Raport o biedzie w Polsce


 

 

logo Polonia Christiana

DZISIAJ JEST

PONIEDZIAŁEK 05 GRUDNIA

 

Dzięki wolontariuszom „Szlachetnej Paczki” powstał raport o biedzie w Polsce

Data publikacji: 2016-12-05 17:00

Data aktualizacji: 2016-12-05 17:16:00

Dzięki wolontariuszom „Szlachetnej Paczki” powstał raport o biedzie w Polsce

Fot. Albertyanks Albert Jankowski

W co siódmej rodzinie dotkniętej chorobą lub niepełnosprawnością na jedną osobę przypada zaledwie 1,6 złotego dziennie. Co trzeci senior nie może wydać więcej niż 7 złotych dziennie, aby nie popaść w długi – to tylko niektóre dane przedstawione w raporcie wolontariuszy „Szlachetnej Paczki” na temat biedy w Polsce.


Raport powstał w oparciu o informacje zebrane przez wolontariuszy organizacji  podczas ubiegłorocznych odwiedzin w domach ponad 35 tysięcy polskich rodzin. Oprócz statystyk materiał zawiera też konkretne historie ludzi biednych, w tym osób starszych, niepełnosprawnych, samotnych rodziców i rodzin wielodzietnych. Raport ukazuje 21 historii, które ilustrują, kim są potrzebujący.
Jedną z osób przedstawionych w raporcie jest pan Jan, który przeżył utratę pracy i majątku, śmierć rodziców i załamanie nerwowe. Pan Jan nie korzysta z zasiłków, bo wstydzi się prosić. W wieku 43 lat podpisał umowę-zlecenie i pracuje jako goniec. Rower zrobił sobie sam z części pochodzącym ze złomu. Dziennie przejeżdża średnio 50 kilometrów. Jego największe potrzeby to kurtka zimowa, butla gazowa i nowy rower.
Raport omawia problem biedy w sześciu kategoriach: starość i samotność, choroba lub niepełnosprawność w rodzinie, trudny start w samodzielność, rodzina wielodzietna, nieszczęście i samodzielny rodzic.
W dokumencie wskazano m.in, że rządowy program 500+ wpłynął na to, jacy potrzebujący są obecnie objęci pomocą „Szlachetnej Paczki”. Udział rodzin wielodzietnych wśród beneficjentów akcji spadł dwukrotnie w stosunku do roku poprzedniego, a wśród rodzin wielodzietnych włączonych do projektu zdecydowana większość to te, dla których źródłem problemu jest dodatkowa bariera – choroba, niepełnosprawność lub nieszczęśliwe zdarzenie losowe.
Pomocą „Szlachetnej Paczki” mogą bowiem zostać objęte jedynie rodziny, w których dochód na osobą nie przekracza miesięcznie 500 złotych, w przypadku osób starszych i samotnych – 600 złotych.
W raporcie autorzy przedstawiają dziesięć wstrząsających faktów na temat biedy w naszym kraju. 1,6 zł – tyle dziennie przypada na jedną osobę w blisko 15 procentach rodzin dotkniętych chorobą lub niepełnosprawnością (to mniej niż cena bochenka chleba). Co trzeci senior nie może wydać więcej niż 7 zł dziennie, aby nie popaść w długi.
Dla 13 procent samotnych rodziców ciepłe buty i kurtka na zimę dla dzieci to tylko odległe marzenia. Są takie rodziny, w których miesięczny dochód na jedną osobę nie przekracza 50 złotych. 340 rodziców samotnie wychowujących dzieci (spośród 20 771 rodzin zakwalifikowanych w 2015 r. do pomocy) nie ma kuchni, zatem przygotowanie kolacji wigilijnej jest wyjątkowym wyzwaniem.
W raporcie wyszczególniono również rodziny, które znalazły się w trudnej sytuacji, ponieważ przydarzyło im się nieszczęście: wypadek, utrata dorobku życia wskutek klęski żywiołowej, pożar, powódź, a także śmierć jednego z członków rodziny. Połowa rodzin z tej grupy ma długi, a 479 żyje bez łazienki.
„Co trzecia rodzina dotknięta nieszczęściem czuje się więźniem zaistniałej sytuacji, nie widzi perspektywy zmiany. Przyczynia się do tego ciągłe zmęczenie i myślenie o tym, jak przetrwać kolejny dzień” – przeczytać można w raporcie.
Wolontariusze, którzy zbierali dane do raportu, zgodnie zaznaczają, że wielką siłą w tej grupie są więzi w rodzinie.
Zdaniem autorów raportu, wnioski w nim przedstawione zmieniają perspektywę projektowania pomocy społecznej w Polsce. Pomoc materialna jest ważną, ale nie jedyną, potrzebną formą wsparcia potrzebną do wyjścia z biedy.
Największą trudnością dla potrzebujących jest brak płynności finansowej oraz zaradności w zarabianiu i wydawaniu. Co druga z biednych rodzin ma zaległości z opłatami, pożyczkami i kredytami. Wskazane jest zatem wsparcie poprzez edukację w obszarze zarabiania i planowania budżetu.
Bardzo istotnym problemem jest mentalne uwięzienie w biedzie, poczucie przygniecenia teraźniejszą sytuacją i wykluczenie społeczne. Ludzie biedni nie mają szansy na oderwanie się od wyczerpującej rzeczywistości. Obniża się ich poczucie wartości, co wpędza ich w błędne koło porażek. Szczególnie ważne jest więc wsparcie społeczne otoczenia i wzrost wrażliwości społecznej na ludzi wykluczonych.
Mamy wrażenie, że po wszystkich ostatnich wydarzeniach w przestrzeni publicznej, Polacy pogubili się w tym, kto potrzebuje pomocy. Przez to chęć do pomagania zmalała. Tymczasem Szlachetna Paczka dociera do tych prawdziwie potrzebujących i pokazuje Polakom, kto naprawdę potrzebuje pomocy – wyjaśnia ks. Jacek Stryczek, twórca akcji.
Wnioski wynikające z raportu pokazują, jak dziś wyciągać ludzi z biedy. My już wdrażamy program edukacji w obszarze zarabiania i planowania budżetu. Organizujemy projekty specjalistyczne: pomoc prawną i lekarską dla rodzin i długotrwałe wsparcie dla samotnych seniorów. Chcemy przeprowadzić tych ludzi do normalności – dodaje ksiądz Stryczek.

Źródło: KAI/szlachetnapaczka.pl

RoM

Read more: http://www.pch24.pl/dzieki-wolontariuszom-szlachetnej-paczki-powstal-raport-o-biedzie-w-polsce,47849,i.html#ixzz4RzciCKJ6

Pani Premier zagrożona zagranicznymi pielgrzymkami


Rząd pielgrzymuje do Izraela

Felieton    tygodnik „Polska Niepodległa”    3 grudnia 2016

Opinią publiczną naszego i tak już przecież nieszczęśliwego kraju wstrząsnęła niedawno wiadomość, że podczas wizyty w Izraelu pani premier Beaty Szydło doszło do wypadku drogowego, w którym co najmniej dwie osoby zostały ranne. Na szczęście pani premier Beacie Szydło nic się nie stało i mogła już wkrótce kontynuować podróż z Tel Awiwu do Jerozolimy, a następnie wziąć udział w „konsultacjach międzyrządowych” – bo w tym właśnie celu polski rząd się w Izraelu zameldował. Nie wiem, czy in corpore, czy też w osobach swoich najważniejszych przedstawicieli, ale to nieważne, bo ważniejsze wydają się inne aspekty tego wydarzenia.

Po pierwsze – całe szczęście, że pani premier Beacie Szydło nic się nie stało. Wyobraźmy sobie bowiem, że coś by się jej stało, albo – co niech Bóg broni! – że w tym wypadku by zginęła. Mielibyśmy wtedy kolejną katastrofę, tym razem z udziałem premiera rządu Rzeczypospolitej w woli głównej, która trzeba by jakoś wyjaśnić – najlepiej w ramach „dążenia do prawdy”. Ponieważ – jak to wyjaśnił już rządowy dygnitarz – podczas wizyty rządowej delegacji w obcym kraju, za jej bezpieczeństwo odpowiadają władze kraju odwiedzanego – w tym przypadku – władze Izraela. Zatem gdyby pani premier Szydło w tej katastrofie zginęła, to odpowiedzialność za to spadałaby na władze izraelskie. Nie ulega wątpliwości („nie ulega wątpliwości, jak mawiała stara niania; lepiej…” – no, mniejsza z tym), że próbowałyby się one od tej odpowiedzialności jakoś wykręcić, w czym na pewno okazałaby się im pomocne żydowskie lobby polityczne w Polsce. Już sobie wyobrażam tytuły w „Gazecie Wyborczej”, piętnujące i wytykające nieubłaganym palcem „organiczny polski antysemityzm”, który nie tylko zaowocował współudziałem „narodu polskiego” w holokauście, nie tylko objawia się w postaci uporczywej odmowy realizacji żydowskich roszczeń, ale w dodatku – w postaci kierowania pod adresem niewinnego i bezcennego Izraela fałszywych i perfidnych podejrzeń. Wywołałoby to z pewnością rozmaite repliki, a może nawet ingerencję niezależnej prokuratury, na podstawie niedawno uchwalonej ustawy zobligowanej do wszczynania śledztw w przypadku oskarżania Polski, czy „narodu polskiego” o zbrodnie II wojny światowej. To z kolei uruchomiłoby lawinę oskarżeń Polski o łamanie praw człowieka i w ogóle – naruszanie standardów demokratycznych. Frans Timmermans i inni wrogowie Polski zacieraliby ręce z radości, ze oto wreszcie znaleźli znakomity pretekst do interwencji w Polsce „w obronie demokracji”, a groźne pomruki odezwałyby się również ze strony Naszego Najważniejszego Sojusznika, zwłaszcza gdyby podkręcił go w tym kierunku wszechmogący AIPAC. Kto wie, czym by się to wszystko skończyło tym bardziej, że nasza niezwyciężona armia miałaby w tej sytuacji ułatwiony wybór – czy dochować posłuszeństwa rządowi, czy też opowiedzieć się po stronie demokracji, praworządności i konstytucji – jak to nam pięknie niedawno wyłożył pan płk rezerwy Adam Mazguła. W tak sprzyjających okolicznościach przyrody stan wojenny byłby tylko kwestią czasu i to niedługiego. Nasza niezwyciężona armia udzieliłaby siłowej osłony Komitetowi Obrony Demokracji, w ramach którego konfidenci i ubowcy wykonaliby na nosicielach podnoszącego głowę „faszyzmu” najbrudniejszą, być może nawet – mokrą robotę, podczas gdy Unia Europejska zapewniłaby całej operacji osłonę polityczną, wyjaśniając, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i że znowu l’ordre regne a Varsovie, co się wykłada, że w Warszawie znowu zapanował porządek. Oczywiście w takiej sytuacji zwolennicy rządu pani Beaty Szydło zeszliby do podziemia, w którym kontynuowaliby „nocne rodaków rozmowy” przerywane wybuchającym od czasu do czasu „krótkim płaczem kobiecym”, urządzając też stosowne miesięcznice na podobieństwo miesięcznic smoleńskich, co z kolei mogłoby wywołać gniewną reakcję pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, stojącego na straży liturgicznego monopolu smoleńskiego. W ten sposób katastrofa izraelska zaczęłaby żyć własnym życiem, obok, a może nawet niejako wbrew katastrofie smoleńskiej, stając się źródłem nowego podziału wśród Polaków na zwolenników jednej, albo drugiej katastrofy. I dopiero gdy się nad tym wszystkim zastanowimy i gdy sobie te konsekwencje uświadomimy, możemy lepiej zrozumieć, przed czym uchroniła nas Opatrzność sprawiając, że ten wypadek drogowy zakończył się tylko niewielkimi obrażeniami osób nie stojących na najwyższym szczeblu rządowej hierarchii.

A przecież pozostaje do wyjaśnienia przyczyna odbywania przez rząd polski w Izraelu „konsultacji międzyrządowych” akurat teraz, kiedy 27 października upłynął termin ultimatum postawionego Polsce przez Komisję Europejską. Jak wiadomo, rząd pani Szydło nie odpowiedział w tym terminie na „zalecenia”, w dodatku charakteryzując je jako „ideologiczne” i „polityczne”, a nie „merytoryczne”, więc nawet ewentualna odpowiedź zostanie z pewnością uznana przez Komisję Europejska za niezadowalającą. W tej sytuacji będzie ona musiała jakoś zareagować, być może nawet w formie uruchomienia wobec Polski zapisanej w traktacie lizbońskim „klauzuli solidarności”, co mogłoby zakończyć się stanem wojennym i powierzeniem zewnętrznych znamion władzy w naszym nieszczęśliwym kraju komuś innemu, ot, choćby panienkom z Nowoczesnej pana Ryszarda Petru, co wydaje się perspektywą gorszą od śmierci. Wyobraźmy sobie tylko na stanowisku premiera panią Joannę Scheuring-Wielgus!

W tej sytuacji nie można wykluczyć, że pielgrzymka rządu pani premier Szydło do Izraela miała na celu odwrócenie tego niebezpieczeństwa. Jużci – gdyby tak Beniamin Netanjahu wstawił się za nami u finansowego grandziarza, żeby ten polskiemu rządowi odpuścił w kwestii demokracji i praworządności, a z kolei grandziarz nakazał panu red. Adamowi Michnikowi i całej żydowskiej gazecie dla Polaków ćwierkać z innego klucza, to nawet artyści z panią Jandą i panią reżyserową schowaliby dudy w miech i ustawiliby się w ogonku do okienka kasowego u pana wicepremiera Glińskiego. Kto wie, czy nawet znienawidzony jeszcze bardziej od prezesa Kaczyńskiego złowrogi Antoni Macierewicz nie zostałby, przynajmniej czasowo, immunizowany od krytyki – oczywiście pod warunkiem jakiegoś załatwienia sprawy śmigłowców „Caracal” – żeby nie trzeba było zwracać łapówek i w ten sposób uniknąć skandalu. W tej sytuacji i Frans Timmermans musiałby się zreflektować, bo w przeciwnym razie przypomniano by mu, skąd wyrastają mu nogi. No dobrze – ale dlaczego właściwie Beniamin Netanjahu miałby się za polskim rządem wstawiać u grandziarza? Co on by z tego miał? Na odpowiedź na to pytanie naprowadza nas wizyta prezydenta Andrzeja Dudy w Nowym Jorku, gdzie spotkał się on z przedstawicielami diaspory żydowskiej, a Abraham Foxman z Ligi Antydefamacyjnej zeznał dla prasy, że w półtoragodzinnej rozmowie omówiono nie tylko walkę z „antysemityzmem” w Polsce i pan prezydent Duda poczynił w tej sprawie różne obietnice – ale również poruszono kwestię żydowskich „roszczeń” wobec Polski. Ponieważ Kancelaria Prezydenta nie chciała powiedzieć, czy i w tej sprawie pan prezydent coś obiecał, można spodziewać się wszystkiego – a tej sytuacji pielgrzymka rządu pani premier Beaty Szydło do Izraela staje się lepiej zrozumiała.

Stanisław Michalkiewicz

Valls podał się do dymisji


Strona główna serwisu

 

 

akt. 05.12.2016, 19:46

Premier Francji Manuel Valls podał się do dymisji. Będzie kandydował na prezydenta

• Manuel Valls będzie kandydował w wyborach prezydenckich w maju 2017 r.
• Obecny prezydent podał, że nie ma zamiaru ponownie ubiegać się o reelekcję

Premier Francji Manuel VallsPremier Francji Manuel Valls (

PAP / Mathieu Cugnot

)

Premier Francji Manuel Valls podał się do dymisji. Podczas konferencji prasowej w Paryżu Manuel Valls poinformował, że odchodzi ze stanowiska, ponieważ zamierza kandydować w wyborach prezydenckich zaplanowanych na maj przyszłego roku. Wcześniej obecny prezydent Francois Hollande, także z partii socjalistycznej, oficjalnie oświadczył, że nie ma zamiaru ponownie ubiegać się o reelekcję.

Zobacz obraz na Twitterze

Zobacz obraz na Twitterze

Obserwuj

Manuel Valls

@manuelvalls

Je veux faire gagner tout #CeQuiNousRassemble

19:05 – 5 gru 2016 · Evry, France

  • 154154 podane dalej

  • 182182 polubienia

  • Z badania przeprowadzonego w zeszłym tygodniu wynika, że nie tylko wyborcy sympatyzujący z socjalistami, ale francuscy wyborcy w ogóle chcieliby, aby to właśnie Valls uzyskał mandat Partii Socjalistycznej do udziału w wyborach prezydenckich.

    Obserwuj

    Manuel Valls

    @manuelvalls

    Je suis candidat à la présidence de la République. MV

    18:34 – 5 gru 2016 · Evry, France

  • 868868 podanych dalej

  • 492492 polubienia

  • Jednocześnie 47 proc. badanych twierdzi, że w ogóle nie popiera żadnego z dotychczasowych kandydatów do udziału w socjalistycznych prawyborach w styczniu. Natomiast wśród lewicowych kandydatów, pytanych jedynie o wybór między Vallsem a jego głównym rywalem Arnaud Montebourgiem, szef rządu ma minimalną przewagę – 47 proc. wobec 45 proc.
    Wśród następców Vallsa na stanowisko szefa rządu wymienia się kilka osób. Za jednego z najpoważniejszych kandydatów uchodzi obecny minister rolnictwa i rzecznik rządu Stephane Le Foll. Nie wiadomo, czy przyjąłby on taką nominację, bo w kontekście fali oburzenia, jaką wywołały wśród większości polityków słowa francuskiej minister ochrony środowiska, która broniła Fidela Castro jako wielkiego bohatera kubańskiego, Stephan Le Foll wspominał o odejściu z polityki.

     

    IAR,AFP,TVN24, oprac. Adam Przegaliński, Tomek Orszulak

    Zobacz też: Francja: starcia w Calais w czasie nielegalnej manifestacji. W ruch poszły kamienie, trzech policjantów rannych

     

    IAR

    Putin zrobił Waszczykowskiego


    onet.wiadomości

     

    Onet

    dzisiaj 18:05

    Władimir Putin: Nord Stream 2 zostanie urzeczywistniony

    Prezydent Rosji oznajmił, że mimo sprzeciwu Polski żaden z uczestników nie wycofał się z projektu. Gospodarz Kremla mówił o tym w Czelabińsku, na spotkaniu z robotnikami tamtejszych zakładów metalurgicznych. Tymczasem dwa tygodnie temu Witold Waszczykowski w rozmowie z Onetem zapowiadał, że „nie będzie Nord Stream II”.

     

    Władimir PutinFoto: NATALIA KOLESNIKOVA / AFPWładimir Putin

    Witold Waszczykowski: nie będzie Nord Stream II [WYWIAD]

      Zobacz więcej

      Putin nazwał również „głupim” i „bezpodstawnym” twierdzenie, że zagraniczni nabywcy rosyjskiego gazu popadają w zależność od Rosji.

      • Nie zważając na to, że pojawiły się komplikacje polegające na tym, iż Polska nie udzieliła odpowiedniego zezwolenia, wszyscy uczestnicy trwają przy projekcie, przede wszystkim zagraniczni – firmy niemieckie, austriackie. Wszyscy chcą pracować. Nie mam większych wątpliwości, że projekt ten zostanie urzeczywistniony – powiedział Putin, którego cytuje agencja TASS.

      Zaznaczył, że rosyjski Gazprom dostarcza obecnie rekordowe ilości gazu do Europy. – Jesteśmy w stanie zaspokoić i siebie, i nawet rosnące potrzeby gospodarki rosyjskiej oraz naszych kontrahentów. Dziś przecież, o czy mało kto wie, o tym się publicznie nie mówi, Gazprom dostarcza do Europy tyle gazu, ile ani Rosja, ani Związek Radziecki nigdy nie dostarczały – wskazał rosyjski prezydent.

      Eksport gazu do Europy odbywa się od dziesięcioleci i „w istocie nie było ani jednego przypadku, byśmy zerwali dostawy” – podkreślił Putin, dodając, że wystąpiły tylko przerwy w latach 2008 i 2009 z winy „państwa tranzytowego” – czyli Ukrainy.

      Przywódca Rosji podjął też zdecydowaną polemikę z poglądem, iż odbiorcy rosyjskiego gazu popadają w polityczną zależność od Moskwy.

      • Mamy taką pozbawioną jakichkolwiek podstaw teoryjkę, iż ten kto kupuje nasz gaz, popada w zależność od Rosji. To absolutnie głupi, bezpodstawny argument, gdyż występuje tutaj wzajemna zależność. Jeśli nasz nabywca popada w zależność od dostawcy, to my także popadamy w zależność od nabywcy – powiedział.

      Wyraził opinię, że szereg państw tranzytowych przeciwnych jest nowemu gazociągowi po dnie Bałtyku, gdyż nie chce utracić korzyści z opłat za tranzyt. Jednak zdaniem Putina „w ostatecznym rachunku opłaty za tranzyt obciążają nabywcę, cenę końcową”.

      Waszczykowski dla Onetu o Nord Stream II

      • Nie będzie Nord Stream II. Rosjanie przestaną go potrzebować — mówi pod koniec listopada w wywiadzie dla Onetu minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski. – Rosjanie przestaną go potrzebować. Dzięki OPAL-owi mogą teraz zwiększyć przepływ gazu przez Nord Stream I, który nie jest w pełni wykorzystany. To im wystarczy – dodał.

      Nord Stream 2 to gazociąg z Rosji do Niemiec przez Morze Bałtyckie. Ma być ułożony wzdłuż eksploatowanej od listopada 2011 roku magistrali Nord Stream.

      Onet Wiadomości

      Na podstawie: PAP , Onet

      Data utworzenia: 5 grudnia 2016 17:45, data ostatniej zmiany: 5 grudnia 2016 18:05

      Wreszcie Prezydent wyksztusił to czego naród od dawna oczekiwał


       

      fot. Krzysztof Sitkowski / KPRP

      Andrzej Duda: Prawda o zbrodni wołyńskiej jest warunkiem dobrosąsiedzkich relacji z Ukrainą

      Dodane przez Lipinski

      Opublikowano: Niedziela, 04 grudnia 2016 o godz. 14:02:00

      Jednocześnie prezydent Polski cieszy się z dużej liczby Ukraińców przyjeżdżających do Polski.

       

      Podczas występu w telewizji TVN24 Andrzej Duda stwierdził: Warunkiem tego, żeby nasze relacje na przyszłość układały się jako dobrosąsiedzkie, nie tylko na poziomie władz, ale przede wszystkim na poziomie społeczeństw jest to, abyśmy wzajemnie żyli w prawdzie. Ta prawda jest bardzo trudna, zwłaszcza dla strony ukraińskiej, bo ona oznacza, niestety, przyznanie prawdy o tym, co działo się na Wołyniu. Prezydent zaznaczył, że już od dłuższego czasu zwraca uwagę Petra Poroszenki, aby ukraińskie władze podjęły jakiekolwiek konkretne działania. Andrzej Duda jako problem wskazuje m. in. ukraińskie ustawy gloryfikujące niektórych dowódców Ukraińskiej Powstańczej Armii, będących zbrodniarzami.

      CZYTAJ RÓWNIEŻ:
      Poroszenko podczas wizyty w Polsce chciał razem z Dudą odsłonić pomnik znanego ukraińskiego polonofoba
      Prezydent: Polska cały czas stoi przy Ukrainie

      Prezydent dodał jednocześnie, że aktualnie położenie Ukrainy jest bardzo trudne. Stwiedził: Pamiętajmy o tym, że to jest dzisiaj państwo, które na swojej granicy de facto toczy wojnę. To jest państwo, które znalazło się w bardzo trudnej sytuacji na skutek działań mocarstwa, które znajduje się poza jego wschodnią granicą. W dodatku bez wątpienia ma na swoim terytorium ludzi, którzy do dzisiaj mają swoje wątpliwości, czy oni chcą mieszkać na Ukrainie czy oni chcą mieszkać w Rosji.Według słów głowy polskiego pańśtwa, poważnym problemem na wschodzie Ukrainy są  rosyjscy żołnierze z regularnych oddziałów, którzy tam wykonywali zadania tzw. zielonych ludzików.

      Andrzej Duda odniósł się również do rosnącej liczby Ukraińców, którzy przyjeżdżają do pracy do Polski. Taka sytuacja cieszy polskiego prezydenta: To sprzyja bliższemu zrozumieniu, sprzyja zaprzyjaźnieniu się. Apeluję do wszystkich moich rodaków, żeby rzeczywiście naszych sąsiadów z Ukrainy, kiedy tutaj do nas przyjeżdżają, przyjmować jak najlepiej, bo to także buduje ten dobry klimat.

      CZYTAJ WIĘCEJ:
      W Polsce pracuje już nawet milion Ukraińców. Przyjedzie kolejne pół miliona
      Od 2017 roku Ukraińcy w Polsce mają zarabiać jak Polacy

      Prezydent powiedział, że wystąpił z propozycją do Petra Poroszenki o utworzeniu wspólnego centrum dobrego sąsiedztwa, które, pozwoli Polakom i Ukraińcom uhonorować przedstawicieli obu narodów ratujących się nawzajem podczas wojny.

      kresy.pl / rp.pl

      Włoska polityka doprowadziła gospodarkę tego kraju do ruiny


      Telewizja Republika.pl

      Sadowski: To włoska polityka doprowadziła gospodarkę tego kraju do ruiny

       

      MD

      8:55 5 grudnia 2016

      Telewizja Republika

      • W Polsce wszystko zależy od tego, w którą stronę szaleją ceny ropy. Jeśli ceny ropy szaleją w dół, to niezwykle pozytywnie wpłynie na naszą gospodarkę. Inflacja w Polsce bierze się przede wszystkim z importu ropy, stąd deflacja była efektem była zauważalnego spadku ceny ropy na rynkach światowych – mówił dziś w „Gospodarce na dzień dobry” Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha.
      • Włoska polityka doprowadza kraj do ruiny, do gigantycznego zadłużenia, a przedsiębiorcy włoscy mają duże problemy. Były wielokrotnie podejmowane próby likwidacji barier dla przedsiębiorców, które powodują, że włoska gospodarka wolno się rozwija. Próby rozerwania tego gorsetu okazał się jednak nieskuteczne. Funkcjonowały zasady, że na ulicy może być jeden piekarz, jeden fryzjer i przez to aktywność Włochów była reglamentowana. To politycy sprawiają problemy włoskim przedsiębiorcom – tłumaczył Andrzej Sadowski z Centrum im. Adama Smitha złą sytuację gospodarczą we Włoszech.

      Sadowski komentował również sytuację cen ropy na światowych rynkach. – W Polsce wszystko zależy od tego, w którą stronę szaleją ceny ropy. Jeśli ceny ropy szaleją w dół, to niezwykle pozytywnie wpłynie na naszą gospodarkę. Inflacja w Polsce bierze się przede wszystkim z importu ropy, stąd deflacja była efektem była zauważalnego spadku ceny ropy na rynkach światowych. Niepotrzebnie jednak polskie rządy utrzymują absurdalnie wysokie koszty podatkowe paliw – dodaje prezydent Centrum im. Adama Smitha.

      Ekonomista odniósł się również do sprawy wysokich kar dla firm wynoszących produkcję poza USA, o których mówił niedawno prezydent-elekt Donald Trump. – Trump zapowiedział też istotną redukcję opodatkowania, aby sprowokować powrót miejsc pracy do USA. Jeśli najpierw ten ruch będzie wykonany to pozostanie pytanie, dlaczego jeszcze amerykańskie firmy chcą przenosić się do innych krajów – powiedział Sadowski.

       

      Źródło: Telewizja Republika

      Imperium Dobra nadal będzie okupować Irak


       

      Xportal.plInformacje, Idea, Polityka05.12.2016

       

      USA: Będziemy nadal okupować Irak

      4 grudnia 2016 18:05

      Na konferencji poświęconej polityce obronnej w Simi Valley w Kalifornii amerykański sekretarz obrony Ashton Carter zapowiedział, że Amerykanie będą musieli „dopilnować, by pokonane Państwo Islamskie pozostało pokonane”.

      Siły koalicji nie powinny wycofać się z Iraku po wyzwoleniu z rąk islamistów miasta Mosul, ich bastionu na północy Iraku. (…). Będziemy musieli przeciwdziałać bojownikom usiłującym uciec i podejmowanym przez Państwo Islamskie próbom przeniesienia się w inne miejsce i odrodzenia się. (…). W tym celu nie tylko USA, ale cała nasza koalicja musi wytrwać i kontynuować swe zaangażowanie wojskowe. – wywodził cynicznie Carter.

      Ostateczną decyzję w tej sprawie podejmie jednak już nowy prezydent Donald Trump i jego administracja.

      Źródło: Polska Agencja Prasowa

      Komentarz Redakcji: Amerykański sekretarz obrony przyznał tym samym, że Waszyngton nie zamierza dopuścić do zakończenia konfliktu zbrojnego na Bliskim Wschodzie. Siły zbrojne „koalicji” złożonej z państw inspirujących i zbrojących dżihadystów nie zostaną wycofane nawet po zniknięciu pretekstu dla ich działań w postaci „Państwa Islamskiego”. Potwierdza to tylko, że Daesz od początku było jedynie pretekstem do interwencji Amerykanów i ich satelitów, a nie jej rzeczywistym powodem. Pod flagą „walki z terroryzmem” amerykańscy interwenci, dla niepoznaki rozpuszczeni w „koalicji”, będą prawdopodobnie próbowali zwalczać w Iraku wpływy Iranu oraz w dalszym ciągu koordynowali działania destabilizujące w Syrii. (A.D.)

      walka_z_terroryzmem_w_iraku

      Ślimaczenie się zamotanej i medialnie nagłaśnianej oraz urzędowo tonowanej poznańskiej sprawy


       

      „WSIECI”: OSTATNIE PIĘĆ MINUT EWY TYLMAN. „SPRAWA MA DRUGIE DNO”

      PRZEGLĄD PRASY

      Dzisiaj, 5 grudnia (07:20)

      „Ta sprawa ma drugie dno. Nie zabraknie mi odwagi, by przedstawić to na sali sądowej” – zapewnia w rozmowie z Mają Nerbutt mec. Ireneusz Adamczak, obrońca Adama Z. Czy w sprawie śmierci Ewy Tylman nastąpi filmowy zwrot akcji, a podczas rozprawy wyjdą na jaw nieznane fakty? Tygodnik „wSieci” analizuje ostatnie pięć minut Ewy Tylman.

      Ewa Tylman /East News

      Ewa Tylman /East News

      W rozmowie z Mają Nerbutt z tygodnika „wSieci” obrońca Adama Z. podkreślił, że jego klient kilka dni przed aresztowaniem przetrzymywany był w należącym do policji tzw. mieszkaniu operacyjnym. Zapowiedział, że będzie do tej informacji wielokrotnie wracał podczas rozprawy.

       

      „Wydaje się oczywiste, że adwokat sugeruje, iż na jego klienta wywierano presję. A organy ścigania starały się za wszelką cenę przeforsować wygodną dla siebie wersję wydarzeń” – pisze autorka artykułu.

      Kluczowe ostatnie pięć minut

      Mec. Mariusz Paplaczyk, pełnomocnik rodziny Tylman, sugeruje w rozmowie z Mają Nerbutt seksualne tło zbrodni. Podobną hipotezę stawia też prof. Brunon Hołyst, ekspert z dziedziny kryminologii.

      „Można przyjąć, że Adam Z. działał pod wpływem impulsu, nagłego przypływu wściekłości. Ale pewne elementy tej historii, w wersji przedstawianej przez prokuraturę, wydają się nadal niejasne” – pisze autorka.

      Dalej analizuje ostatnie pięć minut Ewy Tylman. „Kluczowe jest to, jak (Adam Z. – przyp. red.) zdołał tak szybko zepchnąć Ewę Tylman ze skarpy, wlec bezwładnie ciało przez kilkadziesiąt metrów, a potem wrzucić do rzeki” – czytamy w tygodniku. Autorka podkreśla, że Adam Z. miał na to wszystko tylko pięć minut, potem znów znalazł się w zasięgu monitoringu.

      „Musiało się to dokonać niemal automatycznie, bez namysłu. Nie było czasu na sprawdzanie, czy kobieta przeżyła upadek, czy jej bezruch nie oznacza tylko utraty przytomności. Teoretycznie Adam Z. powinien się też zastanawiać, co robić dalej, powinien w tym wszystkim być jakiś element chaosu i motania się, a nie błyskawiczne realizowanie kolejnych etapów” – zwraca uwagę Maja Narbutt.

      Poszlakowy proces

      Pierwsza rozprawa ws. zabójstwa Ewy Tylman zaplanowana została na 17 stycznia 2017 roku.

      Rozpoczynający się w styczniu proces będzie miał charakter poszlakowy – pisze „wSieci”. Wszystkie poszlaki muszą się ułożyć w jedną całość tak, by przekonać sąd, że to jedyna możliwa wersja zdarzeń z listopada 2015 roku.

      Prokuratura uważa, że Adam Z. działał z tzw. zamiarem ewentualnym. Oznacza to, że nie planował zabójstwa, ale zgodził się na to, że w efekcie jego zachowania ofiara poniesie śmierć. Prokuratura domagała się od sądu, by proces w sprawie śmierci Tylman był niejawny. Po apelu rodziny Ewy Tylman, prokurator generalny Zbigniew Ziobro zalecił jednak poznańskiej prokuraturze okręgowej cofnięcie wniosku o wyłączenie w całości jawności rozprawy przeciwko Adamowi Z.

      Śledztwo ws. zabójstwa Ewy Tylman zostało zakończone 10 listopada i do poznańskiego sadu trafił akt oskarżenia. Prokurator oskarżył Adama Z. o to, że 23 listopada 2015 roku, przewidując możliwość pozbawienia życia Ewy Tylman, zepchnął ją ze skarpy, a potem nieprzytomną zepchnął do wody. Według śledczych mężczyzna w chwili popełnienia przestępstwa był poczytalny. Grozi mu kara do 25 lat więzienia lub dożywocie.

      26-letnia Ewa Tylman zaginęła prawie rok temu. Po raz ostatni była widziana w nocy z 22 na 23 listopada 2015 roku w okolicach ul. Mostowej, przed mostem Rocha w Poznaniu. Z imprezy do domu odprowadzał ją kolega, Adam Z.

      Ciało kobiety znaleziono pod koniec lipca, ok. 12 km od miejsca, w którym Tylman widziana była po raz ostatni. Tożsamość kobiety potwierdziły badania DNA. Sekcja zwłok, ze względu na stan odnalezionego ciała, nie pozwoliła jednak na ustalenie przyczyny jej śmierci.

      Więcej w tygodniku „wSieci”.

      Oskarżony o zabójstwo Ewy Tylman poczeka na proces w areszcie

      INTERIA.PL

      Posłanka dobrej zmiany zapowiada “łomot” antyrządowym protestantom


      Opozycja apeluje, Pawłowicz ostrzega przed łomotem

      Dzisiaj, 5 grudnia (08:19)

      Liderzy opozycji zachęcają do masowych protestów przeciw partii rządzącej. Na apel, pod którym podpisali się m.in. Grzegorz Schetyna i Ryszard Petru, zdecydowanie zareagowała posłanka PiS Krystyna Pawłowicz.

      Posłanka Krystyna Pawłowicz /Stanisław Kowalczuk /East News

      Posłanka Krystyna Pawłowicz

      /Stanisław Kowalczuk /East News

      Protesty miałyby się odbyć 13 grudnia pod hasłem „Stop dewastacji Polski”. List zachęcający do wzięcia w nich udziału ukazał się na Twitterze, a podpisali się pod nim m.in. Lech Wałęsa, Mateusz Kijowski, Krystyna Janda, Władysław Frasyniuk, Grzegorz Schetyna i Ryszard Petru.

      Na odpowiedź ze strony zawsze czujnej i aktywnej w mediach społecznościowych Krystyny Pawłowicz nie trzeba było długo czekać.

      „Utracone konfitury Lecha Wałęsy”

      „Dzieci postkomunizmu ciągle nie przyjmują do wiadomości wyników ostatnich wyborów. Rękami wprowadzonych w błąd Polaków, których planują użyć jako swe tarcze i tarany, chcą obalić 13.12. na ulicach obecny legalny rząd i inne legalne polskie władze. Być może znowu będą wzywać na pomoc niemieckich antyfaszystów i innych podobnych bojówkarzy zewnętrznych” – napisała na Facebooku.

      Posłanka wątpi w to, czy Polacy zareagują na apel obecnych i byłych liderów opozycji.

      „Czy Polacy zechcą (…) awanturować się przeciwko swoim interesom dla ratowania utraconych konfitur panów Schetyny, Wałęsy, Frasyniuka, Broniarza, pani Jandy czy też jakiegoś Kijowskiego? Nie dajmy się kolejny raz wykiwać, tym bardziej, że w grupce prowokatorów jest m.in. poseł Petru, który nawet nie zna dobrze polskiego języka, polskiej historii, podstaw polskiej tradycji ani kultury, a nawet nie potrafi wypełnić przekazu bankowego” – dodała Krystyna Pawłowicz.

      „Z płaczem do ministra Błaszczaka”

      Po chwili zamieściła na Facebooku jeszcze jeden wpis:

      „Nie prowokujcie kodziarze i temu podobna targowico, bo doczekacie się wreszcie od Polaków łomotu i będziecie wtedy latać do ministra Błaszczaka z płaczem. Chociaż, jak już was Polacy znają, polecicie ze skargą raczej do Berlina i Moskwy. To kto wam tym razem zadymę sfinansuje?” – dopytywała posłanka Pawłowicz.

      Czytaj więcej na http://dzikikraj.interia.pl/wyjete-z-sieci/news-opozycja-apeluje-pawlowicz-ostrzega-przed-lomotem,nId,2317178#utm_source=paste&utm_medium=paste&utm_campaign=chrome

      Transportowe bezhołowie na wycieczce do Londynu


       

      WP.PLStrona główna serwisu

       

       

      Natalia Durman

      oprac.Natalia Durman

      akt. 05.12.2016, 10:47

      Kolejny incydent z udziałem VIP-​ów. „Tupolewizm”, czyli jak polska delegacja z premier Beatą Szydło wracała z Londynu. Na Twitterze zawrzało

      Dwa samoloty zapakowane w jeden, czyli jak polska delegacja wracała w ubiegłym tygodniu z Londynu. Na pokładzie źle wyważonej maszyny o mały włos nie znaleźli się: premier Beata Szydło, wicepremier Mateusz Morawiecki, szef MON Antoni Macierewicz, szef MSZ Witold Waszczykowski, szef MSW Mariusz Błaszczak i jeden z najważniejszych oficerów w polskiej armii generał Marek Tomaszycki. „Nie wierzę, że to wszystko działo się naprawdę” – opowiada w „Gazecie Prawnej” dziennikarz Zbigniew Parafianowicz, świadek zdarzenia. Sprawa wywołała poruszenie w internecie.

      Beata SzydłoBeata Szydło (

      PAP / Wojciech Pacewicz

      )

      Pierwsze w historii polsko-brytyjskie konsultacje międzyrządowe w Londynie miały miejsce 28 listopada. Jednym z ich efektów jest nawiązanie wojskowej współpracy, w tym wspólny traktat w sprawie obronności. Potwierdzono też plany rozmieszczenia 150 brytyjskich żołnierzy w Polsce północno-wschodniej.
      Parafianowicz towarzyszył w Londynie polskiemu rządowi. Opisuje w „Gazecie Prawnej”, że były dwie wersje powrotu całej ekipy do kraju. Pierwsza zakładała, że reporterzy odlecą wojskową casą – tą samą, którą tuż przed południem przylecieli do Londynu. Druga: że będzie to rządowy embraer 175. Lot w wersji numer 1 miał trwać około czterech godzin, w wersji numer 2 – był krótszy o półtorej godziny. W lotniskowym terminalu okazało się, że wygrał wariant numer dwa.
      „Po kilku minutach wchodzą przedstawiciele rządu. Szybko na jaw wychodzi prosta prawda: dwóch samolotów nie da się zapakować do jednego. Brakuje miejsc. Kilka osób stoi. Zaczynają się nerwowe negocjacje: kto leci, kto zostaje na casę, która wystartuje za sześć godzin” – relacjonuje zamieszanie na lotnisku Luton Parafianowicz.

       

      „Jeden z ministrów korporacyjnym tonem namawia swoich współpracowników: ‚Basiu, Wiesiu, Czesiu, Krzysiu (imiona zmienione), wysiądźcie’. W odpowiedzi słyszy: ‚Ale szefie, tylu godzin czekać nie dam rady. Mam problemy z kręgosłupem'” – dodaje dziennikarz.
      Jak pisze Parafianowicz, urzędniczce, która ma problemy zdrowotne, ustępuje w końcu miejsca publicysta tygodnika „wSieci”, Michał Karnowski. „To jednak za mało, by wyważyć samolot. Polowanie na zbędne kilogramy trwa w najlepsze. Obsługa naziemna w Luton staje się coraz bardziej nerwowa” – dodaje.
      „Choć ktoś podjął decyzję o połączeniu dwóch transportów w jeden, nikt nie chce podjąć decyzji o ich rozłączeniu” – zaznacza autor tekstu, wspominając, że z kabiny wyszedł nagle kapitan embraera i poinformował, że nie poleci, dopóki problem nie zostanie rozwiązany.

       

      Po kilkudziesięciu minutach negocjacji, samolot opuszcza grupa ochotników i tych, którzy zostali nakłonieni do wyjścia przez swoich szefów. Parafianowicz opisuje, jak jeden z dziennikarzy relacjonował szefowi MSZ Witoldowi Waszczykowskiemu, o co chodzi w zamieszaniu. „Pada określenie: to tupolewizm” – pisze Parafianowicz. Ostatecznie, z niemal godzinnym opóźnieniem, samolot odlatuje do Polski.
      Dosadna reakcja internautów. „Nam zamach niepotrzebny, nas głupota zabije”
      Publikacja „Gazety Prawnej” wywołała poruszenie wśród internautów. Do dyskusji włączyli się także przedstawiciele mediów i opinii publicznej. „Historia lotniskowej kłótni o to, kto ma wysiadać z ViP-Embraera i pakowanie do niego połowy rządu kolejny raz pokazuje jak możliwy był 10.04″ – napisał na Twitterze Konrad Piasecki. „PiS ściga T. Arabskiego. A kiedy do odpowiedzialności będzie pociągnięta min. Kempa za skandaliczny chaos przy locie do Londynu?” – oceniła z kolei Dominika Wielowieyska. „Nie wierzę” – skwitował krótko Eryk Mistewicz, prezes Instytutu Narodowych Mediów.

      Obserwuj

      Konrad_Piasecki @KonradPiasecki

      Historia lotniskowej kłótni o to kto ma wysiadać z ViP-Embraera i pakowanie do niego połowy rządu kolejny raz pokazuje jak możliwy był 10.04

      07:22 – 5 gru 2016

    • 6262 podane dalej

    • 203203 polubienia

    • Obserwuj

      DominikaWielowieyska @DWielowieyska

      PiS ściga T. Arabskiego. A kiedy do odpowiedzialności będzie pociągnięta min. Kempa za skandaliczny chaos przy locie do Londynu? #Tupolewizm

      09:37 – 5 gru 2016

    • 4646 podanych dalej

    • 134134 polubienia

    • REKLAMA

      Zobacz obraz na Twitterze

      Zobacz obraz na Twitterze

      Obserwuj

      Eryk Mistewicz

      @ErykMistewicz

      N I E W I E R Z Ęhttp://www.gazetaprawna.pl/artykuly/998757,tupolew-katastrofa-wypadki-politycytupolewizm.html …

      08:38 – 5 gru 2016

    • 1010 podanych dalej

    • 1919 polubień

    • Posty wywołały lawinę. „Rząd przed szkodą i po szkodzie głupi”, „to się nazywa kuszenie losu”, „a później mordowanie ludzi zamachem, ekshumacjami, odszkodowaniami… niczego się nie nauczą” – pisali jedni; „jakby coś się stało, to znów by była wina Tuska”, „już widzę jak rząd wyciąga wnioski z tej sytuacji, następnym razem dziennikarze nie polecą razem z politykami”, „nam zamach niepotrzebny, nas głupota zabije” – oceniali dosadnie inni.
      „Strach pomyśleć, że po 10.04 przeloty VIP-ów nadal są źle zorganizowane. Po takiej tragedii nie wyciągnięto wniosków?” – zastanawiali się internauci i pytali: „czy ktoś, kto połączył dwa transporty w jeden, się znajdzie, czy zostawiamy to, bo w sumie nic się nie stało?”.
      To nie pierwszy incydent z udziałem VIP w ostatnich miesiącach. W połowie stycznia doszło do wypadku prezydenckiego bmw, zaś w ubiegłym tygodniu – do awarii systemu komputerowego embraera 175, którym leciał prezydent Andrzej Duda.

      Gazeta Prawna, WP, Twitter

      Nie może być programowej wolności nauczania przy unifikacji wszelakich egzaminów


      Przełącz na rozrywkę

      Przełącz na Dziennik

      Za trudne, przestarzałe i z błędami. Tak nauczyciele oceniają nowe programy podstawowe

      05.12.2016, 06:44 | Aktualizacja: 05.12.2016, 09:55

      Dzieci na zajęciach z informatyki

      Dzieci na zajęciach z informatyki / Shutterstock

      Anna Wittenberg

      Za trudne dla dzieci z podstawówki, zbyt sztywne i z błędami – tak nauczyciele oceniają projekty podstaw programowych, które pokazał resort edukacji.

      Wiadomo już, czego na poszczególnych przedmiotach powinny uczyć się dzieci w podstawówce. Resort edukacji ujawnił projekty podstaw programowych i do 9 grudnia wyznaczył czas na ich prekonsultacje. Nauczyciele już dziś, w rozmowach z DGP, zwracają uwagę na błędy i niedociągnięcia, które należałoby poprawić. Część z nich jest wspólna dla wszystkich przedmiotów. Choć projekty mogą się jeszcze zmienić, MEN chce, by wydawcy podręczników już pracowali na ich szkicach.

      Oto ich największe wady według nauczycieli:

      Zbyt trudny materiał. Dzieci traktuje się jak dzieci tylko w czwartej klasie. Uczniowie poznają wtedy historię rodzinną, swojej miejscowości, a także bohaterów historycznych. Od piątej klasy wkraczają tematy bardzo poważne: dotyczące prawa magdeburskiego w Polsce czy soboru trydenckiego – zwraca uwagę Jacek Staniszewski, historyk.

      Podobne odczucia mają też nauczyciele innych przedmiotów. Szóstoklasista według podstawy do geografii „określa główne kierunki zmian w strukturze przemysłu w Niemczech na przykładzie Nadrenii-Westfalii” i „przedstawia główne kierunki rozwoju gospodarczego Czech i Słowacji oraz relacje polityczno-gospodarcze między tymi krajami”. Wyrzucono za to podstawy geografii fizycznej. To zabije moim zdaniem ciekawość geografii wśród uczniów – ocenia nauczyciel przyrody (nazwisko do wiadomości redakcji).

      Podstawa skopiowana z gimnazjalnej. Problemy wynikają z tego, że podstawy w dużej mierze zostały po prostu skopiowane z tego, co dotychczas obowiązywało uczniów gimnazjów. W starej podstawie dla fizyki do gimnazjum i obecnej dla szkoły podstawowej są jedynie kosmetyczne zmiany. Dołożono kilka zagadnień, na przykład ruch po okręgu – mówi Agnieszka Bliska, nauczycielka fizyki.

      Wypadły ważne tematy. Choć w podstawach znajduje się niby to samo, niektóre dokumenty różnią się istotnymi szczegółami. W starym programie ewolucja znajdowała się w wymaganiach ogólnych, teoria była spoiwem całego nauczania przyrody. W nowej jest tylko jednym z wielu zagadnień. Nie będzie problemu z tym, żeby nauczyciel ją ominął, jeśli nie wystarczy czasu – niepokoi się prof. Krzysztof Spalik z Wydziału Biologii UW. W podstawie polonistycznej nie ma natomiast „Odysei” i „Antygony”. Jak omówić „Pana Tadeusza” czy „Zemstę” bez odwołania się do korzeni gatunków? – zastanawia się jedna z polonistek.

      Mało miejsca na inwencję nauczyciela. – Podstawa programowa jest bardzo sztywna. Do każdej klasy jest przypisane, co konkretnego należy w niej zrealizować. Zostały też zmienione ramowe plany nauczania i określają, ile lekcji danego przedmiotu ma być w każdej klasie. Do tej pory dyrektor decydował o rozkładzie lekcji na lata. Nauczyciel w podstawie miał z kolei określone, co trzeba z dziećmi zrobić w klasach 4–6, i sam rozkładał materiał – przypomina Szymon Waliczek, polonista i autor bloga e-polonista.pl. – Zostały też sztywno określone lektury szkolne. Do tej pory mieliśmy znacznie większą dowolność w ich doborze – dodaje.

      Wcześniej w ogóle nie było kanonu lektur dla klas 1–3, teraz w podstawie dla edukacjiwczesnoszkolnej znalazło się dziesięć pozycji, w tym „Anaruk, chłopiec z Grenlandii” i „Doktor Dolittle”. Nie jest jasne, czy to tylko sugestie, czy obowiązek – dodaje dr Aleksandra Szyłło z Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego. Są też inne ograniczenia, na przykład: dziecko ma formułować opowiadanie w 6–10 zdaniach. Nigdy takich ram nie było – dodaje. Przyznaje jednak, że podstawa do nauczania wczesnoszkolnego była dla niej pozytywnym zaskoczeniem. Jest w niej dużo edukacji artystycznej, programowanie. To zupełne nowości – mówi.

      Dużo pamięciówki. Mało pola do inwencji nowe podstawy zostawiają także uczniowi. W podstawie dominują wymagania takie jak: „uczeń zna”, „uczeń wymienia”. Czyli dużo do zapamiętania – zauważa Staniszewski. Podstawa jest strasznie nudna. Przypomina zbiór pogadanek na temat losów naszego państwa. Jest zgodna z kanonem uczenia historii, który mamy od kilkudziesięciu lat. Wracają rzeczy, których od pewnego czasu już nie było, jak wojny grecko-perskie – dodaje. A niektóre tematy są przestarzałe. Na biologii dzieci mają się uczyć podziału organizmów na pięć królestw. W naukach biologicznych od dawna się od tego odchodzi – zaznacza Spalik.

      Pisana w pośpiechu. W podstawach znalazły się też błędy. W tej dla klas 1–3 „Najprostszych” napisane jest przez „rz”. Uczeń ma też umieć napisać „przeproszenie”– mówi Agnieszka, wychowawczyni w pierwszej klasie podstawówki. W podstawie do historii do okresu starożytności zakwalifikowano neolit. Kwiatków jest więcej. W podstawie do języka polskiego zaproponowano w ósmej klasie lekturę, którą dziś czytają ośmiolatki. Błędy nie powinny dziwić. Choć minister Anna Zalewska zarzeka się, że podstawy programowe były pisane od lutego, sami autorzy przyznają, że prace trwały półtora miesiąca.

      Podstawy stały się źródłem problemów resortu. Jak podało RMF FM, z powodu braku nowych dokumentów MEN nie dostało 70 mln zł z unijnych projektów. Komitet Monitorujący, który decyduje o rozdysponowaniu pieniędzy z programów operacyjnych, wstrzymał decyzję w sprawie dwóch wniosków resortu.

      Czego nie dowie się dzisiejszy szóstoklasista

      W oparciu o nową podstawę programową mają uczyć się w przyszłym roku dzieci w pierwszej, czwartej i siódmej klasie szkoły podstawowej. Uczniowie, którzy w tym roku chodzą do klas: czwartej, piątej i szóstej, mają kończyć te trzy lata nauki według starego programu podstawówki. Oznacza to wielkie zamieszanie.

      Siódma klasa zacznie naukę geografii od działu IX nowej podstawy. To oznacza, że nie dowie się na przykład, co to są współrzędne geograficzne – zauważa jedna z nauczycielek przyrody. Jak to możliwe? Dzieci, które uczyły się zgodnie ze starym programem nauczania, uwzględniającym gimnazjum, do szóstej klasy uczyły się na przedmiocie przyroda. Współrzędne w programie były przewidziane później, na gimnazjalnej geografii. Nowa podstawa tę wiedzę każe przekazywać w klasie szóstej. Czyli dziecko, które klasy 4–6 skończyło starym trybem, w ogóle nie będzie miało tego w programie.

      Na podobnej zasadzie uczeń, który od września pójdzie do siódmej klasy, nie dowie się niczego o reformacji, twórczości Leonarda da Vinci, Francji Ludwika XIV, angielskiej monarchii czy innych tematach z historii powszechnej. W dotychczasowym programie historii i społeczeństwa w podstawówce niemal jej nie było – ta pojawiała się dopiero w gimnazjum. Klasa siódma zacznie się jednak dopiero od kongresu wiedeńskiego.

      Różnice programowe sprawią wiele problemów nauczycielom. Zwłaszcza że w nowej podstawie zagadnienia, które mają omawiać z uczniami, są ściśle przypisane do kolejnych lat. W teorii tematu o reformacji nie będzie więc można przenieść do klasy siódmej.

      Reforma prowadzona przez MEN powtarza błędy poprzedniej, wprowadzającej gimnazja. Wtedy również prace nad programami były pospieszne, a uczniowie z czwartej, piątej i szóstej klasy ucierpieli na ich wprowadzeniu – w związku z przejściem do gimnazjum po prostu ucięto im dwa lata nauki. Efekt? Historia w szkole podstawowej kończyła się dla nich na polskim oświeceniu. O XX w. usłyszeli dopiero w trzeciej klasie gimnazjum (o ile nauczyciel wyrobił się przed egzaminem gimnazjalnym z programem).

      Czytaj więcej

      Co będą czytać polscy uczniowie? LISTA LEKTUR PO REFORMIE

      Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

      Aparat pełen solidarnej miłości w stanie wskazującym na słuszność celów walczył o władzę


      WP.PLStrona główna serwisu

       

      akt. 05.12.2016, 10:18

      Jest akt oskarżenia po zajściu z udziałem żołnierzy w Giżycku

      • Prokuratura Okręgowa w Białymstoku oskarżyła trzech oficerów Wojska Polskiego
      • Chodzi o znieważenie i naruszenie nietykalności policjantów interweniujących trzy miesiące temu w hotelu
      • Akt oskarżenia wysłano do Sądu Rejonowego w Giżycku

      PAP / Tomasz Waszczuk

      W połowie września bieżącego roku trzej oficerowie 15. Giżyckiej Brygady Zmechanizowanej wywołali awanturę w miejscowym hotelu. Gdy jeden z żołnierzy zaatakował barmana, obsługa wezwała policję. Podczas wyprowadzania awanturujących się mężczyzn, na korytarzu zaatakowali oni policjantów. Funkcjonariusze użyli gazu i zakuli awanturujących się w kajdanki.
      W czasie interwencji policjanci doznali urazów kończyn i żeber. Trafili na zwolnienia lekarskie.
      Wszyscy żołnierze byli pijani. mieli od 1,2 do 2 promille alkoholu w wydychanym powietrzu.
      Marek Grabski

      WP/PAP

      Pouczające Polskę europejskie ostoje establishmentu nie bardzo sobie radzą z własnymi problemami


      WP.PLStrona główna serwisu

       

      akt. 05.12.2016, 10:26

      Szczerski: my dzisiaj musimy ratować Europę. Szef MSZ ostrzega przed ciosem w UE

      • Witold Waszczykowski: Włosi mogą wyjść ze strefy euro
      • Zdaniem Szczerskiego dymisja Renziego wprowadza niepewność

      Sekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta RP Krzysztof SzczerskiSekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta RP Krzysztof Szczerski (

      Agencja Gazeta / Przemek Wierzchowski

      )

      • Te państwa, które do niedawna pouczały nowe kraje Unii Europejskiej, także nas, co to znaczy być w Europie, dziś same muszą sobie radzić z poważnym kryzysem – powiedział w „Sygnałach dnia” w radiowej Jedynce Krzysztof Szczerski, sekretarz stanu w kancelarii prezydenta, komentując napięcie polityczne w Austrii i we Włoszech. Zdaniem ministra spraw zagranicznych dymisja premiera tego drugiego kraju może mieć wpływ na całą Unię Europejską. – Włosi mogą wyjść ze strefy euro – mówił Witold Waszczykowski w „Salonie politycznym Trójki”. 05.12.2016 08:55
        W opinii Szczerskiego przegrana premiera Włoch w niedzielnym referendum konstytucyjnym, a w efekcie jego odejście to „kolejny sygnał niepewności i niestabilności w Europie” – Pamiętajmy, że Renzi nie doszedł do władzy w wyniku zwycięstwa w wyborach, a w wyniku przewrotu wewnątrz partii, partii rządzącej. Także to był jego pierwszy test wybory. Przegrał go – mówił sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP.
        Dodał, że przegrana Renziego jest kolejnym w ostatnim czasie, po wycofaniu się Francoisa Holande’a z ubiegania się o reelekcję we Francji, przypadkiem pokazującym „osłabienie tradycyjnej lewicy europejskiej”.

       

      Z kolei zdaniem szefa polskiej dyplomacji, jeśli dojdzie do wyborów we Włoszech to możliwe jest tam przejęcie władzy przez koalicję centroprawicową. Waszczykowski uważa, że nowy rząd może zmienić politykę wobec UE, łącznie z rezygnacji z udziału w strefie euro.
      – To byłaby znacząca zmiana, gdyż to jest trzecia, czwarta gospodarka europejska. Po Wielkiej Brytanii byłby to znaczący cios nie tylko dla UE, ale również dla strefy euro – mówił w Jedynce szef polskiej dyplomacji.
      Obaj politycy odnieśli się również do wygranej w wyborach prezydenckich w Austrii kandydata niezależnego Alexandra Van der Bellena nad Norbertem Hoferem z prawicowo-populistycznej FPOe. – W kraju, który wydawałoby się, że jest stabilnym elementem układanki europejskiej trzeba było ratować Europę przed samymi Austriakami – stwierdził Szczerski, zaznaczając, że „nie jest to żadne zwycięstwo Europy”, jak twierdzi część mediów.

       

      Witold Waszczykowski zauważył natomiast, że przegrał kandydat, który rozważał przystąpienie Austrii do Grupy Wyszehradzkiej i dlatego nie spodziewa się zmian w polityce zagranicznej Wiednia.
      (oprac. A. Jastrzębski)

      Antypolak wraca do Berlina



      onet.
      wiadomości

       

      Prasa zagraniczna

       

      30 lis, 13:08

      Martin ante portas

      Der Spiegel

      Jak na człowieka, który w wieku 23 lat był alkoholikiem i omal nie popełnił samobójstwa, Martin Schulz zaszedł naprawdę daleko. Przewodniczący Parlamentu Europejskiego wraca teraz do Berlina jako pełen pasji wojownik. Tym samym pytanie, kto z ramienia SPD będzie kandydował na urząd kanclerza Niemiec, zyskuje całkiem nową dynamikę.

       

      Martin SchulzFoto: FREDERICK FLORIN / AFPMartin Schulz

      Kiedy Martin Schulz stanął przed mikrofonem, by ogłosić swoje pożegnanie z Brukselą, sprawiał wrażenie człowieka niezwykle silnego i zdecydowanego. Gdzieś w środku jednak, jak się wydawało, nosił żałobę. Mówił na krótkim oddechu, jak gdyby słowa pożegnania go wyczerpywały. W pewnej chwili bardzo głęboko zaczerpnął powietrza, po czym padło zdanie: „Ta decyzja nie przyszła mi łatwo”.

      Sondaż: 64 proc. Niemców popiera reelekcję Merkel na kanclerza

        Zobacz więcej

        Można wierzyć w to wyznanie, nawet jeśli w polityce, owym królestwie podtekstów i inscenizacji, pojawia się niewiele zdań, którym powinno się bezwarunkowo dawać wiarę. Europa, jakkolwiek kiczowato może to zabrzmieć, była dla Schulza sprawą, która leżała mu na sercu, chociaż w ostatnich tygodniach, kiedy walczył o przedłużenie swojej kadencji przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, wywoływał wrażenie, że chodzi mu jedynie o stanowisko.

        Martin Schulz wzrastał w obszarze granicznym pomiędzy Niemcami, Belgią i Holandią, miał krewnych w każdym z tych trzech krajów. Jako dziecko słuchał opowiadań o dziadku, który podczas I wojny światowej musiał walczyć z własnymi kuzynami z Belgii i Holandii. „Dzieło połączenia Europy jest według mnie największym osiągnięciem cywilizacyjnym ostatnich stuleci” – stwierdził, ogłaszając swoje odejście. Żaden inny niemiecki polityk nie zajmował się polityką europejska z taką pasją, jak on. Schulz robił to przez 22 lata.

        Godzina pożegnania może teraz stać się godziną nowego początku. Na razie jednak przyszłość Schulza jest nieznana. Nie widział już on realnej szansy na pozostanie dłużej przewodniczącym europarlamentu, musiał więc ogłosić swoje odejście z Brukseli, dopóki ta decyzja miała jeszcze w sobie jakiś ślad dobrowolności. Pewności w kwestii, co go czeka, zupełnie jednak nie miał.

        Kandydaturę Martina Schulza rozpatrywano ostatnio w odniesieniu do wielu, zbyt wielu urzędów. Miał zostać przewodniczącym SPD, kandydatem na kanclerza Niemiec, a ostatnio również ministrem spraw zagranicznych. Dzięki pomocy swojego długoletniego przyjaciela Sigmara Gabriela mógłby dostać każde z tych stanowisk. Ten jednak jak dotąd trzyma go w niepewności, co rodzi pytanie, jak bardzo można jeszcze polegać na owej przyjaźni.

        Wiadomo tylko tyle, że Schulz będzie się ubiegał o fotel w kolejnym składzie Bundestagu, który wraz z obiecanym mu miejscem numer jeden na liście krajowej Nadrenii Północnej-Westfalii jest już właściwie pewny. Tym samym w stolicy pojawi się jeden z najbardziej temperamentnych i zaangażowanych niemieckich polityków, który dla swoich rodaków wciąż jednak pozostaje nieznaną kartą.

        Zbyt wysoko ustawiona poprzeczka

        Jak na człowieka, który jako 23-latek był ciężkim przypadkiem alkoholika i zamierzał nawet  odebrać sobie życie, Martin Schulz zaszedł naprawdę daleko. Podczas intensywnej terapii, która nastąpiła po załamaniu nerwowym, dowiedział się, że ma niebezpieczną skłonność do stawiania sobie zbyt wysoko poprzeczki. Przecenia własne siły.

        W młodości grał w drużynie futbolowej w swoim mieście Würselen. Przez długi czas marzył, że zostanie zawodowcem. Kopał wprawdzie nieźle, ale nie był wybitnym zawodnikiem, a poważna kontuzja kolana w jednej chwili położyła kres jego iluzjom. Jak stwierdził z perspektywy czasu, marzenie o zostaniu zawodowym piłkarzem było zbyt śmiałe, jego cel okazał się nierealistyczny. Również z tego powodu pogrążył się wtedy w alkoholu. Wraz z upływem lat zyskał dość dobre wyczucie, na co może się poważyć. Stale się nad tym zastanawia, również w tych tygodniach, gdy czekają na niego nowe ważne zadania.

        Ministrem spraw zagranicznych mógłby zostać, bez dwóch zdań. Gdyby miał stać się następcą Franka-Waltera Steinmeiera, byłby prawdopodobnie najlepiej wykwalifikowanym i doświadczonym Niemcem, który kiedykolwiek objął ten urząd. Zna nie tylko cały świat, lecz również wiele osób zajmujących ważne stanowiska i przedstawicieli władz. Zwłaszcza w europejskiej polityce jest przypuszczalnie zakorzeniony lepiej niż Angela Merkel. On sam wyraził to kiedyś następująco: „Gdy tyle czasu zajmujesz się Europą, znasz już każdą świnię”.

        Jako przewodniczący Parlamentu Europejskiego Schulz prowadził również bez zakłóceń delikatne dyplomatyczne misje, takie jak wizyty u Recepa Tayyipa Erdoğana czy irańskiego prezydenta Hasana Rouhaniego. Mówi w pięciu językach obcych, do tego po niemiecku i w dialekcie reńskim, w każdym z nich płynnie. Za zagrożenie doradcy Schulza uważają jego skłonność do bardzo bezpośrednich, momentami impertynenckich wypowiedzi. Trzeba go dobrze znać, żeby nie poczuć się zirytowanym, gdy padną takie słowa, jak „jajogłowy”, „flegmatyczna oferma” czy „bydło”.

        Do kwestii, czy będzie kandydował na urząd kanclerza, zbliżył się nieśmiało tego lata. Pojawiła się ona tylko dlatego, że Sigmar Gabriel przez swoją zwłokę otworzył pole dla spekulacji, że sam może zrezygnować. Schulz zaczął stawiać sobie samokrytyczne pytania. W końcu podjął decyzję: tak, będzie kandydował, jeśli Gabriel go o to poprosi. Tak mijały tygodnie i wydaje się, że z owej gotowości pozostało jedynie życzenie, by móc to zrobić.

        Fakt, że dla wielu Niemców jest wciąż jeszcze osobą nieznaną, może paradoksalnie uczynić jego kandydaturę jeszcze bardziej atrakcyjną. O Angeli Merkel po jedenastu latach jej rządów współobywatele  sądzą, że wszystko wiedzą. Również w sprawie Gabriela mieszkańcy i dziennikarze wydali już werdykt, mało pozytywny. Jest on być może niesprawiedliwy, rzeczą nierealistyczną byłoby jednak wierzyć, że Niemcy spojrzą jeszcze na wicekanclerza nowym, świeżym wzrokiem. Na temat Martina Schulza niewielu rodaków ma ukształtowany pogląd. Być może uważają typowe dla niego połączenie szczerości, oczytania i pasji za bardzo odświeżające. Kandydatura Schulza stwarza przynajmniej pole dla niespodzianek.

        To, w jakiej roli przyjedzie następnym razem do Berlina, zależy teraz od człowieka, który do dziś nazywa go konsekwentnie swoim przyjacielem. To, że nad ową przyjaźnią pojawił się w międzyczasie cień, ma wiele wspólnego z faktem, iż ambicje Sigmara Gabriela i Martina Schulza stoją dziś sobie w drodze. Jeszcze w lecie obaj zapewniali się nawzajem: „Jeden z nas musi to zrobić”. Była to przysięga dwóch samotnych wojowników w swojej partii, których zbliżają do siebie ich biografie, skromne warunki, w jakich się wychowywali. Snuli nawet scenariusze, na co muszą zwrócić uwagę w przypadku kandydatury Gabriela, a na co, gdy kandydować będzie Schulz.

        Rysy na przyjaźni

        Potem nastąpiły przepychanki wokół CETA, próba zjednoczenia Unii Europejskiej, towarzyszy  we własnym kraju i kanadyjskiego rządu. Schulz zaangażował się w tę sprawę, spotkał się w Ottawie z kanadyjskim premierem Justinem Trudeau i wymusił na nim ustępstwa oraz kolejne rozmowy. Zorganizował wyjazd delegacji SPD do Kanady, by przed konwentem partyjnym wynegocjowała kolejne zbliżenie. Potem jednak Gabriel ku powszechnemu zaskoczeniu odwołał tę podróż. Schulz był wściekły. „W sprawie Kanady i CETA nie będę już nic więcej robił“ – zapowiedział. W końcu walczył jednak dalej, CETA została przyjęta, lecz napięcia między obu politykami przybrały na sile.

        Podczas gdy Sigmar Gabriel świętował podpisanie umowy CETA, nastrój coraz bardziej psuły mu nowe wyniki sondaży, zwłaszcza oceny jego osobowości, które uświadomiły mu, że jako kandydat na kanclerza nie miałby żadnych szans w walce z Angelą Merkel. Jednocześnie skoczyły w górę notowania jego przyjaciela Martina. Owe liczby zmieniły coś w relacjach między obu panami. Podczas gdy Schulza utwierdziły w przekonaniu, że jest lepszym kandydatem, u Gabriela wzbudziły nieufność.

        Przewodniczący SPD odnotował również, że Schulz miał coraz mniej ochoty do rozmyślania nad swoim kandydowaniem na kanclerza bez jednoczesnego żądania przywództwa w partii. Jeśli Gabriel miał do tej pory nadzieję, że może wysłać go na wyścig o fotel kanclerski, samemu zaś zachować pozycję partyjnego lidera, to bardzo się mylił. Niezamierzona rywalizacja dwóch przyjaciół zyskała oto wymiar egzystencjalny. Na początku października „Spiegel” pisał, że nastroje w partii zwracają się przeciwko Gabrielowi, Schulz zaś zyskuje coraz więcej sojuszników. Przewodniczący europarlamentu przyjął to z zadowoleniem, liderowi socjaldemokratów raport ów znacznie mniej przypadł do gustu.

        Kilka tygodni temu na owej przyjaźni pojawiły się  rysy widoczne również na zewnątrz.  Martin Schulz przez dwa dni wędrował po Berlinie, spiesząc z jednego oficjalnego spotkania na następne. Odebrał nagrodę, był obecny na prezentacji książki – swojej pierwszej biografii.

        Gabrielowi nie spodobała się ta intensywna reklama własnej osoby, jego telefony do Schulza stały się rzadsze, a uwagi na jego temat bardziej złośliwe. „Prowadzi kampanię przeciwko mnie“ – powiedział jednemu ze swoich doradców. Również Schulz poczuł, że coś się szykuje. „On nie chce mnie w Berlinie“ – poskarżył się zaufanym osobom.

        Irytacja powstała również, gdy Frank-Walter Steinmeier  w połowie listopada ogłoszony został kandydatem do zamieszkania w zamku Bellevue (rezydencja prezydenta RFN – przyp. Onet). Tego dnia Sigmar Gabriel był niemal w euforii. Również Martin Schulz miałby powód, aby być w dobrym nastroju – zwolniłoby się stanowisko ministra spraw zagranicznych, które zawsze go pociągało. Mimo to dobry humor się nie pojawił, później okazało się, dlaczego.

        Gabriel rozważał poważnie pomysł, by nie tylko kandydować na kanclerza Niemiec, lecz również zostać szefem dyplomacji. Pociągała go perspektywa poprawienia w ten sposób wskaźników swojej popularności. W tym wariancie Schulz zostałby z pustymi rękami.

        Obaj raz jeszcze podjęli próbę przywrócenia zaufania we wzajemnych relacjach. Dzień później Schulz po raz kolejny przyleciał z Brukseli do Berlina, gdzie on i Gabriel mieli pomówić ze sobą wieczorem w hotelu Adlon. Szef SPD wszedł przednim wejściem, przewodniczący Parlamentu Europejskiego wejściem bocznym. Wymienili się poglądami, w rozmowie zabrakło jednak jasności w kwestii ministra spraw zagranicznych i kandydata na kanclerza, na którą liczył Schulz. I najwyraźniej nie ma jej do dziś.

        Afront

        Gabriel oświadczył w prezydium SPD, że nie widzi powodu do pośpiechu. Zobowiązał również ponownie zarząd partii oraz frakcję do trzymania się jego harmonogramu: najpierw, pod koniec stycznia, trzeba wyłonić kandydata na urząd kanclerza, a następnie wyznaczyć szefa dyplomacji.

        W partyjnym kierownictwie i Domu Willy’ego Brandta (siedziba SPD – przyp. Onet) większość towarzyszy uważa obecnie, że ich przewodniczący sam stanie do walki z Angelą Merkel. Zwlekałby przez długie miesiące po to, by na koniec się wycofać? O taki brak odpowiedzialności  nikt go nie posądza. Jeśli sam nie chciałby kandydować, po co zwodziłby tak długo Martina Schulza? I czy nie wykorzystałby wiadomości o kolejnej ciąży swojej żony jako szansy odwrotu,  gdyby to poważnie rozważał?

        Wygląda na to, że Sigmar Gabriel zajmuje się w tej chwili głównie kwestią, z jakiej pozycji powinien wystąpić przeciwko Angeli Merkel. Jako wicekanclerz i minister gospodarki, jak dotychczas? Jako szef frakcji, by umknąć przed gabinetową dyscypliną i móc zaatakować Merkel znacznie swobodniej, niż miałby szansę zrobić to jako wicekanclerz? Albo przyjąć rolę następcy Steinmeiera na stanowisku ministra spraw zagranicznych? Urząd ten – taka jest jego nadzieja – nadaje automatycznie jego posiadaczowi pewną dostojność i godność. Ponadto większość pełniących go osób cieszy się rosnącą popularnością. Lecz Gabriel nie ma akurat doświadczenia na dyplomatycznych parkietach. Gdy do tej pory bywał za granicą, zapewniał gazetom nagłówki, jakich sobie bynajmniej nie życzył.

        Z punktu widzenia Martina Schulza gdyby Gabriel postanowił sam zostać ministrem spraw zagranicznych, byłoby to z jego strony niezbitym afrontem. I z całą pewnością oznaczałoby koniec ich i tak kruchej już przyjaźni.

        W SPD słychać glosy, że Schulz powinien bardziej ofensywnie domagać się dla siebie prawa do kandydowania na kanclerza. Dotychczas tego nie robił, choć miał prawo przypuszczać, że wygrałby ową walkę – najwyraźniej powstrzymały go przed tym przyjaźń i lojalność. W tych dniach jednak będzie przypuszczalnie częściej zadawać sobie pytanie, czy owa przyjaźń jeszcze w ogóle istnieje.

        A jeśli jednak nie? Czy Schulz nie miałby wówczas wszelkich powodów, by wyzwać Gabriela na pojedynek i nalegać na przeprowadzenie ankiety wśród współtowarzyszy? W końcu to sam przewodniczący w maju zachęcał do opcji, w której członkowie partii głosują nad poszczególnymi kandydaturami.

        Onet Wiadomości

        Autorzy: Markus Feldenkirchen , Horand Knaup

        Zbliża się nieuchronny koniec obrońcy państwa ułomnego prawa


        WP.PLStrona główna serwisu

         

        Natalia Durman

        oprac.Natalia Durman

        akt. 04.12.2016, 13:38

        Andrzej Duda: prezes TK Andrzej Rzepliński łamie konstytucję. Rażąco mija się z prawdą

        • Prezes TK działa sprzecznie z konstytucją, nie dopuszczając do pracy trzech sędziów. To oczywiste i jaskrawe łamanie konstytucji. Andrzej Rzepliński rażąco mija się z prawdą, ja działam w granicach prawa – mówił Andrzej Duda na antenie TVN24, komentując zamieszanie wokół Trybunału. Prezydent oznajmił również, że jest zadowolony z pracy premier Beaty Szydło i całego rządu. – Zrobiono dużo – podkreślił. Ujawnił również kulisy rozmów na temat kwoty wolnej od podatku i reformy edukacji.

        PAP / Jacek Turczyk

        Prezydent oświadczył w TVN24, że nie przypomina sobie propozycji mediacji ze strony Rzeplińskiego ani prośby o spotkanie. – Mija się znów z prawdą. Jest oczywiste, po której stronie stoi. W moim przekonaniu prezes TK nigdy nie powinien się w taki sposób wciągnąć w spór polityczny. Rzepliński zachowuje się jak polityk, a nie prezes TK – mówił Duda. Ocenił, że grudniowe odejście obecnie urzędującego prezesa sprawi, że TK nie będzie tak „szarpany politycznie”. – To zaprzeczenie idei TK – podkreślił Duda.
        Pytany o możliwość zakończenia konfliktu i przyjęcie ślubowania od trzech sędziów, prezydent stwierdził, że nie może się zgodzić z „ostentacyjnym łamaniem prawa”, ani cofnąć z przyczyn konstytucyjnych. – TK i sędziowie doprowadzili sytuację do absurdu. Prezydent nie może czegoś takiego zaakceptować. Czekam spokojnie na to, co zostanie przyjęte w Sejmie – kontynuował.
        Na pytanie, czy obawia się, że po zakończeniu kadencji stanie przed Trybunałem Stanu, co postuluje opozycja, odpowiedział: – Jak ktoś się czegoś boi, lepiej, by nie był prezydentem.

        Duda odniósł się również do zatrzymania przez CBA legendarnego działacza opozycji, byłego senatora i eurodeputowanego, Józefa Piniora. Przypomniał, że postępowanie w jego sprawie toczyło się jeszcze za czasów rządów Platformy Obywatelskiej. – Nie jestem prokuratorem. Sąd podjął decyzje, ja nie ingeruję – mówił prezydent.
        Komentując możliwość ujawnienia materiałów w tej sprawie, co zapowiedział minister sprawiedliwości-prokurator generalny Zbigniew Ziobro, Duda ocenił, że sytuacja jest szczególna, a Ziobro chce pokazać „obiektywne fakty”. – Każdy jest niewinny, dopóki nie zostanie skazany – podkreślił.
        Prezydent zabrał też głos w sprawie reformy edukacji. Ujawnił, że rozmawiał na ten temat z premier Beatą Szydło, by „zwróciła uwagę na pewne sprawy”. Wyjaśnił, że niepokoją go szczególnie dwie kwestie: szkoły artystyczne i sportowe (o czym miał już także rozmawiać z ministrem kultury Piotrem Glińskim) oraz szkoły i gimnazja dwujęzyczne. – Trochę jest sianego fermentu. Ale Anna Zalewska prowadzi reformę w sposób transparentny – podkreślił Duda, informując zarazem, że ma zamiar o reformie rozmawiać z szefową MEN.

         

        Duda przywołał również rozmowę z premier o kwocie wolnej od podatku. Przyznał, że był zdegustowany, że projekt w tej sprawie tak późno do niego dotarł. – Premier powiedziała: nie damy rady podwyższyć jednolicie kwoty, jak to złożyłeś w projekcie. Ja na to: zależy mi, by projekt chociaż się rozpoczął. I został rozpoczęty – relacjonował przebieg spotkania prezydent. Zaznaczył, że uczyni wszystko, by dla wszystkich została ustanowiona kwota wolna od podatku w wysokości 8 tys. zł.

        TVN24, WP

        Tuskowi “nienormalna Polska” jest o tyle potrzebna o ile załatwia mu konfitury


        onet.wiadomości

         

        IAR

        36 minut temu

        Waszczykowski: po Donaldzie Tusku nie widać, by lobbował w interesie Polski

        Szef polskiej dyplomacji krytycznie ocenia Donalda Tuska jako przewodniczącego Rady Europejskiej, zarzucając mu między innymi, że nie lobbuje w polskim interesie.

         

        Szef MSZ Witold WaszczykowskiFoto: Sergei Supinsky / AFPSzef MSZ Witold Waszczykowski

        Witold Waszczykowski, gość radiowej Trójki powiedział, że kraj członkowski delegując polityka na tak ważne stanowisko ma pewne oczekiwania, a z punktu widzenia Polski Donald Tusk ich nie spełnia.

        Według ministra, po pierwsze państwa liczą, że taka osoba sprawi, że zatrudnienie w instytucjach unijnych znajdzie duża liczba ekspertów z danego kraju. Po drugie – mówił gość Trójki – oczekują też informacji z tych instytucji. – Po trzecie liczy się na to, że będzie lobbował w interesie danego kraju. Po premierze Tusku tego nie widać – mówił szef polskiej dyplomacji.

        Ostatnio Witold Waszczykowski skrytykował Donalda Tuska jako szefa Rady Europejskiej, zarzucając mu m.in. brak zainteresowania bezpieczeństwem Polski. W rozmowie z TVN24 dodał, że Tusk ma czas do maja przyszłego roku, by zmienić swoje podejście do obecnego polskiego rządu. Nie odpowiedział jednak wprost, czy władze udzielą mu poparcia na drugą kadencję.

        (mb)

        Onet Wiadomości

        Źródło: IAR

        Niemcy nie podskoczą Rosji bez jej nośników energii i surowców


        INTERIA

         

         

        PAP

         

        STEINMEIER: NIE ZAAKCEPTUJEMY ANEKSJI KRYMU

        ŚWIAT

        Wczoraj, 4 grudnia (14:21)

        Nie zaakceptujemy włączenia Krymu do terytorium Rosji – oświadczył w niedzielę szef dyplomacji Niemiec Frank-Walter Steinmeier. Podkreślił, że aneksja Krymu była „złamaniem prawa międzynarodowego” i naruszeniem „naszego europejskiego ładu pokojowego”.

        Szef dyplomacji Niemiec Frank-Walter Steinmeier /JOHN MACDOUGALL /AFP

        Szef dyplomacji Niemiec Frank-Walter Steinmeier /JOHN MACDOUGALL /AFP

        W wypowiedzi dla gazet z grupy medialnej Funke niemiecki minister spraw zagranicznych wypowiedział się przeciwko łagodzeniu sankcji wobec Rosji – informuje agencja dpa.

        Oświadczył, że będzie można o tym pomyśleć dopiero, „gdy poczynione zostaną znaczące kroki w realizacji porozumienia mińskiego”.

        W czwartek i piątek Steinmeier będzie w Hamburgu gospodarzem spotkania ministrów spraw zagranicznych państw Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (OBWE), podczas którego omawiany będzie m.in. konflikt na wschodzie Ukrainy.

        Szef niemieckiej dyplomacji wyraził opinię, że strony tamtego konfliktu „dosłownie okopują się na swoich pozycjach”. Optymistycznie ocenił jednak możliwość wymiany jeńców jeszcze przed Bożym Narodzeniem.

        Porozumienie mińskie z 2015 roku, wypracowane przy mediacji Berlina i Paryża, przyczyniło się do zakończenia starć na dużą skalę między ukraińskimi siłami rządowymi a prorosyjskimi separatystami w Donbasie. Nadal dochodzi tam jednak do walk na mniejszą skalę, a wysiłki podejmowane na rzecz politycznego rozwiązania konfliktu utknęły w martwym punkcie. Finalne cele umowy – wybory samorządowe na terenach kontrolowanych przez prorosyjskich separatystów oraz odzyskanie przez Ukrainę kontroli nad granicą państwową z Rosją – są nadal dalekie od realizacji.

        Od początku konfliktu na wschodzie Ukrainy zginęło ponad 9,5 tysiąca osób.

        PAP

        Miłość do Kościoła ością w gardle opozycyjnych nienawistników


         

        Michał Szułdrzyński

        Szułdrzyński: Przed kim klęka PiS

        publikacja: 04.12.2016

        aktualizacja: 05.12.2016, 04:45

        W uroczystościach 25. rocznicy powstania Radia Maryja wzięli udział po...W uroczystościach 25. rocznicy powstania Radia Maryja wzięli udział politycy PiS.Foto: PAP, Tytus Żmijewski

        Politycy obozu władzy chętnie demonstrują swoją wiarę, ale często ich działania rozmijają się z nauką Kościoła.

         

        W sobotę najważniejsi politycy w państwie – z prezydentem Andrzejem Dudą na czele – uczestniczyli w Toruniu w uroczystościach z okazji 25-lecia Radia Maryja. Dwa tygodnie temu prezydent wziął udział w krakowskich Łagiewnikach w uroczystości przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana. Tydzień wcześniej zaś był honorowym gościem uroczystości inauguracji sanktuarium Opatrzności Bożej w warszawskim Wilanowie.

        Czytając media społecznościowe, zauważyć można, że dla bardzo wielu osób oficjalna obecność prezydenta RP, niekiedy premiera i najważniejszych ministrów na uroczystościach religijnych jest bardzo ważna. Publiczne okazywanie wiary przez przywódców państwa jest dla wielu osób powodem do dumy. Trudno też serio traktować zarzuty, które pojawiają się przy takich okazjach ze strony lewicowo-liberalnej, że publiczna religijność najważniejszych osób w państwie narusza rozdział Kościoła i państwa. Amerykańscy prezydenci każde przemówienie kończą wszak wezwaniem „Boże, błogosław Ameryce”, składają przysięgę na Pismo Święte – bez względu na to, czy są bigotami, czy postępowcami jak Barack Obama.

        Mimo to powstaje kilka ważnych pytań dotyczących aktualnych relacji polityków obozu rządzącego z Kościołem. Przede wszystkim powstaje kwestia, czy np. strumień publicznych dotacji płynący do fundacji czy uczelni związanej z ojcem Rydzykiem oraz obecność prezydenta, ministra obrony narodowej, szefowej Kancelarii Premiera jest swego rodzaju odpłatą za wsparcie, jakie toruńskie media udzieliły obecnemu obozowi rządzącemu. Nie chodzi tu bowiem ani o wiarę, ani o religię, ale o sprawy czysto polityczne.

        Kolejnym pytaniem, które się pojawia, jest to, czy Kościołowi w Polsce służy tak bliski sojusz z partią rządzącą. PiS wygrał demokratyczne wybory i ma dziś samodzielną większość w parlamencie, w sondażach popiera go między 30 a 40 procent ankietowanych. Czy jednak zbytnia bliskość władzy nie sprawi, że przeciwnicy PiS z powodów politycznych nie poczują się od Kościoła odepchnięci?

        Ważną kwestią jest też to, na ile PiS rzeczywiście realizuje politykę zbieżną ze społecznym nauczaniem kościoła. To nie ostentacja religijna jest wyznacznikiem bliskości nauczania Kościoła, lecz konkretne decyzje w codziennym rządzeniu. Bez wątpienia prowadzona przez PiS polityka prorodzinna bliska jest myśli Kościoła (choć niektórzy złośliwie zauważają, że Święta Rodzina nie dostałaby 500+, bo Maryja i Józef mieli tylko jedno dziecko, a świadczenie wypłacane jest przy dwójce dzieci).

        Bardziej prosocjalne podejście do polityki państwowej – np. darmowe leki dla seniorów czy bardziej konserwatywne podejście resortu zdrowia do in vitro czy antykoncepcji może się z pewnością podobać tym, którzy na serio biorą swój katolicyzm. Niemniej PiS cofnął się kilka tygodni temu przed zaostrzeniem ustawy antyaborcyjnej.

        W dodatku trudno uznać retorykę partii rządzącej za przejaw chrześcijańskiej miłości bliźniego. Pomijając już jawnie sprzeczny z wezwaniami Franciszka stosunek do uchodźców (podczas pielgrzymki do Polski papież potępił nacjonalizm i egoizmy narodowe), podejście partii rządzącej do przeciwników politycznych czy tej części społeczeństwa, która nie popiera PiS, mało ma wspólnego z chrześcijaństwem.

        Społeczne nauczanie Kościoła za jeden z celów polityki uważa pokój społeczny. Sęk w tym, że pod rządami PiS jest go w Polsce znacznie mniej niż wcześniej.

        Łączenie ostentacyjnej religijności z pogardą, wrogością czy polityczną zemstą, grą na społecznych lękach i resentymentach, w najdelikatniejszym ujęciu trąci hipokryzją. W mniej delikatnym – wykorzystywaniem religii w celach politycznych.

        W kampanii wyborczej PiS obiecywał, że Polska pod jego rządami wstanie z kolan. Rządzący lubią jednak klękać. Ale nie przed Bogiem. Lubią klękać na pokaz. Czy przynosi to chwałę Bogu? Na pewno jest narzędziem, za pomocą którego obóz rządzący próbuje umocnić swoją władzę. Pytanie do przywódców polskiego Kościoła brzmi dziś, czy na dłuższą metę Kościół nie będzie największą ofiarą takiego zachowania.