Polacy nie chcą powrotu Tuska do kraju


niezalezna.pl - strefa wolnego słowa

 

31 grudnia 2016

Gazeta Polska | Nowe Państwo | Gazeta Polska Codziennie | VOD

Najnowsze Opinie Wideo Blogi

Polska Świat Sport Gospodarka Obrona narodowa Historia Kultura Media

​„Tylko nie wracaj” – Polacy odpowiedzieli Tuskowi na życzenia noworoczne

 

Dodano: 31.12.2016 [18:49]

​„Tylko nie wracaj” – Polacy odpowiedzieli Tuskowi na życzenia noworoczne - niezalezna.pl

foto: Filip Błażejowski/Gazeta Polska

„W nowym 2017 roku – Ojczyznę wolną od zła i głupoty, Panie” – takie noworoczne życzenia złożył na Twitterze przewodniczący Rady Europejskiej. I chyba nie takiego odzewu spodziewał się ze strony Polaków, a ci odpowiedzieli mu wprost: „nie wracaj, to może się spełni”.
„Król Europy” postanowił złożyć życzenia noworoczne. „W nowym 2017 roku – Ojczyznę wolną od zła i głupoty, Panie” – napisał na Twitterze Donald Tusk. Trudno orzec, co właściwi szef RE miał na myśli i o jaką „Ojczyznę” mu chodziło. Jeśli o Polskę, to być może słowa o złu i głupocie są efektem ostatnich, skandalicznych wybryków jego koleżanek i kolegów z Platformy Obywatelskiej?

Obserwuj

Donald Tusk

@donaldtusk

W nowym 2017 roku – Ojczyznę wolną od zła i głupoty, Panie.

16:55 – 31 gru 2016

  • 657657 podanych dalej

  • 2 4172 417 polubień

  • Na dziwaczny wpis odpowiedzieli inni użytkownicy Twittera. I nie byli dla Donalda Tuska wyrozumiali…

    Obserwuj

    Tomasz O. @0st0ja

    @donaldtusk nie wracaj, to może się spełni.

    16:56 – 31 gru 2016

  • 33 podane dalej

  • 114114 polubień

  • Obserwuj

    Bodzio’o @bodzio_o

    @donaldtusk taka będzie, tylko bez powrotów prosimy.

    16:56 – 31 gru 2016

  • podanych dalej

  • 6262 polubienia

  • Obserwuj

    tadeusz @clodin56

    @J_Kaska Niech wróci @donaldtusk zapytamy gdzie te mld ukradzione z OFE i o wiele inne przekręty

    17:09 – 31 gru 2016

  • 11 podany dalej

  • 2525 polubień

  • Obserwuj

    Andrew @agas2709

    @donaldtusk zostan tam gdzie jestes i niewracaj do Polski ty zmoro jedna

    16:56 – 31 gru 2016

  • 22 podane dalej

  • 110110 polubień

  • Obserwuj

    Tomek Zieliński @Brzdac

    @donaldtusk Dlatego proszę nie wracać!

    17:05 – 31 gru 2016

  • podanych dalej

  • 4040 polubień

  • Obserwuj

    Janekx89 @janekx89

    @donaldtusk Nie wracaj, będzie o to zdecydowanie łatwiej!

    17:07 – 31 gru 2016

  • podanych dalej

  • 4040 polubień

  • Obserwuj

    Piotr Jastrzębski @JotPiotr

    @donaldtusk czyli nie wraca Pan do kraju 🙂 całe szczęście

    16:58 – 31 gru 2016

  • podanych dalej

  • 2626 polubień

  • Obserwuj

    marek dadun @MarekDadun

    @donaldtusk i wolną od Tuska

    16:57 – 31 gru 2016 · Warsaw, Poland

  • podanych dalej

  • 1818 polubień

  • Obserwuj

    Grzegorz Wysocki @grzwysoc

    @donaldtusk niestety, w pańskiej ojczyźnie nadal rządzi merkel, w Polsce już nie. Długich lat w Brukseli, albo gdzieś.

    17:08 – 31 gru 2016

  • podanych dalej

  • 2020 polubień

  • Obserwuj

    Anaksymander @Anaksymander1

    @donaldtusk fakt bez PO i N daj nam Panie i bez kosmopolitow

    16:58 – 31 gru 2016

  • podanych dalej

  • 1717 polubień

  • Obserwuj

    Anna Żuber @guciancia

    @donaldtusk Widzę po komentarzach ,że Polacy „kochają” Pana inaczej niż się Panu wydaje….i niech już tak zostanie.

    17:31 – 31 gru 2016

  • podanych dalej

  • 1818 polubień

  • Autor: plkŹródło: niezalezna.pl

    Okazuje się, że Rosja wszystko może


    onet.wiadomości

     

    PAP

    dzisiaj 12:47

    „WP”: Rosjanie mogą zagrażać amerykańskiej sieci elektrycznej

    Wykrycie rosyjskiego złośliwego oprogramowania na jednym z komputerów zakładów elektrycznych w stanie Vermont jest ilustracją zagrożeń, przed jakimi staje cała amerykańska sieć energetyczna – ostrzega dziennik „Washington Post”.

     

    "WP": Rosjanie mogą zagrażać amerykańskiej sieci elektrycznejFoto: Shutterstock”WP”: Rosjanie mogą zagrażać amerykańskiej sieci elektrycznej

    W rozmowie z dziennikiem anonimowy przedstawiciel władz USA wyraził obawę, że rosyjscy hakerzy próbują spenetrować komputery amerykańskiej sieci energetycznej i przygotować się tym samym do potencjalnego ataku na krajową infrastrukturę krytyczną.

    Jak poinformował miejski zakład elektrycznych w Burlington w północno-wschodniej części USA, szkodliwe oprogramowanie zostało odkryte na jednym z laptopów. Jednak jak zapewniono – urządzenie nie było podłączone do sieci systemu elektrycznego. Komputer został odizolowany, a o szczegółach odkrycia poinformowano władze – podało Burlington Electric w komunikacie.

    W reakcji na te doniesienia gubernator stanu Vermont Peter Shumlin wezwał służby federalne „do przeprowadzenia pełnego śledztwa i podjęcia kroków w celu zapewnienia, że w przyszłości nie dojdzie do podobnego zdarzenia”.

    „Mieszkańcy Vermont i wszyscy Amerykanie powinni być zaalarmowani i oburzeni, że jeden z największych światowych zbirów, (prezydent Rosji) Władimir Putin, próbuje zhakować naszą sieć elektryczną, która pomaga w utrzymaniu jakości życia, gospodarki, służby zdrowia i bezpieczeństwa” – ocenił Shumlin w oświadczeniu.

    Według senatora Patricka J. Leahy’ego odkrycie szkodliwego oporogramowania w zakładach energetycznych pokazuje, że Rosja może potencjalnie „manipulować siecią i wyłączyć ją w środku zimy”. „To bezpośrednie zagrożenie dla Vermont i nie będziemy go lekceważyć” – dodał Leahy.

    Anonimowi rozmówcy „WP” zwracają uwagę, że na razie nie wiadomo, jakie mogły być intencje Rosjan. Program mógł być zainstalowany w celu np. zakłócenia działania sieci lub też sprawdzenia, czy będą oni w stanie spenetrować pewne części systemu.

    Przesłuchanie ws. zagrożeń cybernetycznych

    „Pozostaje pytanie: czy dostali się do innych systemów i jakie były ich cele” – zwraca uwagę źródło dziennika.

    Chodzi o złośliwe oprogramowanie nazwane wcześniej przez Waszyngton jako „step niedźwiedzi grizli” (ang. Grizzly Steppe). W tym tygodniu FBI i służby wywiadowcze ujawniły przedstawicielom różnych segmentów krajowej gospodarki szczegóły dotyczące kodu źródłowego tego oprogramowania. Według Waszyngtonu kod stworzony został przez rosyjskie wojsko i służby cywilne w ramach „trwającej kampanii cybernetycznej wymierzonej w amerykański rząd i cywilów”.

    Wczoraj szef komisji sił zbrojnych Senatu USA John McCain zapowiedział, że 5 stycznia odbędzie się w Kongresie przesłuchanie ws. zagrożeń cybernetycznych, takich jak hakerskie ataki Rosji, które m.in. były ingerencją w amerykańskie wybory.

    Według informacji zamieszczonej na stronach komisji sił zbrojnych Senatu wśród osób, które wezwano na przesłuchanie, są między innymi dyrektor amerykańskich służb wywiadu James Clapper oraz admirał Mike Rogers, dyrektor Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego (NSA) i szef Cyber Command (cyberdowództwa) sił zbrojnych USA.

    W połowie grudnia McCain oraz trzech innych senatorów wystosowało apel, by zbadać doniesienia wywiadu o tym, że Rosja ingerowała w przebieg tegorocznych wyborów, wspierając kandydata Republikanów Donalda Trumpa.

    Pod apelem podpisało się dwóch Republikanów – McCain i Lindsey Graham – oraz dwóch Demokratów – Chuck Schumer i Jack Reed. Również w ostatnich dniach McCain i Graham wezwali do powołania w USA międzypartyjnej komisji dochodzeniowej, która przenalizowałaby sterowane przez Moskwę cyberataki, polegające między innymi na włamaniach do serwerów Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej (DNC).

    (do)

    Onet Wiadomości

    Źródło: PAP

    Noworoczne orędzie prezydenta Andrzeja Dudy



    onet.
    wiadomości

     

    PAP

    dzisiaj 20:00

    Noworoczne orędzie prezydenta Andrzeja Dudy

    • Dobrobyt i trwały rozwój naszej ojczyzny zależą także od spokoju społecznego – powiedział prezydent Andrzej Duda w orędziu noworocznym. Apelował do rodaków: „nie dajmy się ponieść politycznym emocjom, prowadźmy cywilizowany dialog, pracujmy razem dla Polski, szanując reguły demokracji”.

     

    Prezydent Andrzej DudaFoto: prezydent.pl / Materiały prasowePrezydent Andrzej Duda

    • Dobrobyt i trwały rozwój naszej Ojczyzny zależą także od spokoju społecznego. W tych szczególnych dniach apeluję do wszystkich moich rodaków: nie dajmy się ponieść politycznym emocjom. Prowadźmy ze sobą cywilizowany dialog. Pracujmy razem dla Polski, szanując reguły demokracji. Pragnę Państwa zapewnić, że jako Prezydent Rzeczypospolitej będę czynił wszystko, by łagodzić niepotrzebne konflikty i wyciszać spory – powiedział prezydent w wygłoszonym orędziu noworocznym.
    Polska krajem bardziej solidarnym

    Andrzej Duda podkreślił, że Polska jest dziś państwem bardziej solidarnym, dbającym o słabszych, wyrównującym szanse. – Program 500+, podwyższenie minimalnej płacy, darmowe leki dla seniorów, obniżenie wieku emerytalnego – wszystkie te zmiany przywracają wielu Polakom poczucie godności i wiarę w to, że rządy mogą być bardziej sprawiedliwe – powiedział prezydent.

    Jak zaznaczył, w mijającym roku reformy przeprowadzone w wielu obszarach przyniosły lub przyniosą konkretne korzyści polskim rodzinom. – Zobowiązania wyborcze, złożone w trakcie kampanii prezydenckiej i parlamentarnej, są i będą nadal sumiennie realizowane – zapewnił Andrzej Duda.

    Bezpieczniejsza Polska
    • Jesteśmy też państwem bezpieczniejszym, między innymi dzięki efektom szczytu NATO w Warszawie. Na naszej ziemi pojawią się na stałe sojusznicze wojska. Już wkrótce będziemy witać nad Wisłą amerykańskich żołnierzy. Musimy jednak także wzmacniać się sami. Rok 2017 będzie okresem głębokiej modernizacji polskiego wojska. Nasi żołnierze, piloci i marynarze muszą mieć pewność, że korzystają z najlepszego sprzętu i najbardziej nowoczesnego uzbrojenia – powiedział prezydent.

    Andrzej Duda podkreślił, że nasze bezpieczeństwo opiera się nie tylko na sojuszach militarnych, lecz także politycznych. – Polska jest jednym z największych i najważniejszych krajów w Unii Europejskiej. Poparcie polskiego społeczeństwa dla wspólnego, europejskiego projektu należy do najwyższych na Starym Kontynencie. I to przede wszystkim nam powinno zależeć na tym, by Unia Europejska poradziła sobie ze wszystkimi kryzysami, z którymi zmaga się obecnie i z którymi, niestety, zapewne zmagać się będzie także w 2017 roku. Niezależnie od różnic poglądów co do przyszłości Unii Europejskiej, funkcjonowania instytucji czy obsady najważniejszych unijnych stanowisk, jedno nie ulega wątpliwości: w interesie Polski leży stabilna, zjednoczona i solidarna Europa – powiedział prezydent.

    Prezydent o gospodarce
    • Bezpieczne państwo to także silna gospodarka. Dlatego też władze powinny gwarantować polskim przedsiębiorcom jak największą swobodę działalności. Powinniśmy być otwarci na zagranicznych inwestorów, lecz przede wszystkim promować polski kapitał i polską myśl technologiczną – podkreślił Andrzej Duda.

    Prezydent zapewnił, że w nadchodzącym roku, podobnie jak w minionym, będzie nadal wspierał rodzime firmy. – Zwłaszcza te, które z odwagą i bez kompleksów podbijają dalekie rynki. Czy będzie to wielki koncern energetyczny, czy mała spółka produkująca gry komputerowe – polskie przedsiębiorstwa mogą liczyć na wsparcie prezydenta – powiedział Andrzej Duda.

    Rodakom życzył spełnienia wszystkich marzeń i realizacji najbardziej ambitnych zamierzeń. – Oby rok 2017 był dla Państwa czasem rodzinnego ciepła i zawodowych sukcesów, otuchy i optymizmu. Wszystkiego dobrego! – podkreślił Andrzej Duda.

     

    Onet Wiadomości

    Źródło: PAP

    Cudowny Zachód i nie dająca się podbić Rosja


    Deutsche Welle

    POLITYKA

    KOMENTARZ: 25 lat po rozpadzie ZSRR – w fazie dojrzałego Putina

    Jaką drogą poszła Rosja po rozpadzie ZSRR? Wiedzie się jej lepiej niż kiedyś? Czy raczej nie? Rosyjski pisarz Wiktor Jerofiejew analizuje cztery fazy najnowszej historii Rosji.

    Obejrzyj wideo04:30

    Z miłości do Putina. Nowy rosyjski patriotyzm

    Jeden płacze, inny się śmieje. Jeden nie może ścierpieć rosyjskiej władzy, inny jest nią zachwycony. Jeden jest patriotą, inny pluje we własne gniazdo. Jeden stał się biedny jak mysz kościelna, inny bajecznie bogaty. Jeden żyje w Moskwie, inny w zabitej dechami wsi na końcu świata. Taka jest dziś Rosja, ćwierć wieku po tym, kiedy 25 grudnia 1991 roku z Kremla zniknęła flaga ZSRR.

    Przypadek chciał, że byłem świadkiem tego wydarzenia, znajdowałem się bowiem w mieszkaniu przyjaciół naprzeciwko Kremla. Upadek giganta musiał poruszyć, wzbudzając jednocześnie konsternację i ulgę. Na maszt została wciągnięta rosyjska, trójkolorowa flaga, nowa Rosja zadrżała w grudniowym wietrze.

    Radykalne przeobrażenie się Rosji

    Tamtego wieczoru wydawało się, że jest to tylko gra pojęciami – a WPN (Wspólnota Niepodległych Państw, DW) tylko upiększoną kontynuacją ZSRR. Moskiewski ludek obojętnie spieszył do domów, każdy sam dla siebie. Jak się okazało, myliłem się, tak jak cały naród: od tamtej chwili Rosja zmieniła się radykalnie. Stała się lepsza czy nie?

    Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie.

    Schriftsteller Viktor Jerofejew (imago/ITAR-TASS)

    Rosyjski pisarz Wiktor Jerofiejew

    W toku dziejów więcej niż tylko raz ten czy inny kraj czuł się obrażony przez resztę świata i domagał się zadośćuczynienia – przekonany o swojej wyjątkowości. W tym stanie urażonej dumy zastygła Rosja (a przynajmniej tak się zachowuje).

    Ma prawo czuć się obrażona, bo ktoś (Zachód, NATO, USA) zabrał jej Związek Radziecki? Raczej nie, bo ZSRR załamało się po ciężarem własnych wypaczeń spowodowanych maniakalnym brakiem wolności we wszystkich dziedzinach życia.

    Rosja chce lepiej żyć

    Mimo wszystkich negatywnych skutków, wszystkich oczywistych oznak autorytarnego reżimu, autokracji, mimo fantomowego bólu, jaki zostawił po sobie rozpad ZSRR i marzenie o jego przywróceniu, jakby nie było Rosja nie jest żadnym, zbudowanym na nienawiści klasowej komunistycznym straszakiem. Rosja to nie Korea Północna. Chce konsumować tak jak wszystkie kraje rozwinięte. Chce lepiej żyć.

    Tyle, że jakoś nie chce się jej to udać. Z nękającymi ją dzisiaj plagami ustawia się w szeregu problematycznych krajów, w których wyróżniają ją przede wszystkim niebywałe rozmiary jej terytorium i jej broń atomowa. Nadrzędnym wrogiem nowej Rosji od początku był brak wyobrażenia o tym, czym jest wolność i po co ona komu. Inteligencja czasów sprzed pierestrojki wiedziała, czym jest wyzwolenie – czym jest wolność, nie bardzo rozumiała.

    Życie w Rosji minionych 25 lat można podzielić na cztery części.

    Fazy wczesnego i słabego Jelcyna

    Część pierwsza – słaby Jelcyn: oświecona rosyjska elita miała rzadką okazję utworzenia z władzą swoistego, mitycznego „my”. Społeczeństwo i władza państwa były gotowe do pewnego wzajemnego zbliżenia.

    Zmarnowano to wszystko, ponieważ zarówno władza państwa jak i społeczeństwo miały tylko nikłe wyobrażenie o prawach rządzących naturą człowieka. Lud obalił komunizm w nadziei na lepsze życie. Długo jednak nie wytrzymał twardej próby sił wymagającej, by przez jakiś czas więcej pracować a gorzej żyć, i przeklął demokrację. Rosja znalazła się znowu w swoim tradycyjnym stanie społecznej apatii i braku odpowiedzialności. Nieatrakcyjność nowego, krystalizującego się dopiero reżimu doprowadziła do kryzysu parlamentarnego 1993, do separatyzmu, wojny w Czeczeni, do walki z oligarchami i umacniania się mafii.

    Znamienny dla drugiej części w życiu nowej Rosji po haniebnych wyborach prezydenckich 1996 był słaby, znany z upodobania do alkoholu Jelcyn, który odrzucił reformatorów a przeciągnął na swoją stronę siłowików – mundurowych i tajniaków. Kryzys finansowy 1998, wzrost nostalgicznych nastrojów i histerii społecznej, oddalanie się coraz bardziej od siebie wyobrażeń o świecie Rosji i Zachodu – cały pakiet tych i innych problemów wpędził Rosję w ramiona ludzi bezpieki.

    Kwitkiem wczesny Putin

    Objęcie władzy przez Putina było kwitkiem za błędy rosyjskiej demokracji. Chociaż trzecia faza – wczesnego Putina – nosiła jeszcze znamiona politycznego okresu przejściowego. Powoli jednak okazało się, że Rosja nie jest w stanie osiągnąć PKB poziomu Portugalii, czego domagał się Putin w 1999.

    REDAKCJA POLECA

    Przyjaciele Putina w Europie umacniają swoją pozycję

    Rosja rozbudowuje swoje tradycyjne wpływy w Europie Wschodniej i Południowo-Wschodniej. UE jest na przegranej pozycji, mimo miliardowego wsparcia i jej zabiegów dyplomatycznych. (15.11.2016)

    Niemiecka prasa: Putin wykorzystuje słabość Zachodu

    I że nie jesteśmy Chińczykami. Brakowało polityki zatrudnienia, była za to droga ropa i rosnąca nostalgia. Ta ostatnia została wsparta ideologiczne: odrzucaniem uniwersalnych wartości, kultywowaniem stanu urażonej dumy i kurczowym trzymaniem się tradycyjnych filarów życia. Do tego doszła gloryfikacja Kościoła prawosławnego. Kościół skorzystał z tej jedynej w swoim rodzaju historycznej okazji niebotycznie się wzbogacając w zamian za lojalność i narzucony z góry patriotyzm.

    Teraz, w fazie czwartej – dojrzałego Putina, Putin maszynista odczepił lokomotywę i doczepił ją do ostatniego wagonu kierując pociąg w przeciwnym kierunku – z obietnicą, że tam czeka przyszłość.

    Dojrzały Putin i przerastająca wszystkich Rosja

    Putin zrozumiał, że kraj lepiej reaguje na mobilizację niż na modernizację. Udała mu się rzadka w historii Rosji sztuka zjednoczenia władzy państwa z większością społeczeństwa. Rosyjska obraza z powodu utraconych ziem przeobraziła się w niezachwianą wiarę o przerastającej wszystkich własnej wielkości – w sensie moralnym, religijnym i historycznym. Kłamstwo o bogini wojny funkcjonuje w nowej zimnej wojnie z Zachodem, ale i w gorącej wojnie z Ukrainą i innymi przeciwnikami powrotu pod rosyjskie skrzydła. Jednocześnie Zachód niejako poszedł na rękę Rosji odsłaniając swoje rozdarcie i – mówiąc prosto z mostu – nie posługując się mądrą strategią. Czy istnieje wyjście z zaistniałej sytuacji?

    Wiktor Jerofiejew

    tł. Elżbieta Stasik

    Upowska i banderowska narracja za polskie pieniądze


     

    Tomasz Rzymkowski. Fot. facebook.com

    Rzymkowski (K’15): dla PiS ważniejsza od ideałów ich ukochanej sanacji jest bezkrytyczna przyjaźń z Ukrainą

    Dodane przez Lipinski
    Opublikowano: Sobota, 31 grudnia 2016 o godz. 11:11:37

    Wiem już, co jest dla PiS ważniejsze od ideałów ich ukochanej sanacji: bezkrytyczna przyjaźń z Ukrainą – stwierdził poseł Kukiz’15 Tomasz Rzymkowski, komentując decyzję MSW ws. przyznania dotacji z budżetu państwa ukraińskiemu tygodnikowi, szerzącemu kłamstwa historyczne. – Parafrazując słowa Józefa Becka, nie ma pokoju za wszelką cenę, ale tu jest przyjaźń za wszelką cenę z Ukrainą – mówi Rzymkowski w rozmowie z Kresami.pl.

     

    Na łamach „Naszego Słowa”, pisma mniejszości ukraińskiej w Polsce wydawanego za pieniądze polskich podatników napisano niedawno, że to Józef Piłsudski, a nie Stepan Bandera, odpowiada kryteriom „międzynarodowego terrorysty”.

    – Ukraina nie wymaga od Polaków, by wyrzucili jego [Piłsudskiego] nazwisko z historii, nie wymaga zburzenia jego pomników. Jednak domaga się, by Polacy przestali wtrącać się w to, kogo Ukraińcy uważają za swoich bohaterów – podkreślał w artykule Myrosław Łewyćkyj. Sugerował również wyraźnie, że wydanie wspomnień bł. bp. Grzegorza Chomyszyna to element wojny hybrydowej prowadzonej przez Rosję, a celem tych działań miałoby być zdyskredytowanie osoby metropolity grekokatolickiego Andrzeja Szeptyckiego w kontekście jego procesu beatyfikacyjnego. Określa również uchwałę wołyńską, ws. ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, mianem „haniebnej”.

    PRZECZYTAJ: 420 tys. zł dotacji od rządu PiS dla ukraińskiej gazety, która nazwała Piłsudskiego międzynarodowym terrorystą

    – Po tym, jak ministerialni urzędnicy zareagowali na moją interpelację dotyczącą dotowania ukraińskiego tygodnika (przyznając budżetowe wsparcie na 2017 rok), w którym szerzy się historyczne kłamstwa, wiem już, co jest dla Prawa i Sprawiedliwości ważniejsze od ideałów ich ukochanej sanacji: bezkrytyczna przyjaźń z Ukrainą – napisał na Facebooku poseł Kukiz’15 Tomasz Rzymkowski.

    Przeczytaj: Tomasz Rzymkowski dla Kresów.pl: politycy PiS stali się pożytecznymi idiotami strony ukraińskiej

    Wcześniej, jak informowaliśmy, wspólnie z innymi posłami tego ugrupowania, Wojciechem Bakunem i Bartosz Jóźwiakiem, Rzymkowski skierował do ministra kultury i dziedzictwa narodowego oraz do ministra spraw wewnętrznych i administracji interpelację ws. szerzenia historycznego fałszu i antypolskiej propagandy, na przykładzie tygodnika Związku Ukraińców w Polsce „Nasze słowo”, wydawanego za pieniądze polskich podatników.

    – Czy ukraińskojęzyczny tygodnik „Nasze słowo”, szerzący na swoich łamach historyczny fałsz i wrogą polskiemu państwu propagandę, będzie dotowany przez Państwo Polskie w 2017 roku? – pytali posłowie Kukiz’15.

    Portal Kresy.pl poinformował z kolei, że ukraiński tygodnik „Nasze Słowo”, na łamach którego publikowano artykuły zawierające antypolską propagandę, otrzyma dotację z budżetu państwa polskiego w wysokości 420 tys. zł.

    –  Jeżeli ktoś chce głosić bzdury, ma oczywiście do tego prawo, bo wolność słowa polega na tym, że słyszymy także takie treści, które nam się nie podobają, ale dlaczego ma się do tych bzdur dokładać polski podatnik?! – pyta poseł Rzymkowski.

    – Parafrazując słowa Józefa Becka, nie ma pokoju za wszelką cenę, ale tu jest przyjaźń za wszelką cenę z Ukrainą– mówi poseł Rzymkowski w rozmowie z Kresami.pl. – To tak naprawdę niszczenie tych imponderabilii, jak to mówi Jarosław Kaczyński, dla ich obozu. Bo jednak Józef Piłsudski w panteonie polskich bohaterów narodowych jest dla nich wręcz bohaterem nr 1. A Ukraińcy opluwają i niszczą tego człowieka. Dla mnie akurat nie jest on specjalnie jakimś autorytetem, ale dla tego środowiska jest – tym bardziej jest to bardzo dziwne.

    – Najbardziej bolesne jest to, że oni tę narrację upowską i banderowską, za pieniądze polskich podatników pokazują, a polskie ministerstwo najwyraźniej nie widzi w tym nic złego – dodaje poseł Kukiz’15.

    Rzymkowski przypomniał również o lekceważącym tonie odpowiedzi wiceszefa MSZ Jana Dziedziczaka na inną interpelację posłów Kukiz’15 ws. szykanowania na Ukrainie osób zaangażowanych w wydanie i promocję książki „Dwa królestwa”, czyli wspomnień bł. bpa Grzegorza Chomyszyna. Poseł zaznacza, że ksiądz Ihor Pełehatyj jest szynakowany przez hierarchów grekokatolickich, a ze strony neobanderowców spotykają go groźby.

    Przeczytaj: MSZ nie widzi problemu ukraińskich szykan wobec Polaków związanych z wydaniem książki Dwa Królestwa

    W odpowiedzi Dziedziczak stwierdza m.in. że sprawy nie było, ponieważ nie zgłoszono żadnego incydentu do polskiej ambasady lub konsulatu. Poseł Rzymkowski zaznacza, że na spotkaniu promocyjnym książki, gdzie doszło do incydentów, byli obecni przedstawiciele konsulatu RP we Lwowie. – Tłumaczenie się tym, że nie było żadnego doniesienia to tak, jakby policjant był świadkiem kradzieży, a trzeba było jeszcze pójść na policję i powiedzieć: „Panie policjanie, przypominam Panu, że był Pan świadkiem kradzieży”. To jest sytuacja kuriozalna – powiedział polityk.

    Według oficjalnych informacji opublikowanych na stronach internetowych MSWiA, Związek Ukraińców w Polsce, kierowany przez negacjonistę wołyńskiego Piotra Tymę, otrzyma 420 tys. złotych na wydawanie swojego tygodnika „Nasze Słowo” w latach 2017-2019. Dofinansowanie w analogicznej wysokości pismo Ukraińców w Polsce otrzymało w ubiegłym roku, przy czym wówczas dotyczyło ono 2016 roku. Łącznie w 2017 rok rząd dofinansuje działalność organizacji ukraińskich w Polsce kwotą ponad 1,6 mln zł, z czego najwięcej (blisko 1,4 mln zł) otrzyma Związek Ukraińców w Polsce. Rok temu organizacja ta otrzymała z budżetu państwa łącznie ponad 2 mln zł dotacji na szereg projektów.

    W rozmowie z Kresami.pl dr Andrzej Zapałowski zwracał uwagę, że „Nasze Słowo” od lat wspiera heroizację UPA. – Tam ukazuje się wiele artykułów na ten temat. Ponadto, „Nasze Słowo” jest tak naprawdę związane z „galicyjskimi Ukraińcami”, reprezentującymi nie całą społeczność ukraińską, tylko zachodnioukraińską. To środowisko jest zasadniczo opanowane przez spadkobierców ideowych OUN i UPA – mówił dr Zapałowski.

    Na łamach „Naszego Słowa” ukazywały się również artykuły Bohdana Huka, ukraińskiego szowinisty, którego opinia jako biegłego przyczyniła się do umorzenia postępowania ws. grupy młodych Ukraińców, którzy fotografowali się z flagą OUN-UPA. On sam zasłynął jednak przede wszystkim ze swoich wypowiedzi, które pokazują, że jest on gloryfikatorem banderyzmu, oskarżającym Polski Rząd w Londynie o plany eksterminacji ludności ukraińskiej.

    Bogdan Huk na łamach pisma mniejszości ukraińskiej „Nasze Słowo” oburzał się, że Polacy protestują przeciw symbolice OUN-UPA. Sprzeciw Polaków wobec niej porównywał do stalinizmu i hitleryzmu. Oburzało go nawet sformułowanie „Polski Przemyśl”. W artykule na łamach „Naszego Słowa” stwierdził m.in., że barwy UPA to symbol „nowoczesnego ukraińskiego patriotyzmu”, zaś „w Przemyślu w stosunku do Ukraińców nastrój panuje taki, jak w ZSRR za Stalina”, pisząc o „przemyskim rezerwacie im. Berii”. Według Huka Kresy to „polski segregacyjny konstrukt i praktyka przemocy do 1939 roku”, zaś „ideologia „Kresów” jest bliska faszyzmowi”.

    Rządową dotację stracił z kolei ukraińskojęzyczny portal PROstir, powiązany ze Związkiem Ukraińców w Polsce i kierowany przez Ihora Isajewa, który krytykował przyjęcie uchwały wołyńskiej jako przejaw ukrainofobii. Wcześniej portal ten otrzymał z budżetu państwa blisko 100 tys. zł.

    Isajew publicznie twierdził, że Polacy kreują ofiary rzezi wołyńskiej na męczenników, zaś polskie postulaty dotyczące ich upamiętnienia uważa za przejaw ukrainofobii. Według Isajewa strona polska w kwestii Wołynia dopuszcza się manipulacji. Członkiem redakcji portalu jest także Taras Andruchowycz, który jako dziennikarz Redakcji Ukraińskiej Polskiego Radia był autorem artykułu, w którym dopuszczono się manipulacji. Przytoczono w nim wyrwany z kontekstu „cytat” posła PiS Michała Dworczyka, według którego polityk ten miał w rozmowie z Radiową Jedynką obiecać „zamknięcie tematu tragedii wołyńskiej”.

    Po tym, jak jego portalowi odebrano rządową dotację, Isajew zaczął publicznie żalić się na działania polskich władz. Na łamach ukraińskich mediów twierdził m.in., że „Ukraińcy w Polsce stają się nieogłoszonymi wrogami”, a na Facebooku porównywał Polaków do zwierząt.

    Warto przypomnieć, że Ukraina praktycznie w ogóle nie wspiera polskiej mniejszości ze środków budżetowych. Jednym z nielicznych przykładów jest „Dziennik Kijowski”, dwutygodnik którego współzałożycielami są: Ministerstwo Kultury Ukrainy i Związek Polaków na Ukrainie. Gazeta ta jest dotowana z miejscowego budżetu. Wspiera ja również polska Fundacja Wolność i Demokracja.

    Czytaj również:

    Ukraińskie władze chcą ogłosić rok 2017 rokiem UPA

    Szef MSZ wzywa Ukrainę do nieświętowania 75. rocznicy UPA. „Może się okazać, że z Polski nikt tam już nie pojedzie”

    facebook.com / Kresy.pl

    Ciągłość tradycji


    Stanisław Michalkiewicz

    Ciągłość tradycji

    Felieton    Radio Maryja    29 grudnia 2016

    Szanowni Państwo!

    Święta Bożego Narodzenia tylko na chwilę zepchnęły na plan drugi polityczną wojnę, jaka za sprawą starych kiejkutów i ich zagranicznych mocodawców toczy się w naszym nieszczęśliwym kraju. Jeszcze przed Bożym Narodzeniem wydawało się, że Nasza Złota Pani, rozczarowana nieudolnością starych kiejkutów, a zwłaszcza ich konfidentów, którym pod Sejmem zamiast „majdanu” wyszedł ciamajdan – więc wydawało się, że Nasza Złota Pani zmobilizowała Komisję Europejską do podjęcia w sprawie Polskiej radykalnych decyzji. Ale w międzyczasie do Polski przybył z Ameryki Rudolf Giuliani, który – jak się okazało – ma z Jarosławem Kaczyńskim wspólnego znajomego w osobie Lejba Fogelmana – i Komisja Europejska żadnych stanowczych decyzji wobec Polski nie podjęła, jakby czyjaś Mocna Ręka nagle wcisnęła hamulec. W tej sytuacji święta wojna starych kiejkutów w obronie demokracji i praworządności, zawisła w próżni. Oczywiście do czasu, bo Nasza Złota Pani znowu coś tam wymyśli, ale na razie zarówno Ryszard Petru ze swoim fraucymerem płci obojga i Grzegorz Schetyna ze swoimi działaczami („iluż wielkich działaczów wyjrzało z rozporka” – dziwował się poeta), siedzą dobrowolnym areszcie, w jaki zamienili salę plenarną Sejmu, właściwie nie wiadomo, po co.

    Ale nie ma takiego wydarzenia, którego nie można by wykorzystać politycznie, toteż stare kiejkuty próbują wykorzystać i fraucymer i działaczów do stworzenia sobie nowej, heroicznej legendy. Nowej – bo stara legenda, o tym, jak to „utrwalali władzę ludową”, już dawno im się zaśmierdziała, a poza tym wcale nie podoba się w nowych centralach wywiadowczych, którym stare kiejkuty aktualnie się wysługują. Toteż budują sobie heroiczną legendę na kanwie walki o demokrację i praworządność przeciwko „faszystowskiemu reżymowi”. Oczywiście jak zwykle koloryzują, bo w naszym nieszczęśliwym kraju żadnych prawdziwych faszystów nie ma. Gdyby byli, to stare kiejkuty już dawno dyndałyby na powrozach, a wielce czcigodni posłowie, gwoli uszanowania immunitetu pozawijani w perskie dywany, zostaliby odwiezieni do domów, gdzie mogliby kontynuować areszt pod nadzorem najbliższej rodziny. Tedy żadnych prawdziwych faszystów u nas nie ma. Jest stare, poczciwe, polskie safandulstwo, w następstwie którego państwo polskie w nikim nie wzbudza respektu.

    Nie tylko zresztą państwo. Przy okazji Bożego Narodzenia z pryncypialną krytyką biskupów wystąpili przedstawiciele „Żywej Cerkwi”. Biegający w „Gazecie Wyborczej” za proroka mniejszego pan red. Jacek Żakowski ofuknął kardynała Nycza za brak empatii wobec „cierpiących w Sejmie” męczenników za demokrację, a pani Aleksandra Klich poszła nawet dalej i skrytykowała nie tylko „hipokrytów”, ale nawet samego Pana Boga mówiąc, że „jej Bóg” nie pójdzie na służbę do pisowskiego dworu. I słuszna jej racja, bo skoro jest na służbie u starego żydowskiego finansowego grandziarza, co to niedawno podkupił nawet samego pana redaktora Michnika, to niechby tylko spróbował. Miejmy jednak nadzieję, że te wszystkie nieporozumienia można będzie już wkrótce wyjaśnić podczas corocznych obchodów w naszym nieszczęśliwym kraju słynnego „dnia judaizmu” i znowu wszyscy po staremu będą pili sobie nawzajem z dzióbków.

    Póki co jednak, chciałbym zwrócić uwagę na pewną ciągłość, w związku z okupacją sali plenarnej Sejmu „w obronie demokracji”. Celem zablokowania sejmowej mównicy było, jak wiadomo, niedopuszczenie do uchwalenia w stosownym terminie ustawy budżetowej, by w ten sposób stworzyć warunki prawne do skrócenia kadencji Sejmu i rozpisania nowych wyborów. Kiedyś załatwiano to inaczej, ale skutek był podobny. Oto poseł upicki Władysław Wiktoryn Siciński, w 1652 roku zerwał Sejm oświadczając, że „nie pozwala na prolongatę”, czyli przedłużenie obrad, po czym natychmiast opuścił salę. Oczywiście uczynił to w obronie demokracji, podobnie jak dzisiaj jego duchowe potomstwo. Bo poseł Siciński dochował się licznego potomstwa w postaci jurgieltników, czyli konfidentów obcych dworów, którzy na zamówienie zrywali sejmy, doprowadzając państwo polskie do stanu całkowitego obezwładnienia, a w końcu – do likwidacji na skutek rozbiorów. Stare kiejkuty, które na drogę zdrady narodowej weszły już w roku 1944, dawną formułę obrony socjalizmu i sojuszów, zastąpiły formułą obrony demokracji. Niedawno Najstarszy Kiejkut III Rzeczypospolitej rzucił w przestrzeń retoryczne pytanie – to komu myśmy służyli? Chociaż pytanie było rzucone w przestrzeń, przecież należy udzielić na nie odpowiedzi. I oto ona.

    Stanisław Michalkiewicz

    Czy wierchuszka głośno i dobitnie powie o ludobójstwie na Polakach dokonanym przez UPA?


     

    rmf24 - Strona główna

     

    Mateusz Ziółko

    Słuchaj radia RMF FM w serwisie RMF ON

     

     

    Bezimienny pomnik ofiar UPA będzie opisany. Wreszcie!

    • Bezimienny pomnik ofiar UPA będzie opisany. Wreszcie!

      Wczoraj, 30 grudnia (20:27)

      Pomimo nacisków ze strony ukraińskiej pomnik w Warszawie, dedykowany ofiarom ludobójstwa na Kresach Wschodnich otrzyma w końcu odpowiednią inskrypcję.

      Pomimo nacisków ze strony ukraińskiej pomnik w Warszawie, dedykowany ofiarom ludobójstwa na Kresach Wschodnich otrzyma w końcu odpowiednią inskrypcję.

      Zdj. ilustracyjne/RMF FM

      Establishment polityczny Trzeciej Rzeczpospolitej wciąż ma ogromne problemy z nazwaniem po imieniu ludobójstwa, którego na obywatelach Drugiej Rzeczypospolitej dokonali członkowie Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii oraz SS Galizien i innych organizacji kolaboranckich. Przykładem tego jest spór o upamiętnienie w Warszawie, a konkretnie o pomnik, który po wielu latach konfliktów został wzniesiony w 2013 r. Wbrew prośbom rodzin pomordowanych prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz nie zgodziła się na lokalizację owego pomnika w centrum stolicy, wskazując skromniutki skwer, zwany Skwerem Wołyńskim, przy ulicy Gdańskiej, biegnącej przez Żoliborz i Bielany. Dojazd jest tutaj skomplikowany, bo jest to okolica niewielkich domów i ogródków. Poza tym, ekrany akustyczne Trasy Armii Krajowej dokładnie wszystko zasłaniają. I chyba o to właśnie pani prezydent chodziło, aby nie drażnić ambasadora Ukrainy w Warszawie.

      Również Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, kierowana przez ministra Andrzeja Kunerta i przewodniczącego Władysława Bartoszewskiego bała się z tych samych powodów umieścić inskrypcję, jak i tablicę informacyjna. Dlatego też, jeżeli jakiś zagraniczny turysta dotarł na to odległe miejsce, to nie mógł znikąd się dowiedzieć, ani komu ten pomnik jest dedykowany, ani kto i kiedy tej zbrodni dokonał. No cóż, lękliwość i poprawność polityczna do kwadratu.

      Na szczęście po rozwiązaniu ROPWiM, po której rodziny ofiar UPA z pewnością płakać nie będą, prezes Instytutu Pamięci Narodowej dr Jarosław Szarek postanowił naprawić to rażące zaniechanie. W odpowiedzi na apel Szczepana Siekierki, prezesa Stowarzyszenia Upamiętnia Zbrodni Nacjonalistów Ukraińskich we Wrocławiu, potwierdził pisemnie, że na pomniku znajdzie się następująca inskrypcja:

      POMNIK OFIAR LUDOBÓJSTWA

      DOKONANEGO PRZEZ NACJONALISTÓW UKRAIŃSKICH

      NA OBYWATELACH II RP

      NA TERENIE WOJEWÓDZTW POŁUDNIOWO-WSCHODNICH

      W LATACH 1942 – 1947

      Można mieć wątpliwości, co do daty początkowej (według wielu historyków powinien to być rok 1939, bo wtedy OUN dokonała pierwszych masowych mordów), ale taki napis jest satysfakcjonujący. Osobiście mam nadzieję, że w dniu 11 lipca 2017 roku, kiedy to po raz pierwszy w sposób oficjalny będzie obchodzony Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów, wspomniany napis zostanie uroczyście odsłonięty. Mam też nadzieję, że stanie się to w obecności pana prezydenta Andrzeja Dudy i pani premier Beaty Szydło, którzy głośno i dobitnie powiedzą prawdę o ludobójstwie i jego ofiarach. Tego bowiem wymaga sprawiedliwość dziejowa.

      Tadeusz Isakowicz-Zaleski

    • Tadeusz Isakowicz-Zaleski

      Tadeusz Isakowicz-Zaleski

      • Polski duchowny katolicki, publicysta, działacz społeczny, historyk Kościoła, działacz opozycji antykomunistycznej w okresie PRL.
        Teksty publikowane w dziale BLOGI RMF 24 są prywatnymi opiniami autorów

    Stawiają cokół agentowi


    • Telewizja Republika.pl

    Wałęsa będzie mieć pomnik w Poznaniu?

     

    lml

    11:28 31 grudnia 2016

    FLICKR/PIOTR DRABIK/CC-BY-SA 2.0

    Fundacja Otwarta Strefa Kultury chce, aby w Poznaniu stanął czterometrowy pomnik Lecha Wałęsy. Najpierw – wspólnie z poznaniakami – fundacja stworzyć 40-centymentrowy projekt, na kórego podstawie miałby zostać stworzony prawdziwy pomnik byłego prezydenta.

    Zdaniem pomysłodawców Lech Wałęsa jest postacią, która… wciąż może inspirować.

    Fundacja Otwarta Strefa Kultury powstała po to, aby wspierać dziedzictwo, twórczość artystyczną oraz inicjatywy oddolne.

    Fundacji złożyła już wniosek do Biura Koordynacji Projektów i Rewitalizacji Miasta. Projekt miałby kosztować 10 tys. zł, a w jego ramach ramach miałyby odbywać się jeszcze spotkania dla dzieci, które poświęcone byłyby Wałęsie i Solidarności.
    Z pomysłem nie zgadza się część radnych osiedla Łazarz, którzy są zdania, że żywym osobom, nie należy stawiać pomników. Z pomysłu nie są zadowoleni również wielkopolscy narodowcy, którzy mają zastrzeżenia do biografii byłego prezydenta.

     

    Źródło: „Głos Wielkopolski”, http://www.lazarz.pl, pch24.pl, telewizjarepublika.pl

    Kto będzie odpowiadał za majątek Skarbu Państwa?


     

     

    OD 1 STYCZNIA PRZESTAJE ISTNIEĆ MINISTERSTWO SKARBU PAŃSTWA

    POLSKA

    Dzisiaj, 31 grudnia (07:25)

    Od 1 stycznia 2017 r. wchodzą w życie przepisy likwidujące Ministerstwo Skarbu Państwa, co jest zgodne z zapowiedziami premier Beaty Szydło. Rolę koordynatora polityki właścicielskiej będzie pełnił prezes Rady Ministrów.

    Chodzi o dwie ustawy: o zasadach zarządzania mieniem państwowym oraz przepisy wprowadzające ustawę o zasadach zarządzania mieniem państwowym.

     

     

    Przewidziano m.in. utworzenie Rady do spraw spółek z udziałem Skarbu Państwa i państwowych osób prawnych, jako ciała doradczego zapewniającego prezesowi Rady Ministrów kompleksowe i profesjonalne wsparcie w zakresie koordynacji nadzoru właścicielskiego. Do 9-osobowej Rady po trzy osoby mają powoływać: premier, minister właściwy ds. gospodarki (obecnie MR) oraz minister właściwy ds. energii (ME). Do zadań Rady będzie należało również opiniowanie kandydatów do organów spółek z udziałem Skarbu Państwa oraz państwowych osób prawnych.

    Ustawy określają zasady zarządzania mieniem państwowym w związku z likwidacją Ministerstwa Skarbu Państwa. Wskazują m.in., który organ administracji jest właściwy do gospodarowania poszczególnymi składnikami mienia państwowego oraz jest uprawniony w zakresie wykonywania uprawnień właścicielskich w stosunku do spółek.

    Nowe rozwiązania przyznają premierowi kompetencje do wykonywania praw z akcji i udziałów Skarbu Państwa.

    Rząd przekonuje, że likwidacja MSP spowoduje istotne ograniczenia biurokracji i administracji, które przyniosą oszczędności. Według szacunków rocznie mają one wynieść około 100 mln zł, a w ciągu 10 lat – ok. 1 mld zł.

    PAP

    Ułatwienia w sprzedaży żywności przez rolników


    Forsal.pl

    Forsal.pl

    statystyki

    Od Nowego Roku ułatwienia w sprzedaży żywności przez rolników

    31 grudnia 2016, 07:15 | Aktualizacja: 31.12.2016, 10:17

    źródło:PAP

    1 stycznia wchodzi w życie ustawa, która umożliwia sprzedaż produktów żywnościowych wytworzonych przez rolników. Działalność taką trzeba zarejestrować, ale wymagania higienicznie przy jej produkcji będą uproszczone. Do 20 tys. zł obrotu sprzedaż jest nieopodatkowana.

    Zgodnie z nowymi przepisami rolnicy będą mogli sprzedawać produkty przetworzone pochodzenia zwierzęcego, jak i roślinnego. Mogą to być np. szynki, kiełbasy, pasztety, masło, ser, dżemy, marynaty, pierogi, płatki czy oleje. Warunkiem jest jednak ich sprzedaż odbiorcy końcowemu czyli np. turyście lub sąsiadowi.

    4515839

    Ustawa jest korzystna dla rolników, gdyż do 20 tys. zł, sprzedaż produktów w ramach handlu detalicznego jest nieopodatkowana. Po przekroczeniu tej kwoty podatek wynosi 2 proc. od obrotu. Rejestracja sprzedaży może być prowadzona w „zeszycie”. Rolnik musi tylko zapisać, co sprzedał, kiedy i za jaką kwotę.

    Ustawa wskazuje Inspekcję Weterynaryjną jako organ odpowiedzialny za nadzór nad bezpieczeństwem produktów pochodzenia zwierzęcego oraz żywności z produktów mieszanych (roślinno-mięsnych) wytwarzanych w ramach rolniczego handlu detalicznego. Nadzór nad żywnością pochodzenia niezwierzęcego pozostanie natomiast w gestii Państwowej Inspekcji Sanitarnej.

    W ocenie resortu rolnictwa przy produkcji żywności przez rolników obowiązują unijne przepisy, które przewidują uproszczone wymagania higieniczne. Przewidują one, że w przypadku, gdy produkcja jest prowadzona w pomieszczeniach znajdujących się w budynku mieszkalnym (np. przy wykorzystaniu sprzętu i urządzeń gospodarstwa domowego w kuchni domowej) stosuje się uproszczone wymagania higieniczne (załącznik II rozdział III).

    Co prawda w ustawie jest „fakultatywna delegacja dla ministra zdrowia do wydania rozporządzenia określającego wymagania higieniczne”, ale nie ma potrzeby jej wydania – poinformowała na czwartkowej konferencji prasowej wiceminister rolnictwa Ewa Lech.

    Rolnik, który zamierza sprzedawać sam własne produkty, musi 30 dni przez rozpoczęciem handlu zarejestrować taką działalność. W przypadku produkcji pochodzenia zwierzęcego musi złożyć wniosek do powiatowego lekarza weterynarii, a w przypadku produktów pochodzenia roślinnego – u powiatowego inspektora sanitarnego.

    Ministerstwo rolnictwa wydało trzy rozporządzenia dotyczące tej ustawy: w sprawie maksymalnej ilości żywności zbywanej w ramach rolniczego handlu oraz zakresu i sposobu jej dokumentowania, rejestru zakładów produkcyjnych wytwarzających produkty pochodzenia zwierzęcego, a także w sprawie ustalenia weterynaryjnego numeru identyfikacyjnego.

    Nowe przepisy mają ułatwić rolnikom sprzedaż żywności wytworzonej we własnym gospodarstwie, co było postulatem licznej grupy rolników. Z produktów pochodzących z własnej uprawy lub chowu rolnik będzie mógł wytworzyć. Przetworzona żywność przez rolnika i jego rodzinę będzie mogła być sprzedawana we własnym gospodarstwie, ale także na targu, festynach itp. (PAP)

    Niemiecka ZDF gra w kulki z przeprosinami w sprawie”Polskich obozów koncentracyjnych”


     

    WP.PLStrona główna serwisu

     

    akt. 31.12.2016, 08:11

    Pełnomocnik Karola Tendery domaga się prawidłowych przeprosin od ZDF

    Pełnomocnik b. więźnia Auschwitz Karola Tendery uważa, że przeprosiny zamieszczone przez niemiecką telewizję publiczną ZDF po wyroku krakowskiego sądu za użycie słów „polskie obozy zagłady” nie spełniają wymogów. Prawnik domaga się od ZDF prawidłowych przeprosin.

    Radca prawny Lech Obara w kwietniu po ogłoszeniu wyroku ws. pozwu Karola Tendery Radca prawny Lech Obara w kwietniu po ogłoszeniu wyroku ws. pozwu Karola Tendery (

    Agencja Gazeta / Kuba Ociepa

    )

    „22 grudnia 2016 r. zapadł przełomowy wyrok w sprawie z powództwa Karola Tendery przeciwko niemieckiej stacji telewizyjnej ZDF – a dotyczącej stosowania określenia „polskie obozy zagłady”. Po raz pierwszy polski sąd nakazał opublikowanie przeprosin w języku niemieckim na stronie głównej portalu http://www.zdf.de i pozostawienie ich przez jeden miesiąc” – przypomniał radca Lech Obara.
    Jak ocenił, wyrok Sądu Apelacyjnego w Krakowie nie został jednak wykonany. – Stanowi to kolejną próbę manipulacji i uniknięcia odpowiedzialności przez największą niemiecką stację telewizyjną – stwierdził prawnik.
    Jak wskazał, przeprosiny nie ukazały się na głównej stronie portalu internetowego, lecz jedynie opublikowano tam odnośnik z logo ZDF i tytułem „Przeprosiny Karola Tendery”. Dopiero po kliknięciu w ten element graficzny internauta może dotrzeć do treści przeprosin. – Po otwarciu odnośnika przeprosiny zostały opublikowane w formie grafiki; z tego powodu tekstu przeprosin nie można odnaleźć z poziomu wyszukiwarek internetowych. Tekst przeprosin został poprzedzony komentarzem stanowiącym próbę umniejszenia winy i przerzucenia całej odpowiedzialności na francusko-niemiecką stację telewizyjną ARTE – dodał prawnik.

     

    Poinformował zarazem, że rozpoczyna „dochodzenie praw Karola Tendery na gruncie prawa niemieckiego, tj. § 888 Zivilprozessordnung (ZPO) – niemieckiego odpowiednika kodeksu postępowania cywilnego”. Zapowiedział przekazywanie informacji o kolejnych krokach.
    „Stowarzyszenie nie przerwie walki”
    Jako prezes Stowarzyszenia Patria Nostra Lech Obara zapowiedział, że Stowarzyszenie nie przerwie walki w sprawie stosowania określenia „polskie obozy zagłady”. – Wyrok w niniejszej sprawie rokuje też na pozostałe sprawy prowadzone przez prawników Stowarzyszenia Patria Nostra – przeciwko Die Welt i Focus Online – uważa mec. Obara.

    REKLAMA

    Z pozwem przeciwko ZDF wystąpił były więzień niemieckiego obozu Auschwitz Karol Tendera, reprezentowany przed sądem przez Stowarzyszenie Patria Nostra. Domagał się w nim przeprosin za to, że 15 lipca 2013 r. na portalu zdf.de w informacji o planowanej emisji programu dokumentalnego „Verschollene Filmschatze. 1945. Die Befreiung der Konzentrationslager”, posłużono się określeniem „polskie obozy zagłady Majdanek i Auschwitz”. Po interwencji dyplomatycznej opis zmieniono.
    W ocenie byłego więźnia publikacja naruszyła jego poczucie przynależności narodowej i godność narodową, które winny być chronione przez prawo na zasadzie przewidzianej dla dóbr osobistych.
    W kwietniu krakowski sąd okręgowy uznał, że dobra osobiste powoda – w postaci jego godności człowieka, tożsamości narodowej i godności narodowej – zostały naruszone przez ZDF użyciem inkryminowanych słów, ale powód został skutecznie przeproszony przez ZDF, w osobistym liście, dlatego powództwo oddalił. Apelację od takiego rozstrzygnięcia złożył pełnomocnik powoda, a do sprawy przystąpił Rzecznik Praw Obywatelskich. W wyniku ich apelacji sąd częściowo zmienił wyrok, nakazując ZDF opublikowanie przeprosin w języku niemieckim na swojej głównej stronie internetowej przez miesiąc.
    Treść przeprosin sąd przyjął za propozycją Rzecznika Praw Obywatelskich. Brzmiały one: „Zweites Deutches Fernsehen, wydawca portalu internetowego http://www.zdf.de wyraża ubolewanie z powodu pojawienia się w dniu 15 lipca 2013 r. na portalu http://www.zdf.de w artykule pt. „Verschollene Filmschatze. 1945. Die befreiung der Konzentrationslager”, nieprawdziwego i fałszującego historię Narodu Polskiego określenia, sugerującego, jakoby obozy zagłady w Majdanku i Auschwitz został wybudowane i prowadzone przez Polaków, i przeprasza Pana Karola Tenderę, który był więziony w niemieckim obozie koncentracyjnym, za naruszenie jego dóbr osobistych w szczególności tożsamości narodowej (poczucia przynależności do Narodu Polskiego) i jego godności narodowej”.
    Sąd Apelacyjny wskazał w uzasadnieniu wyroku, że wartości takie jak godność i tożsamość narodowa mieszczą się w katalogu dóbr osobistych, a w sprawie tej został dodatkowo spełniony wymóg indywidualizacji roszczenia – powód bowiem w latach 1943-44 przebywał w obozie Auschwitz i określenie użyte w materiałach ZDF musiało go urazić.

     

    Podkreślił zarazem, że wcześniejsze ubolewania ZDF i przeprosiny „dla wszystkich osób, które poczuły się urażone na skutek nieuważnego, błędnego i nieprawdziwego określenia” nie były wystarczające dla powoda.
    Zamieszczone przez ZDF przeprosiny zostały poprzedzone następującym tekstem: „ZDF (Drugi Program Telewizji Niemieckiej) w lipcu 2013 r., w zapowiedzi wyemitowanego przez ARTE programu, na skutek błędnego tłumaczenia wtórnego z języka francuskiego, użył sformułowania, które nie było zgodne z faktem, że obozy koncentracyjne na terenie okupowanej przez Niemcy Polski były utworzone i prowadzone przez Niemców. Po zauważeniu tego błędu ZDF przeprosił za to zarówno indywidualnie, jak i publicznie. Wobec tamtejszego powoda, Pana Karola Tendery, który był więziony w niemieckim obozie koncentracyjnym, Sąd Apelacyjny w Krakowie wyrokiem z dnia 22.12.1016 r. nakazał ZDF opublikowanie oświadczenia następującej treści”: (tu treść przeprosin w ramce – PAP).
    W lutym br. MS przedstawiło projekt wprowadzający do polskiego prawa nowe przestępstwo – publicznego i wbrew faktom przypisywania polskiemu narodowi lub państwu polskiemu odpowiedzialności lub współodpowiedzialności za zbrodnie III Rzeszę Niemiecką lub inne zbrodnie przeciw ludzkości, pokojowi i zbrodnie wojenne – za co groziłaby grzywna lub do 3 lat więzienia. Taka sama kara groziłaby za „rażące pomniejszanie odpowiedzialności rzeczywistych sprawców tych zbrodni”. Nie byłoby przestępstwem popełnienie tych czynów „w ramach działalności artystycznej lub naukowej”. MS chce ponadto umożliwić wytaczanie procesów cywilnych, m.in. przez IPN czy organizacje pozarządowe, za używanie słów typu „polski obóz”. Projekt od dłuższego czasu jest w Sejmie.
    PAP, oprac. Adam Przegaliński

    PAP

    Popisy posła


     

    ​Olszewski dał pokaz chamstwa. Najpierw szarpał posła PiS, teraz zaatakował księdza

    ​Olszewski dał pokaz chamstwa. Najpierw szarpał posła PiS, teraz zaatakował księdza - niezalezna.pl

    Poseł Platformy Obywatelskiej Paweł Olszewski, ten sam, który szarpał parlamentarzystę Prawa i Sprawiedliwości Marka Suskiego, teraz zaatakował w obrzydliwy sposób księdza Janusza Chyłę. Za co? Olszewskiego rozsierdził wpis duchownego dotyczący kulturalnego zachowania…
    Przed kilkunastoma dniami, podczas obrad Sejmu, doszło do ataku fizycznego na posła Marka Suskiego z Prawa i Sprawiedliwości. Na początku wydawało się, że za atakiem stał Michał Szczerba z klubu PO. Jednak materiał wideo, do którego dotarła TVP Info, rzucił nowe światło na sprawę – okazało się, że chodzi o innego posła PO – Pawła Olszewskiego.
    Teraz ten sam członek Platformy dał kolejny „popis”. Skłonił go to tego wpis, jaki na Twitterze zamieścił ksiądz Janusz Chyła.

    Człowiek kulturalny zachowuje się w sposób właściwy, bez względu na to, czy ktoś widzi czy nie

    – napisał duchowny.
    Na Olszewskiego podziałało to jak płachta na byka. Nie wiadomo zresztą, dlaczego – można się jedynie domyślać, że odniósł te słowa do zachowania swoich partyjnych kumpli w Sejmie, którzy grzebali w cudzych rzeczach. W każdym razie odpisał księdzu w sposób skandaliczny.

    A jak to się ma do pedofilii w zaciszach zachrystii?

    – wypalił Olszewski (pisownia oryginalna).

    Zobacz obraz na Twitterze

    Zobacz obraz na Twitterze

    Obserwuj

    Piotr O. @piotr2012

    A tak, na oczywiste stwierdzenie księdza @Janusz1967 reaguje poseł partii „o chrześciajańskich korzeniach” pan @PawelOlszewski.

    20:17 – 30 gru 2016

  • 5050 podanych dalej

  • 9999 polubień

  • Ks. Chyła odpowiedział byłemu sekretarzowi stanu w Ministerstwie Rozwoju z godnością i spokojem.

    Jeśli Pan Minister wie o takich przypadkach to jest zobowiązany poinformować organy ścigania. Każdy podlega temu samemu prawu. Polityk też

    – odpisał.

    Obserwuj

    ks. Janusz Chyła @Janusz1967

    Jeśli Pan Minister wie o takich przypadkach to jest zobowiązany poinformować organy ścigania. Każdy podlega temu samemu prawu. Polityk też. https://twitter.com/PawelOlszewski/status/814899202551672836 …

    19:25 – 30 gru 2016

  • 5656 podanych dalej

  • 234234 polubienia

  • Gruby szmal za antyrządowe szopki


    Posłowie PO i .N nie dość, że swoim pajacowaniem blokują Sejm, to jeszcze pobierają za to sowite wynagrodzenia
    wpis z dnia 30/12/2016

    foto: twitter.com

    Przedstawiciele totalnej opozycji organizują w Sejmie niezłą szopkę – jedzą, piją, śpiewają i nitrasują. Ich celem jest skuteczna blokada prac polskiego parlamentu. Chaos i dezorganizacja ma być argumentem za samorozwiązaniem Sejmu i organizacją przyspieszonych wyborów. Jeśli tak ma wyglądać ich „praca”, to warto się zastanowić, czy wypłacane im z naszych pieniędzy spore wynagrodzenia są zasadne? Czy cierpliwość obywateli na ciągłe pajacowanie w końcu się wyczerpie?

    Należy zauważyć, że zgodnie z ustawą o wykonywaniu mandatu posła i senatora, uposażenie posła jest równe wynagrodzeniu, jakie na podstawie innych przepisów otrzymuje podsekretarz stanu w Kancelarii Premiera. Obecnie jest to kwota 9.892,30 zł miesięcznie. Do tego należy jednak doliczyć tzw. ryczał na prowadzenie poselskiego biura w wysokości 13.200,00 zł / m-c oraz poselskie diety w wysokości 2.473,08 zł / m-c. Razem robi nam się całkiem pokaźna kwota 25.565,38 zł.
    W tym kontekście zasadnym wydaje się być zadanie pytania – czy w zamian za otrzymywane pieniądze posłowie totalnej opozycji powinni odstawiać takie szopki? Kasa na ich pensje, ryczałty i diety idzie z naszych podatków. Jeśli ich „pracą” będzie ciągłe blokowanie Sejmu poprzez robienie sobie selfie, jedzenie, picie, spiewanie i nitrasowanie, to poważnie powinniśmy się zastanowić nad tym, czy zasługują oni na wspomniane pieniądze? 

    Nie bez znaczenia może być również głos obywateli, którzy widząc przedłużające się pajacowanie posłów opozycji stracą cierpliwość i wezmą sprawę we własne ręce. Kto wie – może niebawem pod Sejmem zamiast sympatyków KOD-u zaczną dominować ludzie mający dość parlamentarnej obstrukcji uprawianej przez przedstawicieli Platformy i Nowoczesnej?

    wpis z dnia 30/12/2016

    niewygodne.info.pl

    blog niewygodny dla establishmentu III RP

    Skomplikowane relacje polsko-ukraińskie


    prawica.net

     

    Zapotrzebowanie na grzanie

    W niedzielę zgrywając zdjęcia z Marszu Orląt do obecnego wydania gazety i robiąc relację nie miałam świadomości, że wieczorem okaże się, że byłam na innej manifestacji. Relację zrobiłam w oparciu o to co widziałam i słyszałam. Byłam także na Mszy Św.

    Marsz przebiegał bardzo spokojnie, a wykrzykiwane hasła były wyważone. Organizatorzy Marszu przed manifestacją dostawali sygnały, aby uważać, że może zdarzyć się prowokacja. Wykrzyknięte hasło „śmierć Ukraińcom”, a zarejestrowane jedynie na kamerze usytuowanej najprawdopodobniej na balkonie Narodnego Domu, za sprawą m.in. Związku Ukraińców w Polsce obiegło całą Polskę, a i Ukrainę. Ja tego hasła nie słyszałam. Nie ważne czy prowokator był w tłumie, czy w okolicy kamery, nie ważne też czy ktoś z uczestników usłyszał ten zwrot.

    Ważne jest, że nikt z maszerujących nie podchwycił tego hasła, nikt nie skandował, jak domyślać się możemy z medialnych doniesień chcieliby autorzy nagrania. Głos na kamerze jest bardzo czysty i wyraźny co wskazuje na bliską okolicę kamery, bo inne głosy i dźwięki są nieczyste. Skoro dźwięk moderatora z megafonu jest niewyraźny to jak ktoś bez mikrofonu mógł być tak dobrze słyszany na kamerze, a nie słyszalny dla uczestników?

    Marsz był otwarty i każdy mógł się przyłączyć, nawet ten, który nie podziela intencji organizatorów, i ten który chce ich zdyskredytować. Uczestnicy nie byli rejestrowani. Na takie głosy organizator z pewnością by z megafonu zareagował, pod jednym warunkiem musiałby najpierw je usłyszeć. Nawet gdyby hipotetycznie ktoś z uczestników w marszu rzucił takie hasło od razu zostałby zdemaskowany. Zatem ten głos najpewniej nie pochodził od uczestników marszu a z okolic Narodnego Domu, Zaułku Szwejka, jak domyślają się organizatorzy, którzy taką tezę przyjęli i wyrazili podczas wtorkowej konferencji prasowej.

    Zrobiona wokół kiepskiego filmiku otoczka jest zwykłą prowokacją i dyskredytacją Polaków jak i jej władz. Co chce osiągnąć tym prowokator oraz Związek Ukraińców w Polsce, robiąc zadymę wokół czegoś czego w praktyce na marszu nie było. Zachodzi pytanie, czy na tym ma polegać działalność przekazanemu ZUwP przez polski rząd Narodnego Domu? Czy to do takich celów ma im służyć obiekt? Do podgrzewania emocji? Co chcą osiągnąć, jak teraz chcą prowadzić dialog z Prezydentem Przemyśla, skoro stawia się go pod ścianą i dyskredytuje.

    To o taki rodzaj przyjaznych relacji ZUwP chodzi? Dezawuować w oczach opinii publicznej na forum międzynarodowym władze rządowe i samorządowe? Odbierać im prawo do upamiętnienia swoich bohaterskich obywateli i ofiar, bo każdy taki gest jest dezawuowany i przepisywany jako działanie agentury rosyjskiej. To przecież szalony absurd. Czy te emocjonalne pretensje, że dzieje się krzywda Ukraińcom w Polsce, a prawa mniejszości są łamane posłużyć mają lepszym relacjom? Wynikać ma z nich, że teraz chętniej wszyscy siądą do rozmów z Piotrem Tymą?

    Związek wystąpił z apelem do władz Rzeczypospolitej o przeciwdziałanie przejawom wrogości wobec mniejszości ukraińskiej oraz obywatelom Ukrainy. Roszczeniowo żądając reakcji na jeden okrzyk prowokatora: „Milczenie władz państwowych w sprawie tych bulwersujących wydarzeń szkodzi relacjom polsko-ukraińskim, podważając wizerunek Polski jako państwa przestrzegającego praw mniejszości narodowych.” Jak poważnie taki apel ma potraktować polski rząd?

    Poprzez takie działania Związek, robi Ukraińcom największą krzywdę, bo będąc ich reprezentantem, buduje nieprzyjazny obraz Polaków w stosunku do Ukraińców oraz do przedstawicieli instytucji państwowych i samorządowych. Stanowi to fałszywy obraz sytuacji. Mniejszość ukraińska w Polsce może liczyć na wszelkie przywileje, które wynikają z konstytucyjnych powinności państwa wobec nich i mieszkających w Polsce Ukraińców. Nawet więcej, Polska jest otwarta na coraz większą ukraińską migrację zarobkową obywateli Ukrainy jak też przyjeżdżającą młodzież, która u nas studiuje.

    Oficjalnie się mówi, że ponad milion Ukraińców jest w Polsce, a kolejny milion deklaruje chęć wyjazdu do Polski. I teraz zachodzi pytanie w czym ZUwP może im taką polityką pomóc? Odpowiedź nasuwa się sama. Inny cel mu przyświeca niż budowa wzajemnych dobrych relacji. Dzisiaj nie ma sporu miedzy Polakami a Ukraińcami dotyczącego obecnej rzeczywistości. Istnieje natomiast spór historyczny pomiędzy częścią polskich elit a elitami rządzącymi dziś Ukrainą. Te ostatnie, w sporej liczbie są spadkobiercami idei budowy Wielkiej Ukrainy na terenach II RP, w tym także części dzisiejszego terytorium Polski, gdzie podstawą budowy takiego państwa była ideologia OUN.

    Dla Polski jest to nie do przyjęcia, natomiast ze strony tamtejszych elit brak jakiejkolwiek woli krytycznego spojrzenia na własną historię. Dlatego pomimo różnych przyjaznych gestów ze strony polskiej rozbija się to o mur obojętności, bo druga strona nie jest tym zainteresowana. To jest tragiczne, na czym cierpią zwykli Ukraińcy. Gdyby Związek Ukraińców wraz z jego szefem był zainteresowany budową poprawnych relacji z polskim rządem, a tu miejscowo z władzami Przemyśla inna byłaby reakcja na incydent podczas marszu. Przecież, incydentalny okrzyk ten mało słyszalny dla uczestników był czyjąś jawną prowokacją.

    Zatem ZUwP nie powinien nakręcać wśród swoich rodaków fali nienawiści do Polaków, którzy rzekomo chcą ich mordować. Przeciwnie powinien studzić złe emocje. Nawet dla dziecka, który obejrzy ten film wszystko jest jasne, wystarczy posłuchać okrzyku moderatora marszu i reakcję zgromadzonych. Każde hasło było mocno skandowane przez uczestników, a ten jest odosobniony w całości, wszystko w filmie jest niewyraźne poza krzykiem prowokatora.

    Jak powinien zachować się w tej kwestii Związek, któremu zależy na pozytywnych relacjach z Polską, która hojnie finansuje ukraińską mniejszość w Polsce? Otóż powinien razem z organizatorami, samorządem miasta i służbami skupić się na odnalezieniu prowokatora, aby sprawę wyjaśnić a winnego ukarać. Co tymczasem robi Związek? Nagłośnia sprawę w całej Polsce oraz na Ukrainie. Tam wg relacji Marii Pyż ze Lwowa informacje, że w Przemyślu na marszu Polacy grożą Ukraińcom śmiercią podniosły wszystkie rządowe media.

    Czy to jest w ogóle poważne? Czy rządzący na Ukrainie, wraz jego mniejszością w Polsce w ogóle zdają sobie sprawę z tego co czynią? Takimi gestami nie działają na nas Polaków, my wiemy, że to prowokacja i umiemy z niej wyciągnąć wnioski. Po co jednak podburzają swoich obywateli wobec państwa, które jako jedne z niewielu do dziś przy Ukrainie stoi? Państwa, które nawet mimochodem potraktowało ukraińską prowokację pod Ambasadą Polski na Ukrainie, podczas której ucięto kukle głowę, która przedstawiała prezydenta RP.

    Ta symboliczna egzekucja jest „karą śmierci” za wzbudzanie „antyukraińskiej histerii w Polsce”. „Tak będzie z każdym, kto będzie działał przeciwko ukraińskiej nacji i jedności narodowej” – powiedział lider akcji. Odciętą „głowę” z czerwonymi wstęgami symbolizującymi strugi krwi okazano zgromadzonym, po czym wrzucono za ogrodzenie ambasady. „To dla naszych polskich braci!”. Wzniesiono również banderowski okrzyk „Chwała Nacji! Śmierć Wrogom!”.

    Nawet ta prowokacja nie spowodowała niechęci do Ukraińców. Polska nadal wspierała ukraińskie dążenia do integracji z UE, hojnie też wspierając ją finansowo. Po co ZUwP nakręca wykreowany przez kogoś incydent? Po to by nie mówić o historii, by nie mówić o walkach z 1918 r? By mówić o tym, że Polacy chcą mordować Ukraińców? Czy Związkowi się wydaje, że polski rząd, polski samorząd i polskie służby postawi pod ścianą, że może na nich pokrzykiwać jak na kibiców. Tak jak w jednym z niedawnych wywiadów Piotr Tyma powiedział o polskich kibicach „Rok temu kibice Legii Warszawa łazili stadami po Kijowie i krzyczeli „Jebać UPA i Banderę!”.

    Skoro można określić kibiców jako łażące stado to przecież można pójść o krok dalej. To czego chce P. Tyma nie da się osiągnąć, bo polskie społeczeństwo jest świadome tego co było na Wołyniu i Kresach Południowo – Wschodnich i tego już nikt nie zatrzyma. Ta technika sprawdzała się skutecznie przez długie lata, całkiem do niedawna. Wszystkim mówiącym np. o Wołyniu kneblowano medialnie usta. Jednak prawda już poszła i nie zatrzyma jej ani Tyma w Polsce ani Szuchewycz na Ukrainie.

    Nie pomoże im w tym próba dezawuowania władz Polski z nadzieją, że niedługo PiS się zużyje, to znowu będziemy mogli sobie na więcej pozwolić. Nadszedł czas, że w tej kwestii to społeczeństwo będzie o tym decydować. A tej grupie już ust zamknąć się nie da. Jak się to potocznie mówi: sorry panowie, pociąg pojechał. Zatem albo wyciągniecie z tego wnioski i zaczniecie realnie pomagać Ukraińcom albo dalej będziecie szkodzić zamykając się w labiryncie przeszłości z którego nie ma wyjścia, ale jest izolacja.

    Teraz uporządkujmy fakty. Od tzw. przemyskiej Panachydy w czerwcu tego roku stale ktoś podgrzewa nastroje na granicy polsko-ukraińskiej. Nie czyni tego dla samego faktu podgrzewania. Odbywa się to poprzez wytworzenie pewnego rodzaju wirtualnej rzeczywistości, której w Przemyślu zwyczajnie nie ma. Chodzi o rzekomy wzrost antyukraińskich nastrojów, o które obwinia się pewne środowiska, którym bezsprzecznie przewodzi Mirosław Majkowski.

    Tak się stało po słynnej procesji ukraińskiej. Z incydentu, który wówczas miał miejsce uczyniono wielki międzynarodowy skandal i tak jest do dziś. Stale przyjeżdżają tu różnego rodzaju dziennikarze z Warszawy oraz Ukrainy i tropią ruskich agentów. Podsycają, przy tym wyimaginowane lęki ukraińskich obywateli i proukraińskich środowisk. Prowokacje te ze spokojem znosi strona polska, ale Ukraińcy mogą już różnie myśleć o Polakach. Ma się nieodparte wrażenie, że ten przekaz ma właśnie głównie iść do nich, budzić ich złość i powodować złe emocje. Czy nie w celu wywołania jakiegoś rodzaju zajść?

    Atmosfera w przestrzeni medialnej, średnio raz na dwa tygodnie jest podgrzewana przez ZUwP, czy inne polskie środowiska ich wspierające. Od dłuższego czasu ma się wrażenie, że jest jakiś rodzaj wyczekiwania, że coś Polacy w Przemyślu sprowokują. Wbrew pewnym oczekiwaniom nic takiego się nie dzieje. Jednak ZUwP oraz sprzyjające im media polskie i ukraińskie, już wcześniej wiedziały, że na Marszu coś się wydarzy. Na facebookowym fanpage V Rosyjskiej Kolumny w Polsce przed Marszem czytamy:

    „Nie ma niczego złego, wręcz przeciwnie, w pielęgnowaniu pamięci Orląt, ale niejedna słuszna sprawa była wykorzystywana w innej, niesłusznej sprawie. Podczas czerwcowych wystąpień antyukraińskich Policja wyraźnie nie dawała sobie rady z niewielką w sumie grupą narwańców. Podczas „Marszu Orląt”, organizowanego przez to same towarzystwo, należy się spodziewać kolejnych incydentów tego typu.” Słowa te z kolei wpisują się w inne wypowiedziane przez dziennikarza w rozmowie z prezesem ZUwP Piotrem Tymą w „Krytyce Politycznej”; „Mity, to jedno, ale po tym wszystkim, co wydarzyło się w ostatnim roku w Polsce, tylko czekać aż coś pęknie w samych Ukraińcach.” – mówi dziennikarz. – To zabawa zapałkami na beczce prochu. Rok temu kibice Legii Warszawa łazili stadami po Kijowie i krzyczeli „Jebać UPA i Banderę!”. Podobnie jak w przypadku niszczenia cmentarzy, chodziło o pokazanie swojej wyższości. (…) Nikt nie bierze pod uwagę, że chcąc udowodnić swoją przewagę, wyższość, może uruchomić odwet. Jeśli w najgorszym możliwym scenariuszu zmieni się geopolityczna koniunktura, to będzie katastrofa, bo jeśli Ukraina wróci pod dyktando Rosji, to kto będzie kolejnym największym wrogiem? – odpowiada Tyma.”

    Post Rosyjskiej V Kolumny w Polsce udostępniło wiele osób z bardzo różnymi komentarzami, udostępnił też fanpage Naszego Słowa, finansowanego z polskich rządowych pieniędzy z komentarzem: „KTO I DOKĄD PROWADZI MARSZ ORLĄT?”

    To tylko drobne wycinki rzeczywistości medialnej przed marszem. I oto mamy Marsz. Pamiętam jak spotkaliśmy się tuż po nim w gronie przyjaciół ciesząc się, że jednak nie doszło do żadnej prowokacji. Że wszytko wyszło dobrze. Nikt bowiem z nas nie słyszał tego nieszczęsnego hasła. Jak bardzo byliśmy w błędzie okazało się już następnego dnia…bo rozpętała się medialna burza.

    Zadajmy sobie zatem parę pytań:

    1. Po co było podgrzewanie atmosfery przez media i portale społecznościowe przed Marszem?
  • Czy to przypadek zrządził, że przez cały Marsz hasło to padło wyłącznie pod ukraińskim Domem Narodowym, będącym w Zarządzaniu Związku Ukraińców w Polsce, w pobliżu miejsca gdzie ustawione były trzy kamery. Jednakże wszystkie rejestrujące obraz tego samego odcinka ulicy. Żadna nie jest skierowana w miejsce skąd hasło padło czyli na wysokości Zaułka Szwejka? Czemu tylko ten odcinek był tak mocno obstawiony, a pozostały pominięty przez czujne oko, a raczej ucho kamery?

  • Czemu nie było kamery jak uczestnicy oddawali hołd poległym w walkach Polakom i Ukraińcom?

  • W jaki sposób w tak szybkim tempie /już tego samego dnia/ nagranie wraz z informacją obiega wszystkie media na Ukrainie, a następnie w Polsce?

  • Jak to się stało, że ani organizatorzy stojący w pobliżu, ani Straż Miejska, ani Policjanci nie usłyszeli tego krzyku skoro był tak głośny?

  • Jaki cel mogą mieć te działania? Z tego wszystkiego wyłania się jednoznaczny kontekst, wymusić na stronie polskiej zmianę polityki historycznej. Są próby stawiania polskich przedstawicieli pod ścianą i straszenie Rosją, bo co będzie jak zmieni się geopolityczny wiatr. Jak mówi Tyma, co będzie jak Ukraina wróci pod dyktando Rosji? To kto będzie kolejnym największym wrogiem? Wszystko jasne. Postawa ta zdaje się mówić: nieważne, że nam pomagacie, naginacie karku i ciągnięcie bat Rosji na siebie i tak będziecie naszym największym zaraz po wielkim ruskim bracie wrogiem? To mówi przedstawiciel Ukraińców na Polskę. Ludzie opamiętacie się.


    Małgorzata Dachnowicz

    Prezes Stowarzyszenia Wspólnota Samorządowa Doliny Sanu, Redaktor naczelna kwartalnika „Głos znad Sanu”
    blog: www.dachnowicz.blogspot.com

    Lewica jest oburzona zakupem kolekcji Czartoryskich


     

    Pikio.plPikio.pl

     

    Lewica oburzona zakupem kolekcji Czartoryskich. „Szlachta kupiła je za pieniądze z niewolniczego wyzysku chłopów”

    Autor:

    Wiadomości Pikio

    • Gru 30, 2016

     

    fot. wikimedia / youtube.com/Independent Video Press 1

    Ministerstwo kultury przed końcem roku pochwaliło się zakupem zbiorów Czartoryskich – w tym obrazu „Dama z gronostajem” – za 100 milionów euro. Transakcja wyraźnie nie spodobała się polskiej lewicy, która ostro krytykuje rząd za ten zakup.

    Pod koniec roku ministerstwo kultury postawiło sobie za cel zakup zbiorów Czartoryskich, w których skład wchodzi obraz Leonarda Da Vinci „Dama z gronostajem”, mimo że w statucie  Fundacji Książąt Czartoryskich, która administruje zbiorami, widnieje zapis, że jej podstawowym celem istnienia jest udostępnianie tych zbiorów społeczeństwu polskiemu. By ministerstwo mogło zakupić cenne zbiory, przez Sejm przepchnięto nowelizację ustawy budżetowej, w której wygospodarowano na to pieniądze. Koniec końców do transakcji doszło i państwo polskie wydało na zakup aż 100 milionów euro.

    Zakup zbiorów Czartoryskich przez państwo wyraźnie nie spodobał się polskiej lewicy. Głównie dlatego, bo – jak przekonuje m.in. partia Razem – „Czartoryscy kupili „Damę z gronostajem” za pieniądze z niewolniczego wyzysku chłopów”.

    Miało być wstawanie z kolan, jest padanie na kolana przed Jaśnie Oświeconym Panem. Rząd PiS-u wręczył właśnie 500 milionów złotych w prezencie panu Czartoryskiemu. Rzeczpospolita kupiła od niego w podejrzanych okolicznościach kolekcję, która zgodnie z polskim prawem była praktycznie niesprzedawalna – skomentował jeden z liderów partii Razem, Adrian Zandberg.

    Jak dodaje lider Razem, przed zakupem zbiorów przez państwo, specjalnie wypuszczono plotki, że tajemniczy szejkowie chcą odebrać Polakom cenne dzieła sztuki. Jak przekonuje, gdyby rzeczywiście coś takiego miało miejsce to państwo z łatwością, by to zablokowało ponieważ statut fundacji, do której należały dzieła zabrania ich sprzedaży.

    Do krytyki przyłączyli się także politycy Sojuszu Lewicy Demokratycznej, w tym były poseł tej formacji – Tadeusz Iwiński.

    Ukraińcy będą strzelać co wszystkiego co się rusza


    Na Ukrainie będą otwierać ogień do samolotów naruszających granicę państwową

    30.12.

    Ukraiński rząd pozwolił wojskowym otwierać ogień do samolotów, naruszających granicę państwową lub podejrzanych o terroryzm. Tekst odpowiedniego postanowienia został opublikowany na stronie rządowej. © AFP 2016/ WANG ZHAO Chiny pokonają USA w potencjalnej wojnie handlowej Dyżurujące siły użyją broni i sprzętu bojowego po ogniu ostrzegającym z dział dyżurujących samolotów przechwytujących (śmigłowców) w celu udaremnienia naruszeń granicy państwowej Ukrainy przez statki powietrzne formacji zbrojnych innych państw, które nie stosują się do poleceń załóg (sygnałów) samolotów przechwytujących; udaremnienia nielegalnych działań statków powietrznych, jeśli są wykorzystywane do przeprowadzenia ataku terrorystycznego w przestrzeni powietrznej Ukrainy, w tym w rejonie operacji antyterrorystycznej — czytamy w dokumencie.  Podjąć decyzję w sprawie otwarcia ognia może minister obrony, szef Sztabu Generalnego, dowódca Sił Powietrznych lub osoby pełniące ich obowiązki.

    Czytaj więcej:

     https://pl.sputniknews.com/swiat/201612304537075-Ukraina-ogien-samoloty-naruszajace-granice-panstwowa/

    NIEMCY NIE MOGĄ SOBIE POZWOLIĆ NA NIEZALEŻNE OD NICH WŁADZE W WARSZAWIE


    Warszawska Gazeta.pl

    NIEMIECKA WOJNA HYBRYDOWA PRZECIW POLSCE! NIEMCY NIE MOGĄ SOBIE POZWOLIĆ NA NIEZALEŻNE OD NICH WŁADZE W WARSZAWIE

    • 29 Gru 2016
    • Napisane przez  fit

     

    fot: pixabay.comfot: pixabay.com

    Niemieckie media nie byłyby sobą, gdyby przepuściły taką okazję, jak niedawna zadyma pod Sejmem – przy czym, mamy rzecz jasna do czynienia ze znaną kooperacją przebiegającą wedle schematu: polscy dziennikarze donoszą niemieckim kolegom, ci powtarzają to co usłyszeli własnymi słowami, na co z kolei powołują się antyrządowe media nad Wisłą w relacjach spod znaku „światowe media zaniepokojone niszczeniem demokracji w Polsce” – pisze w najnowszym numerze tygodnika Warszawska Gazeta Piotr Lewandowski.

    Jeśli w weekend, kiedy trwały okołosejmowe zajścia, ktoś zajrzałby na polskojęzyczną wersję serwisu „Deutsche Welle”, mógłby odnieść wrażenie, że tamtejsze media nie mają żadnych innych zmartwień, niż „autokratyczne” rządy PiS i dyktatorskie zapędy Jarosława Kaczyńskiego. Wszystko oczywiście utrzymane w tonie naburmuszonych kazań wygłaszanych pod adresem „polskich Irokezów”, którzy nie potrafią się zachować i dostarczają nieustających zgryzot swym zachodnim sąsiadom.

    Tu warto dodać, że wzmiankowany portal niemieckiej publicznej rozgłośni funkcjonuje na podobnej zasadzie, co rosyjski „Sputnik”, tyle że może z większą ogładą i przy zachowaniu elementarnych pozorów jeśli chodzi o serwowaną tam propagandę. Istota jego misji jest jednak identyczna, co putinowskiej szczekaczki – prowadzenie wojny informacyjnej przeciwko Polsce, jeśli ta w jakiejkolwiek kwestii odstaje od płynących zza Odry wytycznych. To po prostu taka guwernantka postawiona na straży wychowania słowiańskich podludzi, wygłaszająca co jakiś czas morały zrzędliwym tonem starej panny, dyscyplinującej powierzoną jej pieczy rozbisurmanioną dzieciarnię. Jeśli zaś podopieczni dokuczą jej szczególnie mocno, dostaje spazmów i woła o sole trzeźwiące.

    Banderowskie prace teoretyczne nad ludobójstwem Polaków do 1942r.


    Konserwatyzm

    KONSERWATYZM.PL – Portal Myśli Konserwatywnej

     

    YOU ARE AT:Home»Formacyjne»Piętka: Anatomia ludobójstwa (banderowskie prace teoretyczne nad ludobójstwem Polaków do 1942r.).

    Piętka: Anatomia ludobójstwa (banderowskie prace teoretyczne nad ludobójstwem Polaków do 1942r.).

    0

    BY ADAMWIELOMSKI ON 28 GRUDNIA 2016FORMACYJNE

    Współcześni epigoni i pogrobowcy nacjonalizmu ukraińskiego głoszą, że OUN i UPA były rzekomo ukraińskim „ruchem wyzwoleńczym”, że nigdy nie dopuściły się żadnych zbrodni na Polakach, Żydach i innych narodowościach, ani tym bardziej ludobójstwa, że nie ma jakoby żadnych dowodów potwierdzających przygotowanie i przeprowadzenie ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego przez banderowców. To jest stała melodia z repertuaru pana Wołodymyra Wiatrowycza i „Naszego Słowa” oraz polonobanderowców z „Gazety Wyborczej”, „Gazety Polskiej” i „Nowej Europy Wschodniej”. Ku zdziwieniu przynajmniej niektórych polonobanderowców znalazły się jednak dowody na przygotowywanie ludobójstwa na Polakach przez nacjonalistów ukraińskich już na początku lat 30. XX wieku. Dowody te nie mogą nie być znane panu Wiatrowyczowi, ponieważ pochodzą one z Archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, kijowskiego Archiwum OUN oraz Archiwum Państwowego Obwodu Lwowskiego. Dlatego nie może on tym razem twierdzić, że jest to „rosyjska (sowiecka) propaganda”.

    Na początku grudnia br. na stronie internetowej rosyjskiej Federalnej Agencji Archiwów opublikowano dokumenty Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów świadczące o tym, że organizacja ta planowała przyszłe ludobójstwo na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej już od zarania swojego istnienia. Publikację tych dokumentów przygotował dyrektor Fundacji „Pamięć Historyczna” (Историческая память) Aleksander Diukow (Александр P. Дюков)[1]. Historyk ten znany jest m.in. z badań nad antypolską współpracą służb specjalnych III Rzeszy i Litwy w latach 1939-1940, której poświęcił wydaną w 2013 roku książkę pt. „Protektorat Litwa”[2].

    Są to cztery dokumenty: broszura z 1931 roku pt. „Jak i za co walczymy z Polakami” – pochodząca z Archiwum Państwowego Obwodu Lwowskiego i opublikowana po raz pierwszy w 2003 roku we Lwowie, „Doktryna wojskowa ukraińskich nacjonalistów” z 1938 roku – pochodząca z Archiwum OUN w Kijowie i opublikowana po raz pierwszy w 2013 roku w Kijowie, instrukcja „Walka i działalność OUN podczas wojny” z 1941 roku – pochodząca z Archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy i opublikowana po raz pierwszy w 2006 roku w Kijowie oraz notatka wojennego referenta OUN-Zachód Łuki Pawłyszyna z odbytej w październiku 1942 roku konferencji wojskowej OUN-B – pochodząca z Archiwum Służby Bezpieczeństwa Ukrainy i opublikowana po raz pierwszy w 2005 roku w Kijowie.

    Dokumenty te pokazują ewolucję, jaką przeszła OUN w podejściu do rozwiązania „sprawy polskiej” od 1931 do 1942 roku. Już na samym początku swojego istnienia – w broszurze „Jak i za co walczymy z Polakami” – OUN za podstawę swojego programu i cel działalności uznała rozniecanie nienawiści narodowej do Polaków w społeczeństwie ukraińskim. „Doktryna wojskowa ukraińskich nacjonalistów” z 1938 roku przewidywała organizowanie ataków zbrojnych na ludność polską w ramach powstania zbrojnego w celu „wypędzenia jej” z Kresów Wschodnich. Planowano też likwidację polskich gospodarstw i zaangażowanie szerokich mas ukraińskiego chłopstwa w wystąpienia antypolskie, tak jak miało to miejsce w latach 1943-1944. Po raz pierwszy podjęto próbę realizacji takich działań w porozumieniu z Niemcami hitlerowskimi we wrześniu 1939 roku w ramach tzw. dywersji OUN na Kresach Wschodnich. Była to pregenocydalna faza późniejszego ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego. Rozpoczynające się wtedy ludobójstwo ukraińskie na Polakach powstrzymała Armia Czerwona, wkraczając na Kresy Wschodnie 17 września 1939 roku.

    Opracowana w maju 1941 roku – a więc tuż przed wybuchem wojny niemiecko-radzieckiej – instrukcja „Walka i działalność OUN podczas wojny” wprowadziła dalsze uszczegółowienie planów OUN w sprawie „rozwiązania kwestii polskiej”. Postanowiono nie wypędzać części polskich chłopów z tzw. zachodniej Ukrainy, lecz przeprowadzić ich przymusową asymilację. Planowano jednak zabójstwa „polskich działaczy”, co istotnie nastąpiło latem 1941 roku (mord profesorów lwowskich, egzekucja inteligencji stanisławowskiej w Czarnym Lesie, mord na inteligencji krzemienieckiej). Z tym, że zbrodni tych dokonały niemieckie formacje SS i gestapo, a współudział ukraiński polegał na wskazaniu ofiar. „Program wojskowy” OUN-B z końca 1942 roku przewidywał już fizyczną likwidację wszystkich Polaków, którzy nie zgodzą się na „dobrowolne” opuszczenie terenów Wołynia i Małopolski Wschodniej. To już była bezpośrednia zapowiedź tego, czego banderowcy dokonali w latach 1943-1944.

    Nie ulega zatem wątpliwości, że ludobójstwo wołyńsko-małopolskie było stopniowo planowane przez nacjonalistów ukraińskich co najmniej od 1931 roku. Próbowano je zrealizować już w 1939 i 1941 roku. Ostateczna realizacja powiodła się przy trzecim podejściu w latach 1943-1944.

    Broszura „Jak i za co walczymy z Polakami” z 1931 roku została wydana przez Krajową Egzekutywę OUN. Jej autorzy zrzucali winę za rzekomo „ciężką sytuację narodu ukraińskiego na zachodnich ziemiach ukraińskich” na państwo polskie i na Polaków jako naród. Ich zdaniem „naród polski chce się umocnić na tych ziemiach należących od dawien dawna do Ukrainy i dlatego chce zlikwidować Ukraińców”. W przeszłości, „zalewając Ukrainę morzem krwi i łez, Polacy podzielili między sobą ziemie ukraińskie i wzbogacili się na nich”, natomiast obecnie Polacy dzielą należące do ukraińskich chłopów ziemie między polskich „zaborców-kolonistów”. Sformułowania te brzmią jakże znajomo dla każdego kto zna współczesną publicystykę neobanderowską, chociażby z łam „Naszego Słowa”. Wymowny to dowód na to, że nacjonalizm ukraiński niewiele się zmienił przez ponad 80 lat.

    Sformułowany przez autora broszury skrajnie negatywny obraz Polaków miał usprawiedliwiać zastosowanie przeciwko nim najbardziej brutalnych środków. „Naród ukraiński nie przestaje walczyć z Polakami, wierząc, że przyjdzie godzina krwawego porachunku z ciemiężycielami” – czytamy w broszurze. Kilka akapitów dalej dowiadujemy się, że „naród ukraiński dopiero wówczas odzyska swoje prawa, kiedy z bronią w ręku wystąpi przeciwko Lachom-okupantom i wypędzi ich ze swoich ziem”. Zapowiadane powstanie zbrojne przeciwko Polakom Krajowa Egzekutywa OUN wiązała z „przyszłą wojną”, a na razie wzywała swoich zwolenników do bojkotu ekonomicznego „polskich kolonizatorów” i odwetowych akcji zbrojnych, czyli ataków terrorystycznych na instytucje i funkcjonariuszy II RP, które istotnie miały wówczas miejsce.

    Przygotowana w połowie 1938 roku „Doktryna wojskowa ukraińskich nacjonalistów” przewidywała już likwidację i wypędzenie mniejszości narodowych, czyli ludobójcze działania eksterminacyjne, a także stworzenie homogenicznego narodowo i politycznie państwa ukraińskiego. „Zadaniem naszego powstania – czytamy – jest nie tylko zmiana ustroju politycznego. Powinno ono oczyścić Ukrainę z cudzego wrogiego elementu i z niedobrego własnego. Tylko podczas powstania będzie okazja, aby wymieść dosłownie do ostatniej nogi element polski z ZUZ (ziem zachodnioukraińskich – uzup. BP) i w ten sposób położyć kres pretensjom Polaków co do polskiego charakteru tych ziem. Element polski, który będzie okazywać opór, powinien polec w walce, a pozostałych należy sterroryzować i zmusić do ucieczki za Wisłę. Dlatego też nie można dopuścić, żeby po odzyskaniu ZUZ element polski mógł mieszkać tutaj obok Ukraińców. ZUZ przyszłego mocarstwa ukraińskiego powinny być czyste z narodowego punktu widzenia, ponieważ ziemie te mają szczególne znaczenie dla przyszłości państwa ukraińskiego (…). Trzeba pamiętać, że im więcej wrogiego elementu polegnie podczas powstania, tym łatwiej będzie budować mocarstwo ukraińskie i tym silniejsze ono będzie”.

    Planowano przeprowadzenie ludobójczej czystki etnicznej nie tylko na Polakach, lecz również na Żydach. Autorzy cytowanego dokumentu dali temu wyraz w następujących słowach: „Nie ma wątpliwości, że gniew narodu ukraińskiego wobec Żydów będzie szczególnie straszliwy. Nie powinniśmy tłumić tego gniewu, wręcz przeciwnie, [mamy go]podsycać, bo im więcej Żydów zginie podczas powstania, tym lepiej dla państwa ukraińskiego, ponieważ Żydzi będą jedyną nacją, jakiej nie odważymy się objąć polityką denacjonalizacyjną. Wszystkie inne mniejszości, które wyjdą żywe z powstania, będziemy denacjonalizować”. W „Doktrynie wojskowej” nakazywano również niszczyć należące do Polaków dwory, w przeciwnym razie „Polacy rozpuszczą plotki, że nacjonaliści boją się niszczyć polskie dwory w obawie, że Polacy znowu tu wrócą i się zemszczą. Taka propaganda ostudzi poryw mas do powstania, co sprawi, że zajmą one pozycję oczekującą (…). Bez tego zniszczenia nasze powstanie nie zyska niezbędnego okrucieństwa. Powstanie nacjonalistyczne powinno być wulkanem, w którym spłonie wszystko, co wrogie, martwe czy żywe”.

    W datowanej na maj 1941 roku instrukcji „Walka i działalność OUN podczas wojny” zasady polityki OUN wobec mniejszości narodowych zostały sformułowane następująco:

    „Mniejszości narodowe dzielą się na: a) przyjazne nam, a więc członkowie wszystkich zniewolonych narodów; b) wrogie nam, Moskale, Polacy, Żydzi.

    1. a) Mają te same prawa, co Ukraińcy, mogą wrócić do ojczyzny.
    2. b) Są likwidowani w walce oprócz tych, którzy bronią reżymu: tych należy przesiedlić na ich ziemie, likwidować należy przede wszystkim inteligencję, której nie wolno dopuszczać do żadnych instytucji rządowych, uniemożliwiając w ogóle pojawienie się inteligencji, a więc dostęp do szkół itd. Na przykład tak zwanych polskich chłopów należy zasymilować, uświadamiając ich, tym bardziej w tych gorących, pełnych fanatyzmu czasach, że są oni przymusowo zasymilowanymi Ukraińcami, lecz obrządku łacińskiego. Kierowników likwidować. Żydów izolować, usunąć z instytucji rządowych, żeby uniknąć sabotażu, tym bardziej Moskali i Polaków. Jeśli zaistniałaby nieunikniona konieczność pozostawienia w aparacie państwowym Żyda, postawić nad nim naszego milicjanta i zlikwidować za najmniejsze przewinienie. Kierownikami poszczególnych dziedzin życia mogą być tylko Ukraińcy, a nie obcy wrogowie. Asymilacja Żydów jest wykluczona”.

    Kolejny, 17 punkt rozdziału wyjaśniał: „Nasza władza powinna budzić postrach wśród jej przeciwników. Terror dla obcych wrogów i swoich zdrajców”.

    Mamy tu więc zarysowany plan nie tylko eksterminacji mniejszości narodowych na ziemiach zamieszkałych przez większość ukraińską, ale plan stworzenia totalitarnego i faszystowskiego państwa ukraińskiego na wzór hitlerowski. Znalazło to swój wyraz także w deklaracji tzw. rządu Jarosława Stećki z 30 czerwca 1941 roku, gdzie identycznie jak we wspomnianej instrukcji z maja 1941 roku zapowiedziano, że „władza nasza będzie okrutna”.

    Od Służby Bezpieczeństwa OUN i przyszłej policji ukraińskiej wymagano „zduszenia w zarodku wszelkich prób przejawienia przez cudzy element jakiejkolwiek organizacji na Ukrainie”. Wątpliwości co do planowanego ludobójstwa nie pozostawia następujący fragment instrukcji OUN z maja 1941 roku: „Jest to czas rewolucji narodowej, dlatego więc nie powinno być żadnej tolerancji względem dawnych przybyszów”.

    W opracowanym pod koniec 1942 roku „Programie wojskowym” OUN-B znajdujemy bezpośrednie odniesienia do „Doktryny wojennej” Mychajło Kołodzińskiego (1902-1939), opublikowanej po jego śmierci w 1940 roku. Oprócz wizjonerskich fantazji o rozpadzie ZSRR program wojskowy zawiera jasno sformułowane propozycje usunięcia tzw. „mniejszości narodowych”. Czytamy o tym w poniżej zacytowanym fragmencie.

    „Dowództwo Główne wymaga od krajowych dowództw wojskowych:

    Z chwilą rozpoczęcia walki o niepodległość zlikwidować za wszelką cenę kwestię mniejszości narodowych. W celu zlikwidowania tej kwestii należy wytępić mniejszości narodowe – wrogów narodu.

    1. Rosyjską mniejszość narodową trzeba pozostawić w spokoju, ponieważ zżyła się ona z ukraińskim narodem i nie stanowi żadnego zagrożenia. Razem z narodem ukraińskim (głównie chłopstwo) wspólnie przeżywa ona różne wydarzenia polityczne. Rosyjskich działaczy walczących z Ukraińcami należy wytępić, najpierw dokonując ich rejestracji, głównie w małych miasteczkach, ponieważ są oni wrogami Ukraińców.
    2. Żydów nie należy mordować, lecz wysiedlić z Ukrainy, umożliwiając im wywiezienie części majątku. Należy się z nimi liczyć, ponieważ mają oni duży wpływ w Anglii i w Ameryce.
    3. Wszystkich Polaków należy wysiedlić, dając im możliwość wzięcia z sobą tego, co zechcą wziąć, ponieważ ich również będzie bronić Anglia i Ameryka. Tych, którzy nie będą chcieli wyjechać – wymordować. Najaktywniejszych wrogów, a spośród nich wszystkich członków organizacji przeciwukraińskich wymordować na dzień przed ogłoszeniem mobilizacji. Zostaną oni zarejestrowani odpowiednio wcześniej przez rejonowe i powiatowe dowództwa wojskowe. Likwidacją będzie się zajmować żandarmeria, a w poszczególnych przypadkach „SB”. Zabrania się wykorzystywać w tym celu żołnierzy armii.”

    Wykonanie „punktów narodowych” programu wojskowego miało być powiązane w czasie z „rozpoczęciem walki o niepodległość”. Prawdopodobnie na początku chodziło o dość odległy termin, dlatego plan zagłady „mniejszości narodowych” nie został sformułowany radykalnie. Jednak dynamiczna zmiana sytuacji wojennej na przełomie 1942/1943 roku – w tym perspektywa powrotu polskiej państwowości na Kresy Wschodnie po spodziewanej klęsce Niemiec – spowodowała radykalizację pierwotnego planu. Po III Konferencji OUN (17-23 lutego 1943 roku) oraz dezercji do formacji OUN-B i UPA kilku tysięcy funkcjonariuszy ukraińskiej policji pomocniczej w marcu i kwietniu 1943 roku, dowódca UPA-Północ Dmytro Kłaczkiwśkij (pseudonim „Kłym Sawur”) przystąpił do realizacji „programu wojskowego”, która przybrała postać zorganizowanego ludobójstwa ludności polskiej.

    Upublicznione w internecie przez rosyjskiego historyka Aleksandra Diukowa dokumenty bezsprzecznie dowodzą, że ludobójstwo wołyńsko-małopolskie nie było przypadkiem, ale na długo wcześniej stopniowo i precyzyjnie planowaną akcją. Wyłania się z nich jaskrawy obraz anatomii przyszłej zbrodni, ukraińskiego szowinizmu i skrajnego antypolonizmu. Już tylko te źródła historyczne pokazują szatańskie i groźne oblicze nacjonalizmu ukraińskiego sprzed 80-70 lat, które zasadniczo nie zmieniło się do dzisiaj.

    Niestety siły polityczne Polski pookrogłostołowej za swojego sojusznika na Wschodzie uznały właśnie nacjonalizm ukraiński. Przez ponad ćwierć wieku bagatelizowały jego radykalnie antypolski charakter i współuczestniczyły w wybielaniu jego zbrodniczej historii, by na koniec razem z USA i Niemcami umożliwić mu powrót do głównego nurtu życia politycznego na Ukrainie w wyniku przewrotów z 2004 i 2014 roku. I to jest najbardziej przerażające.

    Bohdan Piętka

    [1] „Как и за что мы боремся с поляками”: антипольская программа ОУН в архивных документах, www.http://rusarchives.ru (portal Архивы России – Федеральное Архивное Агентство), 1.12.2016.

    [2] „Rosyjski historyk o współpracy służb specjalnych Litwy z III Rzeszą”, http://www.dzieje.pl, 15.10.2013.

    System III RP się nie domknął


    niezalezna.pl - strefa wolnego słowa

     

    30 grudnia 2016

     

    ​Prof. Zdzisław Krasnodębski: System III RP się nie domknął

     

    Dodano: 30.12.2016 [22:12]

    ​Prof. Zdzisław Krasnodębski: System III RP się nie domknął - niezalezna.pl

    foto: Marcin Pegaz/Gazeta Polska

    – Sięgnięto po hasła, które są dla Polaków ważne – walki o demokrację, o wolne media, o prawa jednostkowe. Nieprzypadkowo często obecne hasła są podobne do tych, które jeszcze przed rokiem były domeną naszej strony. Jeszcze nie krzyczą „Bóg – Honor – Ojczyna”, ale już słychać „Precz z komuną” – stwierdza europoseł Prawa i Sprawiedliwości, prof. Zdzisław Krasnodębski, w rozmowie z Wojciechem Muchą dla „Gazety Polskiej Codziennie”.
    Co takiego dzieje się w Polsce? Jedni mówią, że to, co się dzieje, to pucz, inni – że to ciamajdan – karykatura rewolucji.
    To ten sam spór, spór o Polskę, który się toczy od 1989 r., tylko czasami jest on bardziej gwałtowny. Spór należy do istoty demokracji. Patrzę na inne kraje, o których myślałem, że ich społeczeństwa są mniej spolaryzowane, mniej emocjonalne – np. o Anglikach tak myślimy, a tymczasem brexit wywołał emocje – podobnie jest z Amerykanami. Więc w jakimś sensie nie dzieje się nic nadzwyczajnego.
    Z czego to się wzięło? Zwykła wymiana władzy nie powinna powodować takiej reakcji.
    Widzimy wyraźną intensywność i determinację odrzucenia przez mniejszość większości rządzącej. Do tego brak pohamowania w nieakceptacji i chęć odwoływania się do wzorów rewolucyjnych – majdanu – w celu zmiany władzy w Polsce.
    Rzeczywiście to ten sam spór, który się przetacza przez III RP?
    Tak. Oczywiście przy różnych zmianach ugrupowań, ich nazw, przepływie osób. Natomiast jest druga rzecz – ten dzisiejszy spór jest niezwykle ostry i nie dotyczy całego polskiego społeczeństwa. Dziś miałem wizyty osób z terenu. Ludzie w Polsce – poza paroma wielkimi miastami – żyją swoim życiem. Oczywiście, są podzieleni ideowo, ale te emocje, które towarzyszą wydarzeniom na Wiejskiej, są im obce.
    Czyli to politycy opozycji solo chcą obalić rząd?
    Tak, chcą zmienić rząd. Ale nie w wyniku kolejnych wyborów demokratycznych, ale przez różnego rodzaju akcje protestacyjne oraz przy pomocy z zagranicy. I także w tym wypadku przekracza się wszelkie granice. Opozycja zaognia konflikt i jednocześnie tłumaczy swoim ludziom, że „PiS to całe zło”. Bo tylko to pozwala przekraczać im kolejne granice w swoim zachowaniu.
    Czy jednak nie boi się Pan, że nastąpi zmęczenie tym sporem i że ludzie zatęsknią za ciepłą wodą i spokojem? Jak w 2007 r.?
    To jest ten sam plan w wydaniu długofalowym. Takie pokazywanie rzekomego „demolowania Polski”, że oto „nawet budżetu się nie da uchwalić”. Ta kalkulacja jest obliczona na pokazanie, że wszędzie gdzieś coś się pali, by wywołać poczucie niepokoju, utraty bezpieczeństwa. Jak Pan wie, to w 2007 r. już przyniosło efekty.
    To jest ta „taktyka tysiąca Wietnamów”?
    Tak. To powoduje, że powinniśmy bardzo się zastanawiać nad czynionymi krokami i unikać niepotrzebnych konfliktów.
    Takich jak ten ostatni o media w Sejmie?
    Nagle zupełnie niepotrzebnie pojawiła się zbieżność wydarzeń. Pod koniec roku, kiedy odchodzi „ukochany i charyzmatyczny prezes Rzepliński”, kiedy uchwala się budżet, kiedy wchodzi uchwała dezubekizacyjna, nagle mamy dyskutować, że dziennikarze nie powinni nękać polityków w Sejmie.
    Dało się to zrobić inaczej?
    To trzeba było zrobić po rozmowach, negocjacjach z zapewnieniem przejrzystości i kontroli. Media są potrzebne, także opozycyjne. Bardzo bym się niepokoił, gdyby tylko media nam życzliwe pozostały.
    Spotkałem się z opinią, że część opozycji przypomina narkomana z syndromem odstawienia. Jej przedstawiciele utracili władzę, która była dla nich jak narkotyk.
    To oczywiście jest też ukryta motywacja, by podsycać konflikt. Jest takie pojęcie ukute przez Leopolda Tyrmanda, z książki „Cywilizacja komunizmu” – ludzie „przeznaczeni do dobrobytu” niezależnie od systemu panującego w Polsce. Tym ludziom po 1989 r. zaczęło się wydawać, że są przeznaczeni także do posiadania władzy. I byli przekonani, że obecna zmiana rządu nie będzie prowadziła do utraty pozycji – chcieli przeczekać trudny okres. Starali się więc zabezpieczyć instytucjonalnie przez Trybunał Konstytucyjny.
    Który z sądu stał się „ostatnim bastionem III RP”.
    Tak. Ci ludzie niemal zawsze mają po swojej stronie „sferę instytucji”, przewagę medialną i część społeczeństwa obywatelskiego. Ale to nie wystarczyło. Okazało się, że nowa władza jest silniejsza, niż się wydawało, że zmiana będzie głęboka. To, co się teraz dzieje, to jest nic innego, jak wynik desperacji. Stabilizacja władzy sprawi, że duża część przywilejów skończy się w przyszłym roku. I to jest walka o ich zachowanie. Nie wspominając o zarzutach karnych, które mogą spotkać niektórych notabli zamieszanych w afery minionych lat.
    Czyli dla „przeznaczonych do dobrobytu” jest to gra o życie?
    To zdeterminowana, rozpaczliwa próba obrony status quo. Warunkiem skuteczności jest wielka mobilizacja stronników, ale to nie wystarcza – potrzeba także poparcia szerszych kręgów społeczeństwa. Dlatego sięgnięto po hasła, które są dla Polaków ważne – walki o demokrację, o wolne media, o prawa jednostkowe. Nieprzypadkowo często ich hasła są podobne do tych, które jeszcze przed rokiem były domeną naszej strony. Jeszcze nie krzyczą: „Bóg – Honor – Ojczyna”, ale już słychać: „Precz z komuną”.
    To smutne, że Polacy się na to nabierają.
    Jest coś w tym sporze uderzającego i optymistycznego zarazem. Na poziomie jawnego dyskursu hasła i wartości są podobne. Nie da się zmobilizować Polaków przeciwko posłom PiS-u pod hasłem „bronimy ubeckich emerytur”. Trzeba wymyślić coś innego.
    Na przykład walkę o wolne media czy wskazywanie niepopularnego posła Stanisława Piotrowicza, że był rzekomo podporą stanu wojennego.
    A przy tym na zewnątrz, dla zagranicy, przekaz jest jeszcze inny, jeszcze bardziej uproszczony, przedstawiający nasz kraj w jak najgorszym świetle. Przeciętny telewidz z Zachodu jest przekonany, że protesty w Sejmie miały miejsce w czasie uchwalania niezmiernie restrykcyjnej ustawy o mediach, że PiS chciał radykalnie ograniczyć prawa mediów. Nie mówi się, że debata dotyczyła budżetu lub że uchwalano ustawę dezubekizacyjną.
    Dziwią Pana okrzyki „precz z komuną” ze strony opozycji?
    W polskim teatrze są pewne role, które trzeba obsadzić. Jest też rola pisowca komunisty, mająca świadczyć o tym, jak ta partia jest obłudna i w gruncie rzeczy zakorzeniona w postkomunistycznej przeszłości – kiedyś przykładem tego był sędzia Andrzej Kryże, dziś jest poseł Piotrowicz. A przecież to oczywiste, że to PO przejęła elektorat postkomunistyczny, że wśród jej posłów są byli członkowie PZPR-u, jej założycielem był Andrzej Olechowski, w Parlamencie Europejskim widzę wiele twarzy ludzi z PO, którzy byli przedtem w PZPR-u, itd.
    Ale czy to nie był błąd, by posła Piotrowicza – jednak człowieka przeszłości nieakceptowalnej nawet dla części wyborców PiS-u – wystawić jako twarz sporu o Trybunał?
    Od samego początku byłem i jestem zwolennikiem dekomunizacji. Oczywiście są różne przypadki indywidualne, ale gdyby mnie ktoś o to zapytał, tobym odradzał tego rodzaju decyzje czy promowanie tej osoby. Skądinąd ludziom, którzy stawiają zarzuty w sprawie przeszłości posłowi Piotrowiczowi, nie przeszkadza – a mnie przeszkadza – przeszłość byłego prezesa TK Andrzeja Rzeplińskiego. Uważam, że na tym stanowisku były członek PZPR-u nie ma czego szukać.
    Wystąpił z partii w 1981 r., a poseł Piotrowicz był wówczas prokuratorem.
    A cóż to? To wcześniej można było być w PZPR-ze? Do kiedy? Do 1956, 1968, 1970 r.? Poza tym prezes TK to stanowisko wyjątkowe. Ale to mój osobisty pogląd. Mogę tylko ubolewać, że jako społeczeństwo uznaliśmy, iż taka przeszłość nie jest dyskwalifikująca. Chodzą przecież pogłoski o ojcach założycielach Platformy Obywatelskiej – oficerach wywiadu PRL – i nic z tego nie wynika, zwolennikom PO to nie przeszkadza. Niestety taki się model demokracji ukształtował w Polsce (między innymi dzięki PO), że pezetpeerowska, a nawet ubecka przeszłość nie dyskwalifikują.
    Prawo i Sprawiedliwość mogło to zmienić i wciąż może.
    Trzeba sobie powiedzieć, że ten problem był zasadniczy jeszcze w czasie poprzednich rządów PiS-u, kiedy wchodziła ustawa lustracyjna, zatrzymana przez Trybunał Konstytucyjny, co niestety uważam za hańbę TK – ta ustawa dotyczyła profesorów uniwersytetów, dziennikarzy.
    Tyle że ta ustawa chyba była nie najlepiej skonstruowana.
    Można było ją poprawić. Sama intencja, by zakończyć tę sprawę i dokonać szerokiej lustracji zawodów, które powinny takiemu procesowi podlegać, dokonać rozliczenia z przeszłością, była z zasady słuszna. Obecnie zmiana pokoleniowa sprawia, że problem staje się coraz bardziej historyczny. Mniej chodzi o osoby, bardziej o instytucje, o transfer postaw. W Polsce nikłe jest jednak dążenie samych instytucji do tego, by się oczyścić.
    I znów etykiety z lat PRL-u. Część młodych odrzuca przez to klasę polityczną i jeśli się angażują, to w małych ojczyznach, w ruchach miejskich. Teoretycznie apolitycznych, a często lewicujących. Jak wytłumaczyć młodym, że to, co się dzieje, ich dotyczy?
    Ruchy miejskie to często absolwenci różnorakich instytutów, w tym mojego macierzystego – Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Myślę, że niektórzy z młodych działaczy byliby inni, gdyby lepiej znali historię instytucji, w których zostali wykształceni. Dlaczego ci młodzi ludzie o lewicujących poglądach nie domagają się, by ktoś napisał monografię ich instytutu, wydziału, by zbadał dokumenty, posiedzenia rady naukowej? Ponadto, choć dziś problem rozliczenia PRL-u staje się coraz bardziej problemem historycznym, wraca problem komunizmu. Mamy w Polsce niepokojący renesans marksizmu, a nawet leninizmu czy stalinizmu. Odbywa się to zupełnie jawnie – wydaje się Marksa, czyta się go – są próby rehabilitacji, nie tylko lat 70., tylko wręcz 50. – okresu stalinizmu. To zaczyna być trwałe i niepokojące zjawisko. Powraca ten sam spór ideowy i polityczny w nowej odsłonie.
    Czyli i tu mamy ciągłość idei i konfliktu?
    To, co się mówi o sporze trzeciego pokolenia AK z trzecim pokoleniem UB jest trafnym określeniem. Ci ludzie bronią często swoich rodziców, swoich dziadków, ich postaw i wyborów.
    W 2005 r. przez krótką chwilę wydawało się, że odchodzimy od polaryzacji postkomuniści–obóz solidarnościowy. Minęła dekada, a ludzie wychodzą na ulice z hasłami jak w PRL-u. Ten spór chyba się zamyka wśród najbardziej zdeterminowanych wyborców. A reszta albo się alienuje, albo skazuje na emigrację – wewnętrzną i zewnętrzną.
    Po części tak to wygląda. Ten spór toczy się głównie w Warszawie. To spór elit przy mobilizacji swoich zwolenników, którzy istnieją w całej Polsce, ale kondensuje się on, również wizualnie, w stolicy. Tamta strona imituje to, co my kiedyś głosiliśmy. Przez pewien czas mówiliśmy o Konfederacji Wolnych Polaków. Teraz przeciwnicy rządu imitują te hasła i metody działania, bo są przekonani o ich skuteczności – to one przecież doprowadziły do zmiany sytuacji w Polsce.
    Mówił Pan w 2013 r., że obecny system jest gorszy niż całej III RP. Że „atrofia krytycznej debaty powoduje, iż polityka bezrefleksyjnej modernizacji rozumianej tylko jako wzrost gospodarczy postępuje jeszcze szybciej”. Czy to się zmieni? Teraz też nie ma żadnej debaty. PiS rządzi rok, a tekstów publicystycznych dotykających sedna sprawy jest jak na lekarstwo. Królują te, które mają utrzymać elektoraty w stanie gotowości.
    Niestety głęboki konflikt ostatnich dziesięciu lat sprawił, że tak się stało. Legitymizacja władzy PO polegała na tym, że wzmacniano przekonanie pewnych ludzi, iż to właśnie oni są przeznaczeni do władzy i dobrobytu oraz że PiS nie może nigdy dojść do władzy, że największa partia opozycyjna nie ma prawa wygrać. Jednocześnie mówili: „jak będziecie mieli większość, to sobie przegłosujecie”. I po 2010 r. niemal całkowicie wyparto z oficjalnej sfery publicznej naszą stronę.
    Mówili wręcz: „Wyginiecie jak dinozaury”. Chyba doszli do wniosku, że „system się domknął”.
    Właśnie dlatego powstały wtedy drugi obieg i nowe społeczeństwo obywatelskie, ukonstytuowała się wspomniana już konfederacja. Oni zaś tego nie zauważali, a przynajmniej starali się nie dostrzegać. Wychowali młode pokolenie swoich polityków, działaczy i sympatyków we wspomnianym przekonaniu o przeznaczeniu do dobrobytu i władzy. Stąd ich szok po przegranych wyborach. Myślę, że np. Krystyna Janda czy Agnieszka Holland naprawdę wierzyły, że „tak już będzie zawsze”. To musiało być traumatyczne przeżycie. Negatywnym, choć być może nieuniknionym, skutkiem tego całego procesu była swoista militaryzacja dyskursu publicznego. W reakcji na brutalne ataki, na propagandę nasza strona odpowiedziała tym samym.
    Odpowiedziała na emocje emocjami.
    W tamtej sytuacji to było konieczne – nie zapominamy o 2010 r., o Smoleńsku, o zdradzie stanu przez Donalda Tuska, który – zawsze będę to mówił – sprzeniewierzył się obowiązkom premiera RP. To spolaryzowało społeczeństwo. Bo też było nie do zaakceptowania.
    I dlatego w Polsce nie ma pola do debaty publicznej?
    Niedawno byłem zaproszony na dyskusję w Fundacji Batorego. Zdumiało mnie, że niektórzy ludzie, którzy pisali do mnie po tej rozmowie, uważali ją za coś nadzwyczajnego, że to była wymiana argumentów mimo różnicy poglądów.
    To było dla nich niespotykane?
    Tak. Nie wiem, czego się spodziewali. Ja poza Polską ciągle spotykam ludzi o różnych poglądach, do tego jestem przyzwyczajony, to stały element życia uniwersyteckiego.
    A w Polsce?
    Wczoraj np. brałem udział w dyskusji radiowej z politologiem i socjologiem. I cóż – być może sam reagowałem nerwowo, bo ich diagnozy wydawały mi się całkowicie nonsensowne.
    Jakiego typu diagnozy?
    Znany socjolog powiedział, że obecnie, w 2016 r., okazało się, że mamy słabe instytucje i silne społeczeństwo obywatelskie, więc odwrotnie, niż sądzono. To teza, która kompletnie mnie zdumiała. To może powiedzieć tylko człowiek, który właśnie np. w 2012 r. uważał, że PO zarządza sprawnymi instytucjami państwowymi, który nie dostrzegał ówczesnego ruchu obywatelskiego protestu. Teraz zaś twierdzi, że PiS rozbija te instytucje, a społeczeństwo obywatelskie odżywa, bo ktoś się położył na asfalcie przed Sejmem. A przecież to ich teoretyk powiedział, że „państwo istnieje teoretycznie”.
    Jeden z recenzentów Pana książki „Demokracja peryferii” pisze, że w III RP „wystąpiło połączenie technokracji z demoralizacją polityków i zwykłych ludzi”.
    Przyjąłem tezę, że dopiero katastrofa smoleńska uruchomiła społeczeństwo obywatelskie na tyle, że stało się ono realnym uczestnikiem gry politycznej.
    Zagadzam się z taką oceną. Dowodem na to są reakcje osób, które zaczęły się organizować w kluby dyskusyjne, stowarzyszenia. Pojawiło się poczucie uobywatelnienia. Każdy z nas przemierzał setki kilometrów, by spotykać się często z paroma osobami. Ludzie mieli poczucie, że muszą coś zrobić. Pamiętajmy, że wówczas nastąpił gremialny wzrost liczby zapisów do Prawa i Sprawiedliwości, skądinąd niewykorzystany.
    Jak PO-PiS, w który wielu wierzyło, a który okazał się mirażem?
    Tamto chwilowe porozumienie dotyczyło w dużej mierze wyłącznie elit i spowodowało, że w kontrze do postkomunistów doszło do zbliżenia nurtów liberalnego i konserwatywnego. Ale to nie miało wówczas takiej mocy.
    Wydaje się, że z oczywistych względów Smoleńsk dotknął każdego z osobna i wszystkich naraz.
    Tak. Ja zgadzam się z krytykami naszych rządów, że nie wykorzystujemy potencjału ruchu społecznego, który powstał wokół PiS-u, gdy był on w opozycji.
    Właśnie – dlaczego dużej części tych ludzi nie włączono w proces dobrej zmiany?
    Zawsze pojawia się bardzo prosta krytyka, że zmiany personalne idą zbyt wolno. Ja nie uważam, że zmiana musi i może być wyłącznie personalna. Błędem jest, że nie udało się wciągnąć znacznej części społeczeństwa w procesy decyzyjne.
    Co ma Pan na myśli?
    Na przykład dyskusję nad krytykowanym regulaminem sejmowym dotyczącym dziennikarzy. Albo inne sprawy: przed chwilą rozmawiałem na temat Polski cyfrowej, kwestii typowo technicznych, ale ważnych dla modernizacji kraju. Przychodzą do mnie także często ludzie z organizacji pozarządowych, na przykład ostatni interesuje się tzw. whistle blowers – „sygnalistami” – którzy zajmują się śledzeniem nieprawidłowości, mających miejsce w życiu publicznym. Uważam, że powinno się przeprowadzać konsultacje z przedstawicielami takich inicjatyw.
    Skąd się biorą tacy ludzie?
    Ci to akurat środowiska raczej lewicowo-liberalne, z Fundacji Batorego. Inni są z rozmaitych organizacji i stowarzyszeń, często także prywatnych firm. Ale uważam, że pewne rzeczy, które oni głoszą, są w interesie ogólnym oraz współbrzmią z naszymi hasłami.
    A oni się z tymi hasłami zgadzają?
    Sami przyznają, że to dopiero ten rząd zaczyna się zajmować niektórymi sprawami, choć niedostatecznie energicznie. I nic by nie przeszkadzało, by włączać tych ludzi w procesy konsultacyjne. To oczywiście trudniejsze – gdyż wymaga czasu i nie zawsze prowadzi do zgody – niż podejmowanie decyzji w wewnętrznym kręgu, arbitralnie. Ale to była nasza obietnica wyborcza.
    Co więc powinien zrobić PiS? Wyciągnąć rękę do opozycji, która – jak twierdzi Andrzej Gwiazda – jest jak mafia: depcze, gdy ktoś pokazuje słabość? A może zrealizować program za wszelką cenę i być może stracić władzę?
    Ważne jest zrealizowanie programu. Jeśli coś z programu PiS-u zostanie na stałe, jeśli zmniejszy się np. trwale obszar biedy w Polsce, co już się dzieje, to żadna inna władza nie odważy się tego zmienić – i to będzie najważniejsze.
    To znaczy, że nie należy się porozumiewać z opozycją?
    Nie uważam, by dało się rozmawiać z częścią przywódców Nowoczesnej lub Platformy, nie da się rozmawiać ze skrajną, faszyzującą lewicą. Można jednak ułożyć się z pewną częścią opozycji – zaproponować jej przedstawicielom współpracę i rzeczywiście odzyskać na rzecz współdziałania część protestujących w dobrej wierze ludzi.
    Zapewne w społeczeństwie jest część kontestujących, a jednocześnie niechcących, by mówili za nich Mateusz Kijowski, Marek Dukaczewski czy Adam Mazguła.
    No właśnie.

    Autor: Wojciech MuchaŹródło: Gazeta Polska Codziennie

    Prezydent ustanowił Krzyż Wschodni


     

    Krzyż Wschodni, wersja sprzed zmiany zakresu dat na lata 1917-1991. Fot. Sejm

    Prezydent podpisał ustawę o ustanowieniu Krzyża Wschodniego

    Dodane przez Lipinski

    Opublikowano: Piątek, 30 grudnia 2016 o godz. 12:12:42

    Andrzej Duda podpisał ustawę ustanawiającą Krzyż Wschodni, którym będą mogły być odznaczane osoby pomagające Polakom represjonowanym na Wschodzie w latach 1917-1991.

     

    Zgodnie z ustawą o Krzyżu Wschodnim, przyjętą wcześniej jednogłośnie przez Sejm, odznaczenie to ma nadawać prezydent na wniosek ministra spraw zagranicznych tym obcokrajowcom, którzy ratowali Polaków na Kresach Wschodnich I i II Rzeczypospolitej, a także na terenach byłego ZSRR, często ryzykując przy tym życiem swoim i swoich rodzin. Szef MSZ ma przedstawiać wnioski z własnej inicjatywy lub z inicjatywy związków i stowarzyszeń kombatanckich, organizacji społecznych, kierownika Urzędu ds. Kombatantów oraz osób prywatnych, po zasięgnięciu opinii prezesa IPN. Jak napisano na stronie internetowej Kancelarii Prezydenta RP, nadawanie przez Prezydenta RP Krzyża Wschodniego osobom narodowości innej niż polska ma być dowodem wdzięczności oraz wyrazem szacunku i pamięci dla osób ratujących Polaków.

    Według pierwotnej wersji, odznaczenie odnosiło się do pomocy w okresie od 1937 roku (początek operacji polskiej NKWD i masowych represji względem Polaków na terytorium ówczesnego ZSRR; po 17 września 1939 roku również tych, którzy zamieszkiwali Kresy Wschodnie II RP) do roku 1959 (zakończenie drugiej repatriacji Polaków z Kresów, w ramach której zmuszono do opuszczenia swoich domów ćwierć miliona osób). Ostatecznie przyjęto jednak poprawki Senatu zakładające rozszerzenie tego okresu do lat 1917-1991.

    W trakcie prac w Sejmie przyjęto m.in. poprawkę, zgodnie z którą ustawa o ustanowieniu Krzyża Wschodniego wejdzie w życie pół roku od jej ogłoszenia w Dzienniku Ustaw. Pierwotnie zakładano, że miałaby ona wchodzić w życie z dniem opublikowania.

    Według projektu, na krzyżu znajdzie się napis „Ratującym Polaków”, a także herb Rzeczypospolitej Trojga Narodów. Prace nad ustawą w tej sprawie, jak informowaliśmy, rozpoczęły się na początku października.

    – Upamiętnienie ludzi, którzy często ryzykując własne życie ratowali naszych rodaków, jest naszym moralnym obowiązkiem; to jest obowiązek państwa polskiego. Ich działanie było aktem odwagi, przykładem chrześcijańskiego miłosierdzia, człowieczeństwa w tamtych nieludzkich czasach – podkreślał wcześniej poseł PiS Michał Dworczyk, przewodniczący sejmowej Komisji Łączności z Polakami za granicą. Zaznaczył też, że w ten sposób Polska przypomina o historii i dziedzictwie Kresów I i II RP. – To bardzo ważne, to część naszej polskiej tożsamości – powiedział Dworczyk dodając, że ustanowienie Krzyża Wschodniego będzie też „ważnym narzędziem prowadzenia polityki historycznej”.

    Wołodymyr Wiatrowycz, negacjonista wołyński i prezes ukraińskiego IPN już skrytykował odznaczenie. Zdaniem Dworczyk, wpisuje się to „w prowadzoną politykę negowania Rzezi Wołyńskiej, a gloryfikacji nacjonalistów”.

    – Tłumaczą to jako próba politycznego zakłamywania historii. Zgodnie z narracją ukraińskiego IPN nie było ludobójstwa i czystek etnicznych, była wojna między Ukraińcami a Polakami zaznaczył poseł.

    Przeczytaj: Wiatrowycz o Wołyniu: zbrodnie były symetryczne

    PAP / prezydent.pl / Kresy.pl