WP.PL sport

 

Skocznia na Narodowym? Górale są wściekli, PZN uspokaja

Pomysł organizacji konkursu Pucharu Świata w skokach na Stadionie Narodowym w Warszawie wzbudza niezwykle dużo emocji w środowisku narciarskim. Pierwszy trener Adama Małysza Jan Szturc uważa, że pieniądze lepiej byłoby przeznaczyć na wymagające remontu skocznie w Beskidach i Tatrach. Z kolei burmistrz Wisły Jan Polaczek zapowiada, że skocznię w Malince zaleje wodą i zorganizuje tam zawody dla… kajakarzy górskich. My na temat oryginalnej inicjatywy i głosów oburzenia rozmawiamy z sekretarzem generalnym Polskiego Związku Narciarskiego Grzegorzem Mikułą.

Zobacz również

 

 

Michał Bugno: Od kilku dni w mediach głośno mówi się o pomyśle zorganizowania konkursu Pucharu Świata w skokach narciarskich na Stadionie Narodowym w Warszawie. Inicjatywa ta pojawiła się podobno już latem. Wyszła ze strony polskiej czy ze strony FIS-u i Waltera Hofera?
Grzegorz Mikuła: Nie jestem w stanie wskazać dokładnej daty, miejsca i osoby, która pierwsza to zaproponowała. Wiem jednak, że pomysł narodził się w Tatrzańskim Związku Narciarskim, a osobą, która współpracuje z TZN w zakresie marketingu Pucharu Świata, jest Wojciech Ziemski z agencji Testa Communications. Jeżeli chodzi o Waltera Hofera, to zdaje się, że w jakiś sposób podchwycił i zaaprobował ten pomysł. Dziś szczegółowe rozmowy toczą się właśnie na tej linii. My, jako związek, bardziej się temu przyglądamy. Oczywiście, wspieramy ten pomysł, jak tylko możemy, jednak nie jest to inicjatywa nasza, lecz lokalnego inicjatora.

Jak zareagował pan, kiedy po raz pierwszy usłyszał o pomyśle organizacji skoków narciarskich na Stadionie Narodowym? Był pan mocno zaskoczony?
Na pewno. Każdy był zaskoczony, bo jest to coś nietypowego. Każda skocznia narciarska jest przecież bardzo dużym obiektem. Pierwszą myślą, jaka przeszła mi przez głowę, było pytanie, jak to w ogóle możliwe. Później, kiedy rozłożyliśmy temat na czynniki pierwsze i analizowaliśmy go, okazało się, że już przed wojną organizowano skoki na stadionach w USA. Po wojnie podobne przedsięwzięcie miało miejsce na Wembley w 1961 roku. Na pewno były to mniejsze skocznie niż ta, która miałaby powstać w Warszawie, ale nie zmienia to faktu, że takie wydarzenia już się odbywały. Dziś żyjemy w czasach, w których wiele rzeczy jest możliwych. Czemu więc nie spróbować?

Prezes Apoloniusz Tajner powiedział w rozmowie z serwisem SportoweFakty.pl, że powstały już wstępne rysy techniczne dwóch skoczni: jednej o parametrze K 65 i drugiej K 90. Która koncepcja bardziej się Wam w PZN-ie podoba?
Myślę, że to zależy tylko i wyłącznie od możliwości technicznych i finansowych organizatora, którym byłby Tatrzański Związek Narciarski. Jedna i druga koncepcja jest dobra. Większa skocznia sprawia, że mogłyby to być zawody Pucharu Świata. Jeśli zdecydowalibyśmy się na mniejszą skocznię, to konkurs mógłby mieć rangę PŚ, ale skoki nie byłyby już tak dalekie. Odbywałoby się to bardziej na zasadzie narciarskiego show niż mocnej sportowej rywalizacji, bo zawodnicy pokroju Thomasa Morgensterna, Gregora Schlierenzauera, czy Kamila Stocha już dawno nie skakali na takich 60-metrowych obiektach. Gdyby udało zbudować się duży obiekt, na pewno byłoby idealnie. Z pewnością jednak byłoby to droższe przedsięwzięcie, bo zbudowanie takiej 90-metrowej skoczni wiązałoby się z wyprowadzeniem konstrukcji poza obręb korony stadionu, a być może nawet z rozebraniem części dachu. Byłyby to więc trudne sprawy techniczne. Z kolei skocznię 60-metrową można zbudować, nie naruszając konstrukcji dachu. Dużo łatwiej byłoby wkomponować ją w obiekt.

(inf. WP.PL)

Tymi pracami zajmują się dziś projektanci i konstruktorzy. Czy wiadomo, kiedy zapadnie ostateczna decyzja w tej sprawie?
Daty zakończenia prac nie znamy. Na razie projekt jest na etapie analiz. Z jednej strony, warto się z tym spieszyć, z drugiej – jest jeszcze sporo czasu, bo impreza wstępnie została wpisana do kalendarza Światowej Federacji Narciarskiej na październik przyszłego roku. Na przygotowania mamy więc dwanaście miesięcy. Nie jest tak, że wszystko musi być wiadome w ciągu tygodnia czy dwóch. To kwestia projektu, ale i licznych rozmów z osobami, które znają się na konstruowaniu takich budowli. Trzeba ustalić, z czego to zrobić i jak to zrobić, żeby było stabilne i bezpieczne. Tak, żeby wszystko można było rozegrać zgodnie z przepisami, obowiązującymi w światowych skokach narciarskich. Przedstawiciele TZN są w stałym kontakcie z fachowcami i spokojnie te sprawy analizują.

Inicjatywa podoba się Adamowi Małyszowi, który w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” przyznał, że skoki na Narodowym to wyśmienity pomysł. Od razu postawił jednak pytanie czy za pieniądze, które trzeba zainwestować w jednorazowy konkurs, nie lepiej byłoby wyremontować jakąś inną skocznię, która zostałaby na lata.
Obecnie nie ma innych planów budowy tak dużej, 90-metrowej skoczni. PZN nie jest zresztą instytucją, która buduje obiekty sportowe. Buduje je państwo. Skocznie w Wiśle, w Szczyrku czy w Zakopanem powstały z pieniędzy państwowych. My nie dysponujemy budżetem na budowę takich obiektów. Jeżeli dojdzie do tworzenia skoczni na Stadionie Narodowym, to koszty przygotowań pokryte zostaną pewnie wpływami ze sprzedaży biletów i praw marketingowych. Jeżeli chce się budować gdzieś inne małe obiekty, to wiadomo, że przychody z biletów i marketingu nie będą tak duże. To zupełnie inna inwestycja. A co do małych skoczni, to zapewniam, że cały czas staramy się i zabiegamy o to, żeby były one remontowane czy też, żeby powstawały nowe – dzięki różnym lokalnym inicjatywom. O pieniądze na te cele zabiegamy w budżecie państwa, bo sam związek odpowiada za szkolenie kadr, a nie za budowanie obiektów.

W przeciwieństwie do Adama Małysza – pomysł zupełnie nie podoba się dużej części społeczności narciarskiej w Wiśle. Trener Jan Szturc stwierdził w TVN24, że w pierwszej chwili pomyślał, że jest to żart primaaprilisowy, a pieniądze lepiej byłoby przeznaczyć na wymagające remontu skocznie w Beskidach i Tatrach, m.in. na Średnią Krokiew w Zakopanem. Jeszcze dalej poszedł burmistrz Wisły Jan Polaczek, który na łamach „Gazety Wyborczej” uznał, że w takim razie zaleje skocznię w Malince wodą i zorganizuje tam zawody dla kajakarzy górskich. Rozumie pan te głosy sprzeciwu z ich strony?
Wisła ma obiekt światowej klasy, na którym rozgrywane są zawody najwyższej rangi. Dwukrotnie odbywała się tam Letnia Grand Prix, a na nadchodzący sezon zaplanowano pierwszy zimowy konkurs Pucharu Świata. Jako PZN dbamy o to, żeby nie był to obiekt martwy. Organizuje się na nim naprawdę wiele imprez. Jest tam bardzo dobra ekipa na czele z Andrzejem Wąsowiczem, wiceprezesem PZN. Naprawdę, nie ma żadnego niebezpieczeństwa, ani tym bardziej potrzeby zalewania skoczni w Wiśle i przerabiania tego obiektu na jakikolwiek inny. Niech pozostanie skocznią narciarską… Nawet jeśli dojdzie do organizacji konkursu PŚ na Stadionie Narodowym w Warszawie, to obiekt w Malince w żaden sposób na tym nie straci. My natomiast będziemy mogli jeszcze mocniej promować skoki, na czym zyska cała Polska. W tym sezonie 2013/14 Wisła prawdopodobnie znów znajdzie się w kalendarzu zimowym PŚ. Nie widzę tu konfliktu interesów, bo konkursy nie będą nam zabierane, a wręcz przeciwnie – dokłada się nowe zawody. Podobne obawy były w Zakopanem, gdzie myśleli, że jeżeli powstanie skocznia w Wiśle, to PŚ zniknie z zimowej stolicy Polski. Tymczasem ciągle są dwa konkursy w Zakopanem, dochodzi trzeci w Wiśle, a być może będzie i czwarty w Warszawie. Nikt tu nie ucierpi, a plusów takiej sytuacji jest wiele.
Rozmawiał Michał Bugno, Wirtualna Polska