Radio Maryja jest wierne prawdziwie polskim wartościom


SERWIS INFORMACYJNY POLSKIEGO RADIA

 

25. urodziny Radia Maryja. Prezydent: Radio Maryja jest wierne prawdziwie polskim wartościom

03.12.2016 23:43

– Radio Maryja ma prawo prowadzić i włączać się w politykę budowania dobrego państwa – powiedział prezydent Andrzej Duda podczas jubileuszu Radia Maryja w Toruniu. Podziękował rozgłośni za budowanie wielkiej wspólnoty i za niezłomność.

Prezydent Andrzej Duda podczas uroczystości z okazji 25. rocznicy powstania Radia Maryja.

Prezydent Andrzej Duda podczas uroczystości z okazji 25. rocznicy powstania Radia Maryja.Foto: PAP/Tytus Żmijewski

Andrzej Duda przypomniał, że Radio Maryja było niegdyś nazywane „ciemnogrodem” i „moherami”. Dodał, że Telewizji Trwam w niesprawiedliwy sposób odmawiano miejsca na multipleksie.

Andrzej DudaRadio Maryja ma prawo prowadzić i włączać się w politykę budowania dobrego państwa

Sejmowa komisja, w której pracował Andrzej Duda, wyświetliła jednak nieprawidłowości i miejsce zostało przyznane. Jak powiedział prezydent, była to zasługa także tysięcy słuchaczy i telewidzów, którzy w 2012 roku przeszli przez Warszawę w marszu „Obudź się Polsko”.

Obserwuj

Radio Maryja

@RadioMaryja

Prezydent @AndrzejDuda: przybyłem tutaj jako prezydent RP, żeby podziękować #25latRM

18:17 – 3 gru 2016

  • 3434 podane dalej

  • 7171 polubień

  • Na zakończenie przemówienia prezydent życzył Radiu Maryja i związanym z nim dziełom, aby się rozwijały i miały wsparcie władz państwowych. Są to bowiem – jak zaznaczył – media misyjne, które utrzymują się z ofiar słuchaczy. Podkreślił, że Radio Maryja ma prawo włączać się w politykę, rozumianą jako roztropna troska o dobro wspólne, i upominało się o taką politykę.

    W programie uroczystości przed mszą świętą znalazły się wspólna modlitwa różańcowa, koncert „Piękna nasza Polska cała” w wykonaniu Reprezentacyjnego Zespołu Artystycznego Wojska Polskiego i modlitwa Koronka do Miłosierdzia Bożego.

    Zobacz obraz na TwitterzeZobacz obraz na TwitterzeZobacz obraz na TwitterzeZobacz obraz na Twitterze

    Obserwuj

    KancelariaPrezydenta

    @prezydentpl

    25-lecie @RadioMaryja.
    >> Toruń

    16:01 – 3 gru 2016

  • 6363 podane dalej

  • 196196 polubień

  • Homilia Marka Jędraszewskiego

    Marek JędraszewskiW programie Radia Maryja jest wszystko, co życie stanowi: wspólna modlitwa o różnych porach dnia, rzetelne informacje o wydarzeniach świata, katechezy i konferencje, dyskusje na ważne dla Kościoła, narodu i państwa

    Uroczystej mszy świętej przewodniczył wiceprzewodniczący Konferencji Episkopatu Polski, metropolita łódzki, arcybiskup Marek Jędraszewski. W homilii powiedział, że w roku 1991, gdy powstawało Radio Maryja, wykuwała się przyszłość Polski.

    Część ówczesnych elit próbowała budować demokrację bez wartości, czemu przeciwstawił się papież Jan Paweł II. Głosił on, że wolność pozbawiona wartości przekształca się w ukryty lub jawny totalitaryzm. Wtedy pojawił się redemptorysta, ojciec Tadeusz Rydzyk, który założył Radio Maryja. Pomaga ono w życiu według wartości, jakie niesie Ewangelia.

    • W programie Radia Maryja jest zatem wszystko, co życie stanowi: wspólna modlitwa o różnych porach dnia, rzetelne informacje o wydarzeniach świata, katechezy i konferencje, dyskusje na ważne dla Kościoła, narodu i państwa tematy, Rozmowy Niedokończone – powiedział arcybiskup.

    Jarosław KaczyńskiZ Radiem Maryja jest związana Telewizja Trwam, „Nasz Dziennik”, a także wiele innych instytucji. To one wniosły do polskich domów powiew wiarygodnej informacji i niezakłamanej publicystyki

    Prezes PiS Jarosław Kaczyński przysłał list

    Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński wystosował list na uroczystości 25-lecia Radia Maryja. Napisał w nim, że jest to wspaniałe dzieło „ku większej chwale Bożej”.

    Podczas uroczystości w Toruniu list odczytał minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak. Jarosław Kaczyński, który nie mógł przybyć na obchody, przypomniał, że z Radiem Maryja jest związana Telewizja Trwam, „Nasz Dziennik”, a także wiele innych instytucji. „Inicjatywy medialne odebrały monopol mediom głównego nurtu” – napisał prezes PiS. „Wniosły do polskich domów powiew wiarygodnej informacji i niezakłamanej publicystyki. Tę przestrzeń prawdy na innym odcinku pracy formacyjnej stale poszerza Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej”. Jarosław Kaczyński podkreślił, że Radio Maryja i inne inicjatywy ojca Tadeusza Rydzyka zmieniły Polskę. „Za ich powstanie i istnienie, za ich misję z głębi serca ojcu dyrektorowi dziękuję” – napisał prezes PiS.

    Wierni z całej Polski

    Słuchacze Radia Maryja przyjechali na uroczystości z różnych stron Polski, najczęściej grupami z jednej lub kilku sąsiednich parafii. Niektórzy mieszkańcy najdalszych zakątków kraju wyruszyli już piątek rano i po drodze odwiedzali miejsca kultu religijnego m.in. w Kaliszu i Licheniu. Inni podróżowali całą noc.

    – Przyjechałam na obchody rocznicowe po raz pierwszy, wcześniej zdrowie mi nie pozwalało. Radio Maryja, którego słucham od wielu lat, jest dla mnie bardzo ważne, bo jest wierne prawdziwie polskim wartościom – powiedziała pani Krystyna z Lublina.
    Pan Władysław z Tarnowa przyznał, że na obchodach rocznicy Radia Maryja był już osiem razy, ale pierwszy raz miał okazję zobaczyć świątynię wzniesioną, jako podziękowanie za pontyfikat św. Jana Pawła II.

    Dla osób, które nie zmieściły się w hali, przygotowano dwa wielkie namioty z ławkami i telebimami, a także zamontowano jeden telebim na świeżym powietrzu. Na telebimach można było oglądać Telewizję Trwam, która transmituje przebieg jubileuszowych uroczystości.

    Początek w święto NPNMR

    Radio Maryja rozpoczęło nadawanie programu 8 grudnia 1991 r. w święto Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny. Początkowo audycji przez 14 godzin na dobę mogli słuchać tylko mieszkańcy Torunia i Bydgoszczy oraz okolicznych miejscowości.

    Tydzień później rozgłośnia została poświęcona przez ordynariusza ówczesnej diecezji chełmińskiej bp. Mariana Przykuckiego, który podkreślił jej znaczenie dla reewangelizacji. – Wiemy, że na skutek naszej przeszłości, na skutek systemu totalitarnego wiele jest wypaczonych sumień i do wielu słowa głoszone w kościele nie docierają. Może dotrą właśnie poprzez radio – mówił wówczas biskup.

    Z czasem Radio Maryja wydłużyło nadawanie do 24 godzin, a jego zasięg objął całą Polskę i rozszerzał się na inne kraje. Od 1998 r. jest dostępne za pośrednictwem internetu.

    ksem/

    Zobacz więcej na temat: toruń radio maryja polska prezydent andrzej duda

    Intelektualni trampkarze wyprani z poczucia odpowiedzialności za Polskę


    INTERIA.PLFakty

     

    POWRÓT OJCA MARNOTRAWNEGO?

    ZiemkiewiczRafał Ziemkiewicz

    Wczoraj, 2 grudnia (09:29)

    Lewicowo-liberalna opozycja ma straszny problem z przywództwem. Grzegorz Schetyna charyzmy ma tyle, co gminny urzędnik, Ryszard Petru co się odezwie, to nie wiadomo, gdzie oczy podziać. Kosiniak Kamysz jest za młody, Miller za stary, a Czarzasty nie do przyjęcia bez względu na wiek. Partie jakoś sobie jeszcze radzą, bo dotacje budżetowe do pewnego stopnia zastępują charyzmatycznego przywódcę. Ale już ruch społeczny bez takowego istnieć nie może, czego dowodem oczywisty nawet dla jego sympatyków uwiąd KOD.

    Mateuszowi Kijowskiemu – po roku głaskania go i polewania miodem przez wciąż wpływowe media obozu magdalenkowego – ufa, w najnowszym sondażu, zaledwie 14 proc. Polaków. Zamiast więc być wartością dodaną do wyżej wymienionych, jak to sobie wymyśliła, lansując go, „Gazeta Wyborcza”, jest wartością ujemną.

    Trwa zatem cichy, ale uporczywy casting na nowego przywódcę antypisowskiej rebelii. Bez wątpienia przymierza się w myślach do tej roli Andrzej Rzepliński. Tylko że z kończącym kadencję prezesem TK jest tak, jak w tym kawale o Żydzie, który się skarżył rabinowi, że jego syn nie umie pić i grać w karty. No to dobrze – mówi rabbi, na co Żyd – no niedobrze, bo on nie umie, a pije i gra!

    Mam na myśli to, że nie w tym problem, że prezes Rzepliński poświęcił praworządność i Trybunał dla swojej politycznej kariery, tylko że już widać, iż z niego polityk żaden. Chętnie by przyjął jakąś władzę, a jeszcze chętniej zaszczyty, pod warunkiem wszelako, że lud mu je przyniesie na tacy i będzie długo prosił; ale żeby samemu ten lud do walki poprowadzić? Na razie poprowadził walkę o Trybunał i zrobił to tak, że mając znacznie więcej atutów od przeciwnika przegrał z kretesem, a spoistość Trybunału i jego prestiż poszły w drebiezgi.

    Antypisowskie media na miejscu Kijowskiego chętniej od Rzeplińskiego widziałyby Władysława Frasyniuka. Jako lider sprawdził się on już w Partii Demokratycznej – trzeba przyznać, że przynajmniej, mimo wieku, wciąż jest pełen energii. Wręcz, że działa szybciej niż myśli, co mu zresztą wychodzi naturalną koleją rzeczy, bo myśli raczej rzadko. Oczywiście, dla tych, co pamiętają „Solidarność”, zawsze będzie to nazwisko znaczące, ale dla większości jest gościem, który umie tylko bluzgać, a i to niespecjalnie finezyjnie.

    Jeszcze śmieszniejszy jest pomysł recyklingu któregoś z byłych prezydentów. Bronisław Komorowski nawet by reflektował, tylko że trudno sobie wyobrazić, by opowiadając o swoim złotym ćwierćwieczu nadał ruchowi jakąś nową dynamikę. Tym bardziej Aleksander Kwaśniewski, który dla średniego i młodszego pokolenia jest już tylko bohaterem alkomemów. No, jest jeszcze oczywiście Lech Wałęsa, który by mógł, jak twierdzi, rozpędzić PiS i zmienić ustrój w dziesięć dni, gdyby tylko mu się chciało, ale aktualnie akurat mu się nie chce. Pewnie dlatego, że jako lider musiałby stale coś podpisywać, a każdy taki podpis mogliby przechwycić agenci IPN i zanieść grafologom z wiadomym skutkiem.

    Darujmy już sobie pomniejsze kandydatury. Niby liderów mrowie, ale nie ma ani jednego. W tej sytuacji coraz głośniej rozlega się wołanie: Tusku, wróć i nas ratuj! Tusku, w tobie ostatnia nadzieja!

    Wołanie ostatnio przybiera na sile, ponieważ z Brukseli dochodzą wieści, iż za pół roku Tusk będzie wolny od stałych zobowiązań zawodowych. I nie dlatego, że rząd Kaczyńskiego nie chce go formalnie poprzeć, tylko dlatego, że generalnej zmianie ulega cała misterna partyjna układanka w organach wspólnotowych, i w tej nowej układance na przewodniczącego RE z EPL, i na dodatek ze środkowej Europy, zwyczajnie nie będzie miejsca. W związku z czym i sam Tusk zaczął deklarować, że „nie wyklucza”.

    Problemem, z punktu widzenia lewoliberalnej opozycji, jest fakt, że Tusk może być pewien superluksusowej emerytury w którejś z unijnych agend, agencji czy think tanków, z wysoką pensją, rozbijaniem się po luksusowych hotelach całego świata i zerem obowiązków. Namówienie go, by ryzykował powrót do kraju i starcie z płonącym żądzą wsadzenia go do pierdla za śmierć ukochanego brata Kaczorem może być trudne.

    Ale jest szansa, że odezwie się w Tusku żyłka hazardzisty i chęć stawienia czoła wyzwaniu. Osobiście mam nadzieję, że tak. Sam należę do tych ludzi, którzy chcieliby zobaczyć Tuska na ławie oskarżonych, a potem w pudle. Pod jakimkolwiek szczegółowym zarzutem. Jest tu sporo możliwości, niech się tym zajmują prawnicy – główną winą tego człowieka, nie ujętą niestety w żadnym kodeksie karnym, jest zmarnowanie ośmiu lat fantastycznej dla Polski koniunktury, może najlepszej od 1918 roku, a znacznie dłużej trwającej.

    Wina Tuska polega na tym, że będąc intelektualnie trampkarzem, kompletnie wypranym z poczucia odpowiedzialności za Polskę i w ogóle za cokolwiek, nie potrafiącym ogarnąć wielkich spraw, niczego, poza tym, kogo puknąć, kogo posunąć, z kim się zblatować i jak ponapuszczać na siebie i powyważać wpływy frakcji – beztrosko wepchnął się na sam szczyt, tam, gdzie decydowały się rzeczy na całe pokolenia najważniejsze, przerastające jego trampkarską umysłowość o całe lata świetlne. I zajmował przez siedem lat fotel premiera, kompletnie mając wszystko gdzieś, poza tym, żeby się z tego fotela nie dać zrzucić i przeskoczyć na fotel jeszcze wyższy. Każdemu lobby, co tylko chce – Niemcom, co chcą Niemcy, Rosjanom, Eurokratom, czego zażądają, aby tylko był spokój i aby do niego się nie przykleiło nic, co by mogło mu popsuć wizerunek.

    Naprawdę, nie było w polskiej historii takiej kreatury. No, może pasowałby do porównania nieszczęsny Henryk Walezy, który, gdy mu się nieoczekiwanie otworzyły perspektywy objęcia tronu w Paryżu, po prostu uciekł, rzucając cała tę zakichaną Polskę w diabły.

    W całej politycznej działalności Tuska istniała tylko jedna nadrzędna wartość: ja, moja kariera. Wszystkie decyzje i – zwłaszcza – zaniechania rządów smerfa-lalusia podporządkowane były temu jednemu celowi, wszystkie unijne pieniądze wydano w taki sposób, jaki był najkorzystniejszy dla Tuska. Tak samo prowadzono politykę międzynarodową. Z tej samej przyczyny, wedle zasady „po mojej kadencji choćby potop”, zaniechano najbardziej nawet pilnych reform, na które był właśnie najlepszy moment.

    To zabawne, jak błagające dziś Tuska o powrót sieroty po Magdalence nie chcą zauważyć, że zrujnował on nie tylko Polskę jako taką (bo co ich tam ona w końcu obchodzi), ale także ich formację. Tak, drogie lemingi, to właśnie Tusk i jego totalne desinteressement dla wszystkiego poza własną… własnym nosem, powiedzmy, otworzyło drogę do władzy temu znienawidzonemu Kaczyńskiemu. I nie sądzę, żeby Tusk nie wiedział, że rozwala swoją platformę i cały stojący za nią murem establishment. Doskonale wiedział, ale mu to wisiało.

    Z Romanem Giertychem różni mnie dziś praktycznie wszystko, ale w jednej kwestii miał on oczywistą rację: upadek PO był skutkiem jej skrętu na lewo i wyraźnej ideologizacji w duchu progresizmu. Giertych ostrzegał przed tym od razu, gdy takie tendencje się objawiły, nie on jeden zresztą, bo sprawa była w sumie oczywista. PO wygrywała jako partia „rozsądnego środka”. Dystansowała się od wszelkich skrajności, dużo i ładnie gadała o ciepłej wodzie, nic nie robiła, więc nikomu się nie narażała, i to się właśnie masom podobało. Aż tu nagle zaczęła się w PO jazda na gender i in vitro, zwalczanie Kościoła, straszenie „średniowieczem” – cały ten kompleks lewicowych mód, który w polskim społeczeństwie nie tylko mało kogo porywa, ale zdecydowaną większość odrzuca.

    Po co? No przecież to oczywiste. Skręt na lewo zaczął się wtedy, gdy Tusk uznał, że w krajowej polityce już osiągnął co mógł i zaczął starania o stanowisko szefa Komisji Europejskiej. To dlatego właśnie nie chciał kandydować na prezydenta i wystawił do tego wyścigu najmizerniejszego intelektualnie nielota, jakiego zdołał w swym obozie znaleźć – bo nie mógłby przeskoczyć do Unii w trakcie kadencji prezydenckiej, urząd premiera to co innego.

    Do momentu, gdy Tusk chciał siedzieć na szczycie piramidy polskiej, PO miała się podobać Polakom – więc była centrowa ze sporą dawką picu konserwatywnego. Od chwili, gdy powziął zamiar przeskoczenia na piramidę europejską – PO miała się podobać tym, którzy decydują o rozdziale stołków w Unii. A że przeformatowanie jej pod gust Schulza i Verhofstadta oznaczało w dalszej perspektywie jej nieuchronny upadek, zwłaszcza pod kierownictwem osoby tak miałkiej jak Ewa Kopacz, chyba szczerze przekonanej, że cały elektorat ma poglądy czytelników „Gazety Wyborczej”?

    Diabła tam, kto się przejmuje tym, że wykopyrciła się drabina, po której już się był wdrapał,  gdzie chciał? No, może nie do końca gdzie chciał, bo jednak Komisja Europejska, gdzie obraca się ciężkimi miliardami, była poza zasięgiem każdego polityka spoza „starej” Unii – ale Rada Europejska to też synekura niczego sobie.

    Miarą beznadziejnego stanu polskiej klasy politycznej jest fakt, że wrogowie Kaczyńskiego nie są w stanie niczego stworzyć, niczego wykreować, nikogo wyłonić – potrafią tylko skamleć do ojca marnotrawnego, by raczył wrócić i ich ratować.

    Może i wróci, rozpierniczy zdychającą PO i niezdolną się do końca urodzić Nowoczesną, i stworzy jakąś kolejną mutację Unii Wolności Demokratycznej, która może mądrym, może głupim, ale przynajmniej jakimś wizjom przyszłości PiS-u przeciwstawić będzie umiała tylko narracje, jak to było przez ostatnie dwadzieścia pięć lat dobrze, i jak znowu będzie, jeśli tylko poddamy się bez szemrania wszechmądrym eurokratom. Jak mówię, sam bym tego chciał. Ale obawiam się, że Tusk jest za cwany, by dać się w to wpuścić.

    Szwajcarskie odejście wnuczki kolegi Chodorkowskiego po wspólnym kapitale i kryminałach


     

     

    Pikio.pl

    Pikio.pl

     

    Straszna śmierć 19-letniej córki miliardera

    Autor: Wiadomości Pikio

    Gru 3, 2016

     

    Diana Lebiediewa, wnuczka znanego rosyjskiego miliardera, zginęła w straszny sposób. 19-latka pędziła luksusowym samochodem wraz ze swoim 24-letnim kolegą, co zakończyło się tragicznie. Młodzi ludzie wypadli z mostu i utopili się w jeziorze.

    Do wypadku doszło w Szwajcarii, w której Diana mieszkała na co dzień. 19-latka była znana z tego, iż uwielbiała luksusowe, szybkie samochody. Niestety jej pasja spowodowała, iż straciła życie.

    „Księżniczka Diana”, jak nazywały ją rosyjskie media, poruszała się ekskluzywnym BMW. Mknąc \po moście z potężną prędkością o godzinie czwartej nad ranem przebiła się przez ogrodzenie i wpadła do jeziora.

    Na miejscu szybko pojawiła się policja i ekipa ratunkowa, ale młodzi ludzie zostali już znalezieni martwi. Poinformowano, że nie mieli szans na przeżycie.

    Na 19-latkę już wcześniej zwracały uwagę rosyjskie media z racji tego, iż jej dziadek, Platon Lebiediew, był zamieszany w różne afery i został skazany na 13 lat więzienie za niepłacenie podatków, przywłaszczenie powierzonego mienia, fałszowanie dokumentów, przywłaszczenia ropy naftowej i wypranie uzyskanych w ten sposób pieniędzy.

    wnuczkawnuczka1wnuczka2wnuczka3

    Biedna Ukraina bogatych oligarchów


    lewica.pl

     

    Bolesław K. Jaszczuk: Bogata biedna Ukraina

    [2016-12-03 13:13:03]

    Ukraina jest krajem biednym. Konstatacja ta dotyczy jednak tylko większości mieszkańców, również tych, którzy za nisko płatną robotą przyjeżdżają do Polski. Minimum socjalne ma w przyszłym roku wzrosnąć z 1 544 hrywien do 1 684 a płaca minimalna ma pod koniec 2017 poszybować do poziomu 1 762 hrywien. Za jednego dolara płaci się według oficjalnego kursu nieco ponad 25 hrywien. Łatwo zatem przeliczyć hrywny na dolary a następnie na złotówki. Wychodzi na to, że co biedniejsi Ukraińcy muszą przeżyć cały miesiąc za około 200 zł. To już lepiej chyba zapieprzać w Polsce za 600.
    O wiele lepiej w porównaniu nie tylko z najbiedniejszymi, ale i przeciętnymi obywatelami Ukrainy mają się elity władzy o biznesmenach-oligarchach nie wspominając. Niby to normalne, wszak równość i sprawiedliwość to nieziszczalna utopia – przynajmniej w rynkowej rzeczywistości naszych czasów. Ciekawość musi jednak budzić skala bogactwa ukraińskich polityków, co nieuchronnie prowokuje pytanie: skąd oni na to mają? Z zamiarem wyjaśnienia pochodzenia majątków wystąpiła Narodowa Agencja ds. Przeciwdziałania Korupcji. Jak ogłosił jej wiceprezes Rusłan Radeckyj, agencja zajmie się sprawdzeniem tego w jaki sposób politycy weszli w posiadanie pieniędzy i nieruchomości wykazanych w deklaracji podatkowej. Moment jest dobry, gdyż właśnie teraz deklaracje te zostały podane do publicznej wiadomości. A jest to nie zwykle interesująca lektura dająca do myślenia w dwóch kwestiach: jak zarabiać na uprawianiu polityki oraz w jaki sposób polityka ułatwia bogacenie się.
    Grunt to rodzinka
    Jak przystało na normalne, hierarchicznie zorganizowane państwo najbogatszym politykiem jest jego głowa, w tym przypadku prezydent Petro Poroszenko. Na jego koncie bankowym znajduje się 26 134 870 dolców, 14 372 euro oraz ponad 540 mln hrywien. Ponadto posiada w gotówce 60 tys. baksów i 900 tys. hrywien. Wyciułane środki pochodzą najprawdopodobniej z zysków jego firmy Roshen produkującej słodycze. Nadają się one bardziej na poczęstunek niż do konsumpcji. Wiem, bo próbowałem. Czekoladową fortunę warto jednak pomnożyć i na tym odcinku ukraiński prezydent sprawdza się jak najbardziej. Jego oficjalna roczna pensja wynosi 121 tys, hrywien, co stanowi skromny dodatek do jego innych dochodów. Z procentów otrzymanych z lokaty bankowej wpłynęło mu grubo ponad 12 milionów. Kolejny niecały milion wpadł mu do kieszeni z tytułu zysku z obligacji państwowego funduszu kredytowego oraz prawie 50 milionów wynikających z różnic kursowych. Jako prezydentowi przysługuje mu służbowa limuzyna. Chcąc sobie pojeździć prywatnie ma do wyboru Mercedesa Vito 116 CDI tudzież dwa samochody wzięte w leasing a także będącego własnością jego żony Jaguara XF 4/2 Lv8. Po wodach może sobie popływać kutrem, lecz już nie dookoła Krymu. Co się tyczy ukraińskiej damy nr 1, to jest ona osobą niezwykle pracowitą. Zatrudniona jest w trzech instytucjach, które zasiliły jej stan posiadania sumką ponad 88 tys. hrywien. Jedną z tych firm jest Fundacja Petra Poroszenki. Tak się robi politykę prorodzinną. Jednak obiektywnie biorąc, prezydent Poroszenko nie należy do sknerusów. W ubiegłym roku pożyczył prywatnym osobom 3,85 miliona dolarów i ponad 1 milion hrywien. Widocznie były w potrzebie.
    W porównaniu z prezydentem jego najbliżsi współpracownicy prezentują się znacznie mniej okazale, wszak nie wypada być bogatszym od pryncypała. Jedynym źródłem dochodów zastępcy szefa prezydenckiej administracji Rostysława Pawłenki jest jego pensja dzięki czemu do jego kieszeni trafiło w ciągu całego roku zaledwie nieco ponad 210 tysięcy hrywien, co w przeliczeniu daje około 3 tysięcy PLN miesięcznie. O budżet domowy zadbała jednak jego małżonka, która zarobiła ponad trzykrotnie więcej, gdyż oprócz skromnej pensji uzyskała jeszcze ponad 600 tys. hrywien z tytułu działalności biznesowej. Jest ona większościowym udziałowcem spółki Diksi Grupp oraz Szkoły Analitycznej Polityki. Jak widać, analityczna polityka czy też polityczna analityka na coś się jednak przydaje.
    Jeszcze większym rodzinnym utracjuszem jest prokurator generalny Jurij Łucenko. Nie ma on nawet swojego własnego mieszkania. Lokal w którym zamieszkuje należy do niego bowiem jedynie w 20 procentach. Pozostała część to własność jego żony, syna i brata. Bliżej nie wiadomo czy rodzinka żyje sobie zgodnie na 108 metrach kwadratowych czy też jedynie opłaca za pana prokuratora 80 proc. czynszu. W ubiegłym roku Łucenko, kiedy nie był jeszcze prokuratorem a tylko zwykłym deputowanym zainkasował z tytułu działalności poselskiej wraz z dodatkami i zwrotem kosztów podróży krajowych i zagranicznych zaledwie nieco ponad 181 tys. hrywien. Podobnie jak u Pawłenki forsę tłucze żona. Co prawda w ubiegłym roku zarobiła jako deputowana tylko 237 tysięcy hrywien plus ok. 385 tys. z wynajmu nieruchomości i honorariów, to jednak na koncie bankowym uzbierało się jej dokładnie 1 milion 814 tysięcy 22 hrywny tj. 145 razy więcej od swojego męża. Z samych procentów od wkładu bankowego uzyskała nieco 310,5 tysiąca, co, jak łatwo zauważyć, znacznie przewyższa zarobki jej małżonka.
    Znacznie skromniej w porównaniu ze swoim życiowym partnerem wypada Julia Tymoszenko, niegdyś premier i osoba aspirująca do prezydentury, której na osłodę ostało się jedynie przewodnictwo partii Batkiwszczyna. Jej jedyne ubiegłoroczne dochody to 156 tys. hrywien za posłowanie w Radzie Najwyższej przez co ma do dyspozycji zaledwie 804 tys. hrywien. Za to na koncie jej męża figuruje prawie 3 mln hrywien, 270 tys. dolarów i 163 tys. euro zarobione – jak twierdzi ukraińska agencja Interfax – głównie zagranicą. Jako szczery patriota działa również na terenie własnego kraju, będąc właścicielem dziewięciu firm.
    Własną rodziną wysługuje się też przewodniczący Centralnej Komisji Wyborczej Mychajło Ochendowskyj. W wyniku działalności biznesowej jego żona zgromadziła125 tys. dolarów, prawie 700 euro i ponad 2 tys. hrywien. Mieszkanie w którym jest zameldowany należy do jego matki a sam mieszka na wsi pod Kijowem w domu, którego właścicielkami są żona i teściowa. Ochendowskyj sam siebie nie zalicza do osób majętnych. Na koncie bankowym ma zaledwie 43 dolce, posiada 22 akcje jednej ze spółek o symbolicznej wartości po 0,25 hrywny, natomiast dwie ikony i kolekcja biżuterii to przecież własność jego małżonki.
    Lepiej w skarpecie niż w banku?
    Większość ukraińskich polityków deklaruje, że część posiadanych zasobów trzyma w gotówce informując dokładnie ile tego i w jakich walutach. Niedoszły prezydent, były zawodowy mistrz świata w boksie a obecnie mer Kijowa Witalij Kłyczko oświadcza w deklaracji podatkowej, iż na koncie bankowym ma 18 750 dolków, nieco ponad tysiąc euro i około 5,5 tysiąca ukraińskiej waluty, natomiast w gotówce ma uzbierane prawie 200 tys. baksów, 42 tys. euro. Z kolei szef parlamentarnej frakcji Partii Radykalnej Ołeh Liaszko w banku trzyma jedynie hrywny w ilości 2 milionów. Za to w gotówce ma 740 tys. dolarów, 90 tys. euro i 890 tys. hrywien na drobne wydatki. Skarpetę preferuje także minister polityki agrarnej i żywnościowej Taras Kutowyj, który na koncie bankowym ma 11,65 tys. dolarów i 1,15 tys. euro a w gotówce 463 tys. baksów i 60 tys. euro. Jego roczna pensja wynosi co prawda zaledwie niecałe 77 tysięcy hrywien, lecz za to jest on udziałowcem zarejestrowanej na Cyprze spółki Lalonitana Investments Limited.
    Rekordzistą w tej materii jest jednak przedstawiciel prezydenta w Radzie Najwyższej Artur Herasimow, który w ogóle nie korzysta z usług banku i wszystkie pieniądze trzyma w gotówce. A jest tego sporawo – 4.2 miliona hrywien, 85 tys. USD i 24 tys. euro. Co ciekawsze, zadeklarowane dochody jego i żony, posiadającej udziały w dwóch spółkach, zamknęły się kwotą nieco ponad 133 tys. hrywien. Do banków najwyraźniej nie ma zaufania również przewodniczący parlamentarnego Komitetu ds. Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Serhij Paszynkskyj z ugrupowania Front Narodowy, trzymając w gotówce 350 tys. dolarów, 140 tys. euro i 7,5 miliona hrywien. Nie dziwota, że w zeszłym roku wydał 860 tys. hrywien na ochronę, również osobistą. Kto jak kto, ale szef komitetu od bezpieczeństwa narodowego chyba najlepiej wie, gdzie bezpiecznie przechowywać forsę.
    Posiadacze ziemscy, automobiliści, biznesmeni i cyklista
    Ukraińscy politycy chętnie lokują pieniądze w nieruchomości. Niektórzy posiadają po kilka mieszkań i gruntów. Wspomniany wyżej Paszynkskyj, a oficjalnie jego żona, posiada siedem działek o łącznej powierzchni ponad 13 tysięcy metrów kwadratowych i do tego dom mieszkalny na ponad 1000 m2. Nieco uboższy jest Liaszko, który ma jedynie sześć nieruchomości ziemskich. Natomiast deputowany Serhij Łeszczenko najwyraźniej nie gustuje w sielskich krajobrazach, skoro ładuje mamonę w stołeczne mieszkania. Ma ich trzy, przy czym jedno z nich kupił za 7,5 miliona hrywien. Chyba przepłacił, skoro taki Kłyczko za jeden metr kwadratowy zakupionego mieszkania zapłacił tylko równowartość 7 złotych. Łeszczence najwyraźniej nie wystarczają poselskie dochody na poziomie 157 tysięcy hrywien skoro niemal drugie uzyskał z innych źródeł, przy czym około 10 tys. wypłacił mu Ośrodek Przeciwdziałania Korupcji. Widocznie skutecznie przeciwdziałał.
    Politycy lubią też mieć po kilka samochodów na wypadek, gdyby któremuś z nich (chodzi o pojazdy a nie polityków) np. pękła rura wydechowa. Jak łatwo się domyślić nie są to wiekowe wołgi, zaporożce czy żiguli. Niektórzy gustują w bardziej ekologicznych środkach przemieszczania się. Witalij Kłyczko, choć to były bokser a nie kolarz, posiada siedem rowerów – akurat po jednym na każdy dzień tygodnia. Są to welocypedy marek Scott, Coratec i Cannondale, jeśli rowerzystom to mówi cokolwiek. W chwilach wolnych od pedałowania może sobie pograć na fortepianie firmy Yamaha o wartości prawie jednego miliona hrywien. Prominenci, a ściślej rzec biorąc ich żony, lubują się w precjozach. Szczególne zamiłowanie w tym zakresie wykazuje małżonka szefa obwodowej administracji w Doniecku Pawła Żerbiwskiego, której biżuteria warta jest 80 tys. hrywien.
    Największym zainteresowaniem cieszą się jednak zegarki. Były minister Nowak, który aktualnie podłapał robotę na Ukrainie, jest w tym towarzystwie zwykłym cieniasem. Może co najwyżej porównywać się z Żerbiwskim, który też ma jeden zegarek firmy Breguet za 51 tys. hrywien. Gdyby kupił sobie drugi, to zrównałby się z mężem Julii Tymoszenko i ministrem Kutowym. W ilości posiadanych ekskluzywnych czasomierzy wyprzedzają go tacy potentaci, jak lider parlamentarnej frakcji Wola Narodu Jarosław Moskałenko z dziewięcioma posiadanymi wspólnie z żoną zegarkami znanych firm czy też zastępca szefa administracji w Charkowie o adekwatnym do jego stanu majątkowego nazwisku Skorobohacz z ośmioma. Wszystkich przebija jednak Kłyczko mający na stanie antyczny marmurowy zegar francuski z XIX wieku oraz siedem „zwykłych” zegarków.
    Jak już to było powiedziane, niemal wszyscy politycy i funkcjonariusze wysokiego szczebla zajmują się biznesami, niekiedy wyręczając się swoimi żonami bądź dziećmi. Są właścicielami lub większościowymi posiadaczami akcji w różnych spółkach, jak choćby mer Kijowa, który jest wyłącznym beneficjentem fundacji swojego imienia a ponadto zarejestrował znak firmowy KłyczkO w trzech językach. Należy zatem być ostrożnym z pisaniem jego nazwiska z dużym o na końcu.
    Nie wszyscy od których się tego wymaga złożyli deklaracje podatkowe w odpowiednim terminie. Bardzo to wnerwiło generalnego prokuratora Łucenkę, który sam uzewnętrznił swój stan posiadania, podczas gdy inni się od tego migają. Zagroził siedmiu deputowanym pociągnięciem ich do odpowiedzialności. Przypomniał, że za takie wykroczenie grozi grzywna a także 150 do 240 godzin prac społecznie użytecznych oraz dwa lata więzienia i zakaz pełnienia funkcji publicznych do lat trzech. Spośród tej siódemki zareagował Jurij Szuchewycz, syn czołowego i czczonego dziś z honorami banderowca Romana Szuchewycza. Oświadczył, że jego jedyne dochody to uposażenie poselskie wraz z dodatkami, emerytura oraz rekompensata w łącznej kwocie 65 tys. hrywien – po przeliczeniu nieco ponad 600 złotych miesięcznie – za to, że był więźniem politycznym, którą dostaje z budżetu miejskiego Lwowa i od jednej z fundacji. Swoje oszczędności w gotówce wyliczył na 80 tys. hrywien czyli równowartość około 50 płac nominalnych. Jest to malutki pikuś w porównaniu ze stanem posiadania innych czołowych aktorów ukraińskiej sceny politycznej.

    Bolesław K. Jaszczuk

    Kulejąca gazeta wolnorynkowa z powodu zakręcenia kurka rządowych pieniędzy


    Myśl Polska

    Najstarszy polski tygodnik – ukazuje się od 1941 roku

     

    Co dalej po upadku „Gazety Wyborczej”?

    GW_0.jpg
    Doszły mnie wieści, że „Gazeta Wyborcza” popadła w poważne tarapaty finansowe i że nawet sam redaktor Adam Michnik przyznał, że jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest odcięcie gazety od środków pochodzących z budżetu państwa: reklam i ogłoszeń, jakie przez wiele, wiele lat zamieszczano na łamach największej gazety ukazującej się w Polsce.

    Oto na naszych oczach gazeta promująca od lat tzw. „wolny rynek” wydaje się upadać w momencie, gdy utraciła ochronę w postaci codziennego zastrzyku niemałych (!) środków pochodzących z podatków, płaconych przez obywateli na rzecz państwa. Nie jest tajemnicą, że ideowym podglebiem „Gazety Wyborczej” są środowiska związane przez wiele lat z ideologią marksistowską z jej rozmaitymi mutacjami. Po 1968 roku osoby wywodzące się z tych środowisk wykonały swoiste salto i z radykalnych bojowników o „prawdziwy” socjalizm, przekształciły się w piewców różnych „wolności”, włącznie z wolnością gospodarczą. Wszelako te abstrakcyjne „wolności” – podobnie jak wcześniej zagadnienie „wyzwolenia ludu pracującego miast i wsi” – były interpretowane mętnie i koślawo. Abstrakcyjne „prawa człowieka” ogłoszone w 1789 roku doprowadziły ich wyznawców do usprawiedliwienia stawiania gilotyn i do masowego mordowania „nieoświeconych” chłopów wandejskich.

    Rewolucja 1917 roku przeprowadzona w imię wyzwolenia uciśnionych mas, zaowocowała wysyłaniem przedstawicieli tychże „mas” do ziemskiego piekła w Kołymie, nie wspominając o przedstawicielach „reakcji”, dla których „właściwe” miejsce znajdowało się w dołach wykopywanych w Katyniu i innych miejscach masowych mordów. Przy takich ekscesach, współczesne doktrynerskie interpretacje „praw człowieka” i „wolnego rynku” jawią się jako drobne zniekształcenia, ale nigdy nie należy zapominać, że mętne i koślawe ideologie – o ile nie zanikną w naturalny sposób – mogą doprowadzić do unicestwienia Ładu, czego konsekwencje są zazwyczaj nader bolesne i długotrwałe.

    Wracając jednak do przerwanego wywodu: wolność gospodarcza, podobnie jak pojęcie „liberalnej demokracji” rozumiane było dotychczas w taki sposób, że oto „MY” mamy władzę i pieniądze i nie należy nam przeszkadzać ani w prowadzeniu jedynie słusznej polityki ani w pomnażaniu naszych zasobów. „Każdemu kto występuje przeciwko naszej władzy i wyciąga łapy po nasze pieniądze, mówimy nasze stanowcze: nie!” Ten infantylny i zideologizowany schemat myślenia dominował przez wiele lat w przestrzeni publicznej, zapewniając przewagę i władzę środowiskom bliskim „Gazecie Wyborczej”. Trudno w to uwierzyć, ale dominacja rozedrganych młodzieńców z pokolenia „dzieci kwiatów” i ich infantylnych wielbicieli jest bezdyskusyjnym faktem. Mieliśmy okazję przekonać się, że dla tych środowisk demokracja jest dobra dopóki władzy nie obejmą ci, którzy byli skazani na bycie wieczną opozycją, „chłopcami do bicia”, na dożywotnie pełnienie roli straszaka.

    W momencie gdy do władzy dochodzi opozycja, ta prawdziwa, a nie jedynie uchodząca za opozycję, następuje histeryczny atak na procedury demokratyczne, a nawet na istotę demokracji. Podobnie, gdy środki publiczne przestają płynąć tam dokąd powinny, to znaczy nie zasilają „naszych” inicjatyw, fundacji, gazet, muzeów: rozlega się gniewny okrzyk skrzywdzonego dziecka. Momentalnie zmienia się ocena „wolnego rynku”: oczywiście środki publiczne „należy” wydawać na „określone” cele. O ile wcześniej rzekomo „nie było” pieniędzy na programy pomocowe, takie jak „500+”, a ponadto rozdawnictwo pieniędzy dla wielodzietnych rodzin miało prowadzić do „demoralizacji” – o tyle teraz nie ma w ogóle dyskusji: środki na teatr czy konferencję albo wspieranie „naszych” inicjatyw muszą się znaleźć i basta.

    Wielu prawicowych komentatorów cieszy się na wieść o zbliżającym się końcu „Gazety Wyborczej”. Ja jej bynajmniej nie popierałem i nie kupowałem, ale widzę rzecz inaczej. Cieszyłbym się razem z nimi, gdyby kryzys gazety Michnika wynikał z utraty czytelników na rzecz innej, prawicowej, czy choćby neutralnej, ale rzetelnej i obiektywnej gazety. Niestety, upadek „Wybiórczej” stanowi jedynie fragment szerszego procesu defragmentacji społecznej. Czasopisma opiniotwórcze, o różnorodnych obliczach, w przeszłości kształtujące opinię publiczną, urabiające swoisty consensus – znikają z rynku i odchodzą na margines. Zwolennikom mediów społecznościowych odpowiadam: one nie zastąpią poważnych czasopism oddziaływujących na główny nurt opinii publicznej. Niestety, miejsca zwolnionego przez polską inteligencję nikt nie wypełnia. Elita – mniejsza o to jaka – przestaje pełnić rolę zwornika społecznego Ładu. W konsekwencji, słabość elity prowadzi do rozpadu społeczeństwa. I ten destrukcyjny proces w przyszłości zmiecie z powierzchni również ideowe, ale niszowe środowiska prawicowe.

    Prawda, że „Gazeta Wyborcza” odegrała niemałą rolę w dziele świadomej destrukcji Ładu. Obecnie pada ofiarą procesu, jaki sama – jeśli nawet nie wywołała – co najmniej wzmacniała i przyspieszała. Ale to naprawdę niewielka pociecha. Co z tego, że na naszych oczach wywraca się okręt wroga, jeśli na morzu szaleje burza, która wkrótce może wywrócić nasze małe prawicowe łódki? Na horyzoncie nie widać ani struktur wyłaniających elitę z prawdziwego zdarzenia, ani mechanizmów, które mogą wzmocnić nadwyrężone struktury społeczne. Kościół katolicki trzeszczy w posadach, szkoły znajdują się w kryzysie, tracimy młodzież. Mniej więcej podobnie wyglądały ostatnie wieki starożytności, gdy Cesarstwo rzymskie chyliło się ku upadkowi.

    Zanikała liberalna edukacja (nie mylić ze współczesnym liberalizmem!), pomimo rozwoju chrześcijaństwa triumfował hedonizm i relatywizm, rozpadały się więzi społeczne, natomiast rosła rola kosmopolitycznego lumpenproletariatu. Rzym upadł nie tylko dlatego, że zabrakło chętnych do jego obrony przed barbarzyńcami. Problem polega na tym, że zabrakło ośrodków kształtujących opinię publiczną, zabrakło wpływowych elit, wokół których skupialiby się świadomi obywatele. Zanim ostatecznie runęły mury obronne, dokonał się proces dezintegracji społecznej. Filozofowie przestali pełnić rolę autorytetów. Zdemoralizowani mieszkańcy miast nie tylko nie chcieli bronić się, ale nawet nie mieli świadomości czego i po co bronić.

    dr Wojciech Turek
    Myśl Polska, nr 49-50 (4-11.12.2016)

    Cebulowy interes


    niezalezna.pl - strefa wolnego słowa

     

    3 grudnia 2016

     

    Do kamienic przywykliśmy, ale oni nie zostawili nawet cebuli

     

    Dodano: 03.12.2016 [09:00]

    Do kamienic przywykliśmy, ale oni nie zostawili nawet cebuli - niezalezna.pl

    foto: Tomasz Hamrat/Gazeta Polska

    Czy mediom uda się przekonać zwykłych Polaków, że urzędnicy odpowiedzialni za warszawską aferę reprywatyzacyjną albo prezydent Gdańska Paweł Adamowicz, któremu prokuratura postawiła zarzuty za rządów PO, to ofiary państwa policyjnego PiS? W każdym razie taka operacja medialna, będąca kopią tej sprzed dziesięciolecia, ruszyła na dobre. Do mediów wróciło słownictwo myśliwskie – polowania i nagonki. Wróciły także kobiece łzy – pisze w najnowszym numerze „Gazeta Polska”.
    Andrzej Celiński na stronie tygodnika „Polityka” buduje nastrój jak z horroru: „Naprzeciw okien mojego mieszkania są okna budynku przesłuchań CBA. Na dworze już ciemno, po godzinach. Na wszystkich pięciu piętrach w kilku tylko pokojach zgaszone światło. Reszta fasady rozświetlona. Tak jak w latach mego wczesnego dzieciństwa, służby czuwają”.
    Meteorologowie podają, że słońce zachodzi obecnie w Warszawie o godz. 15:28, a ciemno robi się już wczesnym popołudniem, więc zarzut pracy przy sztucznym oświetleniu brzmi dość groteskowo. Ale Celińskiemu sekunduje „Gazeta Wyborcza” z tytułem wielkimi literami: „Polowanie na prezydentów miast z PO. Najpierw Gdańsk, potem Lublin, teraz Łódź. Kto następny?”. A Dominika Wielowieyska na tych samych łamach zatytułowała swój tekst „Dorwać Zdanowską”. Było w nim o kobiecych łzach prezydent Łodzi.
    Wraca państwo prawa
    Michał Prószyński, radny PiS z dzielnicy Wola, tłumaczy, że bynajmniej nie ma żadnej nagonki na prezydentów miast zarządzanych przez PO. – Po prostu wreszcie w Polsce organy ścigania funkcjonują, jak należy. Jeżeli pojawiają się jakieś nieprawidłowości, to są one badane, a potem, jeśli są ku temu przesłanki, prokuratura podejmuje odpowiednie kroki – wyjaśnia.
    Dodaje, że mówienie o polowaniu na prezydentów z PO jest o tyle zabawne, że np. w przypadku warszawskiego Ratusza to sam Grzegorz Schetyna dokonał przecież wymiany wiceprezydentów. – A o tym, że rodzina Hanny Gronkiewicz-Waltz była beneficjentem reprywatyzacji kamienicy przy Noakowskiego, wiedza jest powszechna. Uważam, że takie sytuacje mocno osłabiają pozycję PO w większych miastach. Partia ta jest na dobrej drodze, by przy okazji następnych wyborów utracić władzę nawet w swoich bastionach. Ma to jednak na własną prośbę i tłumaczenie tego jakąś pisowską nagonką jest po prostu śmieszne – zaznacza.
    „Gazeta Polska” przypomina, że w sprawie reprywatyzacji w Warszawie wszczęto ponad 100 postępowań karnych.
    Cebulowe kłopoty działacza PSL
    W Wielkopolsce CBA zawiadomiło prokuraturę o przestępstwie popełnionym przez wicemarszałka Krzysztofa Grabowskiego z PSL. Według autorów zawiadomienia nie dopełnił on obowiązków w kontekście przyznania dotacji na 16 mln zł.
    Jak informował „Głos Wielkopolski”, o takie pieniądze wystąpili rolnicy spod Środy Wlkp., którzy w 2011 r. zaczęli tworzyć grupę producencką zajmującą się uprawą cebuli. Grabowski był wówczas członkiem zarządu województwa i pozytywnie zaopiniował ich wniosek o założenie grupy producenckiej. Tamta decyzja otworzyła drogę do uzyskania olbrzymiej dotacji. Pieniądze pochodziły z UE i budżetu państwa.
    Według CBA doszło w ten sposób do powstania „sztucznie wykreowanej” grupy producentów cebuli, bo tylko 2 z 5 gospodarstw miały warunki do utworzenia grupy. Według CBA w proceder jest zamieszanych siedmiu urzędników. – Doniesienie CBA do prokuratury odbieram jako działania na polityczne zlecenie i nagonkę na mnie – stwierdził w odpowiedzi Grabowski.

    USA uchwaliły 350 milionów dolarów na pomoc wojskową dla Ukrainy


     

    Foto: wikimedia.org

    USA uchwaliły 350 milionów dolarów na pomoc wojskową dla Ukrainy

    Dodane przez Lipinski

    Opublikowano: Sobota, 03 grudnia 2016 o godz. 17:05:38

    Kongres USA zaakceptował budżet wojskowy na rok 2017.

     

    Stany Zjednoczone zaplanowały zwiększenie wsparcia wojskowego dla Ukrainy, zwłaszcza w dziedzinie dostarczania wyposażenia i zapewnienia wsparcia technicznego dla ukraińskiej państowej straży granicznej.

    Budżet obronny został zaakceptowany większością 375 przeciw 34. Cały budżet wynosi w 2017 4,1 biliona dolarów, a wydatki obronne stanowią jego największą część, wynoszącą 618,7 miliarda dolarów. Środki przeznaczone na utrzymanie amii są największe od sześciu lat. Ograniczono jednocześnie środki na współpracę wojskową pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Rosją. Poza szczególnymi wypadkami środki nie mogą być wydawane na żadne projekty dwustronne do czasu zakończenia okupacji przez Rosję terytorium Ukrainy.

    Już wcześniej Kongres Stanów Zjednoczonych przedłużył sankcji wjazdowych wobec rosyjskich dyplonatów.

    kresy.pl / unian.info

    “Niszczenie radzieckiego oraz rosyjskiego dziedzictwa memoriałowego w Polsce"


     

    Foto: youtube.com

    Rosyjskie MSZ o demontażu gwiazdy z pomnika w Stargardzie: Bluźnierstwo

    Dodane przez Lipinski

    Opublikowano: Sobota, 03 grudnia 2016 o godz. 18:06:33

    Rosjanie w ostrym komentarzu potępili, jak to określili, niszczenie „radzieckiego oraz rosyjskiego dziedzictwa memoriałowego w Polsce”.

     

    Zdjęto gwiazda z Kolumny Zwycięstwa w Stargardzie. Decyzję o jej demontażu podjęli miejscy radni, którzy otrzymali wcześniej ekspertyzę, wskazującą na zły stan techniczny pomnika. Pięcioramienna gwiazda była umieszczona na szczycie ponad 20-metrowego pomnika utawionego w 1945 roku. Decyzją radnych gwiazda została przeniesiona na cmentarz wojskowy w Stargardzie.

    CZYTAJ TAKŻE:
    Uszkodzone nagrobki żołnierzy sowieckich w Poznaniu: celowa manipulacja PCK w Kaliningradzie?

    Rosyjski MSZ wystosowało ostre notę, nazywającą demontaż przykładem bluźnierczego stosunku wobec radzieckiego oraz rosyjskiego dziedzictwa memoriałowego w Polsce.Niestety w Polsce nadal mnożone są otwarcie nieprzyjazne, prowokacyjne akty, co z każdym przypadkiem powoduje dalsze zwężenie perspektyw normalizacji stosunków dwustronnych.

    Reszta kolumny pomnika, zgodnie z decyzją ranych będzie zdemontowana w przyszłym roku.

    kresy.pl / wpolityce.pl

    Wpuszczanie Polski w wojenny konflikt wymaga wyjątkowej odwagi lub zupełnego braku odpowiedzialności


    Sputnik Polska

    18:23 03 GRUDZIEŃ 2016

    Polsce NATO nie wystarczy.

    Teraz będzie się bronić razem z Ukrainą © AFP 2016/ Wojtek Radwanski POLSKA 10:37 03.12.2016Krótki link331605285 Minister obrony narodowej Antoni Macierewicz oraz minister obrony Ukrainy gen. armii Stepan Połtorak podpisali umowę w sprawie wzajemnej współpracy w dziedzinie obronności. © AP PHOTO/ MARKUS SCHREIBER Macierewicz: Polska jest dla Rosji przeszkodą Połtorak przyjechał do Warszawy z okazji wizyty prezydenta Ukrainy w 25. rocznicę uznania przez Polskę niepodległości tego państwa.  — Umowa między Rzeczpospolitą Polską a Ukrainą stanowi podstawę do rozwoju dalszej współpracy z Ukrainą i daje impuls strategicznemu partnerstwu łączącemu Kijów i Warszawę w obliczu współczesnych wyzwań dla bezpieczeństwa w Europie Środkowej – czytamy na stronie MON. Do umowy dołączono protokół o wzajemnych dostawach uzbrojenia, techniki wojskowej i świadczeniach usług o charakterze wojskowo-technicznym „dotyczy podjęcia współpracy przemysłowej w sferze technologii rakietowych, w tym wykorzystywanych w systemach wynoszenia na orbitę, a także innych technologii przeznaczonych dla wojsk lądowych”. © ZDJĘCIE: LUKAS PLEWNIA Prawie jak Trump. Andrzej Duda będzie miał swoją flagę Zdaniem Macierewicza protokół ma „olbrzymie znaczenie dla umocnienia współpracy przemysłów zbrojeniowych obu krajów i otwarcia drogi dla wspólnego trwałego działania w sferze przemysłowo-obronnej, wzmocnienia naszych armii i wzmocnienia niepodległości Polski i niepodległości Ukrainy”.  Z kolei Połtorak powiedział, że umowa „stwarza prawne podstawy dla rozszerzenia współpracy w 24 dziedzinach, obejmujących wszystkie praktycznie wszystkie sfery z zakresu przemysłów obronnych obu krajów”. Podkreślił, że współpraca wojskowa obu krajów w ostatnich latach znacząco się rozwinęła, „ale to dzisiejsze wydarzenie jest krokiem bardzo zdecydowanym i znaczącym”.

    Czytaj więcej: https://pl.sputniknews.com/polska/201612034347226-polska-ukraina-wspolpraca-obrona/

    Wyobraźmy sobie chryję po hipotetycznym wykryciu ruskiego agenta w polskim rządzie


    SOBOTA, 3 GRUDNIA 2016, 18:17:09

     

    Obserwator polityczny

     

    Czy w polskiej dyplomacji są etatowo obsadzani agenci obcych służb specjalnych?

    3 GRUDNIA 2016 04:10 KOMENTARZY: 7 AUTOR: KRAKAUERAAA

    graf. red.Jak to jest możliwe, że nie ma dymisji pana Waszczykowskiego z funkcji Ministra Spraw Zagranicznych, po tym jak w jego ministerstwie na ważną funkcję ministerialną o znaczeniu politycznym i istotną w zakresie wewnętrznych funkcji – nominowano de facto agenta wywiadu zagranicznego jednego z supermocarstw?

    Co w naszym kraju robią służby specjalne? Zwłaszcza kontrwywiad? Czy szuka Żołnierzy przeklętych? Jak to jest możliwe, że życiorys konkretnej osoby nie został prześwietlony i nie nastąpiły odpowiednie blokady w ogóle wykluczające wejście agenta zagranicznego wywiadu na salony polskiej polityki?

    Co z zabezpieczeniami politycznymi w Ministerstwie Spraw Zagranicznych? Naprawdę ława kadr jest taka krótka? Nie da się zatrudnić chociaż ludzi rozumiejących o co chodzi w polityce, żeby nie było obciachu?

    W końcu co z samym panem ministrem? Przecież afera w kraju to nie wszystko, był jeszcze „korespondent”, który doradzał zdalnie, nie znający nawet języka polskiego. Czy obcy paszport jest warunkiem pracy w MSZ za pana Waszczykowskiego? Nie ma tam pracy dla Polaków z Polski? Może pan Minister nie zrozumiał, że sprawy zagraniczne w nazwie, nie oznaczają, że chodzi o otoczenie się obcokrajowcami?

    Jeżeli wiadomo o jednym takim przypadku, to być może jest tak, że jest ich więcej? Kto nam zagwarantuje, że ludzie, którzy pozwolili na tak wysokie umiejscowienie się zupełnie realnego agenta cudzego wywiadu, nie przeoczyli innych, którzy np. ukrywają swoją „drugą pracę”? Kadry to podstawa, nie ma w ogóle możliwości, żeby budować dyplomację bez lojalności państwowej. Można oczywiście zatrudniać obcokrajowców, jednak NIGDY NIE NA FUNKCJACH DECYZYJNYCH W POLITYCE. Kto jest w stanie zweryfikować kadry w dyplomacji? W ogóle jest świadomość takiej potrzeby, czy już przeszliśmy na poziom , w którym nie ma już kto pilnować – pilnujących?

    Jak nazwać kraj, w którym obcy wywiad opłaca wysokich rangą oficerów pieniędzmi bezpośrednio przywożonymi w kartonach, a po kilku latach agent tego wywiadu zostaje wysokim urzędnikiem w resorcie spraw zagranicznych?

    Czy można w ogóle mówić jeszcze o polityce zagranicznej w przypadku naszego kraju? Realizowana przez ignorantów, agentów i bez żadnego planu – to jedno wielkie nieporozumienie, którego niestety musimy być świadkami. To jest porażające – nie ma żadnego ratunku, ponieważ to co widzimy obecnie, to jest wynik stanu istniejącego. Do tego właśnie doprowadzili ludzie, którym powierzono resort spraw zagranicznych. Nie da się tego ująć w żadnych racjonalnych kategoriach.

    Interesujące jest to, że pomimo rzeczywistego skandalu – opozycja milczy, nie ma problemu obcego agenta w polskiej dyplomacji, ponieważ nikogo to nie interesuje, jak również być może część naszej opozycji uważa, że mamy do czynienia z sytuacją, w której wszystko jest w porządku – bo przecież „to swoi”! Jesteśmy w sytuacji takiej, że nasze własne czynniki odpowiedzialne za to, żeby takie sytuacje się nie zdarzały – albo nie chciały pomóc, albo nie były w stanie nic zrobić. Oba przypadki są dramatyczne.

    Chyba jeszcze nigdy nie było tak źle w naszym kraju. Zaraz po odzyskaniu niepodległości mieliśmy ludzi, wyuczonych na uniwersytetach państw zaborczych. Do końca II Wojny Światowej również nie brakowało kadr, chociaż państwo upadło, to kadry sobie poradziły świetnie ustawiając się na Zachodzie. Później okres PRL-u przyczynił się do odtworzenia potencjału kraju i jego kadr. Wystarczyło na 27 lat transformacji, do dobrej zmiany, która masowo zwolniła wielu doświadczonych dyplomatów. Co będzie jutro? Czy pozbawienie naszego kraju ludzi, którzy potrafią prowadzić dyplomację nie jest celowe?

    Nasze państwo musi opierać się na wizji, wiążącej w sobie rację stanu i sprawne działanie kadr, realizujących tą wizję na rzecz racji stanu. Do tego potrzebni są odpowiedni ludzie, na odpowiednich miejscach i w odpowiednim czasie. Sprawa jest tak porażająca, że rzuca na kolana – nie wiadomo, co powiedzieć i jak się odnieść. Naprawdę to już nawet nie jest ściana, to jest próżnia, absolutna pustka, pełna opowiadających idiotyzmy pustaków.

    W Parku Skaryszewskim – podobno – można usłyszeć, jak ktoś oczywiście rozumie język ptaków, że – podobno – pewnym ludziom „się wydawało”, że zbliżą się jeszcze bardziej do wielkiego brata, jak przymkną oko na dyfuzje kadrową. Powstaje jednak inne pytanie – po co wielkiemu bratu, bezpośrednia kontrola nad aparatem politycznym w Ministerstwie Spraw Zagranicznych? Warto powtórzyć pytanie – może ktoś zna ptasi język – czy o nas decydują Polacy? Wiele się można dowiedzieć od ptaków…

    Jest to jedna z najbardziej destrukcyjnych sytuacji wobec państwa z jaką mieliśmy do czynienia od lat. Proszę zwrócić uwagę na to, jakie media w naszym kraju zwróciły uwagę na ten skandal.

    Dobra zmiana angażuje się w militarne problemy samostijnej oligarchii


    WPROST.pl

    aj

     

    WYDARZENIAKRAJŚWIATBIZNESGOSPODARKA

    Sprzeciw wobec OPAL i rozszerzona współpraca wojskowa. Najważniejsze decyzje po wizycie Poroszenki w Polsce

    Dodano dzisiaj 13:52 1 0 18

    Rozmowy polsko-ukraińskie

    Rozmowy polsko-ukraińskie / Źródło: fot. mjr Robert Siemaszko (CO MON)

    2 grudnia prezydent Ukrainy Petro Poroszenko odbył jednodniową wizytę w Polsce, związaną z 25. rocznicą uznania przez Polskę niepodległości Ukrainy. Podczas wizyty Poroszenko spotkał się z premier Beatą Szydło, prezydentem Andrzejem Dudą oraz z przedstawicielami niektórych ministerstw.

    2 grudnia 1991 roku Polska jako pierwszy kraj uznała niepodległość Ukrainy. 24 sierpnia 1991 roku Rada Najwyższa Ukrainy uchwaliła Akt Niepodległości, zatwierdzony następnie w ogólnokrajowym referendum 1 grudnia 1991 roku.

    Pierwsze spotkanie miało miejsce w Pałacu Prezydenckim, gdzie Poroszenko rozmawiał z prezydentem Dudą (w ramach rozmów plenarnych, w których uczestniczyli również przedstawiciele rządów obydwu państw) o bezpieczeństwie w regionie, wyborach w USA, perspektywach Ukrainy w Europie, energetyce i kwestiach historycznych. Prezydenci przyjęli też wspólną deklarację w zakresie infrastruktury energetycznej.

    Obydwaj zgodnie skrytykowali też decyzję Komisji Europejskiej w sprawie gazociągu OPAL, który umożliwia Gazpromowi zwiększenie przesyłu gazu do Europy, z pominięciem Ukrainy. Oświadczenie w tej sprawie przyjęli wspólnie w piątek w Warszawie.

    Spotkanie z Morawieckim i Szydło

    Następnie prezydent Poroszenko spotkał się w premier Beatą Szydło. W rozmowach uczestniczył wicepremier Mateusz Morawiecki. Ich tematem były kwestie gospodarcze, wymiana młodzieży, dialog historyczny, stosunki Ukraina-UE oraz sytuacja na wschodzie Ukrainy.

    W tracie rozmowy premier Beata Szydło wyraziła wsparcie dla władz w Kijowie w procesie modernizacji Ukrainy w obszarach politycznym, ekonomicznym, obronnym, rozwojowym, społecznym i humanitarnym.

    – Ukraina w 2015 r. zajęła 18 miejsce wśród importerów polskich towarów – w 2013 r. była na ósmym miejscu. Jeszcze bardziej odlegle miejsce zajęła jako eksporter – 22. Jak na dwa duże sąsiadujące ze sobą kraje, nie jest to wynik satysfakcjonujący. Będziemy wzmacniać nasze stosunki gospodarcze – podkreślał po spotkaniu wicepremier Mateusz Morawiecki.

    Polsko-ukraińska współpraca w zakresie bezpieczeństwa

    Podczas wizyty doszło też do podpisania umowy zacieśniającej współpracę obronną z Ukrainą. Dokument podpisali szef MON Antoni Macierewicz i minister obrony Ukrainy gen. armii Stepan Połtorak. Umowa ustanawia 24 obszary przyszłej współpracy, która będzie realizowana przez strony w różnych formach.

    Po podpisaniu umowy prezydent Andrzej Duda powiedział, że bardzo się cieszy z zawartego porozumienia między rządami Polski i Ukrainy w sprawie współpracy wojskowej. Ministrowie obrony Polski i Ukrainy wydali oświadczenie, w czasie którego minister Macierewicz powiedział, że do podpisanej umowy dołączony jest protokół, który jest podstawą rozszerzenia porozumienia pomiędzy rządem Rzeczpospolitej Polskiej a rządem Ukrainy, dotyczącego dostawy uzbrojenia i techniki wojskowej oraz świadczenia usług o charakterze wojskowo-technicznym. Protokół zaś dotyczy podjęcia współpracy przemysłowej w sferze technologii rakietowych, w tym wykorzystywanych w systemach wynoszenia na orbitę i innych technologii przeznaczonych dla wojsk lądowych.

    – Dzisiejsze wydarzenie jest krokiem zdecydowanym i znaczącym. Wykorzystując doświadczenia zarówno ukraińskie, jak i polskie możemy zwiększyć nasze możliwości. Chciałbym podziękować panu ministrowi Macierewiczowi za wysiłek skutkujący podpisaniem tej umowy. Do jej realizacji przystępujemy nie za rok, ale już teraz – powiedział po podpisaniu umowy gen. Połtorak.

    / Źródło: MON, Ministerstwo Rozwoju, KPRM,

    Wyrywanie Polski z paraliżującej ją kosmopolitycznej polityki wstydu


    INTERIA

     

     

    TAZ: „WARSZAWSKIE CZYSTKI W BERLINIE”

    DEUTSCHE WELLE

    1 godz. 58 minut temu

    Niemiecki dziennik „Tageszeitung” (TAZ) opisuje odwołanie dyrektor Instytutu Polskiego w Berlinie. Polski MSZ zarzuca berlińskiej placówce m.in. „poświęcanie zbyt dużej uwagi tematyce żydowskiej”.

    Zdj. ilustracyjne /STANISLAW KOWALCZUK /East News

    Zdj. ilustracyjne /STANISLAW KOWALCZUK /East News

    Dziennik „Tageszeitung” (TAZ) opisuje odwołanie dyrektor Instytutu Polskiego (IP) w Berlinie, Katarzyny Wielgi-Skolimowskiej. Jej kontrakt kończy się dopiero latem 2017, ale – jak zaznacza TAZ – „warszawski MSZ nie chciał tak długo czekać”. Wielga-Skolimowska kierowała IP w Berlinie od 2013 roku, realizując „ambitny program kulturalny” – pisze dziennik. Donosi też, że decyzja MSZ nie była zaskoczeniem.

    Dyrektor „nie pasowała do nowego kursu kulturalno-politycznego” obecnego rządu – zaznacza gazeta, przypominając, że wiosną tego roku MSZ powołał Małgorzatę Bochwic-Ivanovską na stanowisko wicedyrektor berlińskiej placówki. Powodem była negatywna ocena pracy instytutu przez ministerstwo, które zarzuciło placówce m.in. „poświęcanie zbyt dużej uwagi tematyce żydowskiej” – pisze TAZ. Nadmienia, że minister kultury Piotr Gliński zaapelował do położenia kresu „kulturze wstydu”.

    Instytut Polski w Berlinie pokazał „Idę” – uhonorowaną Oscarem historię zakonnicy, która dowiaduje się, że jest Żydówką, a jej rodzina została zamordowana przez polskich sąsiadów. Tymczasem wicedyrektor instytutu wolała pokazać niemieckiej publiczności „Smoleńsk”. Projekcji (na zlecenie ambasadora Polski w Niemczech Andrzeja Przyłębskiego) „nie chciało podjąć się jednak żadne z berlińskich kin” – przypomina TAZ.

    Pracę dotychczasowej dyrektor IP chwali Marcin Piekoszewski z polsko-niemieckiej księgarni w Berlinie. „Polska była do tej pory prezentowana z najlepszej strony i na różnych płaszczyznach” – mówi dla TAZ. I dodaje: „Obawiamy się, że obserwowane od jakiegoś czasu zmiany mogą mieć duży wpływ na ten stan rzeczy”.

    Zmiana personalna w Berlinie nie jest jedynym tego rodzaju „sprowadzeniem na odpowiednią linię” – zaznacza niemiecki dziennik. Donosi, że latem tego roku wypowiedzenie otrzymało już 13 dyrektorów spośród 24 instytutów polskich na całym świecie. Niektórym z nich zarzucono „zbyt pochopne potraktowanie dzieł Chopina” lub „zapraszanie niewygodnych autorów”, takich jak Olga Tokarczuk – kończy TAZ.

    Opr. Katarzyna Domagała/ Redakcja Polska Deutsche Welle

    Deutsche Welle

    Czy Wassermann cofnie się przed siłami stojącymi za Amber Gold?



    onet.
    trójmiasto

     

    wczoraj 20:20

    Przedstawiciele komisji ds. Amber Gold tracą cierpliwość. Co wykaże badanie Zakładu Medycyny Sądowej?

    Piotr Olejarczyk

    Dziennikarz Onetu

    Gdańska prokurator, która w początkowej fazie śledztwa ws. Amber Gold zdecydowała się umorzyć postępowanie, przebywa na zwolnieniu lekarskim od czerwca 2016 roku. – Zakład Medycyny Sądowej ma zbadać, czy i kiedy prok. Kijanko będzie mogła stanąć przed naszą komisją – mówi w rozmowie z Onetem posłanka Małgorzata Wasserman, przewodnicząca sejmowej komisji ds. Amber Gold.

     

    Marek Suski i Małgorzata WassermanFoto: Jakub Kamiński / PAPMarek Suski i Małgorzata Wasserman

    • Śledztwo ws. Amber Gold, gdzie poszkodowanych mogło zostać około 19 tysięcy osób, trwa od 2009 roku
    • Sejmowa komisja ds. Amber Gold chce przesłuchać prok. Kijanko, która umorzyła śledztwo w jego początkowej fazie
    • Prok. Kijanko twierdzi, że z powodu stanu zdrowia nie może stawić się przed komisją
    • Zakład Medycyny Sądowej ma zbadać, czy i kiedy prok. Kijanko będzie mogła zeznawać
    • Prokuratura Okręgowa w Gdańsku zabezpieczyła dokumentację medyczną prok. Kijanko

    W 2009 roku pierwszą fazę postępowania ws. Amber Gold prowadziła prokurator Barbara Kijanko z Prokuratury Rejonowej Gdańsk-Wrzeszcz. Po kilku tygodniach zdecydowała się umorzyć śledztwo. Z taką decyzją nie zgodził się sąd, który nakazał prokuraturze przeprowadzić dodatkowe czynności. Powołana w Sejmie Komisja ds. Amber Gold zdecydowała się wezwać prokurator Kijanko na świadka. Do przesłuchania jednak nie doszło, bo gdańska prokurator przedstawiła zwolnienie lekarskie.

    „Czym pani prokurator się kierowała, nie podejmując pewnych działań?”

    • Prokurator Kijanko jest ważnym świadkiem, bo to ona odpowiadała za to postępowanie przez okres ponad dwóch lat. I to był wrażliwy moment dla tego postępowania, w którym jak już ustaliła Komisja, działo się niestety wiele złego – w rozmowie z Onetem mówi Małgorzata Wasserman, przewodnicząca sejmowej Komisji ds. Amber Gold. – Chciałabym, aby pani prokurator zeznała, czym kierowała się w toku prowadzonego przez nią postępowania, podejmując, lub właśnie nie podejmując pewnych działań.

    Na jednym z posiedzeń sejmowej komisji ds. Amber Gold przewodnicząca Wasserman wyliczała notatki, które prok. Kijanko sporządziła w toku prowadzonego przez nią postępowania. Była to między innymi informacja o zapoznaniu się w internecie „z ofertą opublikowaną przez Amber Gold oraz danymi tej spółki ujawnionymi w KRS”, a także pismo z prośbą do właściciela Amber Gold o wysłanie kilku dokumentów. Jak relacjonowała Wasserman, Kijanko takich dokumentów nie dostała. – Następną notatką, którą znaleźliśmy była decyzja o umorzeniu postępowania – mówiła przewodnicząca Komisji.

    Prok. Kijanko przebywa na zwolnieniu lekarskim od czerwca 2016 roku, i jak dowiedzieliśmy się dzisiaj w gdańskiej Prokuraturze Okręgowej ma na nim pozostawać do 11 grudnia. Być może jednak termin ten się wydłuży, bo nie wiadomo, czy nie wpłynie tutaj kolejne zwolnienie lekarskie.

    Prokuratorzy zabezpieczyli dokumentację medyczną

    Przedstawiciele komisji ds. Amber Gold powoli jednak tracą cierpliwość. Posłowie zlecili więc odpowiednie kontrole. – Mówimy tu o dwutorowym działaniu. ZUS skontrolował zwolnienia prokurator Kijanko, które przedkładała od czerwca tego roku. Kontrola wykazała, że nie doszło tutaj do żadnych nieprawidłowości. Natomiast jest jeszcze druga kwestia, która ma pozwolić odpowiedzieć na pytanie: czy i kiedy prok. Kijanko będzie mogła stanąć przed naszą Komisją. Na to pytanie ma odpowiedzieć Zakład Medycyny Sądowej, który zażądał od nas historii choroby świadka. Myśmy w trybie ustawy o sejmowej komisji śledczej wystąpili do prokuratury o zebranie takiej dokumentacji i przesłanie jej bezpośrednio do Zakładu Medycyny Sądowej.

    • Zabezpieczyliśmy dokumentację medyczną prok. Kijanko na prośbę Komisji Śledczej ds. Amber Gold – w rozmowie z nami potwierdza dzisiaj Tatiana Paszkiewicz, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.

    Amber Gold. Daty i liczby

    Amber Gold powstała w 2009 roku. Firma miała inwestować w złoto. Swoich klientów kusiła wysokim oprocentowaniem, nawet do kilkunastu procent w skali roku. W 2012 roku firma ogłosiła likwidację, tysiące osób nie otrzymały pieniędzy, które wpłaciły do Amber Gold.

    W 2009 roku Komisja Nadzoru Finansowego zawiadomiła prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez firmę Amber Gold. W obszernym opracowaniu znalazła się informacja, że wbrew składanym zapewnieniom Amber Gold nie lokuje środków swoich klientów w złoto. Sprawę prowadziła Prokuratura Rejonowa Gdańsk Wrzeszcz, później przejęła ją Prokuratura Okręgowa w Gdańsku i wreszcie Prokuratora Okręgowa w Łodzi. W 2015 roku sporządzono akt oskarżenia ws. Amber Gold.

    Śledczy szacują, że w tej sprawie mogło zostać oszukanych około 19 tysięcy osób. Przesłuchano ponad 20 tysięcy osób, a akta sprawy liczą ponad 16 tysięcy tomów. Oskarżonymi w tej sprawie jest właściciel firmy Marcin P. i jego żona, którzy zdaniem śledczych oszukali blisko 19 tysięcy osób na łączną sumę 851 mln złotych.

    Proces rozpoczął się w marcu 2016 roku. Oskarżonym grozi do 15 lat więzienia.

    (br)

     

    Onet Trójmiasto

    Źródło: Onet

    Narodowa Polska broni swojej tożsamości


    onet.wiadomości

     

    PAP

    dzisiaj 13:34

    „Der Spiegel”: Kaczyński obiecuje Polakom ochronę przed globalizacją

    Niemiecki tygodnik „Der Spiegel” w materiale poświęconym sytuacji w Polsce zwraca uwagę na rozczarowanie wielu Polaków pogrążoną w kryzysie Unią Europejską i ocenia, że rządzący od roku PiS obiecuje społeczeństwu ochronę przed globalizacją oraz zemstę. Jednocześnie tygodnik zwraca uwagę na, jego zdaniem, wyjątkowo złe nastroje na linii Warszawa-Zachód.

     

    Jarosław KaczyńskiFoto: PAPJarosław Kaczyński

    Zastanawiając się nad przyczynami sukcesu Jarosława Kaczyńskiego, autor artykułu „Gniewna większość” Jan Puhl zwraca uwagę, że prezes PiS „obiecuje wyczerpanemu społeczeństwu ochronę przed globalizacją, co jest typowe dla prawicowego populizmu”. „Obiecuje też zemstę, zemstę na aroganckich elitach” – dodaje Puhl.

    „Polska to mój kraj i nie dam go sobie odebrać”

      Zobacz więcej

      „Publiczne stacje telewizyjne i radiowe, a także liczne, częściowo państwowe przedsiębiorstwa zostały podporządkowane polityce rządu. Muzea, teatry, producenci filmowi mają w przyszłości dostawać dotacje tylko wtedy, gdy będą propagować narodowe treści. PiS zaatakował Trybunał Konstytucyjny i w praktyce go wyeliminował – niebezpieczne posunięcie” – wylicza niemiecki dziennikarz, podsumowując pierwszy rok rządu.

      Złe nastroje między Polską a Unią

      „Nastroje między Warszawa a Brukselą, Paryżem i Berlinem dawno nie były tak złe jak obecnie” – ocenia „Der Spiegel”.

      Zdaniem Puhla dzięki umiejętnemu posługiwaniu się stereotypami w rodzaju „UE niszczy cenną polską tradycję” czy liberałowie „chcą zaszkodzić świętej ojczyźnie” Kaczyński zgromadził wokół siebie „heterogeniczny ruch oburzonych”.

      Dziennikarz „Spiegla” zastrzega, że o sukcesie PiS zdecydowało poparcie ludzi z klasy średniej: „To centrum (warstwy średnie) pomogły Kaczyńskiemu w zdobyciu władzy – urzędnicy, właściciele sklepów, rzemieślnicy, przede wszystkim z miejsc oddalonych od metropolii”.

      Prowincja kluczem do zrozumienia fenomenu PiS

      Autor zaznacza, że aby zrozumieć fenomen zwycięstwa PiS, trzeba udać się na polską prowincję. Dużą część swojego materiału poświęcił na przedstawienie sytuacji w Nowym Sączu, gdzie w ubiegłorocznych wyborach parlamentarnych 60,5 proc. głosów oddano na partię Jarosława Kaczyńskiego. Opisuje Nowy Sącz, jako miasto sukcesu, w którym mieszka wielu ludzi będących ilustracją kariery od pucybuta do milionera, a stopa bezrobocia wynosi 6 proc.

      Jako postać charakterystyczną dla osób wypływowych w mieście Puhl przedstawia radnego PiS Patryka Wichra, „działacza PiS od samego początku”. Wicher uważa, że UE powinna „trzymać się z daleka od polskiej polityki”, a Bruksela musi „oddać swoje kompetycje na rzecz uprawnień władz narodowych” – relacjonuje Puhl. „Polska nie chce stać się bardziej europejska, raczej odwrotnie, Europa powinna stać się bardziej polska” – cytuje Wichra „Der Spiegel”.

      „Nowy Sącz jest wzorem dającego się ogarnąć wzrokiem, małego świata, którego życzy sobie wielu Polaków: polsko-narodowego i odpornego na wyzwania globalizacji, ale równocześnie zachodniego i wspieranego finansowo przez UE” – pisze Puhl, podsumowując poglądy Wichra i jemu podobnych polityków.

      W swoim materiale dziennikarz „Spiegla” wymienia też Romana Kluskę – pochodzącego z Nowego Sącza przedsiębiorcę, również sympatyka PiS. Puhl podkreśla, że były twórca koncernu komputerowego radzi Polakom, by odeszli od Europy. Autor przypomina czytelnikom o ogromnych problemach przedsiębiorcy z polską biurokracją, które zaprowadziły go do więzienia.

      „Mamy dziś do czynienia z identycznym systemem, tyle, że przepisy przychodzą z Brukseli” – powiedział „Spieglowi” Kluska. Jego zdaniem Polska musi być przygotowana do radzenie sobie bez unijnych subwencji. „To lepsze niż społeczeństwo, w którym powiększa się nierównowaga” – uważa Kluska.

      Kluska i Wicher nie są „zapiekłymi, pełnymi nienawiści przeciwnikami Europy” – zastrzega Puhl. Obaj dobrze wiedzą – dodaje – że Polska potrzebuje ekonomicznych i przede wszystkim wojskowych więzi z Europą. „Z ich wypowiedzi przebija jednak rozczarowanie oraz polityczna wola sprzeciwu przeciwko odczuwalnemu sterowaniu z Brukseli. To polska reakcja na kryzys europejski” – wyjaśnia Puhl.

      Zdaniem Puhla Polska będzie w przyszłości krajem, w którym „rząd będzie sprawował władzę bez oglądania się na kontrolę”. „System wymiaru sprawiedliwości i aparat bezpieczeństwa są już podporządkowane – aż do ostatniego sędziego na prowincji. Wieczny kompleks bycia pomijanym będzie nadal określał relacje (Polski) z UE, Polska będzie więc trudnym partnerem. Warszawa nie będzie chciała przyjąć euro i będzie traktowała zagranicznych inwestorów z nieufnością” – podsumowuje Puhl.

      (br)

       

      Onet Wiadomości

      Źródło: PAP

      Rozmowa z Ambasadorem Federacji Rosyjskiej w Rzeczypospolitej Polskiej Siergiejem Andrejewem


      Konserwatyzm

      KONSERWATYZM.PL – Portal Myśli Konserwatywnej

       

      YOU ARE AT:Home»Formacyjne»„Rosja i Polska mogą współpracować w każdej dziedzinie”. Rozmowa z Ambasadorem Federacji Rosyjskiej w Rzeczypospolitej Polskiej Siergiejem Andrejewem

      andrejew

      „Rosja i Polska mogą współpracować w każdej dziedzinie”. Rozmowa z Ambasadorem Federacji Rosyjskiej w Rzeczypospolitej Polskiej Siergiejem Andrejewem

      0

      BY ADAMWIELOMSKI ON 2 GRUDNIA 2016FORMACYJNE


      Dlaczego Rosja uważa, że tarcza antyrakietowa stanowi potencjalne zagrożenia dla jej bezpieczeństwa?

      Stabilność strategiczna, równowaga wojskowo-polityczna w świecie współczesnym polega na tym, że żadna ze stron posiadających arsenały jądrowe nie może zastosować broni atomowej przeciwko innej stronie nie ulegając przy tym nieuniknionemu zagrożeniu unicestwieniem w wyniku odwetowego ataku. Taki stan rzeczy jest mocnym czynnikiem powstrzymującym i gwarancją odpowiedzialnego zachowania się mocarstw jądrowych. Na tej logice opierała się radziecko-amerykańska umowa z 1972 r. o ograniczeniu systemów obrony przeciwrakietowej: strony dobrowolnie i świadomie rezygnowały z prób zabezpieczenia się przed atakiem odwetowym.

      Tej logiki wyrzekła się strona amerykańska w 2001 r., kiedy wystąpiła z Układu z 1972 r. i rozpoczęła tworzenie systemu obrony przeciwrakietowej, który ma na celu zabezpieczenie terytorium USA przed atakiem jądrowym. Póki co, to jeszcze jest niemożliwe, ale cel został postawiony, prace są w toku i jest całkiem prawdopodobne, że w pewnym momencie przywództwo USA dojdzie do wniosku, że ma możliwość zniszczenia środków jądrowych Rosji za pomocą wysoko precyzyjnej broni i następnie wykorzystując system przeciwrakietowy może zneutralizować te rakiety rosyjskie, które po takim uderzeniu zostaną jednak w odpowiedzi wystrzelone w USA.

      Można sobie wyobrazić, jak się zmieni zachowanie amerykańskiego przywództwa w takim wypadku, jeszcze silniej wzrosną pokusy narzucania własnej woli reszcie świata, jeśli będzie ono w stanie zastosować pogróżkę „zwycięską wojną jądrową”.

      Rosja uważa, że absolutnie musi nie pozwolić na to, żeby u przywództwa USA pojawiały się niebezpieczne złudzenia co do swojej niedosięgłości.

      Nie przekonują nas zapewnienia, że amerykański system obrony przeciwrakietowej w Europie niby nie jest skierowany przeciwko Rosji. W tym regionie po prostu nie ma innych rakietowo-jądrowych arsenałów, przeciwko którym byłoby uzasadnione stworzenie takiego systemu. Problem irańskiego programu nuklearnego, na który powoływał się wcześniej prezydent Obama został pomyślnie rozwiązany; powstanie zaś systemu obrony przeciwrakietowej przeciwko hipotetycznym irańskim rakietom bez głowic jądrowych nie ma sensu. Twierdzenia, że amerykański system obrony przeciwrakietowej pod względem swoich parametrów technicznych nie stanowi zagrożenia dla rosyjskich rakiet strategicznych, nasi eksperci wojskowi uważają za całkiem bezpodstawne.

      Nareszcie na bazach systemu obrony antyrakietowej w Deveselu (Rumunia) i Redzikowo (Polska) są instalowane wyrzutnie pocisków przeciwrakietowych Mk-41, które mogą być zastosowane i w celu wystrzelenia lądowych pocisków manewrujących, co wprost narusza rosyjsko-amerykański Układ o likwidacji pocisków rakietowych pośredniego zasięgu.

      Te zaś kraje, które pomagają USA w realizacji ich programu przeciwrakietowego, biorą na siebie ciężar odpowiedzialności za jego skutki dla całego systemu bezpieczeństwa międzynarodowego.


      Jak Rosja ocenia pierwsze miesiące rządów PiS, szczególnie w kontekście stosunków polsko-rosyjskich?

      Rosja w żaden sposób nie ocenia działalności rządu PiS, dlatego że jest to wewnętrzna sprawa Polski. Co zaś dotyczy stosunków rosyjsko-polskich, to za rządu PiS nie zaszło jakichkolwiek istotnych zmian, pozostają one w tym złym stanie, do którego je doprowadził poprzedni polski rząd.

      Co Pan odpowie tym, którzy oskarżają prezydenta Putina o dążenie do odbudowy jakiejś formy rosyjskiego imperializmu tudzież ZSRR?

      Takie zarzuty są częścią wojny informacyjnej, która jest prowadzona przeciwko Rosji, ich cel – zastraszenie ludzi nieistniejącym zagrożeniem rosyjskim, demonizowanie Rosji i Putina. Ci, którzy wysuwają takie zarzuty, sami dobrze wiedzą, że odbudowa ZSRR bądź Imperium Rosyjskiego jest celem całkowicie nierealnym i ani prezydent Putin, ani ktokolwiek inny wśród przywództwa rosyjskiego nie zajmuje się podobnymi chimerami. O „imperializm” jesteśmy oskarżani za każdym razem, kiedy nie zgadzamy się z Zachodem, odmawiamy podporządkowania się jego woli, ogłaszamy swoje własne legitymne racje stanu i twardo ich bronimy.

      Czy Polacy powinni obawiać się Rosji?

      Brak do tego jakichkolwiek rzeczywistych podstaw.

      Jedną z przyczyń wpływających na ochłodzenie relacji między naszymi państwami, jest sprawa związana z rozbiórką radzieckich pomników na terenie Polski. Z doniesień medialnym wiemy, że urzędnicy polskiego MSZ, którzy przeanalizowali umowę z Rosją z lat 90., uznali, iż dotyczy ona tylko miejsc pochówku. W związku z powyższym, sowieckie pomniki, które nie stoją na cmentarzach wojskowych, można zburzyć albo przenieść, bez zgody Rosji. Jak Kreml postrzega takie działania?

      Oto tekst Artykułu 17 rosyjsko-polskiego Traktatu o przyjaznej i dobrosąsiedzkiej współpracy z 1992 r.: «Cmentarze, miejsca pochówku, pomniki i inne miejsca pamięci, będące przedmiotem czci i pamięci obywateli jednej ze stron, zarówno wojskowe, jak i cywilne, znajdujące się obecnie lub urządzone, na podstawie wzajemnych porozumień, w przyszłości na terytorium drugiej strony będą zachowane i otoczone ochroną prawną, zgodnie z normami i standardami międzynarodowymi oraz zwyczajami narodowymi i religijnymi».

      Oto tekst artykułu 1. międzyrządowej Umowy o grobach i miejscach pamięci ofiar wojen i represji z 1994 r.: «Niniejsza Umowa reguluje współpracę Stron w zakresie rozwiązywania wszelkich spraw związanych z ustalaniem, rejestracją, urządzaniem, zachowaniem i należytym utrzymaniem miejsc pamięci i spoczynku – rosyjskich w Rzeczypospolitej Polskiej i polskich w Federacji Rosyjskiej – żołnierzy i osób cywilnych poległych, pomordowanych i zamęczonych w wyniku wojen i represji, zwanych dalej „miejscami pamięci i spoczynku”.

      Gdzie pracownicy polskiego MSZ znaleźli podstawy do tego, aby wyłączyć z pod zakresu zastosowania tych dokumentów pomniki radzieckie, znajdujące się poza nekropoliami wojskowymi? To jest mówiąc łagodnie nierzetelna jednostronna interpretacja dokumentów, podpisanych przez nasze kraje. Przy tym taka interpretacja pojawiła dopiero od dwóch lat – przed tym w ciągu ponad 20 lat polska strona nie miała wątpliwości, iż umowy te mają zastosowanie do wszystkich radzieckich i rosyjskich miejsc spoczynku oraz pomników w Polsce.

      W polskiej świadomości historycznej Armia Czerwona nie kojarzy się z wyzwoleniem, lecz z kolejną okupacją. Wiemy, że żołnierze radzieccy mieli swój decydujący udział w pokonaniu nazistowskich zbrodniarzy, jednak powojenne losy Polski – którą postanowieniem konferencji jałtańskiej oddano pod wpływy Kremla – zapisały się w naszej historii na bardzo bolesnej karcie. Czy stanowisko Polski ws. radzieckich pomników jest w Rosji rozpatrywane także przez pryzmat tych naszych doświadczeń?

      Jaki związek mają pomniki radzieckich żołnierzy-wyzwolicieli z powojenną historią? One zostały zbudowane ku czci 600 tys. radzieckich żołnierzy i oficerów, którzy zginęli w walkach o wyzwolenie Polski, w miejscach, gdzie toczyły się krwawe bitwy, gdzie ginęli nasi dziadkowie i pradziadkowie i gdzie oni zostali pierwotnie pochowani. Potem jak wiadomo szczątki przenoszono do cmentarzy, ale pomniki zostawały jako przypomnienia o tych wydarzeniach, jak miejsca, gdzie ludzie się zbierali, aby o nich wspomnieć.

      W latach 1944-45 ani czerwonoarmiści, ani Polacy, których oni wyzwalali, nie mieli wątpliwości, iż jest to właśnie wyzwolenie. Gdyby nie zwycięstwo Związku Radzieckiego i nie poświęcenie jego narodów, nie byłoby ani państwa polskiego, ani Polaków na tej ziemi. Nie można zaprzeczać temu faktowi – dlatego próbuje się go zdeprecjonować, wszystko zwalić do jednej kupy razem z wydarzeniami 1939 r., Katyniem, okresem powojennym. To jest po prostu niegodziwe. Nie można porównywać okupacji hitlerowskiej, która kosztowała Polskę 6 mln. żyć jej obywateli, z okresem PRL – polskiego państwa narodowego, które, możliwe, nie było ani demokratycznym, ani w pełni suwerennym, na początkowym etapie własnej historii stosowało represji wobec przeciwników politycznych (skala których jednak nie jest do porównania z terrorem hitlerowskim), ale nigdy Polska Ludowa nie znajdowała się pod okupacją radziecką i przy wszystkich swoich znanych wadach w ciągu 45 lat istnienia osiągnęła znaczące sukcesy w gospodarce, edukacji, służbie zdrowia, kulturze. I oczywiście nie jest to pretekstem do zburzenia pomników tych, dzięki którym Polska zachowała się jako PRL w przeszłości i jako dzisiejsza demokratyczna Rzeczpospolita.

      A w „wojnie z pomnikami”, negowaniu wyzwolenia Polski przez Armię Czerwoną widzimy przede wszystkim przejaw wyboru politycznego – chęć, jak oświadczają polscy oficjele, pozbyć się „fałszywego poczucia wdzięczności” wobec Armii Czerwonej, która Polskę uratowała, znieważenie pamięci naszych przodków, którzy polegli na tej ziemi. Jeśli taki wybór rzeczywiście zrobiono, to decyzja, oczywiście, należy do samych Polaków, tylko nie należy myśleć, iż kiedy pomniki zostaną zniszczone lub zgromadzone w jakimś „muzeum okupacji” wszystko się uspokoi i zapomni. Znieważenie pamięci 600 tys. żołnierzy radzieckich, poległych w walkach o Polskę, zawsze będzie ciążyć nad naszymi stosunkami, i my z kolei będziemy o wiele mniej skłonni wysłuchiwać od strony polskiej jej narzekania na krzywdy z przeszłości.

      Kiedy byłam w Rosji, zwróciłam szczególną uwagę na pięknie odnowione cerkwie. Z kolei z relacji jednego z katolickich misjonarzy posługujących w Rosji wiem, że w Pana kraju postawiono na politykę prorodzinną opartą na silnej współpracy z Cerkwią Prawosławną. Czy odnowa duchowa i moralna narodu oraz umocnienie rodziny jest dziś jednym z priorytetów rosyjskiego rządu?

      W Rosji cerkiew jest oddzielona od państwa, ale państwo uznaje rolę historyczną cerkwi prawosławnej w kształtowaniu się cywilizacji rosyjskiej, przywiązuje dużą wagę do wkładu tradycyjnych dla Rosji religii – prawosławia, islamu, judaizmu, buddyzmu – do zakorzenienia się w społeczeństwie rosyjskim wysokich wartości moralnych, w tym rodzinnych. A wsparcie rodziny i rozwój demograficzny rzeczywiście są ważnymi priorytetami polityki rządu rosyjskiego.

      Spotkałam się też z opinią, że w Rosji postawiono na wartość dodatnią przyrostu naturalnego, czemu pomóc mają liczne rządowe programy wspierające między innymi rodziny wielodzietne. Z danych statystycznych wynika jednak, że w Rosji wciąż wielkim problemem jest powszechność w dokonywaniu aborcji. Czy rosyjski rząd planuje wprowadzić jakieś projekty, mające na celu ochronę życia poczętego?

      Jeśli ma Pani na myśli zakaz prawny na przeprowadzenie aborcji, to, o ile mi wiadomo, takich planów w Rosji obecnie nie ma. W naszym społeczeństwie dominuje pogląd, iż walczyć z abortami i o wzrost urodzeń należy nie poprzez zakazy, tylko poprzez przekonywanie, wsparcie i zachęcanie rodzin, w których rodzą się dzieci.

      Wielu moich rodaków zdumiewa pewien obszar polityki Władimira Putina, który stanowczo potępia różnego rodzaju przejawy demoralizacji społeczeństwa ukrywające się pod płaszczykiem środowisk LTGB, czy innych deprawujących zjawisk, których symbolicznym przykładem jest grupa Pussy Riot. Polskie społeczeństwo, które – z jednej strony, owszem ceni sobie wolność – jest jednocześnie bardzo sceptycznie nastawione na płynące z Zachodu trendy propagujące treści narzucane przez lobby homoseksualne czy inne dewiacje, jak choćby ideologia gender. Czy wobec tego, obrona tradycyjnych wartości i rodziny może dać postawy do porozumienia między Polską i Rosją, które miałoby szansę zaowocować szerszą współpracą właśnie w tym zakresie?

      Państwo rosyjskie oraz przytłaczająca większość naszych obywateli rzeczywiście trzymają się tradycyjnych poglądów na moralność społeczną oraz kwestie rodzinne. O możliwościach rosyjsko-polskiej współpracy w tej sferze nic powiedzieć nie mogę, tego tematu z polskimi kolegami nie omawialiśmy.

      Jakie jeszcze obszary mogłyby dziś stanowić podwaliny do nawiązania współpracy między naszymi narodami, a w konsekwencji wpłynąć na polepszenie wzajemnych relacji?

      Rosja i Polska mogą współpracować w każdej dziedzinie – z naszej strony nie ma do tego przeszkód, ale strona polska w tej chwili nie jest do tego gotowa. Przyjmujemy to do wiadomości i bierzemy pod uwagę podczas kształtowania własnej polityki współpracy międzynarodowej.

      Rozmawiała Agnieszka Piwar

      Za: http://agnieszkapiwar.blogspot.com/

      Wywiad ukazał się w kwartalniku Opcja na Prawo (Nr 3/144, lipiec 2016 r.).

      Tygodnik „wSieci” obnaża media


       Gazeta wSieci

      Tygodnik „wSieci” obnaża media

      opublikowano: 20 listopada 2016

       

      Tygodnik  „wSieci” obnaża media

      „Jak media kłamią i przegrywają”

      W nowym wydaniu tygodnika „wSieci” Stanisław Janecki rozlicza się z mediami, które starały się wywrzeć swój wpływ na przebieg kampanii wyborczych.To załgane media są największymi przegranymi wyborów w USA, a także w Polsce, na Węgrzech i w Wielkiej Brytanii, a w przyszłości być może będą w Niemczech i we Francji – zauważa publicysta na łamach tygodnia.

      W nowym wydaniu tygodnika „wSieci” Stanisław Janecki w tekście „Hańba mediów” pisze o znaczeniu mediów podczas kampanii wyborczych. Doświadczenia Stanów Zjednoczonych, a wcześniej Polski, Węgier, Austrii, Wielkiej Brytanii, Francji czy Grecji dowodzą, że media stały się bardzo ważnym elementem walki z demokratyczną wolą narodów lub społeczeństw. Wiele mediów wprost stało się wrogami demokracji, gdyż ich szefowie i czołowe pióra czy głosy uważają, że wyborcy podejmują złe decyzje. Media przestają być wyrazicielami opinii publicznej, a stają się ważnym graczem w koncepcji demokracji reglamentowanej, czyli ograniczonej, albo żadnej. Bardzo często występują więc jako siła realnie i wymiernie antydemokratyczna – pisze Stanisław Janecki.

      Na łamach tygodnika do wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych nawiązuje Ryszard Czarnecki, europoseł Prawa i Sprawiedliwości podczas rozmowy z Piotrem Zarembą („Byłem przy wygranej Trumpa”). – W lutym 2015 r. byłem na konferencji CPAC, prawego skrzydła Partii Republikańskiej, taki parodniowy „event” na kilka tysięcy osób. Wtedy na Trumpa machano tam powszechnie ręką, lekceważono go. […] Trump miał jeden procent poparcia. A półtora roku później były już tylko protesty części Sali na samej konwencji, na co jego zwolennicy odpowiadali skandowaniem „USA! USA!”. Trump szedł jak czołg, nie zrażał się przeciwnościami, ale też umiał naprawiać swoje błędy czy odpierać zagrożenia – mówi europoseł. O amerykańskich wyborach pisze w nowym wydaniu „wSieci” również Jan Rokita, który zastanawia się, co już dzisiaj możemy powiedzieć o przyszłej polityce zagranicznej USA pod rządami Donalda Trumpa.

      W nowym wydaniu tygodnika Marek Pyza i Marcin Wikło odpowiadają na pytanie „Kto się boi ekshumacji?”. Dziennikarze jasno wskazują, kto tak naprawdę odpowiada za obecny stan sprawy wyjaśniania katastrofy. Trzeba do skutku powtarzać: to Ewa Kopacz, Tomasz Arabski, Donald Tusk, Radosław Sikorski, Jerzy Miller i ich rząd, a także wierchuszka wojskowych prokuratorów odpowiadają za całkowicie bezpodstawne zawierzenie Rosjanom, zakaz otwierania trumien w Polsce i nieprzeprowadzenie wymaganych prawem sekcji zwłok na potrzeby polskiego śledztwa. Posługując się terminologią byłej szefowej rządu, to ci ludzie „zafundowali” obecne ekshumacje – przypominają dziennikarze.

      W tygodniku także rozmowa („Karą będzie infamia”) Michała i Jacka Karnowskich z Tadeuszem M. Płużańskim, dziennikarzem i historykiem, członkiem Rady Fundacji Reduta Dobrego Imienia – Polska Liga przeciw Zniesławieniom. Tłumaczy on m.in. ideę powołania Społecznego Trybunału Narodowego: – Chcemy pokazać, że winy za zbrodnie komunizmu nie ponosi jakiś system, ale ponoszą konkretne osoby, znane z imienia i nazwiska, często także z adresu. Posiadamy dossier większości tych towarzyszy — i żyjących, i nieżyjących. Przy okazji chcemy edukować Polaków, zarówno obecne pokolenie, jak i pokolenia przyszłe. Chcemy szerzyć wiedzę o zbrodniczym charakterze komunizmu, o konkretnych sprawcach zła. To nie może się rozpłynąć, rozmyć. Bo przecież wciąż zdarzają się wypowiedzi, ostatnio np. w wykonaniu Leszka Millera, że komunizmu właściwie w Polsce nie było, było legalne państwo polskie i nic złego się nie działo. Musimy wreszcie przełamać to tabu, musimy nazwać wszystko po imieniu, wskazać winnych. Musimy to zrobić w związku z bezradnością wymiaru sprawiedliwości III RP – mówi Jackowi i Michałowi Karnowskim Płużański.

      Najnowsze wydanie tygodnika „wSieci” zawiera też specjalny dodatek pt. „Firmy z energią”, w którym przybliża sylwetki polskich przedsiębiorstw najlepiej radzących sobie na zagranicznych rynkach. W materiale znajdują się także, obok wypowiedzi przedstawicieli firm o tematyce stricte biznesowej, także ogólne przemyślenia na temat polskiej przedsiębiorczości.Dodatkowe strony tygodnika zawierają również zestawienie firm będących liderami polskiego eksportu oraz analizy szans, które niosą dla polskiego biznesu rozwiązania zaproponowane przez nowy rząd oraz dotacje z funduszy unijnych.

      W tygodniku także komentarze bieżących wydarzeń pióra Andrzeja Zybertowicza, Wiktora Świetlika, Roberta Mazurka, Jerzego Jachowicza, Witolda Gadowskiego, Aleksandra Nalaskowskiego, Wojciecha Reszczyńskiego, Dariusza Karłowicza, Wojciecha Wencla, Krzysztofa Feusette, Marty Kaczyńskiej czy Bronisława Wildsteina.

      Opozycyjne elity i ich poziom miłości wobec narodowej Polski


       

      wPolityce.pl

       

      Kuriozalny wywiad w „Wyborczej”! Pytanie: „To Kościół uformował chamów?”. Pinior odpowiada: „Niestety, w dużej mierze tak”

      opublikowano: 9 minut temu

      Fot. YouTubeFot. YouTube

      PiS wygrał, bo miał efektywną political machinę. Po amerykańsku zbudowali wokół partii różne aktywne grupy społeczne. Byli w nieustannej mobilizacji: spotykali się z elektoratem „Gazety Polskiej”, na łamach gazet internetowych, blogów Telewizji Republika i pod Pałacem Prezydenckim

      – mówi w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Józef Pinior, któremu prokuratura zarzuca przyjęcie korzyści majątkowej.

      CZYTAJ RÓWNIEŻ: Prokuratura odwoła się od decyzji sądu ws. Józefa Piniora. Chce odizolować go od jego asystenta Jarosława W.

      (…) daliśmy im fory, gdy zaniedbaliśmy kształtowanie intelektu, moralności, światopoglądu młodego człowieka, wprowadzając religię do szkół i oddając sprawy wychowania Kościołowi.

      W rozmowie padają kuriozalne słowa z ust byłego senatora PO. Na absurdalne pytanie „To Kościół uformował chamów?”, Pinior odpowiada:

      Niestety, w dużej mierze tak. (…) Polska świecka, oświeceniowa, racjonalna wycofała się z tych idei, oddając pole Kościołowi. Nie oskarżam, że cały Kościół jest po innej stronie barykady, bo podziały są subtelniejsze, niemniej polski Kościół lokalny, który ma coraz mniej wspólnego z Kościołem powszechnym Franciszka, jest w dużej mierze odpowiedzialny za to, że Polacy i Polki są zamknięci na świat.

      Nie brakuje równie zaskakujących stwierdzeń pod adresem polskiej młodzieży.

      Wina Platformy polegała na obojętności. Moja partia nie podjęła żadnego wysiłku. Nie określiła się jasno przeciwko złu, nie próbowała zmienić tych tendencji. W efekcie już mamy w szkołach młodzież wychowaną nacjonalistycznie, a obecny rząd tylko to wzmocnienie

      — grzmi Pinior.

      W podobnym duchu są utrzymane wypowiedzi dotyczące rządzących.

      Państwo nigdy nie było w rękach nacjonalistów, a w tej chwili rządzą nim ludzie, którzy prą do tego, by naród polski stał się monoetniczny i monoreligijny, Dziś Kaczyńskiemu udaje się to, co nigdy nie udało się endecji

      – twierdzi były europoseł.

      Na uwagę, że niektórzy młodzi lewicowcy przyznają, że głosowali na PiS, Pinior odpowiada:

      To znaczy, że są durniami, a nie młodą lewicą. Trzeba być durniem politycznym, żeby nie rozumieć, na czym zasadza się główny podział polityczny w kraju.

      Jego zdaniem lewicowy elektorat popierający PiS może skończyć jak Leszek Miller, czyli jako… „pożyteczni idioci”.

      Czytaj dalej na następnej stronie ===>

      12

      następna strona »

      Zdjęcie Zespół wPolityce.pl

      autor: Zespół wPolityce.pl

      Wielu Polaków puścił z torbami i narzeka, że jest bogaty


      Prawy.pl

       

      „Niewinny” Kwaśniewski żali się na „większy plan” PiS-u i na… wysokie podatki

      Michał Miłosz

      Opublikowano 3 grudnia 2016

       

      Kwasniewski i Komorowski na manifestacji KODByły prezydent „wszystkich Polaków” twierdzi, że jest niewinny, a działania w kwestii willi w Kazimierzu to nagonka na jego osobę i „część większego planu”. Dlatego udzielił wywiadu Wirtualnej Polsce, w którym także żali się… na wysokie podatki.

      – Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie spodziewaliśmy się tego śledztwa. O tym, że zostanie ono wznowione plotkowano od dłuższego czasu. (…) Jestem niewinny, co prokuratura stwierdziła już w 2010 roku. Przypomnę, że przez lata śledczy badali wszystkie źródła naszych dochodów i stwierdzili, że nie ma podstaw do wszczynania jakichkolwiek działań. Od tego czasu nie pojawiły się żadne nowe fakty. Jestem podatnikiem państwa polskiego i płacę bardzo wysokie podatki. (…) Mam wrażenie, że to element ogólnego planu – chodzi o to, aby zasiać więcej strachu wśród ludzi. Spektakularne działania wobec znanych postaci idealnie wpisują się w ten scenariusz i dlatego pojawiają się sprawy Piniora czy Kwaśniewskich. W Polsce mnóstwo osób jest zaangażowanych w samorządy, prowadzi różnego rodzaju biznesy, udziela się publicznie. Daje im się jasny przekaz „będziesz siedział cicho, będziesz miał spokój”. Nie jestem osobą popierającą działania Prawa i Sprawiedliwości. Bardzo martwi mnie to, co dzieje się z wizerunkiem naszego kraju za granicą, o czym mówiłem już wielokrotnie. Może PiS chce mnie ucieszyć, ale to się nie uda. Dopóty, dopóki w Polsce mamy wolność i niezależne media to, będę korzystał ze swoich praw i krytykował to, co mi się nie podoba – opowiada Kwaśniewski.

      Który Urząd Zatrudnienia skierował Pana Grygielkę na fuchę wiceministra?


       

      Robert Grey i Witold Waszczykowski. Fot. msz.gov.pl

      Grzegorz Braun dla Kresów.pl: nie należy mówić o „aferze Greya”, ale o „aferze Waszczykowskiego” i całego układu rządowego

      Dodane przez Lipinski

      Opublikowano: Sobota, 03 grudnia 2016 o godz. 08:08:50

      – Gdzie były SKW i ABW? Gdzie byli ministrowie obrony i spraw wewnętrznych? To skandal znacznie bardziej rozległy, niż tylko samo MSZ. Pan Grey jest tylko zastępczym koziołkiem ofiarnym w tej całej aferze, w której ujawnia się stan głębokiej, świadomej, poniekąd programowej niesuwerenności władzy warszawskiej względem obcego mocarstwa – mówi Kresom.pl Grzegorz Braun.

       

      Jak podało w środę MSZ, Robert Grey stracił stanowisko wiceministra w tym resorcie. Według nieoficjalnych informacji uzyskanych przez „Rzeczpospolitą” i „Gazetę Wyborczą”, Grey został odwołany w trybie nagłym, czego powodem miało być rzekome zatajenie przez niego współpracy z amerykańskimi służbami specjalnymi. MSZ zaprzecza jednak, jakoby jego odwołanie było związane z „rzekomym zatajeniem przez niego współpracy z amerykańskimi służbami”. Sam Grey twierdzi, że nigdy nie był współpracownikiem „żadnych służb specjalnych”.

      Przeczytaj: Waszczykowski: za odwołaniem Greya „nic się nie kryje, nic za tym nie stoi”

      – Odnosząc się do dementi ze strony samego pana Greya, jak i jego pryncypała, Waszczykowskiego, którzy obydwaj zgodnie zaprzeczyli doniesieniom o związkach pana Greya z obcymi służbami – zauważmy, że najciekawsze są właśnie informacje energicznie dementowane – mówi Kresom.pl reżyser Grzegorz Braun, reżyser, kandydat na prezydenta RP w ostatnich wyborach.

      Przeczytaj: Tajemniczy wiceminister Grey

      – Z całą pewnością nie należy tu mówić o aferze Greya. Jeśli już, to mamy raczej aferę Waszczykowskiego i całej tej „żoliborskiej grupy rekonstrukcji historycznej sanacji” – podkreśla Braun.

      Przeczytaj: Grzegorz Braun o klientyzmie wobec USA: rząd PiS doszedł do granicy zdrady narodowej [+VIDEO]

      – Przecież nikt rozsądny i świadom tego, jakimi regułami rządzi się aktualny układ władzy, nie będzie tu upatrywał w panu Waszczykowskim instancji ostatecznej i głównej siły sprawczej. Mamy zatem w istocie do czynienia z aferą tego rządu i tej formacji partyjnej, których „lojalność sojusznicza” względem USA dawno już przekroczyła normę wzajemności dyplomatycznej – uważa reżyser. Zaznacza, że za skandal odpowiada nie tylko MSZ, ale i MON i MSWiA:

      – Gdzie były w tej sprawie Służba Kontrwywiadu Wojskowego i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego? Przecież nie jesteśmy dziećmi i rozumiemy, że zatrudnianie na tak wysokim szczeblu obywatela obcego państwa co najmniej stawiać musi taką osobę wobec perspektywy nieuniknionego konfliktu lojalności. Dlaczego wcześniej panu Waszczykowskiemu nie uświadomiono, że to doprowadzi do sytuacji co najmniej niezręcznej? Gdzie byli ministrowie obrony i spraw wewnętrznych, który również odpowiadają za bezpieczeństwo i procedury sprawdzające kadr państwowych? Jest to zatem skandal znacznie bardziej rozległy, niż tylko samo MSZ. Pan Grey jest tylko zastępczym koziołkiem ofiarnym w tej całej aferze, w której ujawnia się stan głębokiej, świadomej, poniekąd programowej niesuwerenności władzy warszawskiej względem obcego mocarstwa.

      Przeczytaj: Braun w Telewizji Republika: Jesteście amerykańską i żydowską agenturą wpływu w Polsce [+VIDEO]

      Według „Rzeczpospolitej”, o bardzo pilnym charakterze odwołania Greya świadczy fakt, że jego nazwisko widniało w składzie delegacji, która tego dnia udawała się z prezydentem Andrzejem Dudą do Szwecji. Nie poleciał tam, a według osoby z otoczenia Greya, na którą powołuje się Rzeczpospolita, „był totalnie zaskoczony”. Z kolei polityk PiS znający kulisy polskiej dyplomacji powiedział „Rz”, że słyszał, iż „zdecydowała kwestia dotycząca bezpieczeństwa państwa”. – I nie było to źródło gazetowe dodał.

      Braun zwraca również uwagę na inny aspekt sprawy:

      – Jak zwykle jakieś buldogi gryzą się pod dywanem. Czy to DIA [Defense Intelligence Agency – red.] wygryza CIA po wstępnym odnotowaniu sukcesu w elekcji swojego kandydata w wyborach prezydenckich w USA? Czy dymisja Greya oznacza, że okres bezwzględnej hegemonii bezpieki amerykańskiej na naszym terytorium mija – a do rewindykacji przystępują Moskale i Prusacy, którzy w ostatnich sezonach musieli kłaść uszy po sobie – ? Odpowiedź sama będzie się nasuwać, gdy zobaczymy, kto pana Greya zastąpi. A być może za jakiś czas będziemy mogli skonstatować, że oto nastąpił kolejny „reset resetu”, i to nie pan Grey jest dymisjonowany, tylko może imperium amerykańskie dokonuje kolejnego „zwrotu przez rufę” i znowu z dnia na dzień wycofuje swoje aktywa z naszego terytorium? Zwróćmy uwagę, jak energicznie zaangażowały się w sprawę dymisji Greya „GWiazdy śmierci” z ul. Czerskiej i ul. Wiertniczej – czyżby tam już wyczuwano zmianę pogody?

      Braun zaznacza, że nie jest to dla niego hipoteza nr 1, ale nie można tego wykluczyć.

      – Tak czy inaczej jest to sytuacja, w której państwo polskie manifestuje problematyczność swego istnienia. Sama nominacja Pana Greya była tego dowodem. Zauważmy, że na podobną ostentację nie pozwalali sobie towarzysze sowieccy, po 1956 roku bardzo jednak dbali o tę fasadową hipokryzję w selekcji PRLowskich kadr. I PRLowscy, warszawscy sowieciarze bardzo starannie dbali o zachowanie pewnych pozorów. To, że za naszych czasów już nikt nie stara się ich zachowywać dowodzi, że państwo polskie w dalszym ciągu istnieje problematycznie, i że jest głęboko niesuwerenne. I najwyraźniej na tę niesuwerenność godzą się politycy różnych zmieniających się układów – mówi reżyser.

      – Obecny układ władzy, „żoliborska grupa rekonstrukcji historycznej Sanacji” zdaje się przyjmować to za jeden z głównych punktów oparcia swojej polityki. Ja oczywiście rozumiem tę koncepcję, ale nie przyznaję jej słuszności. To jest taka logika, że z pułapki geopolitycznej między Niemcami a Rosją mamy się wydostać wieszając się u amerykańskiej klamki. Sądzę, że polskiej racji stanu nie należy wieszać u żadnej klamki, pod żadnym pozorem. Niezależnie od tego, czy ta klamka jest zamocowana na Kremlu, czy w Białym Domu – podkreśla Braun.

      Przeczytaj więcej:

      Robert Winnicki (Ruch Narodowy) dla Kresy.pl: Sprawa Greya to pięć kompromitacji Polski

      Tomasz Rzymkowski (Kukiz’15) dla Kresy.pl: Pięćdziedziąta pierwsza twarz Greya

      Paweł Kukiz o sprawie Greya dla Kresów.pl: to niedopuszczalna sytuacja, to nie jest Ukraina

      Andruszkiewicz dla Kresów.pl o sprawie Roberta Greya: to sytuacja kuriozalna i bardzo niebezpieczna

      Michalkiewicz dla Kresów.pl: wywiady obcych państw szczelnie obstawiają nasze rządy, to nie wróży nic dobrego

      Kresy.pl / Marek Trojan

      Merkel nie chce Erdogana w Unii


      logo Polonia Christiana

      DZISIAJ JEST

      SOBOTA 03 GRUDNIA

       

      Kanclerz Merkel: koniec negocjacji z Turcją w sprawie wejścia do Unii Europejskiej

      Data publikacji: 2016-12-03 07:00

      Data aktualizacji: 2016-12-02 10:30:00

      Kanclerz Merkel: koniec negocjacji z Turcją w sprawie wejścia do Unii Europejskiej

      Negocjacje z Turcją mają zostać przerwane – zadeklarowała na posiedzeniu CDU niemiecka kanclerz Angela Merkel. Chodzi o toczące się od dziesięcioleci rozmowy o przystąpieniu Ankary do Unii Europejskiej. Prezydent Erdogan ma jednak nadzieję, że wszystko wróci do normy.


      Jak poinformował dziennik „Bild-Zeitung”, kanclerz Angela Merkel wypowiedziała się przeciwko otwieraniu jakichkolwiek nowych rozdziałów negocjacyjnych w rozmowach z Turcją o przystąpieniu do Unii Europejskiej. Jej deklaracja miała paść na spotkaniu partyjnym CDU. Merkel miała polecić swoim kolegom partyjnym, by w rozmowach z mediami i wyborcami odpowiadali właśnie w ten sposób, pytani w związku z nadchodzących w Niemczech wyborami parlamentarnymi o stanowisko CDU względem Ankary.

      W ubiegłym tygodniu Parlament Europejski poparł zamrożenie negocjacji z Turcją ze względu na liczne naruszenia tak zwanych praw człowieka przez władze znad Bosforu po nieudanym czerwcowym puczu wojskowym. Europarlamentarzyści uznali, że nie tylko nie należy otwierać kolejnych rozdziałów negocjacyjnych, ale nawet rozmawiać o już otwartych, dopóki Ankara nie będzie respektować wartości uznawanych przez Europę za fundamentalne. Rezolucja Parlamentu nie ma żadnej mocy prawnej, a jedynie symboliczną. Właściwą decyzję o ewentualnej kontynuacji bądź nie rozmów z Turcją podjęta zostanie dopiero na szczeblu władz państw unijnych.

      Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan zadeklarował we wtorek, że wciąż jest dobrej myśli i wierzy, iż rozmowy negocjacyjne będą kontynuowane. Przyznał jednak, że strona turecka z ubolewaniem przyjęła rezolucję Parlamentu Europejskiego. W pierwszym odruchu po przyjęciu rezolucji polityk zagroził Europie wypowiedzeniem umowy o imigrantach, co miałoby skutkować nowym kryzysem uchodźczym. Erdogan zagroził też, że Ankara nie jest skazana na Europę i „ma wiele alternatyw”. Jeszcze w listopadzie prezydent mówił otwarcie o ewentualnym ścisłym powiązaniu tureckiej gospodarki z Rosją, Chinami i innymi państwami azjatyckimi, zamiast z UE.

      Z kolei sama Angela Merkel w niedawnym przemówieniu przed Bundestagiem zadeklarowała, że niezależnie od negatywnych w jej ocenie wydarzeń w Turcji zamierza utrzymać dwustronną współpracę z tym krajem i dbać o jej dobry stan. Jak tłumaczyła, Niemcy mają we właściwych relacjach z Ankarą żywotny interes.

      Źródła: faz.net, Bundestag.de

      Pach

      Read more: http://www.pch24.pl/kanclerz-merkel–koniec-negocjacji-z-turcja-w-sprawie-wejscia-do-unii-europejskiej,47799,i.html#ixzz4RmP2DDJd