W Polsce były obozy koncentracyjne? Trwa spór
Joanna Bosakowska, Joanna Pszon, Opole
2012-02-23, ostatnia aktualizacja 2012-02-23 11:39
Ekshumacja zwłok jeńców w obozie pracy w Łambinowicach
Czy można tak nazywać obozy, które powstawały na polskich ziemiach po drugiej wojnie światowej?
ZOBACZ TAKŻE
- Belgia: Ambasada RP interweniuje ws. "polskiego obozu nazistowskiego" (11-01-12, 14:05)
- Wracają "polskie obozy koncentracyjne" – alarmuje "Nasz Dziennik". (12-12-11, 09:49)
- Warszawa walczy o obóz koncentracyjny z klocków Lego (08-12-11, 17:09)
- ‘Polski obóz koncentracyjny’… w granicach Niemiec (04-11-11, 07:45)
- Milion podpisów przeciw ”polskim obozom koncentracyjnym” (30-10-10, 12:24)
SONDAŻ
Czy można używać nazwy ”polskie obozy koncentracyjne” dla obozów stworzonych przez komunistyczną bezpiekę?
Tak, w końcu były prowadzone przez polskie władze
Nie, bo państwo polskie nie było w pełni suwerenne
Nie mam zdania
Gorący spór o to wywołuje film dokumentalny Pawła Siegera. Trwa 45 minut, swoją historię opowiadają w nim dwie Ukrainki (osadzone w obozie Jaworznie) i jedna Ślązaczka (obóz Świętochłowice-Zgoda).
Zaczyna się od ujęć nazistowskiego obozu Auschwitz-Birkenau. Dr Norbert Honka z Uniwersytetu Opolskiego tłumaczy: – Nie zaprzestał działalności w 1945 r. W latach 1945-48 był podzielony na dwa obozy: jeden w Brzezince administrowała władza radziecka, NKWD, a drugi w Oświęcimiu – Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Osadzano tam także ludność rodzimą śląską i z okolicznych miejscowości Oświęcimia, głównie żołnierzy AK.
Narrator podkreśla, że warunki w tzw. obozach pracy nie różniły się od panujących w niemieckich obozach koncentracyjnych. Jedna z bohaterek filmu, która znalazła się w obozie dla Ślązaków w Świętochłowicach, wspomina: – Kobiety odbierały sobie życie, rzucając się na druty.
Bo choć Niemców już przepędzono, ogrodzenia utrzymywane były pod napięciem.
Opowiadała też, gdy gruchnęła wieść o końcu wojny i nagle rozległy się strzały, wszyscy osadzeni ucieszyli się, że Amerykanie przyjadą ich oswobodzić. – Wtedy pierwszy raz słyszałam zdanie, które potem się często nam powtarzano: nikt was, wy świnie, wy zdrajcy, nie będzie oswobadzał, wy zdechniecie, stąd się nie wychodzi, stąd was wyniesiemy.
Najwięcej emocji wzbudza tytuł filmu: "Polskie obozy koncentracyjne". Publicznie pokazywany był dotąd niewiele razy, ale można go oglądać w internecie. Autor dokumentu, Paweł Sieger (45 lat), który – jak mówi – zrealizował kilkadziesiąt materiałów TV, głównie reportaży i dokumentów, doczekał się określeń: "przedstawiciel odkrytej opcji niemieckiej", "szwabski separatysta", "wielbiciel Prus".
Młodzieżówka Solidarnej Polski napisała do premiera: "chce się przypisać wszystkim Polakom współudział w tworzeniu obozów koncentracyjnych". Apeluje, by premier wyjaśnił z śląskimi regionalnymi PO, które jest w koalicji z Ruchem Autonomii Śląska, jego rolę we powstaniu filmu i dyskusji wobec niego.
Katowicki poseł PiS Wojciech Szarama napisał do śląskiego marszałka, że stawianie tez o "polskich obozach koncentracyjnych" jest "skandaliczną próbą manipulowania prawdą historyczną oraz atakiem na polską historię i tożsamość. Jest także kolejnym działaniem mającym na celu skonfliktowanie mieszkańców Górnego Śląska poprzez tworzenie fałszywej symetrii: śląskie ofiary – polscy oprawcy."
A dla Rafała Ziemkiewicza, publicysty „Rzeczpospolitej” „prawdziwym szokiem jest fakt, że nikczemne określenie »polskie obozy koncentracyjne « propagowane jest już także na terenie państwa polskiego, przez ludzi, którzy wprawdzie nie uważają się za Polaków, ale używają polskiego języka”.
Autor filmu nie jest Ślązakiem. Daleczego go nakręcił? – Powojenne obozy to trudny i bolesny fragment polskiej historii, który pomimo upływu lat, wciąż nie przebił się do powszechnej świadomości. I nawet jeśli niemożliwe jest już rozliczenie konkretnych osób, to można i trzeba rozliczyć się z przeszłością.
Dr Honka przekonuje, że dyskusja o obozach jest Polsce potrzebna. – Rzetelna, obiektywna dyskusja. Społeczeństwo, w przeciwieństwie do polityków, do niej dojrzało.
Co to były za obozy?
Dokładnej liczby powojennych obozów nie da się dziś ustalić. Jak pisze prof. Edmund Nowak z Uniwersytetu Opolskiego przyjmuje się, że funkcjonowało ich ponad 500. Pierwsze zaczęły powstawać już w 1944 r., po wkroczeniu Armii Czerwonej na tereny Prus Wschodnich i Polski.
Niektóre podporządkowane były tylko władzom radzieckim i NKWD, większość kontrolowały jednak polskie władze, m.in. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego i Główny Zarząd Informacji WP.
Funkcje obozów też były różnorakie: gros z nich były to obozy pracy, ale były też obozy dla niemieckich jeńców wojennych; karne i izolacyjne; wysiedleńcze. Niektóre działały tylko kilka miesięcy, inne kilka lat.
"Najczęściej decydowano się na lokalizację w byłych obozach poniemieckich: koncentracyjnych i ich filiach (Oświęcim, Jaworzno, Majdanek, Świętochłowice, Blachownia Śląska), jenieckich oraz ich filiach (Łambinowce, Kluczbork, Żagań, Świętoszów). Obóz w Potulicach został urządzony na bazie byłego niemieckiego obozu pracy przymusowej dla Polaków" – pisze prof. Nowak.
Do obozów trafiali m.in. jeńcy wojenni, rodzima ludność Śląska, Prus Wschodnich, Pomorza, która musiała przejść weryfikację narodowościową (osoby uznane za Niemców były wysiedlane), Ukraińcy wysiedleni w ramach akcji "Wisła" oraz wszyscy ci, którzy zostali uznani za przeciwników nowej władzy (np. żołnierze AK).
"W niektórych obozach wobec najmniejszych przejawów łamania przepisów stosowano bardzo rozbudowany – wzorowany niestety na regulaminach obozów hitlerowskich – system kar, nie wyłączając bicia, torturowania, znęcania się, sadystycznych orgii, gwałtów na kobietach i morderstw. W części było to wynikiem wojennej demoralizacji, kryzysu zachowań etycznych" – pisze w książce prof. Nowak.
W obozach panowały złe warunki, wyżywienie było marne, wielu osadzonych umierało w wyniku chorób.
Sieger w filmie podaje, że w powojennych obozach zmarło lub zostało zamordowanych od 30 do 50 tys. osób. Prof. Nowak jest ostrożniejszy i uważa, że nie da się wiarygodnie oszacować liczby ofiar.
Można ustalić takie dane dla poszczególnych obozów, np. w Łambinowicach zmarło 1-1,5 tys. osób, w obozie Świętochłowice-Zgoda – 1855 osób, w Centralnym Obozie Pracy w Jaworznie – 6,3-7 tys., w Mysłowicach tylko w 1945 r. – 2227 zgonów.
Aż do 1989 r. powojenne obozy w Polsce były tematem zakazanym.
Czy można je nazywać koncentracyjnymi ?
- To nadużycie – oponuje dr Violetta Rezler-Wasielewska, dyrektor muzeum na terenie byłego obozu w Łambinowicach. – To nie były obozy organizowane z zamiarem eksterminacji ludzi.
Prof. Ryszard Kaczmarek, kierownik Zakładu Historii Śląska Uniwersytetu Śląskiego podkreślał w dyskusji po niedawnej projekcji w katowickim Kinoteatrze Rialto: – Istota tego problemu nie tkwi w tym, jak my nazwiemy te obozy, tylko co się w tych obozach działo.
I dodawał: – Samo pojęcie obozów koncentracyjnych to nie jest wymysł hitlerowski, ani sowiecki, ani polski. Takie obozy znane są od początków XX wieku.
Podobnie uważa dr Norbert Honka, który zajmuje się historią Śląska i stosunkami polsko-niemieckimi w XX w. – Nie odcinałbym się od określenia obozów powojennych mianem koncentracyjnych, mimo że taka nazwa kojarzy się z obozami tworzonymi w czasie wojny przez nazistów. Wiele z tych nazistowskich obozów, które nazywały się koncentracyjne, nie były przeznaczone do koncentracji ludzi na określonym terytorium i poddaniu ich represjom – bo taka jest najpowszechniejsza definicja obozu koncentracyjnego. Były to obozy zagłady, w których poddawano ludność eksterminacji.
Także przez wzgląd na skojarzenia z niemieckimi obozami zagłady Norbert Rasch, szef Mniejszości Niemieckiej na Opolszczyźnie uważa, że nie należy tych obozów nazywać koncentracyjnymi. – Bo w świadomości ludzi funkcjonuje zbitka: "obóz koncentracyjny" równa się "komory gazowe". Trzebaby poszukać jakiegoś innego pojęcia, które nie wywoływałoby takich kontrowersji – uważa.
I dodaje: – Ale zostawiłobym określenie "polskie obozy", bo to Polacy nimi zarządzali.
Czy można nazywać polskimi?
Socjolog dr Danuta Berlińska z Uniwersytetu Opolskiego absolutnie się z tym nie zgadza. Jej zdaniem można mówić jedynie o "sowieckich obozach koncentracyjnych na polskich ziemiach", bo określenie "polskie obozy koncentracyjne" sugerowałoby, że była to inicjatywa władz polskich.
- Polska nie była suwerennym państwem. PKWN zgodnie z wytycznymi Sowietów w październiku 1944 r. wydał instrukcję o kierowaniu do specjalnych obozów pracy zdrajców narodu, tzw. folksdojczów oraz członków organizacji niepodległościowych. Osadzanie w obozach oponentów politycznych, osób uważanych za zdrajców, a także członków mniejszości narodowych, które w mniemaniu władz zagrażały nowemu porządkowi, były typową dla systemów totalitarnych formą represji – stwierdza Berlińska.
Szef RAŚ, dr Jerzy Gorzelik: – Większość obozów na Śląsku była obozami Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, czyli polskiego ministerstwa. Komunistycznego, ale polskiego – podkreśla. – Przeciwnicy takiego określenia wskazują, że władza, która zakładała te obozy, nie miała demokratycznej legitymacji. Ci, którzy uznają, że jest ono uprawnione, mówią, że tego typu obozy wpisywały się w program budowania Polski jednolitej narodowo, o którym polscy komuniści mówili jeszcze w czasie wojny.
- Określenie "polskie obozy koncentracyjne" musiało w końcu kiedyś paść – stwierdza śląski senator Kazimierz Kutz. – W mojej książce "Piąta strona świata" też użyłem tych słów pisząc o powojennych represjach na Ślązakach. Polacy pastwili się nad Ślązakami, zginęło ich co najmniej kilkanaście tysięcy, o czym się wiele lat nie mówiło. Dlatego prawda musi ujrzeć światło dzienne.
- Nieważne, czy to obóz pracy, czy koncentracyjny – uważa Kutz. – Nie chodzi o słowa, lecz o fakty, a one są takie, że to już nie Niemcy, a Polacy po wojnie lokowali Ślązaków w tych obozach. I ja się cieszę, że taka dyskusja ma miejsce.
Czemu ta debata wróciła?
Tyle, że dyskusja o powojennych obozach w Polsce już się odbyła. W latach 90. ukazało się wiele publikacjo, zarówno w prasie polskiej (także w "Gazecie", m.in. "Potulice – zemsta ofiar" i "Śląska tragedia"), jak i w niemieckiej. – Była ważną częścią polsko-niemieckiej normalizacji, odkrywaniem białych plam historii. Eksplodowało wówczas także zainteresowanie historią wszystkich mniejszości narodowych w Polsce – mówi prof. Piotr Madajczyk z Zakładu Studiów nad Niemcami Instytutu Studiów Politycznych PAN.
Dlaczego temat powraca teraz z taką mocą? – Dorosła już kolejna generacja, zapewne patrząca inaczej na te problemy. No i choć w relacjach polsko-niemieckich historia, w tym ta historia powojennych obozów straciła na znaczeniu, to w Polsce w kontekście minionej polityki powraca się do pewnych tematów – uważa prof. Madajczyk.
Czy polityka historyczna Kaczyńskich wzmogła antagonizmy narodowościowe, albo podejrzliwość wobec Ślązaków? – Chyba wzmocniła identyfikację z polską historią. Ale czy uczyniła nas bardziej nacjonalistycznymi? Życzliwe przyjęcie filmu "Róża" wskazuje, że nie wróciliśmy do skupiania się na własnym cierpieniu – dodaje prof. Madajczyk.
Podkreśla, że trudno znaleźć jedno określenie na obozy działające po wojnie. – Sam mam z tym problem. "Obozy koncentracyjne" byłyby dobrym określeniem, gdyby po drodze nie zdarzyła się III Rzesza, bo dziś ta nazwa kojarzy się nam przede wszystkim z eksterminacją ludności. A "obozy pracy" to też nie jest zbyt trafne określenie, bo w przypadku niektórych obozów, które miały charakter represyjny, byłoby to upiększanie rzeczywistości – podsumowuje.
Film o ”polskich obozach koncentracyjnych” na stronie reżysera – Pawła Siegera
Źródło: Gazeta Wyborcza Opole
1 2
















Najnowsze komentarze