Na jałowym biegu polsko-ukraińskim


Myśl Polska

Najstarszy polski tygodnik – ukazuje się od 1941 roku

 

Na jałowym biegu…

salon.jpg
W czwartek odwiedziłem warszawskie Targi Książki Historycznej. Od kilku lat odbywają się one w Arkadach Kubickiego obok Zamku Królewskiego. Warto odwiedzić.Chcę opisać wrażenia ze spotkania z jednym z autorów. Powodowany ciekawością zaszedłem na spotkanie z niejakim Wiesławem Romanowskim, który usiłował reklamować swoją nową książkę o prowokacyjnym tytule: „Bandera – ikona Putina”.

Tego Romanowskiego kojarzyłem już z wcześniejszych publikacji, których sensem, według mnie, jest próba relatywizacji zbrodniczej roli OUN-UPA, a przede wszystkim samego Bandery. Przedstawianie go jako kogoś nieznaczącego, może zagubionego, na kogo nie warto zwracać uwagi, a należy przede wszystkim popierać Ukrainę. Tę ostatnią jego publikację odbieram jako prymitywną wręcz próbę powiązania Bandery z Putinem, co dla każdego, cokolwiek zorientowanego, jest po prostu odwracaniem kota ogonem.

Absolutnie nie polecam tego rodzaju niewyszukanej propagandy. na spotkaniu o tej książce prawie nie mówiono, a dyskutowano o rozwoju stosunków polsko-ukraińskich w ostatnim czasie. Na może 20 obecnych osób, dużo było Ukraińców, w tym także dwie osoby z ich ambasady.

Rozpoczął Romanowski zadając pytanie o sens uchwały sejmowej o ludobójstwie na Wołyniu. Według niego „spętała” ona nogi polskiej dyplomacji, która nie jest teraz w stanie działać na Ukrainie. Jakie cele zrealizowano za pomocą tej uchwały? Wśród zabierających głos z polskiej strony, był m.in. redaktor Ryszka z „Rzeczpospolitej”, padła przytomna odpowiedź – a jakie cele zrealizowano do tej pory, przez 25 lat unikania tematu Wołynia? Nie udało się zdemontować tej bomby, i mleko się rozlało, co widać po masie książek o tematyce wołyńskiej na targach. Stronie ukraińskiej bardzo to było nie w smak a i ślepym wyznawcom bezwarunkowego pojednania także wyraźnie to przeszkadza. Zwracano także uwagę, chyba pan Reszka, że relacje polsko-ukraińskie przebiegają po sinusoidzie, od egzaltacji poparcia (podczas Majdanów) do Wołynia.

Głos zabrał też ukraiński dziennikarz i publicysta ze Lwowa Andrij Pawłyszyn,który przedstawiał swój pogląd na sprawy polsko-ukraińskie jako maksymalnie otwarty i liberalny.
Czyli należałoby oczekiwać, że będzie to opinia bardzo wyważona i pojednawcza. A co on mówił? Otóż stwierdził, że uchwała sejmu zniszczyła 30 lat „konsensusu historycznego”, że dla Ukraińców to Dmowski i Piłsudski są gorsi od Bandery i Szuchewycza. Część Sali zaczęła się śmiać usłyszawszy takie absurdy. Wspomniał też o Zakerzoniu, jako ziemiach ukraińskich No i na koniec był uprzejmy ocenić obecne działania polskie, czyli uchwałę o ludobójstwie, i film Wołyń, jako uwaga ….. element polskiej wojny hybrydowej przeciwko Ukrainie. Jeśli takie jest podejście ultra liberalnego ukraińskiego działacza, to wręcz strach poznać stanowisko przeciętnego Ukraińca.

Widać, że ten dotychczasowy dialog, oparty na paradygmacie Giedroycia, jest sztuczny i on do niczego nie prowadzi, zaś przez stronę ukraińską jest słusznie interpretowany jako polska kapitulacja i gotowość do zaakceptowania wszelkich ukraińskich pretensji.

Dowiedziałem się także jak wygląda obecne podejście Dudy do sprawy tego dialogu. Otóż w kręgu pałacu prezydenckiego lansuje się tzw. wariant kurylski, czyli wyłączenie z rozmów polsko-ukraińskich kwestii wołyńskiej. Nazwa, kurylski, pochodzi od pewnej formuły rozmów japońsko-rosyjskich z wyłączeniem sprawy spornych Wysp Kurylskich. Zastosowanie takiej formuły do kwestii polsko-ukraińskich wydaje się całkowicie chybione, bo to tak jakby kwestię Holokaustu próbować usunąć ze stosunków niemiecko-żydowskich. To przecież całkowity absurd. A i wariant kurylski w relacjach rosyjsko-japńskich także się nie sprawdził i okazało się, że bez ruszenia sprawy tych wysp, żadnego istotnego postępu nie osiągnięto.

Tak samo jak lawirowanie przez Lecha Kaczyńskiego w sprawie Wołynia nic nie dało, a tylko sprawę pogorszyło, gdyż brak jego zdecydowanego stanowiska wobec Juszczenki spowodowało, że ten ostatni nadał tytuły bohatera Ukrainy dla Bandery i Szuchewycza. Ponoć w tej sprawie Lech Kaczyński został przez Juszczenkę oszukany, który obiecywał, że sprawa nie będzie ruszana. Polityk nie może się powoływać na to, że został w jakiejś sprawie oszukany. Jeśli został oszukany, to nie nadaje się na polityka.

Jeden z uczestników zwrócił uwagę, że nie ma żadnych badań socjologicznych wśród Ukraińców przebywających, czy osiedlających się w Polsce. Że zupełnie nie wiadomo, kim są ci ludzie, co oni myślą. Na to była reakcja, ze strony ukraińskiej, że takie badania to może być wstęp do polonizacji tych ludzi.

No i jeszcze ten ogólny płacz, że sprawa Wołynia może się negatywnie odbić na przebywających obecnie w Polsce Ukraińcach, że źle się stało, zaś Romanowski wprost przyrównał uchwałę sejmową w sprawie ludobójstwa, do rzucenia butelką o stół, co zostawiło tylko jakiś niesmak. Tak straszne było według niego zachowanie polskiego Sejmu.

I pomyśleć, że ten człowiek jeszcze niedawno służył w polskiej dyplomacji, był konsulem w Grodnie, czy wicedyrektorem Instytutu Polskiego w Mińsku. Jak widać sprawa ambasadora Piekły, nie jest jednostkowa i ma o wiele szerszy kontekst.

A na koniec ktoś przytomnie stwierdził, że tę całą obecną przyjaźń polsko-ukraińską warunkuje jedynie nienawiść do strony trzeciej, czyli do Rosji. Słabe to spoiwo, bo jak przypomniano, gdy na polsko-ukraińskim spotkaniu we Lwowie chciano wypić za jakaś wspólną sprawę, to nie można było, za nic, takiej znaleźć. Romanowski podrzucił, chyba żartem, że można było wypić za Banderę. I tak to się przedstawiają obecne perspektywy pojednania polsko-ukraińskiego, a raczej całkowity ich brak.

Stanisław Lewicki

Żarna czasu mielą nieuchronnie


 

Zygfryd Gdeczyk

Serdecznie witam PT Państwa na moim blogu życząc przyjemnej zabawy

 

czwartek, 18 marca 2010

 

Żarna czasu

Żarna czasu boleśnie mielą solidarną beztroskę.

Typowym przykładem solidarnej mądrości i perfidii politycznej była afera wokół budowy elektrowni jądrowej w Żarnowcu. Dzisiaj z perspektywy czasu i decyzji podejmowanych przez światowe i europejskie gremia dążące do ograniczenia konsumpcji węgla celem ochrony środowiska naturalnego widać jak na dłoni sensowność decyzji podjętej i wdrożonej przez PRL w zakresie podjęcia wysiłku budowy pierwszej polskiej elektrowni atomowej.

Ten dalekosiężny zamiar storpedowała „Solidarność” wyczyniając „cuda i niewidy” u bram tego nowobudowanego kompleksu.
Cały obiekt miał obejmować 70 ha wraz z setkami obiektów, z których znaczna część została już pobudowana. Ze względów politycznych bez merytorycznej podbudowy „S” urządzała systematyczne awantury, byle tylko dokopać czerwonym. W rezultacie tych zabiegów rząd Mazowieckiego zamknął budowę elektrowni.

Podobnie jak wszystkie PGR-y zaczęła ona ziać pustką i przynosić potworne straty na niechronionym obiekcie.
Obejrzenie aktualnych zdjęć z placu budowy elektrowni przywodzi najstraszniejsze scenariusze księżycowego obrazu po wybuchu jądrowym. Naturalne zniszczenia i świadoma dewastacja doprowadziły ten obiekt do stanu klęski i rozpaczy. Nikt się tym problemem nie martwił przez dwadzieścia solidarnych lat sukcesów i urodzaju, polegających na idiotycznej destrukcji wszystkiego do czego owe orły wolności miały możliwość przyłożenia swych łapek.

Dzisiaj po ćwierćwieczu bezhołowia Tusek zaskoczył i postanowił kontynuować budowę sztandarowego obiektu komunistycznego. Jaja jakieś, kpiny czy kompletny idiotyzm władz, które zawsze i wszystko wiedzą najlepiej w solidarnej edycji.

W związku z tym chętnie bym się dowiedział ile Polskę kosztowała dotychczasowa budowa Żarnowca, która poszła w błoto. I kto zapłaci za głupotę, brak wizji i niszczycielską beztroskę. O ile znam polityczną argumentację nuworyszy to koszty swej głupoty i niegospodarności utopią oni w pozycji „komunistycznej winy”, znaczy się, że komunistyczny aparat partyjny przepił tę inwestycję.

Potrzeba było prawie jednej generacji by solidarni jako tako dojrzeli do sprawowwania władzy i zaczęli myśleć o perspektywicznym rozwoju Polski. Przykład Żarnowca jest zaledwie jednym z licznych zdarzeń jak straszne rachunki wystawiła Naszemu Krajowi prawica.

Jej absolutnie nie interesował rachunek zysków i strat tak charatketrystyczny ponoć dla liberałów.
Im chodziło wyłącznie o odsunięcie narodu od władzy, pozbawienie go naturalnego i świętego prawa własności, po to by przejąć destrukcyjne władanie nad polską gospodarką. A im większe były zniszczenia polskiej substancji gospodarczej, tym większe musiało postępować zagraniczne zadłużenie Polski i uzależnienie jej od zachodnich mocodawców, którzy ulokowali w niej swój kapitał i teraz już przy pomocy sił NATO nie pozwolą go sobie odebrać.

To o czym wyżej powiedziano dotyczy całego polskiego rolnictwa i przemysłu. Ogromne gałęzie gospodarki narodowej zostały zlikwidowane lub wręcz zniszczone, wyprowadzając milionowe rzesze ludzkie na bruk, pozbawione elementarnych warunków ludzkiej egzystencji. Nie tylko kapitał martwy ale i żywy z czasem został przejmowany przez zachodnie gospodarki.

Polska ze wschodniego uzależnienia popadła w uzależnienie zachodnie, co jak gdyby poprawiało solidarny komfort przejście z picia kwasu chlebowego na coca-colę. Przy czym dzisiaj bardzo wielu nie stać już nie tylko na wodę mineralną ale nawet na sok z kiszonej kapusty lub z kwaszonych ogórków domowym sposobem.

Jedynym co nam ewidentnie przyrasta to zachorowalność na raka, od którego leczenia demokracja odżegnuje się rękoma i nogami Pani Kopacz, ponieważ wydatki na leczenie nie domykają im budżetu. Natomiast polityczne urwipołcie burżuazyjne ani słowem nie wspomną, że system ulg, zwolnień i dotacji dla wielkiego kapitału także uniemożliwia zamknięcie budżetu.

Wygodniejsze jednak i ideowo uzasadnionym jest stwarzanie preferencji dla bogatych i cięcie skalpelem po kosztach biedoty, bo taka jest uroda kapitalizmu, o której nie wspominano rozmodlonym robotnikom Stoczni Gdańskiej. I na tym to właśnie polegało solidarne poszukiwanie prawdy, poprzez wpuszczanie w maliny durnych roboli.

Dzisiaj przywódca tego ruchu obłowił się sporo wraz z całą sitwą totumfackich. Ostatnio oświadczył , że jego o tyle interesują publiczne problemy o ile on może na tym zarobić. A ja jakoś dziwnie nic nie słyszałem o tym, żeby pierwszy przywódca komunistyczny przyswoił sobie jakąś fabryczkę makaronów jak to uczynił świetlany i solidarny następca.
Tych afer solidarnych sprowadzających się do przewłaszczania państwowego majątku mamy bez liku.

I nie jest to kwestia losowych przypadków lub złej woli ludzkiej. Siłą motoryczną tych przekrętów jest konieczność kradzieży państwowego majątku jako najtańszej formy politycznych przekształceń, chcąc nie chcąc akceptowanej przez nowe i zdemoralizowane elity.

I nie ujrzałyby światła dziennego te złodziejskie metody transformacji, gdyby nie śmiertelna walka o egzystencję między PO i PiS-em. Powiedzmy trywialnie i wprost, chodzi o walkę między „nażartą” PO i „wygłodniałym” PiS-em. Dla Polski nie ma merytorycznego znaczenia czy wygra PiS czy PO. Żadna z tych partii nie gwarantuje zmiany istniejącegio status quo.

Są to dwie partie o tej samej liberalnej genealogii i programowej wizji rozwoju. Różni je jedynie stopień nienawiści wobec komunizmu czyli powiedzmy otwarcie, wobec polskiego narodu i ludu. Bliższe przyjrzenie się elitom obu opcji wskazuje na ich to samo drzewo genealogiczne. Z tego punktu widzenia dla sił przeprowadzających w Polsce transformację nie ma żadnego znaczenia, który z dotychczas proponowanych kandydatów na Prezydenta wygra ten bieg.

A żarna sprawiedliwości mielą, mielą powoli i długo ale skutecznie. O czym winni wiedzieć pełni wiary poszukiwacze prawdy.
Salus populi suprema lex.
Natomiast cała reszta jest zwykłym bełkotem politycznym na prawej stronie boiska.

Ten mecz ciągle trwa, gdzie siły rozłożone są fifty fifty, dlatego w tym morderczym uścisku stosowane są chwyty poniżej pasa, w nadziei na szybsze i ostateczne zwycięstwo solidarnych elit, co nie jest równoznacznym z naszym zwycięstwem, zwycięstwem oszukanych i wywłaszczonych.
_________________
Łaskotanie prawicy

Głos Ludu jest głosem Boga


Newsweek

Wybory w Austrii, włoskie referendum. Europę czekają wstrząsy i turbulencje

Data publikacji: 05.12.2016, 13:57Ostatnia aktualizacja: 05.12.2016, 20:33

Włochy Austria Unia Europejska

3ZOBACZ GALERIĘ
3 ZDJĘĆ

źródło: 123RF

Jacek Pawlicki

JACEK PAWLICKI

W Austrii wygrał zdrowy rozsądek, we Włoszech gniew. To zapowiedź turbulencji i wstrząsów, które czekają Europę w 2017 roku. Jeśli UE je przetrwa, będzie mocniejsza. Zapnijmy więc pasy.

Mógłby to być „czarny poniedziałek” dla Europy, ale niespodziewana wygrana kandydata Zielonych w Austrii sprawiła, że odżyły nadzieje na to, że świat jeszcze do końca nie zwariował. Widać wyborcy nie zawsze dają się ponieść iluzji. Po raz kolejny okazało się, że nie warto polegać na sondażach, bo zdecydowanie wygrywał w nich Norbert Hofer ze skrajnie prawicowej Partii Wolnościowej. Wielu publicystów snuło już wizję Austrii jako pierwszego kraju w UE, na którego czele stanąłby polityk partii o brunatnym dziedzictwie.

Wyborczy weekend w Austrii pokazuje, że być może przesadzone są prognozy zgodnie z którymi populiści i skrajna prawica będą wygrywali teraz różne referenda i wybory w kolejnych krajach Europy. Owszem zwycięstwo zwolenników Brexitu i wybór Trumpa wzmocniły partie populistyczne, nacjonalistyczne i antyeuropejskie w całej Europie, ale nie wszystkie kostki domina muszą upaść. W społeczeństwach wielu krajów UE obudził się instynkt samozachowawczy, który przejawia się np. w nagłym wzroście poparcia dla członkostwa w UE czy jak w przypadku Austrii – głosie rozsądku za mniej kontrowersyjnym, choć równie rewolucyjnym dla tamtejszego świata politycznego prezydentem (Van der Bellen będzie pierwszym prezydentem z partii Zielonych od 1945 roku). Oczywiście skrajna prawica w Austrii nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa i Wolnościowcy Strachego wciąż mogą wygrać wybory parlamentarne w 2018 roku. Wówczas wiele zależeć będzie od dwóch głównych austriackich partii, które do tej pory dzieliły się władzą – chadeków i socjaldemokratów. W obu obozach są ludzie gotowi współpracować ze skrajną prawicą, ale najnowsza historia polityczna Austrii uczy, że skrajna prawica wprowadzana na wiedeńskie salony łagodnieje i traci na znaczeniu.

Ile zarabiają światowi przywódcy? Zobacz wideo:

0:00 / 1:35

Polityczne, włoskie zamieszanie

Porażka włoskiego premiera Matteo Renziego, który po przegranym referendum konstytucyjnych podał się do dymisji, to znacznie poważniejsza sprawa niż austriacki thriller z Hoferem w roli głównej. A to dlatego, że odejście reformatora może być katalizatorem kryzysu finansowego we Włoszech, o którym w Europie mówi się od dłuższego czasu, a który z racji wielkości włoskiej gospodarki byłby zabójczy nie tylko dla Italii, ale i dla strefy euro. Renzi popełnił ogromny błąd, stawiając – podobnie jak wcześniej premier Cameron w Wielkiej Brytanii – wszystko na jedna kartę referendum. Musi za to ponieść polityczną cenę – i wcale się nie uchyla od odpowiedzialności. Na szczęście jego porażka nie musi wcale oznaczać zwycięstwa populistycznego Ruchu Pięciu Gwiazd w przedterminowych wyborach, jeśli te zostaną szybko rozpisane. Nie wszyscy, którzy głosowali na „nie” w referendum poprą w wyborach partię byłego komika, którego ludzie rządzą w dużych włoskich miastach (m.in. Rzymie) i wykazali się ogromną niekompetencją. Wręcz przeciwnie po „ukaraniu” Renziego za jego technokratyczną politykę i reformatorskie zapędy, Włosi wybiorą kandydata środka, bardziej umiarkowanego i przewidywalnego, ale raczej nie rzucą się na głęboką wodę oddając władzę parweniuszom.

Porażka włoskiego premiera Matteo Renziego to znacznie poważniejsza sprawa niż austriacki thriller z Hoferem w roli głównej. A to dlatego, że odejście reformatora może być katalizatorem kryzysu finansowego we Włoszech.

DPA PAP

Porażka włoskiego premiera Matteo Renziego to znacznie poważniejsza sprawa niż austriacki thriller z Hoferem w roli głównej. A to dlatego, że odejście reformatora może być katalizatorem kryzysu finansowego we Włoszech.

Jest jeszcze coś. Włosi są europejskimi mistrzami politycznego zamieszania. Rząd Renziego był 63. włoskim gabinetem po II wojnie światowej, co oznacza, że średnio premier sprawuje tam władzę nieco ponad rok. Niestabilność polityczna tak szkodliwa dla demokracji w innych krajach Zachodu jest we Włoszech regułą.

Epidemia populizmu

CZYTAJ TAKŻE

Katastrofa kolejowa we Włoszech: co najmniej 20 zabitych WIĘCEJ ❯

Cenne zabytki we Florencji zagrożone. Osunęła się ziemiaWIĘCEJ ❯

Sergio Mattarella nowym prezydentem Włoch WIĘCEJ ❯

Polityczne zamieszanie we Włoszech i Austrii to tylko przedsmak tego, co nas czeka w Europie w 2017 roku. Pierwszym testem tego na ile silna jest populistyczna fala będą wybory w Holandii wiosną przyszłego roku. Z sondaży wynika, że może je wygrać populistyczna i antyeuropejska Partia na rzecz Wolności Geerta Wildersa. Na szczęście w sondażach jest ona zawsze przeszacowana, a kiedy przychodzi decydować o losach kraju Holendrzy przychodzą po rozum do głowy i wolą partie głównego nurtu Zwycięstwo zdrowego rozsądku w Holandii mogłoby przełamać niekorzystny trend w Europie i wzmocnić proeuropejski biegun. Nie ma jednak wątpliwości, że najbliższe miesiące będą pełne dramatycznych zwrotów akcji, alarmistycznych sondaży i kryzysów. Mam jednak nadzieję, że wszystko to uodporni Europę przed wirusem nacjonalistycznego populizmu. I że ta epidemia nie skończy się tragicznie.

Commandante, który ponad 600 amerykańskich zamachów kubańskim moczem olał


Jarosław Pietrzak: Historia go rozgrzeszy

[2016-12-06 09:02:32]

W okresie kryzysu kubańskiego Związek Radziecki na niepokorną karaibską wyspę wysłał nie tylko swoich wojskowych i rakiety, ale też słynnego reżysera, laureata canneńskiej Złotej Palmy za Lecą żurawie, Michaiła Kałatozowa. Pracował on tam nad niezwykłym filmem, jeszcze piękniejszym niż tamten, ale zbyt ekscentrycznym formalnie na swoje czasy i na długo po premierze w 1964 zapomnianym – dopóki nie odkryto go na nowo w latach 90. XX wieku. Soy Cuba (Ja, Kuba) powstał jako koprodukcja radziecko-kubańska. Zainicjowana przez Kubańczyków, którzy dali reżyserowi ogromny margines twórczej wolności, produkcja stała się jednak w znacznym stopniu wyrazem zachwytu samych Rosjan i innych narodów Związku Radzieckiego (Kałatozow był Gruzinem) Rewolucją Kubańską. Kuba Fidela Castro przez sam aparat radzieckiego państwa, zwłaszcza jego szczyty, traktowana często była jako co najmniej zagwozdka, czasem bez mała dopust boży (Castro nie raz i nie dwa postawił Moskwę przed faktami dokonanymi i wymuszał na niej działania, do których wcale nie było jej rychło). Ale Rosjanie i inne narody Związku Radzieckiego, ci wszyscy, którzy wierzyli wciąż w socjalizm, komunizm, antyimperializm, internacjonalizm, albo pamiętali, jak bardzo kiedyś w nie wierzyli, zobaczyli na wyspie, w politycznej namiętności jej mieszkańców, którzy wspólnie wzięli swój los w swoje ręce i odparli pretensje największego kapitalistycznego mocarstwa, którego upasione na grabieży, gargantuiczne cielsko zwisa nad nimi na mapie, że to wszystko wciąż są sprawy z porządku życia i śmierci, z porządku naglącej aktualności. Z porządku politycznego zbawienia ludzkości. To jest naprawdę niesamowity film. Pokaż go swoim dzieciom, zostaną rewolucjonistami.

  • We właściwej ocenie kubańskiego przywódcy i jego dorobku pomóc może jedna z wielu trafnych obserwacji wybitnego amerykańskiego historyka Grega Grandina. Zauważa on gdzieś, że wybory polityczne przywódców każdej kolejnej rewolucyjnej, emancypacyjnej próby podejmowanej przez kolejne społeczeństwa zachodniej półkuli rozumieć można tylko biorąc pod uwagę próby, które je bezpośrednio poprzedzały. Większość z nich zakończyła się bowiem porażkami (prawie zawsze z „pomocą” Waszyngtonu). Każdy kolejny latynoski przywódca kierował się imperatywem uniknięcia błędów poprzedników, uniknięcia powtórki z historii jemu najnowszej.
    Dla przywódców Rewolucji Kubańskiej kluczowym takim odniesieniem było wsparte przez USA obalenie lewicowego rządu Jacobo Árbenza w Gwatemali w 1954. Przebywał tam aurat wtedy Ernesto Guevara, zanim udał się do Meksyku, gdzie miał poznać Fidela Castro. Brutalne zarżnięcie postępowych dążeń środkowoamerykańskiej republiki stanowiło poglądową lekcję tego, do czego Imperium Dolara jest zdolne, jakie piekło na Ziemi gotowe jest rozpętać, by utrzymać stosunki klasowe w całej hemisferze w postaci, jaka służy jego interesom i wpasowuje się w jego własny projekt ideologiczny.
    Kuba – z jej wzorowanym na sowieckim monopartyjnym modelu politycznym, z amerykańskim embargiem i ciągłymi atakami ze strony Stanów Zjednoczonych, zamachami na życie jej przywódców organizowanymi przez CIA (ponad 630 na życie samego Fidela), z uzależnieniem od militarnego i ekonomicznego wsparcia ZSRR – była takim negatywnym punktem odniesienia dla Salvadora Allende, który liczył, że uniknie losu wyspy, jeśli przejście do socjalizmu odbędzie się w warunkach głębokiego poszanowania dla procedur demokratycznych. Czas pokazał, że były to złudzenia. Rodzimy kapitał sabotował gospodarkę „strajkiem inwestorów” i wywoływaniem sztucznych niedoborów. Do tego sabotażu przyłączał się kapitał zagraniczny – stąd rządowi Allende nie udało się np. zakupić z Francji komputerów potrzebnych do budowy pionierskiego systemu stanowiącego zapowiedź Internetu. Allende nie chciał potraktować chilijskiej burżuazji tak brutalnie, jak kubańską potraktował Castro. Liczył na to, że zmiany struktury własności uda się jedna po drugiej… przegłosować. Ale Imperium Dolara demokracja i głosowania interesują tylko tak długo, jak długo stanowią one fasadę bądź ramę dla tytułów własności i procesów akumulacji kapitału. Połączyło więc siły z niewypędzoną i niewywłaszczoną chilijską burżuazją, i rękoma Augusto Pinocheta zarżnęło polityczny projekt Allende.
    Nowszy przykład. Rządy Partii Pracowników Luli da Silvy w Brazylii. Pragnienie uniknięcia z kolei tamtego losu przez jeszcze większą niż w przypadku Allende uległość w stosunku do formalnych reguł liberalnej demokracji, w tym wobec fetyszu prawa własności. Oligarchiczna wielka własnosć znalazła się poza sferą nawet dyskursywnej krytyki politycznej. Nie stała się nawet przedmiotem debaty. To też nie uchroniło projektu politycznego Luli. Oligarchiczna prawica wykorzystała sztuczki konstytucyjne, by odsunąć Partię Pracowników od władzy i postawić na czele rządu byłego informatora amerykańskiej ambasady. Kto wie, czy nie wsadzi Luli za coś do więzienia, żeby nie zdołał stanąć do wyborów w 2018. W międzyczasie reakcyjna administracja Temera wyzeruje wszystkie reformy Luli i Rousseff, zamrozi wydatki na programy społeczne i wyprzeda zasoby kraju, z Amazonią włącznie – krewnym, znajomym i Amerykanom. A mówimy o kraju znacznie silniejszym niż Kuba, piątym najludniejszym na świecie.
    Dziś, kiedy kolejne emancypacyjne projekty w Ameryce Łacińskiej upadają pod presją Imperium Dolara i „rynków światowych”, inne trzymają się ostatkiem sił, a jeszcze inne są tylko ruinami i wspomnieniem, historia windykuje wybory dokonane przez Fidela Castro. A przynajmniej uzasadnia jego ocenę stawek i zagrożeń, oraz strategiczne i taktyczne wybory, jak zdobyć tyle, ile się w danym układzie sił międzynarodowych da, i jak obronić jak najwięcej z tych zdobyczy. Tylko jego projekt przetrwał tak długo.

W osobie Fidela Castro odszedł uniwersalista i wielki człowiek Oświecenia, uczeń – jak sam o sobie mówił w wywiadzie-rzece, jakiego udzielił Ignacio Ramonetowi – Karola Marksa z jednej i swojego wielkiego rodaka José Martiego z drugiej strony. Jako człowiek Oświecenia Castro wierzył, że uwolnienie ludzkości (zaczynając od ludu własnego kraju) od niepotrzebnego cierpienia – głodu, uleczalnych chorób, bezwzględnego wyzysku, konsekwencji dewastacji środowiska, wykluczenia z dostępu do wiedzy naukowej – jest sprawą najpilniejszą i jako takie ma pierwszeństwo przed pełnią liberalnych praw politycznych, jeżeli prawa te miałyby stanąć na przeszkodzie. Łatwo go krytykować z europejskiej kanapy, ale nawet najbardziej zagorzali lewicowi krytycy Castro piszący z pozycji demokratycznego socjalizmu, muszą w końcu przyznać (jak Samuel Farber pod koniec swojej książki), że na Kubie ze świecą szukać innej opozycji niż neoliberalna agentura Waszyngtonu i ultrareakcyjnego lobby wypędzonych milionerów w Miami. Castro uznał, że dopuszczenie tego elementu do udziału we władzy oznaczałoby groźbę utraty zdobyczy Rewolucji w zakresie praw społecznych.
A są to zdobycze w warunkach oblężenia przez monstrum z północy imponujące – wskaźniki alfabetyzacji, długości życia i ilości lekarzy na tysiąc mieszkańców wśród najwyższych na świecie; śmiertelność niemowląt wśród najniższych na świecie; niedożywienie wśród dzieci – 0%; bezprecedensowe sukcesy w odtworzeniu zdewastowanych przez kapitalistyczną ekspoloatację ekosystemów (podwojenie powierzchni lasów); spektakularne sukcesy nauk medycznych (wynalezienie szczepionek na szereg chorób tropikalnych i na raka płuc, okrycie metody zatrzymania transmisji wirusa HIV z organizmu zakażonej matki do organizmu płodu, itd.). Rewolucyjna Kuba stała się też prawdziwą potęgą kulturalną – okresy nasilonej cenzury ostatecznie z ogromną nawiązką zrekompensowane zostały przez stworzenie twórcom warunków wolności od totalitarnej władzy rynku.

  • Tak, zabijał ludzi. Ale złych ludzi, tych, którzy na to zasługiwali lub których zabić było trzeba. „Rewolucja to nie scieżka usłana różami, to walka na śmierć i życie między przyszłością a przeszłością”. Ci, którzy stają w niej w imię przyszłości, mają przeciwko sobie gotowych na wszystko obrońców przeszłości. Wielcy Książęta Przeszłości nie przebierają w środkach, zrobią wszystko, by obronić swoje przywileje i interesy, niezależnie od skandalu cierpienia większości, na jakim są ufundowane. Jeśli ty nie zabijesz ich, oni zabiją ciebie.
    Jasne, udanego, „prawdziwego” socjalizmu nie da się zbudować w jednym kraju, i dlatego tak wiele pozostaje na Kubie do życzenia. Możemy sobie tak mędrkować. Ale to nie jest wina Castro, że inni swoich rewolucji nie wygrali. Bo zarzutu, że innym ruchom rewolucyjnym nie pomagał, nie można Castro postawić. Zapytajcie w Algierii, Angoli, Namibii, RPA, Palestynie czy Kongu. Zapytajcie Assatę Shakur albo Angelę Davis.
    Tak, w pierwszych latach Rewolucji Kubańskiej jego rząd prześladował osoby homoseksualne. Mnie to też interesuje, ponieważ sam jestem mężczyzną homoseksualnym i uwielbiam Reinaldo Arenasa. Let me, however, tell you a secret: w tamtym okresie prawie każdy rząd prześladował osoby homoseksualne, z „wiodącymi liberalnymi demokracjami” (USA) na czele. Wyjątki były tym właśnie: wyjątkami. Emancypacja ludzkości jest procesem, cieżką pracą – jednostek i społeczności, które odkrywają kolejne zasłony opresji i ideologicznych mistyfikacji, oraz podejmują zmagania, by je zerwać. To jest złożony, obstawiony zasadzkami labirynt, w którym różni ludzie w różnym czasie zaczynają w różnych miejscach, i różne drogi mają do pokonania. Rewolucja Kubańska przedefiniowywała potem swoje podejście do homoseksualizmu, został on zdekryminalizowany w latach 70., a Castro za te historyczne prześladowania wziął na siebie później osobistą odpowiedzialność i uznał je za jeden z wielkich błędów Rewolucji. Wszyscy rodzimy się w jakiejś kulturze, każda kultura ma swoje własne, na wielu poziomach, wokół różnych osi skupione, struktury opresji. Nikt nie rodzi się od razu ze słusznymi poglądami na wszystko. Do Prawdy dochodzi się w żmudnym procesie, w ciężkiej pracy. Prawdziwy heroizm to tej pracy wykonanie, a nie odziedziczenie słusznych poglądów na wszystko po walkach innych ludzi.
    Jasne, „prawdziwy” socjalizm musi być demokratyczny, ale podczas gdy większosć współczesnych „demokratycznych socjalistów” żyje bez politycznych sukcesów póki co na marginesach burżuazyjnych liberalnych demokracji (toczonych śmiertelną gangreną), historia niektórych postawiła przed dramatycznym wyborem: co jest ważniejsze, rzeczownik (socjalizm), czy przymiotnik (demokratyczny)? Co, jeśli nie można utrzymać jednego i drugiego, jeśli zachować można tylko jedno? Rzeczownik czy przymiotnik?
    Jakkolwiek niedoskonałym był w praktyce socjalistą, był bezkonkurencyjnym antyimperialistą i – jak przypomina niezmiennie znakomity Vijay Prashad – głosem całego Trzeciego Świata / globalnego Południa (czyli większej części ludzkości). Od antykolonialnej wojny w Algierii, przez obalenie apartheidu w Republice Południowej Afryki, po dziesiątki tysięcy lekarzy wysyłanych bezinteresownie tam, gdzie ich brakowało (to Kubańczycy zatrzymali epidemię eboli w Afryce), po stanowisko w sprawie neoliberalnego reżimu zadłużenia międzynarodowego. To nie on zawiódł, to inni przywódcy Trzeciego Świata / globalnego Południa nie dorośli do tego samego formatu.
  • Dziennikarzom, komentatorom i intelektualistom z bożej łaski, którzy krzyczą „dyktator! dyktator! dyktator!”, mam ochotę powiedzieć tyle. Przyjdzie taki moment, że wy będziecie pamiętani już tylko jako studia przypadków w wielkiej historii upadku mediów i kultury globalnego systemu społecznego pędzącego nieuchronnie w przepaść. Jako nadzorcy i komisarze dyskursu gnijącego porządku. Na ten krótki moment, zanim zostaniecie w ogóle, na zawsze i zasłużenie zapomniani. Fidel Castro pozostanie natomiast w pamięci wyklętych ludów Ziemi jako jeden z największych przywódców politycznych XX wieku. Człowiek, którego prochy znajdują dziś wieczny spoczynek, nie tylko nie był pogrobowcem przeszłości, jak wmawiacie nam wy, płatna ideologiczna policja schyłkowego kapitalizmu – jego dorobek będzie punktem odniesienia dla naszej przyszłości, jeśli czeka nas jakakolwiek. Jeśli uda nam się przetrwać ekologiczną katastrofę, do której z samobójczą determinacją prowadzi nas kapitalistyczna eksploatacja zasobów naszej planety, wielki i odważny eksperyment, jakim był projekt polityczny Fidela Castro, będzie jednym z tych miejsc, w które będziemy zerkać, szukając wzorów, jak zbudować lepszy świat. Z jego wizją człowieczeństwa opartą na bezinteresownej i bezwarunkowej solidarności w miejsce sumy egoizmów. Z jego przykładem, że największy nawet Goliat spotka kiedyś swojego Dawida. Z jego szacunkiem dla ekosystemów i sukcesami w ich odtwarzaniu. Z jego szacunkiem dla zasobów i odmową ich marnowania. Z jego wolą dzielenia się nimi, nawet gdy są ograniczone, z tymi, którzy są w potrzebie. Z jego wiarą w społeczną sprawiedliwość i to, że leży ona w uniwersalnym interesie nas wszystkich. Z jego frazą, że może będziemy jeść skromnie, „ale będziemy jeść wszyscy”. Z jego wiarą w Człowieka.
    Hasta siempre Comandante. La historia te absolverá.

    Jarosław Pietrzak

    Tekst pochodzi ze strony autora jaroslawpietrzak.com

    fot. Wikimedia Commons

    Pielgrzymka rządu do Domu Pana Naszego


    Rząd pielgrzymuje do Izraela

    Felieton    tygodnik „Polska Niepodległa”    3 grudnia 2016

    Opinią publiczną naszego i tak już przecież nieszczęśliwego kraju wstrząsnęła niedawno wiadomość, że podczas wizyty w Izraelu pani premier Beaty Szydło doszło do wypadku drogowego, w którym co najmniej dwie osoby zostały ranne. Na szczęście pani premier Beacie Szydło nic się nie stało i mogła już wkrótce kontynuować podróż z Tel Awiwu do Jerozolimy, a następnie wziąć udział w „konsultacjach międzyrządowych” – bo w tym właśnie celu polski rząd się w Izraelu zameldował. Nie wiem, czy in corpore, czy też w osobach swoich najważniejszych przedstawicieli, ale to nieważne, bo ważniejsze wydają się inne aspekty tego wydarzenia.

    Po pierwsze – całe szczęście, że pani premier Beacie Szydło nic się nie stało. Wyobraźmy sobie bowiem, że coś by się jej stało, albo – co niech Bóg broni! – że w tym wypadku by zginęła. Mielibyśmy wtedy kolejną katastrofę, tym razem z udziałem premiera rządu Rzeczypospolitej w woli głównej, która trzeba by jakoś wyjaśnić – najlepiej w ramach „dążenia do prawdy”. Ponieważ – jak to wyjaśnił już rządowy dygnitarz – podczas wizyty rządowej delegacji w obcym kraju, za jej bezpieczeństwo odpowiadają władze kraju odwiedzanego – w tym przypadku – władze Izraela. Zatem gdyby pani premier Szydło w tej katastrofie zginęła, to odpowiedzialność za to spadałaby na władze izraelskie. Nie ulega wątpliwości („nie ulega wątpliwości, jak mawiała stara niania; lepiej…” – no, mniejsza z tym), że próbowałyby się one od tej odpowiedzialności jakoś wykręcić, w czym na pewno okazałoby się im pomocne żydowskie lobby polityczne w Polsce. Już sobie wyobrażam tytuły w „Gazecie Wyborczej”, piętnujące i wytykające nieubłaganym palcem „organiczny polski antysemityzm”, który nie tylko zaowocował współudziałem „narodu polskiego” w holokauście, nie tylko objawia się w postaci uporczywej odmowy realizacji żydowskich roszczeń, ale w dodatku – w postaci kierowania pod adresem niewinnego i bezcennego Izraela fałszywych i perfidnych podejrzeń. Wywołałoby to z pewnością rozmaite repliki, a może nawet ingerencję niezależnej prokuratury, na podstawie niedawno uchwalonej ustawy zobligowanej do wszczynania śledztw w przypadku oskarżania Polski, czy „narodu polskiego” o zbrodnie II wojny światowej. To z kolei uruchomiłoby lawinę oskarżeń Polski o łamanie praw człowieka i w ogóle – naruszanie standardów demokratycznych. Frans Timmermans i inni wrogowie Polski zacieraliby ręce z radości, że oto wreszcie znaleźli znakomity pretekst do interwencji w Polsce „w obronie demokracji”, a groźne pomruki odezwałyby się również ze strony Naszego Najważniejszego Sojusznika, zwłaszcza gdyby podkręcił go w tym kierunku wszechmogący AIPAC. Kto wie, czym by się to wszystko skończyło tym bardziej, że nasza niezwyciężona armia miałaby w tej sytuacji ułatwiony wybór – czy dochować posłuszeństwa rządowi, czy też opowiedzieć się po stronie demokracji, praworządności i konstytucji – jak to nam pięknie niedawno wyłożył pan płk rezerwy Adam Mazguła. W tak sprzyjających okolicznościach przyrody stan wojenny byłby tylko kwestią czasu i to niedługiego. Nasza niezwyciężona armia udzieliłaby siłowej osłony Komitetowi Obrony Demokracji, w ramach którego konfidenci i ubowcy wykonaliby na nosicielach podnoszącego głowę „faszyzmu” najbrudniejszą, być może nawet – mokrą robotę, podczas gdy Unia Europejska zapewniłaby całej operacji osłonę polityczną, wyjaśniając, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i że znowu l’ordre regne a Varsovie, co się wykłada, że w Warszawie znowu zapanował porządek. Oczywiście w takiej sytuacji zwolennicy rządu pani Beaty Szydło zeszliby do podziemia, w którym kontynuowaliby „nocne rodaków rozmowy” przerywane wybuchającym od czasu do czasu „krótkim płaczem kobiecym”, urządzając też stosowne miesięcznice na podobieństwo miesięcznic smoleńskich, co z kolei mogłoby wywołać gniewną reakcję pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, stojącego na straży liturgicznego monopolu smoleńskiego. W ten sposób katastrofa izraelska zaczęłaby żyć własnym życiem, obok, a może nawet niejako wbrew katastrofie smoleńskiej, stając się źródłem nowego podziału wśród Polaków na zwolenników jednej, albo drugiej katastrofy. I dopiero gdy się nad tym wszystkim zastanowimy i gdy sobie te konsekwencje uświadomimy, możemy lepiej zrozumieć, przed czym uchroniła nas Opatrzność sprawiając, że ten wypadek drogowy zakończył się tylko niewielkimi obrażeniami osób nie stojących na najwyższym szczeblu rządowej hierarchii.

    A przecież pozostaje do wyjaśnienia przyczyna odbywania przez rząd polski w Izraelu „konsultacji międzyrządowych” akurat teraz, kiedy 27 października upłynął termin ultimatum postawionego Polsce przez Komisję Europejską. Jak wiadomo, rząd pani Szydło nie odpowiedział w tym terminie na „zalecenia”, w dodatku charakteryzując je jako „ideologiczne” i „polityczne”, a nie „merytoryczne”, więc nawet ewentualna odpowiedź zostanie z pewnością uznana przez Komisję Europejską za niezadowalającą. W tej sytuacji będzie ona musiała jakoś zareagować, być może nawet w formie uruchomienia wobec Polski zapisanej w traktacie lizbońskim „klauzuli solidarności”, co mogłoby zakończyć się stanem wojennym i powierzeniem zewnętrznych znamion władzy w naszym nieszczęśliwym kraju komuś innemu, ot, choćby panienkom z Nowoczesnej pana Ryszarda Petru, co wydaje się perspektywą gorszą od śmierci. Wyobraźmy sobie tylko na stanowisku premiera panią Joannę Scheuring-Wielgus!

    W tej sytuacji nie można wykluczyć, że pielgrzymka rządu pani premier Szydło do Izraela miała na celu odwrócenie tego niebezpieczeństwa. Jużci – gdyby tak Beniamin Netanjahu wstawił się za nami u finansowego grandziarza, żeby ten polskiemu rządowi odpuścił w kwestii demokracji i praworządności, a z kolei grandziarz nakazał panu red. Adamowi Michnikowi i całej żydowskiej gazecie dla Polaków ćwierkać z innego klucza, to nawet artyści z panią Jandą i panią reżyserową schowaliby dudy w miech i ustawiliby się w ogonku do okienka kasowego u pana wicepremiera Glińskiego. Kto wie, czy nawet znienawidzony jeszcze bardziej od prezesa Kaczyńskiego złowrogi Antoni Macierewicz nie zostałby, przynajmniej czasowo, immunizowany od krytyki – oczywiście pod warunkiem jakiegoś załatwienia sprawy śmigłowców „Caracal” – żeby nie trzeba było zwracać łapówek i w ten sposób uniknąć skandalu. W tej sytuacji i Frans Timmermans musiałby się zreflektować, bo w przeciwnym razie przypomniano by mu, skąd wyrastają mu nogi. No dobrze – ale dlaczego właściwie Beniamin Netanjahu miałby się za polskim rządem wstawiać u grandziarza? Co on by z tego miał? Na odpowiedź na to pytanie naprowadza nas wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w Nowym Jorku, gdzie spotkał się on z przedstawicielami diaspory żydowskiej, a Abraham Foxman z Ligi Antydefamacyjnej zeznał dla prasy, że w półtoragodzinnej rozmowie omówiono nie tylko walkę z „antysemityzmem” w Polsce i pan prezydent Duda poczynił w tej sprawie różne obietnice – ale również poruszono kwestię żydowskich „roszczeń” wobec Polski. Ponieważ Kancelaria Prezydenta nie chciała powiedzieć, czy i w tej sprawie pan prezydent coś obiecał, można spodziewać się wszystkiego – a tej sytuacji pielgrzymka rządu pani premier Beaty Szydło do Izraela staje się lepiej zrozumiała.

    Stanisław Michalkiewicz

    Listy proskrypcyjne odpowiedzialności zbiorowej


    ŚRODA, 7 GRUDNIA 2016, 10:46:03

     

    Obserwator polityczny

     

    Obniżyć emerytury Żołnierzom? Listy proskrypcyjne dobrej zmiany?

    7 GRUDNIA 2016 04:20 KOMENTARZY: 2 AUTOR: KRAKAUERAAA

    graf. red.Proskrypcje (łac. tabulae proscriptionis) w Starożytnym Rzymie służyły do stygmatyzacji przeciwników politycznych rządzących. Najpierw skazywano ich na konfiskatę majątku i banicję, później po prostu ich zabijano. Można było za to nawet dostać nagrodę od państwa. Dyktator Sulla około 83 roku p.n.e. objął proskrypcjami trzy tysiące przeciwników politycznych. Później to stosowano wielokrotnie. Legalnie rządzący wskazywał kogo należy pozbawić majątku i zabić. Nigdy nie brakowało chętnych, bo był to prosty sposób na wzbogacenie się w majestacie prawa, oczywiście kosztem innych ludzi.

    Obecnie w Polsce prześladowani są byli funkcjonariusze państwowi, których w ramach na nowo definiowanej sprawiedliwości pozbawia się emerytur za rzekome nieprawidłowości w ich minionej pracy. Uwaga – w dzisiejszej Polsce władza uważa, że można ludzi zbiorowo kwalifikować w sposób negatywny post factum – bez wyroku sądowego! Jest to coś niesamowitego w skali świata.

    Jeszcze ciekawiej się robi jak czytamy o ryzyku obniżenia emerytur i rent rodzinnych dla około 12 tys. osób na podstawie nowelizacji ustawy o zaopatrzeniu emerytalnym żołnierzy zawodowych oraz ich rodzin, za służbę w niektórych formacjach Ludowego Wojska Polskiego. Jest to druk nr 1105 do zapoznania się [tutaj], warto przeczytać uzasadnienie, które cytujemy poniżej, tłustym drukiem są wybrane fragmenty zasługujące na szczególną uwagę:

    Proponowana nowelizacja ma na celu wprowadzenie kolejnych zmian zapewniających w pełniejszym zakresie zniesienie przywilejów emerytalnych związanych z pełnieniem służby na rzecz totalitarnego państwa w okresie od dnia 22 lipca 1944 r. do dnia 31 sierpnia 1990 r. i w Wojskowej Radzie Ocalenia Narodowego.

    Przywileje emerytalne związane z pracą w aparacie bezpieczeństwa PRL nie zasługują na ochronę prawną przede wszystkim ze względu na powszechne poczucie naruszenia w tym zakresie zasady sprawiedliwości społecznej.

    Wprowadzone ustawą z dnia 23 stycznia 2009 r. o zmianie ustawy o zaopatrzeniu emerytalnym żołnierzy zawodowych oraz ich rodzin oraz ustawy o zaopatrzeniu emerytalnym funkcjonariuszy Policji, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, Służby Kontrwywiadu Wojskowego, Służby Wywiadu Wojskowego, Centralnego Biura Antykorupcyjnego, Straży Granicznej, Biura Ochrony Rządu, Państwowej Straży Pożarnej i Służby Więziennej oraz ich rodzin (Dz. U. poz. 145), tj. tzw. ustawą dezubekizacyjną, rozwiązania dotyczące przeliczenia emerytur żołnierzy tylko dla członków WRON nie przyniosły oczekiwanego celu.

    Poprawka zakłada dalsze obniżenie wojskowych emerytur osobom, które były członkami Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. Za każdy rok służby w Wojsku Polskim po dniu 11 grudnia 1981 r. ich emerytura powinna być przeliczana wskaźnikiem po 0,5% podstawy wymiaru emerytury.

    W przypadku posiadania przez te osoby prawa do renty inwalidzkiej proponuje się obniżyć również procentowy wymiar renty inwalidzkiej. W tym celu proponuje się określenie przelicznika 2% podstawy wymiaru renty za każdy rok służby w Wojsku Polskim po dniu 11 grudnia 1981 r.

    W przypadku członka rodziny, który nabył prawo do renty rodzinnej po osobie, która była członkiem WRON, renta rodzinna byłaby obniżona w następstwie przeliczenia wysokości świadczenia, jakie przysługiwało lub przysługiwałoby zmarłemu żołnierzowi, emerytowi lub renciście, zgodnie z zaproponowanymi powyżej rozwiązaniami dotyczącymi emerytur i rent inwalidzkich.

    Ponadto w poprawce zakłada się obniżenie wojskowych emerytur i wojskowych rent inwalidzkich wszystkim żołnierzom, którzy pełnili służbę na rzecz totalitarnego państwa w okresie od dnia 22 lipca 1944 r. do dnia 31 sierpnia 1990 r. oraz rent rodzinnych pobieranych po takich żołnierzach, zgodnie z przyjętymi założeniami.

    Szacuje się, że obniżeniu ulegnie około 12 tys. świadczeń wojskowych (emerytur, rent inwalidzkich, rent rodzinnych). Przewiduje się, iż rocznie budżet państwa będzie wydawał o około 200 mln zł mniej na świadczenia emerytalne i rentowe z wojskowego systemu zaopatrzenia emerytalnego. (…).” [Źródło j.w.]

    Teraz zwróćmy uwagę na te „smaczki”:

    „Przywileje emerytalne związane z pracą w aparacie bezpieczeństwa PRL nie zasługują na ochronę prawną przede wszystkim ze względu na powszechne poczucie naruszenia w tym zakresie zasady sprawiedliwości społecznej.” [Źródło j.w.] Powszechne poczucie naruszenia zasady sprawiedliwości społecznej? Szanowni Państwo – cudownie! To jest czysty język Rad Robotniczych i Chłopskich z okresu Rewolucji Październikowej! Jak to wspaniale, że rządzący są tak przeczuleni na – uwaga – powszechne poczucie naruszenia zasady sprawiedliwości społecznej! To jest coś niesamowitego w państwie prawa, ba to nawet byłoby przegięcie w krwawej zamordystycznej dyktaturze. Istotą wszelkiego zamordyzmu jest dbanie o procedury, do tego są potrzebni ludzie inteligentni i chociaż odrobinę doświadczeni. Po tym uzasadnieniu nie wiadomo czy można powiedzieć coś pozytywnego o autorach tych słów w sensie intelektualnym, jednak to ich sprawa. Wiadomo, że wszystko jest sprawą interpretacji. Ciekawe jak się zachowa rząd, jeżeli milion ludzi wyśle do niego milion listów, w których skrytykuje naruszenie zasady sprawiedliwości społecznej w publicznej opiece zdrowotnej? Czy będzie to również podstawą do objęcia proskrypcją lekarzy?

    Wcześniejsze działania wobec członków WRON: „(…) rozwiązania dotyczące przeliczenia emerytur żołnierzy tylko dla członków WRON nie przyniosły oczekiwanego celu.” Zdaje się żyje jeszcze sześć osób ze składu Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. Jaki był oczekiwany cel wobec tych ludzi? Jak to nazwać inaczej, niż symboliczną zemstą? W ocenie skutków regulacji [Źródło: PDF tutaj s.15] czytamy m.in.:

    1. Jaki problem jest rozwiązywany? Nie znajduje uzasadnienia pozostawienie dalszego funkcjonowania systemu prawnego, który przewiduje dla byłych członków WRON, ich rodzin oraz byłych żołnierzy zawodowych pełniących służbę na rzecz totalitarnego państwa wysokie przywileje emerytalne, szczególnie w kontekście trudnej sytuacji materialnej osób walczących w latach 1944–1990 o wolność, niepodległość i prawa  człowieka. Konieczne jest ustanowienie realnej sprawiedliwości w traktowaniu przez system prawny wolnej Rzeczypospolitej Polskiej przypadków byłej służby w komunistycznych organach bezpieczeństwa państwa, w zakresie podziału dóbr materialnych w demokratycznym społeczeństwie (zniesienie przywilejów emerytalno-rentowych wynikających z faktu wysokich uposażeń, jakie państwo komunistyczne zapewniało byłym żołnierzom pełniącym służbę w organach aparatu bezpieczeństwa).

    2. Rekomendowane rozwiązanie, w tym planowane narzędzia interwencji, i oczekiwany efekt Proponuje się obniżenie wysokości emerytur wojskowych i rent inwalidzkich dla członków WRON i byłych żołnierzy zawodowych, którzy pełnili służbę na rzecz totalitarnego państwa w okresie od dnia 22 lipca 1944 r. do dnia 31 sierpnia 1990 r., a także wojskowych rent rodzinnych pobieranych po takich żołnierzach zawodowych. Zaproponowano obniżenie współczynnika procentowego podstawy wymiaru emerytury za każdy rok służby na rzecz totalitarnego państwa (z 2,6% do 0,5%) oraz obniżenie współczynnika procentowego podstawy wymiaru wojskowej renty inwalidzkiej o 2% za każdy rok takiej służby. Renty rodzinne, będące pochodną emerytur i rent inwalidzkich, mają zostać obniżone w ten sposób, że najpierw przeliczone (obniżone) zostanie (według wyżej wskazanych reguł) świadczenie emerytalne lub renta inwalidzka, które przysługiwało lub przysługiwałoby zmarłemu żołnierzowi, a w wyniku tego przeliczenia obniżona zostanie wysokość renty rodzinnej. Ponadto obniżone świadczenie nie będzie mogło przekraczać „kwot maksymalnych” stanowiących odpowiednio przeciętną wysokość emerytury lub renty z tytułu niezdolności do pracy z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych wypłacanej przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych (…).” To trzeba pozostawić bez komentarza. Komentarz napisze życie.

    W końcu dochodzimy do sedna: „(…) obniżenie wojskowych emerytur i wojskowych rent inwalidzkich wszystkim żołnierzom, którzy pełnili służbę na rzecz totalitarnego państwa w okresie od dnia 22 lipca 1944 r. do dnia 31 sierpnia 1990 r. oraz rent rodzinnych pobieranych po takich żołnierzach, zgodnie z przyjętymi założeniami.” Samo mówienie o państwie totalitarnym w Polsce w całym wskazanym pow. okresie jest bardzo trudne do uzasadnienia pod względem historycznym, politycznym i prawnym. Nikt nie twierdzi, że nie było w okresie trwania PRL-u rzeczywistych periodów czasowych, w których nasze państwo było istotnie totalitarne, a nawet wobec niektórych grup społecznych wręcz ludobójcze – to można wykazać. Jednak podsumowanie PRL-u jako państwa totalitarnego – w całym swoim okresie – jest trudne i praktycznie niemożliwe.

    Jednak perfidia tego uzasadnienia skrywa się w stwierdzeniu: „którzy pełnili służbę na rzecz totalitarnego państwa”, a wypada zapytać – czy było jakieś inne państwo, któremu można było służyć? Czy wszyscy mieli kryć się po lasach przez 45 lat? Czy przypadkiem „pełnienie służby”, nie jest przesłanką w pełni uzasadniającą wywiązywanie się funkcjonariuszy i Żołnierzy ze swoich obowiązków?

    Jeżeli pełnienie służby ma stygmatyzować i być podstawą do ograniczenia świadczeń emerytalnych, to podobnie należy potraktować inne grupy zawodowe, które tą służbę dla państwa w tym okresie pełniły.

    Wypełnią się więc listy proskrypcyjne dobrej zmiany Żołnierzami, wdowami po Żołnierzach, sierotami – nikt dzisiaj nie podejmuje się obrony tych ludzi, którzy byli gotowi bronić państwa.

    Uwaga – nie jest to żadna obrona „bezpieki” i „siepaczy”, chodzi o elementarny szacunek do prawa i państwa. Jeżeli chcemy komuś odebrać emeryturę – proszę postawić go przed sądem na podstawie obowiązujących przepisów. Przecież większość z osób stygmatyzowanych tą ustawą odwoła się do Sądu. W sprawach ubezpieczeń społecznych będą to mogli zrobić bez kosztów. Konsekwencją będą koszty, stres i niepotrzebne emocje. Autorzy tej ustawy a pod projektem podpisana jest pani premier, ponoszą odpowiedzialność moralną, za wszelkie zdarzenia „inne”, jakie mogą poczynić zdesperowani i pozbawieni środków do życia ludzie.

    W prosty sposób stworzymy jako państwo dużą grupę ludzi – mających wiedzę i znających środowisko i teren, która będzie miała poważne osobiste podstawy żeby nienawidzić obecnej władzy, a może nawet i państwa. Czy naprawdę to jest nam potrzebne w obecnej sytuacji? Tej grupie społecznej po prostu płaci się za lojalność i milczenie. Można było ich wykorzystać – np. w Obronie Cywilnej i Obronie Terytorialnej, jednak zapadły decyzje, które trudno w ogóle kwalifikować w języku ludzi kulturalnych. Powtórzmy ponownie – zbrodniarzy trzeba ścigać i karać – dlaczego dalej władza tego nie robi, tylko stygmatyzuje całe środowisko?

    Co będzie jak za 20 lat, kolejna władza – odbierze emerytury dzisiejszym decydentom i ich posłusznym funkcjonariuszom? Tłumaczenie, że wykonywali rozkazy, albo że takie było prawo – nie będzie miało znaczenia.

    Teraz będzie 12 tysięcy nazwisk na listach proskrypcyjnych – do obniżenia emerytur.

    Teraz czekajmy, aż dobra zmiana zweryfikuje górników? Też mają wysokie emerytury, a niektórzy realizowali kolejne plany wykonania i nawet zgłaszali nadwykonania w górnictwie – znaczy się, wysługiwali się totalitarnemu państwu! Kogo by jeszcze zweryfikować, komu zabrać emeryturę? Księża patrioci? Zrzeszeni w Zjednoczeniach Przemysłu Mleczarskiego oraz produkcji cukierniczej?

    Ps. Jakby ktoś naprawdę był „trudny” i nie zrozumiał, to ostatni akapit to sarkazm – taki nazwijmy to prowokacyjny żart.

    Polska działała na rzecz utraty swej suwerenności energetycznej


    Konserwatyzm

    KONSERWATYZM.PL – Portal Myśli Konserwatywnej

     

    Szcześniak: Suwerenność energetyczna, czyli puste deklaracje (PiS chce oddać Brukseli kontrolę na polskim rynkiem energetycznym)

    0

    BY ADAMWIELOMSKI ON 6 GRUDNIA 2016PUBLICYSTYKA

    Polska deklaruje walkę o energetyczną, a szczególnie gazową suwerenność. Pierwszym głosicielem tych haseł jest Piotr Naimski, specjalny pełnomocnik rządu. Na jego ustach często kwitnie to słowo. („Naimski: Polska realizuje strategię suwerenności energetycznej”), „Naimski: Odstąpienie od energetyki opartej na węglu to droga do utraty suwerenności”, „rząd Prawa i Sprawiedliwości i premier Beaty Szydło chce prowadzić suwerenną politykę w dziedzinie zaopatrzenia w energię” (wpolityce.pl).

    Podobnie twierdził poprzedni premier – Donald Tusk („Niezależność energetyczna, mówi Premier”), choć może nie aż tak często. Ten ton o dominuje w deklaracjach i działaniach polityków, media, niezależnie od nastawienia do rządów PiS, także mocno to wspierają (również red. Kublik w Gazecie Wyborczej, tak zwalczającej PiS). Tytuły w rodzaju „Klucz do gazowej niepodległości” są częste, nawet w działach biznesowych.

    Jednak te deklaracje są sprzeczne z faktami. Suwerenność to samodzielność decydowania o swoich losach przez własne państwo. Cóż zaś robi Polska? Oddaje władzę Brukseli. W czerwcu w Brukseli decydowało się, czy państwa europejskie zachowają niezależność w decyzjach na temat zawierania umów gazowych. Polska od lutego intensywnie działała, przedstawiała dokumenty, optujące za tym, by Bruksela zdobyła władzę współdecydowania o bilateralnych umowach z krajami trzecimi (IGA – intergovernmental agreement). Polska zabiegała, by Komisja Europejska mogła jeszcze przed ich zawarciem miała głos decydujący. Dotychczas była to suwerenna decyzja państwa członkowskiego.

    Ta opcja wygrała, a Polska uznała to za sukces. Wiceminister energii Michał Kurtyka był zadowolony: „Traktujemy dzisiejsze porozumienie jako część naszego sukcesu” – stwierdził. Te przepisy były bowiem „szczególnie ważne dla Polski”, dlatego „Polska od początku popierała propozycję Komisji”.

    Dlatego nawet przełamała koalicję państw niechętnych, by zwiększyć kompetencje Komisji Europejskiej, który to pomysł nie budził entuzjazmu wielu państw jak Niemcy, Francuzi, Włosi, Grecy, Węgrzy, Cypryjczycy i Słoweńcy. Dzięki żelaznej woli Waszyngtonu i zabiegom Polski, mniejszość blokującą udało się rozbić, a szczególnie przydusić Niemców.

    Tak więc mając usta pełne szczytnych haseł o niezależności i suwerenności, w tym samym czasie oddaje się tę suwerenność Brukseli. Uniemożliwia się tym samym prowadzenie samodzielnej polityki energetycznej, o czym boleśnie przekonali się czy to Bułgarzy czy Węgrzy.

    Oczywiście wszystkie te działania były wytłumaczone bardzo prosto: „Rosja, Gazprom”. Jakoś trzeba przecież „ciemnemu ludowi” wytłumaczyć oddawanie suwerenności do Brukseli, gdy temuż „ciemnemu ludowi” mówi się na co dzień coś dokładnie przeciwnego.

    Andrzej Szczęśniak

    Rosja, czyli polska obsesja


    Myśl Polska

    Najstarszy polski tygodnik – ukazuje się od 1941 roku

    Rosja, czyli polska obsesja

    okl 2_0.jpg
    Ukazał się trzeci tom publicystyki prof. Witolda Modzelewskiego, który jest znany jako ekspert ws. podatków, na temat Rosji i polskiej polityki wschodniej. Niezauważona przez media i recenzentów stanowi istotny wkład w rozwój prawdziwej polskiej myśli politycznej. Ostrość sądów Modzelewskiego można porównać ze zjadliwą publicystka prof. Bronisława Łagowskiego na ten sam temat. Obaj nie istnieją w tzw. mainstreamie.

    „Szczególną porażką kończą się nasze prognozy na temat współczesnej Rosji, która jest wyjątkowo „nieprzewidywalna”. Aneksja Krymu, wspieranie separatyzmu na wschodniej Ukrainie, zbliżenie z Turcją czy embargo na eksport do Rosji były i są (jakoby) zaskoczeniem. Rosja nie raz jeszcze zadziwi specjalistów od nieprzewidywalności.

    Dlaczego? Dlatego że wszystkie postsowietologiczne sposoby zrozumienia jej polityki są niewiele warte. Rosja jest, mimo specyfiki i odmienności, państwem tak samo przewidywalnym jak każde duże mocarstwo – trzeba tylko coś wiedzieć na jej temat i umieć przewidywać. Poparcie dla ukraińskich separatystów było dość oczywistym rewanżem za deklaracje przystąpienia „pomajdanowych” rządów tego kraju do NATO i Unii Europejskiej.

    Powrót Krymu do Rosji, czyli zmiana zastanego układu granic, był odpowiedzią na wcześniejsze zmiany dokonywane przez Zachód na Bałkanach, a zwłaszcza powołanie państwa pod nazwą Kosowo. Trzeba przypomnieć, że Rosja wtedy ostrzegała, że ten precedens będzie miał dalekosiężne skutki. I ma. Czy Rosja dąży do rewizji porządku politycznego powstałego po rozwiązaniu ZSRR? Oczywiście: wystarczy nieco wiedzy historycznej na temat okresu międzywojennego i systemu wersalskiego, który powstał wtedy bez udziału bolszewickich rządów.

    Czym się on jednak różnił od czasów obecnych? Dla nas w najistotniejszych punktach: współczesny rosyjski rewizjonizm obejmuje tereny byłego Związku Radzieckiego i to nawet nie wszystkie; nie sięga państw europejskich byłego „obozu socjalistycznego”. Jeżeli jest inaczej (choć nic na to nie wskazuje), to trzeba mieć na poparcie tychże strachów mocne dowody. Nie sądzę, aby specjaliści od „nieprzewidywalności” Rosji mieli na ten temat jakąś wiedzę. Chcą nas jednak straszyć, a w ten sposób ograniczają pole manewru polskiej polityce. Mamy z obawy przed Rosją podporządkować się Niemcom i grzmieć przeciwko Putinowi, aby w perspektywie wyjść na głupka (to się nam udaje).

    Stosunki polsko-rosyjskie wymagają ponownej dyskusji, minimalnego poziomu wiedzy historycznej i zwykłego racjonalizmu w ocenie współczesności. Na pewno nie możemy się dać uwikłać w cudze konflikty. Musimy unikać zbędnej obecności tam, gdzie nie ma naszych interesów, a przede wszystkim musimy liczyć na samych siebie i nie darzyć kogokolwiek przesadnym zaufaniem. Udział w irackiej i afgańskiej wojnie nie przyniósł nam żadnych korzyści. Jeżeli odrzucimy błędne pojęcia, fałszywe diagnozy („odbudowa imperium” Rosji), może nie popełnimy kolejnych błędów. Świat postzimnowojenny jest już przeszłością. Zmiany na politycznej mapie świata będą częścią przyszłości (nie nastąpił przecież „koniec historii”).

    Naszą szansą są brak zaangażowania w cudze konflikty i umiejętna obrona własnych interesów ekonomicznych. Jeżeli przemysłem rządzi obcy kapitał, a w sektorze publicznym panoszą się zagraniczne firmy konsultingowe, przez co nasza gospodarka stała się dla konkurentów w pełni transparentna i „przewidywalna”, to do jej wzmocnienia jeszcze droga daleka. Mamy czym się zająć”.

    Fragment tekstu pt. „Nieprzewidywalność” Rosji współczesnej. Czy tak było również w XIX wieku”.

    W. Modzelewski, „Polska-Rosja. Wojny nie będzie”, t. III lata 2015-2016, Warszawa 2016, ss. 267.

    Uczenie posłów kultury czyli od czegoś zacząć trzeba


    Dziki Kraj.pl

    Włosy myć trzeba. Cenna wiedza dla urzędników

    Dzisiaj, 7 grudnia (08:11)

    Dobrych manier w Sejmie nigdy za wiele. Być może z takiego założenia wyszła Kancelaria Sejmu, organizując szkolenie dla urzędników z podstaw savoir-vivre’u. O sprawie pisze „Super Express”.

    Kancelaria Sejmu /KAROL SEREWIS /East News

    Kancelaria Sejmu

    /KAROL SEREWIS /East News

    Co zakłada szkolenie z dobrych manier? Lista zagadnień jest imponująca. Urzędnicy uczą się m.in., że skarpetki nie powinny być zbyt krótkie, bo wtedy spod nogawek wystają nagie łydki, nie mogą być też białe lub wzorzyste. Paniom natomiast sugeruje się, że podczas oficjalnych okazji powinny zakładać rajstopy.

    Ale to nie wszystko. Pracownicy Kancelarii Sejmu wyjdą ze szkolenia uzbrojeni w wiedzę dotyczącą pakowania prezentów (wręczany prezent powinien być zapakowany ładnie) czy podstaw higieny. Jeśli ktoś jeszcze tego w Sejmie nie wie, dowie się, że włosy należy regularnie myć i czesać, a sucha skóra na dłoniach jest nieelegancka.

    Według informacji „Super Expressu” przekazanie tej bezcennej wiedzy urzędnikom kosztowało ponad 30 tysięcy złotych. Poseł Stanisław Tyszka, wzburzony rozrzutnością Kancelarii, wyliczył, że dodając do tego wynagrodzenie za czas pracy urzędników, nauka ta, chociaż bezcenna, kosztuje podatników ok. 100 tys. złotych.

    Więcej w „Super Expressie”.

     

    Demokracja w Polsce wspaniale się rozwija tylko są tacy, którzy stracili ptasie mleczko


    niezalezna.pl - strefa wolnego słowa
    7 grudnia 2016

    Minister powiedział jak jest. „Demokracja w Polsce kwitnie, tylko są tacy, którzy stracili wpływy”

    Dodano: 06.12.2016 [23:33]
    Minister powiedział jak jest. „Demokracja w Polsce kwitnie, tylko są tacy, którzy stracili wpływy” - niezalezna.pl

    foto: Zbyszek Kaczmarek/Gazeta Polska

    Wychodzimy z epoki postkomunizmu. To oczywiście powoduje wściekłość tych, którzy byli klasą panującą, którzy byli ponad prawem. Sprawa Piniora pokazuje, że byli równi i równiejsi w III RP – powiedział dziś wieczorem w TVP Mariusz Błaszczak, minister spraw wewnętrznych i administracji.

    Minister odniósł się do sprawy zapowiadanych na 10 i 13 grudnia protestów partii opozycyjnych i KOD.

    – Totalna opozycja mówi wprost, że będzie walczyć z rządem PiS poprzez ulice i zagranicę stwierdził Mariusz Błaszczak.

    Jego zdaniem organizatorzy marszu KOD jasno określili, że 10 grudnia będzie „przytupem do manifestacji 13 grudnia”.

    Mówili, że nie zamierzają się wycofać, że 10 grudnia zablokują miejsce uroczystości, gdzie ludzie się modlą. Oni mówią, że chcą zabrać Jarosławowi Kaczyńskiemu „jego ulubioną zabawkę, jaką od wielu lat są miesięcznice smoleńskie”. Ludzi modlących się traktują w ten sposób. Jak trzeba być zdziczałym, żeby w ten sposób mówić?

    – mówił minister.

    Mariusz Błaszczak dodał, że jeśli ktoś twierdzi, iż demokracja jest w Polsce ograniczona, to po prostu kłamie.

    Demokracja w Polsce kwitnie, tylko są tacy, którzy stracili swoje wpływy, swoje przywileje, to jest poprzednia władza, ośrodki władzy. Niech zajmą się Francją. Mało kto pamięta, że we Francji jest stan wyjątkowy, bo wciąż jest zagrożona zamachami terrorystycznymi.

    – stwierdził.

    Minister odniósł się też do uchwały o zgromadzeniach przyjętej w miniony piątek przez Sejm.

    To jest ustawa o rozwiązywaniu konfliktów, ona stanowi o tym, że kontrmanifestacja może się odbyć 100 metrów od manifestacji. Tylko tyle. To rozwiązanie sensowne, logiczne i uzasadnione

    – powiedział.

    Tymczasem senackie komisje zarekomendowały dziś przyjęcie ustawy o zgromadzeniach bez poprawek. Co na to opozycja?

    Jeżeli wszystko będzie przebiegać pod sznur tak, jak w Sejmie i (ustawę) podpisze prezydent Duda, to będziemy mieli zakaz zgromadzeń. Prawo konstytucyjne, o które walczyliśmy w stanie wojennym, zostanie zabrane

    – bił na alarm szef PO Grzegorz Schetyna, który był dziś gościem Moniki Olejnik w TVN24.

    Autor: Źródło:

    Droga Białorusi ma to do siebie, że na jej krawężnikach nie stoją Białorusinki


    onet.wiadomości

     

    Onet

    wczoraj 20:35

    Będzie weto prezydenta? „Zmierzamy w stronę Białorusi!”

    Kamil DziubkaDziennikarz Onetu

    Po bliższym przyjrzeniu się nowej ustawie o zgromadzeniach, widać wyraźnie, że każdy ma inne zdanie. Zwłaszcza jeśli zderzyć wypowiedzi polityków PiS i PO. – Idziemy droga Białorusi – powiedział Onetowi Andrzej Halicki z PO. – Czy to ograniczenie praw i wolności obywatelskich? Chcecie, żeby dochodziło do bijatyk? – nie krył oburzenia Stanisław Piotrowicz z PiS. Ustawę uchwalił Sejm, teraz zajmie się nią Senat. Potem ustawa trafi w ręce prezydenta. Jaka jest szansa na weto głowy państwa?

    Ustawa przewiduje wprowadzenie tzw. zgromadzeń cyklicznych oraz pierwszeństwo dla wydarzeń zgromadzeń organizowanych przez władze państwa i Kościół. W praktyce każdy „organ władzy publicznej” będzie mógł zablokować dowolne zgromadzenie.

    W niedawnym wywiadzie telewizyjnym Andrzej Duda powiedział, że „jest głębokim zwolennikiem wolności zgromadzeń i „jeżeli ktoś chce manifestować, ma do tego prawo”. Prezydent podkreślił też, że „prawo wolności zgromadzeń jest przede wszystkim prawem obywatelskim”. Pytanie, co z tych słów wynika?

    To byłoby pierwsze weto prezydenta wobec prawa uchwalonego za rządów PiS. Do tej pory prezydent podpisywał wszystkie, nawet najbardziej kontrowersyjne ustawy, w tym przede wszystkim te dotyczące Trybunału Konstytucyjnego, a które potem Trybunał nieraz uznawał za niekonstytucyjne.

    Według OBWE i Rady Europy, ustawa po prostu ogranicza prawo do swobody zgromadzeń. W myśl opinii Sądu Najwyższego, ustawa o zgromadzeniach wprost narusza konstytucję i nie może być uznawana za prawo kraju demokratycznego.  Politycy PiS uważają jednak, że to opinie korporacji prawniczej – polityczne, a nie merytoryczne. Pytanie, czy tym razem zastrzeżenia prawników weźmie pod uwagę prezydent?

    (MWL)

    Onet Wiadomości

    Źródło: Onet

    Ludy padajcie na kolana, kompromitują ukochanego Ukraińca naszych czasów


     

    POROSZENKO OSKARŻONY O KUPOWANIE GŁOSÓW. NABU BADA SPRAWĘ

    KRYZYS NA UKRAINIE

    Wczoraj, 6 grudnia (14:37)

    Działające na Ukrainie Narodowe Biuro Antykorupcyjne (NABU) oświadczyło, że bada informacje zbiegłego do Wielkiej Brytanii deputowanego Rady Najwyższej (parlamentu) Ołeksandra Onyszczenki, który oskarża prezydenta Petra Poroszenkę o kupowanie głosowań parlamentarnych.

    Prezydent Ukrainy Petro Poroszenko /AFP

    Prezydent Ukrainy Petro Poroszenko /AFP

    „Opublikowane w mediach informacje (…) o tzw. kupowaniu i sprzedawaniu głosów parlamentarzystów podczas głosowań w Radzie Najwyższej są sprawdzane przez NABU” – oświadczono we wtorek gazecie internetowej „Ukrainska Prawda”.

     

    Według mediów Onyszczenko, który miał być pośrednikiem między administracją Poroszenki a deputowanymi, których głosy były potrzebne do przyjmowania ustaw, miał zebrać „cztery walizki materiałów” kompromitujących szefa państwa i jego otoczenie.

    Onyszczenko to deputowany, przeciwko któremu toczy się śledztwo w sprawie machinacji wokół sprzedaży gazu państwowej spółki Ukrhazwydobuwannia. Według śledczych, mechanizm korupcyjny, który zorganizował Onyszczenko, naraził skarb państwa na straty w wysokości 3 mld hrywien.

    W czerwcu aresztowano 10 osób, zaangażowanych w ten proceder. Onyszczenko uniknął wówczas zatrzymania, gdyż był chroniony immunitetem poselskim. W lipcu Rada Najwyższa uchyliła mu immunitet, jednak deputowany zdążył w tym czasie wyjechać do Londynu. Cały czas się tam znajduje.

    30 listopada Onyszczenko udzielił wywiadu ukraińskiemu portalowi „Strana”, w którym zaatakował Poroszenkę oskarżając go o przekupywanie deputowanych do parlamentu.

    „Człowiek w czarnym garniturze i z bronią w kaburze niesie dwie sportowe torby. Wchodzi do wąskiej windy, do której można wejść z poczekalni przed głównym gabinetem w administracji prezydenta. Z widny tej korzystają goście Pierwszego (prezydenta), którzy nie chcą rzucać się w oczy wchodząc przez wejście główne, oraz sam Pierwszy” – mówi Onyszczenko w wywiadzie.

    „Winda ta zjeżdża do garażu, gdzie znajdują się pojazdy kolumny Petra Poroszenki. Byłem w tym garażu, widziałem windę i cały ten proces. W każdej torbie jest po półtora miliona dolarów. Niesie je przedstawiciel ochrony prezydenta. Pieniądze w torbach trafiają do bagażnika i są przekazywane mnie, pośrednikowi, który podjął się funkcji organizatora głosowania” – dodaje zbiegły deputowany wyjaśniając, że w dniu, o którym mówi, parlament miał głosować nad usunięciem ze stanowiska ważnego urzędnika.

    1 grudnia Onyszczenko zapewnia ukraińskie media, że wraz ze swoimi londyńskimi adwokatami jest gotów spotkać się z NABU w sprawie oskarżeń pod adresem Poroszenki, jednak biuro nie chce, by odbyło się ono w Londynie i proponuje, by przeprowadzić je w Warszawie. „Tam mnie zatrzymają. Dobrze o tym wiem” – mówi „Ukrainskiej Prawdzie”.

    Tego samego dnia ścigany deputowany informuje, że przekazał kompromitujące Poroszenkę materiały władzom amerykańskim. Media donoszą także, że Onyszczenko przyznał się, że nagrywał swoje rozmowy z prezydentem na zegarek z dyktafonem.  „Usłyszycie (na tych nagraniach) głos Gwaranta (prezydenta) i znikną wszelkie iluzje o (jego) miłości do państwa, Ukrainy i narodu. Towarzyszyłem mu przez dwa lata i dobrze go znam” – mówi.

    1 grudnia głos w sprawie oskarżeń parlamentarzysty zabiera zaliczany do otoczenia Poroszenki prokurator generalny Jurij Łucenko. „Osobiście widziałem materiały, które świadczą, że obywatel Onyszczenko, jak przekonuje najbliższe otoczenie, współpracuje z rosyjskimi służbami specjalnymi” – ogłasza. Łucenko sugeruje, że oskarżając prezydenta o korumpowanie parlamentu, Onyszczenko chce odwrócić uwagę od toczących się przeciwko niemu śledztw i uniknąć odpowiedzialności.

    Sam Poroszenko oficjalnie nie zabrał głosu w sprawie tych oskarżeń. W poniedziałek jednak spotkał się za zamkniętymi drzwiami z frakcją parlamentarną bloku swojego imienia.

    „Prezydent powiedział, że żadnych taśm nie ma i być nie może” – relacjonował prasie Ihor Hryniw, który także uważany jest za osobę z bliskiego otoczenia Poroszenki. Według innego deputowanego Bloku Petra Poroszenki, Ołeksija Honczarenki, prezydent, pytany o oskarżenia Onyszczenki odpowiedział: „Są taśmy, dawaj taśmy. Są nazwiska – dawaj nazwiska. Niczego takiego nie ma. Są to tylko puste rozmowy”.

    Onyszczenko utrzymuje, że pieniądze, za które Poroszenko miał kupować głosy parlamentarzystów, pochodziły ze środków, wydzielanych Ukrainie przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy.

    Na początku listopada Poroszenko został oskarżony przez swego kolegę ze studiów, byłego prezydenta Gruzji Micheila Saakaszwilego o popieranie klanów korupcyjnych. Polityk, który w 2015 roku otrzymał z rąk prezydenta obywatelstwo ukraińskie i stanowisko gubernatora obwodu odeskiego, oświadczył wówczas, że opuszcza obóz prezydencki, by stworzyć nowy ruch, który oczyści Ukrainę z rządów kleptokracji.

    Z Kijowa Jarosław Junko

    PAP

    Przypomnijcie nam stan wojenny wodza solidaryti w polskim ośrodku wypoczynkowym Breżniewa


    SERWIS INFORMACYJNY POLSKIEGO RADIA

     

     

    Kontrowersyjne słowa o stanie wojennym. „Pułkownik Mazguła uprawia rewizjonizm historyczny”

    07.12.2016 07:54

    • Występowanie z taką osobą jak pułkownik Mazguła to kompromitacja środowisk PO i Nowoczesnej – mówił w „Sygnałach dnia” senator PiS Jan Maria Jackowski.

     

    • Jan Maria Jackowski o słowach płk. Adama Mazguły (Jedynka/Sygnały dnia)

    Jan Maria Jackowski

    Jan Maria JackowskiFoto: Wojciech Kusiński/Polskie Radio

    MON zapowiada złożenie zawiadomienia ws. płk. rezerwy Adama Mazguły. Chodzi o jego wypowiedź na temat stanu wojennego, w której stwierdził, że „w całym tym zdarzeniu dochowano jakiejś kultury”. Jego podpis znalazł się pod apelem Komitetu Obrony Demokracji wzywającym do demonstracji 13 grudnia, a sam Mazguła jest członkiem KOD.

    Jan Maria Jackowski tłumaczył, że płk Mazguła uprawia rewizjonizm historyczny, który kwestionuje dramaturgię i brutalizm stanu wojennego. Jak mówił, podobny mechanizm stosowały pewne środowiska niemieckie, które rozmywały odpowiedzialność za II wojnę światową.

    • Z punktu widzenia fałszowania historii jest to takie samo działanie, dlatego występowanie z taką osobą to kompromitacja Platformy i Nowoczesnej. To jawne relatywizowanie naszej najnowszej historii i pokazywanie, że takie działanie jest autoryzowane przez opozycję, która notabene mieni się jako postsolidarnościowa – podkreślił senator PiS.

    Gość Jedynki mówił również o ustawie o zgromadzeniach. Zapraszamy do wysłuchania całej rozmowy.

    Inteligencja oddała się w pacht obcemu kapitałowi


     Gazeta wSieci

     

    „wSieci”: Na szczęście Polska się budzi!

    opublikowano: 6 grudnia 2016

     

    "wSieci": Na szczęście Polska się budzi!

    fot. Andrzej Wiktor

    W okładkowym artykule tygodnika ojciec Tadeusz Rydzyk wyjaśnia, że współczesne media nauczyły się nowoczesnych technik, trików i sztuczek, ale nie ma w nich prawdy i dobra.

    – Samo wykształcenie to za mało, trzeba mieć mądrość i charakter. Diabeł też jest inteligentny, ale co z tego, skoro ma zły charakter. Już prymas kard. Stefan Wyszyński mówił, że zawiódł się na inteligencji, że ona go zdradziła – mówi w WYJĄTKOWYM WYWIADZIE NA 25-LECIE RADIA MARYJA w najnowszym numerze tygodnika „wSieci” ojciec Tadeusz Rydzyk. Rozmowę przeprowadzili Michał i Jacek Karnowscy.

    W okładkowym artykule tygodnika ojciec Tadeusz Rydzyk wyjaśnia, że współczesne media nauczyły się nowoczesnych technik, trików i sztuczek, ale nie ma w nich prawdy i dobra. Według Rydzyka zafałszowywane są też medialne relacje o tym, co księża biskupi sądzą o wielu sprawach.

    Pamiętam spotkanie z księdzem prymasem kard. Józefem Glempem kilka miesięcy przed jego śmiercią. Były to imieniny bp. Antoniego Dydycza. Ksiądz prymas wstał, by złożyć życzenia, i powiedział też, że nie mamy mediów, które mówią nam prawdę o Polsce. I dodał: „Jest tylko Radio Maryja i Telewizja Trwam”. Powtórzył to kilkakrotnie, zwrócił się również z podziękowaniem do mnie. Ucieszyłem się, bo różnie wcześniej ksiądz prymas na Radio Maryja patrzył. Na początku nasze relacje były bardzo dobre, potem różne. A on, jakby czytając w moich myślach, zakończył: „Różnie to było w episkopacie, ale tak jest”. Natomiast faktem jest, że bardzo długo wiele zagrożeń nie było dostrzegalnych – mówi w rozmowie z braćmi Karnowskimi charyzmatyczny duchowny z Torunia. 

    Jakie zagrożenia ma na myśli? Chodzi między innymi o znaczenie kapitału narodowego i jego wyprzedaż za bezcen, która miała miejsce w latach 90. To samo dotyczy również mediów, które w ogromnej większości znajdują się w rękach obcego kapitału. 

    Nie sądzę, by ci, którzy to promowali, robili to bezinteresownie. Nie, oni wykonywali zadania. Na szczęście Polska się budzi. Oby się obudziła! Pewnie, że nie będzie łatwo. Ale da się. Powinniśmy sobie śpiewać każdego dnia: „Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy”. Zresztą Radio Maryja jest chyba jedyną rozgłośnią, w której przynajmniej raz każdego dnia można usłyszeć hymn narodowy. Wszystkie zwrotki – podkreśla dyrektor Radia Maryja.

    Ojciec Tadeusz Rydzyk opisuje też techniki manipulacji i zakłamań, które były stosowane także przeciw niemu. Rozprawia się również z fałszywymi wrzutkami, które od lat rozpowszechniają niektóre media. 

    – Byłem przygotowany, ale nie sądziłem, że aż takie oszczerstwa się posypią, że to będą takie kłamstwa i że nawet niektórzy wśród duchownych w to uwierzą. Maybacha mam — plastikowe modele tego samochodu przysłali mi ludzie w prezencie [śmiech]. Choć kiedy o tym napisali, nie wiedziałem nawet, co to jest. Potem kiedyś na autostradzie mi pokazano. Nic specjalnego, samochód jak samochód – śmieje się ojciec Tadeusz i wyjaśnia, że podobne oszczerstwa padają pod jego adresem i dzisiaj, choć w jego finansach wszystko jest przejrzyste.

    O atakach na Radio Maryja pisze też w swoim artykule „Sukces wbrew III RP” Marzena Nykiel, redaktor naczelna portalu wPolityce.pl.

    Żadne inne środowisko medialne nie było zwalczane z taką determinacją. Ojciec Tadeusz Rydzyk, jako spiritus movens toruńskiego przedsięwzięcia, atakowany był za pomocą najbardziej podłych chwytów, manipulacji i prowokacji. Sięgano po pomówienia i oszczerstwa. Mit maybacha, którym ojciec dyrektor rzekomo rozbija się po świecie, krąży do dziś. Choć kłamstwo dementowano wielokrotnie, niektórzy konsekwentnie je powielają.

    Jaśniepańskie elity przeciw ciemnemu ludowi wizytówką III RP


     

    wPolityce.pl

     

    Socjolog: polska klasa średnia budowała swoją tożsamość na odcinaniu się od społeczeństwa

    opublikowano: wczoraj · aktualizacja: wczoraj

    Fot. wPolityce.plFot. wPolityce.pl

    We wtorkowym „Super Expressie” odnotowujemy wywiad z dr hab. Janem Sową, socjologiem i kulturoznawcą.

    Rozmówca „SE” opisuje przemiany zachodzące we współczesnym świecie, zwłaszcza kurczenie się klasy średniej, której część awansuje w górę, ale większa część jest zagrożona deklasacją:

    Problem z liberalizmem polega na tym, że z jednej strony ceni sobie abstrakcyjną jednostkę, ale już konkretnych ludzi ludzi w społeczeństwie w jakimś sensie odrzuca. W liberalizm bardzo głęboko wpisane jest coś, co można nazwać populofobią, czyli lękiem przed ludem. Wynika z niej przekonanie, że lud składa się z chamskiej ciemnoty i wszystko, co od ludu się wywodzi, jest podejrzane. Musi więc zostaćprzefiltrowane przez elity i ich kompetencje kulturowe. (…)

    Równie istotny elementem jest tu klasa średnia. W Polsce budowała ona swoją tożsamość po 1989 roku na najróżniejszych mechanizmach odcięcia się od społeczeństwa. Grodzone osiedla, prywatne szkoły, drogie samochody i najlepiej, żeby to wszystko było jak najdalej od „hołoty”. Teraz lęk, który wywołało w nich populistyczne przebudzenie,na pewno nie przekona tej grupy, że z przedstawicielami niższych klas trzeba rozmawiać, dogadywać się z nimi i jakoś ich rozumieć. To odcięcie się, niestety, ma w sobie coś z barbarzyństwa.

    Sowa podkreśla, że „cywilizacja polega na tym, że żyjesz z innymi”:

    Jeżeli ktoś się odcina od innych ludzi, jest po prostu dziki. Jest kimś, kto nie potrafi istnieć w społeczeństwie. Klasa średnia sama przygotowała w ten sposób grunt pod populistyczną rebelię. Wypełnianie funkcji elit poprzez wygłaszanie w mediach kazań o społeczeństwie obywatelskim to droga donikąd. Trzeba dokonać zmian na bardzo codziennym poziomie, żeby nie tworzyć wysp czy gett wykluczenia i biedy.

    Sil

    Zdjęcie Ciekawa opinia

    autor: Ciekawa opinia

    Interesujący artykuł?

    Wskaźnik stosunku Ameryki do Polski


     

    Fot. deviantart.net

    Wskaźnik stosunku Ameryki do Polski

    Dodane przez Lipinski

    Opublikowano: Piątek, 02 grudnia 2016 o godz. 15:03:40

    My Polacy nie jesteśmy odpowiedzialni za losy świata, lecz jesteśmy odpowiedzialni za losy własnego państwa. Musimy sobie wyjaśnić, czy Ameryka zamierza serio nas wyswobodzić, chociażby w dalszej przyszłości, czy też potrzebni jesteśmy wyłącznie jako teren antyrosyjskich dywersji.

     

    „Gomułka – opowiada p. Mikołajczyk w osiemnastym swoim artykule, ogłoszonym w prasie amerykańskiej – zerwał się z krzesła z ręką na rewolwerze w swojej kieszeni i skierował wylot lufy w stronę mojej piersi…

    Siedziałem nieporuszony. On stał nade mną, trzęsąc się ze złości…

    – Proszę o papierosa, please – powiedziałem.

    – Damy sobie radę z tymi ludźmi – wykrzyknął – i z tobą także…”.

    Wstrząsające! Pociesza nas wyłącznie ta okoliczność, iż p. Mikołajczyk widział „wylot lufy” tylko przez sukno kieszeni w spodniach p. Gomułki. Może więc nie był to jednak rewolwer, a tylko inny jakiś przedmiot okrągły. Ale bądź co bądź! Ten dziki Gomułka rzuca się wprost, a on, Mikołajczyk, z twarzą chłodnego lorda północy, ani drgnie. „Give me a cigarette, please, I asked”. – Cóż za wyrobienie towarzyskie, męskie i polityczne!

    Scena powyżej przez p. Mikołajczyka odmalowana miała miejsce w początkach jego kariery jako drugiego wicepremiera w rządzie p. Osóbki. Potem p. Mikołajczyk był jeszcze tym wicepremierem przez całe półtora roku. Ileż scen podobnych musiał znieść, zwłaszcza, że tak niekoleżeński p. Gomułka był w tym rządzie wicepremierem pierwszym.

    I jakież szczęście dla nas wszystkich, że p. Mikołajczyk drukuje w Ameryce swe thrillery o tym, że Paderewski nie gra w niebie na fortepianie, albo że Gomułka mierzył w jego pierś czym ukrytym w kieszeni. Gdyby je bowiem drukował w Paryżu lub innym jakimś mieście europejskim ludzie dusiliby się ze śmiechu.

    I czyż nie mam racji, gdy piszę, że Polska jest jak Szekspirowska Tytania?

    Ale wróćmy z tego kina dla Murzynów z Gomułką w roli głównego kowboja, a z Mikołajczykiem jako szlachetną glamour girl, do naszej rzeczywistości politycznej. Pan Mikołajczyk oświadczył w Londynie w listopadzie 1947 roku:

    …zarówno dla Brytyjczyków, jak dla Polaków ważne jest, aby nie zaszło nic takiego, co by skomplikowało stosunki pomiędzy Londynem a Warszawą…

    oraz:

    Nie chciałbym, aby mój wyjazd z Polski tłumaczono sobie, że może zamierzam prowadzić akcję antysowiecką lub występować przeciwko porozumieniu z Sowietami.

    Tenże p. Mikołajczyk wypisuje w styczniu 1948 roku krzykliwe antysowieckie thrillery w Ameryce. Wobec tego dziś już nikt nie może wątpić, że p. Mikołajczyk tutaj słuchał jednych, a tam idzie za radą drugich.

    I dlatego interesuje nas bardzo, w jakim kierunku idą te amerykańskie rady.

    Ogłosiłem już w poprzednim swoim artykule, że p. Mikołajczyk nader surowo potępia dziś pakt z Majskim z lipca 1941 roku, którego w latach 1941–1945 tak gorliwym był w Londynie obrońcą, i że stąd interesuje nas bardzo, co teraz p. Mikołajczyk powie o pakcie w Jałcie.

    Otóż w swoim siedemnastym artykule p. Mikołajczyk powiada co następuje:

    Rząd polski w Londynie pośpiesznie odrzucił decyzje jałtańskie na podstawie tego, że rząd polski, który był wtedy jeszcze uznawany przez wszystkie kraje za wyjątkiem Rosji, nie był konsultowany w sprawie losów Polski po wojnie.

    Powyższe sformułowanie jest krzywym zwierciadłem rzeczywistości. Nie chodziło wtedy o brak udziału rządu polskiego w naradach jałtańskich. W Jałcie dokonano nowego rozbioru Polski z pogwałceniem uprzednio z nami zawartych umów i traktatów, przekreślono zasadę suwerenności i niepodległości państwa polskiego, postanawiając dla Polski stworzyć nowy rząd via układy w Moskwie rządu Sowietów z dwoma ambasadorami anglosaskimi.

    Antykomunistyczny rozpęd p. Mikołajczyka zatrzymuje się więc jednak przed barierą jałtańską.

    My Polacy nie jesteśmy odpowiedzialni za losy świata, lecz jesteśmy odpowiedzialni za losy własnego państwa. Musimy sobie wyjaśnić, czy Ameryka zamierza serio nas wyswobodzić, chociażby w dalszej przyszłości, czy też potrzebni jesteśmy wyłącznie jako teren antyrosyjskich dywersji.

    Protegowanie p. Mikołajczyka przez Amerykę budzi w nas niepokój. Był on już raz użyty dla rozbicia polityki polskiej w obronie niepodległości. W chwili, kiedy rząd polski mówił Anglo-Amerykanom „nie”, p. Mikołajczyk pośpieszył ze swoim „tak”. Dziś, chcąc odzyskać zaufanie narodu przyznaje się do błędów, lecz jest już za późno na wyrównanie szkód, które wtedy wyrządził.

    Musimy szukać jakiegoś wskaźnika, który by nas pouczał o szczerości i uczciwości polityki amerykańskiej wobec Polski. Amerykanie powinni zrozumieć, że popierając p. Mikołajczyka odejmują nam tę ostatnią siłę, która nam jeszcze została, siłę moralnej solidarności pod przewodnictwem rządu będącego prawną kontynuacją rządów niepodległej Polski. Stąd Amerykanie powinni zrozumieć, że popieranie p. Mikołajczyka jest nie tylko dywersją antysowiecką, ale także dywersją antypolską. Powiemy więcej. Wyczyny propagandowe p. Mikołajczyka w bardzo nieznacznym stopniu mogą wstrząsnąć potęgą sowiecką, natomiast jego działalność w Ameryce niszczy solidarność Polaków w sposób bardzo dla nas dotkliwy.

    Zdajemy sobie sprawę z tej ogromnej dysproporcji siły i potęgi, która w danej chwili pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Polską zachodzi. Ale zdawanie sobie sprawy z tej oczywistości nie może być równoznaczne z akceptowaniem każdej polityki, którą Ameryka w sprawie polskiej zechce zastosować. Od Ameryki otrzymaliśmy w roku zeszłym zakwestionowanie linii Odry i Nysy oraz poparcie dla Mikołajczyka. Od Ameryki oczekujemy: uznania Lwowa i Wilna za miasta polskie i lojalności wobec rządu polskiego na wygnaniu. Nie jesteśmy tym Litwinem z czasów Witolda Wielkiego, mówiącym innemu Litwinowi, któremu wielki książę kazał się powiesić: „Wieszaj się prędzej, bo inaczej książę gniewać się będzie”.

    Stanisław Cat Mackiewicz

    Fragment książki Chciałbym przekroczyć kurtynę żelazną „Lwów i Wilno” 1946-1950, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2016.

    Portal KRESY.PL jest patronem medialnym wydania „Pism wybranych” Stanisława Cata-Mackiewicza w Wydawnictwie Universitas.

    Czas powstrzymać dewiację!


     

     

    logo Polonia Christiana

    DZISIAJ JEST

    ŚRODA 07 GRUDNIA

     

    Marcin Austyn

    Czas powstrzymać dewiację!

    Data publikacji: 2016-12-07 07:00

    Data aktualizacji: 2016-12-07 07:36:00

    Czas powstrzymać dewiację!

    Michal Kazmierczak / FORUM

    Mówienie prawdy o homoseksualizmie wzbudza w lewackich działaczach prawdziwą wściekłość. Homolobby pragnie bowiem zachować wyłączność na narrację na temat własnego środowiska. Próby spojrzenia z innej strony, to przejaw „mowy nienawiści” i „dyskryminacji”. Nic dziwnego, że wystawa „Stop dewiacji” atakowana jest przy każdej możliwej okazji.

    Przygotowana przez Fundację Życie i Rodzina wystawa „Stop dewiacji” od sierpnia prezentowana jest w wybranych polskich miastach. Na banerach prezentowane są informacje na temat homoseksualizmu, w tym mowa o praktycznych skutkach realizacji postulatów zgłaszanych przez lobby LGBT. Dane to wynik badań naukowych przeprowadzonych przez Family Research Institute w stanie Kolorado, USA. I choć mowa o faktach, każda wystawa jest mocno oprotestowywana, a nawet niszczona.

    • Wystawa ma trafiać do zwykłych przechodniów, dlatego została tak zaprojektowana, by jej odbiór był łatwy, a treści czytelne. Chodzi nam o to, by te informacje funkcjonowały w przestrzeni publicznej. Prawda o tym, czym charakteryzują się i czego chcą grupy LGBT to obszar, w którym nastąpiło duże zakłamanie rzeczywistości przez lewą stronę i wręcz narzucenie aparatu pojęciowego. Takie pojęcia jak „orientacja seksualna”, „mniejszość seksualna” są powszechnie używane. To jest efekt cichej rewolucji, która w jakiejś mierze wpływa też na sposób myślenia i definiowania zjawisk nawet po tej bardziej konserwatywnej stronie – mówi w rozmowie z PCh24.pl Kaja Godek z Fundacji Życie i Rodzina.

    Przez środowiska LGBT każdy przejaw krytyki, każda próba ukazania prawdy o tym co niesie za sobą homoseksualizm, taktowany jest jako atak, przejaw „dyskryminacji” czy „mowy nienawiści”.

    • Jeżeli ktoś czuje się tą wystawą zaatakowany, to znaczy, że ma problem z prawdą o LGBT,  z prawdą o tym czym jest homoseksualizm i czego żąda to lobby. Na jednym z naszych banerów umieściliśmy zeznanie pani Dawn Stefanowicz, która jest dziś dorosłą osobą, a jej słowa padły przed amerykańskim sądem. Jest ona świadkiem tego co dzieje się z dziećmi przebywającymi z gejami. Często słyszymy żale, że są to „rodziny” dyskryminowane, bo pada pod ich adresem wiele niepochlebnych słów. Wsłuchajmy się jednak w głos osób, które przebywały w jednopłciowych konkubinatach. Te relacje są szokujące – zauważa Kaja Godek.

    Jak dodaje, kontrofensywa jest niezbędna, bo „tęczowe” środowiska mają mocne wpływy i nie przebierają w środkach. – Dwa lata temu pojawiły się badania Polskiej Akademii Nauk, z których wynikało, że te „rodziny” są szczęśliwsze niż rodziny tradycyjne. Homolobby na tyle skutecznie zagospodarowało sobie ten temat, że jest w stanie wyprodukować tego rodzaju wnioski. Jednak nas interesuje to, co dzieje się naprawdę. A ów atak, który jest prowadzony przez media liberalno-lewicowe na naszą wystawę tylko pokazuje, że jeśli chodzi o kształtowanie świadomości społecznej w zakresie skutków homoseksualizmu, mamy lata zaniedbań – dodaje Kaja Godek.

    Jak zauważa, wbrew temu co można zobaczyć w tzw. mediach głównego nurtu, odbiór wystawy „Stop dewiacji” wśród zwykłych odbiorców jest bardzo pozytywny. – Nieraz słyszeliśmy głosy wsparcia mówiące, że dobrze, że „ktoś w końcu się zajął tą sprawą”. Dostajemy e-maile ze wsparciem. Warto też poszperać w internecie, gdzie znajdują się relacje z naszych wystaw, np. w Radzyniu Podlaskim czy Lublinie. Okazuje się, że w komentarzach zwykli ludzie odnoszą się do naszej inicjatywy bardzo pozytywnie. To nas cieszy, bo do tych ludzi chcemy docierać. Niestety jest też grupa homoaktywistów, która usiłuje cenzurować debatę publiczną i z takimi przeszkodami musimy się na co dzień zmagać – mówi Godek.

    Także i na tym polu aktywiści LGBT korzystają z całej palety „argumentów”, często odbiegających od rzeczywistości. To jednak nie ma dla nich większego znaczenia, bo liczy się to, że można stawiać się w pozycji dyskryminowanego. Tak np. w lewackich mediach pojawił się wobec Fundacji Życie i Rodzina zarzut, że prezentowane na wystawie treści są „niekatolickie”.

    • Jesteśmy świecką organizacją i taką argumentacją się posługujemy. Jeżeli komuś automatycznie włącza się nienawiść do Kościoła, to taka osoba najwyraźniej ma ze sobą jakiś problem. Nasza wystawa w żaden sposób nie nawiązuje do Nauki Kościoła, a projektu nie przygotowywały osoby duchowne. To zarzuty bezpodstawne – mówi Kaja Godek.

    Jak zaznacza, atmosfera jaka jest wytwarzana wokół wszelkich prób przeciwstawienia się żądaniom homolobby powoduje, że choć w Polsce są liczne osoby, które chciałyby zatrzymać „tęczową” ofensywę, to paraliżuje je obawa przed napiętnowaniem i medialnym linczem.

    • Aktywiści z ruchów LGBT wywierają silny nacisk na osoby, które się na taką wystawę zgodziły. To miało miejsce np. w Radzyniu Podlaskim. W całej sytuacji bardzo dobrze zachował się burmistrz miasta Jerzy Rębek, który jasno opowiedział się za prawem ludzi do informacji. Taka postawa cieszy, bo widać, że są jeszcze odważni politycy dbający bardziej o prawa mieszkańców swoich miast niż o zadowolenie homodziałaczy. Znakomicie zachował się też prezydent Kielc, który wydał pozwolenie na postawienie naszej wystawy i uznał, że nie wchodzi w kwestie ideowe, bo jest wolność słowa i każdy może wyrażać swoje poglądy i racje. Widać zatem, że nawet pod presją można zachować się godnie. Przykłady włodarzy Radzynia i Kielc to potwierdzają – zaznacza szefowa Fundacji Życie i Rodzina.

    Walka z dewiacją nie jest łatwa. Prawie każda wystawa Fundacji była niszczona. Najbardziej spektakularnym tego przykładem są Kielce, gdzie 3 października na Rynku, w sąsiedztwie wystawy organizowany był „czarny protest”. Banery Fundacji zostały zniszczone przez pięciu uczestników protestu, ale zajście zostało udokumentowane. Sprawców udało się ustalić, a sprawa trafiła do sądu. Wiadomo, że przynajmniej dwie z oskarżonych osób to lokalni działacze skrajnie lewicowych ugrupowań, dobrze „znani” w Kielcach ze swej aktywności.

    • Ten atak na wystawę bardzo dobrze pokazuje, że „czarne protesty”, które miały być rzekomo protestami kobiet, faktycznie były sabatami agresywnej i nieprzebierającej w środkach lewicy, która z pomocą swoich sztandarowych haseł robiła na ulicach hucpę polityczną – ocenia Kaja Godek.

    Mimo napotykanych trudności i aktów agresji, wystawa „Stop dewiacji” będzie prezentowana w kolejnych miastach. – Chcemy działać dalej, szukamy miejsc, w których wystawa mogłaby być pokazana. Jest pewien odzew i już w grudniu poznają Państwo nasze kolejne kroki. Z wiadomych względów nie chcemy uprzedzać faktów. O jednym mogę zapewnić: akcja edukacyjna trwa – zapewnia Kaja Godek.

    Marcin Austyn

    Read more: http://www.pch24.pl/czas-powstrzymac-dewiacje-,47771,i.html#ixzz4S8WyOHPC

    Rodzice zbierali datki na pomoc uchodźcom, z których jeden zabił ich córkę. Zdarzenie dotyczy wysokiego urzędnika unijnego!


     

    Środa, 7 grudnia 2016

     

    Merkel o sprawie gwałtu i zabójstwa Marii Ladenburger

    Opublikowano: 6 grudnia 2016 10:15:00

     

    Kanclerz Niemiec skomentowała sprawę gwałtu i morderstwa Marii Ladenburger w poniedziałkowym wywiadzie dla „Tagesthemen” telewizji ARD.

    • To tragiczne wydarzenie, które musi zostać wyjaśnione i trzeba mówić o tym otwarcie – powiedziała Merkel. – To morderstwo jest straszne, a moje myśli są z rodzicami ofiary. Jeżeli okaże się, że był to ten afgański uchodźca, to należy go absolutnie potępić, tak jak w przypadku każdego innego morderstwa, i nazwać przestępstwo po imieniu. Podkreślam jednak, że potępienie nie może dotyczyć całej grupy, tak jak w innych przypadkach nie przenosimy pojedynczego czynu na całą grupę.

    Merkel o sprawie gwałtu i zabójstwa Marii Ladenburger

    Niemiecka policja aresztowała przed paroma dniami 17-letniego afgańskiego uchodźcę, oskarżając go o gwałt i morderstwo na Marii Ladenburger, studentce medycyny. Ojcem 20-letniej ofiary jest dr Clemens Ladenburger – asystent Dyrektora Generalnego Służby Prawnej Komisji Europejskiej.

    Jej ciało znaleziono 16 października w Dreisam. Według policji wracała ona rowerem z imprezy studenckiej, kiedy została zgwałcona, zabita i wrzucona do rzeki przez nieznaną osobę. Od momentu aresztowania, podejrzany odmawia udzielenia wyjaśnień.

    W międzyczasie ujawniono, że Maria w wolnym od nauki czasie udzielała się charytatywnie w obozie dla uchodźców. W czasie jej pogrzebu, rodzice aby uhonorować jej działalność mieli zbierać też datki na pomoc dla uchodźców.

    Relacja ze spotkania autorskiego w Kadzidle


    Ks.Tadeusz Isakowicz-Zaleski

    Ks.Tadeusz Isakowicz-Zaleski

    Rozmyślania w blogu…

     

    Relacja ze spotkania autorskiego w Kadzidle

    You are here:

    1. Home
    2. Rozmyślania w blogu

    O trudnych i fundamentalnych sprawach mówił ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski podczas spotkania w kadzidlańskiej bibliotece w dniu 3 grudnia 2016 r.

    Prelekcja, poświęcona zbrodni ludobójstwa na Wołyniu, była hołdem złożonym pomordowanym Polakom, ale także wołaniem o pamięć i prawdę. Ksiądz Zaleski podkreślił, że relacje polsko-ukraińskie, zatrute rzezią wołyńską, powinny być budowane na fundamencie rzetelnej wiedzy i jasnym rozróżnieniu pomiędzy ofiarami a ich katami. Za szczególne zagrożenie uznał Ksiądz odnowienie ideologii banderowskiej na Ukrainie, brak jednoznacznej reakcji polskich władz, brak wnikliwej wiedzy i przemyślanej edukacji, niszczącą manierę poprawności politycznej.

    Spotkanie zakończyła rozmowa Księdza Zaleskiego z uczestnikami spotkania.

    Nie zabrakło pytań tyczących wielu innych problemów. Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski długo podpisywał książki, zaś na koniec otrzymał kurpiowskie upominki i owację na stojąco.

    Spotkanie z Księdzem Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim zorganizowali: wójt Dariusz Łukaszewski, dyrektorzy Centrum Kultury Kurpiowskiej i Publicznej Biblioteki w Kadzidle.

    W sposób szczególny dziękujemy naszemu dostojnemu Gościowi, nie tylko za podróż na Kurpie z odległego Krakowa, ale także za niezwykle owocne życie, piękne świadectwo umiłowania wolności i niepodległości oraz pamięć o zamordowanych Kresowianach.

    Zobacz fotoreportaż na stronie Urzędu Gminy

    6 grudnia 2016By Tadeusz Isakowicz-ZaleskiRozmyślania w blogu

    Kurpie Kresy ludobójstwo UPA prelekcja spotkanie


    Bezkarne gadanie namaszczonej strony w antynarodowym sporze


     

    Prezydent Wrocławia: Nienawidzę pie****nych nacjonalistów!

     

    MD

    15:17 6 grudnia 2016

    Telewizja Republika

    Rafał Dutkiewicz, prezydent Wrocławia, od wielu lat znany jest z walki ze środowiskami narodowymi w rządzonym przez siebie mieście. Tym razem jednak zaprezentował popis pogardy wobec nacjonalistów i narodowców.

    • Pot jest rzeczą ludzką, jak się człowiek poci, to potem cuchnie. Tylko, że cywilizowani ludzie się myją. Społeczeństwa powinny obmywać się z nacjonalizmu. Szczęśliwie najbardziej wstrętny akt rasizmu i nacjonalizmu, który zdarzył się we Wrocławiu został bardzo przykładnie ukarany – powiedział Dutkiewicz podczas wczorajszego tweetupa, czyli spotkania z twitterowiczami.

    Prezydentowi Wrocławia chodziło o karę 10 miesięcy pozbawienia wolności dla Piotra Rybaka, z Ruchu Oburzonych, który spalił kukłę Żyda przed wrocławskim ratuszem.

    • Nienawidzę pie****nych nacjonalistów – stwierdził bez namysłu Dutkiewicz, gdy zapytano go o to, czego nie lubi we Wrocławiu.

     

    To nie pierwsze tego typu słowa Dutkiewicza o środowiskach narodowych we Wrocławiu. W czerwcu 2013 r., gdy grupa młodych narodowców i kibiców przerwała wykład Zygmunta Baumana, Dutkiewicz powiedział, że „nie będzie tolerował nacjonalistycznej hołoty w swoim mieście”.

    Źródło: telewizjarepublika.pl, tvn24.pl