Putin najbardziej wpływowym człowiekiem 2016 roku według „Forbesa”.


Putin najbardziej wpływowym człowiekiem 2016 roku według „Forbesa”. Zobacz zestawienie

Gospodarka

WYDARZENIAŚWIATBIZNESGOSPODARKA

Putin najbardziej wpływowym człowiekiem 2016 roku według „Forbesa”. Zobacz zestawienie

Dodano dzisiaj 20:08 432 2

Władimir Putin w Czelabińsku

Władimir Putin w Czelabińsku / Źródło: kremlin.ru

Po raz czwarty z rzędu tytuł najbardziej wpływowego człowieka na świecie magazynu „Forbes” przypadł Władimirowi Putinowi. Prezydent Rosji zdeklasował m.in. Donalda Trumpa i Angelę Merkel.

Redakcja amerykańskiego wydania magazynu doceniła prezydenta Rosji ze względu na jego ogromny wpływ zarówno na politykę krajową, jak i sytuację w ogarniętej wojną Syrii, czy też amerykańskie wybory. Na drugim miejscu uplasował się niespodziewany zwycięzca amerykańskich wyborów prezydenckich Donald Trump. Na jego pozycję składają się nie tylko kwestie polityczne, ale też ogromny prywatny majątek. – Największy trend w tym roku, to wzrost siły Donalda Trumpa, podobnie jak coraz wyższe notowania jego wspólników i sojuszników – skomentował David Ewalt z „Forbesa.

Na kolejnym miejscu uplasowała się Angela Merkel. Zarazem jest ona najpotężniejszą kobietą w zestawieniu. Redakcja amerykańskiego magazynu określiła ją mianem „kręgosłupa władzy” Unii Europejskiej. Tegoroczne top3 zestawienia przypomina ranking z zeszłego roku. Prezydenta USA Baracka Obamę zastąpił jednak Donald Trump, który z automatu dostał się na wyższe – 2 miejsce, spychając Angelę Merkel.

Jak powstawał ranking?

Dziennikarze „Forbesa”, którzy odpowiadają za zestawienie, przeanalizowali sylwetki setek kandydatów z całego świata. Pod uwagę wzięli takie aspekty, jak władzę nad ludźmi, potęgę finansową. Osoby uwzględnione w rankingu musiały też oddziaływać na wiele obszarów życia. Nie bez znaczenia pozostaje także to, w jaki sposób światowi liderzy wykorzystywali swoje wpływy. Na listę „Forbesa” trafiło 74 nazwisk. My prezentujemy pierwszą 10 zestawienia, zaczynając od miejsca pierwszego.

Najbardziej wpływowi ludzie 2016 roku według magazynu "Forbes"

  • Donald Trump
  • Angela Merkel
  • Xi Jinping (fot.By Antilong (Own work) [CC BY-SA 3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], via Wikimedia Commons)
  • Papież Franciszek w byłym nazistowskim obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau
  • Janet Yellen (fot.By United States Federal Reserve [Public domain], via Wikimedia Commons)

Galeria: Najbardziej wpływowi ludzie 2016 roku według magazynu „Forbes”

/ Źródło: Forbes

Cyrograf na polskiej skórze (3)


prawica.net

 

Cyrograf na polskiej skórze (3)

Jak pisałem w poprzednim odcinku, Sejm podjął uchwałę, w której wyraził zgodę na tymczasowe przyjęcie CETA w części handlowej. Co charakterystyczne, rząd nie przedstawił swojego oficjalnego stanowiska. Ale poseł rekomendujący uchwałę z ramienia PiS wzywał do jej poparcia.

Jak wynika z tabeli, rozkład głosów okazał się nader interesujący. Nastąpił sojusz PO-PiS, natomiast ultra-europejska Nowoczesna głosowała przeciw. PSL oderwało się od PO i zagłosowało przeciw. Także nowo powstałe koło (wyrzuceni lub uciekinierzy z PO) nie chciało poprzeć uchwały. Natomiast koło „Wolni i Solidarni” Kornela Morawieckiego nie zdecydowało się na sprzeciw. Z ciekawostek: prócz buntu części posłów partii Jarosława Kaczyńskiego, jeden z czołowych polityków PO – Andrzej Halicki wstrzymał się od głosu, a jego koleżanka klubowa Aldona Młyńczak nawet sprzeciwiła się uchwale. Sam K. Morawiecki wstrzymał się.

„To jest zdrada stanu”

tabela

Głosowanie poprzedziła gorąca dyskusja, która odbyła się dnia poprzedniego.
Bodaj najbardziej rzeczowo argumentował sprzeciw wobec CETA, a w przyszłości TTIP, pos. Robert Winnicki – niezależny, szef Ruchu Narodowego. Wymienił on trzy powody braku zgody na układ. Po pierwsze – „mamy do czynienia z kolejną odsłoną arbitrażu czy sądownictwa międzynarodowego”, „stawiające wielkie międzynarodowe koncerny na jednym pułapie… z państwami narodowymi i z tej zasady trzeba po prostu rezygnować”. Po drugie – obie umowy (CETA i TTIP)

„utrwalają status neokolonialny polskiej gospodarki. Dlatego że wielkie koncerny – oczywiście niepolskie koncerny – które już dominują w bardzo wielu dziedzinach naszego życia gospodarczego, uzyskają dzięki TTIP i dzięki CETA nowe, szerokie możliwości działania na polskim rynku, tzn. utrwali się model gospodarki, w której Polska jest tanią siłą roboczą, zagłębiem surowcowym i rynkiem zbytu”

Jako trzeci argument wymienił zagrożenie dla polskiego rolnictwa. Mówca przypomniał los rolnictwa meksykańskiego w starciu z wielkopowierzchniowym, potężnym rolnictwem amerykańskim. Poseł przewidywał: „To samo będzie w Polsce. Trzeba mieć tego świadomość”. Odniósł się do sloganu min. Witolda Waszczykowskiego, który określił TTIP i CETA jako ekonomiczne NATO: to jest takie ekonomiczne NATO, które ma zwiększyć polskie bezpieczeństwo:



„Ale ja pytam, przed czym to ekonomiczne NATO ma bronić Polski, bo chyba tylko przed polskim producentem, przed polskim rolnikiem, przed polskimi sieciami handlowymi, przed polskimi przedsiębiorcami”.

A propos polityki wicepremiera Mateusza Morawieckiego mówił:

„Taki nacjonalizm gospodarczy z niektórych jego deklaracji wręcz bije: super, świetnie. Pytanie: Jakie podejmujemy kroki? Nieskuteczny podatek handlowy? Niestety, jeśli nie sięgniemy – a jest to rozwiązanie i przeszłości, i przyszłości – po narzędzia protekcjonistyczne w gospodarce, jeśli nie zaczniemy mówić o tym, że należy własny rynek chronić, jeśli nie zaczniemy mówić o tym, że przyszłość to również inny model globalizacji, ponieważ zmieni się model funkcjonowania technologii”.

I dodał:

„To jest przyszłość: rozwijanie własnej siły, własnej produkcji, własnej technologii, więc o to trzeba apelować – o nie tylko deklaratywny, ale rzeczywisty nacjonalizm gospodarczy, który powinien się właśnie w tej kadencji przejawić działaniami rządu. Mówienie o tym, że tymczasowo przyjmujemy CETA, jest bałamutne. Nie wyobrażam sobie, że większość rządowa po 3 latach stosowania tej umowy, gdy będą nawiązane relacje handlowe, gdy firmy poczynią już swoje inwestycje, nagle powie: Nie, nie, odstępujemy jednak od tej umowy. To jest bałamutne. Nie mówmy tak, bo tak po prostu nie będzie. Powiedzmy w tym miejscu, w tym momencie: stop CETA, stop TTIP”.

Jeszcze ostrzej przemawiał pos. Piotr Apel – Kukiz”15. Pytał on:



„Dlaczego cały czas nie ma stanowiska rządu? Dlaczego wszystko odbywa się w tajemnicy przed polskim społeczeństwem? Może dlatego, że nie wiemy, jaka część z tych rzekomo korzystnych regulacji wpłynie na polski rynek, a może dlatego, że chcemy przemilczeć zagrożenia, takie jak pogorszenie jakości żywności, a w konsekwencji – naszego zdrowia, osłabienie konkurencyjności polskich rolników, przedsiębiorców, możliwość inwigilacji obywateli. To jest bardzo ważna kwestia”.

I kontynuował:

„Eksperci nie mają złudzeń: konstrukcja tymczasowego stosowania w odniesieniu do umowy CETA umożliwia de facto wejście w życie, oczywiście po przyjęciu przez Radę Unii Europejskiej, a później przez Parlament Europejski, tego paktu na stałe. Nie ma żadnej możliwości, żeby CETA przestała obowiązywać. Nie ma sytuacji, w której nasz parlament nie będzie tego ratyfikować i to przestanie obowiązywać. Nie ma odwrotu. Już nie ma odwrotu. (…) Apeluję o to, by opamiętać się i przestać wspierać tymczasowe stosowanie umowy, bo to jest zdrada stanu. To jest zdrada stanu. Nie boję się tego powiedzieć. (…)

Jaki interes mamy w tym, by doprowadzić nasze rolnictwo i przemysł do bankructwa? Jaki mamy interes w tym, by nasi obywatele karmieni byli niezdrowym jedzeniem? A może opłaca nam się to, żeby płacić olbrzymie odszkodowania korporacjom ponadnarodowym za każdym razem, gdy będziemy chcieli zmienić prawo w zakresie rynku pracy? Czy którykolwiek z tych punktów służy naszemu krajowi, Rzeczypospolitej?”

Również pos. Krystyna Pawłowicz (PiS) nie zostawiła suchej nitki na pomysłach przystąpienia do CETA i TTIP. Mówiła:



„Obie umowy … były przez Komisję Europejską negocjowane z wielkimi korporacjami, ale w tajemnicy przed państwami członkowskimi i przy dużych protestach opinii publicznej. Umowy przewidują tzw. ISDS-y, tj. system prywatnych arbitrów, którzy będą rozstrzygać skargi wielkich korporacji przeciwko suwerennym państwom, które zdaniem korporacji zagrażałyby … ich interesom i spodziewanym zyskom. Decyzjami tych prywatnych arbitrów państwa miałyby płacić korporacjom olbrzymie kary. Nie tylko procedura przepychania obu umów jest wadliwa, ale jeszcze groźniejsza jest ich treść, która w perspektywie zniszczy słabych, niekonkurencyjnych polskich drobnych i średnich przedsiębiorców, ale też jeszcze zdrowe, lecz niekonkurencyjne dla korporacji polskie rolnictwo.

Obie umowy rugują demokratyczne mechanizmy władzy suwerennego państwa na rzecz niekontrolowanego, hybrydowego systemu władzy korporacji i ponadnarodowych prawników, których interesom suwerenne, demokratyczne państwa zostają podporządkowane w obszarze gospodarki i rolnictwa. W imieniu swych wyborców ze wschodniej Polski protestuję przeciwko obu fundamentalnie szkodliwym dla Polski umowom w zakresie ich obecnych rozwiązań i procedury. Nie sprzedawajmy Polski za zysk nie naszych, ale ponadnarodowych korporacji, dla których jesteśmy jedynie łatwym rynkiem zbytu i które dokończą dzieła rozpoczętego przez korporacje europejskie, tzn. zniszczenia polskiego rolnictwa i drobnej przedsiębiorczości”.

Nad losami polskiego rolnictwa rozdarli też szaty ludowcy, chociaż pos. Marek Sawicki zastrzegał, że:

„Nie jestem przeciwko tej umowie, chcę to powiedzieć. Jestem tylko za pełnym trybem ratyfikacji. Żeby nie wchodziła część handlowa tymczasowo… tylko żebyśmy odbyli narodową dyskusję i w przyjętym prawem krajowym i unijnym trybie ratyfikacji albo przyjęli, albo odrzucili tę umowę. I zrobili to w pełni świadomie, a nie w warunkach nagonki. Jeśli Francuzów stać na poważną debatę, jeśli Niemców stać na poważną debatę, to wstydzę się za polski rząd, że polskiego rządu przez 10 miesięcy nie stać na to, żeby w tej sprawie przedstawić jasne stanowisko Polski”.

Czyli Sawicki „jest za, a nawet przeciw”.

Z kolei prezes PSL Władysław Kosiniak-Kamysz zauważał, iż

„pod tematami zastępczymi przechodzi umowa, która zagraża jakości polskich produktów rolno-spożywczych (…). Dzisiaj ona jest najwyższej jakości. Wolna jest Polska od GMO. Jeżeli przyjdą produkty kanadyjskie, kanadyjska żywność, Polska będzie zalana tańszymi produktami, dużo tańszymi, ale z użyciem GMO. Na to nie ma naszej zgody. To jest niedopuszczalne, bo najbardziej na tym ucierpi polskie rolnictwo. Małe gospodarstwa zostaną zlikwidowane. Znaczy, nie będzie można mówić już w Polsce o gospodarstwach rodzinnych, tylko o gospodarstwach wysokotowarowych, bo nikt z wielkimi amerykańskimi i kanadyjskimi farmerami tej rywalizacji nie wygra”.

Znakomicie! Tylko czemuż to posłowie PSL-u nie grzmieli, gdy byli wraz z PO u władzy, bo przecież umowa CETA negocjowana była w latach 2009 – 2014. Jakoś nie dostrzegali wówczas zagrożeń dla polskiego rolnictwa?

Aktualne wersety „Międzynarodówki”

„Myśl nowa blaski promiennymi, dziś wiedzie nas na bój, na trud” – brzmią słowa „Międzynarodówki”. Jakież to aktualne! Wymieńmy chociaż niektóre blaski promienne tej myśli: globalizacja, zniesienie państw narodowych (kłania się stara leninowska teoria o obumieraniu państwa); gender, aborcja, eutanazja (pozostaje tylko twórczo rozwinąć teorię i praktykę Niemiec hitlerowskich), akceptacja zboczeń seksualnych (pardon, „innej orientacji seksualnej”), poprawność polityczna.

„Przeszłości ślad dłoń nasza zmiata” – śpiewamy dalej. Czyż nie tak? Tradycja, historia, obyczaj przodków, patriotyzm – to przebrzmiałe starocie, które eliminuje postęp światowy, z Unią Europejską na czele.

„… gdy związek nasz bratni ogarnie ludzki ród” – to inny werset pieśni Eugeniusza Pottier. I rzeczywiście związek wielkiego kapitału finansowego, handlowego, przemysłowego coraz bardziej „ogarnia ludzki ród”. Przymiotnik „bratni” jest także na czasie i na miejscu, albowiem wielu właścicieli wielkiego kapitału, to przecież bracia – bądź to fartuszkowi, bądź wywodzący się z tego samego narodu. Ten bratni związek zwie się globalizacją. „Z własnego prawa bierz nadania …” – no właśnie. Wielki kapitał tworzy prawa i z niego czerpie nadania. Wszystko się zgadza.

CETA to kolejny po Unii Europejskiej i NAFTA etap globalizacji, a za nim pójdzie TTIP, bo po co kapitał amerykański ma wchodzić tylnymi drzwiami przez Kanadę. Spokojnie, Unia Europejska przyjmie jedno i drugie, Sejm RP (Trzeciej? Czwartej?) także. Panowie zza oceanu wiedzą, jak zapewnić pomyślne głosowania w euro-kołchozie, w tym i w Polsce. Z pewnością o właściwe zachowanie władzy ustawodawczej i wykonawczej RP w tym zakresie zadba nowo mianowany podsekretarz stanu w polskim MSZ – Robert Grey, którego sympatyczną sylwetkę przedstawił niedawno na naszych łamach Kol. Przemysław Piasta. Bobby da sobie radę – gwarantuję. Trudno też oczekiwać, by prezydent Donald Trump miał zrezygnować z tej operacji, jak przewidują niektórzy naiwni. Przecież to korzystne dla gospodarki USA.

Awans z półkolonii na kolonię

Przyjrzyjmy się, co czeka Polskę. Częściowo mówili już o zagrożeniach posłowie, którzy zakwestionowali uchwałę. Według Fundacji Akcja Demokracja, która przeprowadziła badania umowy CETA również pod względem wpływu na zatrudnienie i wzrost gospodarczy wynika, że właśnie Polska znajdzie się w grupie krajów, które na umowie wyjdą najgorzej, tzn. będą miały wysoki udział w 200 tys. utraconych miejsc pracy. Nie wiadomo jeszcze, w jakim stopniu dotknie nas spadek płac, ale analizy wskazują na spadek w UE w granicach 316 – 1331 euro w skali roku. Tak utrzymuje Maria Świetlik z Instytutu Globalnej Odpowiedzialności. Nawet jednak minimalny spadek (316 euro) dla przeciętnych mieszkańców Polski to bardzo dużo, a dla 1,3 miliona osób zarabiających płacę minimalną to tak, jakby zabrano im jedną pensję rocznie – mówi.

CETA spowoduje katastrofę polskiego rolnictwa. Zaleje nas tania i złej jakości żywność kanadyjska i amerykańska. Zarząd Krajowej Rady Izb Rolniczych (KRIR) twierdzi:

„CETA spowoduje zniszczenie rolnictwa w Polsce i w Europie, a co za tym idzie ogromne negatywne skutki ekonomiczne dla Polski. Bezpieczeństwo żywnościowe i obronne są głównym obowiązkiem państwa”.

Izba przypomina, że kanadyjski model rolnictwa to głównie gospodarstwa wysokotowarowe i przemysłowe, znacznie odbiegający od europejskiego, gdzie przeważają gospodarstwa rodzinne. KRIR zwraca ponadto uwagę na bardzo ważną kwestię:

„Kanada jest jednym z trzech największych na świecie producentów żywności zmodyfikowanej genetycznie. Nie jest też wymagane obowiązkowe oznakowanie pozwalające na rozpoznanie takiej żywności, które obowiązuje w UE. W Polskę szczególnie może uderzyć sprzedaż tego typu jabłek, a wiadomo, że jesteśmy największym ich dostawcą w regionie. Do tego Kanadyjczycy zezwalają na dodawanie do żywności różnych środków barwiących, których stosowanie jest u nas ograniczone, a w niektórych państwach zakazane”.

Prezes KRIR – Wiktor Szmulewicz ostrzega:

„Wejście w życie CETA doprowadzi do zanikania małych gospodarstw rodzinnych, co najdotkliwiej odczują państwa, w których gospodarstwa rodzinne stanowią podstawę rolnictwa. Znacznie różnią się także koszty energii – bardzo ważnego czynnika przy produkcji rolnej, które w Kanadzie są o wiele niższe”.

Odnotujmy też skandal, jakim był „błąd” w tłumaczeniu umowy z angielskiego na polski. Otóż w tekście angielskim zapis brzmiał: „to engage in regulatory cooperation to minimise adverse trade impacts of regulatory practices related to biotechnology products”. Tłumaczenie polskie wyglądało następująco: „uczestnictwa we współpracy regulacyjnej mającej na celu minimalizację niekorzystnego wpływu wymiany handlowej na praktyki regulacyjne związane z produktami biotechnologicznymi”, czyli dokładnie odwrotnie niż w oryginale angielskim. Sprawie ukręcono łeb, totalnie wyciszono i media rządowe (opozycyjne również) dalej zajmowały się przekrętami warszawskimi i Trybunałem Konstytucyjnym.

Co z tego, że dygnitarze rządowi zapewniają nas, że Polska będzie zabiegać („zabiegać” nie żądać) polskiego przedstawiciela w arbitrażu, skoro rozprawy będzie prowadzić trzech sędziów wyznaczanych losowo? Co z tego, że rząd zapewnia, iż nie pojawi się na rynku polskim żywność genetycznie modyfikowana, skoro przepisy kanadyjskie nie nakazują jak w Unii Europejskiej jej oznakowania? Każemy Kanadyjczykom oznakować? Bądźmy poważni. A nawet gdyby, to jak sprawdzimy, tysiące ton żywności importowanej?

Przypomnijmy również, że cała sprawa była prowadzona w sposób utajniony tak przez Komisję Europejską, jak i koalicję PO-PSL. Obecna ekipa jak może unika debaty społecznej na ten temat, zajmując Polaków w swojej propagandzie problemami drugorzędnymi z punktu widzenia katastrofy, jaką przyniesie nam CETA. Wprawdzie w Polsce odbyły się protesty przeciw CETA i TTIP, ale były one nieliczne w porównaniu z kilkusettysięcznymi protestami na zachodzie Europy. Trudno się dziwić, społeczeństwa zachodnie, żyjące w kapitalizmie od stuleci, mają większe wyczucie spraw gospodarczych niż my. I na to też liczy ekipa rządząca.

Konsekwencje zgody na CETA należy zestawić z buńczucznymi zapewnieniami repolonizacji gospodarki polskiej, zapowiedziami wspierania polskich firm etc. Nawet jeśli rząd zdoła uczynić cokolwiek w tym zakresie, a takich przedsięwzięć nie realizuje się z dnia na dzień, to CETA nawet w zakresie handlowym osiągnięcia te zniszczy. Bez złudzeń. Nie wytrzymamy konkurencji z wielkimi północnoamerykańskimi firmami handlowymi, w dodatku mającymi do dyspozycji arbitraż międzynarodowy prywatny, zasądzający gigantyczne odszkodowania od państw. (O bankach, przedsiębiorstwach przemysłowych i usługowych nie wspominam, bo to następny etap realizacji CETA. ) Mogę się nie dziwić szeregowym posłom, humanistom z wykształcenia, że nie rozumieją mechanizmów gospodarczych, chociaż powinni poduczyć się nieco lub skorzystać z ekspertów, na które przecież mają pieniądze, poza dietami.

O nieznajomość rzeczy trudno jednak posądzić wicepremiera Mateusza Morawieckiego, który kwestie gospodarcze i finansowe zna na wylot, a to on beztrosko w Bratysławie wyraził zgodę na CETA. Musi sobie zdawać sprawę z konsekwencji nieograniczonego wejścia na polski rynek wielkich korporacji kanadyjskich i amerykańskich niesłychanie silnie umocowanych w traktacie CETA. Powstaje więc pytanie zasadnicze: czego chce wicepremier – polskiej własności w polskich rękach czy CETA. Jedno drugiemu przeczy, a tertium non datur.

Jedno jest jasne. Z wejściem do CETA Polska „awansuje” z półkolonii, jaką była dotychczas na kolonię. Poczekajmy na gubernatora. A może już jest?

– – –
18 listopada 2016 r.


Zbigniew Lipiński

publicysta polityczny, publikuje w „Myśli Polskiej”
www.mysl-polska.pl

Komentarz do zdobycia Aleppo przez wojska Asada


Konserwatyzm

KONSERWATYZM.PL – Portal Myśli Konserwatywnej

 

YOU ARE AT:Home»Publicystyka»Piętka: Krzyk hipokrytów, czyli koniec podboju Lewantu (komentarz do zdobycia Aleppo przez wojska Asada)

Piętka: Krzyk hipokrytów, czyli koniec podboju Lewantu (komentarz do zdobycia Aleppo przez wojska Asada)

0

BY ADAMWIELOMSKI ON 14 GRUDNIA 2016PUBLICYSTYKA

Jeszcze wojska syryjskie nie zdobyły do końca Aleppo, a już rozległ się wielki krzyk. To krzyk tych, którzy wyreżyserowali ponad pięć lat temu tzw. wojnę domową w Syrii, cały czas ją podsycali, a teraz zdali sobie sprawę, że nie są w stanie powstrzymać klęski tzw. „umiarkowanej demokratycznej opozycji” i zwycięstwa legalnych władz Syrii z prezydentem Asadem na czele. Stawiają więc przed oczami niewinne ofiary i niczym złodziej złapany na gorącym uczynku krzyczą „łap złodzieja”. Najpierw rzecznik prasowy ONZ Rupert Colville poinformował o mających mieć miejsce w Aleppo rozstrzeliwaniach wziętych do niewoli „rebeliantów”[1]. Potem podchwyciły ten news tzw. światowe media z BBC na czele, a za nimi ich polskie pudła rezonansowe. Na portalach „Rzeczypospolitej”, „Gazety Wyborczej”, „Dziennika”, „Newsweeka” itd. pojawiły się mrożące krew w żyłach informacje o „drugiej Srebrenicy”, o tym, że żołnierze Asada mają chodzić od domu do domu i mordować kobiety i dzieci. Podawano liczbę 82 ofiar takich mordów. Co ciekawe, polski „Newsweek” pisał o „rzezi Aleppo” i „nowej Srebrenicy” już 2 grudnia, a więc na 10 dni przed wystąpieniem rzecznika ONZ i domniemaną rzezią[2]. Kilka godzin po podaniu informacji o 82 ofiarach mordów na jeńcach i cywilach portal gazeta.pl poinformował, że walczące strony osiągnęły porozumienie w sprawie opuszczenia Aleppo przez „rebeliantów” i „wszyscy bojownicy, wraz z członkami rodzin, oraz ranni zmierzają obecnie uzgodnionymi korytarzami w wybranych przez siebie kierunkach” – a więc nikt nie jest mordowany[3]. Nie można zatem wykluczyć, że wcześniejsze informację o masowych mordach armii syryjskiej na tychże „bojownikach” były – jak to kiedyś określił Bronisław Geremek – „faktem prasowym”.

Wiele takich „faktów prasowych” pojawiło się podczas wojny w Jugosławii (1991-1995), która była – wedle prof. Marka Waldenberga – pierwszą w historii wojną kreowaną przez media. Podobnie zresztą jak i następne wojny Zachodu o „prawa człowieka” i „demokrację” (Kosowo, Afganistan, Irak, Libia itd.).

Chciałbym być dobrze zrozumiany. Nie wiem co dzieje się w Aleppo i nie potrafię zweryfikować tych informacji. Jestem też jak najbardziej odległy od tego, żeby pochwalać zbrodnie wojenne. Wiem natomiast parę innych rzeczy. Wiem, że wspomniane media nie oburzały się, gdy siły zbrojne Izraela podczas operacji „Płynny Ołów” (27.12.2008-18.01.2009) bombardowały cywilów w Strefie Gazy przy pomocy zakazanych przez prawo międzynarodowe bomb fosforowych. Nikt w tych mediach nie twierdził wtedy, że w Izraelu rządzi jakiś „reżim”, albo jest z tym państwem coś nie w porządku. Władze w Tel Awiwie ogłosiły wówczas, że w ten sposób zwalczają terroryzm oraz, że Izrael ma prawo do obrony i to zostało z aprobatą przyjęte do wiadomości przez świat zachodni. „Reżim Asada” natomiast jakoś w oczach świata euro-atlantyckiego nie ma prawa do obrony.

Wiem, że wspomniane media nigdy nie oburzały się zbrodniami popełnianymi na ludności cywilnej przez „umiarkowaną opozycję syryjską”, w tym ostrzeliwaniem przez jej bojówki dzielnic mieszkalnych podczas pierwszej bitwy o Aleppo (20.07.2012-2.08.2014). Zawsze widziały tylko domniemane zbrodnie „reżimu Asada”. Wiem, że tzw. wojna domowa w Syrii była i jest zbrojną agresją zewnętrzną na ten kraj, zaplanowaną w Waszyngtonie, Londynie i Paryżu. Wiem, że tzw. „umiarkowana opozycja syryjska” to zbrojne bandy, sformowane, finansowane i wysłane do Syrii przez USA, Wielką Brytanię, Francję, Turcję, Katar i Arabię Saudyjską. Nie jestem specjalistą od prawa międzynarodowego, ale mam wątpliwości czy członkowie tego typu formacji – powiedzmy partyzanckich, a ściślej terrorystycznych – są objęci konwencją genewską o ochronie jeńców wojennych. Przy czym jeszcze raz zaznaczam, że nie pochwalam mordowania kogokolwiek. Wiem, że za syryjski dramat w pierwszej kolejności ponoszą winę wyżej wymienione państwa, będące faktycznymi agresorami. To ich rządy mają przede wszystkim krew na rękach, a nie „reżim Asada” i wspierająca go Rosja.

Wiem, że czołową siłą „umiarkowanej opozycji syryjskiej” – wspieraną przez Zachód, Turcję i Arabię Saudyjską – był i jest tzw. Front an-Nusra, czyli syryjska siatka Al-Kaidy. 29 lipca 2016 roku formacja ta zmieniła nazwę na Front Podboju Lewantu. Jaka piękna nazwa, prawda? Front Podboju Lewantu. Tak nazywa się „umiarkowana” i „demokratyczna opozycja” w Syrii. Taka niby syryjska „Solidarność” i KOR razem wzięte. 13 grudnia 2016 roku, w związku z wyparciem z Aleppo bojówek tej formacji, podbój Lewantu definitywnie się zakończył. I to jest rzeczywista przyczyna krzyku rozpaczy ze strony reżyserów dramatu syryjskiego, a nie ofiary, które miały być mordowane po zdobyciu Aleppo i którymi reżyserzy owego dramatu teraz się zasłaniają. Jestem pewien, że w rzeczywistości los tych jeńców, kobiet i dzieci był i jest im głęboko obojętny.

Bohdan Piętka

Na zdjęciu gen. Zaid al-Saleh, zdobywca Aleppo, zdaniem ONZ i mediów zachodnich zbrodniarz wojenny.

[1] „ONZ: armia syryjska rozstrzeliwuje cywilów w Aleppo. Wśród ofiar są kobiety i dzieci. Drastyczne wideo”, http://www.wiadomosci.dziennik.pl, 13.12.2016.

[2] J. Pawlicki, „Aleppo – śmierć na kliknięcie”, http://www.newsweek.pl, 2.12.2016; „ONZ: armia syryjska i zagraniczne bojówki zabijają cywilów w Aleppo”, http://www.rp.pl, 13.12.2016; „Pilne! Żołnierze Asada w odbitym Aleppo chodzą od domu do domu. Mordują nawet dzieci”, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 13.12.2016.

[3] „Syria: przełom w Aleppo. Jest rozejm, rebelianci będą mogli opuścić oblężone pozycje”, http://www.wiadomosci.gazeta.pl, 13.12.2016.

Asad: Zachód przeznaczał pomoc humanitarną wyłącznie dla terrorystów


Sputnik Polska

Asad: Zachód przeznaczał pomoc humanitarną dla bojowników

© AP Photo/ SANA ŚWIAT 17:44 14.12.2016(zaktualizowano 19:20 14.12.2016) Krótki link8513300 Wszelka pomoc humanitarna wysyłana do Syrii przez zachodnie kraje była przeznaczana wyłącznie dla terrorystów – oświadczył w wywiadzie dla kanału RT prezydent Syrii Baszar Asad. © AP PHOTO/ SANA Al-Asad: Terroryści przybyli do Palmiry przy wsparciu USA „Jeśli mówić ostro i bez ogródek, wszelka pomoc wysyłana przez kraje zachodnie była przeznaczana dla terrorystów. Zachód nie zatroszczył się nawet o jedno syryjskie życie ludzkie” — oświadczył Asad w wywiadzie dla RT. „Do tej pory w Syrii jest wiele miast okrążonych i oblężonych przez terrorystów, którzy nie pozwalają na jakiekolwiek dostawy wody, jedzenia, przedmiotów niezbędnych do życia. Mieszkańcy tych miast żyją pod ciągłym ostrzałem. Co wysłała dla nich (żyjących w oblężeniu — red.) Unia Europejska?” — zapytał z wyzwaniem w głosie prezydent Syrii. Asad zdementował oświadczenia szefowej dyplomacji Unii Europejskiej Federici Mogherini o tym, że UE jest jedyną strukturą, która udziela pomocy humanitarnej ogarniętej wojną domową Syrii. 

Czytaj więcej: https://pl.sputniknews.com/swiat/201612144427742-Asad-pomoc-humanitarna-bojownicy-Aleppo/

Sprowadzanie pracy Komisji Amber Gold do absurdu


niezalezna.pl - strefa wolnego słowa

 

14 grudnia 2016

 

​Ostro na posiedzeniu komisji ws. Amber Gold. „Sprowadza Pan naszą pracę do absurdu”

<?XML:NAMESPACE PREFIX = „[default] http://www.w3.org/2000/svg&#8221; NS = „http://www.w3.org/2000/svg&#8221; />

Dodano: 14.12.2016 [19:14]

​Ostro na posiedzeniu komisji ws. Amber Gold. „Sprowadza Pan naszą pracę do absurdu” - niezalezna.pl

foto: Filip Blazejowski/Gazeta Polska

Dziś podczas posiedzenia komisji ds. Amber Gold, doszło do kolejnej kłótni między Krzysztofem Brejzą (PO) a Małgorzatą Wassermann (PiS). „Próbuje pan cały czas sprowadzić prace tej komisji do absurdu. A tak naprawdę niech pan się zastanowi, jak pan pracuje i jak to jest odbierane – powiedziała do posła opozycji przewodnicząca komisji.
Dziś podczas posiedzenia komisji ds. Amber Gold był przesłuchiwany sędzia Ryszard Milewski.
Brejza na koniec swojej serii pytań pokazał zdjęcie Milewskiego z przesłuchania.

Tu były pytania, czy pan zna Tuska, bo pan chodził na mecze. Politycy PiS często pokazują zdjęcia. Ja tu tradycyjnie mam zdjęcia z tego posiedzenia. Jest pan uwieczniony na zdjęciu z członkami komisji. Czy pan jest naszym znajomym?

– cytuje Brejzę portal 300polityka.pl.

Na tej samej zasadzie… Kurski też chodził. Na tej samej zasadzie znam Jacka Kurskiego. Nasze dzieci chodziły razem do przedszkola

– odpowiedział Milewski.
Ten dialog skomentowała przewodnicząca komisji, posłanka PiS Małgorzata Wassermann.

Ja coś panu powiem. Próbuje pan cały czas sprowadzić prace tej komisji do absurdu. A tak naprawdę niech pan się zastanowi, jak pan pracuje i jak to jest odbierane

– mówiła.
Więcej komentarzy Wassermann ws. zachowania udostępnił użytkownik Twittera @10murzynkow.


Obserwuj

10murzynków® @10murzynkow

Cała prawda o pośle #Brejza i jego udziale w komisji #AmberGold

13:33 – 14 gru 2016

  • 9393 podane dalej

  • 151151 polubień

  • Autor: krsŹródło: twitter.com, 300polityka.pl

    "Ta wyciągnięta europejska dłoń zaczyna przypominać pięść, która chce kontrolować"


     

    wPolityce.pl

     

    Syed Kamall broni Polski w PE: „Ta wyciągnięta europejska dłoń zaczyna przypominać pięść, która chce kontrolować”

    opublikowano: 2 godziny temu · aktualizacja: godzinę temu

    fot. YouTubefot. YouTube

    Syed Kamall, brytyjski europarlamentarzysta bronił Polski przed atakami lewicowych posłów w Parlamencie Europejskim.

    Kolejna sesja po to, by Parlament Europejski pouczał naród polski i rząd polski, co do tego jak ma wyglądać demokracja.. Gdy poucza się rząd wybranyw demokratycznych wyborach, to poucza się też ludzi, którzy na ten rząd głosowali. Dlatego ludzie czują się oderwani od Brukseli

    – powiedział.

    CZYTAJ WIĘCEJ: Parlament Europejski debatował o Polsce. Frekwencja marna, ale Platforma zadowolona z ataku na polski rząd

    Lewica lubi pouczać. Jesteście pełni hipokryzji i popieraliście rządy tyranów w przeszłości. Członkowie polskiego rządu wiele lat walczyli, by zrzucić kajdany opresji komunistycznej. Ta izba nie ma żadnej roli od odegrania. Wprowadzamy tylko niepotrzebna polaryzację. Partie opozycyjne, które przegrały w Polsce atakują swój rząd w Brukseli i Strasburgu i zapominają, że Trybunał Konstytucyjny wyglądał tak samo i nie stosował norm międzynarodowych, co do regulacji medialnych. Ta wyciągnięta dłoń zaczyna przypominać pięść, która chce kontrolować. Wielu odważnych Polaków, którzy walczyli z komunizmem, widzą, że Bruksela jest bardziej mistrzem niż partnerem

    – mówił brytyjski eurodeputowany.

    Odpowiedział też na zarzut lewackiej posłanki, która opowiadała o zagrożeniu dla wprowadzenia konwencji stambulskiej.

    Jest kilkanaście krajów UE, które nawet jej nie podpisały, a Polską ją podpisała. Jesteście hipokrytami

    – powiedział.

    CZYTAJ TAKŻE: Legutko do Timmermansa w PE: „Chodzi wam o zachowanie monopolu jednej strony! Nie szanujecie innych poglądów!”. WIDEO

    mly

    Zdjęcie Zespół wPolityce.pl

    autor: Zespół wPolityce.pl

    Ukraina: Szef Centralnej Komisji Wyborczej podejrzany o korupcję


     

    Foto: flickr.com

    Ukraina: Szef Centralnej Komisji Wyborczej podejrzany o korupcję

    Dodane przez Lipinski

    Opublikowano: Środa, 14 grudnia 2016 o godz. 18:06:56

    Mychajło Ochendowski nie stawił się na przesłuchanie przez Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU).

     

    Szef ukraińskiej Centralnej Komisji Wyborczej Mychajło Ochendowski miał przyjąć łapówki m.in. z tzw. czarnej kasy Partii Regionów byłego prezydenta Wiktora Janukowycza.

    Zawiadomienie, o tym, że jest podejrzanym w sprawie o korupcję, zostało Ochendowskiemu wręczone mu wczoraj na lotnisku w Boryspolu pod Kijowem, gdzie przyleciał z zagranicznej delegacji.

    Szef Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej Nazar Chołodnycki ogłosił, że w odnalezionej księdze wydatków korupcyjnych Partii Regionów nazwisko Ochendowskiego pada czterokrotnie. Według zapisków przyjął od przedstawicieli tej partii kilka niewysokichg łapówek o wartości ponad 16,7 tys. dolarów. Jednak w prokuraturze badane są również dokumenty, z których wynika, że Ochendowski miał wziąć dodatkowo dwie łapówki o łącznej wartości 145 tysięcy dolarów.

    kresy.pl / polskieradio.pl

    Stefan Michnik o Żołnierzach Niezłomnych: „niektórzy byli bandytami, innych kwalifikowano inaczej”


     

     

    logo Polonia Christiana

    DZISIAJ JEST

    ŚRODA 14 GRUDNIA

    Stefan Michnik o Żołnierzach Niezłomnych: „niektórzy byli bandytami, innych kwalifikowano inaczej”

    Data publikacji: 2016-12-14 11:00

    Data aktualizacji: 2016-12-14 15:43:00

    Stefan Michnik o Żołnierzach Niezłomnych: „niektórzy byli bandytami, innych kwalifikowano inaczej”

    Źródło: youtube.com

    Namowa do nieposłuszeństwa obywatelskiego i obalenia rządu PiS oraz impeachmentu prezydenta – to wszystko w rozmowie „Gazety Polskiej” ze Stefanem Michnikiem. Były sędzia stalinowski dał się też namówić na rozmowę o Żołnierzach Niezłomnych. Dziennikarz podał się za działacza Komitetu Obrony Demokracji.

    Stefan Michnik, przyrodni brat Adama Michnika oraz były stalinowski sędzia, który skazywał na śmierć działaczy podziemia niepodległościowego dał się namówić na rozmowę z dziennikarzem „Gazety Polskiej”, podającego się za działacza KOD.

    Michnik nie krył swego poparcia dla działań KOD i jak podkreślał, „trzeba obalić w Polsce rządy PiS”. Metodą walki ma być nieposłuszeństwo obywatelskie. – To jest bardzo ładna idea. Dzisiaj oglądałem co dzieje się w Korei Południowej. Ogromne poparcie dla impeachmentu prezydenta. To pokazuje, że jakoś ten vox populi ma sens – mówił.

    Pytany o to dlaczego uznawał Żołnierzy Niezłomnych za bandytów wyjaśnił, że „człowiek zawsze żyje w określonych warunkach”. – Każde państwo, niezależnie od ustroju, musi mieć jakieś środki obrony, czy słuszne, czy niesłuszne, ale musi działać. Jeśli ktoś mówi „nie”, to wtedy wobec niego się działa. W jaki sposób, to już jest inna para kaloszy – dodał.

    Zdaniem Stefana Michnika „Niezłomni” byli przeciwnikami ustroju państwowego. – W różnym stopniu. Niektórzy byli bandytami. Niektórych inaczej się klasyfikowało. Inaczej się klasyfikowało się AK, inaczej NSZ – mówił.

    Były stalinowski sędzia był też pytany o wydawane przez niego bezprawne sądowe wyroki śmierci. – Ja nie mam sobie nic do zarzucenia – mówił. Przywołał tu sprawę Stanisława Tatara z początku lat 50. Sędzia wskazał, że po 1956 roku władza sama przyznała, że ta sprawa była oszustwem, a zarzuty rozdmuchane. – Tego sędzia, który nie otrzymywał wszystkich materiałów, nie był w stanie stwierdzić – mówił.

    Jak przypomniała „GP” skazany w tej sprawie na karę śmierci major Zefiryn Machalla, przedwojenny oficer Wojska Polskiego, na sali sądowej nie miał obrońcy i składał wymuszone wyjaśnienia. Michnik zaś wydawał wyroki śmierci nie posiadając wyższego wykształcenia prawniczego.

    Źródło: „Gazeta Polska”

    MA

    Read more: http://www.pch24.pl/stefan-michnik-o-zolnierzach-niezlomnych–niektorzy-byli-bandytami–innych-kwalifikowano-inaczej,48054,i.html#ixzz4Spzrako8

    Awangarda demokracji kierowanej


    Czy przemówi pułkownik Colt?

    Felieton    serwis „Prawy.pl” (prawy.pl)    14 grudnia 2016

    W stanie Maine koło Portland, gdzie akurat jestem, spadł w nocy śnieg i nadal pada. W rezultacie sceneria jest podobna do tej na świątecznych kartkach z okazji Bożego Narodzenia; wszystko okryte białym puchem, w bezwietrznym powietrzu spadają płatki śniegu, wokół cisza, a na dodatek okoliczne domy, podobnie zresztą, jak i na całej trasie z Nowego Jorku do Bostonu i dalej – do Portland – iluminowane są świątecznymi dekoracjami. Słowem – sielanka – ale tylko na pierwszy rzut oka, bo pod tymi dekoracjami również w Ameryce nabrzmiewa konflikt między zwolennikami demokracji kierowanej i demokracji spontanicznej. Różnica między jedną a drugą jest bardzo istotna. W demokracji kierowanej najważniejsze nie jest to, by obywatele wybierali, chociaż oczywiście muszą w akcie wyboru statystować dla lepszego zachowania pozorów – ale by wybierali prawidłowo. A kiedy wybierają prawidłowo? Wtedy, gdy wybierają zgodnie z zaleceniami sformułowanymi zawczasu przez starszych i mądrzejszych. Tak było za pierwszej komuny również i w naszym nieszczęśliwym kraju, gdzie można było wybierać między jedną i tą samą listą Frontu Jedności Narodu, pod którym kamuflowała się Polska Zjednoczona Partia Robotnicza i jej bijące serce w postaci bezpieki, dzisiaj nazywanej starymi kiejkutami. Obywatele głosując bez skreśleń, to znaczy – wrzucając do urn kartki uprzednio pobrane od komisji wyborczej, statystowali w przedstawieniu pod nazwą „demokracja kierowana” – co w krótkich żołnierskich słowach skwitował w filmie „Kontrakt” partyjny buc grany przez Janusza Gajosa: „demokracja demokracją – ale ktoś przecież musi tym kierować!” Najwyraźniej przez ostatnie kilkadziesiąt lat liczba zwolenników demokracji kierowanej w Ameryce zdecydowanie wzrosła. Czy wynika to z faktu opanowania tutejszych uniwersytetów przez marksistów, za pośrednictwem których żydokomuna deprawuje intelektualnie kolejne pokolenia nieświadomych niczego Amerykanów, czy też z rosnących tu wpływów AIPAC, to znaczy – żydowskiego lobby, przed którym skaczą z gałęzi na gałąź najwięksi tutejsi twardziele – mniejsza o to, bo znacznie ważniejsze przecież jest to, że rosnąca rzesza zwolenników demokracji kierowanej stanowi znakomite potwierdzenie teorii konwergencji. Głosiła ona, ze antagonistyczne mocarstwa: ZSRR i USA, zwarte w śmiertelnym uścisku zimnej wojny, w miarę upływu czasu coraz bardziej się do siebie upodabniają: ZSRR do USA, a USA do ZSRR. I rzeczywiście – ZSRR wprawdzie się rozpadł, ale wybory dokonują się tam według najlepszych wzorów demokracji kierowanej, podobnie, jak do niedana było i w Ameryce. Tym razem jednak coś w naoliwionej machinie zgrzytnęło i demokracja kierowana została skonfrontowana z demokracją spontaniczną. Demokracja spontaniczna polega na tym, że obywatele głosują, jak chcą, nie słuchając żadnych zaleceń samozwańczych guwernantek. W rezultacie, chociaż wygrać miała Hilarzyca, która teraz zaszyła się w jakaś mysią dziurę, gdzie czeka na rozwój wypadków, prezydentem-elektem został Donald Trump. Zwolennicy demokracji kierowanej nie mogą tego przeboleć i wprawdzie nie zapowiadają już masowej emigracji do Kanady, ale za to próbują podważyć wyborczy rezultat demokracji spontanicznej, żeby jednak wszystko zakończyło się wesołym oberkiem, to znaczy rezultatem zgodnym z ustaleniami demokracji kierowanej, według których prezydentem powinna zostać Hilarzyca. Czy jednak ta konfrontacja zakończy się wesołym oberkiem – trudno zgadnąć między innymi dlatego, że społeczeństwo amerykańskie, mimo widocznych postępów konwergencji, jednak różni się od naszego między innymi tym, że jest całkiem nieźle uzbrojone, podczas gdy nasze jest najbardziej rozbrojonym społeczeństwem w Europie. Gdyby zatem tak zwane „szerokie masy”, zwane przy innych okazjach „ludem”, przed którym zgina kolano nawet papież Franciszek, chociaż, jak wiadomo, „lud” jest tylko hipostazą, to znaczy konstrukcją całkowicie fikcyjną, ponieważ żadnego „ludu” nie ma a są jedynie ludzie – więc gdyby ci wszyscy ludzie, którzy dotychczas myśleli, że z tą całą demokracją to wszystko naprawdę, nagle zmienili konwencję, to mogłoby się tu nieźle zakotłować. Przy dotychczasowej konwencji starsi i mądrzejsi cieszą się rozlicznymi przewagami i kto wie, czy nie uwierzyli, ze są one rodzajem „praw nabytych”. Tymczasem zmiana konwencji może wszystko obrócić wniwecz, bo nawet największy bankier, z pierwszorzędnymi lewantyńskimi korzeniami, przecież nie złapie w rękę kuli wystrzelonej w jego głowę. A do zmiany konwencji nie trzeba wiele; wystarczy, ze „szerokie masy” przypomną sobie popularne w swoim czasie w Ameryce porzekadło, że wprawdzie Pan Bóg uczynił ludzi wolnymi, ale dopiero pułkownik Colt uczynił ich równymi. Czy jednak zwolennicy demokracji kierowanej, mający usta pełne frazesów o „równości”, nie zapomnieli aby o roli pułkownika Colta? „Nieszczęsny, będziesz miał to, czegoś chciał!” – przestrzegał starożytny grecki filozof Platon – a historia pełna jest przykładów spełniania rozmaitych życzeń, ale w sposób nieco odmienny od wyobrażeń pożądliwców. Na przykład podczas dyskusji nad przyszłą konstytucją Polski w roku 1920, żydowscy parlamentarzyści domagali się, by zwarte skupiska ludności żydowskiej w miastach miały status eksterytorialny. To oczekiwanie nie zostało spełnione i Polska była państwem unitarnym, aż dopiero Niemcy podczas okupacji w roku 1939 wyszli tym oczekiwaniom naprzeciw, tworząc dla Żydów getta. Jestem pewien, że żydowskim parlamentarzystom w roku 1920 nie o to chodziło, ale tak to już jest, że człowiek wprawdzie strzela, ale to Pan Bóg kule nosi i jak zechce, to poniesie taką kulę w miejsce zupełnie nieoczekiwane. Ciekawe, że jeśli chodzi o pułkownika Colta, to jego rola jest do złudzenia podobna do roli „towarzysza Mauzera” w słynnym wierszu proletariackiego poety Włodzimierza Majakowskiego – że jak głos zabiera „towarzysz Mauzer”, to milkną nawet najbardziej wymowni oratorzy. To jeszcze jeden dowód na trafność teorii konwergencji, która zmusza do postawienia pytania, jak daleko te wzajemne podobieństwa zajdą. Warto bowiem zwrócić uwagę, co podkreślają moi amerykańscy rozmówcy, że nigdy dotąd nie było takiego zacietrzewienia na tle politycznym. Koledzy z pracy, przyjaciele, znajomi skaczą sobie do oczu, a słyszałem co najmniej o trzech wypadkach, kiedy to boss, dowiedziawszy się, że pracownicy jego firmy głosowali na Trumpa, zamiast na Hilarzycę, z dnia na dzień powyrzucał ich z pracy. Co więcej – stopień zacietrzewienia wcale nie maleje, przeciwnie – sprawia wrażenie, jakby nawet narastał, podobnie, jak to było w Rosji w okresie poprzedzającym wybuch rewolucji bolszewickiej. Czyżby tedy Ameryka…? Trudno to wykluczyć, bo nasuwa się jeszcze jedno podobieństwo. W ruchu bolszewickim dominującą rolę odgrywali Żydzi, podobnie jak obecnie w Ameryce, gdzie są w awangardzie demokracji kierowanej. Co z tego chcą mieć i na co liczą, gdy przemówi pułkownik Colt?

    Stanisław Michalkiewicz

    Boże, chroń nas przed „ekspertami”


     

    Fot. YouTube.com

    Boże, chroń nas przed „ekspertami”

    Dodane przez Lipinski

    Opublikowano: Poniedziałek, 12 grudnia 2016 o godz. 23:11:31

    Nazwijmy rzecz po imieniu – giedroycizm, prometeizm i cała praktyka III RP w polityce wschodniej zbankrutowała intelektualnie i moralnie. Ich przedstawiciele już nic nowego do dyskursu nie wniosą, choć mogą jeszcze obstawiać kadrowo instytucje publiczne, w tym media. Poza tym, ich czas właściwie dobiegł końca – pisze Marcin Skalski.

     

    Jednym z najbardziej rzucających się w oczy bogactw naszego kraju jest wyraźna obfitość różnego rodzaju „analityków”, „komentatorów” czy innych „specjalistów” od polityki wschodniej, marketingu i żonglowania ryżem. Polska ziemia obrodziła ekspertami do spraw międzynarodowych, lecz w tym wypadku trudno mówić o plonach owocnych. Niemniej, naszym chlebem powszednim jest wysłuchiwanie mądrości przedstawicieli rzeczonych grup, wygłaszanych zazwyczaj ex catedrae, których nikt na ogół nie weryfikuje.

    Wydaje się, że analityk w gruncie rzeczy to ktoś o bardzo skromnym zakresie zadań. Zadaniem analityka jest znajomość faktów i wykazywanie między nimi związków przyczynowo-skutkowych. Dobry analityk odznaczy się też niekiedy zdolnościami zarysowania najbardziej prawdopodobnych scenariuszy, które mogą się ziścić w przyszłości. 

    Tymczasem, „analityk” w Polsce różni się od analityka z innego kraju tym, że uważa taki wachlarz zadań za zbyt wąski i za mało spektakularny. Zresztą, u nas „analityk” zazwyczaj nigdy się nie myli. Jego sądy są niemal zawsze tak ogólne, że mają niewielki związek z prawdziwą wiedzą ekspercką. Są też nierzadko zwykłą projekcją własnych wyobrażeń, fobii czy emocji wobec danych aktorów życia międzynarodowego. Z tym, trzeba przyznać, rzeczywiście trudno polemizować na gruncie faktów, chyba że przy diagnozie stosownej jednostki chorobowej w przypadkach skrajnych. 

    W efekcie rolę „ekspertów” odgrywają takie postacie jak Paweł Kowal czy Maria Przełomiec, którzy za główny cel swoich „analiz” obrali przekonanie Polaków do ukraińskiego (opcjonalnie: litewskiego) punktu widzenia, szczególnie na sprawy historyczne. Podupada niestety także warsztat dziennikarski. Kiedy słyszymy po raz któryś z kolei, że UPA nie jest czczona za zbrodnie na Polakach – lecz za walkę z NKWD – to rzadko kiedy pada pytanie o stosunek danego „eksperta” do tej formacji. Warto by było mimo wszystko o to dopytywać, gdyż analityk z prawdziwego zdarzenia ma wartość dla społeczeństwa, któremu chce służyć wiedzą, jeśli identyfikuje się z perspektywą historyczną własnej wspólnoty. Tego jednak nie widzimy w przypadku ludzi, którzy działalność ekspercką pomylili z ordynarną ukrainofilią. Można odnieść wrażenie, że dla nich samych kult UPA na Ukrainie jest problemem głównie dlatego, że Polacy reagują nań alergicznie.

    Część „komentatorów” z kolei nie chce przyjąć do wiadomości, iż zakres ich specjalizacji nie jest tak szeroki, jak by sobie tego życzyli. W związku z tym uważają oni, że znają się na każdej materii, którą komentują. Najbardziej skrajnym przypadkiem jest pewienpojawiający się zazwyczaj w binoklach średnio udany analityk ds. węglowodorów. Postanowił on łechtać swoje rozdęte ego podejmowaniem tematyki Polaków na Litwie tylko dlatego, że nie umie powstrzymać się od eksponowania swojego nieuzasadnionego niczym poczucia wyższości wobec polskiej społeczności Wileńszczyzny. Należy jednak zaznaczyć, że poza zatruwaniem atmosfery elukubracje samozwańczego eksperta od wszystkiego nie mają żadnego istotnego wpływu na debatę publiczną, a wywody tegoż brzmią nadzwyczaj pretensjonalnie, neutralizując się same. 

    Nie lepiej jest z ludźmi, którzy formalne kryteria eksperckości rzeczywiście spełniają, posiadając chociażby dorobek naukowy. Dr Jerzy Targalski zyskałby więcej powagi, gdyby ograniczył się do posługiwania się swoją wiedzą, a nie suflowania, co powinno być jedynym obowiązującym kanonem myślenia o Rosji i Putinie. Również prof. Przemysław Żurawski vel Grajewski redukuje do zera walory swojej erudycji, wyraźnie równając w dół i licytując się na obsesję na temat lokatora Kremla z tymi, którzy poza strachem przed Federacją Rosyjską nie mają opinii publicznej niczego do zaoferowania. Jeśli Przemysław Żurawski vel Grajewski brzmi identycznie jak, dajmy na to, Agnieszka Romaszewska, to tylko na własne życzenie.

    Występowanie wspomnianej dyrektorki Telewizji Biełsat w charakterze eksperta jest zresztą kuriozum samym w sobie. Ciężko przypomnieć jakąś wartą zapamiętania myśl, uwagę czy spostrzeżenie z jej strony, które dotyczyłoby polityki wschodniej. Potrafi ona co najwyżej celnie  – w swoim mniemaniu – wskazać ruską agenturę zalęgłą w środowiskach niepodzielających jej świetlanej wizji sojuszu krajów Międzymorza (czyli koncepcji polegającej na wspólnym obrysie na mapie granic państw Europy Wschodniej). Całokształt aktywności Agnieszki Romaszewskiej można opisać jako odcinanie kuponów od nazwiska noszonego po zaangażowanych w opozycyjny ruch w PRL-u rodzicach. Dyrektorka Biełsatu ma nosić w sobie słuszność z uwagi na genealogię i dlatego cieszy się przywilejem w postaci utrzymywanej przez podatnika telewizji zatrudniającej białoruskich opozycjonistów. Z kolei szefowanie tej telewizji czyni Romaszewską „ekspertem” od Białorusi – i tu koło się zamyka. 

    Nie wiadomo również, czemu w komentowanie akurat właśnie spraw wschodnich zaczął bawić się redaktor Wojciech Mucha, którego kompetencje w tym temacie nie są szerzej znane. W efekcie to hermetyczne towarzystwo zaprasza się nawzajem na różne konferencje, sympozja czy inne sabaty, dumając nad tajnikami polityki wschodniej, znanymi – rzecz jasna – tylko im. Jest zresztą więcej niż prawdopodobne, że postrzegają dołączenie do ich grona jako marzenie maluczkich, którzy daliby się pokroić za taką nobilitację. Bo któż nie chciałby być poważnym analitykiem polityki wschodniej?

    To, jaką wartość prezentuje sobą rodzimy stan ekspercki, uwidocznił dyskurs wokół Wołynia, jak i „Wołynia” Smarzowskiego. Naszym „ekspertom” wydawało się, że monopolizując debatę na temat polityki wschodniej w tradycyjnych środkach masowego przekazu, nabędą mocy sprawczej w jej kreowaniu. Przypominali oni małe dziecko, które zasłaniając oczy myśli, że nikt go nie widzi. Tymczasem, informacja potrafi się rozchodzić niezależnie od tego, kogo doproszą oni do swojego grona. W ten oto sposób większość Polaków nie zdała z egzaminu na ukraiński patriotyzm. Nie zdała go między innymi redakcja i pozostali autorzy portalu Kresy.pl.

    Nikt z „analityków” nie był w stanie przewidzieć, co stanie się w stosunkach polsko-ukraińskich po Majdanie, jaki wpływ będzie miało eksponowanie symboliki odwołującej się do banderyzmu – cokolwiek ona znaczy dla współczesnych Ukraińców. Grzech pierworodny wspomnianego środowiska polegał na przyjęciu perspektywy ukraińskiej i skierowaniu działalności „analitycznej” na propagowaniu ukraińskiego punktu widzenia w Polsce – a to się nie miało prawa udać. 

    W efekcie szereg ludzi mających – często na wyrost – jak najlepsze zdanie o swoich przymiotach umysłowych, stał się po prostu zbędny w debacie publicznej. Nazwijmy rzecz po imieniu – giedroycizm, prometeizm i cała praktyka III RP w polityce wschodniej zbankrutowała intelektualnie i moralnie. Ich przedstawiciele już nic nowego do dyskursu nie wniosą, choć mogą jeszcze obstawiać kadrowo instytucje publiczne, w tym media. Poza tym, ich czas właściwie dobiegł końca. 

    Frustracja tego środowiska jest zresztą zrozumiała. Poprzez etykietowanie nielubianych autorów, portali i innych mediów chciało ono pełnić rolę dystrybutora szacunku, tymczasem sami jego członkowie pozostali już w wyraźnej mniejszości. Najwybitniejsi przedstawiciele tej opcji stoją jeszcze wprawdzie na czele MON i MSZ, ale trudno widzieć w świetlanych barwach przyszłość Polski, gdy tak ważne resorty kierowane są przez ludzi wyraźnie żyjących w czasach „zimnej wojny”. 

    Oczywiście, pozostaje jeszcze powolne i systematyczne naprawianie tego, co rzeczonym kręgom udało się zepsuć, np. definiowanie się części Polaków poprzez stosunek do Rosji i Ukrainy, zupełnie zerojedynkowy i nie mający nic wspólnego ze zdrowym polonocentryzmem, jaki powinien nas obowiązywać w stosunkach międzynarodowych. 

    Osoby pokroju Pawła Kowala wyrządziły też wbrew pozorom wiele szkód w stosunkach polsko-ukraińskich, które były oczkiem w głowie tego środowiska. Uparte i wbrew zdrowemu rozsądkowi lobbowanie na rzecz ukraińskiej racji stanu, uciekanie się do zakłamywania bądź co najmniej przemilczania historii niewygodnej dla Ukraińców, wywołało efekt odwrotny do zamierzonego. Przykro obserwować – przy całym krytycyzmie do ukraińskiej polityki historycznej, jak i polityki III RP wobec państwowości ukraińskiej – gdy Ukraińcom odmawia się cech ludzkich i lży się ich z powodu przynależności narodowej. Jest to niezdrowa, ale jednak przede wszystkim reakcja na ukrainofilię polskich elit, z którą niektórzy nie umieją sobie poradzić inaczej, niż we wspomniany sposób.

    Wreszcie – sami Ukraińcy przekonywani o braku zastrzeżeń Polski co do swoich niektórych posunięć, paradoksalnie mają prawo być zaskoczeni w ich optyce nagłym, choć w rzeczywistości narastającym od dawna, wzrostem zainteresowania tematyką wołyńską. Akurat to idzie już w całości na konto Kowala, Marii Przełomiec i reszty. Polsko-ukraińskie stosunki, jeśli mają być normalne, niczego tak nie potrzebują jak jasnego wyartykułowania polskiej perspektywy, szczególnie na kwestie historyczne. Należy mówić Ukraińcom wprost, czego od nich oczekujemy. 

    Paradoksalnie, sposób myślenia giedroycistów o Ukraińcach czy Litwinach jest protekcjonalny do granic możliwości. Traktowanie niepodległych bądź co bądź narodów jak dzieci specjalnej troski mogłoby być postrzegane przez nie jako nietakt, gdyby nie to, że słusznie dostrzegają w tym one polskie frajerstwo. „Jeśli w Warszawie uważają, że za ten paternalizm da się kupić naszą przychylność, to niech sądzą tak jak najdłużej” – zdają się myśleć politycy w Wilnie i Kijowie. I mają rację, bo giedroycizm jest pożyteczny wszędzie, tylko nie w samej Polsce.

    Koniec końców, trudno spodziewać się od „analityków” czegokolwiek pozytywnego i twórczego. Zresztą, i tak zdaje się, iż są oni „ekspertami”, bo są zapraszani do telewizji – a są zapraszani do telewizji, bo są „ekspertami”, choć niektórzy pewnie sądzą, że urodzili się z rozległą wiedzą na temat polityki wschodniej. Bardzo im tego przekonania współczuję.

    Marcin Skalski 

    Bolkowe figle w Arłamowie


    Telewizja Republika.pl

    Tak bawił się internowany Wałęsa. „Wódka – 289 butelek”. A to dopiero początek listy…

     

    EmaPob

    15:35 14 grudnia 2016

    flickr.com/MEDEF

    Wczoraj Lech Wałęsa napadł na Kornela Morawieckiego, zarzucając mu, że ten nie walczył i „dezerterował”. Dziś to zachowanie na Twitterze podsumował profesor Sławomir Cenckiewicz, nazywany przez Wałęsę „Centkiewiczem”. Historyk opublikował na swoim profilu dokumenty pokazujące, jakie alkohole spożywał Wałęsa podczas internowania. Lista jest naprawdę długa… „Fakt, tak jak Wałęsa to Morawiecki nie walczył” – dodał Cenckiewicz.

    „Był wykluczony, zdezerterował, jak był czas. Wszystko jest podzielone. Teraz korzysta z naszego zwycięstwa! On przecież nie przyczynił się do tego zwycięstwa! Zobaczymy, kto się tak naprawdę wykluczył z historii dzisiaj i w przyszłości” – tak Wałęsa zareagował na wypowiedź Kornela Morawieckiego, który stwierdził, że były przywódca „Solidarności” „sam się wycina z historii”.

    Do sprawy odniósł się na Twitterze historyk Sławomir Cenckiewicz, autor książki „Wałęsa. Człowiek z teczki”. Cenckiewicz opublikował dokument, który pokazuje, z jakich artykułów żywnościowych korzystał Wałęsa w czasie internowania. W dokumencie czytamy:

    „W okresie internowania skonsumował samotnie lub w towarzystwie osób odwiedzających:

     

    • spirytus – 2 but.
    • wódka 289 but.
    • wino 158 but.
    • winiak i koniak 59 but.
    • szampan 239 but.
    • piwo 1115 but.

    Zobacz obraz na Twitterze

    Zobacz obraz na Twitterze

    Obserwuj

    Sławomir Cenckiewicz @Cenckiewicz

    Wczoraj Wałęsa napadł w Sejmie na Morawieckiego mówiąc, że nie walczył i „zdezerterował”. Fakt, tak jak Wałęsa to Morawiecki nie „walczył”:)

    14:17 – 14 gru 2016

     

    • 264264 podane dalej

     

     

    • 485485 polubień

     

    Ponadto z dokumentu dowiadujemy się, że „w miejscach internowania umożliwiono Lechowi Wałęsie oglądanie bez ograniczeń programów telewizyjnych, słuchanie programów radiowych oraz korzystanie z prasy codziennej”.

    W czasie internowania Wałęsie dostarczono też 1163 paczki papierosów… To się nazywa walka!

    Źródło: Twitter @Cenckiewicz

    Kulturalna dyskusja


     

    Pikio.plPikio.pl

     

    Ostra pyskówka Ogórek z widzem w programie na żywo (video)

    Autor:

    Wiadomości Pikio

    • Gru 14, 2016

    UDOSTĘPNIJ

     

    fot. zrzut ekranu program w tyle wizji

    W jednym z ostatnich odcinków programu „W tyle wizji”, którego jedną z prowadzących jest związana do niedawna z SLD Magdalena Ogórek, doszło do ostrej pyskówki byłej kandydatki na prezydenta z widzem. Wszystko było transmitowane na żywo.

    Magdalena Ogórek, jeszcze do niedawna związana z lewicową formacją Sojusz Lewicy Demokratycznej, jest aktualnie jedną z prowadzących programu „W tyle wizji” w Telewizji Polskiej. Sama również nie ukrywa zmiany swoich sympatii politycznych i skłaniania się ku aktualnemu obozowi władzy.

    To wyraźnie nie podoba się opozycji, która zarzuca jej korzystanie z „dobrej zmiany” zdradzając tym samym swoich wyborców i całe środowisko polskiej lewicy.

    W jednym z ostatnich odcinków nadawanego na żywo programu doszło do bardzo ostrej pyskówki między Ogórek a jednym z widzów – Joli z Warszawy. Dzwoniąca do studia kobieta zarzuciła byłej kandydatce na prezydenta z ramienia SLD, hipokryzję i przymilanie się do obecnej władzy, mimo że władza ta atakuje jej rodzinę (chodzi o męża Ogórek, który zostanie objęty ustawą dezubekizacyjną). Ogórek nie dawała za wygraną i starała się odeprzeć wszystkie zarzuty.

    Pyskówka zaczyna się w ok. 7 minucie programu.

    bh

    Fetowanie zwycięstwa w Aleppo i propagandowe krętactwa


     

    Xportal.plInformacje, Idea, Polityka14.12.2016

     

    Michał Mazur: Aleppo wyzwolone, medialna propaganda zwyciężona

    14 grudnia 2016 09:44

    W światowych mediach głównego nurtu aż roi się od doniesień nt. sukcesów syryjskiego wojska i sojuszników w Aleppo. Większość z nich została jednak zmanipulowana w rażący sposób, by naginać fakty do popieranej przez establishment tezy – że upadek zbrojnych band islamistów oznacza tragedię dla ludności miasta, zaś dla Europy kolejnych uchodźców. W rzeczywistości jednak jest inaczej: dzięki mediom społecznościowym wiadomo, że zdecydowana większość mieszkańców miasta cieszy się z sukcesów sił rządowych, a tłumy świętują na ulicach miasta:

    Według oficjalnych informacji, ostatnie ogniska oporu terrorystów zajmują już tylko około 2 procent powierzchni miasta.

    Radość panuje także w kurdyjskiej dzielnicy Szeik Maksud – rozbicie większości dżihadystów oznacza, że znacząco spadła ilość rakiet i pocisków wystrzeliwanych przezeń na wszystkie tereny miejskie (także te pod kontrolą YPG, nie tylko rządu). Kurdowie na początku grudnia brali też udział w wyzwalaniu terytoriów sąsiadujących z zamieszkiwaną przez siebie dzielnicą.

    Do Aleppo przybyli przedstawiciele państwowych mediów syryjskich, rosyjskich i irańskich (poniżej zamieszczamy nagranie wykonane przez zespół irańskiej Press TV):

    [często powtarzający się okrzyk „Allah hajir dżeisz” oznacza mniej więcej tyle, co „Boże ochraniaj Armię”]

    Co ciekawe, na miejscu jest także dwoje aktywistów z Wielkiej Brytanii, również potwierdzających powyższe obserwacje: Vanessa Beeley oraz pastor Andrew Ashdown. Przyjechali oni do miasta kilka dni temu. Nie jest to ich pierwsza wizyta w Syrii (i Aleppo) – odwiedzali oni Syrię regularnie jeszcze na wiele lat przed wybuchem wojny, toteż tym większym szokiem (i jednocześnie impulsem do większego zaangażowania) był dla nich upadek jednego z najbardziej nieskłóconych religijnie społeczeństw Bliskiego Wschodu. Nie jest to również ich pierwsza podróż po wybuchu wojny: na przestrzeni ostatnich lat mieli oni wielokrotnie możliwość rozmów ze zwykłymi Syryjczykami, a także z przedstawicielami syryjskich władz. Informacje uzyskane od jednych i drugich były ze sobą wzajemnie spójne, jednak najczęściej było tak, że obraz wyłaniający się z tych dociekań okazywał się zupełnie inny, niż prezentowany w mediach głównego nurtu.

    Nie inaczej jest obecnie, toteż na potrzeby polskiego Czytelnika pozwoliliśmy sobie zaprezentować i przetłumaczyć na polski co bardziej interesujące fragmenty ich relacji – tym bardziej, że sporo w nich aspektów opisywanych wcześniej także na łamach Xportalu. Wśród nich pojawia się także wątek grupy White Helmets (pol. Białe Hełmy), finansowanej przez establishment zachodni i wielkich spekulantów (Soros), a podszywającej się pod Obronę Cywilną Syrii. Według mediów głównego nurtu mieli oni działać aktywnie na rzecz ratowania cywilów, szczególnie w Aleppo (między innymi, to oni znaleźli się na sławnym zdjęciu przedstawiającym „cudem uratowanego” Omrana siedzącego w karetce). Jednak jak stwierdziła wczoraj Vanessa Beeley, mieszkańcy dzielnic kontrolowanych wcześniej przez „rebeliantów”, zapytywani o Białe Hełmy najczęściej nie wiedzą nawet, o kogo chodzi (podobne relacje, pojedyncze jednak, pojawiały się już wcześniej):

    Oszustwo White Helmets

    Podczas wizyty w Hanano [dzielnica wschodniego Aleppo, niedawno wyzwolona] rozmawiałam z wieloma cywilami, którzy zostali wyzwoleni od terrorystów popieranych przez państwa NATO i Zatoki Perskiej. Wszystkich ich pytałam, czy słyszeli o White Helmets. Wszyscy sprawiali wrażenie zaskoczonych takim pytaniem, większość odpowiadała, że nie.

    Nieliczni odpowiadali, że słyszeli o pracownikach, którzy nazywali siebie „obroną cywilną” i współpracowali z terrorystami. Zapytałam, czy pomagali także cywilom, tylko jeden mężczyzna powiedział, że czasami pomagali jemu i jego rodzinie.

    Zapytałam także pracowników syryjskiego Czerwonego Półksiężyca [arabski odpowiednik Czerwonego Krzyża, w Syrii działający zarówno na terytoriach rządowych jak i tzw. rebelianckich], którzy nieśli pomoc w Hanano. Twierdzili, że nigdy nie napotkali Białych Hełmów przez cały okres od kiedy pracowali w Hanano, odkąd te tereny zostały najechane i zajęte [przez terrorystów] w 2012 roku.

    Powiedziano mi także, że żaden z pracowników White Helmets nie poddał się amnestii [na którą w Aleppo zdecydowało się około 2 tys. bojowników różnych frakcji – nie licząc osób popierających ich czynnie, choć nie będących stricte członkami grup zbrojnych], co z kolei rodzi pytanie… gdzie dokładnie przebywają White Helmets? Jeśli naprawdę byliby neutralną, niezależną organizacją działającą dla dobra całej ludzkości, to dlaczego nie niosą pomocy uciekającym cywilom?

    Jeden z dowódców Gwardii Narodowej, wspomagającej syryjską armię, powiedział mi dziś wieczorem, że podczas walk o Ramousa znaleźli jednego bojownika, który miał trzy identyfikatory [ang. ID cards] w swej kieszeni: jeden od Turcji, drugi od al-Nusry [syryjskiej gałęzi al-Kaidy] a trzeci od White Helmets.

    To tylko kilkoro dzieci z niedawno wyzwolonego Hanano we Wschodnim Aleppo. Wiele z nich wznosi okrzyki „Bóg, Syria, Baszar!” Osoby rozdające jedzenie powiedziały nam, że to pierwszy dzień, kiedy dzieci nie głodują i są wreszcie najedzone. Wszyscy nasi rozmówcy twierdzili, że al-Nusra i pozostałe grupy terrorystów ukryły dla siebie zapasy żywności i lekarstw, racjonując cywilom chleb i wodę, resztę gromadząc i sprzedając im po zawyżonych cenach [faktycznie, na wielu zdjęciach, także tych nieopatrznie przesyłanych przez strony popierające „syryjską rewolucję”, tusza niektórych „rebeliantów” na tle wychudzonych cywilów bardzo rzucała się w oczy]. Częsta taktyka, gdy popierani przez NATO terroryści zajmowali terytoria w Syrii.

    Podczas gdy ONZ i dobrane doń „organizacje pozarządowe” finansowane przez rządy państw lub Sorosa płaczą nad „oblężeniem” w Hanano i innych dzielnicach Wschodniego Aleppo, widzimy przełamanie prawdziwego oblężenia. Uwięzienie dziesiątek tysięcy syryjskich cywilów wreszcie się skończyło, a dzieci wychodzą wreszcie na zewnątrz po czterech latach szorstkiego życia, naznaczonego ukrywaniem się przed zemstą terrorystów, ich brutalnością, głodem i strachem.

    Ich twarze i oczy mówiły nam wiele o okrucieństwie i biedzie, jakich doświadczyli.
    Wszystkie z nich jednak momentalnie zaczynały się uśmiechać na pytanie o to, co sądzą o wyzwoleniu przez Syryjską Armię Arabską.

    Jeden z chłopców, Mohammed, na łyżworolkach, powiedział nam w trakcie kręcenia relacji video: „czułem się jak w piekle, a teraz jesteśmy z powrotem w niebie”.

    Korporacyjne media nadal będą snuć swoje kłamstwa, ale prawda będzie je niszczyć – zwłaszcza, że prawda pochodzi od tych samych dzieci, na straży których media te rzekomo stały w ciągu ostatnich czterech lat. Godne pogardy usprawiedliwienie dla dziennikarstwa, które powinno być karalne za wykorzystywanie dzieci do promowania wojny, która te dzieci zabija.

    Bardzo ciekawe obserwacje poczynił również pastor Ashdown. Odbiorcę zagranicznego może zaskakiwać, że uniwersytet w Aleppo nie tylko działa, ale jest także w stanie zorganizować Targi Karier, niby żywcem przeniesione z zachodniego uniwersytetu – trwające trzy dni, z udziałem przedstawicieli biznesu, organizacji pozarządowych (w przypadku Syrii głównie org. humanitarnych pomagających tzw. uchodźcom wewnętrznym) oraz z ofertą szkoleniową skierowaną do studentów:

    Niestety, należy wspomnieć, że uniwersytet był wielokrotnie celem ostrzału tzw. umiarkowanych rebeliantów; w ich wyniku na przestrzeni ostatnich lat wielu jego studentów i pracowników straciło życie. Bomby i pociski islamistów spadały (i póki co, spadają nadal – choć teraz już z mniejszą częstotliwością) także na pozostałe tereny cywilne; pomimo tego obywatele jak i władze starają się, by życie codzienne wyglądało w miarę normalnie.

    Przeczuwałem, że przybyłem do Aleppo w historycznej chwili, a dziś wieczorem myślę, że to prawda.

    Przez całą noc trwał nieustający ostrzał ostatnich enklaw rebeliantów, które wszystkie widzę z mojego pokoju hotelowego. Co kilka sekund ogromne eksplozje rozdzierają powietrze i rozświetlają nocne niebo, przeplatając się z seriami strzałów. Widzę pociski smugowe i ślady rakiet trafiających w cel.

    To jest przerażające, nieugięty i długotrwały atak, który trwa już od godziny. Obserwuję i słucham ze smutkiem i nie do końca jasnymi uczuciami. Odczuwam smutek, bo jako duchowny mam wstręt do przemocy, nienawiści i konfliktu, myślę o cywilach uwięzionych w tym piekle  i zastanawiam się, ilu z nich umiera – ponieważ jak każdy inny, chcę tylko spokoju. Jednak w ciągu ostatnich kilku lat słuchałem głosów zwykłych Syryjczyków, których krzyki i przemoc z rąk ugrupowań ekstremistycznych wspieranych przez społeczność międzynarodową zostały zignorowane przez świat zewnętrzny; oraz których cierpienie w konflikcie zostało wykorzystane i spotęgowane przez arogancką bezkompromisowość i okrutną determinację międzynarodowej polityki, która nie ma nic wspólnego z prawami człowieka czy interesami Syryjczyków.

    Faktem jest, że w całym kraju i wśród mieszkańców Aleppo – w tym tych, którym w końcu udało się uciec z obszarów kontrolowanych przez terrorystów, przynoszących straszne opowieści o niegodziwościach doświadczonych od nich – każdy chce zobaczyć terrorystów pokonanych i zakończenie wojny. Niezależna dziennikarka Vanessa Beeley przeprowadziła wczoraj wywiad z pewną kobietą, która uciekła ze wschodniego Aleppo kilka dni temu i której ośmioletnia córka została zabita, a mąż postrzelony przez „rebeliantów”, i która widziała, jak terroryści postrzelili w usta kobietę proszącą ich o żywność. Jej rozmówczyni powiedziała „mam nadzieję, że Armia nie okaże im żadnej litości. To zwierzęta i zasługują na śmierć.”

    Społeczność międzynarodowa wzywa do zawieszenia broni. Dlaczego właśnie teraz, gdy syryjska armia czyni wielkie postępy, fetowane przez mieszkańców Aleppo, a każde zawieszenie broni do tej pory było wykorzystywane do zaopatrywania terrorystów? Ostatnie zawieszenie broni, dwa tygodnie utrzymywane przez rząd, było regularnie łamane przez „rebeliantów” ostrzeliwujących zachodnie Aleppo [pod kontrolą rządu]. Dziesiątki niewinnych cywilów zostało przezeń zabitych i rannych. To nie Rząd atakuje swoich obywateli. Przed sobą mam miasto, w którym, tak jak na innych terenach pod kontrolą rządu, cywile różnego wyznania i pochodzenia etnicznego żyją ze sobą w zgodzie.

    Stoję kilka kilometrów od strefy walki, ale jestem bezpieczny. Bombardowanie odbywa się nie w całym mieście, ale tylko w tych małych enklawach miejskich, gdzie nadal siedzą „rebelianci”. Większość osób cywilnych, które były w stanie uciec z tych obszarów jest pod opieką w ośrodkach prowadzonych przez rząd i syryjski Czerwony Półksiężyc, korzystają także z pomocy dostarczanej przez Rosjan. Wszyscy mówią o „rebeliantach” strzelających do tych, którzy próbowali opuścić okupowane przez siebie dzielnice. (Niewielu słyszało cokolwiek o „Białych Hełmach”, a ci, którzy słyszeli cokolwiek mają o nich niewiele dobrego do powiedzenia, gdyż tamci współpracowali z terrorystami).

    Więc stoję tutaj, oglądając walkę z mieszanymi, głęboko sprzecznymi uczuciami … smutkiem z powodu utraty życia tak wielu ludzi, jednocześnie odczuwając tak jak wielu innych w tym mieście, że rząd syryjski został pozbawiony innego wyboru.

    Rozwiązanie polityczne można będzie znaleźć dopiero gdy walka ustanie, ale jest jasne, że tak długo, jak popierani przez Zachód, powiązani z Al-Kaidą terroryści będą działać, nie będzie pokoju w mieście i kraju. Wierzcie mi, że większość Syryjczyków popiera armię. Zachodnich rządów i mediów nie interesuje, by posłuchać zwykłych Syryjczyków; chcą tylko realizować swoje własne programy, sprawiając, że brutalny konflikt i cierpienia po wszystkich stronach trwają już zbyt długo. Oglądając bezlitosną walkę odbywającą się na moich oczach, czuję, że niestety nie ma innej opcji.

    A kiedy walka się skończy, w Aleppo i w innych częściach kraju, zacznie się bez wątpienia trudne i bolesne zadanie odbudowy życia ludzkiego.


    W mediach społecznościowych krąży też zdjęcie bliżej nieznanego autora. Nie jest ono zbyt dobrze wykadrowane, jego jakość również pozostawia wiele do życzenia. Pomimo tego, ma ono pewną wartość artystyczną – z uwagi na przedstawianą sytuację, złapaną w kadr chwilę. I emocje, które oddaje. Widzimy nań rozradowanych chłopców z Aleppo, grających w piłkę z… żołnierzem Hezbollah. To są ci „terroryści” popierający „reżim”, „dziesiątkujący cywilów” itd. – jak usłużnie (dez)informują nas zachodnie media głównego nurtu i aktywiści Sorosa.

    aleppo-football

    (oprac. i tłum. M. Mazur)

    Aleppo 13-12-2016 meczet

    Parlament Europejski chce utemperować demokratycznie wybranych wolnych i pluralistycznych europosłów


    Deutsche Welle

    POLITYKA

    Parlament Europejski zaostrza kary za mowę nienawiści europosłów

    Parlament Europejski zaostrzył kodeks postępowania po wybrykach słownych przede wszystkim skrajnie prawicowych europosłów.

    Screenshot Martin Sonneborn Facebool Profil Korwin-Mikke Hitlergruß (Facebook)

    Eurodeputowany z Polski Korwin-Mikke podnosząc rękę w geście hitlerowskim wołał w 2015 roku na forum Parlamentu Europejskiego „Ein Reich, ein Volk, ein Ticket!” („Jedna Rzesza, jeden naród, jeden bilet”), krytykując plany ujednolicenia biletów na przejazdy w UE.

    Plenum Parlamentu Europejskiego uchwaliło we wtorek (13.12.2016) w Strasburgu nowy kodeks postępowania, który przewiduje ostrzejsze sankcje dla europosłów wykorzystujących to forum np. do wygłaszania tyrad pełnych nienawiści, szerzenia ksenofobii czy oszczerstw.

    Straßburg EU Parlament Eleftherios Synadinos Griechenland (picture-alliance/dpa/P.Seeger)

    Eleftherios Synadinos obrażał na forum PE Turków

    Deputowani do PE, łamiący regulamin, mogą w przyszłości zostać wykluczeni nawet przez 30 dni z prac parlamentu. Do tej pory najsurowszą karą było takie wykluczenie na 10 dni. Dla ukaranych w ten sposób europosłów oznacza to utratę ryczałtowych diet wysokości 306 euro za dzień. Poza tym, w przypadku naruszenia zasad kodeksu postępowania eurodeputowany może zostać objęty zakazem reprezentowania PE na zewnątrz przez okres do roku np. na konferencjach czy w czasie podróży parlamentarzystów. Możliwe jest także odebranie im określonych stanowisk.

    Po kieszeni

    Zaostrzenie sankcji jest reakcją na cały szereg incydentów, jakie miały miejsce od wyborów do Parlamentu Europejskiego w połowie roku 2014, w którym zasiadło ponad stu polityków o wyraźnych poglądach antyeuropejskich, w tym liczni skrajni prawicowcy.

    REDAKCJA POLECA

     

    Prasa o skandalu w PE: Korwin-Mikke „zbyt ekstremalny nawet dla Wildersa”

    „Ein Reich, ein Volk, ein Ticket” – krzyczał do mikrofonu polski polityk. Niemiecka prasa donosi o skandalicznym geście Janusza Korwin-Mikkego na forum Parlamentu Europejskiego. (08.07.2015)

     

    Korwin-Mikke: Będę przekonywał ludzi, że są niewolnikami [WYWIAD]

     

    „FAZ” o fenomenie Janusz Korwin-Mikke

     

    Niemcy walczą z mową nienawiści: policja wkracza do mieszkań podejrzanych

     

    Niemieckie media o słowach prezesa PiS: Faszystowski język nienawiści

    Na przykład polski europoseł Janusz Korwin-Mikke w czerwcu br., podczas debaty na temat kryzysu uchodźczego obrażał nielegalnych imigrantów z Afryki. Rok wcześniej na plenum PE, podnosząc rękę w geście hitlerowskim Korwin-Mikke wołał „Ein Reich, ein Volk, ein Ticket!” („Jedna Rzesza, jeden naród, jeden bilet”), krytykując plany ujednolicenia biletów na przejazdy w UE. Wystąpienia te kosztowały go za każdym razem utratę 10 diet poselskich.

    Podobnymi sankcjami obłożono Greka Eleftheriosa Synadinosa z neonazistowskiej partii Chrysi Avgi (Złota Jutrzenka). W marcu bieżącego roku, powołując się na bliżej nieokreślonych „osmańskich uczonych”, określił on Turków jako „durnych i brudnych barbarzyńców”.

    Nowy kodeks PE ogranicza także dodatkowe zarobki europosłów. Nie wolno im podejmować pracy lobbującej związanej z wynagrodzeniem. – Płatna reprezentacja interesów przedsiębiorstw i praca parlamentarzysty nie pasują do siebie – podkreśliła europosłanka z niemieckiej SPD Sylvia-Yvonne Kaufmann. Poza tym eurodeputowani mają obowiązek ciągłego aktualizowania oświadczeń o wszelkich dodatkowych zarobkach a informacje te mają być kilkakrotnie sprawdzane podczas okresu legislacyjnego.

    Parlament Europejski uchwalił także zaostrzenie zasad dostępu do PE profesjonalnych lobbystów. Lobbyści, którzy nie stawiają się na zaproszenie parlamentarnej komisji, mogą w przyszłości utracić prawo wstępu do parlamentu. W ubiegłym roku kilka międzynarodowych koncernów początkowo odmawiało zeznań przed nadzwyczajną komisją ds. unikania opodatkowania.

    AFPD/ Małgorzata Matzke

    Gołysz stworzył Amber Gold, OLT Express i całą infrastrukturę-Dobre sobie…


    WPROST.pl

    Kraj

    WYDARZENIAKRAJ

    Suski o aferze Amber Gold: Marcin P. mógł mieć patronów, którzy wciąż są ukryci

    Dodano dzisiaj 13:40 12 1 13

    Marek Suski i Małgorzata Wassermann podczas posiedzenia komisji śledczej

    Marek Suski i Małgorzata Wassermann podczas posiedzenia komisji śledczej / Źródło: Newspix.pl / DAMIAN BURZYKOWSKI

    – Działania były pozorowane, a później postępowania dyscyplinarne zmierzały do tego, żeby uniewinnić kolegów i koleżanki. Więc można powiedzieć: obraz nędzy i rozpaczy – tak wnioski na temat działania prokuratury ws. Amber Gold podsumował w audycji „Sygnały Dnia” Marek Suski, wiceprzewodniczący komisji śledczej.

    Poseł PiS zarzucił przesłuchiwanym osobom z Gdańska, że panuje wśród nich „wirus niepamięci”. – Chyba w gdańskim wymiarze sprawiedliwości amnezja to jest jakaś choroba zakaźna, bo co kogo poprosimy, to nikt nic nie pamięta. Dobrze, że jeszcze w ogóle pamiętają, jak się nazywają, bo mógłbym mieć wątpliwości, czy i tego może zapomnieli – stwierdził polityk.

    „Wszyscy wiedzieli, że to piramida”

    Marek Suski mówił też o jutrzejszym przesłuchaniu Jarosława Gowina, który był ministrem w rządzie Donalda Tuska. – Być może się dowiemy więcej na temat samego premiera i jego ewentualnych działań, zaniechań bądź ostrzegania w sprawie Amber Gold – stwierdził wiceprzewodniczący komisji śledczej. Jak przypomniał, wiadomo, że Tusk wiedział o sprawie wcześniej – tak wynika z zeznań prokuratora Seremeta oraz taśm ujawnionych przez „Wprost”. – Można powiedzieć, że wszyscy wiedzieli o tym, że to jest afera, że to piramida, natomiast nic nie robiono. Gdyby ta reakcja była wcześniej, no to tysiące ludzi mniej by straciło swoje pieniądze – ocenił Suski.

    Rola Marcina P.

    Marek Suski przychylił się do opinii Prokuratury Regionalnej w Łodzi, której zdaniem może istnieć ktoś, kto wymyślił sposób na wyłudzanie pieniędzy przez Amber Gold, a Marcin P. i jego żona byli tylko wykonawcami. – Mogło być jeszcze inaczej, że oni próbowali, bo Marcin P. już kilkakrotnie próbował różnych sztuczek, żeby wyciągnąć pieniądze od ludzi, być może też wpadł na taki pomysł, że będzie teraz działał w taki sposób, a jacyś inni ludzie się dołączyli i pomagali mu w organizacji tego wielkiego przedsięwzięcia, bo to się przekształciło w wielką firmę korporacyjną, w której było wiele oddziałów – dywagował Suski. Jak stwierdził, „wygląda na to, że on (Marcin P. – red.) miał jakichś patronów, którzy mu pomagali i którzy wciąż są gdzieś ukryci”. – I był taki moment w jego karierze oszusta, gdzie przekształcił się z małego krętacza w gigantycznego oszusta. I my mamy, można powiedzieć, namierzony ten moment i szukamy, co się stało w tym czasie, kiedy właśnie nastąpiła ta metamorfoza – ocenił Suski.

    / Źródło: Polskie Radio

    O świętym Burmistrzu i grzesznej petentce


    INTERIA

    KOBIETA, KTÓRA SPOLICZKOWAŁA BURMISTRZA WADOWIC, USŁYSZAŁA ZARZUT

    POLSKA

    9 minut temu

    Zarzut naruszenia nietykalności funkcjonariusza publicznego podczas pełnienia obowiązków służbowych usłyszała Elżbieta Ł., która spoliczkowała burmistrza Wadowic Mateusza Klinowskiego – podał w środę wadowicki prokurator rejonowy Sebastian Kiciński.

    Policja /Damian Klamka /East News

    Policja /Damian Klamka /East News

    Kobieta od dłuższego czasu ostro kontestuje publicznie działania burmistrza. Za uderzenie burmistrza grozi jej nawet do 3 lat więzienia.

    Prokurator Kiciński w rozmowie z PAP powiedział, że podejrzana częściowo przyznała się do popełnienia zarzucanego jej czynu. „Opisała motywacje, ale o szczegółach nie mogę mówić” – dodał.

    Do rękoczynów doszło w poniedziałek w magistracie wadowickim. Jak relacjonowały lokalne media, kobieta próbowała nagrać telefonem komórkowym burmistrza, który nie wyraził na to zgody.

    Doszło do szamotaniny, podczas której samorządowiec został kilkakrotnie uderzony w twarz. Podejrzana twierdziła, że to burmistrz pierwszy naruszył jej nietykalność, wyrywając jej telefon.

    Do magistratu wezwano policję. Kobieta nie chciała opuścić urzędu. Funkcjonariusze zakuli ją w kajdanki i wyprowadzili. Kilka godzin spędziła na policji.

    PAP

    Przesuwanie polskich sił na pierwszą linię


    INTERIA

    ZMIANY W ROZMIESZCZENIU POLSKICH WOJSK. BATALION PRZESUNIĘTY NA WSCHÓD

    POLSKA

    Dzisiaj, 14 grudnia (14:11)

    Jeden z batalionów czołgów należących obecnie do 11 Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej zostanie przemieszczony na wschód – zapowiedział w środę w Żaganiu szef MON Antoni Macierewicz. Pododdział trafi do brygady w warszawskiej Wesołej.

    Szef MON Antoni Macierewicz (L) i dowódca sił lądowych USA w Europie gen. broni Frederick Hodges (P) podczas konferencji prasowej po spotkaniu w 11. Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej w Żaganiu /Lech Muszyński /PAP

    Szef MON Antoni Macierewicz (L) i dowódca sił lądowych USA w Europie gen. broni Frederick Hodges (P) podczas konferencji prasowej po spotkaniu w 11. Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej w Żaganiu /Lech Muszyński /PAP

    Minister rozmawiał w Żaganiu (Lubuskie), gdzie znajduje się dowództwo 11 LDKPanc., z dowódcą sił lądowych USA w Europie gen. Benem Hodgesem o rozmieszczeniu wojsk amerykańskich w Polsce od początku 2017 r. Żołnierze z USA mają trafić m.in. do tego garnizonu.
    Na konferencji prasowej Macierewicz był pytany, czy prawdą są informacje, które można usłyszeć w Żaganiu, że jeden z batalionów czołgów ma zostać przeniesiony na wschód kraju. „Właśnie, dlatego, że w Żaganiu będą stacjonowały wojska amerykańskie będziemy mogli wzmocnić naszą flankę wschodnią przez dyslokację niezbędnych sił na wschód od Wisły. Tak to jest prawda, takie decyzje zostały podjęte i będą zrealizowane” – odpowiedział szef MON.

    Dodał, że Żagań jest niezwykle atrakcyjnym miejscem dla wojsk polskich i amerykańskich.

    Rzecznik MON Bartłomiej Misiewicz powiedział PAP, że batalion zostanie przesunięty do garnizonu w Warszawie-Wesołej, gdzie stacjonuje 1 Brygada Pancerna.

    Minister nie powiedział, z której brygady będzie wydzielony batalion, który trafi na wschód Polski. W skład 11 LDKPanc. wchodzą dwie brygady kawalerii pancernej – 10 BKPanc. w Świętoszowie (Dolnośląskie) i 34 BKPanc. w Żaganiu. Obie są wyposażone w czołgi Leopard 2 produkcji niemieckiej. W Świętoszowie są to wozy w wersji A4, w Żaganiu – A5.

    1 BPanc. jest wyposażona w czołgi PT-91 Twardy – wyprodukowane w Polsce w oparciu o radzieckie T-72.

    Obecny szef MON wielokrotnie krytykował rozmieszczenie jednostek Wojska Polskiego, których większość znajduje się w zachodniej części Polski. Zapowiadał też wzmocnienie ściany wschodniej. We wschodnich województwach – lubelskim, podkarpackim i podlaskim – powstają też pierwsze brygady Wojsk Obrony Terytorialnej, nowego rodzaju sił zbrojnych, który ma zostać powołany od początku 2017 r. (ustawa w tej sprawie czeka na podpis prezydenta). Po wybuchu konfliktu rosyjsko-ukraińskiego zwiększenie ukompletowania jednostek wojskowych na wschodzie kraju zapowiadał również poprzedni rząd.

    PAP

    Opozycja broni ubeków jak źrenicy oka


     

    CO DALEJ Z USTAWA DEZUBEKIZACYJNĄ? PIS: TO NIE ODWET

    POLSKA

    Dzisiaj, 14 grudnia (12:34) Aktualizacja: Dzisiaj, 14 grudnia (13:50)

    W Sejmie trwa gorąca debata nad sprawozdaniem komisji o rządowym projekcie zmian w ustawie o zaopatrzeniu emerytalnym służb mundurowych, zgodnie z którym emerytury i renty ponad 32 tys. byłych funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa PRL sięgną maksymalnie średniego świadczenia w ZUS.

    Sejm /Tomasz Gzell /PAP

    Sejm /Tomasz Gzell /PAP

    Przepisy mają dotyczyć służby „na rzecz totalitarnego państwa od dnia 22 lipca 1944 r. do dnia 31 lipca 1990 r.”. Informacje o jej przebiegu ma sprawdzać IPN.

    REKLAMA

    Zmiany obejmą funkcjonariuszy SB, jednostek Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Obniżenie emerytur i rent będzie dotyczyć także osób, które służyły w jednostkach MON, w tym – w Wojskowej Służbie Wewnętrznej i Wojskach Ochrony Pogranicza. Rząd chce, aby zmiany dotyczyły także kadry naukowo-dydaktycznej, naukowej, naukowo-technicznej oraz słuchaczy i studentów Akademii Spraw Wewnętrznych (z wyłączeniem Wydziału Porządku Publicznego w Szczytnie), a także Centrum Wyszkolenia MSW i Wyższej Szkoły Oficerskiej MSW w Legionowie.

    Błaszczak (PiS) o założeniach ustawy dekomunizacyjnej (TV Interia) TV Interia

    Poprawki komisji

    Podczas prac w komisjach: administracji i spraw wewnętrznych oraz polityki społecznej i rodziny, które pozytywnie zaopiniowały projekt, zgłoszono kilka poprawek. Jedna z nich dotyczy Akademii Spraw Wewnętrznych. Chodzi o objęcie działaniem ustawy wyłącznie osób, które pracowały na etatach SB w tej uczelni. „Poprawka wyłączą z tego katalogu strażaków i milicjantów” – wskazał Czartoryski.

    Kolejna poprawka wyłącza spod działania ustawy osoby, które „wstąpiły w szeregi MSW i MON” po raz pierwszy nie wcześniej niż 12 września 1989 r. Zaproponowano, aby za służbę na rzecz totalitarnego państwa nie uznawać także odbywania służby zasadniczej wynikającej z przepisów o powszechnym obowiązku obrony – poinformował poseł sprawozdawca.

    Jak mówił, poprawka ma objąć tych funkcjonariuszy, którzy po powołaniu rządu Tadeusza Mazowieckiego (12 września 1989 r.) wstąpili w szeregi MSW i MON „celem jego zreformowania”. Jak wskazano, chodzi o osoby „z opozycyjną kartą, które miały zadbać o pokojowe przejęcie kontroli nad MSW”.

    W przypadku wyłączenia spod działania ustawy osób, które odbywały zasadniczą służbę wojskową – jak wskazano – „brak takowej regulacji skutkowałby zaliczeniem żołnierzy i funkcjonariuszy, którzy odbywali zasadniczą, w tym zastępczą służbę wojskową (…) do osób pełniących służbę na rzecz totalitarnego państwa”.

    Podczas prac komisji zgłoszono także kilka wniosków mniejszości. Poseł Nowoczesnej Jerzy Meysztowicz zaproponował, aby wszystkie środki, które w wyniku zmiany przepisów pozostaną w Zakładzie Emerytalno-Rentowym w całości miałaby być przeznaczone na pomoc osobom represjonowanym przez PRL. Meysztowicz zaproponował aby ustawa weszła w życie 1 stycznia 2020 r. (Według projektu ma to być 1 stycznia 2017 r.)

    Projekt zakłada obniżenie procentowego wymiaru – z 0,7 proc. do 0,5 proc. – podstawy wymiaru za każdy rok służby w organach bezpieczeństwa. Marek Wójcik (PO) zaproponował pozostawienie tego wskaźnika na poziomie – 0,7 proc.

    Andrzej Maciejewski (Kukiz’15) zaproponował skreślenie zapisu, według którego wysokość emerytur b. funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa PRL nie może być wyższa niż miesięczne świadczenie w ZUS.

    „To nie odwet”

    Zmniejszenie świadczeń emerytom, którzy służyli lub pracowali w służbach aparatu bezpieczeństwa PRL to nie odwet, lecz przywrócenie poczucia sprawiedliwości – powiedział Janusz Śniadek z PiS w środowej debacie nad ustawą „dezubekizacyjną”.

    „Ta ustawa nie jest karą czy odwetem, przywraca elementarne poczucie sprawiedliwości, jej celem jest pozbawieni nienależnych przywilejów” – powiedział Śniadek w imieniu swojego klubu.

    „Trzeba przyznać, że to twarda ustawa, wymierzana sprawiedliwość jest raczej w duchu Starego Testamentu” – dodał. Nawiązując do kryterium obniżenia świadczeń, którym jest miejsce pracy, a nie wykonywany zawód, powiedział, że takie przepisy zamieszczono ze względu na to, że ludzie, którzy decydowali się na pracę w aparacie represji, robili to z pobudek materialnych.

    Według Śniadka, zmniejszenie emerytur i rent byłym funkcjonariuszom służb PRL pozwoli wygospodarować środki na zadośćuczynienie osobom represjonowanym.

    PO chce odrzucenia projektu
    • Rządowy projekt zmian w ustawie o zaopatrzeniu emerytalnym służb mundurowych jest niedopracowany i nie ma nic wspólnego z dezubekizacją – mówił w środę w Sejmie Marek Wójcik (PO) składając wniosek o odrzucenie w II czytaniu projektu „ustawy dezubekizacyjnej”. „Minister (spraw wewnętrznych i administracji Mariusz) Błaszczak sprzedaje kota w worku, ponieważ nie wiemy, ilu funkcjonariuszy będzie podlegało pod tę ustawę” – powiedział Wójcik.

    Poseł PO poinformował także o złożeniu do projektu poprawek. Jak mówił, jedna z nich obejmie prokuratorów, którzy w stanie wojennym służyli totalitarnemu państwu i oskarżali opozycję. „Jak możecie się państwo spodziewać, ta poprawka dotyczy również okoliczności, które ostatnio zostały ujawnione i dotyczą państwa klubowego kolegi (Stanisław Piotrowicza)” – zwrócił się do polityków PiS Wójcik.

    Przypomniał, że w 2009 r. uchwalona z inicjatywy PO tzw. ustawa „dezubekizacyjna” obniżyła emerytury ok. 25 tys. osób z cywilnych służb specjalnych PRL i dziewięciu członków Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego (w tym gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu). Od początku 2010 r. oficerowie służb PRL dostają niższe świadczenia – obliczane według wskaźnika w wysokości nie 2,6 proc. podstawy wymiaru za każdy rok służby za lata 1944-1990 – jak wcześniej, lecz 0,7 proc. (przelicznik zwykłej emerytury to 1,3).

    W 2010 r. podawano, że ich średnia emerytura wyniosła po tym ok. 2,5 tys. zł i wciąż była wyższa niż przeciętnego emeryta – 1,6 tys. zł. Obniżka dotyczyła także tych pozytywnie zweryfikowanych w 1990 r., których przyjęto wtedy do UOP. Ok. 6 tys. przypadków z 25 tys. dotyczyło wdów i bliskich osób już nieżyjących.

    Ustawa z 2009 r. nie objęła rent inwalidzkich, na które przeszła uprawniona do tego część b. oficerów, unikając w ten sposób obniżki świadczeń. Ponadto ustawa nie dotyczyła ok. 2 tys. funkcjonariuszy SB, których akta są w tajnym, tzw. zastrzeżonym, zbiorze IPN.

    W lutym 2010 r. Trybunał Konstytucyjny w pełnym składzie, przy pięciu zdaniach odrębnych, oddalił skargę na tę ustawę, złożoną przez ówczesny klub Lewicy (dawniej SLD). Zarazem TK uznał wtedy, że członkom WRON emerytury można było obniżyć tylko za służbę po 13 grudnia 1981 r. (obniżono za służbę od 8 maja 1945 r.). Oznaczało to przywrócenie im  części świadczeń.

    Kukiz 15: ustawa ma mankamenty, ale idea słuszna

    Ustawa ma swoje mankamenty, ale idea jest słuszna i cel jest słuszny – mówił podczas sejmowej debaty w środę Jarosław Porwich (Kukiz 15).

    Rządowy projekt ustawy zakłada, że emerytury i renty ponad 32 tys. byłych funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa PRL sięgną maksymalnie średniego świadczenia w ZUS.

    „Na dzisiaj ustawa mimo wszystko posiada pewnego rodzaju mankamenty(…) ale idea (jest) słuszna i cel słuszny” – powiedział Porwich.

    Podkreślił, że „bardzo dobrze stało się”, że we wtorek komisja administracji i spraw wewnętrznych przyjęła kilka poprawek. „One są bardzo istotne, m.in. chodzi o tę poprawkę, która nie uznaje za służbę na rzecz totalitarnego państwa służby, która rozpoczęła się po raz pierwszy nie wcześniej niż 12 września 1989 r. To jest bardzo dobra poprawka i należy liczyć, że tę poprawkę przyjmie Sejm” – mówił Porwich.

    Druga – jak wskazał – ważna poprawka to wyłączenia z katalogu osób służących na rzecz totalitarnego państwa m.in. słuchaczy i studentów Akademii Spraw Wewnętrznych, którzy docelowo byli zatrudnieni w Straży Pożarnej i BOR.

    Porwich pytał rząd, kiedy będą analogiczne ustawy dotyczące niezweryfikowanych funkcjonariuszy SB, sędziów i prokuratorów, „którzy stanowili część aparatu represji”.

    Z projektu wynika też, że rocznie budżet państwa będzie wydawał o ok. 546 mln zł mniej na świadczenia emerytalne i rentowe z systemu zaopatrzenia emerytalnego służb mundurowych.

    Nowoczesna: Ustawa „dezubekizacyjna” podważa zaufanie do państwa

    Ustawa „dezubekizacyjna” stosuje odpowiedzialność zbiorową, odbiera prawa nabyte i podważa zaufanie do państwa wśród ludzi, którzy mają wpływ na jego bezpieczeństwo – powiedział w środę Adam Szłapka (N). Opowiedział się za odrzuceniem projektu.

    „Nikt z nas nie ma wątpliwości, że osoby, które inwigilowały ludzi, były agentami, powinny być rozliczone, powinny być odebrane im wszystkie przywileje” – mówił Szłapka. Ale – pytał – „czy ta ustawa jest sprawiedliwa, czy sprawiedliwa jest odpowiedzialność zbiorowa?”.

    Argumentował, że ustawa „obejmie policjantów, którzy przez 25 lat służyli wolnej Polsce, walczyli z przestępczością zorganizowaną i narażali życie”, a także funkcjonariuszy wywiadu i rodziny tych, którzy zginęli służąc po 1990 roku. „Obejmie także panią, która pracowała w okienku paszportowym w tamtych czasach” – mówił.

    „Ta ustawa objęłaby także na przykład generała (Sławomira) Petelickiego” – dodał, pytając, czy sprawiedliwe jest rozliczenie wszystkich funkcjonariuszy bez względu na ich późniejsze zasługi.

    Zwrócił uwagę, że projekt jest sprzeczny z wyrokiem TK z 2010 r. Ocenił, że podważa zaufanie do państwa w „bardzo ważnej grupie, na której opieramy bezpieczeństwo państwa”, ponieważ policjanci, którzy zaczęli służbę niedawno, zobaczą, jak ich starsi koledzy tracą uprawnienia nabyte już w  wolnej Polsce. „Czy projektując tę ustawę wzięliście pod uwagę, ilu funkcjonariuszy wywiadu i służb specjalnych, którzy przejdą teraz albo przeszli niedawno na emeryturę, obejmie ta ustawa? Czy zastanawialiście się, jaka wiedzą oni dysponują, i jakie to może mieć skutki, kiedy służby obcych państw zainteresują się tymi ludźmi?” – mówił.

    Dodał, że ustawa „faworyzuje prawdziwych ubeków”, którzy nie przeszli weryfikacji lub odeszli ze służby i wypracowali sobie emerytury gdzie indziej lub wzbogacili się na dochodowej działalności.

    PSL za odrzuceniem projektu „ustawy dezubekizacyjnej”
    • Klub PSL złożył poprawkę wyłączającą z projektu tzw. ustawy dezubekizacyjnej grupę funkcjonariuszy PSP, ale to wciąż za mało, aby uznać, że projekt jest sprawiedliwy – mówił w środę w Sejmie Krzysztof Paszyk (PSL), składając wniosek o odrzucenie propozycji MSWiA.

    W jego ocenie do projektu, zgodnie z którym emerytury i renty ponad 32 tys. byłych funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa PRL sięgną maksymalnie średniego świadczenia w ZUS, zgłoszono wiele poprawek, które cywilizują ten projekt.

    „PSL złożył poprawkę wyłączającą spod restrykcji tego projektu grupę funkcjonariuszy Państwowej Straży Pożarnej. To bardzo dobrze, ale to wciąż za mało, żeby można uznać ten projekt jako dobry, jako ten, który będzie tym projektem i prawem sprawiedliwym” – powiedział Paszyk.

    Jak podkreślił, posłowie PSL zgadzają się z krytyczną oceną systemu i ustroju PRL. „Wiele tracicie w oczach Polaków czyniąc się monopolistami jeżeli chodzi o krytyczną, sceptyczną ocenę tamtego systemu i osób go tworzących” – dodał przedstawiciel ludowców, zwracając się do polityków PiS.

    Błaszczak: Ta ustawa dotyczy tylko funkcjonariuszy SB

    Głos w debacie zabrał też zef MSWiA Mariusz Błaszcza.  –  Projekt ustawy „dezubekizacyjnej” dotyczy SB, a nie milicjantów i strażaków – przekonywał.

    „Ta ustawa dotyczy SB, nie dotyczy milicjantów, funkcjonariuszy straży pożarnej, dotyczy funkcjonariuszy Służb Bezpieczeństwa, która była zbrojnym ramieniem władzy totalitarnego państwa, władzy podległej Moskwie” – powiedział Błaszczak.

    Jako kuriozalne określił wypowiedzi „o uczciwych Polakach z SB”. „Nie było takiego przykładu, a jeżeli nawet ktoś się pojawił, to ma na podstawie tej ustawy szansę” – dodał, wskazując na przepis wyłączający stosowanie ustawy, jeżeli dana osoba udowodni, że przed 1990 r. bez wiedzy przełożonych wspierała działalność na rzecz niepodległości.

    Jak powiedział, jego ugrupowanie zawsze opowiadało się za dekomunizacją. „To jest nasz cel. My będziemy przeprowadzać tego rodzaju zmiany, bo my nie jesteśmy uwikłani tak jak inni w jakieś dziwne zależności, w jakieś dziwne interesy. Zrobimy to konsekwentnie” – zadeklarował.

    PAP/INTERIA.PL

    Dlaczego wolny i demokratyczny świat obojętnie przygląda się sytuacji w Aleppo?


     

    DRAMATYCZNA SYTUACJA W ALEPPO. MIMO ROZEJMU WZNOWIONO NALOTY

    WOJNA W SYRII

    1 godz. 47 minut temu Aktualizacja: 1 godz. 2 minuty temu

    Mimo ogłoszonego rozejmu w Aleppo, w północno-zachodniej Syrii, w środę ponownie dochodzi do ataków lotniczych – podało Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka. W mieście trwają też ciężkie walki między rebeliantami a siłami reżimu. „Wszyscy się ukrywają i są przerażeni. Nie da się tego opisać. Ranni i martwi leżą na ulicach. Nikt nie ma odwagi, żeby zająć się ciałami” – relacjonuje AFP.

    Sytuacja w Aleppo jest bardzo poważna /KARAM AL-MASRI / AFP /AFP

    Sytuacja w Aleppo jest bardzo poważna /KARAM AL-MASRI / AFP /AFP

    Informacje Obserwatorium potwierdza m.in. syryjski aktywista Mahmud Raslan. Z jego relacji wynika, że samoloty rządowe bombardują dzielnicę Ansari, w której znajdują się rebelianci. Według Raslana maszyny atakują „tak jakby nie było czegoś takiego jak ‚zawieszenie broni’ albo ‚ewakuacja cywilów'”. Podkreślił, że działania wojsk reżimu pokazują, że „oni chcą nas wszystkich zabić”.

    O bombardowaniach informują też przedstawiciele służb ratunkowych z Aleppo. Ich zdaniem nie jest jasne czy ataki przeprowadzają samoloty syryjskie czy rosyjskie.

    Tymczasem syryjska telewizja rządowa podała w środę, że w wyniku ostrzału artyleryjskiego dzielnicy Bustan al-Kasr w Aleppo zginęło sześć osób. Obszar ten został niedawno odbity z rąk rebeliantów przez siły wierne prezydentowi Baszarowi el-Asadowi.

    Turecka agencja prasowa Anatolia poinformowała, że prawie 1000 uciekinierów z Aleppo jest przetrzymywanych przez irańską milicję na punkcie kontrolnym poza miastem; Irańczycy wspierają siły reżimowe.

    „Te osoby przekroczyły rosyjski punkt kontrolny. (…) Jednak po opuszczeniu Aleppo zostali zatrzymani na drugim punkcie kontrolnym, gdzie obecne są irańskie milicje, które odmówiły im przejścia” – powiedział szef tureckiego oddziału Czerwonego Półksiężyca Kerem Kinik. Dodał, że obecnie trwają negocjacje w sprawie przepuszczenia uciekinierów.

    We wtorek wieczorem porozumienie o zawieszeniu broni zostało ogłoszone przez grupy rebelianckie i potwierdzone przez Rosję i Turcję, które w Syrii wspierają odpowiednio reżim prezydenta Asada i opozycję. Celem porozumienia jest ewakuacja najpierw cywilów, a potem rebeliantów z oblężonych dzielnic.

    „50 tysiącom cywilów grozi śmierć”. Mieszkańcy Aleppo apelują o pomoc

    Wstrząsające relacje

    „Bombardowanie trwa, nie możemy się nigdzie ruszyć. Wszyscy się ukrywają i są przerażeni. Nie da się tego opisać. Ranni i martwi leżą na ulicach. Nikt nie ma odwagi, żeby zająć się ciałami” – relacjonuje w rozmowie z agencją AFP aktywista Mohammad al-Khatib.

    Korespondent agencji widział czołgi reżimu bombardujące rebelianckie dzielnice. Zawieszenie broni to fikcja. Mieszkańcy opowiadają, że wszyscy zostaną straceni, gdy siły rządowe odbiją ich miejsca zamieszkania.

    Mimo zimna, wiatru i opadów wiele rodzin śpi pod gołym niebem. Ich mieszkania są już tylko stertą gruzu. „Wokół mnie wszyscy płaczą” – relacjonuje korespondent AFP. Brakuje jedzenia.

    Aleppo /PAP/EPA

    Aleppo /PAP/EPA

    PAP/INTERIA.PL

     

    Kolejna wolnoeuropejska debata o polskiej poraworządności


    WP.PLStrona główna serwisu

     

    akt. 14.12.2016, 15:44

    Debata o sytuacji w Polsce w Parlamencie Europejskim

    W Parlamencie Europejskim ok. 16.00 rozpocznie się debata o sytuacji w Polsce. W planach nie ma rezolucji w tej sprawie. Początkowo debata miała odbyć się we wtorek. Parlament przyjął jednak wniosek posła Bogusława Liberadzkiego z frakcji socjalistycznej i zgodził się z argumentacją polskich eurodeputowanych, że termin debaty przypadający w 35. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego jest datą szczególnie niefortunną.

    AFP / FREDERICK FLORIN

    RELACJA NA ŻYWO

    Automatyczne odświeżanie

    6 min temu

    Obserwuj

    Jarosław Wałęsa @WalesaMEP

    Zaraz zaczynamy debatę o Polsce. Ważny głos w tej sprawie. #debata http://fb.me/83ZuDiFVY

    16:06 – 14 gru 2016

  • 11 podany dalej

  • 11 polubienie

  • 7 min temu

    Obserwuj

    Rafał A. Ziemkiewicz @R_A_Ziemkiewicz

    W Aleppo – straszliwa rzeź. W Warszawie – kwik pozbawianych koryta. Ważniejszy. Żaden adekwatny komentarz nie mieści się w uprzejmej mowie. https://twitter.com/tvp_info/status/809038123812458496 …

    15:23 – 14 gru 2016

  • 5252 podane dalej

  • 121121 polubień

  • 8 min temu

    Obserwuj

    Michał Boni @MichalBoni

    Juz za 5 min debata o PL w #Europarl. Na zywo ze Strasburga http://www.europarl.europa.eu/ep-live/pl/plenary/video?date=14-12-2016 …

    16:03 – 14 gru 2016

    Photo published for Nagranie wideo z posiedzenia plenarnego:14-12-2016 | EPTV | Parlament Europejski

    Nagranie wideo z posiedzenia plenarnego:14-12-2016 | EPTV | Parlament Europejski

    Nagranie wideo z posiedzenia plenarnego: [14-12-2016] (oglądanie, edycja, pobieranie itp.)

    europarl.europa.eu

  • 11 podany dalej

  • polubień