Tajemnice Włodzimierza N.
Marcin Górka, Bartłomiej Kuraś, Barbara Suchy
2012-02-22, ostatnia aktualizacja 2012-02-22 15:03
17 lutego. Włodzimierz N. w Szpitalu Powiatowym w Zakopanem czeka na karetkę
Fot. Marek Podmokły / Agencja Gazeta
Chorąży, specjalista od wojskowego PR. Nie odebrał Gwiazdy Iraku przyznaną mu za operację "Iracka wolność". Zrezygnował z wojskowej renty. Zna arabski i fascynował się Indianami Ameryki Południowej. Dlaczego chciał umrzeć w górskim szałasie?
ZOBACZ TAKŻE
- DZIEŃ W 60 SEKUND: ŚRODA, 22 LUTEGO (22-02-12, 20:00)
- Żołnierz odnaleziony w Tatrach mówi po arabsku (17-02-12, 17:24)
- Zaginiony w Tatrach. Jeden z setek żołnierzy z problemami (17-02-12, 09:00)
- Mężczyzna znaleziony w Tatrach to 36-letni Włodzimierz N., były żołnierz zawodowy (16-02-12, 07:08)
- Weterani bez święta i pieniędzy (30-05-11, 06:44)
SERWISY
Na zaśnieżonej polanie pod Kopieńcem, niedaleko Doliny Olczyskiej, w bardzo mroźny lutowy dzień Jan Polak, leśnik Tatrzańskiego Parku Narodowego i górski ratownik ochotnik, zauważa ślady człowieka. To nie jest miejsce spacerów turystów. W szałasie pasterskim znajduje wychłodzonego i wygłodzonego mężczyznę z odmrożonymi stopami. Ma tylko kurtkę i polarowe spodnie. Okrył się starymi szmatami i kołdrami, pozostawionymi tu przez baców. Nazbierał też sopli, którymi choć na chwilę mógł zaspokoić pragnienie i głód.
- Chciałem się zabić – szepcze do leśnika. Pytany, czy jest bezdomny, potakuje głową.
Jak rudobrody Chrystus
Tego dnia i przez kilka następnych, wiele więcej nie powie. Ani jak się nazywa, ani skąd jest. Na pytania w zakopiańskim szpitalu odpowiada tylko pojedynczymi słowami: "boli", "lepiej", "nie pamiętam". Po każdym pytaniu przesuwa wzrokiem, jakby szukał w głowie odpowiedzi.
- Na początku prawie się nie poruszał. Kiedy puszczaliśmy telewizor, tylko tak wodził oczami. Ja to mu nawet kilka portretów narysowałem, bo z tą brodą jak Chrystus wyglądał. Takie oczy cierpiące – opowiada jeden z pacjentów, który dzielił z nim szpitalną salę.
Jego zdjęcia obiegają wszystkie polskie media. Ale też słowackie. Widać wychudzoną twarz rudobrodego. W zakopiańskiej komendzie rozdzwaniają się telefony. Policjanci sprawdzają kilka wersji. Wreszcie dzwoni rodzina z Mazur, ale nie jest pewna, czy to ich Włodek.
Na zdjęciach zrobionych kolejnego dnia przez policję mężczyzna jest już ogolony. W Węgorzewie nie mają już wątpliwości. Rozpoznała go matka i siostra. Mówią, że z ich Włodkiem cały czas działo się coś dziwnego, odkąd wrócił z wojny w Iraku.
Żołnierz PR-owiec
Nikt ze znajomych nie pamięta, co Włodzimierz N. robił na misji w Libanie. Żołnierze śmieją się tylko, że ta misja pod egidą ONZ nazywana jest dzisiaj "turnusem wypoczynkowym". To nie to co Afganistan, gdzie każdy wyjazd na patrol skończyć się może wjechaniem na ajdika, czyli minę pułapkę, albo ostrzałem partyzantów.
Lepiej pamiętają go, gdy do Bydgoszczy, do "Czarnych pająków", czyli Centralnej Grupy Działań Psychologicznych, przyjechał ze szkoły podoficerskiej w Poznaniu. – Miły, spokojny, grzeczny, ambitny – tak pamięta chorążego N. jego dowódca płk Marek Dragan. – Bardzo chciał wyjechać do Iraku. Żądny nowych doświadczeń, zafascynowany kulturą arabską, świetnie znał angielski i uczył się arabskiego.
Koledzy pamiętają, że płacił nawet za prywatne lekcje arabskiego. – W ogóle to on miał swój świat. Opowiadał, że chce pojechać do Ameryki Południowej, fascynowali go tamtejsi Indianie – mówi jeden ze znajomych Włodzimierza N., dzisiaj na misji w Afganistanie.
Co 25-letni Włodzimierz N. robił w Iraku w 2003 roku? PSYOPS, czyli Centralna Grupa Działań Psychologicznych, została stworzona do robienie "piaru" dla wojska wśród lokalnej społeczności. Produkowali i kolportowali ulotki, wkładki do gazet, prowadzili audycje w rozgłośniach radiowych, nawet przygotowywali telewizyjne spoty. – Mieliśmy pokazać miejscowym, że wojsko nie przyjechało okupować ich kraju, ale żeby im pomóc – wyjaśnia płk Dragan, który wtedy, w czasie I zmiany polskiego wojska w Iraku dowodził grupą PSYOPS. Był więc bezpośrednim przełożonym Włodzimierza N. – Jego zadania polegały na analizie zdobywanych informacji o skutkach naszych działań. Robota za biurkiem, sztabowa. Bo my nie byliśmy od walki. Moi ludzie wyjeżdżali w teren tylko wtedy, gdy było bezpiecznie. Włodek dobrze się ze swojej pracy wywiązywał. Przygotował nawet badania opinii publicznej na temat obecności naszego wojska w Iraku.
Koledzy Włodzimierza N. mówią, że jedyną "bombą", na jaką trafił w Iraku, było odkrycie rakiet "Roland". Ta wybuchła jednak nie w Iraku, ale w kraju, bo polski rząd ogłosił, że pociski te zostały wyprodukowane we Francji w czasie obowiązywania międzynarodowego embarga na dostawy broni do Iraku, wywołując tym międzynarodową awanturę. A Włodzimierz N. po prostu przywiózł na miejsce odkrycia irackich dziennikarzy.
- Traumatycznych przeżyć w Iraku na pewno nie miał – konkluduje płk Dragan.
Ale to właśnie na tej misji Włodzimierz N. zaczął się zachowywać "dziwnie". Koledzy mówią: zamykał się w swoim świecie. Na długie minuty "wyłączał się", patrzył w jeden punkt, nic do niego nie docierało. Taki zamyślony był. I nie przeszkadzało mu nawet to, że mieszkał w wieloosobowym namiocie, w którym cały czas ktoś opowiadał o rodzinie, planach na przyszłość. Włodek o sobie ani o rodzinie jednak nie opowiadał. Tylko o tych Indianach. Wiadomo było tylko, że kawaler, że z Węgorzewa i że ma ojca, matkę i siostrę.
Koniec z armią, lepsi Indianie
Półtora roku po powrocie z Iraku świat Włodzimierza N. się posypał. W 2006 roku komisja lekarska stwierdziła, że do armii już się nie nadaje. Dostał kategorię "E" – niezdolny do służby wojskowej – i rentę, na początek na dwa lata. Powód? Zdiagnozowana padaczka.
Kolega z wojska snuje domysły: – Poczuł się odrzucony, bo wojsko, z którym był związany od czasów szkoły podchorążych przez ponad dziesięć lat, przestało się nim interesować. To było całe życie. A dostał jedynie groszową rentę, która go tylko upokarzała. Ambicja i honor nie pozwalała mu w takiej sytuacji kontaktować się z dawnymi kolegami z wojska. A przecież był wyszkolony, znał angielski i arabski. Dlaczego nie pozostawiono go w wojsku, nawet jako rencistę, by z takim doświadczeniem mógł szkolić innych?
Inny znajomy chorążego N.: – Dowódca proponował mu nawet, żeby został w wojsku jako pracownik cywilny. On się chyba honorem uniósł. Odmówił i powiedział, że wyjedzie do tych Indian.
Co się działo z Włodzimierzem N. po powrocie z Bydgoszczy do rodzinnego Węgorzewa, wie tylko jego rodzina, która jednak strzeże tajemnicy byłego żołnierza PSYOPS. I trochę lekarze szpitala na Szaserów w Warszawie, którzy leczą mu teraz kończyny. Ale obowiązuje ich "embargo". Rodzina, widząc kamery telewizyjne przed wjazdem do szpitala, zapowiedziała jego dyrekcji i przedstawicielom MON, żeby nie udzielali mediom żadnych informacji.
Z akt, do których dotarli urzędnicy MON, wiadomo już, że dwa lata po komisji lekarskiej, która przyznała mu rentę, Włodzimierz N. nie przyjechał na ponowne badania. To był 2008 rok. Co więcej, N. napisał, że zrzeka się wszelkich uprawnień i pieniędzy z wojska. Rentę przestał dostawać. Ubezpieczenia nie miał.
- Można sobie wyobrazić, co się działo dalej – mówi nam jeden z lekarzy, który rozmawiał z rodziną Włodzimierza N. – Facet zarabiał przecież nieźle, przywiózł pieniądze z dwóch misji. Wydatków wcześniej nie miał, bo w Bydgoszczy mieszkał w wojskowym internacie. Dobra, stała praca. Co więcej mógł chcieć młody człowiek z małego miasteczka? A w tym momencie został na garnuszku rodziców. Kłopot i wstyd dla rodziny.
Włodzimierz N. tak obraził się na wojsko, że nawet nie odebrał Gwiazdy Iraku, którą przyznano mu za udział w operacji "Iracka wolność". Ale z domu wychodził często. Znikał nawet na całe tygodnie. Podobno rodzinie niewiele tłumaczył, gdzie się wybiera. A ta…. niewiele się tym interesowała. – W końcu to dorosły chłop, a poza tym kłopot i wstyd mniejszy, jak go nie ma – mówi nam lekarz. – Te relacje w rodzinie były i stawały się coraz bardziej "dziwne". Można się tylko domyślać, jak to wyglądało. Podejrzewali, że z głową chłopaka może być coś nie tak. Problem był spychany w rodzinie na bok, a jak Włodka nie było, to problemu też nie było.
- Gdy do szpitala w Warszawie do Włodzimierza N. przyjechała rodzina: ojciec, matka i siostra, było, delikatnie mówiąc, "chłodno" – słyszymy od lekarzy. – Żadnych przeżyć, obejmowania, czułości. Matka z siostrą zaraz pojechały, tylko ojciec został na następny dzień.
Skończyło się tak, że ostatni raz matka widziała go w czerwcu. Powiedział, że właśnie zaciągnął się do prywatnej armii i będzie służył w Afryce albo w Azji. Wyszedł z domu, prosząc, by nie próbować się z nim kontaktować. Nikt nie wie, co się z nim działo aż do odnalezienia w Tatrach. Ani rodzina, ani koledzy z wojska.
- Mieliśmy w Iraku ciężkie chwile, trzymaliśmy się razem. Jak wróciliśmy, to po nikim nie było widać, że coś jest nie tak. Włodek w wojsku był bardzo inteligentnym i świetnie wysportowanym żołnierzem. Tyle że nie był tak rozmowny jak inni. W Polsce kontakt nam się urwał – mówi Marcin Walczak, który w Iraku służył razem z Włodzimierzem N.
O weteranach nic nie wiadomo
Nasi rozmówcy są pewni: do tego, że chorąży N. zaszył się w Tatrach i niemal zamarzł na śmierć, doprowadziło wszystko po kolei: trochę misja w Iraku, która, choć bez traumatycznych przeżyć, ślad w psychice pozostawia w każdym żołnierzy. Trochę wojsko, które nie zareagowało na to, że rencista nie stawia się na komisji i ostentacyjnie rezygnuje z jedynych pieniędzy.
- Od dawna mówimy, że musi być baza danych o weteranach, którzy odeszli z wojska, bo nic o nich nie wiadomo. Ludzie idą do cywila i dla armii przestają istnieć – mówi Tomasz Kloc, szef Stowarzyszenia Rannych i Poszkodowanych w Misjach Poza Granicami Kraju, które zrzesza 160 polskich weteranów. Włodzimierz N. do nich nie należał. Kloc spotkał się z N. w Iraku. On, saper, odkopał "Rolandy", Włodzimierz N. pokazywał je dziennikarzom. Kloc wrócił do domu ciężko ranny, Włodzimierz N. o własnych siłach.
MON obiecuje teraz, że taka baza weteranów powstanie. A tych, którzy przeszli przez Irak i Afganistan, szacuje się już w dziesiątkach tysięcy.
Dołożyła się też choroba, dla której przebiegu charakterystyczne są stany tzw. pomroczności. – Człowiek traci kontakt z rzeczywistością czasem na parę sekund, a czasem nawet na kilka tygodni – wyjaśnia płk Janusz Wilk, szef kliniki psychiatrycznej szpitala wojskowego w Bydgoszczy. – W tym czasie jest zupełnie kimś innym niż na co dzień. Nie rozpoznaje otoczenia, nie ma świadomości tego, co robi. A potem niczego nie pamięta.
Nasi rozmówcy z MON podkreślają, że wyrzuty sumienia powinna mieć też rodzina.
- My, lekarze wojskowi, mamy mocno ograniczone możliwości. Jeśli coś złego dzieje się z żołnierzem, wiemy to od kolegów albo rodziny – mówi lekarz ze szpitala przy Szaserów. – Dzisiaj żołnierz leczy się, gdzie chce, nie musi nas informować, na co choruje. Jeśli ten człowiek popadał w depresje, miał ataki choroby, to na czyją pomoc powinien liczyć jak nie najbliższego otoczenia?
Minister obrony narodowej Tomasz Siemoniak zapowiedział, że resort będzie wyjaśniał tajemniczą historię chorążego.
Psychologowie i psychiatrzy zajmą się nim dopiero, kiedy chirurdzy wyleczą mu odmrożone kończyny. Wtedy Włodzimierz N. trafi do Kliniki Psychiatrii i Stresu Bojowego. Przeszły przez nią setki żołnierzy, których po misjach w Iraku czy Afganistanie dopadł zespół stresu bojowego: otępienie albo agresja, stany depresyjne, lęki, niekontrolowane reakcje na dźwięki przypominające wojnę itd.
Psycholog kliniczny Bronisław Stoch, który próbował rozmawiać z pacjentem w Zakopanem, przyznaje, że Włodzimierz N. musiał przeżyć jakiś wstrząs, który uaktywnił zaburzenia.
Podobnie myśli lekarz z Kliniki Psychiatrii i Stresu Bojowego prof. Stanisław Ilnicki: – Na przeżycia z misji nałożył się stres związany z przedwczesnym odejściem z armii. I może jeszcze jakieś inne sprawy.
Źródło: Gazeta Wyborcza
Więcej… http://wyborcza.pl/1,87648,11209715,Tajemnice_Wlodzimierza_N_.html#ixzz1nHscsMhX















Najnowsze komentarze