Wyznania kochanki pokerzysty, pośmiertnego generała i szpiega


 7

WIRTUALNA POLSKA.pl

Wyznania kochanki słynnego „Jacka Stronga”. „Jeździłam z nim do lasu”

Osoba Ryszarda Kuklińskiego budzi kontrowersje i skrajne emocje opinii publicznej w Polsce. Dla jednych to bohater, dla innych zdrajca. Poznaj nieznane fakty z życia prywatnego słynnego „Jacka Stronga”, pułkownika Ludowego Wojska Polskiego, zastępcy szefa Zarządu Operacyjnego Sztabu Generalnego WP, który przez lata był tajnym współpracownikiem CIA! Wszystkie sekrety „Jacka Stronga” odsłania Sławomir Koper w książce „Szpiedzy PRL”. Jej fragmenty publikujemy dzięki uprzejmości wydawnictwa „Czerwone i Czarne”.

W obliczu bezpośredniego zagrożenia dekonspiracją Kukliński wraz z żoną i dwoma synami uciekł z Polski i dotarł do Stanów Zjednoczonych – z pomocą CIA – na krótko przed wprowadzeniem stanu wojennego w Polsce 13 grudnia 1981 r. Trzy lata później, 23 maja 1984 r., został skazany zaocznie przez sąd wojskowy w Warszawie na karę śmierci. Wyrok został złagodzony do 25 lat więzienia w 1990 r., a w 1995 r. uchylony i Kuklińskiemu przywrócono stopień pułkownika. Sprawę skierowano ponownie do prokuratury wojskowej i postanowieniem z 22 września 1997 r. śledztwo umorzono, argumentując, że Kukliński działał w stanie wyższej konieczności, przy czym uzasadnienie zostało utajnione. Jego pełnomocnikiem był Józef Szaniawski, którego starania doprowadziły do rehabilitacji płk. Kuklińskiego. Kukliński odwiedził Polskę w kwietniu 1998 r. Zmarł 11 lutego 2004 r. w wieku 73 lat w szpitalu w wyniku udaru mózgu.

Kariera wojskowa Ryszarda Kuklińskiego rozpoczęła się we Wrocławiu, gdzie trafił pod koniec II wojny światowej. Jako kilkunastoletni chłopak wstąpił do Oficerskiej Szkoły Piechoty, z której został relegowany tuż przed końcem nauki, podobno za opowiadanie dowcipów o kolektywizacji wsi. Po kilku miesiącach otrzymał jednak promocję na stopień chorążego. Prezentował wówczas „słuszną ideologicznie postawę” i był gorliwym aktywistą PPR, a później PZPR.

W 1953 r. mianowano go na stanowisko szefa sztabu batalionu w Brygadzie Przeciwdesantowej w Kołobrzegu, gdzie najwyraźniej sprawdzał się w służbie, bo szybko awansował. W efekcie skierowano go na studia do Akademii Sztabu Generalnego w Rembertowie, a po ich ukończeniu otrzymał awans na stopień majora i przydział służbowy do Sztabu Generalnego.

Jeszcze przed wyjazdem do Kołobrzegu zawarł związek małżeński, a jego wybranką została młodsza o dwa lata Joanna Christ, nazywana przez niego Hanną. Niebawem też urodziło się im dwóch synów – Waldemar i Bogusław (Bogdan). Kuklińscy zamieszkali w Warszawie w służbowym mieszkaniu przy ulicy Jana Olbrachta. W małżeństwie nie układało się najlepiej, bo Ryszard był typem pracoholika, a ponadto miał skłonności do zdradzania żony.

„(…) był miłym, sympatycznym człowiekiem – opowiadała Krystyna J., mężatka, pracownica Sztabu Generalnego – podobał się kobietom. Po około roku jego pracy w naszym oddziale nawiązała się między nami bliższa znajomość. Spotykaliśmy się w kawiarniach na kawie lub wyjeżdżaliśmy jego samochodem poza miasto. Przed wyjazdem jego do Wietnamu w latach 1968-1969 Ryszard Kukliński wyjeżdżał ze mną do lasu samochodem, który wtedy posiadał, to jest wartburgiem. Spotykaliśmy się przeciętnie dwa-trzy razy w miesiącu”.

Oboje dbali o zachowanie pozorów i nie pozwalali sobie na poufałość w miejscu pracy. A okazji nie brakowało, często bowiem zostawali razem po godzinach. Inna sprawa, że w tych czasach Kuklińskiego najbardziej interesowała kariera zawodowa.

(js)

Gen. Czesław Kiszczak o płk. Kuklińskim: niczym się nie wyróżniał. Idealny agent

„Był niepozornym, drobnym, łysiejącym blondynem – wspominał Czesław Kiszczak. – Nigdy nie odzywał się nie pytany, niczym się nie wyróżniał. Idealny agent. Byłem z nim na ‚ty’, studiowaliśmy razem na kursie w Akademii Sztabu Generalnego w Moskwie. Był cichy, uczynny, skromny, pracowity, służbisty, ładnie malował mapy. Ściągał buty i w skarpetkach chodził po olbrzymich mapach leżących na podłodze. Robił je dla siebie i kilkunastu kolegów. Miał też fenomenalną pamięć.

Jak teraz na to patrzę, to widzę, że był aż nadto służbistą. Pamiętam, jak kiedyś zjawił się u mnie w biurze z teczką (przypiętą łańcuszkiem do ręki) tajnych dokumentów. Podsunął mi dokument otwarty na stronie, którą miałem przeczytać i pokwitować fakt zapoznania się z nim. Ciekawiło mnie, co jest na innych stronach, usiłowałem namówić Kuklińskiego na kawę, kieliszek koniaku… Nawet nie usiadł”.

„CIA najwięcej naszych ludzi zwerbowała w Wietnamie – twierdził generał Władysław Pożoga. – Kukliński był w Wietnamie, zrobił błyskawiczną karierę, zajmował odpowiedzialne stanowisko, był łakomym kąskiem dla służb specjalnych i chociażby z tego powodu należała mu się kontrwywiadowcza ochrona. Mieliśmy sporo informacji o amerykańskich staraniach w stosunku do naszych oficerów pracujących w Wietnamie. Amerykanie dobrze płacili. Za samą zgodę na współpracę można było dostać kilka tysięcy dolarów. To powinno być sygnałem dla kontrwywiadu”.

W czerwcu 1967 r. Kukliński trafił do Wietnamu, gdzie pracował w Międzynarodowej Komisji Kontroli i Nadzoru. Mieszkał w Sajgonie w hotelu Catinat, w którym zakwaterowani byli również Amerykanie. Prowadził normalne życie towarzyskie, spotykał się z oficerami US Army, brał udział w organizowanych przez nich spotkaniach. Niektórzy z nich (w tym urodziwa pracownica ambasady panna Levandowsky) świetnie mówili po polsku i bez wątpienia byli kadrowymi pracownikami wywiadu. Podejrzenia o zwerbowanie Kuklińskiego nie znajdują jednak potwierdzenia w późniejszych relacjach pułkownika i funkcjonariuszy CIA. Wydaje się zresztą, że w tym czasie Kukliński miał zupełnie inne zainteresowania – czytamy w książce Sławomira Kopra.

 

„Miał wyjątkowe inklinacje do nawiązywania kontaktu z kobietami”

„Od początku zauważyłem – twierdził płk Henryk Radomski – że Kukliński ma wyjątkowe inklinacje do nawiązywania kontaktu z kobietami. Powszechnie mówiło się, że Kukliński ‚ma wszystko za darmo i nie musi płacić’. Chodziło tu o osobiste jego kontakty z naszą pracownicą, która pracowała w charakterze maszynistki”.

Wątpliwe również, aby Ryszard brał udział w innym procederze, który cieszył się dużą popularnością w środowisku polskiej kolonii w Sajgonie. Jak przystało na prawdziwych Polaków, nasi rodacy szybko dostrzegli ekonomiczne możliwości pobytu w Wietnamie. Nawet jeżeli pułkownik nie brał udziału w handlu, to i tak nieźle zarobił na pobycie w Indochinach. Diety płacono bowiem w dolarach, a oficerowie niewiele wydawali. A to już oznaczało poważne oszczędności. „Kukliński pobierał diety w tej samej wysokości co i ja – zeznawała radca w MSW Krystyna Garbowicz. – Uważam, że dysponował on za cały czas pobytu w Sajgonie kwotą około 2 tysięcy dolarów, a może i mniej. Wiem, że zakupił samochód opel rekord za 1800 dolarów. Taki sam samochód nabyłam ja, Wawrzyniak, Kukliński i jeszcze ktoś z członków naszej delegacji. Nadmieniam, że w podaną przeze mnie kwotę zarobionych pieniędzy przez Kuklińskiego 2000 dolarów USA wliczam należność przekazaną z tytułu zamiany klasy pierwszej na turystyczną, w wysokości 400 dolarów”.

Jeszcze podczas służby w Kołobrzegu Kuklińskiego zafascynowało żeglarstwo. Udało mu się nabyć zdewastowany kadłub poniemieckiego kutra, który wyremontował i przebudował na jacht. Pływał nim do czasu przeniesienia do Warszawy, ostatecznie sprzedał do Szwecji za niezłe pieniądze. Pasję żeglarską kontynuował również w późniejszych latach – pływał na jeziorach mazurskich, zawsze jednak ciągnęło go na morze. Po powrocie z Wietnamu został komandorem wojskowego klubu żeglarskiego Atol. Wraz z innymi oficerami wypływał na jachcie Legia w rejsy po Bałtyku i Morzu Północnym, zawsze jako kapitan jednostki. Prawdopodobnie wyprawy te finansował polski wywiad, a załoga wykonywała zadania szpiegowskie. „Podczas kilkudniowego postoju w Hamburgu – wspominał uczestnik rejsu, późniejszy generał Mieczysław Dachowski – załoga pod pretekstem turystycznych wycieczek wyszukiwała i opisywała miejsca najbardziej przydatne do prowadzenia operacji militarnych w rejonie Hamburga. Z pokładu jachtu za pomocą precyzyjnej echosondy dokonano dokładnych pomiarów głębokości przepraw wodnych na Łabie. Dodatkowo zdokumentowano rejon Helgolandu i znajdującego się tam ośrodka radarowego NATO”.

Zorganizowano kilka takich wypraw, a centrala w Warszawie była bardzo zadowolona z dostarczonych materiałów. W 1975 r. zakazano jednak tych rejsów, bo podobno obawiano się, że zachodnie służby zorientowały się w szpiegowskim procederze. Kuklińskiemu udało się jednak wypłynąć jeszcze kilka razy, tym razem już zupełnie prywatnie. Paradoksalne, że pułkownik, wykonując zadania szpiegowskie dla polskiego wywiadu, nawiązał kontakt z CIA. I wykorzystywał następne rejsy do odbywania kolejnych spotkań z Amerykanami… – czytamy w „Szpiegach PRL”

 

Utrzymywał bliskie kontakty z innymi, mimo to „jeszcze dwa-trzy razy uległa płk. Kuklińskiemu”

Po powrocie z Wietnamu Kukliński wznowił romans z Krystyną J., a związek ten trwał na poprzednio obowiązujących zasadach przez kilka następnych lat. Spotkania stawały się jednak coraz rzadsze, aż wreszcie około 1973 r. pani Krystyna uznała, że związek już się wypalił. Była w stanie tolerować żonę Ryszarda, ale inne panie już niekoniecznie. „Przyczyną tego stanu rzeczy były moje zastrzeżenia do płk. Kuklińskiego – zeznawała w 1982 roku. – Po prostu podejrzewałam, że utrzymuje bliskie kontakty towarzyskie również z innymi kobietami”.

Bywając w jego gabinecie, słyszała, jak dzwoniły do niego inne kobiety, a rozmowy te nie sprawiały wrażenia przypadkowych. Poza tym zauważyła, że w jego życiu pojawiła się stała partnerka, Barbara J. Kiedyś miała nawet okazję ją poznać, co przypieczętowało jej decyzję. Mimo to „jeszcze dwa-trzy razy uległa płk. Kuklińskiemu”. Krystyna zachowała dobre wspomnienia z romansu z Kuklińskim. Uważała, że w „stosunkach z kobietami był śmiały” i zachowywał się „jak normalny mężczyzna”, co zapewne oznaczało, że związek dał jej dużo satysfakcji. Przy okazji zauważyła, że często narzekał, iż „żona choruje na choroby kobiece i reumatyzm”, co miało być jedną z przyczyn nieudanego małżeństwa.

Wnikliwi badacze doliczyli się kilkunastu (raczej bliżej dwudziestu niż dziesięciu) nieformalnych związków pułkownika z kobietami. Dla większości historyków jest to dowód, że oficer budował w ten sposób legendę lekkoducha, co miało odwrócić uwagę otoczenia od jego kontaktów z CIA. Kobieciarz mógł przecież bywać w różnych miejscach o dziwnych porach i nikomu nie przyszłoby do głowy, że w tym czasie wysyła meldunki lub przekazuje materiały szpiegowskie. Identyczną opinię o Kuklińskim mieli również ci, którzy w przyszłości mieli go znienawidzić z całego serca.

„Uchodził za niezłego kogucika – mówił gen. Kiszczak. – Stale wywoził do lasu sekretarki, maszynistki, inne atrakcyjne kobiety. Nie afiszował się z tym, ale pozwalał wszystkim dostrzec, że jest z tych, co to lubią na boku. Tyle tylko, że on z tymi kobietami nie spał. No, może na początku, żeby romans obiecująco zacząć. Później brał taką na wycieczkę samochodem, wchodzili do lasu i kiedy ona była przekonana, że za chwilę wciągnie ją w krzaki, przepraszał, znikał na chwilę, niby za potrzebą, a po powrocie nagle zaczynało mu się spieszyć do domu”.

Faktycznie, Kukliński miał swoje ulubione miejsca w okolicach Warszawy. Odwiedzał je w damskim towarzystwie, co z perspektywy czasu mogło sugerować, że traktował kobiety instrumentalnie, a wyjazdy z nimi za miasto były dobrą przykrywką dla jego kontaktów z CIA.

„Te panienki były mu potrzebne tylko dla ubezpieczenia”

„Te panienki były mu potrzebne tylko dla ubezpieczenia wyjazdów do skrytek – kontynuował Kiszczak. – Wystarczyło tylko się szybko i niepostrzeżenie schylić, podnieść wydrążony kamień (ulubiony sposób Amerykanów na kontakt), który znajdował się w umówionym miejscu”. Nie wszystkie jednak panie pułkownikowi ulegały. Wprawdzie podobał się płci pięknej, ale zdarzało mu się również ponosić porażki. Najczęściej bywało tak w przypadku kobiet będących w nieformalnych związkach, gdyż mężatki były raczej mało odporne na jego urok.

„Płk Kukliński w osobistych kontaktach ze mną – zeznawała Hanna W. – dążył do nawiązania stosunków charakteru intymnego i w tym zakresie stawiał mi niedwuznaczne propozycje, a nawet próbował doprowadzić do zbliżenia intymnego i to działo się w moim mieszkaniu. Faktycznie jednak do stosunków osobistych między nami nie doszło i to tylko z mej przyczyny. Miałam i mam narzeczonego i w związku z tym nie byłam zainteresowana osobą Kuklińskiego”. Jej zamężne koleżanki nie miały takich obiekcji i bez większych oporów dołączały do galerii zdobyczy pułkownika. Wiele z nich wymagało jednak wyłączności (oczywiście nie licząc żony), toteż zrywały znajomość, gdy okazywało się, że w jego życiu są jeszcze inne panie.

„Z opowiadań w naszym zarządzie wiem, że prawdopodobnie płk Kukliński utrzymywał bliższe osobiste kontakty z kreślarką w Oddziale Szkolenia, ob. Krystyną Ch. – mówiła dalej Hanna W. – Wymieniona, po zniknięciu Kuklińskiego, przyszła do mnie i powiedziała do mnie, że kiedyś kochała się w Kuklińskim, jednak z uwagi na to, że zorientowała się, że Kukliński romansuje z innymi kobietami, zerwała z nim. Wydaje mi się, że Ch. wspomniała o tych sprawach dlatego, że uważała, iż ja również byłam jedną z kochanek Kuklińskiego”.

Niewiele brakowało, by romans z Krystyną Ch. zakończył się tragedią, dziewczyna miała bowiem wyjątkowo zazdrosnego męża. Mężczyzna zaczął ją śledzić, a był człowiekiem dość porywczym. Kukliński dzierżawił w tym czasie kawałek ziemi na wschód od Mińska Mazowieckiego. Oficjalnie miał tam remontować jacht, a w rzeczywistości uznał, że będzie to dobre miejsce na intymne spotkania (rodzina nic nie wiedziała o tej działce). Postawił tam letni domek, do którego regularnie przyjeżdżał z dziewczętami. „Raz jednak taka randka pod Mińskiem – wspominał po latach – o mało nie skończyła się tragicznie i dla mnie, i dla mojej towarzyszki. (…) Coś tam wypiliśmy, pieczemy kiełbaski na ogniu, upał straszny, toteż oboje byliśmy dość skąpo odziani. Nagle z lasu wyskakuje facet z bronią. Był po cywilnemu, sądziłem więc, że to tajniak. – Ręce do góry! – krzyczy. Wolno się podniosłem, całe życie przeleciało mi przed oczami. Byłem pewien, że to koniec. Trochę się tylko dziwiłem, że działał sam. To nie są ich metody, zza tych krzaków powinno ich wyskoczyć dziesięciu, piętnastu. Oczekiwałem, że się to za chwilę stanie. I nagle słyszę: Heniek, daj spokój! Okazało się, że to zazdrosny mąż, który nas śledził. Jakoś z tego wybrnąłem, a raczej dziewczyna załagodziła. Była w sztabie kreślarką, całe noce pracowaliśmy razem”.

Przy okazji cała sprawa okazała się doskonałym kamuflażem, a Kukliński utwierdził swoją sławę playboya. Dla otoczenia było to potwierdzenie, że lubi pozamałżeński seks i głównie jemu poświęca swój wolny „(…) Historia błyskawicznie rozniosła się po sztabie, co było mi bardzo na rękę – potwierdzał Kukliński. – Ona opowiedziała to koleżance, ta puściła to dalej. Wszyscy się po cichu podśmiewali, że zazdrosny mąż jednej z kreślarek chciał się z Kuklińskim strzelać”.

Nie każdej partnerce odpowiadało zbliżenie w samochodzie czy na ściółce leśnej

Kiedy czyta się zeznania jego partnerek, można jednak odnieść wrażenie, że pułkownik rzeczywiście lubił przygody męsko-damskie i chyba specjalnie nie wzdragał się przed nawiązywaniem nowych znajomości. Problemem było jednak to, że niektóre panie nie zgadzały się na prymitywne warunki intymnych spotkań. Wprawdzie wspólne wyjazdy do lasu można uznać za przejaw romantyzmu, ale nie każdej partnerce odpowiadało zbliżenie erotyczne w samochodzie czy na ściółce leśnej. Mirosława G., która poznała go w sierpniu 1981 r., miała ochotę na skonsumowanie znajomości, ale niekoniecznie w takim miejscu.

„Przyjechał wieczorem około godziny 17.00 w pobliże mojego domu – opowiadała. – Następnie płk Kukliński powiedział, że pojedziemy na spacer poza Warszawę. Pamiętam, że pojechaliśmy przez Bemowo i po przejechaniu około 40 kilometrów zatrzymaliśmy się na skraju Kampinosu. Płk Kukliński wprowadził samochód pomiędzy drzewa tak, aby nie był widoczny z drogi. Pozamykał okna od samochodu, włączył magnetofon, z tym że zasłonił skalę odbiornika tak, aby nie było widać światła. W samochodzie piliśmy wino, słuchaliśmy muzyki i całowaliśmy się. Z jego zachowania wynika, że dążył do zbliżenia intymnego, jednak oświadczyłam mu stanowczo, że nie odpowiadają mi takie warunki”.

Kukliński nie zmieniał obyczajów aż do chwili wyjazdu z Polski. Z Mirosławą G. spotkał się kolejny raz na kilka dni przed ewakuacją, w dniu Wszystkich Świętych. Ponownie pojechali za miasto i znów pani Mirosława odmówiła, tłumacząc, że seks w lesie jej nie interesuje. Wobec tego umówili się, że „spotkają się pod koniec tygodnia i pojadą na całą noc do jakiegoś motelu”. A kiedy nie zadzwonił, pani G. uznała, że pułkownikowi brakuje taktu…

„Około 13 lat temu byłam na wczasach w Międzyzdrojach – zeznawała w lutym 1982 r. Urszula M. – Podczas pobytu na wczasach poznałam i zaprzyjaźniłam się z Barbarą J. Wspólnie chodziłyśmy na spacery. W czasie jednego ze spacerów poznałyśmy płk. Kuklińskiego. (…) Barbara umówiła się z pułkownikiem Kuklińskim i po powrocie do Warszawy zaczęli się spotykać”. W ten sposób rozpoczęła się zapewne największa miłość płk. Kuklińskiego. Młodsza o 16 lat Barbara J. stała się jego nieodłączną towarzyszką, o wiele bliższą niż małżonka. Nie planowali jednak wspólnej przeszłości.

„Kukliński nigdy nie obiecywał J. zawarcia związku małżeńskiego i ona o tym doskonale wiedziała – potwierdzał płk Włodzimierz Bauer. – Barbara nie mogła mieć dzieci. (…) Z opowiadań Kuklińskiej wiem, że orientowała się ona w kontakcie prywatnym jej męża z Barbarą J.”. Nie wiadomo, jak na losy ich związku wpłynęła bezpłodność Barbary. Sądząc po częstych wzmiankach na ten temat w wypowiedziach jej znajomych, bardzo to przeżywała. Tym bardziej że pośrednim sprawcą nieszczęścia był sam Kukliński, który miał ją zmusić do aborcji, gdy zaszła z nim w ciążę. Nie myślała jednak o rozstaniu z pułkownikiem, albowiem wydaje się, że on również był miłością jej życia. Zapewne z tego właśnie powodu obojgu zdarzało się zapominać o otaczającym ich świecie.

„W czasie spaceru Ryszard powiedział mi – opowiadała Urszula M. – że (kiedyś) otrzymał propozycję wyjazdu na placówkę dyplomatyczną. W związku z tym mieli go wezwać gdzieś na rozmowę. W trakcie tej rozmowy, jak wynikało z wypowiedzi Ryszarda, pokazano mu film, na którym uwidoczniony był on i Barbara, jak biegają nago po lesie. To właśnie miało zadecydować o tym, że nie wysłano go na placówkę dyplomatyczną”.

 

Ten romans trwał 10 lat

Kochankowie wykorzystywali każdą wolną chwilę, aby być razem. Barbara towarzyszyła pułkownikowi w wyjazdach służbowych, także tych zagranicznych. Zdarzyło się nawet, że „odwiedziła go w Moskwie, kiedy był on tam na jakimś kursie”, towarzyszyła mu też w niektórych rejsach. A znajomym mówiła, że chociaż wie, iż on nigdy się nie rozwiedzie, to „sposób, w jaki spotyka się z Ryszardem, w zupełności jej wystarcza” – czytamy w „Szpiegach PRL”.

Kukliński wspomagał ją finansowo i obsypywał prezentami zakupionymi w Peweksie lub przywiezionymi z zagranicy. Zaangażowanie pułkownika stało się szczególnie widoczne, kiedy jego partnerka otrzymała mieszkanie. „J. po otrzymaniu mieszkania własnościowego otrzymała od Kuklińskiego 60 tysięcy złotych na urządzenie – zeznawał płk Bauer. – (…) Wyposażenie mieszkania J., a szczególnie glazura została nabyta w PKO. Projektantem urządzenia mieszkania był płk Kukliński”.

Ryszard bywał również częstym gościem w domu rodzinnym kochanki, toteż dobrze znali go zarówno jej ojciec, jak i brat (matka wówczas już nie żyła). Obaj panowie domyślali się charakteru związku Barbary z Kuklińskim, orientowali się też w jego sytuacji rodzinnej. Ale nie protestowali, być może licząc na to, iż pułkownik wreszcie rozwiedzie się z żoną. Tym bardziej że Kukliński czasami dawał im to do zrozumienia. „W czasie spotkań – zeznawał ojciec Basi – Ryszard Kukliński opowiadał, że nie bardzo układają mu się stosunki rodzinne. Wspominał kilka razy, że ma zamiar rozwieść się z żoną. Nie podawał jednak, dlaczego chce to zrobić”.

Romans Ryszarda Kuklińskiego i Barbary J. trwał około 10 lat. W tym czasie pułkownikowi zdarzały się wprawdzie liczne przelotne związki, ale zawsze do niej wracał. I nie wiadomo, jak potoczyłyby się losy ich znajomości, gdyby w kwietniu 1979 r. Barbara nie zmarła na wylew krwi do mózgu. Kukliński bardzo to przeżył, pomagał przy organizacji pogrzebu i to właśnie on zajął się przygotowaniem tablicy nagrobnej.

Uczciwie trzeba jednak przyznać, że dość szybko pocieszył się w ramionach innej kobiety. Zainteresował się jej przyjaciółką, nie przerwał też pasma swoich przelotnych podbojów. „W kilka miesięcy po śmierci Barbary zaprosił mnie na spotkanie – wspominała Urszula M. – (…) Pojechaliśmy jego samochodem poza Warszawę. W tej chwili nie pamiętam do jakiego lokalu (…). Wypiliśmy po lampce alkoholu, a następnie udaliśmy się do części hotelowej. Tam doszło między nami do zbliżenia intymnego. Całe spotkanie trwało około dwóch godzin. Podobnych spotkań mogło być około pięciu. W czasie wyjazdów poza Warszawę zawsze wstępowaliśmy do (…) lokalu, a następnie udawaliśmy się do części hotelowej. Sprawy związane z załatwieniem pokoju zawsze załatwiał Ryszard. Nigdy nie doszło między nami do zbliżenia w lesie. (…) Za miasto wyjeżdżaliśmy jedynie wtedy, kiedy nie mieliśmy możliwości spotkania u mnie w domu”.

Nigdy nie wiadomo, co tak naprawdę tkwi w duszy drugiego człowieka. Kukliński zawsze miał luźny stosunek do kwestii wierności męsko-damskiej, ale do Barbary J. był jednak szczerze przywiązany. Po śmierci partnerki utrzymywał kontakt z jej ojcem, a tuż przed ewakuacją, pomimo narastającego zagrożenia, znalazł czas, aby się z nią pożegnać. „(…) pamiętam, że będąc na cmentarzu na grobie córki, zauważyłem na jej grobie kwiaty od Ryszarda – mówił ojciec Basi. – Poznałem to dlatego, że Ryszard zawsze na grobie mojej córki składał wiązankę róż”.

 

Stale dostawał nagrody pieniężne

„Statystycznie niemal co dwa miesiące – pisał Sławomir Cenckiewicz – Kukliński dostawał nagrody finansowe (od 2,5 tysiąca do 4 tysięcy złotych) i pisemne pochwały od przełożonych. A to za przygotowanie ćwiczeń, za zaangażowanie w prace sztabowe i operacyjne, za wkład pracy czy przygotowanie posiedzenia Rady Wojskowej Zjednoczonych Sił Zbrojnych Układu Warszawskiego, a opiniujący go przełożeni – głównie szef Sztabu Generalnego generał Florian Siwicki i jego zastępcy – ścigali się między sobą na pochwały”.

Sprawy finansowe pułkownika do dzisiaj rozpalają emocje. Jego przeciwnicy twierdzą, że brał pieniądze od CIA, podczas gdy obrońcy uważają, że przekazywał materiały nieodpłatnie – pisze Sławomir Koper. Sam zainteresowany twierdził, iż od Amerykanów nigdy nie wziął żadnej gotówki, co potwierdzał prowadzący go agent CI A, David Forden: „Nikt mu za to nie płacił. Bardzo szybko zrozumieliśmy, zarówno ja, jak i moi koledzy, że mógłby to potraktować jako zniewagę”.

Poziom życia rodziny Kuklińskich oceniano bardzo różnie. W czasach gdy mieszkali w służbowym lokalu przy ulicy Olbrachta w Warszawie, ich znajomi z kręgów oficerskich określali jego wyposażenie jako przeciętne. Natomiast gościom niezwiązanym z wojskiem mieszkanie Kuklińskich wydawało się niemal luksusowe. Najwyraźniej ocena zależała od standardów przyjętych w danym środowisku. 10 lat po powrocie Kuklińskiego z Wietnamu jego rodzina przeprowadziła się do willi, a właściwie do segmentu na Nowym Mieście. Była to niezwykle ekskluzywna lokalizacja, w samym centrum Warszawy, a jednocześnie przy cichej i spokojnej uliczce.

„Mieszkałem przy ulicy Rajców 11, na Nowym Mieście, w domu zbudowanym w latach siedemdziesiątych przez Oficerskie Spółdzielcze Zrzeszenie Budowy Domów Jednorodzinnych ‚Skarpa’ – wspominał pułkownik. – Mój dom, jeden z ośmiu, wybudowałem przez sześć lat z pieniędzy za sprzedany jacht, z rekompensaty za rezygnację z kwatery wojskowej, która mi przysługiwała – a to było 30 procent wartości domu, płatne z góry – z pożyczki hipotecznej oraz z pracy mojej, żony i synów”

 

Czy Kuklińscy mogli sobie pozwolić na dom i jego wykończenie z własnej pracy?

Czy jednak Kuklińscy mogli sobie pozwolić na spłatę i wykończenie domu z własnej pracy? Nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę, że Hanna zarabiała powyżej średniej krajowej (pracowała zawodowo do połowy 1978 r.), a Ryszard otrzymywał wysoką pensję i regularne nagrody? Informację o udziale synów trzeba chyba przyjąć z przymrużeniem oka, bo ich finansowy wkład w budowę willi w latach 70. mógł być co najwyżej symboliczny. Oczywiście spółdzielnia oficerska oferowała preferencyjne ceny, a Kuklińscy mieli dostęp do tańszych materiałów, ale pomimo to koszty inwestycji wydają się przekraczać ich możliwości finansowe.

Zbudowanie domu to jednak nie wszystko, bo prawdziwe problemy zaczynają się przy jego urządzaniu. Na oficerach niższych stopniem willa Kuklińskich robiła ogromne wrażenie – pisze Sławomir Koper. „(…) Ogólnie panowała opinia, że Kukliński wkłada dużo pracy w ten domek, sam wspominał, że wiele prac wykonuje osobiście. (…) Na polecenie zarządu zostałem wytypowany do uczestniczenia podczas przeszukiwania dokonywanego przez oficerów WSW. Dopiero wówczas przekonałem się, że Kukliński posiada nie żaden domek, lecz bardzo komfortową willę, wyposażenie willi luksusowe, meble, moim zdaniem, wykonywane na zamówienie. Takiej willi sposobem gospodarskim się nie wykona”.

Wiadomo jednak, że Kukliński zaciągał kredyty na prace wykończeniowe, co potwierdza zeznanie jego kolegi, płk. Ryszarda Fornalczyka: „W 1974 r. lub 1975 r., daty bliżej nie pamiętam, Kukliński zwrócił się do mnie, abym był jednym z żyrantów pożyczki pobranej z banku czy KKOP (Koleżeńska Kasa Oszczędnościowo-Pożyczkowa). Wiem, iż chodziło o kwotę 150 tysięcy złotych. Pożyczka była związana z budową willi. Jestem przekonany, że pożyczka została zwrócona. Słyszałem, że ktoś jeszcze żyrował Kuklińskiemu różne pożyczki, lecz bliżej tego nie znam”.

I rzeczywiście pułkownik stworzył coś w rodzaju prywatnej piramidy finansowej i zaciągał nowe kredyty (często żyrowane przez oficerów Sztabu Generalnego), aby spłacać poprzednie. Do tego notorycznie pożyczał od znajomych duże kwoty, które zwracał zresztą niezwykle punktualnie. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że gdyby faktycznie potrzebował prywatnych pożyczek, to zdarzałyby mu się opóźnienia w ich spłacie. Tymczasem można podejrzewać, że był to rodzaj parawanu mającego zasłonić jego prawdziwą sytuację finansową…

 

„Miał luksusową willę przy ulicy Rajców i pokaźny sad pod Warszawą. To był majątek”

Płk Mieczysław Janik nie miał wątpliwości, że Kuklińscy nie mogli w legalny sposób osiągnąć swojego statusu materialnego. Warto zwrócić uwagę na tę opinię, albowiem pochodzi ona od podwładnego, który wiedział, ile jego przełożony zarabia: „(…) każdy, kto tylko był w domu płk. Kuklińskiego, powinien odnieść wrażenie, że ten luksus nie pochodzi z legalnego źródła. Takie jest moje odczucie jako oficera, który orientuje się, ile zarabiał płk Kukliński i jaką kwotą mógł dysponować z tytułu nakładów otrzymywanych od MON” – czytamy w „Szpiegach PRL.

Nie była to odosobniona opinia, albowiem wyposażenie domu stanowiło dużą niespodziankę dla osób odwiedzających Kuklińskich po raz pierwszy. „Wystrojem mieszkania byłem bardzo zaskoczony – przyznawał ppłk Mieczysław Kacprzyński. – Wnętrze było luksusowo wykończone. Pokazywał mi piękne meble, wykończenie pokoi, kuchni, a nawet garażu. Na moje pytanie, skąd wziął pieniądze na taki luksus, odpowiedział mi jak poprzednio, że dużo zarabia, że otrzymuje nagrody”.

Oceniano, że tylko za samą dębową boazerię w przedpokoju i na schodach pułkownik musiał zapłacić około 100 tysięcy złotych (bez kosztów montażu). Jednak choć w 1978 r. średnia krajowa wynosiła zaledwie 4887 złotych, to Kukliński zarabiał znacznie lepiej i rzeczywiście regularnie otrzymywał wysokie nagrody. Mógł więc starać się przekonywać otoczenie, że wybudował i wyposażył dom za pieniądze pochodzące z legalnych źródeł.

Czesław Kiszczak: „Gdybyśmy dokładniej się zainteresowali jego samochodem, jego poziomem życia, jego niektórymi zwyczajami… Jeździł sfatygowanym fordem taurusem (według innych źródeł oplem rekordem), ale po jego ucieczce okazało się, że to marne opakowanie kryło w sobie znakomity nowy silnik z nowym zawieszeniem. Miał luksusową willę przy ulicy Rajców i pokaźny sad pod Warszawą. To był majątek. Jedna sprawa zdemaskowałaby go bardzo szybko, gdybyśmy tylko na to zwrócili uwagę”.

 

Droga do „urządzenia się do końca życia” była daleka, o wiele bliższy i bardziej realny wydawał się pluton egzekucyjny…

Prawdziwym problemem dla rzeczników finansowej nieskazitelności pułkownika okazał się jednak nie segment przy ulicy Rajców, ale sad w Stefanówce koło Wiązowny. Posiadłość o powierzchni ponad 10 hektarów oficjalnie kupiono na Bogdana Kuklińskiego za niewyobrażalną kwotę 2 milionów złotych. Do tego doszło jeszcze obciążenie hipoteczne w wysokości 450 tysięcy złotych. Transakcję sfinalizowano na przełomie 1980 i 1981 r., kiedy Hanna Kuklińska od dwóch lat już nie pracowała. Średnia krajowa wynosiła wówczas 6040 złotych, co oznacza, że gdyby pułkownik dokonywał zakupu obecnie, musiałby zapłacić blisko 1,2 miliona złotych. A do tego jeszcze hipoteka w wysokości ponad ćwierć miliona…

Bogdan Kukliński (oficjalnie bez zatrudnienia) zapłacił 250 tysięcy zadatku, po czym ojciec zakończył transakcję. Pieniądze przekazał w swojej warszawskiej willi, a dotychczasowy właściciel sadu zapamiętał, że otrzymał banknoty posegregowane i że każdy plik miał banderolę bankową. Sadem rzeczywiście zajmował się Bogdan, który w międzyczasie zdobył uprawnienia rolnicze (był to warunek przeprowadzenia transakcji na jego nazwisko). Wiadomo, że „usprzętowił” nieco gospodarstwo – zakupił nowy traktor, dysponował również dwoma samochodami (warszawa kombi i tarpan). To były kolejne koszty i to wcale niemałe. Gdy bowiem kilka miesięcy później rodzina szykowała się do ewakuacji, Bogdan pospiesznie sprzedał ciągnik. Uzyskał za niego 120 tysięcy złotych, a nabywca był bardzo zadowolony z tak okazyjnej ceny… Franciszek Puchała, emerytowany generał LWP, w swojej bardzo krytycznej (delikatnie mówiąc) biografii Kuklińskiego przytacza opinię anonimowego oficera kontrwywiadu: „(…) Proszę nie wierzyć, że nie brał pieniędzy. Musiał brać, bo skąd miałby na willę, jacht, samochód i hektary sadów. Poza tym wiedział, że w Waszyngtonie ma swoje konto, na które wpływają dolary. I że jak wyjedzie, to w USA czekać będzie na niego obywatelstwo i pełne konto w banku. I będzie urządzony do końca życia”.

Dziwnym jednak trafem ludzie wyrażający podobne opinie niemal zawsze pozostają anonimowi. Przypadek? Bardzo wątpliwe. Przy okazji warto też przypomnieć, że dla Kuklińskiego droga do „urządzenia się do końca życia” była wówczas bardzo daleka, a o wiele bliższy i bardziej realny wydawał się pluton egzekucyjny…

Fragmenty książki Sławomira Kopra „Szpiedzy PRL” publikujemy dzięki uprzejmości wydawnictwa „Czerwone i Czarne”.

One thought on “Wyznania kochanki pokerzysty, pośmiertnego generała i szpiega

Możliwość komentowania jest wyłączona.