Archiwum | 20:08

Głódź ponad solidarnym prawem

26 sty

Abp Głódź nie stawił się w sądzie - sąd nałożył grzywnę.

PAP | dodane (18:05)

fot. PAP / Adam Warżawa Abp Sławoj Leszek Głódź

opinie

IDŹ DO OPINII

AAAdrukuj

1 tys. zł grzywny nałożył na Archidiecezję Gdańską Sąd Rejonowy w Gdańsku. Na rozprawę o ujawnienie majątku archidiecezji nie stawił się bowiem metropolita gdański abp Sławoj Leszek Głódź.
O ujawnienie majątku Archidiecezji Gdańskiej wystąpił do sądu II Urząd Skarbowy w Gdańsku - powiedział rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Gdańsku Tomasz Adamski. – Toczy się bowiem postępowanie egzekucyjne administracyjne wobec archidiecezji. W takiej sytuacji można zażądać od dłużnika ujawnienia majątku - wyjaśnił.

 

Naczelnik II Urzędu Skarbowego w Gdańsku Marcin Matyjasik odmówił ujawnienia informacji, jakie postępowanie prowadzone jest wobec Archidiecezji Gdańskiej. – Objęte jest to tajemnicą skarbową. Jej złamanie grozi konsekwencjami prawnymi - powiedział.
Na Archidiecezję nałożono karę, ponieważ w sądzie nie stawił się osobiście abp Głódź, który jest jedyną osobą upoważnioną do przedstawienia wykazu majątku archidiecezji i złożenia pod nim przyrzeczenia.
Na wniosek pełnomocnika II Urzędu Skarbowego radcy prawnego Danuty Rapackiej, której w sądzie towarzyszył komornik, wyłączono jawność rozprawy.
Obecny w sądzie dyrektor ekonomiczny Archidiecezji Gdańskiej ks. Piotr Tworek nie chciał rozmawiać z dziennikarzami.

(meg)

TopNews - najpopularniejsze materiały WP.PL

TAGI: sławoj leszek głódź, archidiecezja gdańska, grzywna, majątek, sąd, gdańsk

Tusku niech pan przestanie kręcić. I tak pan musi podpisać to co panu podsuną.

26 sty

Tusk: Polska może nie podpisać pakietu fiskalnego

31 minut temu GK / PAP

Donald Tusk, fot. PAP/Radek Pietruszka

Donald Tusk, fot. PAP/Radek Pietruszka

Premier Donald Tusk poinformował w czwartek, że Polska nie podpisze unijnej umowy w sprawie paktu fiskalnego, jeśli główną zasadą działania paktu miałyby być spotkania krajów strefy euro.

- Kluczowe jest dzisiaj - i o to będzie bój - czy spotkania krajów tylko strefy euro będą czymś rzadkim, nadzwyczajnym i poświęconym bardzo specyficznym problemom w strefie euro – wtedy możemy rozważyć akceptację dla tego formatu, czy też te spotkania strefy euro będą główną zasada działania paktu fiskalnego - na to naszej zgody nie będzie. Wtedy naszego podpisu pod paktem nie będzie - oświadczył premier.

Zaznaczył, że Polska musi być ”uczestnikiem procesu decyzyjnego, jeśli chodzi o prace i działania paktu fiskalnego, a więc grupy euro plus państwa, które podpiszą pakt”. “Jeśli ocenimy, że ostateczne propozycje nie gwarantują nam wpływu na decyzje, nie podpiszemy tego paktu i o tym poinformowałem wszystkich zainteresowanych” – dodał szef rządu.

Nowy międzynarodowy traktat o “Stabilności, koordynacji i zarządzaniu w Unii Gospodarczej i Monetarnej”, czyli tzw. pakt fiskalny, ma być uzgodniony 30 stycznia.

Jak poinformował Tusk, rząd na czwartkowym posiedzeniu przyjął stanowisko na ten szczyt. Premier powiedział też, że na temat paktu rozmawiał w czwartek z kanclerz Niemiec Angelą Merkel i szefem Komisji Europejskiej Jose Barroso.

Premier deklarował, że Polska będzie bardzo stanowczo domagała się zachowania jedności Unii Europejskiej. “Pakt fiskalny nie może doprowadzić do trwałego podziału UE na dwa kluby: euro i reszta” – zaznaczył. Jak dodał, Polska opowiada się za rozwiązaniem, które umożliwi strefie euro sprawniejsze zarządzanie i nie spowoduje takiego podziału.

Jak ocenił, poparcie dla polskiego punktu widzenia jest “dość powszechne”. Jak dodał, popierają nas szefowie instytucji unijnych - Rady i Komisji, a także kanclerz Niemiec i premier Włoch.

Ponieważ Londyn zablokował zmianę traktatu UE, nowe zasady wzmacniania dyscypliny finansowej - które mają zapobiec powtórce kryzysu zadłużenia w przyszłości - mają być wdrożone umową międzyrządową ”17″ oraz chętnych państw spoza strefy euro.

Główne elementy umowy to wzmocnienie dyscypliny budżetowej oraz automatyczne sankcje za jej naruszenie dla państw strefy euro. Umowa wprowadza nową regułę wydatkową, która zakłada, że roczny deficyt strukturalny nie przekracza 0,5 proc. nominalnego PKB.

Autor: GK

Źródła: PAP

Walka przeciw ACTA jest autentycznym sprzeciwem czy akcją przykrycia zorganizowaną przez siły rządowe?

26 sty

 

 

ALEKSANDER ŚCIOS – POLSKA

 

Wolny strzelec /historyk filozofii/
Nie uznaje autorytetów, ani “prawd objawionych” III RP

KTO ZASTAWIA SIECI?

Nic mocniej nie dowodzi fasadowości demokracji III RP niż histeria związana z “bitwą o ACTA”. Wywołana przez rządowe media i silnie nagłaśniana “kampania sprzeciwu” wydaje się mieć tyleż wspólnego z walką o wolność słowa, ile rząd Donalda Tuska z wiarygodnością.

Nie sposób oceniać obecnego wrzenia inaczej, jak w kategoriach działań propagandowych i osłonowych, mających na celu ukrycie rzeczywistych zagrożeń lub odwrócenie od nich uwagi. Dla przyszłości polskiego internetu zagrożeniem nie są bowiem enigmatyczne zapisy porozumienia ACTA, a przyjęte już przez rząd lub planowane konkretne regulacje prawne.

Gdy na początku listopada 2011 roku w tekście “RZĄD WPROWADZA CENZURĘ INTERNETU” zwracałem uwagę, że za kilkanaście tygodni grupa rządząca uzyska ustawowe narzędzie cenzury Internetu, świadomość tego zagrożenia podzielała zaledwie część użytkowników sieci, a sprawę zgodnie przemilczały rządowe przekaźniki. Możliwość głębokiej ingerencji w treści internetowe przewiduje bowiem rządowy projekt ustawy o zmianie ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną oraz ustawy kodeks cywilny.

Nowelizacja wprowadza dodatkowy rozdział 3a w ustawie o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Opisuje on ” procedurę powiadomienia i blokowania dostępu do bezprawnych informacji “. Odtąd każdy, kto ” posiada informację o bezprawnych treściach zamieszczonych w sieci Internet ” będzie mógł zwrócić się do usługodawcy internetowego z wnioskiem o zablokowanie takiej informacji. O tym, co podlega pod definicję “informacji bezprawnej ” decyduje wnioskodawca, zaś usługodawca może, choć nie musi przychylić się do jego wniosku. Przepis skonstruowano w taki sposób, by rolę cenzora spełniał administrator portalu internetowego. Ten zaś zawsze może się tłumaczyć, że zablokował informację ponieważ uzyskał wiarygodną wiadomość, że zawiera ona “treści bezprawne”. Włączony do ustawy rozdział 3a, jest w pełni autorskim pomysłem rządu Donalda Tuska. Przywołana w uzasadnieniu nowelizacji unijna Dyrektywa 2000/31/WE nie zawiera bowiem procedury blokowania informacji, pozostawiając jej określenie państwom członkowskim. Co istotne – w unijnych przepisach procedura blokowania dotyczy “informacji, które naruszają prawa lub przedmiot działalności uprawnionego” i odnosi się wyłącznie do utworów chronionych prawem autorskim. Rząd Tuska w oparciu o te przepisy dokonał interpretacji rozszerzającej i wpisał do ustawy procedurę umożliwiającą blokowanie wszystkich “bezprawnych informacji” – uzurpując sobie przy tym prawo decydowania co jest lub nie jest taką informacją.

Grupa rządząca nie potrzebuje zatem podpisywać żadnej “umowy ACTA”, by uzyskać identyczny efekt blokowania treści internetowych pod pretekstem “ochrony praw autorskich”. Ta nowela nie spotkała się jednak z zainteresowaniem mainstreamu i “środowisk pozarządowych”. Przeciwnie – wskazywany dziś przez właścicieli Salonu24 jako uczestnik protestu pan Piotr Waglowski, opublikował wówczas polemikę z moim tekstem, w której dowodził, że w zamysłach rządu ” nie chodzi o cenzurę internetu, a o procedurę notice and takedown “, o zabezpieczenie praw osób pomówionych, znieważonych i o ochronę praw autorskich. Zamieszczam link do tej polemiki i interesujących wypowiedzi pana Waglowskiego na moim blogu. Należałoby zapytać: na czym polegają różnice między propozycjami rządowymi, a treścią porozumienia ACTA, że wywołują dziś tak zdecydowaną reakcję? Z jednej strony mamy przecież do czynienia z realnym zagrożeniem, ujętym już w ramy istniejącej regulacji ustawowej, z drugiej z zapisami które nie odnoszą się do konkretów i wymagają dopiero przyjęcia określonych przepisów. Jeśli obecnie wskazuje się, że po podpisaniu ACTA ” każdy właściciel strony internetowej będzie musiał kontrolować wszystko, co się na niej dzieje ” , że ” inwigilacji podlegać będą głównie linki, prowadzące do treści, które będą łamać prawo w nowym wymiarze, czy zamieszczanie filmików, które mogą zawierać w tle melodie “obarczoną prawem autorskim ” – czym różnią się te zagrożenia od proponowanych przez rząd zapisów nowelizacji ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną?

Warto mieć świadomość, że środowiska włączone w obecny protest nie wykazywały sprzeciwu, gdy dochodziło do rzeczywistych zagrożeń dla wolności słowa a grupa rządząca dążyła do coraz ściślejszej kontroli internautów.

Nie przypominam sobie wystąpień np. w listopadzie 2009 roku, gdy ABW przejęła kontrolę nad NASK – najważniejszą instytucją polskiego internetu, zajmującą się m.in. przydzielaniem polskich domen i technologicznym zarządzaniem polską częścią sieci. To wówczas minister nauki Barbara Kudrycka mianowała na stanowisko dyrektora NASK czynnego pułkownika ABW Michała Chrzanowskiego – byłego dyrektora Departamentu Bezpieczeństwa Teleinformatycznego i Informacji. Nie pamiętam sprzeciwów w czerwcu 2010 roku, gdy w MSWiA powstała “grupa robocza” mająca opracować zmiany do nowelizowanej ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Przewidywały one możliwość ” zdalnego i niejawnego przeszukania informatycznych nośników danych” . Dane te miałyby być gromadzone przez pięć lat, a Policja bądź ABWA mogłyby dowolnie sprawdzać aktywność poszczególnych użytkowników sieci nawet bez formalnych podejrzeń w stosunku do inwigilowanych osób. Nikt też nie wiedziałby, kiedy i wobec kogo takie sprawdzanie się odbywa.

W tym samym czasie decyzją Urzędu Komunikacji Elektronicznej rozpoczęto “spis powszechny” wszystkich polskich internautów, w ramach którego tzw. providerzy internetu zostali zobowiązani do przekazania danych swoich abonentów. Choć jako oficjalną przyczynę spisu wskazano ” rozpoczęcie procesu analiz lokalnych rynków usług dostępu szerokopasmowego do Internetu “, nie ma żadnej pewności, że uzyskane tą drogą dane nie zostaną wykorzystane przez służby podległe rządzącym i nie posłużą do inwigilacji użytkowników Sieci.

Nie słyszeliśmy też protestu wobec zapowiedzi Bronisława Komorowskiego o “monitoringu mediów” w październiku 2010 roku . Wspólnie z Krajową Radą Radiofonii i Telewizji lokator Belwederu planował wówczas objęcie stałym monitoringiem materiałów dziennikarskiech, w celu poszukiwania w nich tego ” co budzi wątpliwości ” i tego ” co jest właściwe “. Pretekstem do podjęcia tych działań miała być ” chęć przeciwdziałania agresji w polityce “. Troska mainstreamowych dziennikarzy dotyczyła jednak (niezbyt mądrej) propozycji PiS-u monitorowania internetu pod kątem tekstów nawołujących do popełnienia przestępstwa. Wprawdzie zgłoszony tuż po politycznym morderstwie w Łodzi projekt nie miał nic wspólnego z ingerencją w treści publikacji internetowych, a tym bardziej z ich cenzurą – pan Igor Janke opublikował wówczas żarliwy tekst, w którym nawiązując do propozycji PiS-u straszył nas groźbą cenzury internetu i nawoływał do “bicia na alarm”.

Głosu obrońców wolności zabrakło natomiast, gdy Bronisław Komorowski jako pierwszą inicjatywę ustawodawczą zgłosił nowelizację ustawy o stanie wojennym oraz o kompetencjach Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych, zaś Sejm uchwalił ją we wrześniu 2011 roku. Zawiera ona nieokreśloną definicję “cyberprzestrzeni” i przewiduje możliwość wprowadzenia stanu wojennego lub wyjątkowego na wypadek “działań w cyberprzestrzeni, które nie może być usunięte poprzez użycie zwykłych środków konstytucyjnych”. Gdy w czerwcu i wrześniu 2011 roku opisywałem skutki tej inicjatywy – niewielu odbiorców zdawało się podzielać obawy związane z nowelą.

Być może dostrzegli je dopiero dziś, gdy szef BBN-u Stanisław Koziej w odpowiedzi na “ataki” w sprawie ACTA oznajmił: ” Jeśli ataki hakerów zakłócą życie publiczne i na masową skalę nie będą mogły działać instytucje rządowe, wtedy trzeba będzie zastanowić się nad koniecznością wprowadzenia stanu wyjątkowego “. Zapewnił przy tym, że środowisko Bronisława Komorowskiego nadal ” pracuje nad kwestią bezpieczeństwa w cyberprzestrzeni” - czego efektem mają być kolejne propozycje prezydenckich “ekspertów od bezpieczeństwa”.

W związku z obecną kampanią, w pełni kontrolowaną przez rządowe przekaźniki, pojawia się pytanie: czy nie jest tak, że sztucznie wywołany szum medialny (zakończony być może jakąś formą spektakularnego “kompromisu”) ma w istocie osłaniać podjęcie rozwiązań prawnych służących ściślejszej cenzurze sieci internetowej?

Czy nie mamy do czynienia z sytuacją podobną do tej z początków 2010 roku, gdy Donald Tusk organizował kontrolowaną “debatę” z koncesjonowanymi internautami i obwieszczając ich zwycięstwo zapowiadał wycofanie rządu z zapisów ustawy o grach, wprowadzających tzw. Rejestr Stron i Usług Niedozwolonych? Nie ucichły jeszcze echa owej “debaty”, gdy grupa rządząca zgłosiła kolejne projekty w ramach “ochrony cyberprzestrzeni”.

Czy – wreszcie – dostatecznym uzasadnieniem obecnej kampanii nie jest zapowiedź prezydenckiego szefa BBN-u o przedłożeniu przez środowisko Bronisława Komorowskiego “różnych, praktycznych rozwiązań systemowych, organizacyjnych, czy też technicznych, które będą uodparniać system kierowania państwem na zagrożenia w cyberprzestrzeni”?

Mając na uwadze skład “gremiów eksperckich” pracujących nad tzw. strategicznym przeglądem bezpieczeństwa narodowego oraz dotychczasowy kierunek propozycji tego środowiska – możemy być pewni dwóch rzeczy: osławione umowy ACTA w porównaniu z “rozwiązaniami systemowymi” Komorowskiego będą wyglądały niczym deklaracja wolności, a ich wprowadzeniu będzie towarzyszyło milczenie dzisiejszych uczestników protestu.

Linki:

http://cogito.salon24.pl/360468,rzad-wprowadza-cenzure-internetu

http://prawo.vagla.pl/node/9562

http://cogito.salon24.pl/315542,stan-wyjatkowy-w-internecie

http://bip.msw.gov.pl/portal/bip/218/20209/

http://cogito.salon24.pl/346742,wybory-w-cieniu-ustawy-o-stanie-wojennym

http://cogito.salon24.pl/242492,w-odpowiedzi-igorowi-janke

http://cogito.salon24.pl/243298,jak-to-sie-robi-u-przyjaciol-czyli-wzorce-iii-rp

http://www.tvn24.pl/-1,1732260,0,1,nalecz-bbn-pracuje-nad-cyberobrona,wiadomosc.html

http://www.rp.pl/artykul/16,796087.html

Aleksander Ścios
Blog autora

ŚCIOS ODPYTUJE KOMOROWSKIEGO

25.01.2012r.
RODAKnet.com

Doda jest znacznie mądrzejsza od jej politycznych braci, a chyba i uczciwsza

26 sty

 

 

 

Wywiady

Magdalena Rigamonti

Nie dam się zakneblować

Na procesie czułam się tak, jakby apostołowie wysłali do sędzi faks z nieba, w którym było napisane, że są na mnie obrażeni – mówi piosenkarka Dorota Rabczewska – Doda, skazana za obrazę uczuć religijnych.


Doda / fot. MW Media

Newsweek: Pięć tysięcy złotych to dla pani dużo?
Doda: Zależy na co. Ale jak to mówił mój świętej pamięci dziadek, jak trzeba, to i na zapałki można wydać sto złotych, a jak nie trzeba, to nawet grosza szkoda.
Za obrazę uczuć religijnych trzeba?
Nie trzeba. Wyrok jest nieprawomocny. I będę się odwoływać, walczyć o to, żeby nikt nie musiał płacić za to, co myśli. Stać mnie na prawdę i wydaje mi się, że w kontekście procesu z zeszłego tygodnia to zdanie nabiera nowego znaczenia. Chciałabym, żeby każdy w tym kraju bez względu na zasób portfela mógł mówić to, co myśli.
Przypomnijmy, o co ten proces. Latem 2009 roku udzieliła pani wywiadu, w którym powiedziała, że “bardziej wierzy w dinozaury niż w Biblię”, bo ciężko wierzyć w coś, co spisał jakiś napruty winem i palący jakieś zioła”. Urażeni poczuli się Ryszard Nowak z Komitetu Obrony przed Sektami i senator PiS Stanisław Kogut. A prokuratura oskarżyła panią o obrażanie uczuć religijnych.
Sprawa się jeszcze nie skończyła. Wierzę, że znajdzie się przytomny sędzia, a przez tę całą szopkę dojdzie do rewolucji w skostniałym myśleniu każdego obywatela. Każdy ma prawo do swoich poglądów religijnych. Nie muszę ich rejestrować w urzędzie, by móc je wyznawać. Zatem to wszystko jest śmieszne, groteskowe nawet. Jak się jednak okazuje, w Polsce jest grupa fanatyków, którzy śledzą wszystko, co nie jest po ich myśli.
Dlaczego nie było pani w sądzie na ogłoszeniu wyroku?
Byłam na wcześniejszych dwóch rozprawach i żałuję, że wstałam tak wcześnie. Mogłam się wyspać i nie zawracać sobie głowy. Poszłam tam, bo mam sporo do powiedzenia. Jednak trudno dyskutować z kimś, kto nie ma żadnych argumentów i odrzuca wszystkich moich świadków historyków. Jedynym świadkiem był jakże obiektywny, potrafiący na chłodno, z dystansem przeanalizować sprawę ksiądz. Po tym procesie jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że wierząca raczej nie będę i swojego dziecka też raczej nie ochrzczę. Samo będzie decydować, do jakiego ugrupowania duchowego się przyłączy.
Będzie pani miała dziecko?
Na razie nie zamierzam. Nie, nie chcę mieć dzieci. Nie czuję takiej potrzeby. Prokreacja nie jest moim celem.
Wychodzi na to, że jest pani chłopcem do bicia. Kiedy Nergal, zresztą pani były narzeczony, podarł Biblię, sąd uznał, że to kreacja artystyczna. A kiedy pani powiedziała, co myśli na temat autorów Biblii, nie był taki wyrozumiały.
Może gdybym powiedziała to na scenie, to paradoksalnie byłabym uniewinniona. Ale kiedy odpowiadam na pytanie dziennikarki poza sceną, to już jest przestępstwo. Sędzia bardzo subiektywnie oceniła całą sprawę. Najpierw wyprosiła z sali wszystkich fotografów, a potem swoimi wypowiedziami tylko potwierdzała, że nie ma zielonego pojęcia o czystej nauce. A wystarczyło, żeby obejrzała kilka programów na Discovery czy BBC albo chociaż TVP Historia, a już by liznęła trochę faktów. Ale pewnie ma w domu tylko Jedynkę, Dwójkę i Polsat, więc nic nie mogę na to poradzić. W tym sądzie czułam się tak, jakby apostołowie wysłali do niej faks z nieba, w którym było napisane, że są na mnie obrażeni. Ale przynajmniej dzięki tej sprawie jest pozytywne zamieszanie i to się liczy.
Pani chyba ten rozgłos też się przyda? Wydała pani niedawno płytę, nagrała z rozmachem teledysk.
Mnie już nie trzeba większego rozgłosu, bo to tak, jakby chcieć bardziej rozpromować coca-colę. Nie sądzę, że jakiś decydent ze światowej wytwórni płytowej przeczyta newsa o procesie, zadzwoni do mnie i powie: “Zróbmy płytę, bo tak jak ty też jestem niewierzący”. Albo zaproponuje, żebyśmy zagrali jakiś satanistyczny secik. Mam tylko nadzieję, że zmieni się coś w polskich sądach.
Co pani chciałaby zmieniać?
Nie może być tak, że osoba kompletnie nieobiektywna, ewidentnie zaangażowana w Kościół katolicki, a z taką miałam do czynienia podczas procesu, orzeka w sprawach dotyczących religii, gdyż oskarżony z góry jest skazany na porażkę, a cały przebieg sprawy bardziej przypomina mszę.
To będzie trudne, bo ponad 90 procent Polaków to katolicy.
Bzdura kompletna. Coraz więcej ludzi odwraca się od Kościoła. Coraz więcej też ma do niego podejście zdroworozsądkowe. Moi rówieśnicy mówią wprost, że mają dość tego, co robi Kościół. Chcą mieć prawo wyboru.
Kiedy się pani odsunęła od Kościoła?
Jako dziecko bardzo lubiłam kościół, bo tam można było głośno śpiewać. Jednak kiedy już chciałam się zapisać do chóru, to okazało się, że mnie tam nie chcą, bo śpiewam najbardziej doniośle i wszystkich przyćmiewam. Poza tym do kościoła chodzili wszyscy moi znajomi. To było miejsce radosnych spotkań i do pewnego momentu nawet mi się tam podobało. Ale wiadomo, że jak się dorasta, to pojawiają się pytania. A jak się zadaje pytania, to się podważa. A jak się podważa, to się dochodzi do różnych wniosków. I jestem pewna, że za te wnioski nie można nikogo karać.
Podobno jak trwoga, to do Boga.
Rzadko kiedy jestem zatrwożona. A jeżeli już, to pocieszenia szukam w ramionach mojego chłopaka, który mnie najlepiej odstresowuje, jeśli pani wie, o czym mówię.
W zeszłym roku brytyjski “Guardian” napisał po pani procesie…
Co to jest “Guardian”?
Jeden z największych brytyjskich dzienników.
Nie znam się na tym. Nie obchodzą mnie brytyjskie dzienniki. Jestem trochę odrealniona.
Nie śledzi pani tego, co o pani piszą?
To takie dziwne po dziesięciu latach kariery? Można śledzić przez pierwsze trzy lata, ale teraz już mi się nie chce.
Nie wierzę.
Niech pani nie wierzy. Kiedy informacje na mój temat zaczęły być tak monotematyczne i przewidywalne jak kupa z rana, to przestałam je śledzić. Zdaję sobie sprawę, że po tym procesie wszystkie media na świecie są za mną i piszą, że Polska jest zacofana.
I że pani broni wolności słowa.
Jeśli będę jakimś kamieniem milowym w tej kwestii, to spoko. Jednak nie przypisuję sobie nie wiadomo jakich dalekosiężnych zasług, które dostrzegają zagraniczne media.
Myślałam, że pani ma jakieś społeczne aspiracje, że pani chce Polskę zmieniać albo przynajmniej trochę ją rozruszać.
Marzę, by większość roku mieszkać poza granicami Polski. Będziecie musieli sami się rozruszać. Założycie sobie rozrusznik i jakoś pójdzie.
Do całego społeczeństwa pani to mówi?
Nie, nie do całego. Jest sporo mądrych ludzi, którzy patrzą na wszystko, co się dzieje w Polsce, z dystansem. Chociaż jak widzą, że do sądu trafia pozew złożony przez dwuosobowe stowarzyszenie walki z sektami, to też chcą stąd – że tak powiem – wypierdalać.
A pani kiedy, że tak powiem, wypierdala?
Nie muszę się nikomu spowiadać i opowiadać konkretnie o swoich planach wyjazdowych. Niebawem, w każdym razie. I tak uważam, że o 10 lat za późno.
Mówi pani jak zgorzkniała artystka po przejściach.
Ale nią nie jestem, po prostu myślę rozsądnie. Wszystkim młodym ludziom, którzy mają talent i urodzili się w Polsce, a chcą robić karierę w show-biznesie, radzę, żeby kupowali pierwszy lepszy bilet i uciekali z tego kraju.
Bo?
Bo w Polsce nigdy nikt Cię nie doceni! Tutaj nie będziesz mógł się rozwijać, zawsze będą ciągnąć cię do szeregu i porównywać do innych. Tutaj nigdy nie będziesz miał żadnego wsparcia i nigdy nie będziesz mógł czuć się sobą.
O sobie pani mówi?
Tak, o sobie. I wiem, co mówię, bo to wszystko przeżyłam.
Kto tak panią ciągnie do szeregu, kto zabrania się rozwijać?
Bycie artystą to nie może być wieczna walka. Artysta chce tworzyć w spokoju i twórczość konfrontować z fanami. A nie ciągle się borykać z falą krytyki i nienawiści. W Polsce prawie każdy powinien pójść do psychologa, by ten powiedział, jak skupić się na pozytywnym myśleniu. Na razie to prawie każdy Polak ma taką minę, jakby miał gówno pod nosem. I mnie się to nie podoba.
I dlatego się pani z Polski wyprowadza?
Chcę mieć dwa domy, w kraju i za granicą. Przecież ja tu mam rodzinę, przyjaciół, znajomych.
Karierę.
Tego nie powiedziałam. Mam hipisowskie podejście do życia, więc skoro przez 13 lat robiłam karierę, śpiewając, to może następne dziesięciolecie poświęcę smażeniu homarów, czytaj lobsterów. (śmiech)
Sama pani to wymyśliła?
To tylko przykład.
Bo śpiewanie jest najważniejsze?
Nie, dlaczego? Dla mnie nie jest najważniejsze. Dostosowuję się do emocji i pragnień w mojej głowie. Był taki moment, że chciałam całą Polskę postawić do góry nogami. Kiedy miałam 17 lat, wyprowadziłam się z rodzinnego Ciechanowa i zamieszkałam w Warszawie. Bez pieniędzy, bez kontaktów i w ciągu kilku lat wszyscy zwariowali na moim punkcie. Dostałam to, co chciałam, a teraz już się trochę duszę, więc wyjeżdżam. Klaustrofobicznie tu nieco.
I co będzie pani robić?
Śniadania, kurwa, będę robić. Ależ to jest polskie pytanie! Jeszcze proszę dodać, że mi się nie uda i że jest trudno, i nie poradzę sobie w obcym kraju. Nie znoszę takiego memlenia. W życiu trzeba być szczęśliwym, a nie memlać. Piersi w przód, do góry nos, los idzie na nas, to my na los. No, daj spokój, dziewczyno.
Proszę bardzo. Dlaczego pani cały czas na mnie pokrzykuje?
Nie pokrzykuję. Mam taki styl rozmawiania. Nie znamy się, to pani nie wie. Przywykłam, że za każdym razem ktoś mnie atakuje, więc odpieram atak i może dlatego mówię takim tonem. A może przejęłam codzienny ton Polaków? Za każdym razem, kiedy wyjeżdżam z Polski, to się zmieniam. Już na Okęciu jestem inna. Przypominam dawną siebie. Schodzi ze mnie całe ciśnienie. Mój facet ostatnio przyuważył, że kiedy tylko przekraczam granicę naszego pięknego kraju, staję się spokojną, uśmiechniętą, radosną, prospołeczną dziewczyną.
Polska panią dołuje?
Dziwi się pani? Może pani ma inne aspiracje. Nawet ogromne dawki pozytywnego myślenia, które mam w sobie, czasami nie wystarczają. Nie jestem na szczęście w depresji jak większość polskich artystów, którzy twierdzą, że moja decyzja o wyjeździe jest słuszna, i gratulują mi odwagi.
Może chcą się pozbyć konkurencji?
Nie sądzę, bo dla każdego jest miejsce na scenie. W głębi duszy zazdroszczą mi, że potrafię wziąć byka za rogi. Myślę, że wszyscy się musicie zastanowić, dlaczego barwne, niesamowite jednostki chcą uciekać z tego kraju. Koledzy artyści też by chcieli, ale się boją.
Pani też narzeka.
Ja nie narzekam. Ja stwierdzam fakt. Uważa pani, że mówienie prawdy to narzekanie? Chcę po prostu zmienić miejsce zamieszkania, bo mi się tu nie podoba, nie lubię tej mentalności. Jestem z innego świata i nie pasuję tutaj. Boję się, że zgnuśnieję. Chciałabym wymieniać energię, a nie tylko dawać.
Skąd się pani taka wzięła? Pani rodzina różni się od innych polskich rodzin?
Moja rodzina jest zupełnie od czapy. Tata jest czempionem, mistrzem świata w podnoszeniu ciężarów, i zawsze powtarzał, że to, czy jesteśmy najlepsi, zależy od tego, jak sami siebie postrzegamy. W domu zawsze było wesoło, wyluzowany klimat, a najważniejsza była dyskusja i nic na siłę. Zawsze czułam ogromne wsparcie i nigdy w domu nikt z nas nie miał powodów do płaczu. Potężna dawka miłości i nie krępujemy się, gdy chcemy ją sobie okazywać. To chyba nie jest typowa polska rodzina, co? Wiem, że można osiąść, machnąć ręką i powiedzieć: OK, niech będzie tak, jak jest. Tych mniej asertywnych to czeka.
Nie myślała pani, żeby zająć się polityką? Pani ojciec startował w wyborach parlamentarnych z listy PJN.
Mnie polityka nie interesuje, od razu powiem dlaczego – bo nikt tu niczego nie docenia. Wdzięczność umiera pierwsza. I to na każdym kroku. Zawsze do kogoś się przypieprzą. Jak usłyszałam, że na Owsiaka jest nagonka, to się wstydziłam. I ja mam coś robić, być prospołeczna, kiedy jest taka reakcja na człowieka, który uratował wielu ludzi? A niby dlaczego?
Żeby ludziom pomagać na przykład.
(śmiech) Pomagam, ale po cichu. Biorę udział w akcjach charytatywnych nie dla rozgłosu. Bo gdy chcesz nagłośnić problem, to jest tak, jak z przyjaciółką i jej facetem: pokłócą się, chcesz im pomóc, a potem ty jesteś winna kłopotom w ich związku. Nie ma o co walczyć. W Polsce wszyscy bohaterowie zginą marnie. Tu się bohaterów nie szanuje, tu się ich gnoi. Niektórych się co prawda docenia, ale dopiero po śmierci, a i to nieczęsto. Na miejscu Owsiaka już dawno bym stąd wyjechała i robiła taką Orkiestrę gdzieś na świecie, by pomagać dzieciom np. w Afryce. Albo taki kapitan Wrona. Zajebiście wylądował. Cały naród dumny, ale tylko przez chwilę. Bo już po chwili dociekliwy naród pyta, czy Wrona nie powinien powiedzieć pasażerom siedem godzin przed wylądowaniem, że coś jest nie tak. To zaczyna być komiczne, tragikomiczne nawet. A ja tragikomedii nie cierpię.
Coś dla pani znaczy tożsamość narodowa?
Pyta mnie pani, czy mam jakieś patriotyczne ciągoty?
O to też. Ale również o to, czy za granicą nie wstydzi się pani, że jest Polką?
Ależ skąd! Choć nie jest łatwo. Zdarza się, że napierdolony Polak się drze: “Doda, zrób mi loda”. Albo inni “pod wpływem” ziomkowie rzygają do basenu.
To pani wspomnienia z wakacji?
Nie tylko. Albo wyciąganie telefonów i robienie bardzo dyskretnie zdjęć. Zapewniam, że nie muszlom na plaży. Ale przy tym wszystkim jest we mnie iskra patriotyzmu, bo gdyby tu była jakaś międzynarodowa zadyma, to na pewno poszłabym walczyć o swoich. To tak jak w rodzeństwie – drze się koty, patrzy bykiem, ale jak przychodzi co do czego, staje się w obronie.
Na barykady by pani poszła czy jako sanitariuszka?
Kłócę się z moimi rówieśnikami, którzy mówią, że gdyby wybuchła wojna, to mieliby Polskę gdzieś, uciekaliby, ratowaliby siebie. A ja bym poszła walczyć, przelewać krew. Chyba tak zostałam wychowana, w jakimś takim patriotycznym obowiązku wobec ojczyzny. Z domu to wyniosłam. Mój ojciec jest wielkim patriotą.
Mnie się zdaje, że tylko pani straszy tym wyjazdem. Przecież kilka tygodni temu zmieniła pani firmę zajmującą się pani interesami.
Jestem w Polsce marką i kiedy wyjadę, to i tak będę przyjeżdżać na trasy koncertowe. Wszystkie 98 nagród, jakie dostałam przez lata kariery, są tak naprawdę od moich niesamowitych fanów, o których nigdy nie zapomnę. Tak zwane środowisko, polski show-biznes, żadnej nagrody nigdy mi nie dał. Poza tym Doda to są ciuchy, biżuteria, sklepy internetowe. To machina, dzięki której utrzymywanych jest około stu rodzin moich współpracowników i jestem za nich odpowiedzialna.
Jaką jest pani szefową?
Bardzo konkretną, sprawiedliwą, obiektywną, ale niezbyt sentymentalną. Mogę się z każdym napić wódki, pójść razem na wesele. Ale jeśli chodzi o mój wizerunek, moją twarz, czyli to, na co oni wszyscy pracują, to nie mam sentymentów. Niedawno pani w radiu zapytała mnie, czy miałam jakieś zabawne sytuacje na scenie podczas koncertów. Zdałam sobie sprawę, że nie, bo ja na scenie jestem superprzytomna. Widzę wszystko: każdy błąd tancerza, fałsz gitarzysty czy chuligana w 10. rzędzie. Mam zespół cech, które predysponują mnie do bycia perfekcyjną gwiazdą. O, pan Palikot do mnie napisał. (Doda czyta SMS-a)
Jakie ma pani relacje z panem Palikotem?
Żarciki sobie różne robimy. Rozmawiamy o moim procesie sądowym. Luźna rozmowa. Nic więcej.
Chciałby, żeby pani go popierała?
Może by i chciał, ale wie, że nic z tego nie będzie. Nie zamierzam angażować się w politykę. Jestem apolityczna i wszyscy o tym wiedzą. Chociaż mam projekt jednej ustawy. I Palikot mógłby spróbować ją przeforsować. Myślę o małżeństwach poligamicznych dla kobiet. (śmiech)
Czyli jedna kobieta ma, dajmy na to, czterech mężów?
Maksymalnie sześciu. Na świecie nie ma jeszcze czegoś takiego. Wszyscy będą przyjeżdżać do nas, płacić podatki, rozwijać kraj. Będziemy słynąć z poligamii, ale tylko w jedną stronę, bo faceci będą mogli mieć po jednej żonie. Udzielałabym lekcji przedmałżeńskich.
No dobra, a jak sprzedaje się pani ostatnia płyta?
Osiągnęła platynę. A biorąc pod uwagę to, że żadne radio nie gra moich piosenek, to wielki sukces.
Może niedobre te piosenki?
Nawet nie sprawdzili, więc nie wiedzą. Ich strata.
Podobno zainwestowała pani swoje prywatne pieniądze w teledysk. To prawda?
Nie. Miałam sponsorów. Nie był tani, bo to amerykańska produkcja, kosztował ponad 300 tysięcy złotych. Kiedy budżet przekroczył 250 tysięcy, to przestałam liczyć. Myślę, że każda artystka, zarówno na scenie, jak i w teledysku, chce być fajną, zgrabną laską, a do tego mieć zapierający dech w piersiach entourage, by zaskakiwać swoich fanów. Kiedy słyszę: “Moja muzyka broni się sama i nie muszę pokazywać gołej dupy, żeby moi fani mnie kochali”, to mnie krew zalewa.
A pani musi pokazywać?
Nie, ale kocham to robić. Jestem ekshibicjonistką i jakbym mogła, tobym nago pląsała po ulicach non stop. Naprawdę nie mogę się doczekać, kiedy się pokażę publicznie naga albo prawie naga i zobaczę te zawstydzone lub zbulwersowane twarze. Lubię dostarczać fanom spore spektrum wrażeń. Widziała pani zdjęcia, jak się pojawiłam z gołym tyłkiem na imprezie, na środku ulicy Mokotowskiej? Podobno 6900 komentarzy na Pudelku! To więcej niż po śmierci Michaela Jacksona! A jaki tyłek! Jak z wosku! Idealny! Lubię robić show, dlatego moje koncerty to jest wielki spektakl, na który nie żałuję kasy. Artyści głównie chcą zarabiać i niewiele za to dawać. Przykleić się do mikrofonu i stać na scenie to każdy głupi umie. Lubię pieniądze, one mnie też. Umiem zarabiać i wydawać. Ale nie jestem zachłanna. Dzielę się.
Byłym menedżerkom i menedżerom płaci pani alimenty?
Nie, ale wszyscy się odgrażają, że napiszą pikantną biografię Dody. Były mąż, były menedżer, była koleżanka. Nie mogę się doczekać. Liczę co najmniej na trylogię. A potem ktoś nakręci na tej podstawie film. Jestem swoją największą fanką, więc do kina polecę pierwsza. Wrony kraczą razem, orzeł szybuje sam.
Nergal nie zapowiada pani biografii.
A co ma zapowiadać, skoro siedziałam z nim cały rok w szpitalu? Znudzilibyście się przy trzecim rozdziale, a lud żąda krwi! Ja o nikim też pisać nie będę. No, chyba że kiedyś o sobie. Na razie jestem na maksa zdystansowana i dowartościowana. Chociaż czuję się, jakbym czekała w blokach startowych na kolejny start. Mam wrażenie, że jestem obywatelem świata, a przy tym wojownikiem zdobywcą. Mój wiek niczego mi nie wyznacza, niczego nie nakazuje, więc wszystko przede mną.
Rozmawiała Magdalena Rigamonti

Arłukowicze są dumni z wydojenia pacjentów

26 sty

Bartosz Arłukowicz (w środku), fot. PAP/Andrzej Hrechorowicz

 

 

Arłukowicz: przeprowadziliśmy jedną z najtrudniejszych reform

dzisiaj, 13:13 JS / PAP

Bartosz Arłukowicz (w środku), fot. PAP/Andrzej Hrechorowicz

Bartosz Arłukowicz (w środku), fot. PAP/Andrzej Hrechorowicz

- Przeprowadziliśmy jedną z najtrudniejszych reform w Polsce - powiedział minister zdrowia Bartosz Arłukowicz, przedstawiając w Sejmie informację rządu na temat sytuacji w służbie zdrowia po wejściu w życie ustawy refundacyjnej.

Arłukowicz podkreślił, że wszystkie ekipy rządzące Polską próbowały wprowadzić regulacje zawarte w ustawie refundacyjnej. – Prób było wiele, nigdy nikomu nie udało się do końca tej reformy przeprowadzić - powiedział minister zdrowia. – Mimo kosztów i emocji przeprowadziliśmy jedną z najtrudniejszych reform w Polsce - dodał.

Minister ocenił, że ustawa refundacyjna, która weszła w życie 1 stycznia, zmieniła rynek leków w Polsce. Jak mówił, udało się stworzyć skuteczny mechanizm dostępu pacjentów do nowoczesnych medykamentów. – To kompleksowa regulacja sposobu refundacji leków w Polsce - podkreślał Arłukowicz.

Zapewnił, że cyklicznie będą wprowadzane na listę refundacyjną coraz bardziej nowoczesne leki. Mają to umożliwić negocjacje z koncernami farmaceutycznymi. Dodał, że funkcjonowanie ustawy refundacyjnej będzie na bieżąco monitorowane. Arłukowicz przypomniał też, że ustawa została już znowelizowana. – Wysłuchaliśmy uwag ze strony środowisk lekarskich, aptekarskich i pacjentów - powiedział.

Zapisy ustawy refundacyjnej mówiące o karach dla lekarzy i aptekarzy wywołały sprzeciw środowisk medycznych. Lekarze nie określali na receptach poziomu odpłatności za medykamenty i stawiali pieczątkę: “Refundacja leku do decyzji NFZ”. Część pacjentów pomimo posiadanego prawa do wykupienia leków ze zniżką musiała płacić za nie więcej. Protestowali także aptekarze, którzy zamykali apteki na godzinę dziennie i skrupulatnie sprawdzali poprawność wypisanych przez lekarzy recept.

W poniedziałek prezydent Bronisław Komorowski podpisał uchwaloną przez Sejm nowelizację ustawy refundacyjnej. Znosi ona kary dla lekarzy, którzy niewłaściwie wypisują recepty, oraz wprowadza abolicję dla aptekarzy realizujących recepty z błędami przed dniem wejścia w życie nowelizacji. Nowelizacja spełnia tylko część postulatów medyków i farmaceutów. Ich zdaniem w ustawie konieczne są kolejne zmiany.

Organizacje lekarzy, którzy prowadzili protest pieczątkowy, mają spotkać się w najbliższy weekend. Podjęte zostaną decyzję w sprawie dalszych działań.

W poniedziałek w Ministerstwie Zdrowia odbyło się robocze spotkanie z aptekarzami ws. rozporządzenia dotyczącego recept. Opracowaniem nowych przepisów zajmie się zespół złożony m.in. z przedstawicieli resortu i Naczelnej Rady Aptekarskiej. Ma on odbyć kilka posiedzeń.

Autor: JS

Źródła: PAP

Iran zrobił UE na perłowo w groszki

26 sty

Tagi: Ropa naftowa, Embarga, Iran, Media, UE

“FT”: Iran nie będzie czekał na embargo UE, wprowadzi je sam

dzisiaj, 12:35 dn / PAP

Rząd w Teheranie nie będzie czekał pół roku, aż UE wprowadzi zakaz importu irańskiej ropy po zapewnieniu sobie alternatywnych dostaw, lecz prewencyjnie może wprowadzić je sam – pisze dzisiejszy “Financial Times”. Skutkiem będzie wzrost cen tego surowca.

Gazeta cytuje Emada Hosejniego, rzecznika komisji ds. energii irańskiego parlamentu, który wypowiedział się dla agencji Mehr. Hosejni powiedział, że irańscy deputowani finalizują projekt ustawy zakazującej handlu ropą z UE.

Państwa UE porozumiały się w poniedziałek w sprawie wprowadzenia stopniowego embarga na ropę z Iranu i zamrożenia aktywów irańskiego banku centralnego. Restrykcje mają zmusić rząd w Teheranie do rozmów na temat irańskiego kontrowersyjnego programu nuklearnego.

W ramach sankcji zakazane ma być zawieranie przez członków UE nowych kontraktów na ropę z Iranu, natomiast wcześniej zawarte długoterminowe kontrakty mają przestać obowiązywać od 1 lipca.

- Jeśli plan zostanie zaaprobowany, rząd Iranu będzie zobowiązany do wstrzymania sprzedaży ropy do UE zanim Unia wprowadzi embargo na import ropy z Iranu. Odpowiednia ustawa może trafić pod obrady parlamentu już w niedzielę – zaznaczył Hosejni.

O wprowadzenie prewencyjnego zakazu sprzedaży irańskiej ropy z UE zaapelował też w środowym komentarzu redakcyjnym irański dziennik “Kajchan”, którego redaktor naczelny wyznaczany jest przez najwyższego irańskiego przywódcę ajatollaha Alego Chameneiego.

- Dlaczego nie mielibyśmy od razu wstrzymać eksportu ropy do państw europejskich i zastąpić odbiorców w Europie innymi licznymi klientami gotowymi kupić (irańską) ropę? – napisała gazeta.

Od importu irańskiej ropy najbardziej zależni są zadłużeni śródziemnomorscy członkowie strefy euro – Hiszpania, Włochy i Grecja. W ubiegłym roku UE kupowała od Iranu średnio 600 tys. baryłek dziennie, a Chiny 500 tys. baryłek dziennie.

Autor: dn

Źródła: PAP

Chwieje się bajka o brzozie

26 sty

 

INTERIA.PL

Fakty

Prezydent RP Lech Kaczyński nie żyje

Katastrofa samolotu pod Smoleńskiem. Prezydent RP Lech Kaczyński nie żyje.

Sasin: Komisja smoleńska obala dogmat o brzozie

Czwartek, 26 stycznia (08:59)   Aktualizacja: Czwartek, 26 stycznia (10:32)

Konkluzje raportów MAK i komisji Millera mijają się z rzeczywistością. Dwa lata po katastrofie nie jesteśmy w stanie powiedzieć, co wydarzyło się 10 kwietnia. Dopiero komisja Macierewicza obaliła dogmat o uderzeniu samolotu w brzozę – twierdzi gość Kontrwywiadu RMF FM Jacek Sasin, wiceprezes Ruchu im. Lecha Kaczyńskiego.

Jacek Sasin

Jacek Sasin /RMF

- Tusk rządzi, a wszystkie porażki okazują się winą poprzedników. Sprzeciwiam się rozmywaniu odpowiedzialności za katastrofę smoleńską – mówi o raporcie NIK wskazującym zaniedbania przy organizacji lotów VIP-ów.

Konrad Piasecki: Czy raport NIK-u wprowadził w szeregi PiS nieco konsternacji?

Jacek Sasin: – Nie, dlaczego miałby wprowadzić konsternację?

Bo okazuje się, że błędy i zaniechania przed katastrofą smoleńską występowały dużo wcześniej i one nie mają barw partyjnych.

- Tak, ale raport obejmuje lata 2005-2010, z tego co pamiętam.

W których przez dwa lata rządził PiS.

- Równie dobrze można było odnieść ten raport do okresu 1989-2010 i wtedy moglibyśmy jeszcze rozszerzać.

Uważa pan, że zakreślenie takich lat jest pewnego rodzaju decyzją polityczną?

- Nie, nie wiem, nie chciałbym tego w żaden sposób oceniać, też nie mamy możliwości zapoznania się dokładnie z wszystkimi zapisami.

Na razie jest tylko wstępny raport.

- Jest to wstępny raport.

Kancelaria premiera protestuje, Tomasz Arabski wysłał pisma do NIK-u.

- Trudno dziś zważyć skalę tych zaniedbań w tym pierwszym okresie, a tym co działo się w 2010, 2009, 2008, to co poprzedzało katastrofę smoleńską. Dzisiaj wiemy już, że wokół tego lotu do Smoleńska, tego tragicznego lotu, ta ilość uchybień ze strony aparatu rządowego była chyba szczególnie drastyczna.

Tyle, że Najwyższa Izba Kontroli twierdzi, że te uchybienia popełniła także kancelaria Lecha Kaczyńskiego.

- Tak, a jakież to uchybienia? Bo ja nie znalazłem.

Jest tam napisane, że kancelaria wysłała niekompletne zapotrzebowanie do kancelarii premiera i wymienia, czego brakowało. Np. określenia lotniska, ilości osób towarzyszących panu prezydentowi.

- No tak, ale te dokumenty były cały czas uzupełniane, no bo delegacja, osoby towarzyszące panu prezydentowi jakby do końca zmieniały się, nie z winy pana prezydenta tylko chociaż również dlatego, że różne osoby z różnych przyczyn decydowały się, że nie wezmą udziału w tych uroczystościach.

Tu mowa o ilości osób, a nie o nazwiskach.

- No ilość osób była limitowana ilością miejsc w samolocie, więc to też jakby trochę dziwny zarzut. Ja przypomnę, że w raporcie komisji Millera, do której dziś się rząd tak chętnie odwołuje, była informacja taka, że zapotrzebowanie ze strony kancelarii prezydenta wpłynęło w terminie, w określonym terminie.

Więcej na ten temat

Raport Millera podważacie, więc raport Najwyższej Izby powinien być dla was bardziej autorytatywny.

- Ale akurat ten element trudno podważać, są dokumenty. Kancelaria prezydenta zamówiła ten samolot w określonym terminie, prawnie, nawet przed czasem, a to kancelaria premiera przetrzymywała ten wniosek i zbyt późno skierowała.

Czyli Najwyższa Izba Kontroli mija się z prawdą w tym co pisze?

- Ja nie wiem. Mówię, nie znam szczegółów żeby dzisiaj w to wchodzić, można z tym dyskutować.

A patrząc na to, co napisano więcej w tym raporcie, uważa pan, że Prawo i Sprawiedliwość powinno nieco zmienić retorykę, dotyczącą katastrofy smoleńskiej.

- Mnie ten raport jakoś szczególnie nie zaskoczył, bo to jest też tak, że my chyba mamy taką wiedzę, my jako opinia publiczna mówię, mamy już wiedzę o tym, że rzeczywiście bardzo dużo zaniedbań w tej sprawie było i to ze strony kancelarii premiera, która przypomnę na mocy porozumienia czterech najważniejszych kancelarii w Polsce, prezydenta, premiera, Sejmu i Senatu, zajmowała się koordynacją przewozu najważniejszych osób w państwie. Ze strony BOR-u również, ze strony pułku, no to było też stwierdzone, prawda, tutaj wiele niedociągnięć, więc to jakoś nie zaskakuje.

Tyle, że okazuje się, że te błędy i zaniedbania były właściwie takim constansem, stałą polskiej rzeczywistości publicznej. One w roku 2006 były podobne jak w roku 2009. Trudno powiedzieć, że to kancelaria premiera Tuska czy Tomasz Arabski ponosi wyłączną odpowiedzialność za to, jak był przygotowany ten lot, dlatego, że wszystkie loty wcześniejsze były również nieprofesjonalnie, źle przygotowywane.

- Ja się sprzeciwiam takiemu rozmawianiu o odpowiedzialności. Dzisiaj rząd Donalda Tuska od prawie 5 lat rządzi Polską i cały czas się okazuje, że wszystko, co się temu rządowi nie udaje, to jest wina poprzedników – albo PiS-u, albo jeszcze wcześniejszych rządów. Jeśli się rządzi ileś lat, a do katastrofy smoleńskiej ten rząd rządził 3 lata, mógł rzeczywiście bardzo wiele zmienić i tego nie zrobił.

“Komisja smoleńska obala dogmat o brzozie”

Rozumiem, że powie pan: “Odpowiedzialność za katastrofę smoleńską spoczywa wyłącznie na rządzie Donalda Tuska”.

- Organizacja tej wizyty spoczywała na instytucjach, które podlegały rządowi – kancelarii premiera, BOR-owi.

Choć z drugiej strony, z tego, co mówi Prawo i Sprawiedliwość, to dzisiaj się okazuje, że organizacja tej wizyty, organizacja lotu nie miała nic wspólnego z samą katastrofą – przecież nikt właściwie z Polski nie zawinił, tak jak wy dzisiaj opisujecie to, co wydarzyło się o świcie 10 kwietnia.

- Nie, my tego tak nie opisujemy. My wskazujemy tylko na to, że konkluzje raportu MAK czy raportu Millera mijają się z rzeczywistością. Na pewno jest sprawą bezdyskusyjną, że otoczka wokół tej wizyty była nie taka, jak powinna być. Na ile ona miała wpływ na to, że doszło do tej katastrofy, to już jest inna sprawa.

A pańskim zdaniem, co miało zasadniczy wpływ? Bo jak słucham komisji Macierewicza, to wydaje mi się, że wy przekonujecie, że nie błędy pilotów, nie błędy w przygotowaniu tej wizyty, tylko jakaś tajemnica na 26 metrach. Tajemnica 26 metra, tak bym to powiedział.

- Panie redaktorze, najgorsze jest to dzisiaj, że jesteśmy prawie 2 lata po tej katastrofie i tak naprawdę ja nie jestem w stanie, myślę, że bardzo wielu Polaków nie jest w stanie powiedzieć, co tak naprawdę zdarzyło się 10 kwietnia w Smoleńsku. Mamy jakieś dokumenty…

Ale pan wie na pewno, że nie zdarzyło się to, co opisuje raport Millera.

- Nie wiem. Najgorsze jest to, że muszę powiedzieć, że nie wiem. Mamy różnego rodzaju sprzeczne badania, sprzeczne opinie. Życzyłbym sobie, żeby wreszcie powstała jakaś komisja, która w sposób kompetentny wyjaśni te wszystkie rozbieżności.

A umie pan powiedzieć, jaki obraz tej katastrofy wyłania się z komisji Macierewicza? Do czego ta komisja się zbliża, do jakiej wizji?

- Zbliżamy się do wizji takiej, że rzeczywistą przyczyną tej katastrofy nie było uderzenie w brzozę, to, co od samego początku funkcjonuje jako dogmat. Wydaje się, że te ekspertyzy, które panowie profesorowie ze Stanów Zjednoczonych nam przedstawili, ten dogmat obalają.

Co Ruch im. Lecha Kaczyńskiego przygotowuje na drugą rocznicę katastrofy?

- Planujemy uroczystości, które będą przypominać katastrofę i jej ofiary.

Możemy powiedzieć już coś, jak będą wyglądały te uroczystości?

- Rozmawiamy o tym. Będą się one skupiały na 10 i 18 kwietnia. 10 kwietnia w Warszawie planujemy koncert jako główną część uroczystości, taki koncert otwarty dla wszystkich, którzy chcieliby w nim wziąć udział. 18 kwietnia w Krakowie pewnie będzie msza św. i przemarsz na Wawel, złożenie tam kwiatów na grobie prezydenta.

A uda się do drugiej rocznicy postawić jakiś pomnik Lecha Kaczyńskiego?

- Mam nadzieję, że wreszcie czymś normalnym będzie upamiętnianie Lecha Kaczyńskiego.

Jeśli tak, to gdzie?

- Mam nadzieję, że w mieście, które jest mi bliskie, czyli w Wołominie. Tam taka próba została podjęta. Mam nadzieję, że tych pomników będzie w całej Polsce również więcej.

Jeszcze przed 10 kwietnia?

- Życzyłbym sobie tego, ale widząc, jaka jest reakcja polityczna adwersarzy Prawa i Sprawiedliwości, mam co do tego wątpliwości.

ródło informacji: RMF

Nikczemna ustawa refundacyjna i jej promotorzy

26 sty

 

PiS: Ustawa refundacyjna jest nikczemna wobec pacjentów

Ustawa refundacyjna pozostaje nikczemna wobec pacjentów, mimo nowelizacji, która uregulowała sprawy lekarzy - powiedział szef PiS Jarosław Kaczyński.

Bolesław Piecha podczas konferencji prasowej dotyczącej kosztów leków po reformie , fot. T. Gzell

Bolesław Piecha podczas konferencji prasowej dotyczącej kosztów leków po reformie , fot. T. Gzell /PAP

- W dalszym ciągu jest tak, że ludzie, w tym także ludzie nie mający większych środków, muszą za wiele leków płacić nieporównanie więcej, wielokroć więcej niż przedtem - oświadczył prezes PiS w czwartek na konferencji prasowej.

B. minister zdrowia, obecnie szef sejmowej komisji zdrowia Bolesław Piecha (PiS) przedstawił z kolei trzy recepty dla członków przykładowej polskiej rodziny. Były tam m.in. – specjalnie przygotowane na potrzeby konferencji - recepty dla dziadka cukrzyka, babci astmatyczki i ich wnuczki chorej na fenyloketonurię i w związku z tym potrzebującej odpowiedniego mleka.

Piecha podawał kwoty i wyliczenia, z których wynikało, o ile więcej muszą ci pacjenci zapłacić za swoje leki po – jak ironizował polityk PiS – “rewolucyjnej” reformie przygotowanej przez Ministerstwo Zdrowia. Piecha podkreślał, że różnice te są ogromne na niekorzyść pacjentów. Zaznaczył też, że nie wszyscy chorzy przewlekle mogą zastosować zamienniki leków, są w związku z tym skazani na płacenie więcej.

ródło informacji: PAP

Kuczyński należy do talmudycznych sił dobra a Polacy, jego zdaniem, do katolickich sił zła

26 sty

Najnowsze wiadomości: Awantura w sejmie: “bezprawie PiS-u i Rydzyka!”

Najnowsze wiadomości: Rząd złamał prawo ws. ACTA? Będzie musiał się tłumaczyć

Najnowsze wiadomości: PiS chce referendum ws. akceptacji ACTA

“Unia się rozpadnie - siły zła wyjdą z ukryć”.

Waldemar Kuczyński

Logo dostawcy wp.pl  | aktualizowane 29 minut temu

Unia po kryzysie stanie się bardziej zintegrowana niż przed nim, bo wreszcie przechodzi, a może już przeszła, rzetelny, ciężki test na wytrzymałość

Waldemar Kuczyński

AAAdrukuj

Usuwając z wzajemnych stosunków przymus i siłę, Unia pozbawia nadziei na ekspansję stare siły zła, które nie znikły całkowicie: nacjonalistyczne zachwyty nad sobą i nienawiści wobec innych, pretensje do różnych kawałków kontynentu, póki co, w rękach innej nacji etc. – pisze pisze Waldemar Kuczyński w felietonie dla Wirtualnej Polski. Zaznacza, że gdyby Unia rozpadła się, te siły zła wyjdą z ukryć. – Żadne państwo i społeczeństwo bez Unii nie zostanie takim, jakim jest w niej - zaznacza.

Wideo

materiał wideo

“Tusk zrobi wszystko, żeby się tam dostać”

Tusk mówi o równych prawach wszystkich członków UE, o niedopuszczeniu do monopolu Niemiec i Francji, stawia warunki przy traktacie fiskalnym. Jak politycy oceniają ostatnie posunięcia premiera? Za późno - można podsumować głosy opozycji…

Przeczytaj wcześniejsze felietony Waldemara Kuczyńskiego

 

“Europa jest naszym szczęściem, które trzeba chronić” – to są słowa kanclerz Angeli Merkel z wywiadu ogłoszonego między innymi w “Gazecie Wyborczej”, jakiego udzieliła kilku dziennikarzom wpływowych gazet europejskich. Europa, czyli Unia Europejska, bo o nią Pani Kanclerz chodziło. Zastanawiałem się, czy pisać o brzozie, która pękła ze strachu przed nadlatujących tupolewem, ale wybrałem kilka refleksji przy okazji wywiadu pani Kanclerz.
Zgadzam się z nią. Unia Europejska to nasze szczęście, a nasze polskie szczególnie. I nie dlatego, że mamy z Unii pieniądze. Dlatego, że po raz pierwszy, od czasów gdy ogrom i siła I Rzeczpospolitej zdolne były utrzymać jej niepodległość, zyskaliśmy porównywalną gwarancję istnienia na politycznej mapie Europy. Istnienia jako byt, który decyduje o sobie także wtedy, gdy własną nieprzymuszoną decyzją przekazuje część kompetencji wspólnocie.
Od XVII wieku gwarancja bytu, przez wewnętrzną destrukcję państwa zanikała i od początku wieku XVIII byliśmy ówczesną PRL pod dominacją rosyjską. Potem na 123 lata znikliśmy z mapy politycznej, by powstać na chwilę. Póki Europa po szoku pierwszej wojny światowej nie wróci do podstawowego kształtu - odrębnych państw, raz w sojuszu, raz w wojnie. I jeszcze 45 lat przeżyliśmy z przymusowo ograniczoną suwerennością, jako ”zwycięska” w wojnie ofiara takiego sojuszu.
Unia Europejska tę fatalną dla wielu krajów, szczególnie środka Europy, konstrukcję polityczną kontynentu usunęła. Jak długo będzie ona istnieć, tak długo Polska nie będzie w rosyjsko – niemieckich obcęgach. Wspólnota europejska jednoczy państwa o różnej sile: ekonomicznej i politycznej, i nie usuwa wszystkich skutków tej nierówności, ani groźby dominacji silniejszych. Wpływy w niej nie są równo podzielone i nie mogą być, bo to byłoby niesprawiedliwe.
Równość tak samo często jest sprawiedliwa, jak i niesprawiedliwa. Unia eliminuje całkowicie przymus i siłę jako środki dochodzenia swego wewnątrz niej. Ponadto umożliwia przez koalicje wyrównywanie siły oddziaływania słabszych wobec silniejszych. Usuwając z wzajemnych stosunków przymus i siłę Unia pozbawia również nadziei na ekspansję stare siły zła, które nie znikły całkowicie: nacjonalistyczne zachwyty nad sobą i nienawiści wobec innych, pretensje do różnych kawałków kontynentu, póki co, w rękach innej nacji etc.
Gdyby, nie daj nam losie doczekać tego, rozpadła się, te siły zła wyjdą z ukryć, może nie od razu, ale wyjdą. To już pisałem, żadne państwo i społeczeństwo, bez Unii nie zostanie takim, jakim jest w niej. Jedne będą bardziej niepewne, inne bardziej zjeżone na sąsiadów, wszystkie zagłosują za większymi budżetami na wojsko. Jest czymś osłupiającym, że w Polsce, która tyle straszliwych cierpień doznała w Europie odrębnych państw, są ludzie marzący, by Unii nie było.
Ale niebezpieczeństwo pomału słabnie. Kończy się pierwszy miesiąc wróżonego roku Apokalipsy i jest lepiej niż było. Słabnie panikarska wrażliwość rynków finansowych, które, bo to przecież ludzie, oswajają się z kryzysowym czasem. Nie ma spektakularnych działań antykryzysowych, ale jest wiele mniej widocznych z różnych stron. Dzięki nim sprzedają się, po znośnym oprocentowaniu, obligacje najbardziej zadłużonych, a panikotwórcza siła agencji ratingowych słabnie.
Nie będzie apokalipsy, ani rozpadu Unii, ani upadku euro. Unia po kryzysie stanie się bardziej zintegrowana niż przed nim, bo wreszcie przechodzi, a może już przeszła, rzetelny, ciężki test na wytrzymałość. Powiada przysłowie, że człowiek, jest kowalem swego losu. Najlepszą dla nas kuźnią do jego wykuwania jest wspólnota teraz już prawie 28 państw wolnych Europejczyków. Powtarzając za Angelą Merkel – chrońmy to szczęście i życzmy mu dobrze a nie źle.
Waldemar Kuczyński specjalnie dla Wirtualnej Polski
Tytuł i lead felietonu pochodzą od redakcji

TopNews - najpopularniejsze materiały WP.PL

TAGI: waldemar kuczyński, angela merkel, unia europejska

Uszato-kościelni walczą z uszato-talmudowymi

26 sty
 

więcej tematy na czasie:

“To dyskryminacja społeczności ludzi wierzących”.

PAP | dodane 2012-01-19 (12:50)

fot. PAP / Leszek Szymański Poseł KP SP Arkadiusz Mularczyk, posłanka KP SP Beata Kempa oraz o. Tadeusz Rydzyk podczas posiedzenia sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu

opinie

IDŹ DO OPINII

video

IDŹ DO WIDEO

AAAdrukuj

Posłowie PiS zapowiedzieli przygotowanie wniosku o postawienie członków KRRiT przed Trybunałem Stanu. Ma to związek z nieprzyznaniem TV Trwam koncesji na nadawanie na multipleksie cyfrowym. Według senatora PiS Jana Marii Jackowskiego ma miejsce dyskryminacja “polegająca na tym, że próbuje się wykluczyć społeczność ludzi wierzących”.

Wideo

materiał wideo

Awantura w sejmie: “bezprawie PiS-u i Rydzyka!”

- Wymuszono zabranie głosu przez Tadeusza Rydzyka, który formalnie w ogóle nie jest zaproszony na posiedzenie komisji, panuje tu bezprawie – stwierdza przewodnicząca Komisji Kultury i Środków Przekazu Iwona Śledzińska Katarasińska (PO)…

W sprawie koncesji dla TV Trwam KRRiT podtrzymała swoją ubiegłoroczną decyzję. Opowiedziało się za tym czterech członków KRRiT, jeden – Stefan Pastuszka – wstrzymał się od głosu. PiS przygotowuje obecnie wniosek do TS i analizuje, czy będzie on dotyczył wszystkich członków Krajowej Rady, czy tylko tych, którzy byli przeciwko przyznaniu koncesji.

REKLAMA
Czytaj dalej

Elżbieta Kruk (PiS) z sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu mówiła w sejmie, że poza działaniami, które posłowie PiS już podjęli, m.in. wnioskami o posiedzenia sejmowych i senackich komisji kultury w sprawie koncesji dla TV Trwam, przygotowane zostaną wnioski do TS.
- Uznajemy, że doszło do łamania i nierealizowania obowiązków konstytucyjnych przez członków Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji – argumentowała Kruk.
Senator PiS Jan Maria Jackowski ocenił z kolei, że przewodniczący Krajowej Rady Jan Dworak podczas środowego posiedzenia senackiej komisji kultury “nie był w stanie przekonująco odpowiedzieć na stawiane pytania i lansował tezę, że Fundacja Lux Veritatis (właściciel TV Trwam) ma słabe finansowanie i nie spełnia gwarancji finansowych, aby udźwignąć projekt, jakim jest nadawanie cyfrowe”.
Według Jackowskiego ma miejsce dyskryminacja “polegająca na tym, że próbuje się wykluczyć społeczność ludzi wierzących”. Przedstawiciele PiS przygotowują też wniosek o kontrolę w tej sprawie do Najwyższej Izby Kontroli.
Jak podkreślili przedstawiciele PiS, do przygotowania wniosku do TS skłoniło ich właśnie środowe posiedzenie senackiej komisji kultury. Podczas niego przewodniczący KRRiT tłumaczył, że decyzja Rady o nieprzyznaniu koncesji dla TV Trwam na nadawanie na multipleksie cyfrowym była podyktowana tylko względami ekonomiczno-finansowymi.
W czwartek na ten temat rozmawiać będzie sejmowa Komisja Kultury.
Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji w ubiegłym roku nie przyznała fundacji Lux Veritatis koncesji dla Telewizji Trwam na nadawanie programu na multipleksie cyfrowym. We wtorek KRRiT – po rozpatrzeniu odwołania fundacji – podtrzymała swoją decyzję. Teraz nadawca może odwołać się do sądu administracyjnego.
We wtorek KRRiT przypomniała, że jej decyzja o nieprzyznaniu Fundacji Lux Veritatis miejsca na multipleksie nie oznacza, że wraz z wyłączeniem telewizji analogowej w Polsce (w lipcu 2013 r.) TV Trwam przestanie być dostępna dla odbiorców. Fundacja ma koncesję na rozpowszechnianie programu telewizyjnego drogą satelitarną – może on być odbierany za pomocą indywidualnych anten satelitarnych oraz w sieciach telewizji kablowej. W taki sam sposób po wyłączeniu nadawania analogowego rozpowszechniane będą dziesiątki programów, w tym m.in. TVN24, Polsat News, Religia TV, czy Superstacja.

(aka)

TopNews – najpopularniejsze materiały WP.PL

TAGI: tv trwam, koncesja, ojciec rydzyk, pis, krrit, tadeusz rydzyk, radio maryja

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.