecie o nas najczarniejsze bzdury i Polakom przypisują zagładę własnego narodu, Niemcy zarzucają nam antysemityzm, a Rosjanie obwiniają o wywołanie II wojny światowej. Dlatego uważam, że każdy polski polityk powinien przejść solidny kurs historii.

    Marzy mi się, aby polscy politycy nauczyli się myśleć perspektywicznie, bo jedynie politycy myślący czasem historycznym długiego trwania, czyli podejmujący polityczne decyzje w perspektywie setek lat przeszłości i setek lat przyszłości, mają szansę zasłużyć się dla swego kraju i świata. Tymczasem politycy wszystkich opcji politycznych w Polsce są z reguły niedouczeni, żyją czasem bieżących zdarzeń i są bezrozumnie przekonani, że naród dał im władzę na tysiąc lat i o jeden dzień dłużej. W obronie polskich polityków trzeba jednak powiedzieć, że na tle polityków innych państw nie wyglądają aż tak źle. Nieznajomość historii wśród polityków jest światową normą. Może dlatego świat ma ciągle tyle kłopotów.

    Powiedziałam też, że odnośnie polityki historycznej PiS, jako historyk i obywatel, nie mogę stosować żadnych ulg. Akceptuję PiS jako demokratycznie wybraną władzę, akceptuję politykę społeczną, wojskową, zagraniczną i inne polityki tej partii, ale nigdy nie zaakceptuję wtrącania się polityków PiS do historii jako nauki, czyli łamania prawa i zabraniania działań przewidzianych w metodyce naukowych badań historycznych. W wypadku ekshumacji w Jedwabnem, metody badań historycznych mówią bowiem dokładnie to samo, co cytowane wyżej artykuły 209 i 210 KPK. Prawo musi być jedno dla wszystkich. Jeśli PiS się nie opamięta, jeśli nie uwolni nauki historycznej od swej własnej interpretacji prawa, to historia również PiS-owi to zapamięta.

    Po odpytaniu mnie o mój stosunek do PiS, dziennikarz „Gazety Wyborczej” wrócił do sprawy Jedwabnego i zapytał, dlaczego istotne jest poznanie dokładnej liczby ofiar mordu w Jedwabnem. Odpowiedziałam, że w kręgu naszej cywilizacji zachodniego chrześcijaństwa od zawsze obowiązują kanony prawa rzymskiego. Nie trzeba być prawnikiem żeby wiedzieć, że aby oskarżyć człowieka o czyn niegodny, zwłaszcza o morderstwo, trzeba mu ten czyn udowodnić. W przypadku morderstwa zbiorowego, należy przedstawić dowody określające liczbę zamordowanych osób oraz charakter zadanej im śmierci. Jedynie na podstawie niepodważalnych dowodów w postaci ciała lub ciał zamordowanych, sądy w granicach naszej cywilizacji wymierzają mordercom określoną prawem karę. W wypadku Jedwabnego stało się inaczej. Socjolog Jan Tomasz Gross wymyślił, że w Jedwabnem Polacy zamordowali 1600 Żydów, rozgłosił tę informację po świecie i świat bez dowodów osądził Polaków uznając nas za morderców.

    Jako Polka i obywatelka Rzeczypospolitej Polski, w wizji lokalnej stwierdziłam, że w jedwabińskiej stodole 1600 osób zmieścić się w żaden sposób nie mogło i dlatego mam prawo wiedzieć, ile było ich naprawdę. Być może przyjdzie mi ponieść wraz ze wszystkimi moimi rodakami odpowiedzialność za zbrodnię w Jedwabnem. Ale jeśli już, to mam niezbywalne prawo dokładnie wiedzieć, jaka była skala i charakter popełnionej zbrodni.

    Reporterowi „Wyborczej” powiedziałam wprost: „Pan też nie chciałby być osądzony za cokolwiek na podstawie czyichś wyimaginowanych konfabulacji”. Powiedziałam też, że Polacy mają prawo do uczciwego sądu. Najpierw dowody zbrodni, potem sąd nad nami, a w wypadku potwierdzenia winy, także nasz szczery żal za popełniony czyn, zadośćuczynienie w postaci godnego i zgodnego z żydowską religią pochówku szczątków oraz wieczna pamięć o zamordowanych w Jedwabnem ludziach.

    Taka logika zdarzeń, tradycja i prawo obowiązują w naszej zachodniej cywilizacji co najmniej od ponad tysiąca lat. Z tych wszystkich prawnych, moralnych i religijnych powodów dla mnie jako Polki i dla wszystkich Polaków informacja o liczbie zamordowanych Żydów jest informacją fundamentalną.

    I tyle było wywiadu. Jak widać, dla „Gazety Wyborczej” zbyt długiego. Trudno mi się jednak oprzeć wrażeniu, że odmowa publikacji tak naprawdę nie wynikała z długości udzielonych przeze mnie odpowiedzi.

    Dr Ewa Kurek
    14.12.2016

    CZYTAJ RÓWNIEŻ: [wybór linków generowany komputerowo przez serwer BIBUŁY]

    Za: Polish Club Online (22-12-2016) — [Org. tytuł: «Dr Ewa Kurek: „Gazeta Wyborcza” na tropie ekshumacji w Jedwabnem»]

    Tags: antipolonism, IV rp, jewish control, mass-media, social engineering

    Przeciwko Światłości powstają siły Ciemności


    Ku konfrontacji

    Felieton    tygodnik „Najwyższy Czas!”    23 grudnia 2016

    Podobno niewiele brakowało, aby w narodowej martyrologii pojawiła się nowa katastrofa lotnicza – tym razem londyńska, kiedy to delegacja rządowa wraz z puchnącym gronem osobistości towarzyszących, usiłowała wepchać się do samolotu. „Na szczęście były w partii siły, co kres tej orgii położyły”, dzięki czemu kolejne miesięcznice będą – zgodnie z nową, świecką tradycją – wyłącznie smoleńskie. Zgodnie z nowymi zasadami ustawy o zgromadzeniach, jako manifestacje „cykliczne”, będą one miały priorytet, mniej więcej taki sam, jak procesje w święto Bożego Ciała. To podobieństwo nie jest zresztą wcale przypadkowe, bo liturgia smoleńska jest elementem rodzącego się na naszych oczach kultu prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który stopniowo ma wyprzeć ze społecznej świadomości kult marszałka Józefa Piłsudskiego. Któregoś razu w radiu Wnet zwróciłem na to uwagę w obecności pani red. Anity Gargas, która gwałtownie zaprotestowała przeciwko słowu „kult”, zwracając mi uwagę, że nie chodzi tu o żaden „kult”, tylko o oddanie czci prezydentowi Kaczyńskiemu. Odpowiedziałem na to, że używam określeń prawidłowych, bo oddawanie czci komukolwiek, zwłaszcza gdy przyjmuje ono postać zrytualizowanej obrzędowości, nazywa się właśnie kultem. Otóż kult prezydenta Lecha Kaczyńskiego jest, a w każdym razie ma być takim samym elementem ideowego spoiwa rekonstruowanej właśnie sanacji, jak kult Józefa Piłsudskiego. Dlatego prezes Kaczyński tak usilnie podkreśla konieczność „dążenia do prawdy” w sprawie Smoleńska, bo jużci – „dążenie” można dowolnie rozciągnąć w czasie, no a poza tym – jest ono od samej „prawdy” znacznie bezpieczniejsze, bo w przypadku „dążenia” sami dążący decydują, w którym kierunku będą „dążyć” – co z politycznej punktu widzenia jest prawdziwym darem Niebios. W takiej sytuacji dodatkowa katastrofa „londyńska” byłaby tu potrzebna, jak psu piąta noga, więc skoro do niej szczęśliwie nie doszło, to nieomylny to znak, że prezesa Kaczyńskiego muszą wspierać jakieś potężne auxilia.

    A trzeba przyznać, że przychodzą one w samą porę, jako że Nasza Złota Pani postanowiła położyć kres wahaniom w związku z nieoczekiwanym wyborem Donalda Trumpa na stanowisko prezydenta USA i przystąpić do ostatecznego rozwiązania der polnischen Frage przy pomocy starych kiejkutów w służbie BND i Mosadu, Żydów i tak zwanych „pożytecznych idiotów”, których, jak wiadomo, nigdzie nie brakuje, zwłaszcza teraz, gdy „system edukacyjny” nastawiony jest na masową ich produkcję w ramach powszechnego duraczenia. Oczywiście stare kiejkuty i ich rozbudowana agentura, nawet wsparta przez „pożytecznych idiotów”, mogłyby do ostatecznego rozwiązania der polnische Frage nie wystarczyć, zwłaszcza w sytuacji, gdy Niemcy, na wypadek jakiejś przyszłej Norymbergi, wolałyby uniknąć ostentacyjnego udziału w tym rozwiązaniu, ograniczając się do zapewnienia całemu przedsięwzięciu osłony politycznej, przedstawiając ją europejskiej opinii, jako chirurgiczną operację obcinania głowy „faszyzmowi”. Dlatego też wszystko, a w każdym razie – bardzo dużo zależy od naszej niezwyciężonej armii, która – co prawda tylko słodszymi od malin ustami pułkownika Adama Mazguły – zadeklarowała gotowość stanięcia na nieubłaganym gruncie obrony konstytucji. Oczywiście jedna jaskółka wiosny nie czyni, toteż stare kiejkuty zostały przez odnośne centrale zmobilizowane do eskalacji. Przyjęła ona formę skierowanego również do „policjantów” i „wojskowych” wezwania do buntu przeciwko rządowi. Zaklęcie zostało zatem wypowiedziane z pełną ostentacją, tymczasem rząd, a zwłaszcza Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński jakby tego w ogóle nie zauważył.

    Nie jest wykluczone, że jako wirtuoz intrygi, właśnie tego oczekiwał. Na pewno tego, ma się rozumieć, nie wiem, bo prezes Kaczyński mi się nie zwierza, ale to i owo można wydedukować z tak zwanych czynności konkludentnych. Przede wszystkim w państwowej szkatule chyba pojawiło się dno, co skłoniło panią premier Beatę Szydło do rezygnacji z wielu ambitnych, a w dodatku już zapowiedzianych projektów rozdawniczych. W tej sytuacji entuzjazm dla Prawa i Sprawiedliwości może zacząć powoli wygasać, w tempie dostosowanym do przygasania wielu wspaniałych planów. Zatem nie ma innej rady, jak przyspieszyć egzekucję, rozjątrzając kolejne grupy społeczno-zawodowe ze struktur siłowych. Rząd dał im do zrozumienia, że im nie ufa, ale jednocześnie nie przeprowadził radykalnej reorganizacji tych struktur, według modelu tureckiego. Działania rozjątrzające przybrały postać inicjatyw ustawodawczych, przede wszystkim w zakresie tak zwanej „dezubekizacji”. Początkowo stosowny projekt rządowy był konsultowany z zainteresowanymi środowiskami i nawet osiągnięty został kompromis, ale projekt, który niedawno przedstawił minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak, różni się od tamtego w sposób istotny. W pierwotnym projekcie świadczenia emerytalne miały zostać obniżone tylko tym funkcjonariuszom, którzy pełnili służbę WYŁĄCZNIE w organach bezpieczeństwa PRL, tymczasem najnowsza wersja przewiduje, że nie tylko tamtym, ale i tym, którzy przed 31 lipca 1990 roku przepracowali w SB czy innych, podobnych organach, choćby jeden dzień, a potem, przeszedłszy weryfikację, pracowali już w organach „demokratycznego państwa prawnego”. Wywołało to, ma się rozumieć, ferment wśród policjantów, których wsparli w specjalnym liście do ministra Błaszczaka poprzedni ministrowie spraw wewnętrznych. Jeśli to nie jest zachęta dla policji, żeby w razie konfrontacji z rządem w ramach ostatecznego rozwiązywania der polnischen Frage, ona też – podobnie jak niezwyciężona armia, co do której też właśnie pojawiły się zapowiedzi „dezubekizacyjne”, mające objąć ok. 8 tysięcy osób – stanęła na nieubłaganym gruncie obrony demokracji i praworządności, to ja jestem chińskim mandarynem. Pan minister Błaszczak interpretuje to jako realizację „sprawiedliwości społecznej”, no bo przecież nie może powiedzieć, o co chodzi naprawdę – chyba, że sam tego nie wie, bo prezes Kaczyński mu tego nie powiedział – ale takie przypuszczenie byłoby chyba niegrzeczne.

    Zakładam oczywiście pan prezes Kaczyński wie znacznie więcej, niż chce powiedzieć nawet ministrom rządu pani Beaty Szydło, podobnie, jak marszałek Piłsudski nie zwierzał się pułkownikom ze swoich zamiarów, tylko żądał bezwzględnego posłuszeństwa – więc cóż dopiero mówić o szeregowych wyznawcach. Nie można zatem wykluczyć, że do wiadomości pana prezesa doszło, iż ostateczne rozwiązanie der polnischen Frage jest już przesądzone i uzgodnione w gronie starszych i mądrzejszych, że w tej sytuacji próżno wierzgać przeciwko ościeniowi tym bardziej, że nasza niezwyciężona też już zdecydowała, co przystoi jej czynić. W takiej sytuacji można zrobić tylko jedno; zadbać o to, by upadek rządu był spektakularny, żeby towarzyszyły mu dramatyczne wydarzenia, które w zbiorowej pamięci z czasem, gdy już się „jak figa ucukrują, jak tytuń uleżą”, zyskają rangę podobna do rangi Powstania Warszawskiego. A cóż może dodać takiemu wydarzeniu większego dramatyzmu, jak wrażenie, że oto przeciwko siłom Światłości powstały siły Ciemności, w postaci starych kiejkutów, ubeków, agentury, Żydów i pożytecznych idiotów? Czyż może być lepsza pożywka na „nocne rodaków rozmowy”, a nawet „krótkie płacze kobiece”, służące za budulec legendy, która przetrwa nie tylko ten rząd, ale wszystkie kolejne i w ogóle – nas wszystkich? Skoro Kukuńkowi bezpieczniacy i S(r)alon sklecili legendę z rozmaitych drobnych krętactw (Adam Bień charakteryzował Lecha Wałęsę właśnie jako „człowieka drobnych krętactw”) i ta gówniana namiastka wystarczyła, by świat w nią uwierzył, to legenda zbudowana z tak dramatycznych elementów powinna mieć jeszcze większy ciężar gatunkowy i jeszcze większą trwałość. Pod jednym wszelako warunkiem – że jej popularyzacją zajmą się pierwszorzędni fachowcy. I ta właśnie okoliczność pozwala lepiej zrozumieć sens obdarowania Roberta Greya, zdymisjonowanego właśnie wiceministra spraw zagranicznych, który „zataił” swoje powiązania z amerykańską razwiedką, 24 milionami złotych przez rządowe Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. W sytuacji, gdy CBA „wkracza” o szóstej rano do mieszkania Józefa Piniora, któremu prokuratura zarzuca wzięcie zaledwie 40 tysięcy złotych tytułem łapówek, „byłby to przypadek rzadki, a czy w ogóle są przypadki?” Jakież to „badania” zamierzał Robert Grey prowadzić, cóż takiego zamierzał „rozwijać”, że Polska zaufała mu aż 24 miliony?

    Stanisław Michalkiewicz

    Czarne wizje Putina wobec kolorowych koncepcji Obamy


     

     

    Forsal.pl

    Forsal.pl

     

    statystyki

    „Azjatycka alternatywa” Rosji. Kremlowscy stratedzy wieszczą schyłek Zachodu

    24 grudnia 2016, 07:00

     

    źródło:Ośrodek Studiów Wschodnich

    Rosja

    Rosjaźródło: ShutterStock

    30 listopada prezydent Rosji Władimir Putin podpisał nową (piątą w historii postsowieckiej Rosji) Koncepcję polityki zagranicznej Federacji Rosyjskiej, która zastąpiła dokument z lutego 2013 roku. Nowa koncepcja, podobnie jak poprzednia, przyjmuje założenie o schyłku Zachodu i końcu amerykańskiej dominacji w systemie stosunków międzynarodowych, który jakoby ewoluuje w kierunku ładu wielobiegunowego.

    Głównym celem Koncepcji jest przekonanie Zachodu do ustępstw, które umożliwiłyby zakończenie konfliktu z Rosją na jej warunkach i normalizację wzajemnych relacji. Koncepcja sugeruje, że taka normalizacja jest przede wszystkim potrzebna Zachodowi, natomiast Rosja może znaleźć alternatywnego partnerów w państwach Azji, z którymi z powodzeniem rozwija współpracę. W tym celu w dokumencie wyolbrzymiono zarówno dotychczasowe efekty, jak i perspektywy rosyjskich prób intensyfikacji współpracy z azjatyckimi partnerami, jednocześnie zasugerowano, że tylko normalizując relacje z Rosją, Zachód może zapobiec przekształceniu się relacji rosyjsko-chińskich w antyzachodni sojusz. W Koncepcji z jednej strony podkreśla się wyolbrzymione założenia o słabości Zachodu, z drugiej abstrahuje od wewnętrznej (zwłaszcza ekonomicznej) słabości samej Rosji i istniejącego wciąż jej uzależnienia od ekonomicznych więzi z Zachodem, a także maskuje trudności i potencjalne ryzyka w relacjach Rosji z azjatyckimi partnerami.

    Reklama

    Długofalowe tendencje i doraźne cele

    Koncepcja z jednej strony jest odzwierciedleniem tego, jak rosyjskie władze postrzegają fundamentalne procesy na arenie międzynarodowej i jak definiują swoje długofalowe cele, z drugiej strony jest instrumentem bieżącej polityki zagranicznej, służącym wysłaniu doraźnych sygnałów adwersarzom i (potencjalnym) partnerom.

    W Koncepcji powtórzono, za dokumentem z 2013 roku, diagnozę o słabnięciu Zachodu, schyłku amerykańskiej hegemonii, wzroście znaczenia nowych potęg azjatyckich i kształtowaniu się nowego „wielobiegunowego” ładu światowego. Niezmieniony pozostaje także główny cel rosyjskiej polityki – wspieranie wyłaniającego się nowego ładu i jego obrona przed próbami zahamowania i odwrócenia tego procesu, podejmowanymi przez Stany Zjednoczone i ich sojuszników.

    Dokument został zmodyfikowany pod kątem taktycznych potrzeb wynikających z otwartego konfliktu Rosji z Zachodem i dalszego wzrostu potęgi Chin. Celem tych modyfikacji jest zademonstrowanie pewności siebie Rosji i możliwości, jakie przed nią otwiera wzrost potencjału państw azjatyckich, które mogą jakoby stanowić alternatywę dla jej więzi gospodarczych z Zachodem. Nowe akcenty mają przekonać Zachód, że kontynuacja jego dotychczasowej polityki wobec Rosji pociągnie za sobą tylko dodatkowe koszty i niebezpieczeństwa w postaci eskalacji konfliktu, strat gospodarczych, a pozbawia go potencjalnych korzyści, zwłaszcza w postaci rosyjskiej pomocy w walce z międzynarodowym terroryzmem islamskim.

    „Kryzys” w stosunkach Rosja–Zachód i jego konsekwencje

    Według Koncepcji w relacjach Rosji z Zachodem panuje „kryzys”, a jego przyczyną jest „geopolityczna ekspansja” ze strony – co warte podkreślenia – nie tylko NATO, ale i UE. Powodem destabilizacji tak regionalnej, jak i w skali globalnej jest – według dokumentu – zachodnia polityka powstrzymywania Rosji oraz wywierania na nią politycznego, ekonomicznego i informacyjnego nacisku.

    W Koncepcji sygnalizuje się zmianę rosyjskich priorytetów w kierunku rozwijania relacji z państwami azjatyckimi i uczestnictwa w procesach integracyjnych w Azji. W porównaniu z Koncepcją z roku 2013, z dokumentu zniknęły sformułowania o „priorytetowym charakterze” rozwoju stosunków z regionem euroatlantyckim oraz o „strategicznej wspólnocie celów” z nim, a także wszelkie odwołania do wspólnej cywilizacyjnej tożsamości Rosji i Zachodu. UE nie jest już „głównym”, a jedynie „ważnym” partnerem gospodarczym, przy czym Koncepcja wskazuje jako potencjalnego partnera współpracy Rosji nie Unię, ale „państwa UE”. Nie ma już też w nim mowy o zawarciu nowego bazowego porozumienia o strategicznym partnerstwie ani o stworzeniu mechanizmów współpracy w sferze polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, ani o budowaniu „wspólnych przestrzeni” czy jednolitego rynku. Pojawia się natomiast postulat harmonizacji i sprzężenia procesów integracji europejskiej i eurazjatyckiej.

    Przesunięcie nastąpiło we fragmentach dotyczących Stanów Zjednoczonych: w poprzedniej wersji dokumentu główny nacisk („długofalowy priorytet”) położony był na stworzenie ekonomicznych fundamentów dialogu. W wersji obecnej deklarowane jest zainteresowanie Rosji budowaniem „wzajemnie korzystnych relacji” z Waszyngtonem w kwestiach strategicznych i bezpieczeństwa międzynarodowego, zwłaszcza w sferze walki z zagrożeniem międzynarodowym terroryzmem islamskim. W Koncepcji sformułowano przy tym ostrzeżenie o możliwości „ostrej reakcji” w razie „nieprzyjaznych działań” amerykańskich; ponadto otwarcie określa się stworzenie globalnego systemu antyrakietowego jako „zagrożenie” dla bezpieczeństwa Rosji i zapowiada „adekwatne kroki odwetowe”.

    Celem poświęconej relacjom z Zachodem części Koncepcji jest wywołanie wrażenia, że rewizjonistyczna polityka Rosji w Europie ma charakter czysto defensywny oraz że zachodnia polityka nacisku na Rosję jest skazana na porażkę, gdyż jest ona sprzeczna z – mającą jakoby obiektywny charakter – zmianą układu sił na arenie międzynarodowej.

    >> Polecamy: Polska skarży KE do Trybunału Sprawiedliwości ws. Opalu

    „Azjatycka alternatywa” Rosji

    W dokumencie część dotycząca stosunków w regionie Azji i Pacyfiku została dowartościowana: umocnienie rosyjskiej pozycji w regionie i aktywizacja relacji z leżącymi tam państwami została określona jako „strategicznie ważna”. Dokument zawiera postulat podniesienia poziomu relacji z państwami ASEAN do „strategicznego partnerstwa” oraz stawia cel harmonizacji integracyjnych procesów w regionie Azji i Pacyfiku oraz Eurazji obejmujących ASEAN, Szanghajską Organizację Współpracy i Eurazjatycką Unię Gospodarczą. Zniknął z dokumentu zapis implikujący, że dla Rosji relacje z Chinami i Indiami mają równorzędną wartość. Chiny są wymienione na pierwszym miejscu wśród azjatyckich partnerów Rosji, a Indie na drugim. Charakterystyka relacji z Chinami pozostała niemal taka sama jak w 2013 roku, podczas gdy zapis dotyczący Indii został wzmocniony terminami o „historycznej przyjaźni” i „głębokim wzajemnym zaufaniu” (relacje z Chinami są określane wyłącznie w kategoriach zbieżności interesów).

    Istotna jest także zmiana zapisu dotyczącego Japonii, w którym mowa jest nie o współpracy ekonomicznej, ale „zapewnieniu stabilności i bezpieczeństwa w regionie Azji i Pacyfiku” i z którego usunięto wzmiankę o konflikcie terytorialnym i konieczności jego rozwiązania.

    Powyższe zapisy odzwierciedlają rosnące znaczenie Chin jako najważniejszego partnera Rosji na arenie międzynarodowej. Rosja chce zademonstrować, iż kontynuuje proces budowy relacji z azjatyckimi partnerami (zwłaszcza Chinami) i chce stworzyć wrażenie, że mogą one zastąpić jej relacje z Zachodem.

    Zapisy dotyczące Indii, Japonii i państw ASEAN sygnalizują jednocześnie, że Rosja dąży do dywersyfikacji swojej polityki azjatyckiej i próbuje zrównoważyć związki z Chinami. Użyte w dokumencie sformułowania sugerują m.in. brak zaufania w relacjach z Pekinem, jednocześnie próbując zamaskować problemy w relacjach z Delhi (m.in. z powodu intensyfikacji relacji Delhi z Waszyngtonem, a Moskwy z Pekinem). Użycie tych sformułowań może mieć na celu zasygnalizowanie tak Zachodowi, jak Chinom i innym azjatyckim partnerom, że Rosja dąży do zrównoważenia relacji z Pekinem. Tym samym ma to zachęcić Zachód, a zwłaszcza Waszyngton, do zmiany polityki wobec Rosji w celu odciągnięcia jej od dalszego zbliżenia z Chinami.

    Nierealistyczne założenia i maskowanie rzeczywistości

    Nowa koncepcja zbudowana jest na częściowo fałszywych i nierealistycznych przesłankach i służy bardziej maskowaniu rzeczywistości niż jest przejawem rzeczowej analizy sytuacji międzynarodowej. Opiera się na wyolbrzymionych ocenach słabości Zachodu i całkowicie abstrahuje od kryzysowego stanu rosyjskiej gospodarki i niskiej atrakcyjności Rosji jako partnera we współpracy międzynarodowej. Fałszywie prezentuje rosyjską politykę jako czysto defensywną reakcję na agresywne działania Zachodu. Usiłuje ukryć niepowodzenie prowadzonych od wielu lat prób dywersyfikacji gospodarczych więzi Rosji w kierunku azjatyckim oraz fakt trwającego nadal ekonomicznego uzależnienia Rosji od relacji ekonomicznych z Zachodem. Przemilcza także niebezpieczeństwa, jakie dla Rosji może stworzyć rosnąca asymetria w jej relacjach z Pekinem.

    Rosja podaruje Serbii myśliwce, czołgi i BRDM


    Rosja podaruje Serbii myśliwce, czołgi i BRDM

    © Sputnik. Sergey Pivovarov


    Rosja w ramach pomocy wojskowo-technicznej przekaże Serbii sześć myśliwców MiG-29 i kilkadziesiąt jednostek sprzętu opancerzonego – poinformował szef rządu republiki Aleksandar Vucić po spotkaniu w środę z ministrem obrony Rosji Siergiejem Szojgu w Moskwie. „Rosja w charakterze pomocy przekaże Serbii sześć myśliwców MiG-29, przy czym pierwsze etapy ich modernizacji będą kosztowały nasze państwo od 180 do 230 mln euro. Gdybyśmy kupowali te samoloty po cenach rynkowych, musielibyśmy znaleźć na to 600 mln euro” — cytuje Vucicia biuro prasowe rządu. © AP PHOTO/ OLIVIER MATTHYS Media: W Belgii znaleziono martwego głównego audytora NATO Premier Serbii dodał, że umowa powinna zostać podpisana do piątku 23 grudnia, później są dwa warianty odbioru myśliwców przez Belgrad. W pierwszym przypadku maszyny od razu zostaną dostarczone do Serbii, gdzie w marcu przejdą modernizację, w tym pod względem wyposażenia. W drugim — myśliwce pozostaną w Rosji do października 2017 roku i zostaną przekazane Serbii już po modernizacji już z nowym sprzętem. Według niego obecnie strony wybierają optymalny wariant. „Nie jest to współmierne z tym, co mieliśmy wcześniej. Także dostaliśmy w prezencie 30 czołgów T-72S i 30 BRDM 2 uzbrojonych w broń 14,5 mm (KPW — red.)” — cytuje biuro prasowe słowa Vucicia.  Szef serbskiego rządu podkreślił także, że Belgrad i Moskwa pracują nad trzyletnim i pięcioletnim planem współpracy wojskowo-technicznej.
    Czytaj więcej: https://pl.sputniknews.com/swiat/201612234482265-Rosja-Serbia-sprzet-prezent/

    Lewicki: Nieudany Majdan w Warszawie


    Konserwatyzm

    KONSERWATYZM.PL – Portal Myśli Konserwatywnej

     

    YOU ARE AT:Home»Publicystyka»Lewicki: Nieudany Majdan w Warszawie

    Lewicki: Nieudany Majdan w Warszawie

    0

    BY ADAMWIELOMSKI ON 19 GRUDNIA 2016PUBLICYSTYKA

    Wielu, podobnie jak i ja, zastanawia się nad tym, co stało się w Polsce w ostatnich dniach. Co to było? Zwykła awantura w Sejmie, bezsensowna szarpanina, czy też próba zamachu stanu? Już poprzednio sugerowałem to ostatnie. Obecnie zaś, gdy patrzę na całość zachowań i zdarzeń, coraz bardziej już wyraźnie widać las, a nie pojedyncze drzewa. A ten las to próba puczu.
    Wielu czytających tę analizę będzie uważało, że to ocena zbyt daleko idąca, że brak do tego wystarczająco mocnych podstaw. Jednak zdarzenia układają się w coraz bardziej wyraźny obraz. I tak po kolei. Opozycja i jej zwolennicy, dotknięci zmianą władzy od początku wysyłali sygnały, że na to się nie godzą, że będą się przeciwstawiać. Sprawa TK, wraz z odejściem Rzepińskiego, coraz bardziej wygląda na porażkę opozycji. Ten stan rzeczy zirytował w najwyższym stopniu tę część opozycji, która wokół wojny o TK budowała strategię zwycięstwa i szukała poparciu kół liberalnych na Zachodzie.
    Ponieważ to nie dawało efektów, to pojawiły się tam głosy radykalne: Wałęsa straszył –„Pomożemy wam wyskakiwać przez okna”, a Komorowski na manifestacji KOD-u w Poznaniu krzyczał: „Czasem trzeba walić dechą w łeb”. A tu przecież nie chodzi o jakichś drobnych zadymiarzy, tylko o byłych prezydentów, a te ich wypowiedzi można traktować jako wyraz planu działań wyrażony w skondensowanej formie. Jeśli to ma być umiarkowana, demokratyczna i europejska opozycja, to ja dziękuję, wolę już być faszystą.
    Przy takich, idących z samej góry, hasłach, że trzeba „walić dechą w łeb” i „pomagać wyskakiwać przez okno”, to trudno się dziwić, że rzeczywiste plany muszą takie działania uwzględniać, a na pytanie co robić, odpowiedz dla nich była oczywista: Majdan!
    I tak też należy odbierać to, co stało się w Sejmie i pod Sejmem w piątek i później w nocy. Widać, że działania opozycji były zaplanowane i skoordynowane. Manifestacja przed Sejmem była zaplanowana na 17 grudnia już trzy dni wcześniej, a nawet, jak ujawnił poseł Liroy-Marzec z Kukiz’15, zamówiono 1000 kanapek dla protestujących. W świetle tych faktów widać, że sprawa wykluczenia posła PO Szczerby z obrad, jak i kwestia ograniczenia dostępu dziennikarzy do Sejmu, były tylko pretekstami, bo gdyby ich nie było, znaleziono by inne, bądź stworzono nowe metodami sterowanej prowokacji, bo przecież nie o to chodziło, a o zablokowanie obrad Sejmu i wywołanie kryzysu.
    Wcześniejsze zaplanowanie demonstracji i zapewnienie im wsparcia logistycznego na to wyraźnie wskazuje. Ponadto wygadał się poseł Kłopotek, który znany jest z tego, że nie potrafi utrzymać tajemnicy: „Pan zobaczy, co będzie. Znowu będzie wielka hucpa, walka, buczenie, krzyczenie i wyzywanie się.”. Coś widać i do niego dotarło.
    I wszystko szło dla opozycji dobrze: Kuchciński dał się łatwo sprowokować i wyłączył Szczerbę, zablokowano obrady sejmu, zablokowano marszałka. Czegoś takiego jeszcze nie było. Ale nie przewidziano wszystkiego, a mianowicie tego, że obrady zostaną przeniesione do innej sali i dokończone. To zachwiało planem, i jedyną szansą na sukces było już tylko zablokowanie fizyczne wyjścia posłów PiS i rządu z Sejmu. Jednak do tego zgromadzone siły manifestantów okazały się za małe. Policja rozblokowała Sejm. Pozostało już tylko odgrywanie komedii, jak ta z nowym „Jankiem Wiśniewskim”, co to nie padł, a się położył. Na manifestacji KOD w sobotę jego szef Mateusz Kijowski powiedział już otwartym tekstem o co chodzi: „Opozycja razem obali totalitarną władzę”. Ale było już za późno, plan się nie udał, choć jakieś jego elementy, w postaci wyłączenia emisji TVP w znacznej części kraju, zafunkcjonowały jeszcze w dniu następnym. Zasadniczo jednak sytuacji to już nie zmieniło.
    Jeśli zaś chodzi o możliwości mobilizacji poparcia społecznego dla swoich działań to ta opozycja pokazała już wszystko na co ją stać, gdy tymczasem rząd nie zaczął jeszcze nawet swoich mobilizować, a tu możliwości ma wielkie; bo nie chodzi tylko o aktywistów PiS, ale też o inne siły, które nie przepadały za poprzednią władzą, jak dla przykładu radykalna prawica typu ONR, kręgi kibiców i na koniec gdyby tego było mało, to jest związek Solidarność, którzy na pewno nie będzie patrzył obojętnie jak ci co podwyższyli wiek emerytalny chcą przemocą wziąć władzę. Przewodniczący Duda już zapowiedział: „My ich czapkami przykryjemy!”.
    Jakimi siłami trzeba było dysponować by Majdan się udał, to o tym napisał na swoim FB Michał Broniatowski, obecnie naczelny Forbesa, a przedtem aktywny w różnych gremiach kierowniczych ITI i TVN. A on wie o czym pisze, bo brał udział w powstaniu Espreso TV na Ukrainie, która odegrała dużą rolę podczas Majdanu w Kijowie i on to obserwował z bliska. Ta technologia jest prosta: należy zająć ważny budynek będący siedzibą władz i zgromadzić wystarczająco liczne siły bojówkarzy by go utrzymać, oraz liczne (pisze o milionie) manifestacje oraz wsparcie politycznie i medialnie.
    To się nie udało, a nie ma niczego bardziej żałosnego niż nieudana próba przejęcia władzy. Oczywiście dla puczystów, bo dla rządu oznaczą możliwość i okazję do wzmocnienia władzy. Co mnie absolutnie nie cieszy.

    Stanisław Lewicki

    za: facebook

    Wypieranie z polskiej świadomości Wołyńskiego Ludobójstwa


    Sputnik Polska 

    24 GRUDZIEŃ 2016

    Ukraina-2016: Desant naszych „najlepszych” ludzi

    © Sputnik. Andrei Stenin OPINIE 08:00 15.12.2016Krótki link Marceli Szpaczyński 82428511 PiS i PO uważają wspólnie, że najlepszym spoiwem narodów polskiego i ukraińskiego jest rusofobia. I w imię tego można zezwalać na wszystko: nacjonalizm, elementy faszyzmu, rasizm i ksenofobię. Nie rozumieją, jak łatwo może im to się wymknąć spod kontroli. Mówiąc szczerze, chyba już się wymknęło. Tak jak na Ukrainie. Kolejny rok dobiega końca, czas na podsumowania. Nie zajmujmy się drobiazgami, przejdźmy do spraw naprawdę ważnych, a co może być ważniejszego, niż nasze stosunki z Ukrainą? © REUTERS/ STEFAN WERMUTH Majestat Dudy i pośladki Dody © SPUTNIK. SERGEY GUNEEV Po co Poroszenko przyjechał do Polski? W gruncie rzeczy można zacząć od wizyty w grudniu 2015 roku prezydenta Dudy w Kijowie, bo jej reperkusje brzmiały jeszcze w styczniu. „Prezydent Duda zrobił dobre wrażenie” pisały polskie gazety i akurat co do prawdziwości tego zdania nie mam najmniejszych wątpliwości. Dobre wrażenie jest tym, co prezydent Duda robi najlepiej. Dopóki nie otworzy ust. Potem już gorzej. Wówczas było tak samo. Poparł dążenia Ukrainy do zakończenia konfliktu na wschodzie kraju. Nie powiedział których: czy porozumień mińskich, które jako warunek pokoju określają najpierw konieczność  wniesienia do ukraińskiej konstytucji zmian, których do tej pory władze Ukrainy nie wprowadziły? Czy może wygłaszanych przez niektórych kijowskich polityków zachęt do fizycznej likwidacji mieszkańców wschodnich prowincji Ukrainy? Czy może, co najważniejsze, tworzenia wspólnego frontu przeciwko Rosji? Potem już poszło z górki. Polscy twórcy „polityki” wschodniej zaczęli chórem po wizycie prezydenta Dudy przypominać sobie, że Polska powinna brać udział w obradach czwórki normandzkiej i to skandal, że tak ważne państwo nie jest tam obecne. Nie kojarząc jednocześnie, że może dlatego, że nikt tam nas nie zaprasza. Ciekawe dlaczego? Czy może dlatego, że wśród ludzi poważnych nie ma miejsca na oszalałych, kierowanych emocjami dyskutantów, którzy niczego konstruktywnego do dialogu nie wniosą, bo są do tego organicznie niezdolni? Ale ten rok był w tym sensie nieco inny, że relacje między rządem PiS a ukraińskimi władzami znalazły się w nieco innym miejscu. Przede wszystkim dlatego, że PiS musiał spłacić swoje obietnice składane tym wyborcom, którzy żądali rozliczenia wreszcie Rzezi Wołyńskiej. Do tej pory bowiem rządy PO albo relatywizowały tę tragedię, albo próbowały ją po prostu przemilczeć, nie zwracając uwagi na to, że jest to rana, której nie dano szansy się zabliźnić. PiS zaś obiecał przywrócenie, jeśli nie dziejowej sprawiedliwości, to przynajmniej próby nazwania zbrodni zbrodnią, a ludobójstwa ludobójstwem. I z tej obietnicy musiał się rozliczyć. Dokonał tego, jak na tę formację, dość powściągliwie. Znalazło to wyraz w dwóch najważniejszych wydarzeniach. Pierwsza to lipcowa uchwała polskiego parlamentu o wołyńskiej tragedii, która po raz pierwszy jednoznacznie została nazwana ludobójstwem. Środowiska kresowe przyjęły to z ulgą i wdzięcznością, zaś środowiska związane z poprzednimi rządami z histerycznymi zapewnieniami, że uchwała ta cofa nas o całe lata w relacjach polsko-ukraińskich, jakby 10 lat temu było o wiele gorzej niż jest teraz. © ZDJĘCIE: FILM ITP. Z O.O. Autor „Wołynia” dostanie zakaz wjazdu na Ukrainę Natomiast strona ukraińska przejawiła zupełne nieprzygotowanie do dyskusji o historii, reszta nie po raz pierwszy. Pomijając indywidualne wypowiedzi poszczególnych polityków, historyków i dziennikarzy, warto posłuchać tego, jak zareagowały na to oficjalne ośrodki władzy. Ukraiński parlament natychmiast rozpoczął przygotowania do przyjęcia kontruchwały o polskim ludobójstwie na Kresach. Nie trzeba lepszego dowodu, że na razie ukraińskie elity przejawiają zupełny brak zdolności do refleksji nad bolesnymi okresami swojej historii. Potem jeszcze był film Wojciecha Smarzowskiego „Wołyń”, który miał tę zaletę, że pojawiły się próby po ukraińskiej stronie choćby starań zrozumienia istoty sprawy. Nie było ich dużo, ale jednak się pojawiały. Czy to wystarczy do otwarcia pola do dialogu? Boje się, że nie, ale nie traćmy nadziei. Kolejnym etapem polsko-ukraińskich relacji był desant naszych „najlepszych” ludzi na ukraińska przestrzeń gospodarczą. Najpierw zrzucony został Leszek Balcerowicz, który jak ordery obnosi fakt, że po jego terapii szokowej polskie społeczeństwo długo nie mogło się otrząsnąć z gigantycznego rozwarstwienia, strukturalnego bezrobocia i zwyczajnej biedy. Może ktoś myśli, że Balcerowicz pojechał na Ukrainę po latach refleksji i choćby częściowemu zweryfikowaniu swoich poglądów żywcem będących przejawem darwinizmu społecznego? Ależ skąd! Pierwsze, co pan Balcerowicz miał do powiedzenia, to komunikat, że emerytury są na Ukrainie za wysokie, podobnie jak wydatki socjalne państwa. Dajcie mu trochę czasu, a doprowadzi stosunki polsko-ukraińskie do poziomu, kiedy na dźwięk polskiej mowy ludzie będą spluwać z pogardą. © ZDJĘCIE: IGOR MOTOWIŁOW Ukraina nie działa © ZDJĘCIE: PLATFORMA OBYWATELSKA RP Polski zegarkowy narcyz już w Kijowie Potem rzucono na front gospodarki ukraińskiej Wojciech Balczun, do tej pory zawiadujący PKP Cargo, z pewnymi sukcesami, ale kosztem interesów pracowniczych. Tutaj zaczął podobnie. Poza tym, że zmierzył się z mechanizmem gigantycznej korupcji politycznej i finansowej, więc fachowcy nie wróżą mu dużych sukcesów. No i wreszcie nasz drogi minister Sławomir Nowak, z warunkowo umorzonym postępowaniem stawiającym pod znakiem zapytania jego osobistą uczciwość. Ten ma się zająć drogami ukraińskimi. Gratulujemy Ukraińcom nowych współpracowników. A tak naprawdę głęboko współczujemy. Cały ten rok, nakładające się na siebie opisane wyżej wydarzenia w rezultacie przyniosły efekt odwrotny od oczekiwanego. Atmosfera między naszymi krajami pogorszyła się zauważalnie. I winą należy obarczyć obie strony. Ukraińcy, jako się rzekło, pokazali niezdolność do „nowego otwarcia” w naszych relacjach. Owszem, wymagałoby to od nich nieco wysiłku, trochę bolesnych zabiegów dotyczących własnej świadomości i oceny historii oraz dopuszczenia do własnej świadomości faktu, że nie wszystkie ich wybory dodają im splendoru i chwały. A mówiąc wprost, kompromitują ich w oczach społeczności międzynarodowej. Poza wyparciem ze zbiorowej świadomości ludobójstwa na Wołyniu, ich ewidentnym błędem jest stawka na budowanie swojej tożsamości narodowej na ludziach i symbolach, które kojarzą się nie z wolnym narodem a z pasmem zbrodni, ludobójstwa i zbrodni wojennych. Oczywiście, każdy naród jest wolny w wyborze swoich bohaterów. Jednak pozostałe narody, ze szczególnym uwzględnieniem ich bezpośrednich sąsiadów, mają takie samo prawo do oceny tychże ludzi, nazywając ich wtedy, kiedy na to zasługują, ideologami ludobójstwa czy udziału w Holokauście. Tego też nie potrafią przyjąć do wiadomości, mało tego, próbują przy pomocy prawa ograniczyć próby jakiejkolwiek dyskusji na ten temat czym w istocie naruszają jedno z podstawowych praw człowieka, jakim  jest prawo wolności słowa. Atmosfera przyzwolenia na hasła skrajnych nacjonalistów znalazła swój wyraz w skandalicznym wystąpieniu ukraińskich parlamentarzystów, którzy po przemówieniu prezydenta Izraela, przypominającego o udziale ukraińskich formacji nacjonalistycznych w Holokauście, żądali od niego przeprosin i odwołania słów, będących przecież historycznym faktem.  Nie można tego potraktować jako margines życia politycznego na Ukrainie, bo jest to nurt, jeśli nie dominujący, to na pewno widoczny i wpływowy. © REUTERS/ VALENTYN OGIRENKO Ukraina nie lubi PiS-owskiej Polski. Z wzajemnością © AP PHOTO/ ALIK KEPLICZ I… kamieni kupa A my? A my też nie mamy powodów do udawania, że jesteśmy niewinni. Już nie mówię o standardowych naruszeniach prawa wobec ukraińskich pracowników, ale o rosnącej również u nas atmosferze przyzwolenia na nacjonalistyczne chamstwo i agresję. Skoro jesteśmy przy Ukrainie, to wystarczy przypomnieć spalenie flagi ukraińskiej na Marszu Niepodległości 11 listopada w Warszawie i niedawne okrzyki w Przemyślu „Śmierć Ukraińcom”. Słabym usprawiedliwieniem, jeśli w ogóle można takie rzeczy usprawiedliwiać jest przywoływanie przykładów zachowań nazistowskich grup po ukraińskiej stronie. Do takich rzeczy nie ma prawa dochodzić w cywilizowanym państwie. Już dobiegają głosy, że w niektórych miastach Ukraińcy legalnie przebywający w naszym kraju boja się mówić w sowim języku. Tego chcemy? Na pewno? PiS i PO uważają wspólnie, że najlepszym spoiwem narodów polskiego i ukraińskiego jest rusofobia. I w imię tego można zezwalać na wszystko: nacjonalizm, elementy faszyzmu, rasizm i ksenofobię. Nie rozumieją, jak łatwo może im to się wymknąć spod kontroli. Mówiąc szczerze, chyba już się wymknęło. Tak jak na Ukrainie. Skoro piszę ten tekst do Sputnika, myślę, że można śmiało podsumować ostatni rok polsko-ukraińskich stosunków jednym zdaniem: „I smieszno, i straszno”. Marceli Szpaczyński, polski publicysta, Warszawa Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.
    Czytaj więcej: https://pl.sputniknews.com/opinie/201612154425809-Ukraina-Desant-naszych-najlepszych-ludzi/

    Generał i karły


    705884_JARUZELSKI_HP01_34

    Sputnik Polska

    24 GRUDZIEŃ 2016

    Generał i karły

    © Sputnik/ Leonid Swiridow OPINIE 14:22 19.12.2016(zaktualizowano 15:12 20.12.2016) Krótki link Agnieszka Wołk-Łaniewska 54395912512 Prawo i Sprawiedliwość straciło wszelki umiar w swoim opętańczym dążeniu do zemsty za krzywdy, których nie doznało. Fakt, iż akurat ta formacja postanowiła zerwać umowę, którą prawie 30 lat temu przywódcy PZPR zawarli z prawdziwą opozycją, to klasyczne urzeczywistnienie przysłowia o żabie, która podstawia nogę do kucia. © AFP 2016/ WOJTEK RADWANSKI Protesty w Warszawie © AP PHOTO/ CZAREK SOKOLOWSKI Sen Jerzego Urbana. Spełniony — Podejmujemy kroki prawne mające na celu odebranie stopni wojskowych zarówno panu Jaruzelskiemu, jak i panu Kiszczakowi. Zbrodniarze odpowiedzialni za działanie zbrojne przeciwko własnemu narodowymi nie zasłużyli na to, by nosić te stopnie wojskowe — ogłosił Minister Obrony Narodowej Rzeczpospolitej Polskiej, tym samym podniosłym  tonem, którym zapowiadał prezentację  pękających parówek jako dowód na zbrodnię Putina. — Chcę poinformować Polaków, że po raz ostatni ze strony jakiegokolwiek urzędnika Ministerstwa Obrony Narodowej padło słowo „generał” przy nazwisku pana Jaruzelskiego — tokował Antoni Macierewicz, wyraźnie zapominając, że po nim nadejdą inni ministrowie, którzy mogą mieć więcej nie tylko zwykłej przyzwoitości, ale także zdrowego rozsądku. Pomysł degradacji generała Wojciecha Jaruzelskiego za stan wojenny — który nadal, mimo ćwierćwiecza jednostronnej, prostackiej i kłamliwej propagandy, więcej Polaków popiera niż potępia — jest pomysłem w pełnym znaczeniu tego słowa debilnym. Prawo i Sprawiedliwość straciło wszelki umiar w swoim opętańczym dążeniu do zemsty za krzywdy, których nie doznało. Szeregów obecnej formacji rządzącej nie zapełniają opozycjoniści na miarę Karola Modzelewskiego; raczej faceci, którzy, niczym Macierewicz, ukrywali się u sąsiadów i wygłaszali płomienne antykomunistyczne tyrady siedząc na klozecie, bądź zgoła — jak Jarosław Kaczyński — spokojnie przespali noc stanu wojennego w domu, nieniepokojeni przez nikogo. © AP PHOTO/ STRINGER Niech oceni go historia Fakt, iż akurat ta formacja postanowiła zerwać umowę, którą prawie 30 lat temu przywódcy PZPR zawarli z prawdziwą opozycją, to klasyczne urzeczywistnienie przysłowia o żabie, która podstawia nogę do kucia. Co skądinąd tylko dodaje mu waloru: pośmiertna nagonka władzy na człowieka, którego większość Polaków nadal uważa za patriotę — 47 proc. ankietowanych rzez CBOS orzekło, że Generał dobrze służył Polsce, tylko co trzeci był przeciwnego zdania — budzi niesmak nawet wśród tych, którzy nie należą do wielbicieli Polski Ludowej. W sondzie Wirtualnej Polski wypowiedziało się ponad 50 tysięcy ludzi, z czego 58 procent było przeciw degradacji; w sondzie Onetu przeciwko inicjatywie MON było 80 proc. głosujących. Ideologiczna arogancja władzy, wykazywana przez PiS w tej antygenerałowej kampanii — wspomagana totalnym językiem i toksyczną osobowością Antoniego Macierewicza — mobilizuje przeciw PiSowi nawet tych, którzy byliby skłonni doceniać społeczne inicjatywy rządu Beaty Szydło. Z jednym wszakże wyjątkiem: lewicy. © AFP 2016/ JANEK SKARZYNSKI Jack Strong – awans dla zdrajcy © SPUTNIK. LEONID SVIRIDOV Putin to skarb Najwyższym honorem, zaszczytem i psim obowiązkiem Sojuszu Lewicy Demokratycznej była obrona generałów przed Macierewiczem. Zamiast rozedrzeć szaty i wrzeszczeć do kamer, że Wojciech Jaruzelski był wielkim człowiekiem, a Czesław Kiszczak architektem Okrągłego Stołu, i ręce precz — SLD ustami swego przewodniczącego bajdurzy coś o „reprezentowaniu poglądu” 41 proc., którzy uważają stan wojenny za uzasadniony i o tym, że „13 grudnia to nie tylko stan wojenny”, albowiem 13 grudnia 2002 Leszek Miller zamknął w Kopenhadze negocjacje akcesyjne. To bez wątpienia wielka zasługa i powód do chwały — ale jest to także tchórzliwa próba odwrócenia uwagi od pytania dziś fundamentalnego: czy jesteś za Antonim, czy jesteś za Wojciechem? Tchórzliwa lewica jest jak cnotliwa dziwka: ani reputacji nie uratuje, ani klientów nie zdobędzie. Wojciech Jaruzelski był mężem stanu, któremu Polska zawdzięcza więcej, niż jakiemukolwiek innemu politykowi ostatniego stulecia — tyleż uratowanie narodu od radzieckiej interwencji w 1981 roku, co pokojową, bezkrwawą zmianę ustroju w roku 1989.

    Czytaj więcej: https://pl.sputniknews.com/opinie/201612194455439-General-i-karly/

    Przeprasza za Merkel i niemieckie media


    niezalezna.pl - strefa wolnego słowa

     

    24 grudnia 2016

     

    Niemiecka polityk do bliskich zabitego Polaka: „Przepraszam”. Za Merkel i media

     

    Dodano: 23.12.2016 [20:36]

    Niemiecka polityk do bliskich zabitego Polaka: „Przepraszam". Za Merkel i media - niezalezna.pl

    foto: facebook.com

    „Piszę do Pana, bo wstydzę się za to, że nasza kanclerz, kiedy nareszcie po 15 godzinach od strasznego zamachu wydała oświadczenie, nie wspomniała ani słowem o Łukaszu Urbanie” – napisała w liście do Ariela Żurawskiego, Vera Lengsfeld była działaczka opozycji w NRD i była posłanka do Bundestagu. Przeprosiła również za skandaliczne sugestie „przemycane” w relacjach niemieckich mediów, gdy część winy próbowano zrzucić na polskiego kierowcę zamordowanego przez „uchodźcę”.
    Ariel Żurawski to właściciel firmy, do której należała ciężarówka, którą terrorysta uprowadził i użył w poniedziałkowym zamachu w Berlinie na bożonarodzeniowym jarmarku. Łukasz Urban, kierowca uprowadzonej ciężarówki (prywatnie kuzyn Żurawskiego) do końca bohatersko walczył o to, żeby nie pozwolić islamiście zabić ludzi.
    W swoim liście Lengsfeld pisze, że chce przekazać rodzinie Łukasza Urbana najgłębsze kondolencje.

    „Piszę do Pana, bo wstydzę się za to, że nasza kanclerz, kiedy nareszcie po 15 godzinach od strasznego zamachu wydała oświadczenie, nie wspomniała ani słowem o Łukaszu Urbanie. Na ile mi wiadomo, ona w ogóle nie zwróciła się do Polaków z przeprosinami za to, że polski obywatel, pierwsza ofiara zamachu terrorystycznego, był godzinami przedstawiany w mediach jako „pasażer” albo drugi sprawca. Nawet kiedy już dawno było wiadomo, że on został zastrzelony, nadal używano słowa „pasażer””

    – pisze Lengsfeld.

    „Wstydzę się za koszmarne relacje naszych mediów oraz zimne zachowanie naszej kanclerz wobec Łukasza Urbana i Polaków. Dlatego chciałabym Panu powiedzieć, że tysiące Niemców czuje to samo co ja. Ich głosu nie można usłyszeć w mediach mainstreamowych, ale można je znaleźć w licznych komentarzach, które ci ludzie umieszczają na stronie internetowej kanclerz, rządu federalnego i mediów, póki funkcja komentowania nie została wyłączona. Zapewniam Pana, że tysiące ludzi w Niemczech myślą o Pana rodzinie”

    – kontynuuje.

    „Życzę Panu i Pana rodzinie dużo siły, aby przetrwać strasznie dni, pierwsze Boże Narodzenie bez Łukasza Urbana i mam nadzieję, że Pan znajdzie pocieszenie w tym, że Pan Urban był dzielnym mężczyzną, który zginął walcząc. Proszę przekazać Pani Urban moje wyrazy współczucia”

    – konkluduje Vera Lengsfeld.
    Ważną informację podała dzisiaj również premier Beata Szydło o przyznaniu renty specjalnej bliskim zamordowanego Łukasza Urbana.

    Obserwuj

    Beata Szydło @BeataSzydlo

    Podjęłam decyzję o przyznaniu renty specjalnej dla Żony i Syna Śp. Łukasza Urbana. Rodzina Bohaterskiego Kierowcy otrzyma ją po Świętach

    18:31 – 23 gru 2016

  • 1 0841 084 podane dalej

  • 3 8713 871 polubień

  • Autor: oaŹródło: niezalezna.pl

    Drukuj

    DZIAŁ: POLSKA, ŚWIAT

    „Buntują się jak dzieci w piaskownicy, podstawią nogi, naplują, skoczą na mównicę”


     

    wPolityce.pl

     

    POLITYKA

    Pietrzak w wigilijnym „Salonie Dziennikarskim” o opozycji: „Buntują się jak dzieci w piaskownicy, podstawią nogi, naplują, skoczą na mównicę”

    opublikowano: 19 minut temu · aktualizacja: 15 minut temu

    fot. wPolityce.pl/TVP Infofot. wPolityce.pl/TVP Info

    To się toczy od roku – to nieprzyjęcie do wiadomości wyniku wyborów. Buntują się jak dzieci w piaskownicy, podstawią nogi, naplują, skoczą na mównicę, pokażą małpę. Ten rodzaj demonstracji politycznej to jest dziecinada

    — mówił w specjalnym, wigilijnym wydaniu „Salonu Dziennikarskiego” Jan Pietrzak, satyryk i komentator wydarzeń.

    Pierwszym tematem, jaki poruszono we wspólnej audycji tygodnika „Idziemy”, Radia Warszawa i portalu wPolityce.pl, były ostatnie wydarzenia sejmowe, które rozpoczęły się 16 grudnia od awantury opozycji.

    NOCNA BLOKADA SEJMU. Agresja, prowokacje, atak na samochody wiozące premier Szydło i prezesa PiS. Opozycja wywołuje uliczne awantury i podgrzewa emocje. Interweniowała policja! RELACJA

    Prowadzący program Michał Karnowski pytał swoich gości, czy w obliczu takiej agresji, możemy się jeszcze porozumieć jako Polacy oraz jak odnaleźć poczucie wspólnoty?

    To niezwykle trudne, bo ciężko ich zrozumieć. Gdyby człowiek miał możliwość spokojnej dyskusji. (…)Nikt nie odpowiada na nasze pytania

    — powiedziała Katarzyna Łaniewska, aktorka i felietonistka.

    Dzieje się to dzień po tym, jak dzielili się opłatkiem i składali sobie życzenia w Sejmie

    — zwróciła uwagę Łaniewska.

    Jeśli mówią, że bardziej się boją tej rzeczywistości, niż stanu wojennego, to ja odpowiadam: przeżyłam stan wojenny i  to dla mnie zupełnie irracjonalne

    — dodała.

    Jeżeli tu jesteście to znaczy, że demokracja, może aż nadto, jest dopuszczana!

    — aktorka odpowiedziała zwolennikom KOD-u:

    Rozum odjęło i to czasami się zdarza

    — ocenił opozycję Marek Markiewicz, prawnik, wykładowca akademicki.

    Jak zaznaczył, w tej sytuacji jest jednak coś pozytywnego, ponieważ do tej pory wielokrotnie padał ofiarą stygmatyzacji, gdy mówiono do niego, że „taki racjonalny”, a popiera PiS.

    Poziom się wyrównuje

    — zażartował mecenas.

    Markiewicz odniósł się również do postawy posła Michała Szczerby z PO i jego słów skierowanych do marszałka Kuchcińskiego – „kochany panie marszałku”:

    Niech sobie tak w sądzie spróbuje, to dwa razy by z grzywną wyszedł

    — skomentował prawnik.

    Dodał też, że gdy Polską rządzili prezydenci komuniści, żadne takie protesty nie miały miejsca.

    To się toczy od roku – to nieprzyjęcie do wiadomości wyniku wyborów. Buntują się jak dzieci w piaskownicy, podstawią nogi, naplują, skoczą na mównicę, pokażą małpę. Ten rodzaj demonstracji politycznej to jest dziecinada

    — ocenił protestującą opozycję Jan Pietrzak, satyryk, pieśniarz, komentator wydarzeń.

    Sprawy poważne załatwiają poważni politycy

    — powiedział, zwracając uwagę na całkowicie inne od zachowań opozycji działania Jarosława Kaczyńskiego, czy wicepremiera Morawieckiego. Karnowski reaguje odpowiadając, że przecież podnoszone są pewne tematy, np. zagrożenie demokracji.

    To sztucznie nakręcana spirala. To wygłupy ludzi, którzy nie dali się oderwać od koryt

    — ocenił Pietrzak.

    Ze strony opozycji jest pewien uwiąd intelektualny. To nie jest do końca śmieszne, bo tworzy się nastrój pogardy! Jak wypuści się takiego dżina z butelki, to ciężko go potem tam zapędzić

    — skomentował sprawę Grzegorz Górny, autor książek, publicysta tygodnika „w Sieci”

    Surowo ocenił również protesty w okresie świątecznym.

    Klimat partyjniactwa stawiany ponad pewne dobro, jakim są Święta

    — powiedział Górny.

    Czytaj dalej na następnej stronie

    123

    następna strona »

    Zdjęcie Salon Dziennikarski

    autor: Salon Dziennikarski

    Salon Dziennikarski Floriańska 3 – wspólna audycja publicystyczna Radia Warszawa, tygodnika „Idziemy” oraz portalu wPolityce.pl. W każdą sobotę tuż po 9. Szukaj na 106.2 (Radio Warszawa, 3.5 mln osób w zasięgu) a także w dobrych stacjach loka

    Szalona walka przegranej mniejszości o utrzymanie władzy


    Myśl Polska

    Najstarszy polski tygodnik – ukazuje się od 1941 roku

     

    Opamiętajcie się

    sanocki 2_0.jpg
    „Należy zapytać, jaki interes polityczny ma kierowana przez Pana partia w ciągłym konfliktowaniu społeczeństwa? Jaki Pan i kierownictwo PiS macie cel w dostarczaniu opozycji „paliwa” do kolejnych protestów? I to w sytuacji, gdy macie Państwo poparcie Prezydenta, większość w Sejmie i Senacie” – pisze poseł Janusz Sanocki w liście do prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego.

    List otwarty do Pana Jarosława Kaczyńskiego – Prezesa PiS
    Szanowny Panie Prezesie!
    Zwracam się do Pana jako do szefa rządzącej partii posiadającej większość w Sejmie, większość w Senacie oraz poparcie Prezydenta RP. Tak więc zwracam się do Pana jako do czołowego kreatora polityki, lidera rządzącej większości, człowieka, który wziął na siebie odpowiedzialność za uzdrowienie Polski, po skompromitowanych rządach Platformy Obywatelskiej.

    Panie Prezesie Jarosławie Kaczyński!
    Społeczeństwo udzieliło Panu i Pańskiej formacji poparcia wierząc, że dokonacie Państwo zmian kierując się prymatem Dobra Wspólnego, szanując opinie wszystkich obywateli, że skończy się okres zawłaszczania państwa polskiego przez rządzącą formację.
    W tej samej nadziei ja jako poseł niezrzeszony i niezależny, od początku kadencji, popierałem sztandarowe projekty PiS. Doskonale Pan wie, że wspierałem i program 500+, i zmiany w Trybunale Konstytucyjnym, a także wiele innych kluczowych projektów.

    Jednak od dłuższego czasu obserwuję niepokojącą tendencję w działaniach PiS i parlamentarnej większości. Z jednej strony najważniejsze problemy ustrojowe, jak np. powszechna patologia w wymiarze sprawiedliwości i wynikająca stąd konieczność zmiany ustawy o ustroju sądów powszechnych są zbywane działaniami pozornymi – jak np. wprowadzeniem obowiązku sędziów do wypełniania oświadczeń majątkowych, co w żaden sposób nie zmieni sytuacji w sądownictwie. A z drugiej – inicjatywy ustawowe sejmowej większości niepokojąco zmierzają do politycznego podporządkowania środowisku PiS kolejnych sfer życia publicznego. Tak było np. z projektem zmian w kodeksie postępowania karnego, zaproponowanym przez Ministerstwo Sprawiedliwości i przepchniętym przez sejmową większość, dającym prokuratorom de facto prawo do uchylania wyroków sądu pierwszej instancji pod pozorem wniosku o uzupełnienie akt. Na szczęście Senat ten – zupełnie kuriozalny projekt – uchylił.

    Podobny charakter – stwierdzam to z przykrością – mają kolejne wersje ustaw o Trybunale Konstytucyjnym, gdzie – oprócz przepisów porządkujących, znajdują się także zapisy mające przesądzić o wyborze prezesa zgodnie z interesem PiS. Taka praktyka jest niedopuszczalnym psuciem prawa, które nie może być tworzone pod bieżącą sytuację polityczną i w interesie aktualnej większości.
    Innym całkowicie, moim zdaniem, destrukcyjnym z punktu widzenia Dobra Wspólnego, zjawiskiem jest podejmowanie inicjatyw ustawodawczych czy decyzji bieżących skutkujących konfliktowaniem poszczególnych grup społecznych, skłócaniem Polaków i przedstawianiem następnie sytuacji w czarno-białym schemacie propagandowym. W myśl takiego schematu – rząd i sejmowa większość dba o dobro wspólne, a opozycja składa się z chuliganów i warchołów, którzy destabilizują politykę w imię swoich interesów.

    Zarówno Pan, Panie Prezesie jak i ja, a także duża część naszego społeczeństwa doskonale pamięta ten schemat propagandy z czasów PRL. Wszak to wówczas partia chciała dobrze, a różni ekstremiści, warchoły i chuligani burzyli ład społeczny. I myśmy właśnie do tych „warchołów” należeli.
    Mógłbym podać wiele inicjatyw ustawodawczych podejmowanych w ostatnim roku przez PiS na forum Sejmu, które niczemu nie służą, a wywołują opór i konfliktują społeczeństwo. Czym była podyktowana inicjatywa w kwestii ograniczenia uprawnień fizjoterapeutów? W jakim celu PiS zamierza nowelizować prawo łowieckie i czy naprawdę potrzebna była nowelizacja prawa o zgromadzeniach? Nie mówię już o tak kuriozalnych projektach jak uchwała nt. Rydza Śmigłego, za którą w końcu Pan sam nie głosował.

    Wśród bulwersujących i wywołujących konflikt decyzji należy wymienić także decyzje Marszałka Sejmu. Wśród nich jedną z ostatnich – o ograniczeniu praw dziennikarzy relacjonujących prace parlamentu. Pomimo uspokajających komunikatów jest oczywiste, że restrykcje wprowadzone przez Marszałka wymierzone są w media opozycyjne i jako takie wywołać muszą opór i słuszną krytykę. Wolność wyrażania opinii, a także posykiwania informacji jest bowiem fundamentem wolnego społeczeństwa i została konstytucyjnie zagwarantowana. W imię jakiego interesu społecznego Marszałek wywodzący się z PiS zamierza ograniczać prawa dziennikarzy?

    Ale nie tylko o interes społeczny tutaj chodzi. Należy zapytać, jaki interes polityczny ma kierowana przez Pana partia w ciągłym konfliktowaniu społeczeństwa? Jaki Pan i kierownictwo PiS macie cel w dostarczaniu opozycji „paliwa” do kolejnych protestów? I to w sytuacji, gdy macie Państwo poparcie Prezydenta, większość w Sejmie i Senacie.

    Pozycja „silnego gracza” – a taką właśnie posiadacie – powinna skłonić kierownictwo PiS do łagodzenia konfliktów, pozyskiwania sojuszników spoza partii po to by przeprowadzić istotne reformy ustrojowe, o których wspomniałem i na które Polacy czekają. Inne działania są objawem elementarnego braku kompetencji politycznych na poziomie strategii rządzenia państwem.

    Tymczasem mamy małostkowe odgrywanie się na pokonanych przeciwnikach, wywoływanie zbędnych konfliktów wokół spraw całkowicie drugo albo nawet trzeciorzędnych i jednocześnie pomijanie kwestii o kluczowym znaczeniu. Efektem jest zaniedbanie spraw o fundamentalnym znaczeniu – w tym konserwowanie patologicznej, kosztownej i całkowicie niesprawnej struktury państwa. I tak oto kolejny budżet uchwalony został z prawie 60 mld deficytem zaciągniętym na koszt przyszłych pokoleń, a rząd w minionym roku, nie podjął żadnych działań mających na celu usprawnienie aparatu państwowego. Nie uczyniono nic dla zmniejszenia ilości urzędników, istotnego usprawnienia nadmiernych procedur obciążających obywateli i przedsiębiorców. Nie dokonano audytu niesprawnych struktur państwa, generujących deficyt budżetowy, a problemy rozwiązano zaciągając kolejne dziesiątki miliardów nowych pożyczek.

    Nie podjęto także poważnej dyskusji na temat stanu państwa ani z opozycją, ani ze środowiskami przedsiębiorców, ani z organizacjami społecznymi trwoniąc kapitał społecznego poparcia na konflikty w sprawach – z punktu widzenia państwa i całości – nieistotnych.

    Jako przykład podam fakt, że dwie konferencje na temat patologii w wymiarze sprawiedliwości, zorganizowane przez Zespół Poselski na rzecz Nowej Konstytucji w Sejmie w styczniu i czerwcu, w których uczestniczyło 1200 osób, zostały właściwie całkowicie zignorowane przez rządzących. Milczeniem pominęło Ministerstwo Sprawiedliwości nasz projekt ustawy o ustroju sądów. Nie ma też żadnych sygnałów świadczących, że rządząca większość i kierownictwo PiS zamierza podjąć dialog ze zwolennikami zmiany ordynacji wyborczej.

    Zamiast tego mamy serię społecznych konfliktów, które są następstwem – trzeba to powiedzieć – mało przemyślanych działań kierownictwa PiS.

    Takim zupełnie niepotrzebnym konfliktem są ostatnie wydarzenia w Sejmie, jakie miały miejsce w ub. piątek podczas uchwalania budżetu. Trzeba powiedzieć – Panie Prezesie – że wydarzenia te zapoczątkowała decyzja Marszałka Sejmu o wykluczeniu z obrad posła PO Michała Szczerby. Przy czym sytuacja, którą wszak wszyscy mogliśmy obserwować i zachowanie posła Szczerby, w żadnym wypadku nie dawały Marszałkowi podstawy do zastosowania najwyższej kary dyscyplinarnej – tj. wykluczenia z obrad. Wobec tego protest posłów PO i Nowoczesnej był – trzeba to stwierdzić – uzasadniony.
    Jestem – jak Pan doskonale wie – przeciwnikiem obu tych partii, ale obowiązuje mnie jako posła, czyli reprezentanta Narodu, a przede wszystkim człowieka chcącego zachować do siebie szacunek, nakaz etyczny obiektywnej, sprawiedliwej oceny zjawisk i ludzi. Stąd jednoznacznie w moim przekonaniu, decyzja Marszałka Kuchcińskiego podjęta wobec posła Szczerby, była bezzasadna i powinniście byli Państwo z tej decyzji się wycofać.

    Prosiłem Pana zresztą o to osobiście w rozmowie w Sali Kolumnowej, byście wrócili na Salę Główną, podnosząc także – przewidywane przeze mnie – konsekwencje społeczne i polityczne takiej decyzji. Były one zresztą nietrudne do przewidzenia i dziwię się, że Pan uchodzący za skutecznego polityka nie zdawał sobie z nich sprawy, albo wręcz je lekceważył. Nie wiem, które z wytłumaczeń w tym przypadku jest bardziej niepokojące. Czy sytuacja, w której ktoś taki jak Pan, w którego ręku znalazły się losy Polski – nie jest w stanie przewidzieć konsekwencji własnych decyzji w tak oczywistych sprawach, czy też wersja, że decyduje się Pan na eskalację konfliktu – w sytuacji, w której i w interesie PiS, i w interesie Polski należałoby sytuację załagodzić wycofując się z błędnej drogi.

    Obydwie te sytuacje stawiają bowiem – Panie Prezesie – pod znakiem zapytania Pańskie kompetencje jako politycznego lidera, który podjął się rządów Polską. Efektem kontynuowania takiej małostkowej polityki będzie bowiem narastający konflikt wokół spraw drugorzędnych, zaniedbanie koniecznych reform ustrojowych i w końcu utrata władzy przez PiS na rzecz dzisiejszej opozycji.
    Myślę, że zarówno Pan, jak i Pańskie otoczenie, ale także wszyscy patrioci (których w szeregach PiS jest wielu) powinni nad tą sytuacją głęboko się zastanowić. Namawiam Pana i wszystkich do głębokiej autorefleksji.

    Janusz Sanocki
    Poseł niezrzeszony
    Nysa dnia 18 grudnia 2016 r.

    Tak Miriam Shaded spędza Święta Bożego Narodzenia [FILM]


    Telewizja republika.pl

     

    Tak Miriam Shaded spędza Święta Bożego Narodzenia [FILM]

     

    MD10:50 24 grudnia 2016

    Telewizja Republika

    Miriam Shaded przedstawia, jak wyglądają Święta Bożego Narodzenia w jej rodzinie i co nie pozwala je w tym roku w pełni cieszyć się ze Świąt.

    Źródło: telewizjarepublika.pl

    W obronie Prawa i Sprawiedliwości


     

    Xportal.plInformacje, Idea, Polityka24.12.2016

     

    Andrew Korybko: W obronie Prawa i Sprawiedliwości

    21 grudnia 2016 16:42

    Tak, tytuł brzmi prowokacyjnie, lecz nie będzie to żadna obrona tej jednej z najbardziej jadowicie antyrosyjskich i proamerykańskich partii na świecie. Będzie to trzeźwy ogląd rozgrywających się obecnie w Polsce wydarzeń, mających na celu łagodne obalenie rządu. Polityka zagraniczna rządzącej partii jest absolutnie nie do obrony z punktu widzenia zwolennika świata wielobiegunowego, podobnież jak i wewnętrzne polowanie na „rosyjskich szpiegów”, którego dramatycznym, kulminacyjnym momentem było aresztowanie Mateusza Piskorskiego, ważnego więźnia politycznego. Uznając, że PiS reprezentuje sobą wiele idei godnych potępienia, popiera ono jednocześnie w obiektywny sposób kilka znaczących kierunków myślowych, które płyną całkowicie przeciwnie do unijnego establishmentu, stanowiąc tym samym wyzwanie dla jednobiegunowych totalitarystów.

    Przykładowo PiS sprzeciwia się dominacji Brukseli nad sprawami swoich podwładnych i popiera orbanowskie podejście względem decentralizacji UE i jej wewnętrznego zreformowania. Stanowi to całkowite przeciwieństwo dążeń Niemiec i Francji i jest związane prawdopodobnie z faktem, że polska „szara eminencja” Jarosław Kaczyński jest konserwatywnym eurorealistą. Co więcej, PiS jest partią katolicką, która podkreśla wartości religijne i ich historyczną rolę w polskim społeczeństwie, podczas gdy unijna elita składa się z wojujących ateistów. PiS stanowczo sprzeciwia się ostatniemu najgroźniejszemu przejawowi unijnej poprawności politycznej, jakim jest przymusowe „osiedlanie uchodźców”, tysięcy obcych cywilizacyjnie imigrantów w każdym z państw członkowskich. W przypadku Polski oznaczałoby to wysłanie tych osób do kraju, który jest praktycznie jednolity etnicznie i religijnie, co doprowadziłoby do niemal natychmiastowej destabilizacji na lokalnym, regionalnym a może nawet krajowym poziomie. Z tego właśnie powodu PiS zdecydowanie sprzeciwia się tym zamiarom.

    Patrząc szerzej, Polska jest największym krajem UE rządzonym przez eurorealistyczną partię i tym samym jest absolutnie niezbędna dla milionów zwolenników reform Unii poprzez postępującą decentralizację. Bez rządzonej przez PiS Polski eurorealiści nie zbliżą się nawet do wysunięcia w sposób realny swoich propozycji dopóki Marine Le Pen nie wygra przyszłorocznych wyborów prezydenckich we Francji. A nawet jeśli, być może nie będzie ona posiadała równie silnego mandatu do rządzenia wedle swojego uznania jak PiS, który jako pierwszy w historii postkomunistycznej Polski zdobył samodzielną większość parlamentarną.

    Z tych właśnie powodów unijny establishment i ich wspierane przez Sorosa agenturalne organizacje pozarządowe tak sprzeciwiają się rządowi Prawa i Sprawiedliwości, usiłując oczernić i zdelegitymizować go odkąd wybory parlamentarne w październiku 2015 roku przyniosły partii historyczną większość.

    Obawiają się oni, że Polska stanie na czele dążeń eurorealistów do reform UE i neutralizacji władzy brukselskich biurokratów. Dla establishmentu nie ma znaczenia, że PiS jest jedną z najbardziej antyrosyjskich i proamerykańskich partii na świecie, ponieważ waszyngtońscy sterowani zza kulis [tj. wg amerykańskiego modelu „Lead from behind”] kontynentalni kapo przede wszystkim troszczą się o własne, finansowane z kieszeni podatników synekury oraz ponadnarodową władzę.

    Weźmy na przykład Donalda Tuska, byłego lidera obecnie opozycyjnej Platformy Obywatelskiej. Obecnie jest on Przewodniczącym Rady Europejskiej i jedną z najbardziej wpływowych osób w Unii. Tusk jest przeciwnikiem PiS od samego początku, czy to ze względu na wewnętrzne przyczyny polityczne, czy z powodów osobistych, jak np. zagrożenie jakie PiS stwarza dla zasad rządzenia Unią przez niego i jego kumpli. Jednak Tusk jest jedynie marionetką w rękach Merkel, tak jak Niemcy są siłą stojącą za PO. Te oskarżenia wzmocniły nacjonalistyczne referencje PiS-u wśród jego elektoratu i wzmocniły determinację jego zwolenników, dlatego też zwolennicy rządu wyszli na ulicę by sprzeciwić się zwolennikom kolorowych rewolucji i zmiany rządu, którzy sprowokowali ten sfabrykowany kryzys polityczny.

    To prowadzi naszą analizę do pewnych szczegółów na temat antyrządowych wystąpień w Polsce. W ostatnich protestach nie chodzi o „wolność prasy” w obliczu „dyktatury” jak w przypadku wyrywanych z kontekstu faktów katalizujących zwykle kolorowe rewolucje. Tak naprawdę kontrowersyjne uregulowania prawne nie były w najmniejszym stopniu przeciwne demokracji jak twierdzili ich krytycy: chodziło jedynie o ograniczenie przedstawicieli prasy panoszących się w parlamencie, ponieważ dotychczasowy brak regulacji prowadził przykładowo do napadania parlamentarzystów zmierzających do toalety przez hordy reporterów. Jeśli dziennikarze chcą przeprowadzić wywiad z przedstawicielami rządu, mogą po prostu do nich zadzwonić albo wysłać maila i się umówić, zamiast fizycznego nacierania na wszystkich oficjałów opuszczających sejmowe izby.

    Jakkolwiek niedorzeczny jest pretekst ostatniej próby sprowokowania w Polsce kolorowej rewolucji, faktycznie wydaje się (kluczowe słowo), że ten ruch cieszy się dość sporym poparciem społeczeństwa. Nie jest właściwie zbyt jasne ilu Polaków szczerze sprzeciwia się obecnemu rządowi, a ilu zostało po prostu zrekrutowanych przez organizacje pozarządowe wspierane przez Niemców i Sorosa, czy to przez gratyfikacje, czy poprzez kuszący powab uczestniczenia w „rewolucji” przeciwko „dyktaturze”; w każdym razie niewątpliwie istnieje masa krytyczna osób sprawiających kłopoty rządzącej partii. Większość Polaków wspierających PO i rodzącą się kolorową rewolucję to lewicowi liberałowie zakochani w UE i we wszystkim, co reprezentuje establishment, podczas gdy zwolennicy PiS to konserwatywni nacjonaliści nienawidzący postmodernizmu depczącego ich tradycje i redefiniującego ich tożsamość.

    Jak jednoznacznie stwierdzono na wstępie, istnieje wiele rzeczy związanych z PiS-em, które są całkowicie nie do obrony z perspektywy ładu wielobiegunowego i które powinny zostać otwarcie potępione przez wszystkich patriotycznie nastawionych Polaków oraz zewnętrznych życzliwych obserwatorów – ale jednocześnie należy zrozumieć, że sytuacja nie jest czarno-biała, jak usiłują przekonać czy to kontrolowane przez jednobiegunowców media głównego nurtu, czy niektóre ich alternatywne odpowiedniki przeżywające obecnie schadenfreude. Istnieje wiele powodów dla których zwykły zwolennik wielobiegunowości nie tylko powinien się cieszyć z tego co ma miejsce w Polsce, ale również czuć pewien rodzaj ironicznej radości, obserwując jak ten obsesyjnie antyrosyjski kraj pada ofiarą takich samych antyrządowych intryg, jakie agresywnie popierał na Ukrainie trzy lata temu. Jakkolwiek dobrze by się z tym nie czuli niektórzy doświadczający tych emocji, należy stwierdzić, że jest to bez znaczenia dla racjonalnego zrozumienia tego, co i dlaczego się dzieje, a jeśli już, może doprowadzić do niewłaściwych analiz ostatnich wydarzeń, które byłyby bez związku z rzeczywistością i mimowolnie niespójne z ich własnymi zasadami.

    Jeśli ktoś popiera wschodzący wielobiegunowy porządek świata, powinien zaakceptować, że eurazjatycki zeitgeist pragmatyzmu sugeruje, że maksymalistyczne rozwiązania są rzadko kiedy możliwe. W tym kontekście oznacza to, że jest niemożliwe z powodów historycznych i wewnętrznych przyczyn politycznych, by w Polsce doszła do władzy w najbliższym czasie partia, która w pełni doceniałaby korzyści strategiczne płynące z pragmatycznego partnerstwa z Rosją. Bynajmniej nie twierdząc, że PiS jest „najlepszym, co Polska może dostać” w tym zakresie (ponieważ oczywiście nie jest), należy uznać, że partia Kaczyńskiego jest gotowa do dość efektywnego pozycjonowania Polski jako lidera eurorealistycznego pan-unijnego projektu reform, co oczywiście byłoby bardzo korzystne dla wielobiegunowego osłabienia brutalnego ścisku Brukseli nad krajami UE.

    W obecnej chwili to kontrolowani przez Amerykę unijni biurokraci sprawili, że ich antyrosyjskie poglądy stały się polityczno-prawną normą na całym kontynencie (jak np. sankcje), a przekazanie władzy z Brukseli na powrót do stolic państw członkowskich może utworzyć wiele ekscytujących możliwości strategicznych dla Rosji, Chin i innych czołowych państw wielobiegunowych.

    Nic nie wskazuje w jasny sposób na to jak zreformowana Unia Europejska miałaby wyglądać w wymiarze geopolitycznym. Cokolwiek się stanie, mało prawdopodobne jest by Polska wycofała się ze swojej skrajnie proamerykańskiej i antyrosyjskiej polityki zagranicznej, tutaj zwolennicy wielobiegunowości nie powinni mieć fałszywych złudzeń. W pozytywnym wymiarze jednakże antybrukselska ideologia PiS-u może pewnego dnia przynieść kres UE w jej obecnej formie, oczywiście pod warunkiem, że partia nie zostanie obalona przez proniemiecką, sterowaną przez Sorosa kolorową rewolucję. Stany Zjednoczone skorzystają strategicznie niezależnie od tego który scenariusz zostanie zrealizowany – czy PiS pozostanie przy władzy czy też zostanie zastąpiony przez PO, i czy UE pozostanie przy swej obecnej formie, czy też zostanie dramatycznie zmieniona – lecz to, co jest najbardziej istotne do zrozumienia to fakt, że Rosja i jej wielobiegunowi partnerzy najbardziej skorzystają jeśli kolorowa rewolucja zostanie zgnieciona a PiS osiągnie sukces w reformowaniu UE.

    Źródło: Katehon.com

    Tłumaczenie z języka angielskiego: Piotr Pętlicki

    635882906565739648

    • 38

    • 1

    Historia o tym jak zawiodła Oma



    onet.
    wiadomości

     


    Prasa zagraniczna

     

    dzisiaj 07:26

    Potencjalnie niebezpieczny

    Süddeutsche Zeitung

    Sprawca zamachu w Berlinie, zastrzelony w Mediolanie Anis Amri, od dawna uznawany był przez niemieckie służby za osobę wysoce niebezpieczną. Od 15 lat to najgorszy koszmar policji i wywiadu: doszło do tragedii, a sprawcą jest ktoś, kto figurował u nich na liście. Dlaczego więc państwo nie usunęło zagrożenia?

     

    Anis AmriFoto: PAPAnis Amri

    Ciężarówka wygląda od frontu jak gruba, czarna maska. Złowroga i nieprzenikniona. W poniedziałek z morderczą mocą setek koni mechanicznych kosi dziesiątki osób, a wraz z nimi budki i choinki świątecznego jarmarku. Kiedy zatrzymuje się wreszcie po 80 metrach, w przedniej szybie tkwią fragmenty bożonarodzeniowych dekoracji. Maszyna, choć uszkodzona, sprawia tak samo zimne, złowrogie i nieprzeniknione wrażenie jak wcześniej.

    Po zajrzeniu do kabiny kierowcy śledczy odkrywają ślady gwałtownej walki. Wszędzie widać krew. Na fotelu pasażera siedzi zastrzelony mężczyzna. To prawowity kierowca ciężarówki, zamordowany przez porywacza. Zwłoki, krew – wszystko to stanowiło dla policji  wystarczającą wskazówkę, by mówić o najpoważniejszym ataku terrorystycznym w Niemczech od lat. Okazało się jednak, że śledczy nie potrzebowali tego wszystkiego, by natrafić na ślad przypuszczalnego sprawcy – mężczyzny, który siedział za kierownicą, gdy ciężarówka roztrzaskiwała świąteczne budki.

    Dziś wiemy, że sprawca najzwyczajniej zostawił swoje nazwisko. Nie wiadomo do końca, czy przez przeoczenie, czy też chciał, by przypisano mu masowy mord. W każdym razie policja ma w ręku dokument potwierdzający pobyt tolerowany w RFN, wystawiony na jedno z nazwisk, używanych przez Anisa Amri z Tunezji, urodzonego 22 grudnia 1992 roku.

    Dla śledczych wszakże tylko na pierwszy rzut oka jest to dobra wiadomość. Świetnie, wiedzą teraz, kogo szukać. Wiedzą też jednak, że mają do czynienia ze starym znajomym. Aparat bezpieczeństwa zna Anisa Amri. Zna go tak dobrze, że w lutym 2016 roku, czyli przed ponad pół rokiem, przypisano go do kategorii „Gefährder” – człowieka stanowiącego zagrożenie nie tylko z racji radykalnych poglądów islamistycznych, lecz ponieważ sądzi się, że jest on w każdej chwili w imię tych poglądów gotów zabijać.

    Trudna inwigilacja islamskich radykałów

    Anis Amri – 178 cm wzrostu, około 75 kilo wagi, czarne włosy, brązowe oczy – przyjechał do Niemiec w czerwcu 2015 roku i złożył wniosek o azyl. Najpierw mieszkał we Freiburgu, potem w Nadrenii Północnej – Westfalii, a od lutego przebywał prawdopodobnie głównie w Berlinie. Latem tego roku odrzucono jego wniosek o azyl. A teraz Anis Amri zrobił dokładnie to, czego od miesięcy się po nim spodziewano. Dlaczego nie udało się temu zapobiec?

    Od 15 lat to najgorszy koszmar policji i wywiadu: dojdzie do tragedii, a sprawcą będzie ktoś, kto figurował u nich na liście. Od czasu ataków z 11 września 2001 roku – czyli odkąd Zachód intensywnie zajmuje się przeciwdziałaniu islamskiemu terroryzmowi – przypadek taki jak w Berlinie traktowany jest jak worst case scenario. Państwo rozpoznało zagrożenie, ale nie zdołało zapobiec najgorszemu.

    Nie jest to dobry tydzień dla niemieckiego aparatu bezpieczeństwa. Kilka godzin po zamachu policja podała, że udało się ustalić domniemanego sprawcę. Doprowadził do niego świadek, który śledził go, idąc za nim przez miasto. Policja wydawała się pewna, że schwytała właściwą osobę, a mianowicie młodego Pakistańczyka. Czy właśnie dlatego nie przeszukano natychmiast kabiny kierowcy? Wydawałoby się to przecież oczywistym posunięciem, wszak już wcześniej islamscy zamachowcy pozostawiali swoje dokumenty na miejscu zbrodni.

    Zamiast tego najpierw odholowano maszynę do policyjnego hangaru. Tam policjanci najpierw wysłali psy, by pochwyciły trop podejrzanego. Właśnie by nie zatrzeć śladów zapachowych, śledczy unikali wcześniej starannego przeszukania. Dopiero później znaleźli portfel, z którego powoli i ostrożnie wyciągnęli papiery Anisa Amriego i dopiero wówczas zaświtało im, że głównym podejrzanym może wcale nie być aresztowany Pakistańczyk.

    Nie można stwierdzić jednoznacznie, że to historia o tym, jak państwo zawiodło. Albo historia o tym, jak trudno jest państwu inwigilować rozrastającą się scenę „Gefährder” – niebezpiecznych islamskich radykałów. Wszystko jednak wskazuje na to, że aparat bezpieczeństwa wiedział tyle o Anisie Amrim, że coś musiało pójść nie tak. Już teraz specjaliści dyskutują o tym, gdzie popełniono błąd. – Mamy wiele osób sklasyfikowanych jako „Gefährder”, ale niewielu takich jak on – mówi pragnący zachować anonimowość urzędnik zaangażowany w dochodzenie.

    Powstrzymać kolejną ciężarówkę

      Zobacz więcej

      Przez długi czas wydawało się, że niemieckie służby mają dobry wgląd w sytuację na scenie islamistycznej.  RFN była jedynym dużym państwem europejskim, które długo unikało zamachu. Śledczy zawsze odpowiednio wcześnie odkrywali komórki terrorystyczne i zapobiegali najgorszemu.

      „Niebiańskie dźwięki”

      Rok 2016 pokazał właśnie, że nie zawsze się to udaje. Czy scena islamistyczna stała się nieprzenikniona? Czy raczej nie patrzono dość skrupulatnie?

      Tak czy inaczej, z perspektywy czasu oczywistym jest, że Anis Amri trafiał pod lupę śledczych wielokrotnie. A w każdym razie powinien był trafić.

      Jak donosi bawarskie radio, już w marcu w jego aktach znalazła się informacja, że Anis Amri aktywnie werbuje na terenie Niemiec osoby, by „wspólnie z nim dopuściły się islamistycznie motywowanego ataku terrorystycznego”.  Zamierzał „zdobyć broń szybkostrzelną dużego kalibru za pośrednictwem osób kontaktowych na francuskiej scenie islamistycznej”. Można było przyjąć, że Amri zamierza swe plany realizować „wytrwale i długoterminowo”.

      Mniej więcej w tym samym czasie Nadrenia Północna – Westfalia wszczęła przeciwko niemu postępowanie z paragrafu 89 (przygotowywanie poważnego aktu przemocy zagrażającego państwu). Prokuratura generalna w Karlsruhe przekazała to postępowanie do prokuratury generalnej w Berlinie, gdzie policja prowadziła przeciwko Amriemu dochodzenie w sprawie planowanego udziału w zabójstwie.

      Potem, latem 2016 roku, Amri miał otwarcie mówić o zamachu. Adnotacja taka znajduje się w każdym razie w raporcie informatora z Nadrenii Północnej – Westfalii, datowanym na koniec lipca. Czyżby aparat bezpieczeństwa nie potraktował tej informacji wystarczająco poważnie?

      W Nadrenii Północnej – Westfalii Amri obracał się w otoczeniu kaznodziei Ahamada Abdulaziza Abfullaha A, zwanego Abu Walaa. Duchowny uchodził za tak radykalnego, że niedawno został aresztowany przez policję. Jego bronią były nagrania na YouTube, z podkładem „niebiańskich” dźwięków. W materiałach tych występował pod postacią tajemniczego imama bez twarzy, mówił zawsze odwrócony plecami do kamery. Zatrzymano go o świcie 8 listopada. Federalny prokurator generalny Peter Frank nazwał go „duchowym prekursorem dżihadyzmu”.

      Z ruchem tym Ani Amri był blisko związany. Został zauważony na podejrzanych czatach internetowych. Przez jakiś czas mieszkał u dortmundczyka Bobana S., w listopadzie także aresztowanego przez policję, razem z Abu Walaa. Śledczy zarzucali Bobanowi S, że zgłosił się do tak zwanego Państwa Islamskiego – organizacji terrorystycznej namawiającej do przeprowadzania zamachów na całym świecie. Podczas zatrzymania kaznodziei i Bobana S. Anis Amri znalazł się w grupie 25 osób blisko powiązanych z imamem, których jednak nie obejmował nakaz aresztowania.

      Prognoza zachowania

      Czasami trudno jest ocenić, co wynika z faktu, że ktoś taki jak Tunezyjczyk należy do „otoczenia” grupy terrorystycznej. Czy wystarczy znać podejrzanego, albo nocować u niego, by samemu zostać podejrzanym? Akta wymiaru sprawiedliwości są pełne spraw z pogranicza – czasami nie da się ustalić, gdzie leży prawda.

      Istnieją dane wskazujące, że w przypadku podejścia do osób zakwalifikowanych jako „Gefährder” można mówić o precyzji. Obecnie w RFN zarejestrowano 549 takich ludzi. W większości pochodzą z dużych miast, a 97 z nich to konwertyci. Co jednak oznacza stwierdzenie, że aparat bezpieczeństwa spodziewa się po kimś dokonania aktu terroru? W przeciwieństwie do gwałcicieli albo bojówkarzy, w stosunku do których stosuje się czasami areszt prewencyjny ponieważ popełnili już przestępstwo a psycholog orzeka, że z dużym prawdopodobieństwem popełnią je znowu, „Gefährder” ma często czystą kartotekę. Być może wchodził na określone fora internetowe i dał się zauważyć podczas specyficznych podróży zagranicznych, ale nie jest przestępcą. Jest wolny, nie łamie prawa. „Gefährder“ to – przypuszczalnie – przyszły przestępca. Choć i to niekoniecznie.

      Trudno mówić tu o 100-procentowej precyzji i można sobie wyobrazić społecznej oburzenie, gdyby policja zrezygnowała za zasady domniemania niewinności i zakuła kogoś takiego w kajdanki. Zgłoszoną niedawno przez CSU propozycję, by wszystkim z listy jak leci założyć elektroniczne nadajniki, sama policja uznała za osobliwą. „W oparciu o jaką podstawę prawną?” – pytał wówczas wysoko postawiony ekspert ds. bezpieczeństwa. Liczba osób zaliczanych przez policję do kategorii „Gefährder” jest też wskaźnikiem tego, w jak nerwowych czasach żyjemy. Krąg ten można wszak rozszerzać, definicja nie jest ostra. Chodzi wyłącznie o prognozę czyjegoś zachowania.

      Ale nawet jeśli wszyscy są zgodni co do tego, że ktoś stanowi potencjalne zagrożenie, cóż z tego wynika? Do całodobowej obserwacji takiej osoby potrzeba by od czterech do pięciu zespołów pracujących w systemie zmianowym. Jak pokryć takie koszty dla 549 obserwowanych? Całodobową inwigilację wprowadza się na ogół dopiero wtedy, gdy ktoś kupił przez internet chemikalia, albo sformułował wyznanie z przyznaniem się do aktu terrorystycznego.  – Nawet jeśli zgromadzimy wielkie instrumentarium, czego oczekiwać? – pyta człowiek, który zebrał zniechęcające doświadczenia z inwigilacji tej kategorii podejrzanych.

      Odebrać telefony komórkowe

      Wśród 549 „Gefährder” jest wielu, którzy podróżowali za granicę. Wedle szacunków mniej więcej połowa zaangażowała się w walkę z Syrii lub Iraku. Część ich być może powróciła do Europy, ale nie zawsze ma się pewność. A w przypadku islamistów zdolnych do przemocy, którzy wrócili do Niemiec, sytuacja przestawia się następująco: mają adres zameldowania, ale to nic nie znaczy. W Niemczech obowiązuje swoboda podróżowania.

      Pozostaje inwigilacja metodami technicznymi, lecz tu wiele zależy od łutu szczęścia. – Proszę pomyśleć, z ilu kanałów komunikacji każdy z nas codziennie korzysta – mówi oficer śledczy z jednego z landów. – Portale społecznościowe, telefon, sms, może jeszcze czaty i kodowane messengery. Inwigilując trudno nadążyć za wciąż nowymi kanałami.

      Pewien funkcjonariusz Federalnej Policji Kryminalnej (BKA) skarżył się niedawno, że dzisiejsi podejrzani należą do pokolenia, w którym stosunek aktów komunikacyjnych przy pomocy messengerów do liczby prowadzonych przez nich rozmów telefonicznych ma się jak 1 do 30. Wcześniej policja musiała tylko przechwycić i przetłumaczyć rozmowę telefoniczną, dziś staje przed rozrastającym się strumieniem danych nie do opanowania. Można powiedzieć, że terroryści chowają się pod własnym gadulstwem.

      Ponieważ obserwowanie osób z listy „Gefährder” jest tak skomplikowane i wymagające olbrzymich nakładów, politycy proponują co jakiś czas, by zaostrzyć reguły. We Francji dyskutowano nawet o obozie internowania na wzór Guantanamo. Wolfgang Schäuble jeszcze jako minister spraw wewnętrznych zaproponował, by podejrzanym odebrać telefony komórkowe. Z reguły jednak, ponieważ większość z nich pochodzi z zagranicy, urzędy starają się ich po prostu deportować. Prawo dopuszcza takie rozwiązanie nawet wówczas, gdy podejrzany nie popełnił jeszcze żadnego czynu karalnego. Próbę taką podjęto także w stosunku do Anisa Amriego, tyle że Tunezja odmówiła jego przyjęcia. Najwyraźniej Amri nie posiadał tunezyjskiego dowodu tożsamości, a w każdym razie nie posiadał takiego, który zaakceptowałyby władze Tunezji. I tak, kwestia deportacji się przeciągała. Jak podał minister spraw wewnętrznych Nadrenii Północnej – Westfalii Ralf Jäger, stosowne papiery znaleziono dopiero w środę. Za późno.

      Jäger próbował w środę wyjaśniać, co poszło nie tak. Ktoś, to nie zna sprawy szczegółowo, niewiele zrozumiałby z jego tłumaczeń. Jäger dwukrotnie wspomniał, że choć Anis Amri dwukrotnie był w Nadrenii Północnej – Westfalii, to od lutego przebywał w Berlinie. Przypuszczalnie urzędy i landy zaczną przerzucać odpowiedzialność na siebie nawzajem.

      Ostatnia sposobność, by powstrzymać Anisa Amriego, zaistniała latem. Zatrzymano go wówczas w Friedrichshafen z fałszywym włoskim dowodem tożsamości. Mimo to znowu wyszedł na wolność, ponieważ nie było przeciwko niemu wystarczająco poważnych zarzutów. – Nie można mówić tu o zaniedbaniu ze strony państwa – zapewnia wysoko postawiony urzędnik. – Sytuacja ta pokazuje jednak, jak trudno jest podobne osoby unieszkodliwić.

      W listopadzie sprawę Anisa Amriego omawiano – nie po raz pierwszy – na posiedzeniu centrum koordynacji obrony przez terroryzmem. Bliskie powiązania mężczyzny z Państwem Islamskim, ciągłe podróże pomiędzy Nadrenią Północną – Westfalią i Berlinem niepokoiły ekspertów. Państwo było blisko. Ale nie dość blisko.

      Onet Wiadomości

      Autorzy: Hans Leyendecker: Georg Mascolo , Nicolas Richter , Ronen Steinke

      Imperium Dobra nie obroniło światowego gołąbka pokoju


      onet.wiadomości

       

      PAP

      dzisiaj 06:21

      Izrael z „niecierpliwością czeka na współpracę z Donaldem Trumpem”

      Premier Izraela Benjamin Netanjahu powiedział, że jego kraj z niecierpliwością czeka na współpracę z prezydentem elektem USA Donaldem Trumpem, by przeciwdziałać konsekwencjom przyjętej przez RB ONZ rezolucji, która żąda wstrzymania żydowskiego osadnictwa na Zachodnim Brzegu Jordanu.

       

      Izrael z "niecierpliwością czeka na współpracę z Donaldem Trumpem"Foto: JIM WATSON / AFPIzrael z „niecierpliwością czeka na współpracę z Donaldem Trumpem”

      W rezolucji żąda się od Izraela „natychmiastowego i całkowitego wstrzymania budowy nowych osiedli na okupowanych terenach palestyńskich, w tym w Jerozolimie Wschodniej”. Podkreślono w niej, że osiedla żydowskie są „pozbawione mocy prawnej i stanowią rażące pogwałcenie prawa międzynarodowego”.

      Trump, który formalnie przejmie urząd prezydenta 20 stycznia, nalegał, by Stany Zjednoczone zgłosiły weto w sprawie rezolucji. Podczas piątkowego głosowania USA wstrzymały się jednak od głosu i rezolucja żądająca od Izraela wstrzymania budowy osiedli na okupowanych terytoriach palestyńskich została przyjęta. W dokumencie podkreślono, że osiedla żydowskie są „pozbawione mocy prawnej i stanowią rażące pogwałcenie prawa międzynarodowego”.


      Trump: po 20 stycznia będzie inaczej

      Amerykański prezydent elekt Donald Trump napisał na Twitterze, komentując głosowanie w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, że „po 20 stycznia wszystko będzie inaczej”.

      Obserwuj

      Donald J. Trump

      @realDonaldTrump

      As to the U.N., things will be different after Jan. 20th.

      21:14 – 23 gru 2016

    • 25 89125 891 podanych dalej

    • 70 09070 090 polubień

    • Jak pisze AFP, dla Izraela było jasne, że przed przekazaniem władzy Trumpowi, którego jedną z obietnic w kampanii było uznanie Jerozolimy za „niepodzielną stolicę Izraela”, ekipa Baracka Obamy nie ma zamiaru wykorzystać swego prawa weta w głosowaniu nad rezolucją w sprawie osiedli żydowskich.

      Natanjahu: USA „nie obroniły Izraela”

      W reakcji na stanowisko Stanów Zjednoczonych podczas głosowania w RB ONZ, premier Izraela Benjamin Netanjahu zaznaczył w oświadczeniu, że administracja prezydenta Obamy „nie obroniła Izraela”. Podkreślił także, iż „z niecierpliwością czeka na współpracę z prezydentem elektem Trumpem i wszystkimi naszymi przyjaciółmi w Kongresie, zarówno Demokratami, jak i Republikanami, aby przeciwdziałać szkodliwym konsekwencjom tej absurdalnej rezolucji”.

      Do tej pory USA, choć sprzeciwiały się budowie nowych osiedli, nigdy nie poparły działań godzących w interesy państwa żydowskiego. W 2011 roku, gdy w Radzie Bezpieczeństwa próbowano przeforsować rezolucję potępiającą osadnictwo na Zachodnim Brzegu, przedstawiciel USA w Radzie skorzystał z prawa weta.

      Tuż po piątkowym głosowaniu Izrael zadeklarował, że nie będzie przestrzegać warunków rezolucji. Premier Netanjahu zwrócił się do ambasadorów Izraela w Nowej Zelandii i Wenezueli, by powrócili do kraju i wzięli udział w specjalnych konsultacjach, a Ministerstwu Spraw Zagranicznych polecił anulowanie wszystkich programów pomocowych dla Senegalu.

      Nowa Zelandia, Wenezuela i Senegal to, obok Malezji, autorzy projektu rezolucji.

      Onet Wiadomości

      Źródło: PAP

      Resortowa córa solidarnościowej propagandy


      Fakt24

      • Schetyna przygadał Olejnik. Ale ta mu się odcięła.

      wczoraj 10:41

      Schetyna ostro do Olejnik. A ona? Ale mu odpowiedziała!

      Szorstka wymiana zdań Olejnik ze Schetyną

       

      2ZOBACZ ZDJĘCIA

      Szorstka wymiana zdań Olejnik ze Schetyną Konrad Koczywąs / Fotonews

      GRZEGORZ SCHETYNAMONIKA OLEJNIKSONDAŻEOKUPACJA SEJMU

      NASTĘPNE ARTYKUŁY:

    • Posłowie PO spędzą święta w Sejmie

      Posłowie PO spędzą święta w Sejmie

    • Waszczykowski chroni znajomą Schetyny

      Waszczykowski chroni znajomą Schetyny

    • Ale się kompromitują! Żenująca kłótnia o pokoik w Sejmie

      Ale się kompromitują! Żenująca kłótnia o pokoik w Sejmie

    • Olejnik oskarża PiS: Wykorzystali moją pracę! Nie życzę sobie!

      Olejnik oskarża PiS: Wykorzystali moją pracę! Nie życzę sobie!

    • Grzegorz Schetyna znalazł się pod wielką presją. Podczas gdy PiS jest powszechnie krytykowany za swoje ostatnie decyzje i kryzys w Sejmie, Platforma nie potrafi przejąć inicjatywy. I może dlatego szef PO traci nerwy. – Pani się nie nadaje do polityki – stwierdził w programie Moniki Olejnik w TVN. Ale doświadczona dziennikarka nie dała się zbić z tropu.

      Grzegorz Schetyna zamiast zacierać ręce z radości, kiedy na PiS leje się fala totalnej krytyki, ma powody do zmartwienia. Platforma wciąż nie może się rozpędzić w sondażach i coraz częściej daje się wyprzedzać .Nowoczesnej. Do tego protest, w którym prym wiodą jego młodzi posłowie m.in Michał Szczerba, Agnieszka Pomaska i Sławomir Nitras, dał prawicowym mediom okazję do spekulacji. Sugerują, że partyjna „młodzież” może wzmocnić swoją pozycję i kwestionować polecenia szefa PO. 

      Być może dlatego w rozmowie z Moniką Olejnik Schetyna nie potrafił ukryć nerwowości. Pytany o ostatni sondaż preferencji partyjnych dla TVN, w którym PO zajęła trzecie miejsce z 15 proc. poparciem i w tyle zostawiła ją .Nowoczesna, Schetyna pozwolił sobie na mocno nieuprzejmą uwagę. – Nie zna się Pani na polityce – wypalił do prowadzącej. Ale dziennikarka, która od ponad 20 lat utrzymuje się na topie politycznych komentatorów, nie zwlekała z ripostą. 

      – A Pan? – wypaliła szybko.

      – Na pewno bardziej niż Pani – odparowywał mało zgrabnie przewodniczący PO. W rozmowie bagatelizował też sondaże i przekonywał, że decyzja w sprawie kontynuowania okupacji sali sejmowej przez polityków PO, została przyjęta jednogłośnie. Rozdzielono już nawet dyżury. 

      – Wigilia to domena posłów z Warszawy i Mazowsza. Ja będę w pierwszy dzień świąt – zdradził Schetyna.

      Przyjaciółka Morawieckiego znowu to zrobiła. Mamy dowód!

      Nocna narada Kaczyńskiego z Ziobrą. PiS będzie wsadzać posłów opozycji?

      Radża, tvn24

      Niemcy nawpuszczali sobie towarzystwa a Polska ma zapłacić rachunki


      Newsweek

       

      Niemcy chcą odznaczenia dla polskiego kierowcy, który zginął w zamachu

      Data publikacji: 22.12.2016, 10:44Ostatnia aktualizacja: 22.12.2016, 12:34

      Berlin in the wake of Christmas market attack

      źródło: PAP

      Według nieoficjalnych informacji 37-letni Łukasz Urban nie zginął od razu – w momencie zamachu miał żyć i podjąć walkę z napastnikiem, by ocalić zgromadzonych na jarmarku ludzi. Teraz Niemcy w internetowej petycji, która ma trafić do prezydenta Joachima Gaucka, domagają się odznaczenia go najwyższym cywilnym orderem. Brytyjscy kierowcy rozpoczęli z kolei zbiórkę pieniędzy dla rodziny Urbana. A w jaki sposób uczcili go Polacy? Zobacz nagranie!

      „Według ostatnich doniesień polski kierowca walczył z napastnikiem, został ciężko ranny i ostatecznie zabity. Dzięki swojej heroicznej postawie prawdopodobnie ocalił wiele istnień ludzkich, a zarazem dał wyraz pojednaniu i przyjaźni pomiędzy polskim i niemieckim narodem” – napisano w petycji zamieszczonej na portalu change.org. „Wszyscy Niemcy, nie tylko mieszkańcy Berlina, mają więc powód, by pamiętać o nim i dziękować tym, którzy po nim zostali (jego żonie i synowi). Za swoją odwagę zasługuje na najwyższe odznaczenie” – podkreślono. Pod petycją podpisało się już 400 osób, ostatecznie ma ona trafić do prezydenta Niemiec Joachima Gaucka.

      Obserwuj

      Adam Górczewski @AdamGoorczewski

      #Zbiórka podpisów pod petycją do prezydenta #Gauck o Krzyż Zasługi dla polskiego kierowcy, kt walczył z zamachowcem w #Berlin @RMF24pl https://twitter.com/ConStelz/status/811723254763241473 …

      06:49 – 22 gru 2016

    • 2626 podanych dalej

    • 3131 polubień

    • Federalny Krzyż Zasługi to najwyższe niemieckie odznaczenie cywilne przyznawane przez władze federalne. 

      Zbiórka dla rodziny

      Brytyjczycy rozpoczęli z kolei zbiórkę pieniędzy dla rodziny polskiego kierowcy. Na portalu gofundme.com chcą uzbierać 10 tys. funtów. Pomysłodawcą zbiórki jest brytyjski kierowca David Duncan. „Żadna ilość pieniędzy nie wróci Łukaszowi życia, ale mam nadzieję, że choć trochę pomoże jego bliskim” – tłumaczy Brytyjczyk. 

      Hołd Urbanowi oddali także polscy kierowcy ciężarówek. Zobacz wideo:

      W poniedziałek wieczorem ciężarówka na polskich numerach rejestracyjnych wjechała na teren kiermaszu świątecznego w centrum Berlina. Zginęło 12 osób, w tym polski kierowca, któremu ukradziono auto. Rannych zostało ok. 50 osób. Policja do tej pory nie zatrzymała podejrzanego o przeprowadzenie zamachu 24-letniego Tunezyjczyka Anisa Amri.

      Transfuzja demokracji zza oceanu


       

      Pikio.plPikio.pl

       

      Horror Lisa, „Newsweek” notuje dramatyczne spadki. Wybraliśmy najostrzejsze okładki

      Autor:

      Maksymilian Tomanek

      • Gru 23, 2016

       

      fot. youtube Aleksander Kwaśniewski

      Wojna tak zwanej opozycji totalnej z Prawem i Sprawiedliwością jest widoczna nie tylko na salach plenarnych i marszach. Widać ją także w mediach. Większość tytułów nie stwarza nawet pozorów obiektywności i otwarcie wspiera jedną ze stron.

      Poznaliśmy dane dotyczące sprzedaży tygodników w październiku 2016 roku. Jeszcze rok temu w zestawieniu królował Newsweek ze średnim jednorazowym nakładem 209 126 egzemplarzy i sprzedażą ogólną na poziomie 130 257. Od tego czasu tygodnik Tomasza Lisa zanotował dramatyczny spadek o aż 17,13%.

      Średni jednorazowy nakład Newsweeka wynosił w październiku tego roku 165 552 egzemplarzy, a sprzedaż ogólna uplasowała się na poziomie 107 941. W rankingu najlepiej sprzedających się tygodników spadł o dwie pozycje, na trzecie miejsce. Liderem zestawienia jest obecnie katolicki „Gość Niedzielny”, a drugie miejsce zajmuje tygodnik opinii „Polityka”.

      Z czego wynika tak dramatyczny spadek „Newsweeka”. Ciężko stwierdzić jednoznacznie. Niektórzy wskazują, że może mieć to związek z postępującą radykalizacją tygodnika. Jego coraz ostrzejszy i zdecydowanie antyrządowy charakter świetnie obrazują poniższe okładki. „Newsweek” nigdy natomiast nie był w tym temacie zbyt delikatny.

      Polub fanpage jedynego bezstronnego portalu informacyjnego

      O damskich przyległościach tylko w skrytości ciemnego ducha


      Newsweek

       

      Miało być wesoło, wyszło seksistowsko, czyli świąteczne życzenia radnego Gorzowa Wielkopolskiego

      Data publikacji: 23.12.2016, 16:05Ostatnia aktualizacja: 23.12.2016, 17:53

      kobieta Boże Narodzenie święty mikołaj

      źródło: Thinkstock

      „Żeby święta były jak piersi, co nas wykarmiły: ciepłe, obfite, pachnące” – takie życzenia świąteczne radny Gorzowa Wielkopolskiego Roman Koniec opublikował w lokalnym biuletynie. – Miały być wesołe, z przymrużeniem oka – tłumaczy swój wpis.

      „Żeby święta były jak piersi, co nas wykarmiły: ciepłe, obfite, wspaniałe, przyjemne pachnące i białe. Święta cudowne, magiczne i takie… takie śliczne” –  tak dokładnie brzmią „życzenia” świąteczne, które przygotował dla mieszkańców powiatu Gorzowa Wielkopolskiego radny Roman Koniec z PSL. I choć wywołały sporo kontrowersje, sam autor twierdzi w rozmowie z „Gazetą Lubelską”, że miały być wesołe i z przymrużeniem oka. – Życie w ostatnim czasie jest wystarczająco dołujące, chciałem, żeby te życzenia były inne od pozostałych – powiedział.

      Internauci w komentarzach są jednak bezlitośni:  „Jemu wszystko kojarzy się z kobiecymi piersiami”, „Janusz… po prostu Janusz”, „chciał zaistnieć” czy „seksistowska grafomania niskich lotów”. W rozmowie z naTemat.pl Koniec zapewnia jednak: – To nie był seksizm! Mam wielki szacunek dla kobiet.

      Zobacz obraz na Twitterze

      Zobacz obraz na Twitterze

      Obserwuj

      Marcin Dobrowolski @dbwolski

      „Żeby święta były takie jak piersi co nas wykarmiły: ciepłe, obfite, wspaniałe…” Roman Koniec, radny w Gorzowie Wielkopolskim.

      14:40 – 22 gru 2016

    • 33 podane dalej

    • 66 polubień

    • Okazuje się jednak, że nie wszystkich życzenia radnego oburzyły. Część komentujących wzięła go w obronę: „U mnie pojawił się uśmiech na twarzy”, „życzenia piękne, nie wiem, czego się czepiać”  czy „fajnie, wesoło i lekko” – można przeczytać w sieci.