Archiwum | 22:58

Samozwańcze elity w Polsce nie warte funta kłaków

10 sty

 

 

Widz i uczestnik

Marek Migalski - Doktor politologii, eurodeputowany, wiceprezes PJN

10.01.2012 13:01 3 komentarze

Z dziejów honoru w Polsce (współczesnej).

 

W polityce polskiej zwyciężają ci, którzy nie mają za grosz honoru.

Chciałbym wypowiedzieć się o wczorajszej tragedii w Poznaniu w kontekście po części tylko politycznym. Wiele wypowiedziano już słów, zdążono nawet uznać prokuratora Przybyłę za niezrównoważonego (niezawodny Stefan Niesiołowski), analizuje się przyczyny tego dramatycznego wydarzenia. Ale nikt nie zwrócił uwagi na jeden, specyficzny aspekt wczorajszej próby samobójczej. Na aspekt honorowy.

Bo czyn Mikołaja Przybyły dlatego jest dla nas tak niezrozumiały, że pojęcie honoru staje się w naszym kraju, ale także we współczesnej cywilizacji, coraz bardziej niezrozumiałe. Po części zawdzięczać to możemy materializmowi i permisywizmowi towarzyszącemu nam od wielu dziesięcioleci. Ale jeśli sięgnąć głębiej, to pierwszym poważnym uderzeniem w pojęcie honoru było chrześcijaństwo. Tak, tak – chrześcijaństwo, które tyle dobra przyniosło Europie i światu, zredefiniowało honor i odebrało mu taki blask, jakim cieszył się on w czasach starożytnych. Wówczas był podstawową wartością (zwłaszcza w życiu mężczyzny), Platon thymos (czyli chęć uznania, bardzo zbliżone uczucie do pojęcia honoru) uczynił jedną z trzech najważniejszych części duszy ludzkiej (obok sfery pożądliwej i rozumnej), utrata honoru oznaczała konieczność odebrania sobie życia. Egzystencja ludzka była wówczas uzależniona od zachowania zdolności honorowych. Utrata życia była mniej istotna od utraty honoru właśnie. Kiedy zwiedza się Włochy czy Grecję, to na każdym kroku można spotkać dowody na to, że zachowanie honoru było podstawową wartością wolnych mężczyzn żyjących w tamtych krajach w czasach starożytnych.

Chrześcijaństwo to wszystko zmodyfikowało (choć warto zaznaczyć, że również w jego ramach honor, na przykład rycerski, potrafił być eksponowany i szanowany). Ale to, co dzieje się z honorem obecnie jest czymś zatrważającym. Zniknął prawie zupełnie z naszego życia i kiedy widzimy, jak jakiś japoński urzędnik skłania się głęboko, a potem strzela sobie w głowę, ogarnia nas katatoniczny lęk - nie potrafimy tego zrozumieć i zaakceptować. Myślimy sobie: “przecież mógł pójść do więzienia na kilka lat i wyszedłby na wolność”, “przecież może by się nawet obronił w sądzie, a ludzie by za dwa lata i tak zapomnieli”.

Bo, zaiste, w naszej kulturze pojęcie honoru wyparowało prawie całkowicie. Jeszcze Konwicki opisywał, jak to przed wojną pewien oficer został poproszony na spacerze przez swoją narzeczoną o zerwanie dla niej jabłka z mijanego właśnie drzewa. Niestety, w czasie owego zrywania, za przeproszeniem, puścił bąka. W tym momencie odwrócił się do damy swego serca, skłonił się, strzelił obcasami i odszedł. Nigdy więcej się juz do niej nie odezwał uznając, że taka plama na honorze uniemożliwia mu dalszą znajomość. Porównajmy to do obecnych standardów w relacjach damsko - męskich. Ale nie tylko - w polityce polskiej zwyciężają ci, którzy nie mają za grosz honoru. Dostają się do sejmu ci, którzy zdradzili i sprzedali się konkurencji. W partiach utrzymują się wysoko ci, którzy pozwalają się gwałcić i naruszać swoją godność, a za looserów uznawani są ci, którzy nie mogą znieść ciągłego upokarzania. Gwiazdami tv są ludzie gotowi nagiąć się i mówić to, czego się od nich żąda. Ikonami polskiego dziennikarstwa są funkcjonariusze różnych partii, którzy piszą to, czego chcą liderzy największych ugrupowań. Nie ma takiej rzeczy, która wyeliminowałaby polityka z życia publicznego. Naczelny cham RP dostał się na czele swoich hunów do parlamentu i ma zamiar reformować polską politykę. Starzec cierpiący na koprolalię był wicemarszałkiem Sejmu. Głową państwa jest osoba nie potrafiąca się zachować przy stole, opowiadająca nieprzyzwoite dowcipasy, o ograniczonej wiedzy. Premierem jest współczesna wersja Gombrowiczowskiego ”Młodziaka”.

Dlatego nie dziwię się, że czyn Mikołaja Przybyła jest dla nas tak niezrozumiały.

Źródło:Ekran

Jak miliardy wypływają z Polski

10 sty

Jak miliardy złotych wypływają z Polski?

Photofanka

8 grudnia 2011Opublikowany w: Biznes

fot. Kinga Zinger

Niektórzy z ekonomii robią czarną magię, spróbujmy odczarować „wiedzę tajemną”. Jak to zrobić by Ci co na ekonomii się nie znają to zrozumieli? Spróbujmy. Autor: Mariusz Gierej  (Ruch Wolność i Godność).

Co to jest emisja pieniądza po naszemu mógłby się ktoś zapytać. Dla uproszczenia powiem DRUKOWANIE PIENIĘDZY w odpowiedniej ilości. Ilość drukowanych pieniędzy zależy od wzrostu PKB. To jest proste  po prostu co roku przybywa produktów i usług w Polsce więc by wszystko grało i żebyśmy nie zabijali się o złotówki Narodowy Bank Polski co roku emituje(„drukuje”) pieniądze.

Jak narazie wszystko jest jasne? Zgadza się?

Idźmy dalej. Jak już NBP zaplanuje ile ma być … wyemitowanej (dodrukowanej) złotówki, to ją drukuje lub dopisuje kwotę na swoim rachunku (obojętne jak to zrobi, czy to są monety, czy papier czy zapis na koncie). Następnie jak już NBP ma np. nowiutkie szeleszczące złotówki to … musi je wprowadzić jakoś do obiegu, czyli … coś z nimi zrobić by trafiły do … czyli do właśnie. Kto to jest ten obieg? Do nas do LUDZI?

W tym momencie zaproponuję małą zabawę intelektualną. Czy kiedykolwiek zastanawialiście się jak te pieniądze pachnące farbą drukarską trafiają do nas byśmy mogli za nie kupić np. kiełbasę? Jak (podobno) Narodowy Bank Polski „daje” te pieniądze … komu? No właśnie… jak on to robi, jak i na jakich zasadach i komu daje do łapy te polskie złotówki.

Myśleliście kiedyś nad tym? Jak nie, to chwilę się zastanówcie

naprawdę do tego zachęcam

Wpadliście na coś?

Niektórzy z Was pewnie coś wykombinowali, ale zweryfikujmy te pomysły w końcu nie jest ich tak dużo. Popatrzmy:

Hipoteza 1. No tak, tak wydawać by się mogło oczywista sprawa, super ważna dla każdego z nas, bo w końcu to my wszyscy wypracowaliśmy ten wzrost PKB. I … na logikę i zdrowy rozsądek każdy z nas powinien mieć konto w NBP na które powinniśmy dostać kasę za to, że jesteśmy Polakami i żyjemy w tym kraju, pracujemy i … kupujemy. (to zresztą jest jednym z postulatów Ruchu Wolność i Godność http://www.ruchwig.pl/ ) No właśnie. Dostali państwo jakieś pieniądze na konto z NBP?!

Hipoteza 2. Narodowy Bank Polski … daje te pieniądze … bingo – już wiem(!) RZĄDOWI. Hehehe tak dobrze to nie ma. W Polsce bank centralny nie może bezpośrednio kredytować wydatków rządowych ze względu na konstytucyjny ZAKAZ. (o tym kto i kiedy nam to zafundował w innej notce). Czyli NBP nie może ani pożyczyć pieniędzy rządowi ani ot tak sobie dać mu pieniądze z tytułu emisji (dodrukowania).

Więc jak widać zasadne jest pytanie JAK NBP TO ROBI, że pieniądze trafiają do obiegu.

A więc moi drodzy robi to w sposób bardzo przedziwny. NBP w większości przypadków pomijając etapy pośrednie jak kupienie waluty itp., upraszczając jedzie za granicę i … KUPUJE OBLIGACJE PAŃSTW ZACHODNICH. Czyli innymi słowy kupuje „papier toaletowy” oddając zachodnim państwom i systemom bankowym nasze wypracowane złotówki. ZA PRAWIE DARMO. Mało tego nie tylko prawie nic z tego nie mając, ale i jeszcze … napędzając tamtejsze gospodarki, zamiast naszej. A co jak tamci zbankrutują? Ile będą warte te obligacje? Mają gest nasze „elity”, prawda? Stać nas, a co!

Jak myślicie drodzy rodacy, co robią z tymi złotówkami za granicą? Może trzymają je w sejfie, może w skarpecie? A na co im polskie złotówki?! Drodzy Państwo oni przyjeżdżają z tymi złotówkami do Polski (w ten czy inny sposób) i wykupują nasz majątek narodowy, fabryki, firmy, ziemię za … nasze własne pieniądze. Podajmy im Polskę na tacy.

NBP tak daleko się zapędził w tym procederze, że na koniec 2010 miał w formie papieru toaletowego (obligacji) ok. 110 mld USD. A dług naszego rządu za granicą wynosił ok. 75 mld USD. Ciekawe prawda? Co z tym dalej? Na razie to zostawmy będzie o tym kolejna notka, żeby Państwa głowa jeszcze mocniej nie rozbolała.

Tak więc coś co powinno stanowić jeden z filarów państwowości, niezależności(już królowie dbali o to by mogli bić własne monety), bo to daje wolność oraz suwerenność został wykorzystany do ograbienia nas Polaków z naszego majątku. A to wszystko ma miejsce po 89 roku i jest to jeden z większych systemowych przekrętów jaki zaaplikowała nam obecnie siedząca w sejmie banda 5-ciorga wraz z ich medialnymi poplecznikami. Mi osobiście jest obojętne czy z powodu głupoty, niewiedzy czy z premedytacją skutki dla naszego kraju są takie jak wszyscy widzą.

Część z Państwa zapewne się oburzy. Dlaczego mówię o bandzie pięciorga, nie rozróżniając nikogo, bo wszyscy WSZYSCY z nich jak byli u władzy to kupowali obligacje zasilając państwa zachodnie i nikt się temu nie przeciwstawił.Różnica polega na tym, że jak u władzy byli jedni to kupowali więcej obligacji raz niemieckich, raz francuskich, raz brytyjskich innym razem amerykańskich. Oto obraz naszych partii politycznych w świetle emisji pieniądza i tego interesu narodowego. Teraz już rozumiecie jeden z powodów czemu w Polsce nie ma pieniędzy, ale żeby tylko pieniędzy, nie mamy już prawie majątku narodowego i nie mamy wolności. Oto nowy rodzaj kolonializmu i jeden z jego mechanizmów.

A jak spróbujesz być samodzielny to jak powiedział Tomek Urbaś „…Będziecie mieli nasze poparcie jeżeli będziecie kupowali nasze obligacje, a jak nie będziecie kupować naszych obligacji to różne rzeczy się mogą wydarzyć jakaś mała rewolucja, mogą wybuchnąć zamieszki…” całkiem jak w … Libii.

Czemu to nie jest kwestią dyskusji w czasie kampanii wyborczej żadnej z partii parlamentarnych? Odpowiedzcie sobie sami. A „oburzeni” i palikotki to nic innego jak „odurzeni” bez refleksji o źródłach problemów lub … jak to mówi stare żydowskie przysłowie, nowa odsłona starego. Wiele się musi wydarzyć by wszystko zostało po staremu.

Pozdrawiam Serdecznie

PS1. To wszystko jest w pewnym uproszczeniu. Wkrótce kolejna cześć na temat tego ile rocznie kosztuje nas emisja złotego. I o co chodzi z zadłużaniem się Polski, rezerwami NBP i idiotycznym parciem naszych polityków ku EURO. Dla osób obeznanych z tematem nie ma nic w tym odkrywczego, ale ten cykl tekstów ja piszę to dla osób, które mówią, że nie znają się na finansach. Bardzo proszę o uwagi na temat tekstu nie tylko ew. merytoryczne ale i co do formy i języka. Czy to co napisałem jest zrozumiałe dla laika. Chciałbym, żeby ta wiedza przestała być „tajemną” ale trafiła pod „strzechy i sufity”. By przekazać te proste w gruncie rzeczy w najprostrzy z możliwych sposobów. Może ktoś z Państwa spróbuje to przedstawić w sposób jeszcze bardziej przyjazny. Ostatnio ŁŁ mi powiedział, że piszę teksty kobyły i zbyt trudne więc się zawziąłem staram się łatwo nie jest. :) Mam prośbę linkujcie ten tekst nie ze względu na to czy nas lubicie czy nie, ale choćby po to by Polacy znali prawdę o systemie.

1. Obrazek poniżej obrazuje w sposób uproszczony obecny sposób emisji PLN przez NBP korzystny dla wszystkich z wyjątkiem Polaków

2. Schemat poniżej obrazuje jak wg. nas Ruchu Wolność i Godność powinna wyglądać emisja PLN przez NBP.

Autor: Mariusz Gierej  (Ruch Wolność i Godność) przedsiębiorca i bloger Mariovan

Ruch WiG strona internetowa: www.ruchwig.pl

Ruch WiG na Facebooku: www.facebook.com/ruchwig

*zdjęcie i logo NBP pochodzi z portalu NBP.

źródło:Vrota.pl

Jak się obłowili polscy bankowcy

10 sty

Sfora.biz – Zobacz, jak obłowili się polscy bankowcy

Photofanka

8 stycznia 2012Opublikowany w: Link Room

Miliardy zysku mimo kryzysu. ”Zysk netto sektora bankowego po jedenastu miesiącach 2011 roku wyniósł 14,5 mld zł „- informuje tvp.info.

Z danych Komisji Nadzoru Finansowego wynika, że to o 38 proc. więcej niż rok wcześniej w tym samym okresie. Z kolei wynik na działalności bankowej od stycznia do listopada 2011 roku był o 7 proc. wyższy i wyniósł 51,9 mld zł.

Zyski z odsetek były o 13 proc. wyższe, a z prowizji o 1 proc. wyższe. ”Koszty działania banków wzrosły o 5 proc. do 24,2 mld zł” – dodaje portal.

Czytaj więcej >> Sfora.biz – Zobacz, jak obłowili się polscy bankowcy – Gospodarka.

źródło: vrota.pl

Skąd się wziął kryzys

10 sty

Premier szamanem Polaków

10 sty

Panie premierze! Niech Pan się nie przejmuje protestami pacjentów. Ci ludzie są jacyś chorzy.

 

Panie premierze! Niech Pan się nie przejmuje protestami pacjentów. Ci ludzie są jacyś chorzy.

Humor pochodzi z portalu www.vrota.pl

Ziemkiewicz przeleciał się po idei WOŚP, która zastępuje niedołęstwo judaszowego państwa

10 sty

Wielki rozgrzeszacz

08 sty 2012

Jerzy „Jurek” Owsiak jest w III RP świętością. Nie wolno mieć żadnych wątpliwości co do tego, że charytatywna akcja została upaństwowiona i zmieniona w państwowy propagandowy cyrk przypominający gierkowskie turnieje miast (by już nie sięgać  po niemiecką akcję „zimowej pomocy”). Gdy, na przykład, „Gazeta Wrocławska” zwróciła nieśmiało uwagę, że za koncert w ramach  Orkiestry starzy chałturnicy biorą kasę fundowaną przez urzędy miast i gmin (przypuszczam, że tak było w większości Polski) – to poczuła się w obowiązku opatrzyć ten  artykuł wiernopoddańczym zapewnieniem, że w żadnym stopniu nie podważa szczytnej idei… Tak za czasów mojej młodości, by dostrzec jakąś „bolączkę”, trzeba było przysięgać, że nie jest się przeciwko socjalizmowi.

Jeśli akcja charytatywna ma zastąpić to, czego zapewnienie jest tak zwanym psim obowiązkiem państwa, to coś jest tu nie tak. Jeśli na dodatek władza robi z niej swój propagandowy cyrk na wszystkich kanałach za pieniądze podatników, to jeszcze gorzej. Tym gorzej, że, wbrew stereotypowi, Orkiestra od pewnego czasu bynajmniej nie zachęca już Polaków do wrażliwości na cudze problemy, ale przeciwnie. Z badań widać jasno, że rzucenie grosika kwestarzom Orkiestry jest dla większości odfajkowaniem tematu „dobroczynność” na cały rok. Myślę, że to jedna z dwóch przyczyn sukcesu Owsiaka – że daje Polakom tanie rozgrzeszenie z tego, iż na co dzień mają wszelką działalność społeczną i dobroczynną gdzieś. Przyczyną drugą jest idealne trafienie w naszą skłonność do działania zrywami, od wielkiego dzwonu i na pokaz. Chlubi się Owsiak, że niczego podobnego jak WOŚP nie ma w krajach zachodnich – i to prawda. Bo tam są dziesiątki tysięcy małych organizacji działających na co dzień, a nie jedno wielkie halo raz do roku.

Autor jest publicystą tygodnika „Uważam Rze”

Zasrańcy czyli Scheisskerle w bezpieczniackiej bijatyce

10 sty

Stanisław MICHALKIEWICZ

Strona autorska felietony artykuły komentarze

www.michalkiewicz.pl

Stanisław Michalkiewicz

 

Pod skrzydłami Dzierżyńskiego

Felieton    gazeta internetowa „Super-Nowa” (www.super-nowa.pl)    5 stycznia 2012

Mociumpanie, z nami zgoda!. Zgoda, zgoda – a Bóg wtedy rękę poda!” – twierdzi autor „Zemsty”, Aleksander Fredro. Zgoda – owszem, czemu nie – ale dlaczego tu zaraz Bóg ze swoją ręką? Bezpieczniakom przecież nie wolno wierzyć w żadnego Boga – po pierwsze dlatego, że Lenin zabronił, a Stalin potwierdził – i nikt nigdy żadnego bezpieczniaka z tego obowiązku nie zwolnił. Po drugie dlatego, że gdyby taki jeden z drugim bezpieczniak wierzył w Boga, to pewnie chciałby uprawiać praktyki religijne, na przykład – chodzić do spowiedzi. No a podczas spowiedzi – wiadomo; musiałby ujawniać wszystkie łajdactwa, z jakich składa się dzień powszedni bezpieczniaka. Kogo sprowokował, komu podłożył świnię, kogo nękał, kogo i pod jakim pretekstem przecwelował na tajnego współpracownika, kogo, dajmy na to, okradł i zamordował w celu zatarcia śladów – a na wyższym piętrze – jakich konfidentów przeforsował na najwyższe stanowiska w państwie, żeby za ich pośrednictwem doić Rzeczpospolitą, albo – komu przefrymarczył suwerenność i za jaki jurgielt – i tak dalej, i tak dalej. A takich informacji nikomu pod żadnym pozorem przekazywać nie wolno – chyba, że własnemu szefowi podczas szczerej rozmowy – jak czekista z czekistą.

Szef bowiem za taki, a nawet jeszcze większy katalog łajdactw nikogo nie zgani złym słowem, przeciwnie – poklepie po plecach i pochwali w ojczystym języku bezpieczniaków, to znaczy powie: „wot maładiec!” Bo trzeba nam wiedzieć – co jeszcze w latach 40-tych ujawnił w przypływie szczerości Mikołaj Tichonowicz Diomko, znany w naszym nieszczęśliwym kraju pod pseudonimem operacyjnym Mieczysława Moczara mówiąc, że „dla nas, partyjniaków, prawdziwą ojczyzną jest Związek Radziecki” A ponieważ w bezpiece stopień upartyjnienia był i jest stuprocentowy, to dla bezpieczniaków Związek Radziecki jest nie tylko ojczyzną „prawdziwą”, ale w ogóle – jedyną.

Może komuś się wydać, iż twierdzenie jakoby również i dzisiaj stopień upartyjnienia w bezpiece był stuprocentowy, jest już przesadą. Pozory rzeczywiście by na to wskazywały, ale popatrzmy; pewna partia w Polsce istnieje tylko dlatego, że w okresie dobrego fartu zgromadziła majątek, którym również i dzisiaj ktoś musi zarządzać. A przecież PZPR zgromadziła majątek nieporównanie większy – żeby wspomnieć tylko o kontach w szwajcarskich bankach, na które przez co najmniej 18 lat przekazywała ogromne ilości pieniędzy w walutach obcych, kradzione z specjalnie w tym celu założonego PEWEXU. Tym majątkiem też ktoś musi zarządzać, robić z niego jakiś użytek – i tak dalej – a ponieważ właścicielem tej forsy była partia, to przynajmniej w tym celu musi nadal istnieć? Przypominam, że w sierpniu 1990 roku, a więc co najmniej pół roku po słynnym „wyprowadzeniu sztandar” i likwidacji PZPR, należności za wynajem pomieszczeń w dawnym budynku KW PZPR w Gdańsku nadal, jak gdyby nigdy nic, wpływały na konto bankowe Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i ktoś je z tego konta podejmował.

Wracając tedy do ojczyzny, to poza Związkiem Radzieckim bezpieczniacy żadnej ojczyzny nie mają. To znaczy – owszem; noszą mundury, czy mają legitymacje opatrzone godłami rozmaitych ojczyzn, ale to jest tylko element kamuflażu. Co to komu szkodzi, że taki, dajmy na to bezpieczniak, przebierze się w mundur polskiego generała? To nie tylko nikomu nie szkodzi, ale jeszcze lepiej kamufluje go wśród ludności tubylczej, która myśli, że mundur decyduje o wszystkim. To znaczy – tak myślą „młodzi, wykształceni”, wytresowani przez michnikowszczynę – bo ludzie normalni nie dają się zwieść pozorom. Cóż może świadczyć o tym lepiej od historii o góralu, którego jakieś gestapowskie kanalie próbowały namówić do „Goralenvolku”. – Kożuszek mocie górolski, portki górolskie, toście górol, nie? – Przepytujem ik piknie – odparł nagabywany. – Kożuszek górolski, portki górolskie – ale co w portkach – to polskie! Oczywiście u bezpieczniaków – wszystko odwrotnie; mundurek polski, ale co w portkach – to już sowieckie, albo też naznaczone piętnem tej ojczyzny, do której bezpieczniak akurat się przewerbował. Dlatego też na użytek sytuacji w związku z którą powstał ten felieton, trzeba by zacytowany fragment Aleksandra Fredry trochę strawestować: „Towarzyszu – z nami zgoda? – Zgoda, zgoda – a Dzierżyński rękę poda!

No dobrze – ale skąd właściwie ta „zgoda”? Ano stąd, że kiedy pogrążony w świąteczno-noworocznej nirwanie nasz nieszczęśliwy kraj zbierał siły do stawienia czoła Sylwestrowi, niezależna prokuratura okręgowa w Warszawie ogłosiła umorzenie śledztwa przeciwko „generałowi Gromosławowi Cz.”, podejrzanemu o to, że w latach 1990-1996 miał przyjąć 2 miliony dolarów łapówki za ułatwienia poczynione nie dającej się ustalić firmie telekomunikacyjnej. Nie tylko nie udało się ustalić nazwy tej firmy, ale w ogóle niczego, wiec sprawa szczęśliwie się przedawniła, dzięki czemu za pośrednictwem prokuratury niezależnej można było u progu Nowego Roku wyciągnąć rękę do zgody. Bo ta decyzja niezależnej prokuratury jest tylko początkiem trudnego procesu pojednania, to znaczy – nie tyle może pojednania, bo o jakim znowu pojednaniu można mówić między zawodowymi prowokatorami – tylko o kompromisie, którego przedmiotem jest udział poszczególnych bezpieczniackich watah w rabunkowej eksploatacji naszego nieszczęśliwego kraju.

Zatrzymanie „generała Gromosława Cz.” pod zarzutem korupcji przy prywatyzacji STOEN było sygnałem, że przyczajona bezpieka wojskowa przeszła do kontrataku na rozzuchwaloną smoleńską katastrofą bezpiekę „cywilną” i zatrzymaniem „generała Gromosława Cz.” przez organy demokratycznego państwa prawnego dała do zrozumienia, że katastrofa – katastrofą i jak tam było, tak tam było, ale bezpieka wojskowa nie pozwoli sobie dmuchać w kaszę. Ale „generał Gromosław” też nie jest dziecko i przecież dobrze wie, kto ile i za co wziął, a nawet – gdzie schował szmalec – zatem otwarta wojna na wyniszczenie może przynieść obydwu stronom więcej szkody niż pożytku. A niezależnie od tego, kilka dni przed świętami pojawiły się śmierdzące dmuchy, że eksperci analizujący kopie zapisów nagrań z czarnych skrzynek – bo oryginałów ruscy szachiści naszym Zasrancen (Czytelnik z Niemiec zwraca mi uwagę, że w języku niemieckim słowa „Zasrancen” nie ma, natomiast używane jest inne, mianowicie: „Scheisskerl”) ani myślą przekazać – więc, że ci eksperci odczytali jakieś nowe słowa z kokpitu.

Diabli wiedzą, co jeszcze, to znaczy – ile i jakich nowych słów uda im się wyczytać, jeśli niezależna prokuratura czy jakiś inny organ naszego demokratycznego państwa prawnego nadal będzie niesprawiedliwie nękał „generała Gromosława Cz.” Zatem tak czy owak – pora kończyć tę wojnę wesołym oberkiem. Żeby jednak można było pójść w tany – jak czekista z czekistą – w charakterze noworocznego prezentu i zarazem gestu dobrej woli prokuratura okręgowa w Warszawie umorzyła śledztwo przeciwko generałowi z powodu przedawnienia – bo zresztą i tak niczego nie udało się ustalić. Wygląda na to, że w najbliższych tygodniach negocjacje w sprawie nowego kompromisu na rabunkową eksploatację naszego nieszczęśliwego kraju wejdą w decydującą fazę – bo z kolei orzeczenie niezawisłego sądu w Opolu, który zarejestrował narodowość śląską wskazuje nieomylnie, że Nasza Złota Pani Aniela postanowiła przejść do kolejnego etapu scenariusza, w którym wszystkie układające się watahy będą miały do wykonania swoje zadania. Zatem – zgoda jest konieczna, a jeśli coś jest konieczne, to jest też i możliwe.

Stanisław Michalkiewicz

Przybył mówi więcej o okolicznościach i motywach postrzelenia się

10 sty

Przybył: trzeba uratować Parulskiego

amk, ika , pap 10-01-2012, ostatnia aktualizacja 10-01-2012 15:42

 Bigger

autor: Marek Zakrzewski

źródło: PAP/serwis codzienny

+zobacz więcej zdjęć

Redakcja poleca:

Prokurator Mikołaj Przybył przyznał, że strzelając sobie w twarz chciał popełnić samobójstwo.

Pułkownik Przybył powiedział, że włożył lufę pistoletu do ust i strzelał w kierunku otwartego okna, żeby uniknąć rykoszetu. Jak twierdzi, drgnęła mu ręka, bo ktoś nacisnął klamkę drzwi do gabinetu.

- Ktoś próbował wejść do pokoju. Uratował mnie człowiek, który poprawiał kable, bo przestraszyłem się tego, że wejdzie. Źle wymierzyłem, strzał padł zbyt szybko. Padł strzał w policzek, a nie w głowę, spieszyłem się – powiedział.

- Broniłem honoru ludzi, których znałem i którzy świetnie pracują. Chciałem, aby prokuratura przetrwała i to pod dowództwem gen. Parulskiego. To jest człowiek, który gwarantuje uczciwe prowadzenie spraw. Zawsze, kiedy była jakaś konieczność, lub potrzeba udzielenia pomocy, taką pomoc otrzymywałem. Nigdy nie było żadnych nacisków, człowiek ten zawsze parł do tego, żeby wyjaśnić każdą sprawę do końca – dodał.

- Na mój krok miały wpływ sprawy, które prowadzę. Jedne z najpoważniejszych, jeżeli chodzi o kwestie finansowe w Wojsku Polskim. To one spowodowały bezpośredni nacisk na to, żeby przyspieszyć kroki w kierunku likwidacji prokuratury wojskowej – powiedział  Przybył.

W poniedziałek w trakcie konferencji prasowej mówił, że prokuratura wojskowa, ze szczególnym uwzględnieniem Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Poznaniu Wydział ds. Przestępczości Zorganizowanej, prowadzi najpoważniejsze śledztwa, dotyczące przestępstw gospodarczych o charakterze zorganizowanym na szkodę Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej.

- Zagrożone są nie tylko setki milionów złotych pochodzące z budżetu państwa, ale przede wszystkim życie i zdrowie polskiego żołnierza, który często otrzymuje sprzęt wadliwy lub niesprawny. W sytuacjach, gdy wysyłamy żołnierzy na misje jest to niedopuszczalne – mówił.

- Mogłem pogodzić się z tym, że demolowali mi samochód, że odkręcono mi koła chcąc, bym się zabił. Wiem, że za moją głowę była nagroda miliona złotych. Mogłem się pogodzić z tym, że zabito mi psa. Nie mogłem się pogodzić z bezpodstawnym atakiem, z zarzucaniem nam nieprawidłowego lub bezprawnego działania – powiedział Przybył podczas dzisiejszej rozmowy.

Wcześniej prokurator Przybył powiedział reporterce Radia ZET, że “trzeba uratować Naczelnego Prokuratora Wojskowego, Krzysztofa Parulskiego”.

Jak poinformował  rzecznik Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Poznaniu ppłk Sławomir Schewe, w siedzibie Wojskowej Prokuratury Okręgowej, w której w poniedziałek Przybył się postrzelił, przez cały dzień trwały prace prokuratora i techników Żandarmerii Wojskowej. Schewe nie chciał udzielać bliższych informacji na ten temat.

Szef Naczelnej Prokuratury Wojskowej gen. Krzysztof Parulski zapowiedział w poniedziałek, że śledztwo w tej sprawie będzie przekazane do Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie. W warszawskiej prokuraturze śledztwo zostanie formalnie wszczęte po otrzymaniu materiałów z Poznania.

Według TVP Info, pułkownik zostanie skierowany na badania psychiatryczne. Ma zostać przewieziony do Bydgoszczy w najbliższy czwartek. Bydgoska klinika prowadzi między innymi obserwacje psychiatryczne i wydaje orzeczenia sądowe. Wszystko wskazuje na to, że straci także pozwolenie na broń. O jego dalszej pracy w prokuraturze zadecydują zaś badania specjalistyczne.

Płk Mikołaj Przybył postrzelił się z broni prywatnej, na którą miał pozwolenie. Zgodnie z przepisami na teren prokuratury nie można wnosić broni palnej ani amunicji.

rp.pl

Kompromitacja na szczytach prokuratorskiej władzy.

10 sty

 

Opinie i analizy

Obu panom już dziękujemy

Andrzej Jankowski 10-01-2012, ostatnia aktualizacja 10-01-2012 14:17

 Prokurator generalny Andrzej Seremet twierdzi, że wojskowi prokuratorzy nie mogli domagać się treści esemesów wysyłanych przez dziennikarzyBigger

autor: Radek Pietruszka

źródło: PAP

Prokurator generalny Andrzej Seremet twierdzi, że wojskowi prokuratorzy nie mogli domagać się treści esemesów wysyłanych przez dziennikarzy

Naczelny prokurator wojskowy gen. Krzysztof Parulski ostro zaatakował prokuratora Seremeta – swego przełożonego

autor: Leszek Szymański

źródło: PAP

Naczelny prokurator wojskowy gen. Krzysztof Parulski ostro zaatakował prokuratora Seremeta – swego przełożonego

Andrzej Jankowski - publicysta prawny

źródło: rp.pl

Andrzej Jankowski – publicysta prawny

+zobacz więcej zdjęć

Redakcja poleca:

Nie będzie fetowania pierwszej rocznicy rozdzielenia funkcji prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości. Będzie wstyd i kompromitacja

Pomimo  wystrojenia się w nowe szaty wszystko w ciągu tego roku zostało  w prokuraturze po staremu. I naciski i manipulacje i kneblowanie ust i lęk przed  zamiataniem afer gospodarczych pod dywan. O wszystkich tych sprawach mówił   na konferencji prasowej prokurator Mikołaj Przybył.  Tak na dobrą sprawę nic nowego nie było w jego słowach. Nic o czym dziennikarze zajmujący się wymiarem sprawiedliwości nie słyszeli wcześniej. Nowością było to, że prokurator Przybył zaczął mówić  przed kamerami  otwartym tekstem. Być może ocenił, że po takim emocjonalnym wystąpieniu nie ma  po co wracać do swojego biurka. Ale nic, powtarzam nic -żaden z postawionych zarzutów i oskarżeń nie był wart śmierci prokuratora. O włączeniu prokuratury wojskowej w struktury pionu cywilnego mówi się przecież   już od paru ładnych lat. I chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie chciał przy tej okazji  obdzierać prokuratury wojskowej z jej  śledczej specyfiki i  dorobku. A  z drugiej strony, gdyby każdy konflikt personalny na szczytach państwowej instytucji miał kończyć się strzałem w głowę pełną pryncypiów, to głów takich wkrótce by  Polsce zabrakło. Dlatego rzeczą  o wiele bardziej interesującą od konfliktu Seremet  – Parulski  są przekłamania, które  od razu zaczęły pojawić się  po samobójczym zamachu prokuratora.

Prokurator  Mikołaj Przybył: W toku całego postępowania przygotowawczego prowadzonego w sprawie ujawniania osobom nieuprawnionym informacji ze śledztwa kilkukrotnie referowałem w szczegółach stan śledztwa Prokuratorowi Generalnemu Andrzejowi Seremetowi. Pan Prokurator Generalny Andrzej Seremet miał szczegółową wiedzę na temat stanu śledztwa i podejmowanych czynności i je akceptował.

Andrzej Seremet: Niektóre z postanowień prokuratury wojskowej zostały wydane bez podstawy prawnej.

Rzecznik Prokuratora Generalnego ( cytuję z pamięci): Prokurator Andrzej Seremet spotkał się dwa razy z inicjatywy prokuratora Mikołaja Przybyła. Były to dwa krótkie spotkania, w czasie których Prokurator Generalny nie zapoznawał się z aktami postępowania przygotowawczego. Trudno sobie wyobrazić by w czasie tych spotkań legitymizował niezgodne z prawem  działania prokuratury wojskowej.

Tak zasadnicza różnica zdań  między prokuratorami w sprawie jednego tylko postępowania przygotowawczego, to rzecz niebywała. To rzecz kompromitująca, nie tylko prokuraturę ale   państwo prawa. A przecież to nie jedyne przekłamania w tej sprawie. Prokuratorzy, których podstawowym zadaniem jest dochodzenie do prawdy, sami tę prawdę zaciemniają. Robią to publicznie, na  zwoływanych konferencjach prasowych. Tego im robić nie wolno, gdyż wystawiają na szwank dobro wymiaru sprawiedliwości. Z prokuratorem Seremetem i Parulskim ma się spotkać prezydent RP, obaj prokuratorzy zostali też zaproszeni na posiedzenie sejmowej komisji wymiaru sprawiedliwości. Ale nie wiem, czy po tym wszystkim co usłyszeliśmy warto wystawiać na próbę dobre imię mediacji. Być może ktoś powinien się odważyć i powiedzieć wprost: obu panom prokuratorom już dziękujemy.

rp.pl

Węgierska droga do suwerenności kością w gardle międzynarodowych cwaniaczków i złodziei

10 sty

Nienawiść do Węgier

Adam Leszczyński
2012-01-10, ostatnia aktualizacja 2012-01-10 07:51

Zwolennicy IV RP będą bronić najgłupszych i najgorszych posunięć premiera Orbana – aż do ostatniego Węgra

Adam Leszczyński

fot. Piotr Bernaś/AG

Adam Leszczyński

ZOBACZ TAKŻE

“Międzynarodowa lewica aż krztusi się z nienawiści do Węgier, które pozwoliły sobie wyrwać się z europejskiego chóru zachwytów nad wspólną drogą do politycznego raju” – pisze na portalu wPolityce.pl prof. Ryszard Terlecki, historyk i poseł PiS.
Felieton prof. Terleckiego to dobry zimny prysznic dla tych, którzy wierzyli, że PiS – gdyby wygrał wybory – zachowywałby się inaczej niż Orban na Węgrzech, czyli nie zacząłby od razu dziarsko demontować demokracji w Polsce.

Prof. Terlecki uważa, że Orban odnosi same sukcesy, Węgrzy go wielbią (w każdym razie ci prawdziwi) – i tylko zła lewacka propaganda go oczernia. Być może to ta właśnie propaganda kazała się Węgrom ustawiać w długich kolejkach przed kantorami po euro i dolary oraz zakładać konta w austriackich bankach, bo nie ufają własnym. Deficyt budżetowy dwa i pół razy większy niż zakładano to też, oczywiście, spisek.
Tego wszystkiego jednak nie dowiemy się od prof. Terleckiego: “Orban i jego partia robią różne rzeczy: zmieniają konstytucję, przywracają historyczne symbole, nakładają podatki na obce banki i koncerny (węgierskich już nie ma, bo lewica, która wcześniej rządziła, wszystko sprzedała), dyscyplinują lewicowe media, które przez lata bezkarnie okłamywały naród, a ostatnio uznają za przestępczą komunistyczną partię, która przez pół wieku służyła Moskwie. Jest oczywiste, że są to zbrodnie, których wybaczyć nie wolno”.
To wszystko warto zacytować, bo jest typowe dla tego, co nasza prawica pisze o Węgrzech: o tym, że Orbanowi nie bardzo wychodzi, od niej się nie dowiemy.
Nie ma także szczegółów o tym, jak w praktyce wygląda rewolucja Orbana – m.in. o obsadzaniu sądu konstytucyjnego partyjnymi sojusznikami i ograniczaniu jego kompetencji; o czystce w zwykłych sądach (m.in. obniżono wiek emerytalny i zmuszono 200 sędziów do przejścia na emeryturę oraz utworzono nowy urząd, który ma prawo przenosić sędziów bez ograniczeń i przydzielać im sprawy); bardzo ograniczono niezależność banku centralnego; stanowiska rzeczników praw człowieka, ochrony danych osobowych i ochrony mniejszości scalono w jeden urząd o niższej randze; zmieniono granice okręgów wyborczych tak, by sprzyjały partii Orbana i obsadzono komisję wyborczą samymi sprzymierzeńcami Fideszu; wprowadzono drakońskie ustawy o mediach – przy czym o tym, czy naruszyły one “równowagę” w opisywaniu rzeczywistości ma decydować rada złożona ze zwolenników Orbana, z szefem powołanym przez premiera na dziewięcioletnią kadencję.
I tak dalej, itd.; w efekcie odsunięcie Fideszu od władzy – gdyby wyborcy zechcieli – stało się bardzo trudne (dobrą analizę prof. Kim Lane Scheppele z Princeton można znaleźć tutaj).
Nasza prawica albo nie mówi o tych wszystkich drobiazgach, albo uznaje je za sukces – od Terleckiego dowiemy się np., że Orban “zdyscyplinował lewicowe media”. Pięknie powiedziane: widać, że profesorowi Terleckiemu dyscyplina kojarzy się z rózgą, którą dawno temu uczniom w szkołach dawano w pupę.
Przygoda z Orbanem będzie dla Węgrów oczywiście bolesna – ale, miejmy nadzieję, krótkotrwała. Węgry są małą i otwartą gospodarką w Unii Europejskiej. Nie ma tam, jak w Wenezueli czy w Rosji, ropy naftowej, która pozwoliłaby samozwańczemu ojcowi narodu finansować swoje dyktatorskie zapędy. Po obniżeniu oceny obligacji węgierskich do poziomu śmieciowego rząd Orbana mięknie i zapowiada, że jest gotów do rozmów o pożyczce w wysokości 15-20 mld euro. Można mieć tylko nadzieję, że Orban upadnie (albo wycofa się przynajmniej z części najgroźniejszych dla demokracji decyzji), zanim Węgry zbankrutują – oszczędzając w ten sposób swoim rodakom gospodarczej katastrofy, a Europie kolejnego wstrząsu.
Demontaż demokracji i nieodpowiedzialna polityka gospodarcza to jednak sprawy, które naszym zwolennikom IV RP nie przeszkadzają – bo są rzeczy ważniejsze. Niemal równocześnie z Terleckim Orbana na swoim blogu pochwalił Paweł Lisicki, redaktor naczelny “Uważam Rze”: “Orbán próbuje od początku prowadzić politykę podmiotową. Wbrew faktycznej słabości Węgier, wbrew temu, że upadek komunizmu spowodował tam, tak jak w Polsce, tak jak w innych krajach Europy Środkowej, panowanie postkolonializmu, węgierski premier stara się wybić na niezależność. Usiłuje budować państwo suwerenne wbrew interesom wielkich koncernów i korporacji. Co więcej, Orbán nie zapomina, że państwo to nie tylko gospodarka, nie tylko prosty, przejrzysty, sprawnie działający system podatkowy. Państwo to też tradycja narodowa, to system wartości. W przypadku kraju europejskiego to – wbrew większości europejskich elit – chrześcijaństwo”.
Są to, oczywiście, wszystko złowrogie głupstwa – i wystarczy im się chwilę przyjrzeć, żeby to dostrzec. Od kiedy doprowadzenie własnego kraju do bankructwa to “podmiotowa polityka”? Od kiedy ograniczanie wolności słowa to “budowanie państwa suwerennego wbrew interesom wielkich koncernów i korporacji”? I co ma niszczenie kraju wspólnego z chrześcijaństwem?
Świat, w którym żyje nasza prawica, jest postawiony na głowie i nikt ich – zacytujmy tu klasyka – nie przekona, że czarne jest czarne, a białe jest białe. Pozostaje się cieszyć, że Budapesztu nie ma nad Wisłą.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.